Rozdział II
Fatalna fotografia
Na drugi dzień major Janusz Kaczanowski zaraz po śniadaniu pojechał do Międzyzdrojów. Wprawdzie nie przywiązywał wagi do pieniędzy i nie bał się wydatków, jakie pociągało przegranie zakładu, ale sprawę potraktował ambicjonalnie. Trzeba walczyć i wygrać. Zadanie nie było bynajmniej proste. Na wszelki wypadek oficer milicji zaopatrzył się zarówno w lornetkę, jak i aparat fotograficzny. Prócz tego zabrał ze sobą kostium kąpielowy i ręcznik, bo dzień zapowiadał się upalnie.
Plaża w Międzyzdrojach jest rozległa i znalezienie na niej kogoś znajomego nie jest łatwe, ale w tym dniu szczęście wiernie towarzyszyło Januszowi, poczynając od samego ranka. W razie deszczu lub chłodu byłoby znacznie trudniej sięgać po sukcesy. Na razie plaża była prawie pusta. Spacerując pod pięknymi lipami, major obserwował wczasowiczów kierujących się nad Bałtyk. Długo czekał, aż wreszcie dostrzegł piękną blondynkę. Miała na sobie barwny, kwiecisty strój, a na głowie ogromny kapelusz. W ręku niosła torbę plażową. Szła sama. Jednakże Kaczanowski nie ryzykował próby zawarcia znajomości. Gdyby się nie udała, byłby od razu spalony, bez żadnych szans do dalszego działania.
Nie tracąc przedmiotu z oczu, podążał za blondynką w dość znacznej odległości. Młoda kobieta weszła na plażę i bez wahania skierowała się do grajdołka wielkiego jak okop z czasów drugiej wojny światowej. Tam ją już z daleka dostrzeżono. Łysy pan, który wczoraj tak szalał na dansingu, aż wybiegł na jej spotkanie.
- Pani Krysieńko! - wołał- Prosimy do nas.
Krystyna kiwnęła ręką na znak pozdrowienia i za chwilę witała się z całą grupą okupujących grajdołek. Towarzystwo składało się z czterech mężczyzn i dwóch kobiet. Także przystojnych, ale żadna nie dorównywała urodą platynowej piękności. Toteż chyba niezbyt chętnie przyjęły przybyłą, która specjalnie nie zwracała na to uwagi.
Ale te małe manewry nie uszły uwadze oficera milicji. Zanotował sobie pierwszy punkt: blondynka ma na imię Krystyna. Taka informacja mogła ułatwić dalsze kroki "dochodzenia".
Teraz Kaczanowski ulokował się możliwie najbliżej grajdołka i wcale się tego nie wstydząc usiłował podsłuchać, o czym całe towarzystwo rozmawiało. Cóż, cel bardzo często uświęca środki.
Ale tym razem nie przydało się to na nic. Rozmawiano o pogodzie, później zajęto się najmilszą zabawą, jaką jest obgadywanie nieobecnych, w końcu dyskusja zeszła na temat ostatniej mody. Pani Krystyna raczej nie brała udziału w rozmowie. Troskliwie wysmarowała się kremem i, jakby to było możliwe, starała się jeszcze mocniej opalić.
Janusz wyciągnął aparat i pod pozorem fotografowania morza zrobił kilka zdjęć całego towarzystwa. Widząc zaś i słysząc, że wybiera się ona do kąpieli, podszedł aż do brzegu wody i udało mu się złapać moment, kiedy Krystyna biegła na spotkanie fali. Piękne włosy upozowały się jak ogon komety. Kaczanowski znał się na sztuce fotografowania i uważał, że to ostatnie ujęcie udało mu się jak rzadko które.
Około godziny pierwszej po południu towarzystwo z grajdołka zaczęło się zbierać do odejścia. W domach, FWP, bez względu na pogodę, obiady wydaje się od pierwszej do drugiej. Kto chce dłużej się opalać, niech chodzi głodny. Major także się ubrał i znowu podążył za całą grupką. Szli w jednym kierunku i wszyscy zniknęli w domu wczasowym o nazwie "Złocień"
Także i major uznał, że spokojnie może udać się na posiłek. Ponieważ dostanie miejsca w jakiejkolwiek jadłodajni czy restauracji o tej porze było marzeniem ściętej, głowy, oficer MO musiał się zadowolić smażalnią ryb. Pocieszał się, że przymusowy post odbije sobie w czasie proszonej kolacji na koszt pułkownika Zygmunta Adamika.
Z takim obiadem Januszowi poszło szybko. Wrócił pod "Złocień" i zajął strategiczny punkt, skąd mógł obserwować wchodzących i wychodzących z willi. Teraz przyszło mu czekać bardzo długo, bo aż do wpół do piątej po południu. Wreszcie piękna blondynka, ciągle w towarzystwie łysego dżentelmena, opuściła progi domu wczasowego.
Ta para, stwierdził Kaczanowski, poszła do kawiarni. Wiadomo, że spędzą tam przynajmniej godzinę, jeżeli nie dłużej. Można więc spokojnie działać. W kwiaciarni oficer milicji kupił trzy goździki i pomaszerował z nimi z powrotem do "Złocienia". Śmiało wszedł do środka. W portierce siedziała pokojówka.
- Pan do kogo? - zapytała mężczyznę z kwiatami.
- Do pani Krystyny.
- Której? - uśmiechnęła się dziewczyna. - U nas jest kilka Krystyn. Ja sama także nazywam się Krystyna.
- Ba! - szczerze przyznał Kaczanowski. - Poznałem ją wczoraj na dansingu, ale nazwiska nie dosłyszałem. Wiem tylko, że mieszka w "Złocieniu". Bardzo przystojna blondynka. Ma długie, platynowe włosy...
- To na pewno pani dyrektorowa Niemirowska. Nie ma pan szczęścia. Przed pół godziną wyszła. Jeśli pan chce, zaniosę kwiaty do jej pokoju. Może pan też napisać kartkę, żeby wiedziała od kogo. Ta pani dostaje dużo kwiatów. Nie od jednego. Nazywają ją "miss Międzyzdroje".
Major zdecydował się.
- Dziękuję - powiedział. - Mam swój honor. Jak się babka umówiła ze mną o piątej, a pół godziny przedtem wyszła z innym, to pal ją sżeść. Kupiłem kwiaty dla Krystyny, więc je oddam Krystynie. Pani będzie uprzejma... - to mówiąc Janusz z pięknym ukłonem wręczył kwiaty pokojówce.
- Naprawdę dla mnie? - ucieszyła się dziewczyna.
- Takie jest przeznaczenie - Kaczanowski postanowił przedłużać rozmowę, a tymczasem ciekawie rozglądał się po dyżurce.
Nad telefonem wisiała duża czarna tablica z numerami pokojów pensjonatu. Pod numerami przypięto kartki z imionami, nazwiskami i adresami użytkowników pokoi. Wzrokiem szukał tej z nazwiskiem "Niemirowska".
- Bardzo panu dziękuję. Jakie piękne goździki!
- Cieszę się, że się pani podobają.
- Ale pan nie miał szczęścia.
- Przeciwnie, poznałem panią. Musi pani tu siedzieć?
Dziewczyna zrobiła smutną minkę.
- Niestety, mam dzisiaj dyżur do dziesiątej. Muszę tu kamieniem siedzieć. W czasie ubiegłego turnusu koleżanka wyszła na godzinę z dyżurki, bo ją odwołali do pomocy w kuchni, i jeden pokój został okradziony. Strach, co się wtedy działo, była milicja, ale niczego nie odnalazła.
- Szkoda - Janusz powiedział to zupełnie szczerze, podwójnie zawiedziony, że milicja nie odnalazła złodzieja i że dziewczyna jest zajęta. Była niebrzydka.
- Szkoda - powtórzyła pokojówka. Jej także podobał się ten wysoki, zgrabny mężczyzna o ciemnej, opalonej, nieco pociągłej twarzy i lekko sfalowanych ciemnych włosach, przyprószonych na skroniach siwizną. A przede wszystkim te oczy. Tak bardzo niebieskie i takie młode.
- A może jutro lub pojutrze?
- Nie da rady. Pan wie, jak to jest w Międzyzdrojach w sezonie. Nie ma ludzi. U nas powinny być cztery pokojówki, a jest nas tylko dwie i jedna dochodząca na pół etatu. Wieczorem na nos upadamy ze zmęczenia. Wolnego już nie miałam od dziesięciu dni. Co z tego, że się jest nad morzem, kiedy ani razu nie byłam na plaży. Gdybym wiedziała, nigdy bym się nie zgodziła do tej pracy.
- Pani nie stąd?
- Nie. Jestem ze Szczecina. Tutaj przyjechałam na sezon. Myślałam, że dobrze zarobię i będę nad morzem. No i jestem - dziewczyna mówiła to z nutą goryczy.
- Zarobek chyba niezły?
- Nie taki znowu wielki. Pensja malutka, bo "goście dadzą". A z tym różnie bywa. Na poprzednim turnusie, jak zrobili zbiórkę na służbę, po pięć złotych od osoby, to połowa. nic nie dała. Zdarza się, że są i lepsi goście, czasem proszą, żeby coś przeprać, zwłaszcza panowie, ale panie rzadko dają zarobić.
- Dyrektorowa Niemirowska taka sama?
- Żeby pan wiedział! Pokazywała mi śliczne rajstopy. Zagraniczne. Kiedy prosiłam, żeby mi odstąpiła, to zaśpiewała cenę większą niż w komisie w Szczecinie. A sama się chwaliła, że przywiózł jej mąż z Wiednia, kiedy tam był w podróży służbowej.
- Ja także często jeżdżę służbowo. Bywam i w Szczecinie.
- Ooo! - w tonie dziewczyny wyraźnie brzmiała zachęta.
- Właśnie pod koniec września albo z początkiem października wybieram się na co najmniej tydzień do Szczecina - słowa oficera milicji były półprawdą, bo rzeczywiście Stołeczna Komenda MO prowadziła skomplikowaną sprawę zabójstwa jednego ze znanych waluciarzy. Nici tej zbrodni sięgały nad morze i Kaczanowskiego jeszcze przed urlopem naciskał jego zwierzchnik, pułkownik Adam Niemiroch, żeby nad Odrą próbować wraz z milicją szczecińską wyjaśnienia tej sprawy. Ale wtedy majorowi udało się uniknąć tego wyjazdu, który obecnie zapowiadał się dużo bardziej obiecująco.
Dziewczyna milczała.
- Gdybym wiedział, gdzie pani szukać...
- Pracuję w "Samie" spożywczym przy ulicy Bolesława Krzywoustego. Ale do miasta wracam dopiero w październiku. "Złocień" jest czynny do końca września.
- Tak się urządzę, aby przyjechać do Szczecina w październiku. Dobrze?
- Jak pan chce - perspektywa spotkania się z przystojnym mężczyzną nie była niemiłą pannie Krysi. - A gdzie pan pracuje?
- W Ministerstwie Żeglugi - major skłamał bez mrugnięcia okiem i zmienił temat. - Jaką pani ma śliczną i oryginalną fryzurę. Świetnie pani w niej.
Pokojówka naprawdę wyglądała tak, jak gdyby przed chwilą zeszła z fotela fryzjerskiego.
- Rano, kiedy wczasowicze byli na plaży, wyskoczyłam do pana Józefa. To bardzo dobry fryzjer. Także ze Szczecina. W zimie tu same puchy. Wszystko zamknięte, a fryzjerzy i fotografowie przenoszą się do miasta.
- Teraz rozumiem, dlaczego pani Niemirowska ma tak ładnie zrobione włosy na blondynkę.
- A jednak pani Krystyna dobrze musiała zakręcić panu w głowie - roześmiała się dziewczyna.
- Iii, nie powiem, przystojna babeczka. Trochę z nią tańczyliśmy wczoraj na dansingu. Umówiła się ze mną, że wstąpię do "Złocienia". A że nie czekała, tylko na tym zyskałem - Janusz tak spojrzał na dziewczynę, że pokojówka się zarumieniła. - Ale włosy to ona ma ładnie ufarbowane. Rzadko spotykany kolor.
- To nie farbowane, naturalne.
- Żartuje pani? Naturalne nie mogą być takiego koloru.
- A właśnie, że naturalne. Pokojówka dużo wie o swoich gościach. Widuje się ich w różnych sytuacjach. Przed naszym wzrokiem nic się nie ukryje.
- Niemożliwe? Taki kolor?
- A właśnie. Pani Niemirowska jest już u nas prawie dwa tygodnie. Gdyby farbowała włosy, u nasady, po odrośnięciu, miałaby inny kolor. Tego się nie da ukryć. Ja też początkowo myślałam, że ona je maluje. Nawet fryzjer, pan Józef, u którego czeszą się panie z naszego pensjonatu, przyznał, że pierwszy raz widzi taką oryginalną barwę.
Podczas tej rozmowy major stale zerkał na tablicę z nazwiskami. Odszukał tam już słowa skreślone flamastrem "Krystyna Niemirowska", ale adresu nie udało mu się odczytać. Po prostu wypisany był zbyt drobnymi literkami, aby można go było z daleka rozszyfrować. Oficer wyjął z kieszeni notes i długopis.
- Pozwoli pani, Krysiu, że zapiszę sobie pani adres - Kaczanowski podszedł do wiszącej na ścianie tablicy i oparł o nią swój notatnik. Teraz już bez trudu przeczytał: "Krystyna Niemirowska, Warszawa, ul. Drzewieckiego 87". - To jest "Sam" przy ulicy Bolesława Chrobrego, ale który numer?
- Nie Chrobrego, tylko Krzywoustego - poprawiła dziewczyna - Krzywoustego siedemnaście. Zresztą jedyny spożywczy "Sam" przy tej ulicy.
- Na pewno znajdę i zobaczymy się w Szczecinie - major wyciągnął rękę do dziewczyny. - Nazywam się Janusz Kaczanowski.
- Krystyna Cegiełek.
- A więc, panno Krysiu, do widzenia w Szczecinie.
- Jeżeli pan nie zapomni. A te kwiaty zaniosę do pokoju pani Niemirowskiej.
- Pięknie panią proszę, niech pani tego nie robi. I tak przecież dostały się w ręce Krystyny. Takiej miłej i ładnej. Po co tamta ma wiedzieć, że udało się jej wystawić mnie na durnia. Dobrze?
- Jeśli panu na tym zależy...
- Bardzo - Janusz pocałował dziewczynę w rękę i opuścił "Złocień?".
Postanowił, że w Szczecinie odszuka tego miłego i zgrabnego kociaka. To może być interesująca znajomość.
Potem major odnalazł zakład fryzjerski "Józef" i zanotował sobie jego adres. Wprawdzie zakład stanął między dżentelmenami, ale z przyzwyczajenia zawodowego Kaczanowski gromadził żelazne dowody swojej wygranej. Uznał, że "śledztwo" zakończyło się jego pełnym sukcesem i że może spokojnie wracać do Międzywodzia. Właśnie autobus stał już na przystanku.
Na miejscu, w Międzywodziu, Janusz wstąpił do znajomego fotografa, u którego parę razy wywoływał filmy. Umówił się z nim, że nazajutrz przed południem dostanie swoje odbitki, a zdjęcie dziewczyny biegnącej do wody zrobione będzie w powiększonym formacie. Bez retuszu, na błyszczącym papierze.
Wieczorem wszyscy usiłowali się dowiedzieć rezultatu porannych poszukiwań w Międzyzdrojach. Major zrobił niezdecydowaną minę i odpowiedział, że ma czas. Na prowadzenie "dochodzenia" pozostał mu przecież jeszcze następny dzień.
Pułkownik Adamik półsłówka Kaczanowskiego wytłumaczył najkorzystniej dla siebie. Przeciwnikowi nie udało się i dlatego jest taki markotny. Krakowianin tryumfował i dokoła opowiadał, że na czym jak na czym, ale na swojej pamięci może polegać. Doskonale przypomina sobie, że przystojną blondynkę nieraz widywał w podwawelskim grodzie. Najczęściej w kawiarni Noworolskiego, a także i w "Cracovii". Proponował też współuczestnikom zabawy, aby z góry ustalić i zamówić w restauracji odpowiednie menu na zakładową kolację.
Następnego dnia ku zdziwieniu współpensjonariuszy Janusz Kaczanowski nie wyjechał do Międzyzdrojów, ale z całym wczasowym towarzystwem powędrował na plażę. Opalał się, kąpał w nie za ciepłym morzu i na pytania o zakładzie mówił:
- Próbowałem wczoraj. Trudno, głową muru się nie przebije.
Zygmunt Adamik był w coraz lepszym humorze, tylko pułkownik Rościszewski nie dał się zwieść.
- Ty, Januszku, coś ukrywasz. Przyznaj się...
- Wszystko rozstrzygnie się jutro przy obiedzie - tajemniczo odpowiedział Kaczanowski i poszedł grać wsiatkówkę.
Wracając do pensjonatu na obiad, major wstąpił do fotografa. Odbitki były gotowe. Podając je, fachowiec pochwalił:
- To zdjęcie dziewczyny biegnącej do morza wyjątkowo się majorowi udało. Można śmiało posłać na konkurs "Najlepsze zdjęcie z wakacji".
Rzeczywiście, na fotografii widać było piękną dziewczynę, jak uśmiechnięta, z rozwianymi jasnymi włosami, wbiega do wody. Fala rozbija się o brzeg plaży, obryzgując biegnącą od stóp do głowy.
- To znajoma? - dopytywał fotograf.
- Nie. Jeszcze nie.
- Rozumiem.
Na drugi dzień po obiedzie porucznik Walicki zebrawszy świadków zakładu zapytał oficjalnym tonem:
- Co major Kaczanowski ma nam do zakomunikowania?
Janusz nie śpiesząc się, sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej dużą, szarą kopertę i zaczął ją otwierać. Pięć par oczu spoczęło na tym papierze. Wreszcie wydostał z koperty zdjęcie formatu 13×18 i podał arbitrowi zakładu. Na zdjęciu roześmiana blondynka wbiegała do wody. Na odwrocie napisano "Krystyna Niemirowska, adres: Warszawa, ulica Drzewieckiego 87. Włosy naturalne. Świadkowie: Krystyna Cegiełek, pokojówka w pensjonacie "Złocień" oraz właściciel zakładu fryzjerskiego w Międzyzdrojach, ul. Lipowa 36, Józef Mańkowski".
Fotografia przechodziła z rąk do rąk. Gdyby w tej chwili ktoś zrobił zdjęcie twarzy pułkownika Adamika, także miałby szansę na zajęcie dobrego miejsca w konkursie na fotkę z wakacji. Niestety, fotografa przy tym nie było.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.