Dwie strony medalu - Andrzej Mazur

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (10,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I - Miejsce przy stole

Katarzyna weszła do sali rady pięć minut przed rozpoczęciem posiedzenia. Przy długim stole leżały już teczki z materiałami. Odnalazła swoją, usiadła i przez chwilę patrzyła na puste krzesło pod ścianą.

Kiedyś siadała właśnie tam, jako wolny słuchacz. Mogła słuchać, robić notatki i czekać, aż ktoś zechce poznać jej zdanie. Dzisiaj przed jej miejscem stała tabliczka z nazwiskiem. Przy sąsiednim czekała druga, z nazwiskiem Elżbiety.

Ela weszła z kubkiem herbaty i zatrzymała się przy drzwiach.

- Przyszłaś wcześniej. To źle wróży.

- Chciałam przeczytać materiały, zanim ktoś zacznie je streszczać.

- Czyli bardzo źle.

Usiadła obok. Miały po trzydzieści trzy lata, a czasem Kasię nadal zdumiewało, jak wiele wydarzyło się od dni, w których dzieliły szkolną ławkę. Wtedy Ela potrafiła spokojnie rozwiązać zadanie, nad którym Kasia zdążyła już pokłócić się z nauczycielem. Ich sposób pracy niewiele się zmienił.

Kasia otworzyła teczkę na stronie oznaczonej zakładką.

- Widziałam liczby z oddziału północnego.

- Ja też. Dlatego poprosiłam o dane z ostatnich trzech lat, a nie tylko z ostatniego kwartału.

- Nie ma ich w materiałach.

- Wiem.

Zanim Kasia zdążyła odpowiedzieć, do sali weszli pozostali członkowie rady. Przewodniczący przywitał się z nimi tak samo jak z resztą obecnych i zajął miejsce u szczytu stołu.

Po omówieniu bieżących wyników dyrektor finansowy wyświetlił na ekranie propozycję zmian. Oddział północny miał zostać połączony z centralnym. Według przedstawionych wyliczeń firma ograniczyłaby koszty, a klientów można było obsługiwać zdalnie lub przenieść do większej placówki. W tabeli znalazła się również liczba stanowisk do likwidacji.

Kasia przeczytała ją dwa razy.

- Kiedy pracownicy się o tym dowiedzą? - zapytała.

Dyrektor finansowy odwrócił się od ekranu.

- Po podjęciu decyzji. Na tym etapie mówimy o propozycji.

- Propozycji z gotowym terminem zamknięcia.

- Termin jest potrzebny do obliczenia oszczędności.

- A dane o klientach? Ilu rzeczywiście da się przenieść do centrali?

- Mamy szacunki.

Ela zamknęła teczkę.

- Poproszę o źródło tych szacunków. W materiałach są zestawienia kosztów, ale nie widzę analizy utrzymania klientów po przeniesieniu.

Przewodniczący skinął na dyrektora finansowego. Ten zaczął wyjaśniać przyjęte założenia. Ela zapisywała liczby i zadawała kolejne pytania. Kasia znała ten ton: spokojny, precyzyjny, niepozwalający ukryć braku odpowiedzi pod pewnym głosem.

Wreszcie dyrektor finansowy przyznał, że część wyliczeń opiera się na wynikach placówek w większych miastach.

- Oddział północny działa w innym miejscu i obsługuje innych klientów - powiedziała Ela. - Nie możemy uznać tych wyników za wystarczający dowód.

Kasia przesunęła palcem po tabeli. Pamiętała swój pierwszy sprzeciw wobec rady i miesiące, w których odsunięto ją od ważnych decyzji. Miała wtedy rację, ale nie przygotowała ludzi ani liczb, które pomogłyby jej rację obronić.

- Chcę pojechać do oddziału - powiedziała. - Porozmawiać z zespołem i zobaczyć, jak pracują.

- Przed ogłoszeniem planu? - spytał jeden z członków rady.

- Tak.

- To może wywołać niepokój.

- Zamknięcie placówki też go wywoła. Tylko później.

Przewodniczący splótł dłonie na stole.

- Ile czasu potrzebujecie?

Kasia zerknęła na Elę. Ta nie odpowiedziała od razu. Sprawdziła coś w notatkach.

- Dwa tygodnie - powiedziała. - Przygotuję analizę klientów i warianty kosztowe. Kasia sprawdzi pracę oddziału. Potem przedstawimy wspólne wnioski.

Kasia już miała zaprotestować przeciw dwóm tygodniom. Chciała zacząć następnego dnia, wrócić z rozwiązaniem przed końcem tygodnia i zamknąć temat. Powstrzymała się. Analiza Eli mogła zmienić sens tego, co zobaczy na miejscu.

Rada zgodziła się wstrzymać decyzję.

Wieczorem w domu Kasia postawiła torbę przy drzwiach kuchni. Marek kroił jabłko na nierówne części, a ich dziecko tłumaczyło mu z wielką powagą, dlaczego największy kawałek powinien przypaść osobie, która pierwsza o niego poprosiła.

- To zasada czy negocjacje? - spytała Kasia.

- Zależy, kto pyta - odparł Marek.

Później, kiedy w domu zrobiło się ciszej, opowiedziała mu o oddziale. Marek słuchał, wycierając umyte kubki.

- Pojedziesz tam jutro? - zapytał.

- Chciałam. Obiecałam jednak Eli, że najpierw ustalimy, jakich danych potrzebujemy.

- Brzmisz, jakby cię to kosztowało.

- Bo kosztuje.

Odstawił kubek.

- W piątek jest przedstawienie. Będziesz?

Kasia spojrzała na kalendarz wiszący nad stołem. Data była zakreślona grubym niebieskim kołem. Tym razem nie potrzebowała przypomnienia.

- Będę. Jeśli będę jechać do oddziału, wrócę wcześniej albo pojadę w inny dzień.

- Dobrze.

Powiedział tylko tyle. Wiedziała, że czekał na odpowiedź, na której będzie mógł polegać.

Następnego ranka Ela zadzwoniła, zanim Kasia dotarła do biura.

- Mam już część danych - oznajmiła bez wstępu. - Oddział ma droższy lokal, niż wynikało z prezentacji, ale lepiej utrzymuje klientów niż dwie placówki, do których chcą ich przenieść.

- Czyli zamknięcie nie ma sensu?

- Tego jeszcze nie wiemy. Rozmawiałam z finansami. Poprosiłam też o warunki nowej umowy najmu.

Kasia przystanęła przed przejściem dla pieszych.

- Sama zadzwoniłaś do właściciela budynku?

- Tak. Mogę negocjować czynsz bez czekania, aż wrócisz z oddziału.

W głosie Eli nie było triumfu ani prośby o uznanie. Miała swój obszar odpowiedzialności i właśnie wykonywała pracę, którą uważała za potrzebną.

- Masz rację - powiedziała Kasia. - Ja porozmawiam z ludźmi na miejscu. Spotkajmy się po południu.

- I Kasia?

- Co?

- Nie obiecuj im, że uratujemy oddział. Jeszcze tego nie wiemy.

Zapaliło się zielone światło. Kasia ruszyła wraz z tłumem.

- Nie obiecam - odpowiedziała.

Po rozłączeniu przez kilka kroków myślała o tym, co powie pracownikom. Mogła obiecać im rozmowę, uczciwe przedstawienie wyników i decyzję opartą na pełniejszych danych. To było mniej efektowne niż zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Właśnie dlatego musiała dotrzymać każdego z tych słów.

Rozdział IX - Rok później

Rok później Kasia wysiadła z samochodu przed oddziałem północnym i przez chwilę przyglądała się oknom. W jednym stała doniczka z wielką paprotką. W drugim ktoś przykleił kartkę z godzinami spotkań dla klientów. Podczas ich pierwszej wizyty w tym miejscu kartki dotyczyły przede wszystkim cięć.

- Spóźnimy się przez tę paprotkę? - zapytała Ela, wysiadając po drugiej stronie.

- Sprawdzam, czy ją podlewają.

- Rada będzie zachwycona tą metodą oceny wyników.

Rada miała otrzymać tego dnia końcowe rozliczenie rocznego planu. Po trzech miesiącach od uchwały potwierdziła, że oddział realizuje pierwsze cele, po sześciu zezwoliła na dalszą działalność pod warunkiem kontroli wyników przez następne pół roku. Teraz żadna z kobiet nie chciała oprzeć wystąpienia na zdaniu, że placówka "jakoś sobie poradziła".

Pani Sadowska czekała już w środku. Wyglądała na niewyspaną, lecz gdy prowadziła je obok stanowisk obsługi, odpowiadała na pytania pracowników bez zaglądania do notatek. Na ścianie wisiał nowy plan dyżurów. Jedno ze stanowisk zamknięto w połowie dnia; wtedy ktoś z zespołu przechodził do rozmów telefonicznych z klientami, którzy wcześniej czekali na odpowiedź całymi dniami.

- Nie wszyscy zostali - powiedziała kierowniczka, gdy zamknęły drzwi małego pokoju. - Pani Błaszczyk wybrała pracę bliżej domu. Nie obsadziliśmy jej stanowiska w tym samym wymiarze. Pozostałym zaproponowaliśmy inne godziny, a dwie osoby przeszły szkolenie do nowych zadań. Nikt nie usłyszał od nas, że musi przyjąć warunki bez pytania.

Ela otworzyła teczkę.

- W raporcie zapiszę również odejście pani Błaszczyk. W tabeli wygląda to jak oszczędność, ale decyzja miała swoje przyczyny.

Pani Sadowska przesunęła do niej kartkę.

- Wczoraj rozmawiałam z nią przez telefon. Powiedziała, że w nowej pracy kończy przed piątą. Możesz to dopisać do swojej tabeli.

- Nie mogę. Ale mogę jej pogratulować, kiedy ją spotkam.

Na stole leżały liczby. Nowa umowa najmu obniżyła koszt lokalu na dwa lata, a przeniesienie części archiwum zwolniło pokój, za który nie trzeba było już płacić. W pierwszym półroczu oszczędności niemal pochłonęły koszty szkolenia. Dopiero ostatnie miesiące przyniosły wynik, który można było utrzymać bez ograniczania obsługi. Ela znała każde przesunięcie w tych zestawieniach, bo to ona odrzuciła tańszy wariant zakładający zamknięcie dyżuru dla starszych klientów.

- Rada może zapytać, dlaczego nie wybrałyśmy go od razu - powiedziała Kasia.

- Odpowiem, że właśnie ci klienci najczęściej musieli przychodzić osobiście. Zaoszczędzilibyśmy na papierze, a zwiększylibyśmy kolejki i liczbę skarg. Sprawdziłyśmy to przez osiem tygodni.

- Nie próbuję ci podsunąć odpowiedzi.

- Wiem. Mówię ci, którą przedstawię.

Kasia zamknęła usta. Miała zwyczaj wchodzić w cudze zdanie, gdy wyczuwała zbliżające się pytanie rady. Tego ranka nie było takiej potrzeby. Ela przygotowała odpowiedź i wzięła za nią odpowiedzialność wiele miesięcy wcześniej.

Pod koniec wizyty jeden z pracowników zatrzymał je przy wyjściu.

- Pani dyrektor, mam prośbę o zmianę grafiku w następnym miesiącu - zwrócił się do Eli. - Pani Sadowska mówiła, że musi pani zatwierdzić wymiar godzin.

- Proszę najpierw przejść z nią przez plan całego zespołu - odpowiedziała Ela. - Jeśli będzie się zgadzał, podejmę decyzję do czwartku.

Kasia już sięgała po kalendarz, zanim zdała sobie sprawę, że nikt jej o nic nie pytał. Schowała telefon.

W samochodzie Ela nalała sobie herbaty z termosu. Z kubka unosiła się para.

- Wolałabym, żebyś przed radą nie mówiła za mnie o grafiku i kosztach - powiedziała spokojnie.

- Zamierzałam tylko zapytać o termin.

- Wiem. I dlatego mówię ci to teraz, a nie wtedy, kiedy staniemy przy stole. Zostaw mi moje pytania.

Kasia opuściła osłonę przeciwsłoneczną, choć nie świeciło słońce.

- Masz rację. Przepraszam.

- Za pytanie nie musisz. Za odruch, który powtarza się od tygodni, trochę tak.

Kasia przyjęła uwagę. Pomyślała o dniu, w którym razem przyniosły tu listę niewiadomych. Wtedy prawie każde pytanie kierowano do niej. Teraz ludzie wiedzieli, za co odpowiada Ela. Jeżeli Kasia miała naprawdę szanować tę zmianę, musiała dopuścić ją również w drobnych rozmowach.

- Dzisiaj przedstawiasz decyzje dotyczące kosztów i zespołu - powiedziała. - Ja odpowiadam za klientów. Przy pytaniach o harmonogram odeślę radę do ciebie.

Ela upiła łyk herbaty.

- Właśnie tak.

W południe Kasia dostała wiadomość od Marka: "Gorączka wróciła. Zostajemy w domu. Lekarka przyjmie nas po czwartej". Dziecko chorowało od dwóch dni. W nocy budziło się z kaszlem; Marek wziął pierwszy dzień wolnego, Kasia drugi poranek, a potem zamienili się, żeby mogła przyjechać na spotkanie.

Kasia odpisała, że zaraz zadzwoni. Przeszła do pustej sali konferencyjnej.

- Jak wysoko? - zapytała, gdy Marek odebrał.

- Mniej niż w nocy, ale znów rośnie. Pije wodę. Leży na kanapie i twierdzi, że moje czytanie jest za wolne.

- Mogę wrócić po radzie. Jeśli potrzebujesz wcześniej, powiem Eli, żeby skończyła beze mnie.

- Chcę, żebyś pojechała na posiedzenie. Już ustaliliśmy, kto dziś jest w domu. Potrzebuję tylko, żebyś po nim rzeczywiście wróciła. Bez telefonu w samochodzie na parkingu przez kolejne czterdzieści minut.

Marek nie podnosił głosu. Kasia poczuła jednak, że w tym ostatnim zdaniu mieszczą się wszystkie razy, kiedy obiecała wrócić zaraz i zostawała, by dopisać jeszcze jeden akapit.

- Wrócę - odpowiedziała. - Wyślij mi, co powie lekarka, jeśli będziecie u niej wcześniej.