Rozdział 2
Gdy weszłam do mieszkania, nakryłam Jenny, jak bzykała się na kanapie ze swoim chłopakiem Stephenem.
- Co robisz w domu? - zapytała, podnosząc się i spoglądając na mnie zza oparcia.
- Odeszłam z restauracji. Chociaż właściwie to najpierw Frank mnie wywalił.
Jenny poprawiła na sobie bieliznę i wciągnęła z powrotem bluzkę. Stephen podciągnął spodnie i spojrzał na mnie.
- A niech to, Delilah.
Poszłam do siebie do pokoju i wyciągnęłam się na łóżku. Jenny położyła się obok mnie i obydwie gapiłyśmy się w sufit.
- Dlaczego cię zwolnił?
- Ponieważ zaśpiewałam piosenkę dzieciakowi, który płakał, bo rozlał kawę.
- Bydlak.
- Wiem.
- Ej, Jenny, będę leciał, kotku. Zobaczymy się później. Przykro mi z powodu twojej roboty, Delilah.
- Dzięki, Stephen. Przepraszam, że wam przerwałam. - Uśmiechnęłam się, przenosząc wzrok na Jenny.
- Nie ma problemu. I tak nie mógł dojść od godziny. - Chwyciła mnie za rękę. - I co myślisz teraz zrobić?
- Nie wiem. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ojciec tej małej to Oliver Wyatt. Dał mi swoją wizytówkę i poprosił, żebym przyszła do niego do biura o czwartej, bo chce ze mną o czymś porozmawiać.
- Ten Oliver Wyatt?
- Tak myślę. A co, jest ich więcej?
- Nie w Nowym Jorku. Słyszałam o nim różne rzeczy. Wygoogluj go sobie w wolnej chwili. Muszę się zbierać. Lecę do warzywniaka, mamy dostawę pomarańczy. - Uśmiechnęła się, po czym wstała i poszła do swojego pokoju.
Podniosłam się, otworzyłam laptopa i wstukałam Olivera Wyatta w wyszukiwarce. Matko, ależ ciacho. W dole brzucha poczułam dziwne drżenie, a to nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej od zwykłego patrzenia na kogoś. Kliknęłam grafikę, na co otworzyła się prawdziwa lawina jego zdjęć z różnymi kobietami. Na ostatnich pojawiał się z jakąś blond Barbie. Podpis pod zdjęciem głosił: "Oliver Wyatt ze swoją partnerką, Laurel Madison, na imprezie w ramach akcji charytatywnej Domy dla Nadziei". Wszystkie kobiety na zdjęciach z nim były olśniewające i wypełnione botoksem.
Wyjęłam wizytówkę z torebki i spojrzałam na adres. Jego biurowiec znajdował się przy Zachodniej Czterdziestej Trzeciej ulicy. Zerknęłam na telefon. Było piętnaście po trzeciej. Taksówką nie powinno mi to zająć dłużej niż piętnaście minut, ale o tej godzinie mogło być różnie. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam czarną letnią sukienkę.
- Będzie musiała oblecieć - powiedziałam sama do siebie. Nie chciałam iść do niego do biura w dżinsach.
Przebrałam się, rozpuściłam włosy i nastroszyłam je palcami, spryskując lekko lakierem, żeby dodać im nieco puszystości. Poprawiłam makijaż i włożyłam na nogi sandały na małym obcasie. Przywołałam taksówkę i kazałam kierowcy zawieźć się na Zachodnią Czterdziestą Trzecią.
Gdy stanęłam przed wysokim przeszklonym budynkiem, ogarnęło mnie zdenerwowanie. Weszłam przez olbrzymie drzwi obrotowe i w pierwszej kolejności zostałam poddana kontroli osobistej, a następnie wskazano mi ogromną łukowatą recepcję na wprost imponującej fontanny ściennej.
- Czym mogę służyć? - zapytała ładna blondynka z włosami upiętymi w ciasny koczek.
- Mam spotkanie z panem Wyattem o czwartej.
- Pani godność? - spytała, podnosząc słuchawkę.
- Delilah Graham.
- Pani Delilah Graham do pana Wyatta. Spotkanie o czwartej.
Spojrzała na mnie orzechowymi oczami.
- Pan Wyatt czeka na panią. Windą po prawej, dwudzieste drugie piętro.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się uprzejmie i ruszyłam we wskazanym kierunku.
Winda czekała już na mnie otwarta i weszłam do środka. Czułam ściskanie w dołku i nie bardzo wiedziałam dlaczego. Ludzie nigdy nie powodowali we mnie zdenerwowania, ale Oliver Wyatt wywoływał jakiś niepokój. Może to przez ten jego zabójczy wygląd albo otaczającą go atmosferę pewności siebie, kontroli i zdecydowania. Drzwi windy otworzyły się i, gdy wyszłam, uśmiechnęła się do mnie kobieta o długich czarnych włosach i zaskakująco czerwonych, pełnych ustach.
- Pani Graham?
Wstała i poprowadziła mnie do wielkich drzwi z ciemnego drewna. Nacisnęła klamkę i otworzyła je, zapowiadając moje przybycie. Oliver siedział za olbrzymim, półkolistym biurkiem, ze ścianą okien za plecami.
- Pani Graham, dziękuję, że pani przyszła. Proszę usiąść - powiedział bez cienia uśmiechu.
Zajęłam miejsce na wyściełanym skórą krześle naprzeciw jego biurka, a on usiadł w swoim dyrektorskim fotelu. Byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów i uśmiechnęłam się niepewnie w jego stronę.
- Zaprosiłem tu panią, bo chciałem się dowiedzieć, czy ma pani doświadczenie w opiece nad dziećmi.
- Hm? - mruknęłam głupio zbita z tropu.
Zmrużył oczy.
- Czy ma pani kwalifikacje do zajmowania się dziećmi?
- Jeżeli wychowanie trójki rodzeństwa uznać za kwalifikacje do zajmowania się dziećmi, to tak. Ale formalnego wykształcenia w tym kierunku nie mam.
Odchylił się do tyłu w fotelu i uniósł głowę.
- Słucham dalej.
- Przepraszam, czy to jest jakaś rozmowa rekrutacyjna?
- Można by tak powiedzieć. Szukam kogoś do opieki nad córką.
- Ma pan na myśli nianię?
- Tak.
- W Nowym Jorku jest multum agencji opiekunek do dzieci, wystarczy zadzwonić.
- Tak, wiem - odrzekł poirytowany. - Ale dotąd żadna z nich się nie sprawdziła. Moja córka ma pewne problemy. Niedawno straciła matkę i nie najlepiej sobie z tym radzi. Potrafi być trudna i wszystkie nianie, które do tej pory zatrudniłem, po jakimś czasie zrezygnowały.
Uniosłam brwi.
- A ile Sophie ma lat? Nie wygląda na więcej niż pięć.
- Ma pięć lat i bardzo silny charakter.
Roześmiałam się.
- Jak większość dziewczynek już od urodzenia.
Moja uwaga nie rozbawiła go, za to rzucił mi surowe spojrzenie.
- Dzisiaj w restauracji zauważyłem, że patrzy na panią jakoś inaczej niż na inne opiekunki. Odniosłem wrażenie, że wzbudziła pani jej sympatię i zaufanie, wydawała się spokojniejsza. Nie będę pani okłamywał, przeprowadziłem małe rozpoznanie na pani temat. Wiem, że w wieku osiemnastu lat w Chicago straciła pani matkę i została prawnym opiekunem dwóch braci i siostry.
- Aha. No tak, pewnie ma pan możliwości, żeby dowiedzieć się wszystkiego o wszystkich.
- Owszem. I mam też wrażenie, że pilnie potrzebuje pani pracy.
Miał rację. Byłam pod ścianą i jeżeli miał dla mnie jakąś propozycję, nie chciałam go okłamywać.
- Zajmowałam się Bradenem, Colette i Tannerem, nawet gdy byłam zupełnie mała. Moja mama była alkoholiczką i nie była w stanie utrzymać się w żadnej pracy. Przez całą noc piła, a potem spała cały dzień, więc to ja jako najstarsza musiałam zajmować się resztą. A więc, odpowiadając na pana pytanie, mam bardzo bogate doświadczenie w opiece nad dziećmi.
- A pani ojciec? - zapytał.
Jezu, czy przejdzie mi to przez gardło przy kimś takim jak on? Wzięłam głęboki oddech, bo to pytanie wkraczało w bardzo intymną sferę mojego życia.
- Każde z nas ma innego ojca. Moja mama nie była nawet w stanie powiedzieć, kto był czyim dzieckiem.
- Rozumiem - powiedział, unosząc brwi. - Jak długo mieszka pani w Nowym Jorku i dlaczego wyjechała pani z Chicago?
- Przeniosłam się tu rok temu. Moi bracia i siostra studiują w różnych miastach, więc chciałam się wyrwać z Chicago. Nowy Jork to dla mnie centrum całego świata, miasto nieograniczonych możliwości. Poza tym moja obecna współlokatorka już tu wtedy mieszkała, więc nie musiałam się martwić o mieszkanie.
- Rozumiem. A co pani robi poza kelnerowaniem? Skończyła pani jakieś studia?
- Nie, nie miałam kiedy. Byłam zbyt zajęta pracą, kombinowaniem, jak opłacić rachunki i opieką nad moim rodzeństwem. Musiałam dopilnować, żeby mieli dobry start i zdobyli wyższe wykształcenie. Poza tym uwielbiam muzykę i śpiew. Może przeprowadziłam się tu po to, żeby być bliżej muzyki.
- Myślała pani, żeby zapisać się na studia?
Roześmiałam się.
- Mam dwadzieścia trzy lata. Chyba już na to za późno.
- Nigdy nie jest za późno. Ma pani chłopaka?
Zmrużyłam oczy, bo właściwie, co to ma do rzeczy?
- Nie - odparłam z wahaniem.
- Moja propozycja jest taka. Na początek dostanie pani czterdzieści tysięcy dolarów rocznie i ubezpieczenie zdrowotne. Zamieszka pani u mnie w domu. Będzie pani miała własny pokój i prywatną łazienkę oraz swobodny dostęp do mojego kierowcy. Będzie pani pracować od poniedziałku do soboty, zaczynając od chwili, gdy Sophie wstaje rano, do momentu, gdy pójdzie spać. Niedziele należą całkowicie do pani i może pani wówczas robić to, co chce. Mam na ten dzień zastępstwo. Jednak w sytuacjach awaryjnych, będę oczekiwał, że będzie pani do dyspozycji. Może się zdarzyć, że gdzieś trzeba będzie z Sophie pojechać, więc mam nadzieję, że nie ma pani problemu z lataniem?
- Nie, absolutnie.
Po głowie kołatało mi się jedynie to, jak dużo pieniędzy mogłabym zarobić, gdybym przyjęła jego ofertę. Prawdę mówiąc, nie miałam wyboru. Potrzebowałam pracy na gwałt, a do tego proponował pokryć ubezpieczenie.
- Czy coś takiego by panią interesowało? - zapytał.
Nie chciałam się zgadzać od razu. Nie musi wiedzieć, że mam nóż na gardle.
- Czy mogę to przemyśleć i dać panu odpowiedź jutro?
- Oczywiście. - Sięgnął po długopis i zanotował coś na karteczce samoprzylepnej. - To jest mój numer komórkowy. Proszę zadzwonić, kiedy podejmie pani decyzję.
- Przykro mi z powodu śmierci pana żony.
Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i rozchylił usta.
- Matka Sophie nie była moją żoną. Była kobietą, z którą się spotykałem i która zaszła w ciążę naumyślnie, bo liczyła, że wówczas się z nią ożenię.
- Aha - wyszeptałam, spuszczając wzrok.
Rozległo się pukanie i drzwi otworzyły się bez zapowiedzi. Odwróciłam się i... O, matko boska, do pokoju wszedł drugi najprzystojniejszy facet na świecie.
- Przepraszam, Oliver, nie wiedziałem, że masz spotkanie. Marii nie było przy biurku.
- W porządku, Liam. Pani Graham już wychodzi.
- Tak, tak. - Wstałam i założyłam torebkę na ramię.
- Dzień dobry. Jestem Liam Wyatt, brat Olivera - powiedział, unosząc kąciki pięknie wykrojonych ust.
- Delilah Graham. Miło mi poznać.
- O, cała przyjemność po mojej stronie.
Uśmiechnęłam się i szybko wyszłam z pokoju, bo bałam się, że jeżeli natychmiast się stamtąd nie wyniosę, to eksplodują mi jajniki. Dwóch najbardziej seksownych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziałam, w jednym pokoju, to jednak trochę za wiele.