Dwie miłości. Tom 1 - Sandi Lynn

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4

DE­LI­LAH

W dro­dze do domu za­ha­czy­łam o wa­rzyw­niak i znala­złam Jenny ukła­da­jącą sterty ogór­ków. Sklep na­le­żał do jej ojca i Jenny do­ra­biała tam so­bie w cza­sie stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie No­wo­jor­skim.

- Hej - po­wie­dzia­łam, po­da­jąc jej ogórka.

- Hej! Jak po­szło z pa­nem Wy­at­tem? O czym chciał po­roz­ma­wiać?

Przy­gry­złam dolną wargę.

- Chce, że­bym zo­stała opie­kunką So­phie.

Jenny odło­żyła ogórka i spoj­rzała na mnie cał­ko­wi­cie oszo­ło­miona.

- Nie mów! Po­waż­nie?

- No. Pen­sja wyj­ściowa - czter­dzie­ści ty­sięcy dola­rów plus ubez­pie­cze­nie zdro­wotne i pry­watny szo­fer dla mnie i So­phie.

- Mu­sia­ła­byś u niego za­miesz­kać?

- Tak. Mia­ła­bym wła­sny po­kój i osobną ła­zienkę, i wolne nie­dziele.

- Ożeż, De­li­lah. I co, przyj­miesz tę ro­botę?

- Nie mam wy­boru. W po­rów­na­niu do kel­ne­ro­wa­nia to niebo i zie­mia.

- A co z twoją mu­zyką?

- Mo­gła­bym tam ćwi­czyć i grać w nie­dziele. My­ślę, że to do­bra oka­zja, przy­naj­mniej na ja­kiś czas.

- A co je­żeli za bar­dzo przy­wią­żesz się do So­phie?

- O to po­mar­twię się póź­niej.

- A co z pa­nem Weź-Mnie Wy­at­tem?

- Co z nim?

- Są wi­doki na ja­kiś eks­tra bo­nu­sik?

- Daj spo­kój. Ta­kie rze­czy mnie nie in­te­re­sują, wiesz prze­cież. Bę­dzie moim sze­fem, a poza tym ma dziew­czynę.

- I co z tego? Tacy męż­czyźni mało się tym przejmu­ją, gdy po­ja­wia się inna piękna ko­bieta.

- Eee. Idę się przy­go­to­wać na wie­czór.

- Do­bra. Znaj­dziemy cię ze Ste­phe­nem póź­niej - ro­ze­śmiała się.

We­szłam na górę i zmie­ni­łam su­kienkę na czarne leg­ginsy i czarną tu­nikę bez rę­ka­wów, ze srebr­nymi wstaw­kami. Prze­cze­sa­łam włosy, zwią­za­łam je w nie­dbały ku­cyk opa­da­jący z jed­nej strony na ra­mię i pod­krę­ci­łam koń­cówki. Wsu­nę­łam na nogi wy­so­kie buty, wzię­łam torbę z gi­tarą, to­rebkę i te­le­fon i wy­szłam z miesz­ka­nia. Ja­dąc me­trem, po­sta­no­wi­łam za­dzwo­nić do pana Wy­atta.

- Oli­ver Wy­att - ode­brał.

- Dzień do­bry. Mówi De­li­lah Gra­ham.

- Dzień do­bry. Czy pod­jęła już pani de­cy­zję w związ­ku z moją ofertą?

- Tak. Zga­dzam się.

- Cie­szę się. Co to za ha­łas? Jest pani w me­trze?

- A, tak, prze­pra­szam. Jadę do Red Room. Chcia­łam dać panu znać, za­nim zrobi się późno.

- Mogę za­py­tać, co pani tam robi?

- Mam tam dzi­siaj wy­stęp.

- A. Ro­zu­miem. To omó­wimy szcze­góły in­nym ra­zem. Mi­łego wie­czoru.

- Dzię­kuję, na­wza­jem.

Za­koń­czy­łam po­łą­cze­nie z uśmie­chem na twa­rzy, który nie zni­kał jesz­cze, kiedy po­ko­ny­wa­łam drogę z me­tra do klubu. Już od progu za­uwa­ży­łam mo­jego kum­pla Jo­naha, któ­rego po­zna­łam za­raz po przy­jeź­dzie do No­wego Jorku, kiedy roz­ło­ży­łam się z gi­tarą na jego sta­łym skrzy­żo­wa­niu.

- Cześć, De­li­lah - uśmiech­nął się.

- Cześć, Jo­nah. Spory dzi­siaj tłum. - Ro­zej­rza­łam się po sali peł­nej sta­łych by­wal­ców.

- Wy­cho­dzisz za­raz po Blue Moon and Stars. Go­towa?

- Go­towa i na­stro­jona. - Uśmiech­nę­łam się i po­kle­pa­łam po­kro­wiec z gi­tarą.

Sta­nę­łam za sceną, wy­ję­łam gi­tarę i, gdy tylko Blue Moon and Stars skoń­czyli swój wy­stęp, we­szłam na scenę i usia­dłam na stołku przed mi­kro­fo­nem. Gdy w ostrym świe­tle re­flek­to­rów ude­rzy­łam w struny, uwaga go­ści sku­piła się na mnie. Na ca­łym świe­cie nie było miej­sca, gdzie czu­ła­bym się le­piej niż na sce­nie. Mu­zyka po­zwa­lała mi prze­nieść się do świata, w któ­rym by­łam kimś i mia­łam swoje miej­sce. Gdy za­czę­łam śpie­wać moją aku­styczną wer­sję Let Her Go, gwar w ba­rze ucichł. Za­mknę­łam oczy i śpie­wa­łam, ca­łym ser­cem wczu­wa­jąc się w dźwięk i rytm. Kiedy otwo­rzy­łam oczy i spoj­rza­łam w tłum, mój wzrok padł pro­sto na Oli­vera Wy­atta sie­dzą­cego przy stole w rogu z drin­kiem w dłoni. Co on tu robi, u dia­bła? Za­gra­łam jesz­cze kilka pio­se­nek, po czym po­dzię­ko­wa­łam pu­blicz­no­ści i ze­szłam ze sceny. Grom­kie brawa i gwizdy, które roz­le­gły się na sali, upew­niły mnie, że był to ko­lejny udany wy­stęp. Scho­wa­łam gi­tarę do po­krowca, prze­wie­si­łam ją so­bie przez ra­mię i po­szłam do głów­nej sali do pu­stego te­raz sto­lika, przy któ­rym przed chwilą sie­dział Oli­ver Wy­att i oglą­dał mój kon­cert. Dla­czego wy­szedł bez słowa? Wzru­szy­łam ra­mio­nami i skie­ro­wa­łam się do baru, gdzie Jo­nah ser­wo­wał trunki.

- Świetny show, De­li­lah. Masz za to ode mnie drinka - uśmiech­nął się, sta­wia­jąc przede mną bia­łego ro­sja­nina.

- Dzię­kuję. - Się­gnę­łam po szkla­neczkę i upi­łam łyk.

- Wi­taj, gwiazdo. - Ste­phen pod­szedł i cmok­nął mnie w po­li­czek. - Re­we­la­cyjny wy­stęp, jak za­wsze.

Jenny usia­dła na stołku koło mnie i za­rzu­ciła mi ra­mię na szyję.

- Jo­nah, po­pro­simy trzy szoty te­qu­ili.

- Już się robi, Jenny - uśmiech­nął się.

Ste­phen po­grą­żył się w roz­mo­wie ze swoim znajo­mym, a ja zer­k­nę­łam na Jenny.

- Wi­dzia­łam ze sceny Oli­vera. Sie­dział przy stole w ką­cie i mi się przy­glą­dał.

- Se­rio? - Zmarsz­czyła brwi stro­piona.

- Tak, ale wy­szedł za­raz po kon­cer­cie. Nie rozma­wia­li­śmy ani nic ta­kiego.

- To dziwne, De­li­lah. Może z niego jest ja­kiś mi­lio­ner tro­pi­ciel? - par­sk­nęła śmie­chem.

- Je­żeli tak jest, to nie bę­dzie się mu­siał przy mnie zbyt­nio wy­si­lać. Będę prze­cież miesz­kać u niego w domu.

- Czyli już się zgo­dzi­łaś?

Jo­nah po­sta­wił przed nami trzy kie­liszki te­qu­ili. Jenny po­dała mi je­den, a drugi wy­cią­gnęła w stronę Ste­phena.

- Raz... dwa... trzy! - wy­krzyk­nęła i wy­chy­li­li­śmy je jed­nym hau­stem, ze stu­kiem od­sta­wia­jąc pu­ste kie­liszki na ladę.

- Mhm. Za­dzwo­ni­łam do niego, kiedy je­cha­łam tu me­trem.

- Mam na­dzieję, że wiesz, co ro­bisz, De­li­lah. Bę­dziesz te­raz żyła w cał­kiem in­nym świe­cie.

Uśmiech­nę­łam się nie­wy­raź­nie i do­koń­czy­łam mo­jego ro­sja­nina.

Rozdział 2

Gdy we­szłam do miesz­ka­nia, na­kry­łam Jenny, jak bzy­kała się na ka­na­pie ze swoim chło­pa­kiem Ste­phe­nem.

- Co ro­bisz w domu? - za­py­tała, pod­no­sząc się i spo­glą­da­jąc na mnie zza opar­cia.

- Ode­szłam z re­stau­ra­cji. Cho­ciaż wła­ści­wie to naj­pierw Frank mnie wy­wa­lił.

Jenny po­pra­wiła na so­bie bie­li­znę i wcią­gnęła z po­wro­tem bluzkę. Ste­phen pod­cią­gnął spodnie i spoj­rzał na mnie.

- A niech to, De­li­lah.

Po­szłam do sie­bie do po­koju i wy­cią­gnę­łam się na łóżku. Jenny po­ło­żyła się obok mnie i oby­dwie ga­piły­śmy się w su­fit.

- Dla­czego cię zwol­nił?

- Po­nie­waż za­śpie­wa­łam pio­senkę dzie­cia­kowi, który pła­kał, bo roz­lał kawę.

- By­dlak.

- Wiem.

- Ej, Jenny, będę le­ciał, kotku. Zo­ba­czymy się póź­niej. Przy­kro mi z po­wodu two­jej ro­boty, De­li­lah.

- Dzięki, Ste­phen. Prze­pra­szam, że wam prze­rwa­łam. - Uśmiech­nę­łam się, prze­no­sząc wzrok na Jenny.

- Nie ma pro­blemu. I tak nie mógł dojść od go­dzi­ny. - Chwy­ciła mnie za rękę. - I co my­ślisz te­raz zro­bić?

- Nie wiem. Naj­dziw­niej­sze w tym wszyst­kim jest to, że oj­ciec tej ma­łej to Oli­ver Wy­att. Dał mi swoją wi­zy­tówkę i po­pro­sił, że­bym przy­szła do niego do biura o czwar­tej, bo chce ze mną o czymś po­roz­ma­wiać.

- Ten Oli­ver Wy­att?

- Tak my­ślę. A co, jest ich wię­cej?

- Nie w No­wym Jorku. Sły­sza­łam o nim różne rze­czy. Wy­go­ogluj go so­bie w wol­nej chwili. Mu­szę się zbie­rać. Lecę do wa­rzyw­niaka, mamy do­stawę poma­rań­czy. - Uśmiech­nęła się, po czym wstała i po­szła do swo­jego po­koju.

Pod­nio­słam się, otwo­rzy­łam lap­topa i wstu­ka­łam Oli­vera Wy­atta w wy­szu­ki­warce. Matko, ależ cia­cho. W dole brzu­cha po­czu­łam dziwne drże­nie, a to nie zda­rzyło mi się ni­gdy wcze­śniej od zwy­kłego pa­trze­nia na ko­goś. Klik­nę­łam gra­fikę, na co otwo­rzyła się praw­dzi­wa la­wina jego zdjęć z róż­nymi ko­bie­tami. Na ostat­nich po­ja­wiał się z ja­kąś blond Bar­bie. Pod­pis pod zdję­ciem gło­sił: "Oli­ver Wy­att ze swoją part­nerką, Lau­rel Madi­son, na im­pre­zie w ra­mach ak­cji cha­ry­ta­tyw­nej Domy dla Na­dziei". Wszyst­kie ko­biety na zdję­ciach z nim były olśnie­wa­jące i wy­peł­nione bo­tok­sem.

Wy­ję­łam wi­zy­tówkę z to­rebki i spoj­rza­łam na ad­res. Jego biu­ro­wiec znaj­do­wał się przy Za­chod­niej Czter­dzie­stej Trze­ciej ulicy. Zer­k­nę­łam na te­le­fon. Było pięt­na­ście po trze­ciej. Tak­sówką nie po­winno mi to za­jąć dłu­żej niż pięt­na­ście mi­nut, ale o tej go­dzi­nie mo­gło być róż­nie. Po­de­szłam do szafy i wy­cią­gnę­łam czarną let­nią su­kienkę.

- Bę­dzie mu­siała ob­le­cieć - po­wie­dzia­łam sama do sie­bie. Nie chcia­łam iść do niego do biura w dżin­sach.

Prze­bra­łam się, roz­pu­ści­łam włosy i na­stro­szy­łam je pal­cami, spry­sku­jąc lekko la­kie­rem, żeby do­dać im nieco pu­szy­sto­ści. Po­pra­wi­łam ma­ki­jaż i wło­ży­łam na nogi san­dały na ma­łym ob­ca­sie. Przy­wo­ła­łam tak­sówkę i ka­za­łam kie­rowcy za­wieźć się na Za­chod­nią Czter­dzie­stą Trze­cią.

Gdy sta­nę­łam przed wy­so­kim prze­szklo­nym bu­dyn­kiem, ogar­nęło mnie zde­ner­wo­wa­nie. We­szłam przez ol­brzy­mie drzwi ob­ro­towe i w pierw­szej ko­lej­no­ści zo­sta­łam pod­dana kon­troli oso­bi­stej, a na­stęp­nie wska­zano mi ogromną łu­ko­watą re­cep­cję na wprost im­po­nu­ją­cej fon­tanny ścien­nej.

- Czym mogę słu­żyć? - za­py­tała ładna blon­dynka z wło­sami upię­tymi w cia­sny ko­czek.

- Mam spo­tka­nie z pa­nem Wy­at­tem o czwar­tej.

- Pani god­ność? - spy­tała, pod­no­sząc słu­chawkę.

- De­li­lah Gra­ham.

- Pani De­li­lah Gra­ham do pana Wy­atta. Spo­tka­nie o czwar­tej.

Spoj­rzała na mnie orze­cho­wymi oczami.

- Pan Wy­att czeka na pa­nią. Windą po pra­wej, dwu­dzie­ste dru­gie pię­tro.

- Dzię­kuję. - Uśmiech­nę­łam się uprzej­mie i ru­szy­łam we wska­za­nym kie­runku.

Winda cze­kała już na mnie otwarta i we­szłam do środ­ka. Czu­łam ści­ska­nie w dołku i nie bar­dzo wie­dzia­łam dla­czego. Lu­dzie ni­gdy nie po­wo­do­wali we mnie zde­ner­wo­wa­nia, ale Oli­ver Wy­att wy­wo­ły­wał ja­kiś nie­po­kój. Może to przez ten jego za­bój­czy wy­gląd albo ota­cza­jącą go at­mos­ferę pew­no­ści sie­bie, kon­troli i zde­cy­do­wa­nia. Drzwi windy otwo­rzyły się i, gdy wy­szłam, uśmiech­nęła się do mnie ko­bieta o dłu­gich czar­nych wło­sach i za­ska­ku­jąco czer­wo­nych, peł­nych ustach.

- Pani Gra­ham?

Wstała i po­pro­wa­dziła mnie do wiel­kich drzwi z ciem­nego drewna. Na­ci­snęła klamkę i otwo­rzyła je, za­po­wia­da­jąc moje przy­by­cie. Oli­ver sie­dział za ol­brzy­mim, pół­ko­li­stym biur­kiem, ze ścianą okien za ple­cami.

- Pani Gra­ham, dzię­kuję, że pani przy­szła. Pro­szę usiąść - po­wie­dział bez cie­nia uśmie­chu.

Za­ję­łam miej­sce na wy­ście­ła­nym skórą krze­śle na­prze­ciw jego biurka, a on usiadł w swoim dy­rek­tor­skim fo­telu. By­łam jed­nym wiel­kim kłęb­kiem ner­wów i uśmiechnę­łam się nie­pew­nie w jego stronę.

- Za­pro­si­łem tu pa­nią, bo chcia­łem się do­wie­dzieć, czy ma pani do­świad­cze­nie w opiece nad dziećmi.

- Hm? - mruk­nę­łam głu­pio zbita z tropu.

Zmru­żył oczy.

- Czy ma pani kwa­li­fi­ka­cje do zaj­mo­wa­nia się dziećmi?

- Je­żeli wy­cho­wa­nie trójki ro­dzeń­stwa uznać za kwa­li­fi­ka­cje do zaj­mo­wa­nia się dziećmi, to tak. Ale for­mal­nego wy­kształ­ce­nia w tym kie­runku nie mam.

Od­chy­lił się do tyłu w fo­telu i uniósł głowę.

- Słu­cham da­lej.

- Prze­pra­szam, czy to jest ja­kaś roz­mowa re­kru­ta­cyjna?

- Można by tak po­wie­dzieć. Szu­kam ko­goś do opie­ki nad córką.

- Ma pan na my­śli nia­nię?

- Tak.

- W No­wym Jorku jest mul­tum agen­cji opie­ku­nek do dzieci, wy­star­czy za­dzwo­nić.

- Tak, wiem - od­rzekł po­iry­to­wany. - Ale do­tąd żadna z nich się nie spraw­dziła. Moja córka ma pewne pro­blemy. Nie­dawno stra­ciła matkę i nie naj­le­piej so­bie z tym ra­dzi. Po­trafi być trudna i wszyst­kie nia­nie, które do tej pory za­trud­ni­łem, po ja­kimś cza­sie zre­zy­gno­wały.

Unio­słam brwi.

- A ile So­phie ma lat? Nie wy­gląda na wię­cej niż pięć.

- Ma pięć lat i bar­dzo silny cha­rak­ter.

Ro­ze­śmia­łam się.

- Jak więk­szość dziew­czy­nek już od uro­dze­nia.

Moja uwaga nie roz­ba­wiła go, za to rzu­cił mi su­rowe spoj­rze­nie.

- Dzi­siaj w re­stau­ra­cji za­uwa­ży­łem, że pa­trzy na pa­nią ja­koś ina­czej niż na inne opie­kunki. Od­nio­słem wra­że­nie, że wzbu­dziła pani jej sym­pa­tię i za­ufa­nie, wy­da­wała się spo­koj­niej­sza. Nie będę pani okła­my­wał, prze­pro­wa­dzi­łem małe roz­po­zna­nie na pani te­mat. Wiem, że w wieku osiem­na­stu lat w Chi­cago stra­ciła pani matkę i zo­stała praw­nym opie­ku­nem dwóch braci i sio­stry.

- Aha. No tak, pew­nie ma pan moż­li­wo­ści, żeby do­wie­dzieć się wszyst­kiego o wszyst­kich.

- Ow­szem. I mam też wra­że­nie, że pil­nie po­trze­buje pani pracy.

Miał ra­cję. By­łam pod ścianą i je­żeli miał dla mnie ja­kąś pro­po­zy­cję, nie chcia­łam go okła­my­wać.

- Zaj­mo­wa­łam się Bra­de­nem, Co­lette i Tan­ne­rem, na­wet gdy by­łam zu­peł­nie mała. Moja mama była al­ko­ho­liczką i nie była w sta­nie utrzy­mać się w żad­nej pracy. Przez całą noc piła, a po­tem spała cały dzień, więc to ja jako naj­star­sza mu­sia­łam zaj­mo­wać się resztą. A więc, od­po­wia­da­jąc na pana py­ta­nie, mam bar­dzo bo­gate do­świad­cze­nie w opiece nad dziećmi.

- A pani oj­ciec? - za­py­tał.

Jezu, czy przej­dzie mi to przez gar­dło przy kimś ta­kim jak on? Wzię­łam głę­boki od­dech, bo to py­ta­nie wkra­czało w bar­dzo in­tymną sferę mo­jego ży­cia.

- Każde z nas ma in­nego ojca. Moja mama nie była na­wet w sta­nie po­wie­dzieć, kto był czyim dziec­kiem.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział, uno­sząc brwi. - Jak dłu­go mieszka pani w No­wym Jorku i dla­czego wy­je­chała pani z Chi­cago?

- Prze­nio­słam się tu rok temu. Moi bra­cia i sio­stra stu­diują w róż­nych mia­stach, więc chcia­łam się wy­rwać z Chi­cago. Nowy Jork to dla mnie cen­trum ca­łego świa­ta, mia­sto nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści. Poza tym moja obecna współ­lo­ka­torka już tu wtedy miesz­kała, więc nie mu­sia­łam się mar­twić o miesz­ka­nie.

- Ro­zu­miem. A co pani robi poza kel­ne­ro­wa­niem? Skoń­czyła pani ja­kieś stu­dia?

- Nie, nie mia­łam kiedy. By­łam zbyt za­jęta pracą, kom­bi­no­wa­niem, jak opła­cić ra­chunki i opieką nad moim ro­dzeń­stwem. Mu­sia­łam do­pil­no­wać, żeby mieli do­bry start i zdo­byli wyż­sze wy­kształ­ce­nie. Poza tym uwiel­biam mu­zykę i śpiew. Może prze­pro­wa­dzi­łam się tu po to, żeby być bli­żej mu­zyki.

- My­ślała pani, żeby za­pi­sać się na stu­dia?

Ro­ze­śmia­łam się.

- Mam dwa­dzie­ścia trzy lata. Chyba już na to za późno.

- Ni­gdy nie jest za późno. Ma pani chło­paka?

Zmru­ży­łam oczy, bo wła­ści­wie, co to ma do rze­czy?

- Nie - od­par­łam z wa­ha­niem.

- Moja pro­po­zy­cja jest taka. Na po­czą­tek do­sta­nie pani czter­dzie­ści ty­sięcy do­la­rów rocz­nie i ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Za­mieszka pani u mnie w domu. Bę­dzie pani miała wła­sny po­kój i pry­watną ła­zienkę oraz swo­bodny do­stęp do mo­jego kie­rowcy. Bę­dzie pani praco­wać od po­nie­działku do so­boty, za­czy­na­jąc od chwili, gdy So­phie wstaje rano, do mo­mentu, gdy pój­dzie spać. Nie­dziele na­leżą cał­ko­wi­cie do pani i może pani wów­czas ro­bić to, co chce. Mam na ten dzień za­stęp­stwo. Jed­nak w sy­tu­acjach awa­ryj­nych, będę ocze­ki­wał, że bę­dzie pani do dys­po­zy­cji. Może się zda­rzyć, że gdzieś trzeba bę­dzie z So­phie po­je­chać, więc mam na­dzieję, że nie ma pani pro­blemu z la­ta­niem?

- Nie, ab­so­lut­nie.

Po gło­wie ko­ła­tało mi się je­dy­nie to, jak dużo pie­nię­dzy mo­gła­bym za­ro­bić, gdy­bym przy­jęła jego ofertę. Prawdę mó­wiąc, nie mia­łam wy­boru. Po­trze­bo­wa­łam pracy na gwałt, a do tego pro­po­no­wał po­kryć ubez­pie­cze­nie.

- Czy coś ta­kiego by pa­nią in­te­re­so­wało? - za­py­tał.

Nie chcia­łam się zga­dzać od razu. Nie musi wie­dzieć, że mam nóż na gar­dle.

- Czy mogę to prze­my­śleć i dać panu od­po­wiedź ju­tro?

- Oczy­wi­ście. - Się­gnął po dłu­go­pis i za­no­to­wał coś na kar­teczce sa­mo­przy­lep­nej. - To jest mój nu­mer ko­mór­kowy. Pro­szę za­dzwo­nić, kiedy po­dej­mie pani de­cy­zję.

- Przy­kro mi z po­wodu śmierci pana żony.

Spoj­rzał na mnie z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy i roz­chy­lił usta.

- Matka So­phie nie była moją żoną. Była ko­bietą, z którą się spo­ty­ka­łem i która za­szła w ciążę na­umyśl­nie, bo li­czyła, że wów­czas się z nią oże­nię.

- Aha - wy­szep­ta­łam, spusz­cza­jąc wzrok.

Roz­le­gło się pu­ka­nie i drzwi otwo­rzyły się bez zapo­wie­dzi. Od­wró­ci­łam się i... O, matko bo­ska, do po­koju wszedł drugi naj­przy­stoj­niej­szy fa­cet na świe­cie.

- Prze­pra­szam, Oli­ver, nie wie­dzia­łem, że masz spo­tka­nie. Ma­rii nie było przy biurku.

- W po­rządku, Liam. Pani Gra­ham już wy­cho­dzi.

- Tak, tak. - Wsta­łam i za­ło­ży­łam to­rebkę na ra­mię.

- Dzień do­bry. Je­stem Liam Wy­att, brat Oli­vera - po­wie­dział, uno­sząc ką­ciki pięk­nie wy­kro­jo­nych ust.

- De­li­lah Gra­ham. Miło mi po­znać.

- O, cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie.

Uśmiech­nę­łam się i szybko wy­szłam z po­koju, bo ba­łam się, że je­żeli na­tych­miast się stam­tąd nie wy­niosę, to eks­plo­dują mi jaj­niki. Dwóch naj­bar­dziej sek­sow­nych męż­czyzn, ja­kich kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam, w jed­nym po­koju, to jed­nak tro­chę za wiele.

Rozdział 3

OLI­VER

Ja­sny gwint, co to za la­ska? - py­tał Liam, sia­da­jąc na­prze­ciw mnie.

- Dziew­czyna, która mam na­dzieję, zgo­dzi się zo­stać opie­kunką So­phie.

- Jezu, Oli­ver, je­steś pe­wien, że wiesz, co ro­bisz? Gdyby pra­co­wała u mnie, za cho­lerę nie utrzy­mał­bym rąk przy so­bie.

Wes­tchną­łem i pod­sze­dłem do baru, żeby na­lać so­bie whi­sky.

- Szkocka? - za­py­ta­łem.

- Ja­sne. Ale skąd ty żeś ją wy­trza­snął?

- Ob­słu­gi­wała nas w re­stau­ra­cji, gdzie za­bra­łem dziś So­phie na obiad. Opie­kunka nie mo­gła się nią za­jąć do dru­giej. Wy­lali ją, bo So­phie znowu się roz­kle­iła, a De­li­lah usia­dła przy niej i za­śpie­wała jej pio­senkę. So­phie bar­dzo do­brze na nią za­re­ago­wała i ją po­lu­biła. Ni­gdy wcze­śniej nie za­cho­wy­wała się tak przy in­nych nia­niach.

- Może dla­tego, że inne były sta­rymi pru­kwami, a De­li­lah jest piękną, młodą ko­bietą. Mu­sisz przy­znać, że jest me­ga­sek­sowna.

- Daj spo­kój, stary, ja­sne, że jest me­ga­sek­sowna. Staje mi tylko od pa­trze­nia na nią. A gdy­byś tylko usły­szał, jak ona śpiewa! Ma po pro­stu aniel­ski głos.

- To za­trud­niasz ją dla So­phie czy dla sie­bie?

- Dla So­phie, kre­ty­nie. Mó­wię ci, że mo­men­tal­nie się do niej przy­wią­zała.

- Nie wy­daje mi się, żeby to był do­bry po­mysł, bra­chu. Na­wet nie chcę zga­dy­wać, co po­wie Lau­rel, kiedy się do­wie.

- Nie ob­cho­dzi mnie, co po­wie Lau­rel. To, kogo za­trud­niam do opieki nad moją córką, to nie jej sprawa.

- Za­mie­rzasz po­wie­dzieć De­li­lah o Ela­ine?

- Nie. Nie ma po­trzeby, aż tak wcią­gać jej w moje sprawy. Bę­dzie nia­nią So­phie i tyle. Nie musi nic wie­dzieć o jej matce.

Liam wes­tchnął i pod­niósł się, krę­cąc głową.

- Po­wo­dze­nia. Daj mi znać, je­żeli się zgo­dzi. My­ślę, że będę do was czę­sto wpa­dał.

- Trzy­maj się od niej z da­leka, bra­ciszku, ja­sne? - po­wie­dzia­łem sta­now­czo.

- I tak to się za­czyna. - Uśmiech­nął się i wy­szedł z po­koju, za­my­ka­jąc drzwi.

Usia­dłem w fo­telu i do­pi­łem drinka, roz­my­śla­jąc o De­li­lah. O tym, jak dłu­gie brą­zowe włosy opa­dały jej fa­lami na ra­miona, i o jej świe­tli­stych, nie­bie­skich oczach. I o dłu­gich, smu­kłych no­gach, które za­uważy­łem na­tych­miast, kiedy tylko we­szła do mnie do po­koju. Wy­obra­zi­łem so­bie, jak oplata mnie tymi no­gami w pa­sie, gdy się ko­chamy. Przy­po­mnia­łem so­bie jej szczu­płą ta­lię i uro­cze za­głę­bie­nie wi­doczne w de­kol­cie su­kienki i za­czą­łem fan­ta­zjo­wać o jej pier­siach, jak stoi przede mną naga. Wy­glą­dała na mi­seczkę C, mój ulu­biony roz­miar. Na pewno ma wspa­niale ró­żo­wiut­kie bro­dawki. Wci­sną­łem kla­wisz na biurku blo­ku­jący za­mek w drzwiach, roz­pią­łem spodnie i wy­ją­łem twardy jak skała czło­nek. Za­czą­łem po­ru­szać ręką w górę i w dół, my­śląc o jej cipce. Cie­kawe, czy goli się cał­ko­wi­cie, czy zo­sta­wia so­bie wą­ski pa­sek wło­sków? Dał­bym głowę, że jest na­prawdę cia­sna. Nie wy­glą­dała na ko­goś, kto sy­piał z męż­czy­znami na lewo i prawo. Wy­da­wała się ra­czej nie­winna i pełna czu­ło­ści. Może w ogóle była jesz­cze dzie­wicą? Po­ru­sza­jąc ręką co­raz szyb­ciej, wy­obra­zi­łem so­bie jej małą, fan­ta­stycz­nie okrą­głą dupkę i jak wspa­niale by­łoby ją ści­snąć, bio­rąc ją od tyłu. Jaki mia­łaby wy­raz twa­rzy, gdy do­pro­wa­dzam ją do roz­ko­szy i jaki cu­downy ma smak. Z ci­chym ję­kiem wy­try­sną­łem w garść.

Rozdział 1

De­li­lah, wsta­waj! Znowu się spóź­nisz do pracy.

Otwo­rzy­łam oczy. Nade mną stała moja współ­loka­torka Jenny.

- Pa­mię­tasz, co Frank po­wie­dział? Że jak jesz­cze raz się spóź­nisz, to cię wy­leje!

- Cho­lera. - Się­gnę­łam po te­le­fon le­żący na sto­liku. Wpół do dzie­wią­tej. Cho­lera ja­sna! - Czemu nie obu­dzi­łaś mnie wcześ­niej? - Ze­rwa­łam się z ka­napy.

- Jak to nie? Po­wie­dzia­łaś, że za­raz wsta­jesz. Po­szłam bie­gać, wra­cam, a ty co?

Rzu­ci­łam się do ła­zienki, wy­ci­snę­łam pa­stę na szczo­teczkę i, gwał­tow­nie szo­ru­jąc zęby, po­gna­łam do swo­jego po­koju. Chwy­ci­łam le­żące na pod­ło­dze wczo­raj­sze dżinsy, wcią­gnę­łam je szybko i zła­pa­łam czer­woną ko­szulkę z na­pi­sem "U Franka". Wy­plu­łam pa­stę do umy­walki i wy­płu­ka­łam usta, po czym szybko prze­le­cia­łam szczotką po dłu­gich brą­zo­wych wło­sach i zwią­za­łam je w koń­ski ogon. Zła­pa­łam to­rebkę, wrzu­ci­łam do niej przy­bory do ma­ki­jażu i wy­pa­dłam z domu. Zo­stało mi do­kład­nie dzie­sięć mi­nut, żeby do­trzeć w pracy. Trzeba było wcze­śniej wró­cić do domu wczo­raj wie­czo­rem, ale ja­koś tak wy­szło. Wszystko mia­łam do­kład­nie wy­li­czone: bie­giem będę tam do­kład­nie o ósmej pięć­dzie­siąt pięć, czyli na pięć mi­nut przed cza­sem. Frank nie bę­dzie mógł po­wie­dzieć mi złego słowa. Pięć mi­nut to aku­rat, żeby zro­bić w ła­zience ma­ki­jaż. Bez prze­rwy się spóź­nia­łam i do­sta­łam już przez to wię­cej upo­mnień, niż mo­głam spa­mię­tać. Gdyby to za­le­żało ode mnie, rzu­ci­ła­bym to w dia­bły, ale po­trze­bo­wa­łam tej ro­boty.

Kiedy mia­łam sto­isko Fred­diego, krzyk­nął za mną:

- Znów w nie­do­cza­sie, De­li­lah?

- Jak zwy­kle, Fred­die - uśmiech­nę­łam się.

Już w drzwiach re­stau­ra­cji zer­k­nę­łam na ze­ga­rek. Ufff! Była za pięć dzie­wiąta.

- Jest duży ruch, De­li­lah. Bierz się do ro­boty - rzu­cił Frank su­cho.

- Moja zmiana za­czyna się za pięć mi­nut - od­par­łam i po­le­cia­łam do ła­zienki.

Przed lu­strem uma­lo­wa­łam nie­bie­skie oczy beżo­wym cie­niem i wy­tu­szo­wa­łam rzęsy. Omio­tłam po­licz­ki ró­żem, a na usta na­ło­ży­łam ja­sno­ró­żowy błysz­czyk. Równo o dzie­wią­tej usły­sza­łam, że Frank wy­krzy­kuje moje imię.

- Rany, Frank, je­stem prze­cież - po­wie­dzia­łam, za­kła­da­jąc far­tuch i się­ga­jąc po no­tes do za­mó­wień.

Po­ranny ruch w końcu ustał i trzeba było przy­goto­wać się do pory obia­do­wej.

- De­li­lah, chcę z tobą po­roz­ma­wiać na za­ple­czu. W tej chwili!

Prze­wró­ci­łam oczami.

- O co cho­dzi, Frank?

- Prze­stań się wda­wać w roz­mowy z klien­tami. Oni nie przy­cho­dzą tu so­bie po­ga­wę­dzić, tylko zjeść. Więc przyj­muj za­mó­wie­nie i do ro­boty. Mamy ich przy­jąć, ob­słu­żyć i wy­go­nić naj­szyb­ciej jak się da. Czas to pie­niądz, De­li­lah, nie będę ci tego po­wta­rzał.

- Do­brze, Frank. Nie będę roz­ma­wiać z klien­tami.

Do lo­kalu po­woli na­pły­wali obia­dowi go­ście i znowu za­częło się sza­leń­stwo.

- Frank znów się cie­bie cze­pia? - za­py­tała druga kel­nerka, Da­phne.

- Jak zwy­kle - uśmiech­nę­łam się i po­szłam do sto­lika nu­mer pięć przy­jąć za­mó­wie­nie.

Wi­szące nad drzwiami dzwo­neczki roz­dzwo­niły się, a gdy się obej­rza­łam, zo­ba­czy­łam męż­czy­znę w garni­tu­rze - bar­dzo przy­stoj­nego męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze - wcho­dzą­cego do środka z małą dziew­czynką. We­szłam do kuchni i przy­cze­pi­łam za­mó­wie­nie do ta­blicy. Gdy się od­wró­ci­łam, oka­zało się, że sie­dzą w moim sek­to­rze.

- Dzień do­bry. Czy po­dać coś do pi­cia, za­nim przej­rzą pań­stwo kartę?

Pod­niósł na mnie nie­bie­skie oczy.

- Ja we­zmę kawę, a ona mleko.

- Ja chcę sok, tato.

- Po­prawka. Dla niej sok - uśmiech­nął się.

Na­la­łam mu kawy, a przed dziew­czynką po­sta­wi­łam ku­bek soku z przy­krywką i słomką. Była prze­słodka, z dłu­gimi, lekko po­fa­lo­wa­nymi blond wło­sami i wielki­mi zie­lo­nymi oczami.

- Czy już coś pań­stwo wy­brali? - za­py­ta­łam, wyj­mu­jąc no­tat­nik z kie­szeni far­tu­cha.

- Po­pro­szę miks wa­rzyw z so­sem wło­skim i bu­lion z ma­ka­ro­nem. A dla niej ser z grilla.

- Chcia­ła­byś do tego frytki, słonko? - uśmiechnę­łam się do niej.

- Po­pro­szę.

- Miks wa­rzyw, bu­lion i gril­lo­wany ser. Już po­daję.

Po­ło­ży­łam kartkę z za­mó­wie­niem na la­dzie i za­ję­łam się in­nymi sto­li­kami w swoim sek­to­rze.

- Ależ cia­cho ten fa­cet z małą - mruk­nęła Da­phne, prze­cho­dząc obok mnie.

- Wiem. Nie mogę prze­stać się na niego ga­pić. W ży­ciu nie wi­dzia­łam tak ide­al­nego fa­ceta.

- Nie ma nic bar­dziej po­cią­ga­ją­cego niż sek­sowny fa­cet z dziec­kiem - uśmiech­nęła się.

Sek­sowny to on był, nie ma co. Miał nieco po­wy­żej me­tra osiem­dzie­siąt, do­sko­nale uło­żone, krót­kie ja­sno­brą­zowe włosy i nie­sa­mo­wi­cie błę­kitne oczy. Zde­cy­do­wana li­nia szczęki i szla­chetne ko­ści po­licz­kowe wy­glą­dały jak na po­sągu ja­kie­goś bó­stwa. Z roz­ma­rze­nia wy­rwał mnie sy­gnał, któ­rym Frank da­wał mi znać, że za­mó­wie­nie jest go­towe. Po­de­szłam, po­sta­wi­łam ta­le­rze na tacy i za­nio­słam do jego sto­lika.

- Pro­szę bar­dzo. Sa­łatka z wło­skim so­sem i bu­lion z ma­ka­ro­nem. I gril­lo­wany ser z fryt­kami dla mło­dej damy.

Za­chi­cho­tała.

- Jak masz na imię? - za­py­tała.

- De­li­lah. A ty?

- So­phie. - Się­gnęła po frytkę i ugry­zła ko­niu­szek.

- Miło cię po­znać, So­phie.

Zer­k­nę­łam na jej ojca, który nie spusz­czał ze mnie wzroku.

- De­li­lah to ładne imię.

- Dzię­kuję - uśmiech­nę­łam się i ode­szłam z łopo­czą­cym ser­cem.

W re­stau­ra­cji z każdą chwilą przy­by­wało lu­dzi. Ob­słu­ży­łam kilka in­nych sto­li­ków. Kiedy znów po­wróci­łam do tego, przy któ­rym sie­działa So­phie i jej tata, mała wła­śnie wy­wró­ciła jego fi­li­żankę z kawą.

- Prze­pra­szam, tato - za­nio­sła się pła­czem.

- Nic się nie stało, So­phie. To był wy­pa­dek.

Po­bie­głam po ręcz­nik, a gdy wró­ci­łam, So­phie za­le­wała się łzami w ataku hi­ste­rii. Zgar­nę­łam roz­laną kawę ze stołu, pod­czas gdy on ser­wetką wy­cie­rał so­bie spodnie.

- Nic się nie stało, So­phie. To był wy­pa­dek - po­wie­dzia­łam, żeby ją uspo­koić, ale bez re­zul­tatu.

- Skar­bie, pro­szę cię, prze­stań. Nic się nie stało.

Lu­dzie wo­kół za­częli od­wra­cać się w na­szą stronę.

Usia­dłam obok So­phie i za­nu­ci­łam:

- Uparty, mały pa­jąk na rynnę kie­dyś wlazł. Gdy przy­szedł deszcz, wraz z kro­plą z rynny spadł. Po chwili słońce wy­su­szyło świat, więc uparty, mały pa­jąk na rynnę znowu wlazł. - Prze­bie­głam pal­cami w górę jej ra­mie­nia, po­wo­du­jąc u niej wy­buch śmie­chu.

- De­li­lah, co ci mó­wi­łem o po­ga­dusz­kach z klien­tami?

- Frank, chcia­łam ją tylko uspo­koić. To prze­cież dziecko, na li­tość bo­ską.

- Nie będę wię­cej strzę­pił so­bie ję­zyka. Do­syć tego. Zwal­niam cię.

Sie­dząc tam i pa­trząc na tego bez­dusz­nego dra­nia, po­czu­łam na­ra­sta­jący gniew. Wsta­łam, zdję­łam far­tuch i ci­snę­łam nim we Franka.

- Nie mo­żesz mnie zwol­nić, bo sama od­cho­dzę!

Po­szłam na za­ple­cze, zła­pa­łam to­rebkę i wy­pa­dłam jak bu­rza z re­stau­ra­cji. Gdy szłam ulicą, na­gle usły­sza­łam, że ktoś woła mnie po imie­niu.

- De­li­lah.

Przy­sta­nę­łam i obej­rza­łam się. Za mną szli So­phie i jej tata.

- Przy­kro mi z po­wodu pani pracy.

- Nie­po­trzeb­nie. Frank to ka­wał s... - Spoj­rza­łam na So­phie. - To wredny fa­cet.

- Za­śpie­wasz mi jesz­cze? - za­py­tała So­phie i pod­nio­sła na mnie oczka.

- Pew­nie - uśmiech­nę­łam się i przy­kuc­nę­łam na wprost niej. Od­kaszl­nę­łam. - Je­steś moim sło­necz­kiem, je­dy­nym sło­necz­kiem, i świe­cisz dla mnie w po­chmur­ne dni. Ty na­wet nie wiesz, jak bar­dzo cię ko­cham. Nie od­bie­raj słonka mi.

- Ład­nie śpie­wasz. Prawda, tato?

- Prawda, So­phie. Ma pani piękny głos.

- Dzię­kuję.

Przy­glą­dał mi się ba­daw­czo przez chwilę, po czym wsu­nął rękę do kie­szeni i wy­do­był białą wi­zy­tówkę.

- Na­zy­wam się Oli­ver Wy­att z Wy­att En­ter­pri­ses. Czy mo­głaby pani zaj­rzeć do mnie do biura dzi­siaj około szes­na­stej? Chciał­bym z pa­nią po­roz­ma­wiać. - Wrę­czył mi wi­zy­tówkę. - Po dru­giej stro­nie jest ad­res.

Do­bra, to za­czy­nało wy­glą­dać nieco dziw­nie. Czego on mógł ode mnie chcieć?

- Oczy­wi­ście, ale czy mogę wie­dzieć, o co cho­dzi?

- Prze­kona się pani u mnie w biu­rze. Do zo­ba­cze­nia o czwar­tej, pani...?

- Gra­ham. De­li­lah Gra­ham.

Ski­nął głową, a ką­ciki jego ust unio­sły się lekko, po czym oby­dwoje od­wró­cili się i ode­szli w prze­ciw­nym kie­runku. So­phie obej­rzała się przez ra­mię i po­ma­chała mi z uśmie­chem.