Prolog
Marysia Gwidosz miała zamiar wreszcie się wyspać do woli. Niestety,
zapomniała uzgodnić swoje plany z firmą strzygącą trawniki na terenie
Spółdzielni Mieszkaniowej Bródno. W wyniku braku wspomnianych uzgodnień
o godzinie siódmej czterdzieści tuż pod otwartymi oknami mieszkania
Gwidoszów pracownicy firmy Trawpol włączyli dwie kosiarki spalinowe.
Rodzina Gwidoszów od wielu lat mieszkała w tym samym miejscu i nie było
to pierwsze koszenie trawy o świcie (dla Marysi w dni powszednie świt
kończy się około godziny dziewiątej, a w soboty i święta trwa do
dwunastej). Wiele razy Marysia się zastanawiała, skąd ci opaleni na
brąz, muskularni panowie dowiadują się, kiedy ona śpi, potrzebuje
spokoju lub chce oglądać film. Bo to, że się jakoś dowiadywali, jest
pewne. Koszenie trawnika pod oknami jej mieszkania nie zdarzało się, gdy
znajdowała się poza domem, było za to zawsze idealnie zsynchronizowane z jej potrzebą ciszy lub snu.
- Co za kretyni koszą o tej porze?! Ludzie, jest sobota! - zaczęła
krzyczeć. Było to zachowanie mało rozsądne, bo przecież jej głos nie
zdołałby się przebić przez warkot kosiarki. Osiągnęła tylko tyle, że
obudziła swoją młodszą siostrę.
Celina Gwidosz, lat jedenaście, mimo że dawno pożegnała okres
niemowlęcy, zachowała cudowną właściwość: mogła jak noworodek spać
wszędzie i w każdych warunkach, ale bez przesady, oczywiście.
Otworzyła oczy. Zarejestrowała to, co koniecznie, czyli że jej siostrze
nic nie jest, nie wzywa pomocy i nie umiera, tylko wydziera się na mało
zrozumiały temat.
- Zabiłabym ich gołymi rękami! Psychole! - syczała Marysia, rzucając się
w pościeli.
- Kogo? - zapytała Celinka.
Nie była za bardzo zainteresowana odpowiedzią. Zapytała, bo kochała
siostrę i czuła, że Marysia chce, żeby jej zadać to pytanie.
- Tych bestialskich kosiarzy! Dobrze, że nie mam żadnej władzy, bo
pozabijałabym wszystkich.
- Wszystkich? - Celinka uśmiechnęła się pod nosem. - Brat Bartka Karasia
jest konserwatorem trawników.
- A wiesz, co mnie obchodzi brat Karasia czy innej Płoci?! Jeśli jest
kosiarzem, zasługuje na śmierć. Śmierć kosiarzom! - wrzasnęła w stronę
okna. - Za jakie grzechy ja muszę to znosić?
- O co ci chodzi? Pokoszą i przestaną - powiedziała Celinka, ale tą
opinią nie zjednała sobie siostry, która wsadziła głowę pod poduszkę i kopała nogami materac.
Zapach skoszonej wiosennej trawy był zniewalający. W odróżnieniu od
siostry Celinka bardzo lubiła kosiarzy. Podobała jej się ich praca.
Zawsze byli opaleni, nosili spodnie na szelkach, a na głowach często
mieli fajne kolorowe arafatki albo chustki. Krzyczeli głośno, no i mieli
superkosiarki. Tego roku koszenie szczególnie interesowało Celinkę, bo
brat Bartka Karasia właśnie tym się parał. A poza tym było to pierwsze
koszenie w sezonie, więc jeszcze się nie nasyciła zapachem, a hałas jej
nie przeszkadzał.
Celinka otworzyła okno na oścież i przyglądała się obu kosiarzom pod
kątem podobieństwa do Bartka Karasia.
- Ale super pachnie, prawda? - Zaciągnęła się trawiastym zapachem.
- Zamknij okno! - wrzasnęła Marysia. - Jesteś dzieckiem anormalnym.
Wyjdź za rolnika, będziesz o trzeciej dwadzieścia krowy ganiać na pole!
- Rozważam to - mruknęła Celinka i zamknęła okno.
- Nie no, to jest chore. Jeszcze nie ma ósmej!
Do pokoju weszła Joanna Gwidosz, lat pięćdziesiąt, mama dziewczynek i dwójki dorosłych i już niemieszkających z rodzicami dzieci, Malwiny i Kuby.
- Przestań krzyczeć, bo obudzisz tatę.
Marysia chciała powiedzieć, że to niemożliwie, żeby ktoś zdołał spać w tych warunkach, ale mama ją ubiegła.
- Marysiu, taki już urok kwietnia. Wiosna, panie sierżancie!
Wydawało jej się, że w ten sposób rozładuje atmosferę, ale pod wpływem
miażdżącego spojrzenia córki zmieniła ton.
- Czego nie można zmienić, trzeba zaakceptować. Widzimy świat przez
pryzmat własnych emocji. Zmień emocje, zmieni się rzeczywistość.
- Co to za teksty, mamo? Lamus się o nie pyta. To są, z przeproszeniem,
gigachrzany. - Marysia wzięła przygotowany przez mamę kubek kakao i już
miała się napić, ale nagle odsunęła go gwałtownie. - Nienawidzę
kożuchów. Obrzydliwość! - Spojrzała na siostrę, która z lubością
przełykała kożuch. - Jak niski próg wrażliwości trzeba mieć, żeby móc to
pić!
Z furią wcisnęła stopy w rozdeptane kapcie i wyszła z pokoju.
Mama odprowadziła ją wzrokiem, a potem popatrzyła na Celinkę. Najmłodsza
córka miała wielkie niebieskie oczy, które wbiła w matkę. Joannie
zrobiło się żal dziecka.
- Nie przejmuj się nią, kochanie.
- Czym mam się przejmować? - Celinka wzruszyła ramionami. - Będzie
więcej dla nas.
*
Prysznic poprawił nieco podły nastrój Marysi. Ciepła woda oraz
aromaterapeutyczny zapach żelu limonkowo-migdałowego nieco ukoiły jej
skołatane nerwy.
Kiedy Marysia wycierała mokre łydki i cichutko sobie podśpiewywała, do
łazienki wszedł Pies, czyli najstarszy kot Gwidoszów. Jak w wielu
domach, w których mieszkają koty, kratka w drzwiach łazienkowych była na
stałe wyjęta, żeby zwierzęta miały swobodny dostęp do swojej toalety.
Pies posłał Marysi ponaglające spojrzenie, ponieważ nie lubił korzystać
z kuwety w obecności innych stworzeń.
- Nie możesz poczekać dwie minuty? I drugi przylazł? Kto was tu nasłał,
co? Mamo!
Wołanie mamy w tej sytuacji nie było zbyt racjonalne, ale Marysią
zawładnęły emocje.
- Zupełnie już zapomniałem, jak to się objawia - jęknął Mariusz Gwidosz,
siedząc przy stole. - Nie wiem, czy dam radę trzeci raz przez to
przebrnąć. Myślałem, że przejdzie bokiem.
- Naiwność ludzka nie zna granic - powiedziała Joanna. - To nie burza.
- Ale jakoś późno tym razem, prawda?
- Rzeczywiście... Albo wcześniej nie było aż tak. Malwinka chyba pod
koniec podstawówki, Kuba to już nie pamiętam, ale też było ostro.
Pamiętasz, jak nie odzywał się do nas przez całe popołudnie, bo mu
przerwałeś opowiadanie snu, albo jak się obraził na babcię, kiedy
powiedziała, że ładny z niego chłopczyk?
Rodzice zachichotali.
- Damy radę, nie martw się. To tylko trzy, cztery lata.
- Asieńko, ty to umiesz człowieka pocieszyć. Cudowna perspektywa -
wyszeptał Mariusz niemal bezgłośnie. - Cztery lata bez wyroku.
Celinka miała swoje miejsce przy stole. Nie było to miejsce przypadkowe.
Celinka wybrała je z premedytacją, ponieważ znajdowało się najbliżej
tostera. Proces opiekania fascynował ją od dłuższego czasu. Wsadzała
tosty do opiekacza i włączała timer. Uwielbiała patrzeć, jak upieczone
grzanki wyskakują w górę. Z niezrozumiałych dla siebie i innych powodów
po prostu lubiła ten moment. Jednym uchem rejestrowała, że rodzice
rozmawiają o czymś ciekawym, ale tosty były zawsze na pierwszym miejscu.
Tym razem również poczekała, aż wyskoczą, i dopiero wtedy włączyła się
do rozmowy.
- Czy chodzi o to, że ona ma okres dojrzewania? - zapytała, kładąc
jednego tosta na talerzu mamy, a drugiego na talerzu taty.
- Cicho! - syknęli rodzice, z przerażeniem patrząc na drzwi.
- Nie mów garbatemu, że garbaty - szepnął Mariusz. - Potem ci wszystko
wytłumaczę. Teraz zaklinam, żebyś pod żadnym pozorem nie wymawiała przy
Marysi słowa "dojrzewanie". To jest słowo zabronione.
- A kiedy konkretnie będę już mogła je wymawiać? - zapytała z dociekliwością właściwą dobrze rozwiniętym jedenastolatkom.
- Sama się zorientujesz.
- A jeśli się nie zorientuję sama? - Drążenie tematu to, obok
dociekliwości, kolejna typowa cecha dziecka w tym wieku.
- To mnie zapytasz i ja ci wtedy powiem.
Taka odpowiedź satysfakcjonowała Celinkę. Wsadziła do opiekacza dwa
kolejne tosty i spojrzała przez ramię na drzwi łazienki.
"Mamy w domu dwa koty - rozmyślała. - Kot jest stworzeniem żywym, a skoro żyje, musi sikać i robić kupę. Załatwia się do kuwety, która stoi
w łazience. O co więc tyle rabanu?".
- Czy on zawsze musi włazić, kiedy ja tu jestem? Zróbcie coś! - Marysia
wypadła z łazienki.
- On tu mieszka od dwunastu lat - powiedział Mariusz spokojnie.
- Rany, o co tyle krzyku. Ja sprzątnę - zaoferowała się Celinka, nie
odrywając wzroku od tostera.
Gdy kolejne dwie grzanki wyskoczyły gotowe do konsumpcji, zsunęła się z krzesła i ruszyła do łazienki. Nie lubiła sprzątać po kotach, ale była
mądrym człowiekiem i wiedziała, że życie nie składa się tylko z tego, co
lubimy. A to, czego nie lubimy, warto zrobić od razu i mieć z głowy.
Rodzice w milczeniu siedzieli przy stole. Ojciec, unikając wzroku córki,
smarował razowy tost powidłami żurawinowymi, a mama wciskała cytrynę do
zielonej herbaty. Ich milczenie zirytowało Marysię.
- Z wami da się pogadać od serca. Nie ma to jak zrozumienie, prawda?
Dzięki za wsparcie - warknęła i poszła do pokoju.
*
Marysia naciągnęła na siebie dżinsy i bluzę. W zasadzie powinna zabrać
się do lekcji, powinna też zacząć myśleć nad projektem na biologię.
Dostała świetny temat: "Proces domestykacji". Temat udomawiania zwierząt
zawsze bardzo ją interesował. Tak jak lubiła, był interdyscyplinarny - z pogranicza genetyki, psychologii zwierząt i fizjologii. Morena postawiła
sprawę jasno: na szóstkę trzeba zrobić projekt; kto chce, proszę bardzo,
ona udostępnia tematy. Marysia miała z biologii piątkę zagwarantowaną,
ale miło byłoby mieć szóstkę. Poza tym lubiła Morenę i biologię, może
zresztą będzie studiować właśnie ten kierunek? A skoro chce iść na
biologię, to nie ma co tracić czasu, trzeba się brać do roboty.
Spojrzała na zegarek i postanowiła, że posiedzi nad projektem przez dwie
godziny. Nastawiła budzik w smartfonie, potem puściła cichutko Dziadka
do orzechów, przy którym zawsze świetnie jej się pracowało, i wzięła
się do pracy.
"Udomowienie zwierząt, czyli domestykacja, zaczęło się około piętnastu
tysięcy lat temu. Spośród stu czterdziestu ośmiu tysięcy gatunków udało
się do dziś udomowić zaledwie piętnaście. Pierwszy udomowiony przez
człowieka gatunek to pies".
Wybranie zdjęć psa zajęło Marysi masę czasu, bo nie mogła się
zdecydować, czy na slajdzie umieścić baraszkującego w wodzie
rottweilera, czy raczej wyżła na polowaniu. Bijąc się z myślami,
mimowolnie spojrzała na śpiącą Łapę. Wzięła aparat i zrobiła jej
zdjęcie. Tak, to był zdecydowanie dobry przykład ukazujący, jak daleko
zaszedł proces domestykacji.
Nawet nie poczuła, kiedy minęły dwie godziny. Przyszedł czas na relaks.
Sięgnęła po katalog Festiwalu Mozartowskiego. Gruba, ciężka książka ze
streszczeniami wszystkich oper Mozarta była lekturą, po którą Marysia
sięgała najczęściej. Nareszcie spełniło się jej marzenie i w tym roku
miała karnet na festiwal. Kochana babcia zafundowała jej taki prezent.
Babcia miała nadprzyrodzony dar obdarowywania członków rodziny dokładnie
tym, czego aktualnie pragnęli.
Ponieważ w tym roku Festiwal Mozartowski zaczynał się od Cosi fan
tutte, Marysia zaczęła lekturę katalogu od tej właśnie opery. Znała ją
dobrze. Miała chyba siedem lat, gdy Kuba po raz pierwszy ją na nią
zabrał. Czytała więc streszczenie tylko z nawyku. Sama opisałaby akcję
nieco inaczej, ale co tam! Liczy się muzyka.
Sięgnęła po boks z Complete Mozart Edition i założyła słuchawki.
Była właśnie przy arii Despiny, gdy drzwi się otworzyły i wolno, ze
spuszczoną główką, do pokoju weszła Celinka. Sięgnęła po swoją torebkę.
- Co ty się tak skradasz, Celuś? Idziecie gdzieś? - Marysia zagadnęła
siostrę przyjaźnie.
Cela się rozpromieniła. Okazało się, że wybierają się do Żukowskich na,
jak powiedziała ciocia Żukowska, królewskie ciasto owocowe w dużej
ilości.
- Królewskie ciasto owocowe w dużej ilości, mówisz?
Marysia zerknęła na zegarek. Lekcje i porządki są zawsze, a królewskie
ciasto owocowe, zwłaszcza w dużej ilości - rzadko. Wybór był prosty.
- Ja też chcę. Dajcie mi pięć minut! - wrzasnęła i rzuciła się do
łazienki.
Po pięciu minutach - przebrana, uczesana i uśmiechnięta - była gotowa do
wyjścia.
Kiedy wyszli na klatkę schodową, objęła Celinkę, szturchnęła w bok i szepnęła:
- Trzy czte-ry.
Kołysząc się miarowo do taktu, zaczęły podśpiewywać:
- Hey Jude, don't make it bad...
Do Żukowskich dotarli w miłym sobotnim nastroju. Królewskie ciasto
owocowe okazało się mocno spieczonym biszkoptem ze szklarniowym
rabarbarem, ale Marysia miała dziką ochotę na jakiekolwiek ciasto. Była
czternasta, a ona przecież od rana nie miała nic w ustach. Trzeba było
to jakoś nadrobić.
Rozdział pierwszy
Żukowscy - mimo że dzieci Gwidoszów mówiły do nich "ciociu" i "wujku" -
nie byli z Gwidoszami spokrewnieni. Mamy poznały się w parku
Bródnowskim, dokąd w ładne dni wychodziły z dziećmi na długie spacery -
Joanna Gwidosz z Marysią, a Lena Żukowska z Krzysiem.
Gwidoszowie mieli czworo dzieci. Jak lubił mówić Mariusz: z dwóch
miotów. Kuba - mąż Magdy, ojciec Stasia, Romka i dwumiesięcznego Jasia,
oraz Malwina Pisarczyk - żona Pawła, od dwóch lat przebywająca w Monachium, gdzie jej mąż dostał pracę, matka ośmioletniego Kosmy i trzyletnich, poczętych metodą in vitro córeczek: Zosi, Asi i Poli. To
starszy miot. Młodszym miotem były siedemnastoletnia Marysia - uczennica
pierwszej klasy liceum, i jedenastoletnia Cela, która chodziła do klasy
piątej.
Żukowscy byli rodzicami jednego dziecka: osiemnastoletniego Krzyśka.
Mimo braku symetrii w strukturze rodzin układ sprawdzał się idealnie.
Tylko w ciągu ostatnich kilku lat rodziny Gwidoszów i Żukowskich były
razem przez dwa tygodnie w Kotlinie Kłodzkiej, dziesięć dni na Mazurach,
tydzień w Chorwacji, dwa razy w Pradze i w Wiedniu, o jednodniowych
wypadach za miasto nie wspominając.
Cela nie odstępowała Marysi i Krzyśka na krok, mając nadzieję, że
podobnie jak przy poprzedniej wizycie, usłyszy coś fascynującego. Wtedy
była świadkiem rozmowy Marysi i Krzyśka na temat niechcianej ciąży
koleżanki Krzyśka z podstawówki. Tym razem liczyła na podobne rewelacje,
ale ponieważ rozmowa zeszła na domestykację, którą teraz żyła Marysia,
znudzona Cela wróciła do stołu.
Marysia w pokoju Krzyśka czuła się jak u siebie. Znali się zbyt długo,
żeby między nimi było miejsce na jakieś utrudniające życie ceregiele.
Rozwalona na łóżku Krzyśka bez skrępowania pożerała czwarty kawałek
biszkoptu ze szklarniowym rabarbarem. Między kolejnymi kęsami
wyłuszczała Krzyśkowi, jak widzi swoją prezentację i że fenotyp
udomowienia chce dać od razu na początku, bo to ją interesuje
najbardziej. Krzysiek słuchał w milczeniu. Nie kiwał głową, nie zadawał
żadnych pytań, nie wydawał z siebie aprobujących ani negujących
pomruków. Nic.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zirytowała się Marysia.
- Oczywiście! - Krzysiek drgnął. - Fenotyp udomowienia jest wspólny dla
wszystkich udomowionych gatunków.
- Nie prezentuj mi tu echolalii. Przepraszam, że cię zanudzam, ale to
jest dla mnie fascynujące. W takim razie co tam u ciebie?
Jako dzieci bardzo się polubili. Zawsze mieli o czym rozmawiać i zawsze
umieli wymyślić sobie dobrą zabawę. Kiedy podrośli, zwierzali się sobie,
narzekali na rodziców, na szkołę, na kolegów. Potem Krzysiek zaczął
chodzić z Utą. Marysia nawet ją poznała, ale mimo że chciała się z nią
zakolegować, jakoś się nie polubiły. Krzysiek był starszy, miał
dziewczynę, więc ich drogi trochę się rozeszły. Później przez krótki
moment znów byli ze sobą blisko po tym, jak Uta porzuciła Krzyśka,
mówiąc, że jest zimny jak ryba. Marysia go pocieszała, że Uta tylko tak
gada. Kiedy po jakimś czasie temat Uty ostygł, Krzysiek zwierzył jej
się, że bardzo podoba mu się koleżanka z kursu niemieckiego. Marysia
kibicowała mu i trzymała kciuki.
Po jakimś czasie Krzysiek stwierdził, że mu minęło, że to było głupie
zauroczenie, bo ona mu się w ogóle nie podoba i jest głupia, a on nie
potrzebuje głupiej dziewczyny. Zaczął wygłaszać dziwne teksty:
"Wszystkie baby są głupie, z żadną o niczym nie da się pogadać". Do
Marysi dotarło, że tuż koło niej, na wyciągnięcie ręki wyrósł prawdziwy
antyfeminista. Raz po raz dochodziły do niej plotki o tym, jak Krzysiek
traktuje dziewczyny, jak im dokucza, jaki jest dla nich podły.
Gdy w Empiku zobaczyła powieść Larssona Mężczyźni, którzy nienawidzą
kobiet, zrobiła zdjęcie okładki i wysłała z komentarzem: "Napisali o tobie". Krzysiek się na nią obraził i odpisał, że współczuje jej, że
jest dziewczyną.
Potem Marysia dowiedziała się od koleżanki z plastyki, której siostra
chodziła z Krzyśkiem do klasy, o jego kolejnych wyczynach: podobno
powiedział Ulce, że jego kuzyni z Ożarowa mają psa do oddania, więc
niech tam jedzie, bo wszystko jest już dogadane; na świeżo odnowionej
elewacji domu Justyny napisał jej numer telefonu z dopiskiem: "Dzwoń w każdej sprawie"; ukradł kartkówki z plecaka młodego geografa i w pracy
Karoliny dopisał podrobionym charakterem pisma: "Kocham cię i pragnę,
Arturze. Nie dręcz mnie dłużej, chcę być twoja", i z powrotem podrzucił
nauczycielowi.
Na wieść o tych incydentach Marysia rozpoczęła krucjatę przeciwko
antyfeministycznym zapędom Krzyśka. Porozmawiała z jego mamą, punkt
widzenia cioci bardzo ją jednak zaskoczył: "No cóż, Krzysio to jeszcze
dziecko. Przystojni chłopcy mają powodzenie, więc to normalne, że kręcą
się koło niego dziewczynki. A że lubi żarty i psikusy? W tym wieku to
normalne". Później próbowała rozmawiać z własną mamą, ale ta miała tylko
jedną refleksję: "To skandal. Trzeba natychmiast sprowadzić tu Krzyśka,
ja już z nim to załatwię!". Jak przebiegła rozmowa, Marysia się nie
dowiedziała. Mama ograniczyła się do komentarza, że rzadko kiedy życie
jest takie, jak wygląda na pierwszy rzut oka.
Gdy Krzysiek opowiedział jej, jak wywiózł do Wilanowa jakąś dziewczynę z Łowicza i prysnął do autobusu, zostawiając bidulę zupełnie
zdezorientowaną, postanowiła, że zerwie z nim wszelkie kontakty, ale nie
bardzo to wychodziło, bo ich rodzice się lubili i Krzysiek po prostu od
czasu do czasu zjawiał się u nich w domu. A gość to gość, wiadomo.
W końcu ojciec jej podpowiedział, żeby dała mu spokój. Każdy ma prawo
zmarnować sobie życie na aktywność bezsensowną. Marysia zgodziła się z tatą: nie da się zmienić człowieka, jeśli on sam tego nie chce.
Porzuciła wreszcie rolę wychowawczyni i zaczęła traktować Krzyśka jak
zwykłego, niezbyt fajnego, ale po prostu kolegę. Dzięki temu bez
zbędnych emocji mogła słuchać, co ostatnio zrobił. A on nie tylko lubił
działać. Lubił także, żeby Marysia o jego wyczynach była dobrze
poinformowana.
Kiedy Marysia delektowała się ciastem z rabarbarem, Krzysiek
opowiedział, jak rano umówił się z Karoliną z Ursynowa i z Magdą z Ursusa na pętli Podgrodzie. Pojechali tam z Grzybem rowerami i przyczaili się w spożywczym, bo z półpiętra doskonale widać pętlę.
Oczywiście nie miał zamiaru spotkać się z żadną z dziewczyn. Chciał
tylko sprawdzić, czy naprawdę istnieją takie idiotki, którym chce się
tłuc z rowerem na drugi koniec miasta, ponieważ chłopak im powiedział,
że mają piękne dusze i on tylko przy nich nie czuje się samotny.
Przyjechały obie, a nawet podejrzliwie na siebie patrzyły, a oni boki
zrywali, obserwując je z ukrycia. Grzyb coś tam mruczał, że nawet
niezłe, ale on jest palantem. Dla niego ostatnio niezłe jest wszystko,
co się rusza.
Marysia zapytała, ile wreszcie one tak siedziały. Okazało się, że
Krzysiek odbierał od nich telefony i zapewniał, że już jedzie.
Marysia nawet nie wiedziała, jak to skomentować. Nie była człowiekiem
agresywnym, ale miała ochotę dać mu w łeb czymś ciężkim.
- Po co ty to robisz?
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kiedy poznaję nową dziewczynę, nie mogę
przestać o niej myśleć, strasznie się nakręcam. A potem, jak tylko się
przekonam, że ona poleci na każde moje zawołanie, natychmiast mi
przechodzi. A Grzyb mi gada, że taką ładną rzuciłem. A co tu uroda ma do
rzeczy? Baba to baba.
- Nie wiem, dlaczego ja ciągnę znajomość z tobą. Muszę to przemyśleć,
bo... ty mnie przerażasz, człowieku. Żyjesz w jakimś obłędzie.
Krzysiek powiedział, że on od dawna przeraża sam siebie i że jedyne,
przez co umie się wyrazić, to wiersze. Marysia jęknęła w duchu, bo
nieraz już miała do czynienia z jego wątpliwej jakości twórczością, ale
była dobrze wychowana i nie chciała Krzyśka urazić. Trudno. Trzeba
wysłuchać jakiegoś nowego, wstrząsającego brakiem treści dzieła. Na
szczęście Krzysiek nie lubował się w długiej formie.
Marysia popatrzyła na Krzyśka, jak przejęty grzebał w szufladzie w poszukiwaniu teczki ze swoją twórczością, i wtedy nagle przyszło jej do
głowy, że to dobrze znać kogoś takiego. Dzięki niemu ona nigdy nie da
się nabrać na takie sztuczki. Jak nisko trzeba upaść, żeby jechać na
drugi koniec Warszawy do jakiegoś raz widzianego albo niewidzianego
wcale faceta? Te dziewczyny są naprawdę głupie. Marysia poczuła szczerą
pogardę dla takiego zachowania. Czy one nie mają dumy? Ambicji?
Krzysiek podał jej kartkę z wierszem, ale wówczas do pokoju zajrzała
ciocia z pytaniem, czy nie zagrają z nimi w państwa-miasta. Cela
zaproponowała ciekawe kategorie i wszyscy są chętni do gry.
Marysia zerwała się z miejsca. Złapała ostatni kawałek ciasta i nie
oglądając się na Krzyśka, poszła do jadalni. Nie szalała na punkcie
państw-miast jak siostra, ale wszystko było lepsze niż przebywanie z tym
emocjonalnym pantofelkiem w jednym pokoju.
*
Po wyjściu od Żukowskich Marysia poczuła, że musi czymś gorzkim
przełamać nadmiar cukru w organizmie. Poszła więc do spożywczego i nabyła półlitrową butelkę toniku, który wypiła duszkiem.
Przed klatką schodową przystanęła na chwilę, gdyż przyszła do niej
wiadomość. Od czasu, gdy czytając wiadomość w komórce, z impetem weszła
na śmietnik, co skończyło się olbrzymim, bolesnym siniakiem na
piszczeli, nigdy już tak nie robiła. Wygrzebała komórkę z kieszeni.
Kątem oka spostrzegła jakiś ruch koło swojego ramienia. Mimowolnie
podniosła głowę.
Kilka kroków od niej wolnym krokiem, na sztywnych nogach, jakby miał
zabandażowane stawy kolanowe, szedł jakiś dzieciak. Marysia nie
poświęciłaby mu ani sekundy uwagi, ale on najwyraźniej miał coś do niej.
Minął ją bez słowa, dziwnie się jej przyglądając, wręcz świdrując ją
wzrokiem. Marysia nie znała go, nie miała pojęcia, kim jest. "Jakiś
nienormalny" - pomyślała. Przeniosła wzrok na komórkę, ale nie odczytała
wiadomości, bo chłopczyk nagle zawrócił i stanął przed nią wyprężony jak
struna. Wyrzucił z siebie zdecydowanie zbyt głośne "cześć", a potem
rzucił się do ucieczki.
*
W latach 50. XX wieku rosyjscy naukowcy wyselekcjonowali lisy o spokojnym charakterze i z każdego miotu wybierali do rozmnażania
najmniej płochliwe osobniki. Efekty były spektakularne. Już w czwartym
pokoleniu lisy zaczęły merdać ogonami i pozwalały się głaskać, a w dziewiątym wyraźnie lgnęły do ludzi i umiały się z nimi związać jak psy.
Marysia wybrała zdjęcia srebrnych lisów i znalazła w Internecie
fotografie eksperymentalnej hodowli w Nowosybirsku. Powinna na godzinę
nad tym usiąść, ale jakoś dziwnie jej się nie chciało. Wiedziała
dokładnie, co ma robić, i nie było to trudne, wymagało tylko poszperania
w kilku książkach i w Internecie, ale perspektywa siedzenia przy
komputerze w ogóle jej nie pociągała. Postanowiła jednak być twarda.
Nastawiła budzik i usiadła do roboty.
Była w trakcie przygotowywania slajdu na temat zmian, jakie zachodziły w wyglądzie i zachowaniu lisów z Nowosybirska, gdy rozległ się dźwięk
domofonu. Obie z Celinką rzuciły się do drzwi. Łapa również. Pies i Cacuś się nie rzucili, bo byłoby to poniżej ich godności, ale też
przemaszerowali do przedpokoju. Celinka dopadła domofonu pierwsza.
- Policja, otwierać! - Usłyszała w słuchawce.
- Kuba, przyszedł Kuba! - wrzasnęła i pognała korytarzem na powitanie
brata.
Marysia nie wybiegła z mieszkania, była już na to zdecydowanie za duża.
Podciągnęła legginsy, wyprostowała plecy i spróbowała zrobić arabeskę.
Przez chwilę przyglądała się sobie w lustrze. Od dwóch lat już nie
chodziła na balet, ale może to błąd? Nie zdążyła się nad tym zastanowić,
bo Kuba z Celą na barana wkroczył do domu.
Kuba był sam. Magda i dzieci złapały jakiegoś wirusa i musiały zostać w domu, więc Kuba przyszedł tylko na chwilę zamienić parę słów.
- Ale chyba możesz zostać na herbacie? Czy Magda ci zabroniła? -
wypaliła Marysia.
Kuba zamarł i wbił w siostrę czujne spojrzenie. Nie bardzo rozumiał,
skąd ten atak na niego.
- Mogę i niczego mi nie zabroniła - wycedził przez zęby. - Wręcz
przeciwnie: wypchnęła mnie z domu na siłę, żebym się trochę zrelaksował.
Ale nie miałbym z tego żadnej przyjemności, bobym tylko patrzył na
zegarek.
- Bycie z nami to już dla ciebie żadna przyjemność?
- Mam przyjemność, ale nie chciałbym, żeby Madzia na mnie czekała.
- Co jej się stanie?
Marysia sama się dziwiła, że to mówi. Przepadała za Magdą, biegała do
niej się zwierzać i omawiać niemal wszystko, co jej się przytrafiało.
Kuba podejrzliwie spojrzał na siostrę.
- A tobie co się stało? Masz zły humor?
- Miałam bardzo dobry humor, ale spotkałam ciebie.
- Ale jesteś... opryskliwa.
- Ja jestem opryskliwa? Świetnie! Masz jeszcze inne uwagi na temat mojej
osobowości czy to już wszystko?
- Matko, co się stało? Masz jakiś problem? Facet cię rzucił, ktoś cię
okradł, koleżanki cię obgadują? Co jest?
- To ty masz problem! I nie wrzeszcz na mnie!!!
- Dobra, nic już nie mówię, ale ciskasz się nie wiadomo o co.
Marysia poczuła, że zabrnęła w ślepą uliczkę, tylko nie bardzo
wiedziała, jak się z niej wycofać.
- Mieliście przyjść wszyscy razem, tak się umawialiśmy! - pisnęła.
Kuba wyciągnął ramiona i podszedł do siostry. Objął ją i mocno
przytulił. Marysia szaleńczo kochała brata i nie umiała udawać, że nie
chce się do niego przytulić. Gdy Kuba zaczął ją głaskać po plecach,
poleciało jej kilka łez, ale to były dobre łzy i Marysia poczuła, że
napięcie i głupia złość już z niej uszły.
Kuba uśmiechnął się krzepiąco. Wyciągnął dłoń i delikatnie otarł jej
mokre policzki. Marysia odetchnęła.
- "Płacze dziewczyna, chłopca trzeba jej"... - zanucił cichutko i popatrzył na Marysię znacząco.
Marysia poczuła, jak nowa fala wściekłości zalewa ją od stóp po czubek
głowy.
- Że niby potrzebuję faceta, tak?!
- Co ja takiego powiedziałem? O co ci chodzi?
- To co to za insynuacje?!
- Żadne
- To co mi tu śpiewasz?!
- Tak sobie. Mimochodem mi się skojarzyło... Sytuacyjnie.
- Czy ja się wtrącam do twoich spraw?
- Czasem tak.
- Na przykład kiedy?
- Nie wiem kiedy...
- Możesz nas wcale nie odwiedzać! Wpadasz na pięć minut... nie uspokajaj
mnie, mamo! Ktoś mu powinien powiedzieć prawdę i ja to zrobię. Masz nas
wszystkich gdzieś. Są tylko Magda i dzieci!
Marysia nie zarejestrowała przestraszonych oczu młodszej siostry. Nie
widziała, jak oba koty na wszelki wypadek oddaliły się od epicentrum
wydarzeń i tylko Łapa z uśmiechniętym pyskiem stoi w przedpokoju i wciąż
merda ogonem. Odwróciła się na pięcie i poszła do siebie, jak prostaczka
bez słowa zamykając za sobą drzwi.
Rodzina przeniosła się do kuchni. Przez chwilę stali w milczeniu.
- Od dawna taka jest? - wyszeptał Kuba i z trwogą spojrzał w stronę
drzwi pokoju.
- Dziś rano się nasiliło. Chyba coś się stało, sami nie wiemy.
Kuba obiecał, że jak tylko wirusa szlag trafi, przyjdą wszyscy z długą
wizytą. Serdecznie uściskał rodziców i Celinkę, otworzył drzwi pokoju
sióstr i rzucił "cześć", ale Marysia mu nie odpowiedziała. Miała
słuchawki na uszach i udawała, że nie słyszy.
Kuba się nie obraził. Mrugnął do rodzinki porozumiewawczo i czym prędzej
wrócił do swoich.
*
- Będziemy oglądać Księżniczkę i żabę, idziesz?
- Nie mam ochoty na żadne głupoty. Widziałam to milion razy. Mówiłam ci,
żebyś obejrzała coś normalnego. Kino czeskie rządzi. Wiesz, kto to jest
Petr Zelenka? A co zrobisz, jak ktoś zaproponuje kategorię "reżyser
filmowy"? Nic nie napiszesz, ani jednego nazwiska!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki