Dwie Marysie. Tom 14 - Ewa Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Mary­sia Gwi­dosz miała zamiar wresz­cie się wyspać do woli. Nie­stety, zapo­mniała uzgod­nić swoje plany z firmą strzy­gącą traw­niki na tere­nie Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej Bródno. W wyniku braku wspo­mnia­nych uzgod­nień o godzi­nie siód­mej czter­dzie­ści tuż pod otwar­tymi oknami miesz­ka­nia Gwi­doszów pra­cow­nicy firmy Traw­pol włą­czyli dwie kosiarki spa­li­nowe.

Rodzina Gwi­do­szów od wielu lat miesz­kała w tym samym miej­scu i nie było to pierw­sze kosze­nie trawy o świ­cie (dla Marysi w dni powsze­dnie świt koń­czy się około godziny dzie­wią­tej, a w soboty i święta trwa do dwu­na­stej). Wiele razy Mary­sia się zasta­na­wiała, skąd ci opa­leni na brąz, musku­larni pano­wie dowia­dują się, kiedy ona śpi, potrze­buje spo­koju lub chce oglą­dać film. Bo to, że się jakoś dowia­dy­wali, jest pewne. Kosze­nie traw­nika pod oknami jej miesz­ka­nia nie zda­rzało się, gdy znaj­do­wała się poza domem, było za to zawsze ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wane z jej potrzebą ciszy lub snu.

- Co za kre­tyni koszą o tej porze?! Ludzie, jest sobota! - zaczęła krzy­czeć. Było to zacho­wa­nie mało roz­sądne, bo prze­cież jej głos nie zdo­łałby się prze­bić przez war­kot kosiarki. Osią­gnęła tylko tyle, że obu­dziła swoją młod­szą sio­strę.

Celina Gwi­dosz, lat jede­na­ście, mimo że dawno poże­gnała okres nie­mow­lęcy, zacho­wała cudowną wła­ści­wość: mogła jak nowo­ro­dek spać wszę­dzie i w każ­dych warun­kach, ale bez prze­sady, oczy­wi­ście.

Otwo­rzyła oczy. Zare­je­stro­wała to, co koniecz­nie, czyli że jej sio­strze nic nie jest, nie wzywa pomocy i nie umiera, tylko wydziera się na mało zro­zu­miały temat.

- Zabi­ła­bym ich gołymi rękami! Psy­chole! - syczała Mary­sia, rzu­ca­jąc się w pościeli.

- Kogo? - zapy­tała Celinka.

Nie była za bar­dzo zain­te­re­so­wana odpo­wie­dzią. Zapy­tała, bo kochała sio­strę i czuła, że Mary­sia chce, żeby jej zadać to pyta­nie.

- Tych bestial­skich kosia­rzy! Dobrze, że nie mam żad­nej wła­dzy, bo poza­bi­ja­ła­bym wszyst­kich.

- Wszyst­kich? - Celinka uśmiech­nęła się pod nosem. - Brat Bartka Kara­sia jest kon­ser­wa­to­rem traw­ni­ków.

- A wiesz, co mnie obcho­dzi brat Kara­sia czy innej Płoci?! Jeśli jest kosia­rzem, zasłu­guje na śmierć. Śmierć kosia­rzom! - wrza­snęła w stronę okna. - Za jakie grze­chy ja muszę to zno­sić?

- O co ci cho­dzi? Poko­szą i prze­staną - powie­działa Celinka, ale tą opi­nią nie zjed­nała sobie sio­stry, która wsa­dziła głowę pod poduszkę i kopała nogami mate­rac.

Zapach sko­szo­nej wio­sen­nej trawy był znie­wa­la­jący. W odróż­nie­niu od sio­stry Celinka bar­dzo lubiła kosia­rzy. Podo­bała jej się ich praca. Zawsze byli opa­leni, nosili spodnie na szel­kach, a na gło­wach czę­sto mieli fajne kolo­rowe ara­fatki albo chustki. Krzy­czeli gło­śno, no i mieli super­ko­siarki. Tego roku kosze­nie szcze­gól­nie inte­re­so­wało Celinkę, bo brat Bartka Kara­sia wła­śnie tym się parał. A poza tym było to pierw­sze kosze­nie w sezo­nie, więc jesz­cze się nie nasy­ciła zapa­chem, a hałas jej nie prze­szka­dzał.

Celinka otwo­rzyła okno na oścież i przy­glą­dała się obu kosia­rzom pod kątem podo­bień­stwa do Bartka Kara­sia.

- Ale super pach­nie, prawda? - Zacią­gnęła się tra­wia­stym zapa­chem.

- Zamknij okno! - wrza­snęła Mary­sia. - Jesteś dziec­kiem anor­mal­nym. Wyjdź za rol­nika, będziesz o trze­ciej dwa­dzie­ścia krowy ganiać na pole!

- Roz­wa­żam to - mruk­nęła Celinka i zamknęła okno.

- Nie no, to jest chore. Jesz­cze nie ma ósmej!

Do pokoju weszła Joanna Gwi­dosz, lat pięć­dzie­siąt, mama dziew­czy­nek i dwójki doro­słych i już nie­miesz­ka­ją­cych z rodzi­cami dzieci, Mal­winy i Kuby.

- Prze­stań krzy­czeć, bo obu­dzisz tatę.

Mary­sia chciała powie­dzieć, że to nie­moż­li­wie, żeby ktoś zdo­łał spać w tych warun­kach, ale mama ją ubie­gła.

- Mary­siu, taki już urok kwiet­nia. Wio­sna, panie sier­żan­cie!

Wyda­wało jej się, że w ten spo­sób roz­ła­duje atmos­ferę, ale pod wpły­wem miaż­dżą­cego spoj­rze­nia córki zmie­niła ton.

- Czego nie można zmie­nić, trzeba zaak­cep­to­wać. Widzimy świat przez pry­zmat wła­snych emo­cji. Zmień emo­cje, zmieni się rze­czy­wi­stość.

- Co to za tek­sty, mamo? Lamus się o nie pyta. To są, z prze­pro­sze­niem, giga­chrzany. - Mary­sia wzięła przy­go­to­wany przez mamę kubek kakao i już miała się napić, ale nagle odsu­nęła go gwał­tow­nie. - Nie­na­wi­dzę kożu­chów. Obrzy­dli­wość! - Spoj­rzała na sio­strę, która z lubo­ścią prze­ły­kała kożuch. - Jak niski próg wraż­li­wo­ści trzeba mieć, żeby móc to pić!

Z furią wci­snęła stopy w roz­dep­tane kap­cie i wyszła z pokoju.

Mama odpro­wa­dziła ją wzro­kiem, a potem popa­trzyła na Celinkę. Naj­młod­sza córka miała wiel­kie nie­bie­skie oczy, które wbiła w matkę. Joan­nie zro­biło się żal dziecka.

- Nie przej­muj się nią, kocha­nie.

- Czym mam się przej­mo­wać? - Celinka wzru­szyła ramio­nami. - Będzie wię­cej dla nas.

*

Prysz­nic popra­wił nieco podły nastrój Marysi. Cie­pła woda oraz aro­ma­te­ra­peu­tyczny zapach żelu limon­kowo-mig­da­ło­wego nieco uko­iły jej sko­ła­tane nerwy.

Kiedy Mary­sia wycie­rała mokre łydki i cichutko sobie pod­śpie­wy­wała, do łazienki wszedł Pies, czyli naj­star­szy kot Gwi­do­szów. Jak w wielu domach, w któ­rych miesz­kają koty, kratka w drzwiach łazien­ko­wych była na stałe wyjęta, żeby zwie­rzęta miały swo­bodny dostęp do swo­jej toa­lety. Pies posłał Marysi pona­gla­jące spoj­rze­nie, ponie­waż nie lubił korzy­stać z kuwety w obec­no­ści innych stwo­rzeń.

- Nie możesz pocze­kać dwie minuty? I drugi przy­lazł? Kto was tu nasłał, co? Mamo!

Woła­nie mamy w tej sytu­acji nie było zbyt racjo­nalne, ale Mary­sią zawład­nęły emo­cje.

- Zupeł­nie już zapo­mnia­łem, jak to się obja­wia - jęk­nął Mariusz Gwi­dosz, sie­dząc przy stole. - Nie wiem, czy dam radę trzeci raz przez to prze­brnąć. Myśla­łem, że przej­dzie bokiem.

- Naiw­ność ludzka nie zna gra­nic - powie­działa Joanna. - To nie burza.

- Ale jakoś późno tym razem, prawda?

- Rze­czy­wi­ście... Albo wcze­śniej nie było aż tak. Mal­winka chyba pod koniec pod­sta­wówki, Kuba to już nie pamię­tam, ale też było ostro. Pamię­tasz, jak nie odzy­wał się do nas przez całe popo­łu­dnie, bo mu prze­rwa­łeś opo­wia­da­nie snu, albo jak się obra­ził na bab­cię, kiedy powie­działa, że ładny z niego chłop­czyk?

Rodzice zachi­cho­tali.

- Damy radę, nie martw się. To tylko trzy, cztery lata.

- Asieńko, ty to umiesz czło­wieka pocie­szyć. Cudowna per­spek­tywa - wyszep­tał Mariusz nie­mal bez­gło­śnie. - Cztery lata bez wyroku.

Celinka miała swoje miej­sce przy stole. Nie było to miej­sce przy­pad­kowe. Celinka wybrała je z pre­me­dy­ta­cją, ponie­waż znaj­do­wało się naj­bli­żej tostera. Pro­ces opie­ka­nia fascy­no­wał ją od dłuż­szego czasu. Wsa­dzała tosty do opie­ka­cza i włą­czała timer. Uwiel­biała patrzeć, jak upie­czone grzanki wyska­kują w górę. Z nie­zro­zu­mia­łych dla sie­bie i innych powo­dów po pro­stu lubiła ten moment. Jed­nym uchem reje­stro­wała, że rodzice roz­ma­wiają o czymś cie­ka­wym, ale tosty były zawsze na pierw­szym miej­scu. Tym razem rów­nież pocze­kała, aż wysko­czą, i dopiero wtedy włą­czyła się do roz­mowy.

- Czy cho­dzi o to, że ona ma okres doj­rze­wa­nia? - zapy­tała, kła­dąc jed­nego tosta na tale­rzu mamy, a dru­giego na tale­rzu taty.

- Cicho! - syk­nęli rodzice, z prze­ra­że­niem patrząc na drzwi.

- Nie mów gar­ba­temu, że gar­baty - szep­nął Mariusz. - Potem ci wszystko wytłu­ma­czę. Teraz zakli­nam, żebyś pod żad­nym pozo­rem nie wyma­wiała przy Marysi słowa "doj­rze­wa­nie". To jest słowo zabro­nione.

- A kiedy kon­kret­nie będę już mogła je wyma­wiać? - zapy­tała z docie­kli­wo­ścią wła­ściwą dobrze roz­wi­nię­tym jede­na­sto­lat­kom.

- Sama się zorien­tu­jesz.

- A jeśli się nie zorien­tuję sama? - Drą­że­nie tematu to, obok docie­kli­wo­ści, kolejna typowa cecha dziecka w tym wieku.

- To mnie zapy­tasz i ja ci wtedy powiem.

Taka odpo­wiedź satys­fak­cjo­no­wała Celinkę. Wsa­dziła do opie­ka­cza dwa kolejne tosty i spoj­rzała przez ramię na drzwi łazienki.

"Mamy w domu dwa koty - roz­my­ślała. - Kot jest stwo­rze­niem żywym, a skoro żyje, musi sikać i robić kupę. Zała­twia się do kuwety, która stoi w łazience. O co więc tyle rabanu?".

- Czy on zawsze musi wła­zić, kiedy ja tu jestem? Zrób­cie coś! - Mary­sia wypa­dła z łazienki.

- On tu mieszka od dwu­na­stu lat - powie­dział Mariusz spo­koj­nie.

- Rany, o co tyle krzyku. Ja sprzątnę - zaofe­ro­wała się Celinka, nie odry­wa­jąc wzroku od tostera.

Gdy kolejne dwie grzanki wysko­czyły gotowe do kon­sump­cji, zsu­nęła się z krze­sła i ruszyła do łazienki. Nie lubiła sprzą­tać po kotach, ale była mądrym czło­wie­kiem i wie­działa, że życie nie składa się tylko z tego, co lubimy. A to, czego nie lubimy, warto zro­bić od razu i mieć z głowy.

Rodzice w mil­cze­niu sie­dzieli przy stole. Ojciec, uni­ka­jąc wzroku córki, sma­ro­wał razowy tost powi­dłami żura­wi­no­wymi, a mama wci­skała cytrynę do zie­lo­nej her­baty. Ich mil­cze­nie ziry­to­wało Mary­się.

- Z wami da się poga­dać od serca. Nie ma to jak zro­zu­mie­nie, prawda? Dzięki za wspar­cie - wark­nęła i poszła do pokoju.

*

Mary­sia nacią­gnęła na sie­bie dżinsy i bluzę. W zasa­dzie powinna zabrać się do lek­cji, powinna też zacząć myśleć nad pro­jek­tem na bio­lo­gię. Dostała świetny temat: "Pro­ces dome­sty­ka­cji". Temat udo­ma­wia­nia zwie­rząt zawsze bar­dzo ją inte­re­so­wał. Tak jak lubiła, był inter­dy­scy­pli­narny - z pogra­ni­cza gene­tyki, psy­cho­lo­gii zwie­rząt i fizjo­lo­gii. Morena posta­wiła sprawę jasno: na szóstkę trzeba zro­bić pro­jekt; kto chce, pro­szę bar­dzo, ona udo­stęp­nia tematy. Mary­sia miała z bio­lo­gii piątkę zagwa­ran­to­waną, ale miło byłoby mieć szóstkę. Poza tym lubiła Morenę i bio­lo­gię, może zresztą będzie stu­dio­wać wła­śnie ten kie­ru­nek? A skoro chce iść na bio­lo­gię, to nie ma co tra­cić czasu, trzeba się brać do roboty.

Spoj­rzała na zega­rek i posta­no­wiła, że posie­dzi nad pro­jek­tem przez dwie godziny. Nasta­wiła budzik w smart­fo­nie, potem puściła cichutko Dziadka do orze­chów, przy któ­rym zawsze świet­nie jej się pra­co­wało, i wzięła się do pracy.

"Udo­mo­wie­nie zwie­rząt, czyli dome­sty­ka­cja, zaczęło się około pięt­na­stu tysięcy lat temu. Spo­śród stu czter­dzie­stu ośmiu tysięcy gatun­ków udało się do dziś udo­mo­wić zale­d­wie pięt­na­ście. Pierw­szy udo­mo­wiony przez czło­wieka gatu­nek to pies".

Wybra­nie zdjęć psa zajęło Marysi masę czasu, bo nie mogła się zde­cy­do­wać, czy na slaj­dzie umie­ścić barasz­ku­ją­cego w wodzie rot­twe­ilera, czy raczej wyżła na polo­wa­niu. Bijąc się z myślami, mimo­wol­nie spoj­rzała na śpiącą Łapę. Wzięła apa­rat i zro­biła jej zdję­cie. Tak, to był zde­cy­do­wa­nie dobry przy­kład uka­zu­jący, jak daleko zaszedł pro­ces dome­sty­ka­cji.

Nawet nie poczuła, kiedy minęły dwie godziny. Przy­szedł czas na relaks. Się­gnęła po kata­log Festi­walu Mozar­tow­skiego. Gruba, ciężka książka ze stresz­cze­niami wszyst­kich oper Mozarta była lek­turą, po którą Mary­sia się­gała naj­czę­ściej. Naresz­cie speł­niło się jej marze­nie i w tym roku miała kar­net na festi­wal. Kochana bab­cia zafun­do­wała jej taki pre­zent. Bab­cia miała nad­przy­ro­dzony dar obda­ro­wy­wa­nia człon­ków rodziny dokład­nie tym, czego aktu­al­nie pra­gnęli.

Ponie­waż w tym roku Festi­wal Mozar­tow­ski zaczy­nał się od Cosi fan tutte, Mary­sia zaczęła lek­turę kata­logu od tej wła­śnie opery. Znała ją dobrze. Miała chyba sie­dem lat, gdy Kuba po raz pierw­szy ją na nią zabrał. Czy­tała więc stresz­cze­nie tylko z nawyku. Sama opi­sa­łaby akcję nieco ina­czej, ale co tam! Liczy się muzyka.

Się­gnęła po boks z Com­plete Mozart Edi­tion i zało­żyła słu­chawki.

Była wła­śnie przy arii Despiny, gdy drzwi się otwo­rzyły i wolno, ze spusz­czoną główką, do pokoju weszła Celinka. Się­gnęła po swoją torebkę.

- Co ty się tak skra­dasz, Celuś? Idzie­cie gdzieś? - Mary­sia zagad­nęła sio­strę przy­jaź­nie.

Cela się roz­pro­mie­niła. Oka­zało się, że wybie­rają się do Żukow­skich na, jak powie­działa cio­cia Żukow­ska, kró­lew­skie cia­sto owo­cowe w dużej ilo­ści.

- Kró­lew­skie cia­sto owo­cowe w dużej ilo­ści, mówisz?

Mary­sia zer­k­nęła na zega­rek. Lek­cje i porządki są zawsze, a kró­lew­skie cia­sto owo­cowe, zwłasz­cza w dużej ilo­ści - rzadko. Wybór był pro­sty.

- Ja też chcę. Daj­cie mi pięć minut! - wrza­snęła i rzu­ciła się do łazienki.

Po pię­ciu minu­tach - prze­brana, ucze­sana i uśmiech­nięta - była gotowa do wyj­ścia.

Kiedy wyszli na klatkę scho­dową, objęła Celinkę, szturch­nęła w bok i szep­nęła:

- Trzy czte-ry.

Koły­sząc się mia­rowo do taktu, zaczęły pod­śpie­wy­wać:

- Hey Jude, don't make it bad...

Do Żukow­skich dotarli w miłym sobot­nim nastroju. Kró­lew­skie cia­sto owo­cowe oka­zało się mocno spie­czo­nym bisz­kop­tem ze szklar­nio­wym rabar­ba­rem, ale Mary­sia miała dziką ochotę na jakie­kol­wiek cia­sto. Była czter­na­sta, a ona prze­cież od rana nie miała nic w ustach. Trzeba było to jakoś nad­ro­bić.

Rozdział pierwszy

Żukow­scy - mimo że dzieci Gwi­do­szów mówiły do nich "cio­ciu" i "wujku" - nie byli z Gwi­do­szami spo­krew­nieni. Mamy poznały się w parku Bród­now­skim, dokąd w ładne dni wycho­dziły z dziećmi na dłu­gie spa­cery - Joanna Gwi­dosz z Mary­sią, a Lena Żukow­ska z Krzy­siem.

Gwi­do­szo­wie mieli czworo dzieci. Jak lubił mówić Mariusz: z dwóch mio­tów. Kuba - mąż Magdy, ojciec Sta­sia, Romka i dwu­mie­sięcz­nego Jasia, oraz Mal­wina Pisar­czyk - żona Pawła, od dwóch lat prze­by­wa­jąca w Mona­chium, gdzie jej mąż dostał pracę, matka ośmio­let­niego Kosmy i trzy­let­nich, poczę­tych metodą in vitro córe­czek: Zosi, Asi i Poli. To star­szy miot. Młod­szym mio­tem były sie­dem­na­sto­let­nia Mary­sia - uczen­nica pierw­szej klasy liceum, i jede­na­sto­let­nia Cela, która cho­dziła do klasy pią­tej.

Żukow­scy byli rodzi­cami jed­nego dziecka: osiem­na­sto­let­niego Krzyśka. Mimo braku syme­trii w struk­tu­rze rodzin układ spraw­dzał się ide­al­nie. Tylko w ciągu ostat­nich kilku lat rodziny Gwi­do­szów i Żukow­skich były razem przez dwa tygo­dnie w Kotli­nie Kłodz­kiej, dzie­sięć dni na Mazu­rach, tydzień w Chor­wa­cji, dwa razy w Pra­dze i w Wied­niu, o jed­no­dnio­wych wypa­dach za mia­sto nie wspo­mi­na­jąc.

Cela nie odstę­po­wała Marysi i Krzyśka na krok, mając nadzieję, że podob­nie jak przy poprzed­niej wizy­cie, usły­szy coś fascy­nu­ją­cego. Wtedy była świad­kiem roz­mowy Marysi i Krzyśka na temat nie­chcia­nej ciąży kole­żanki Krzyśka z pod­sta­wówki. Tym razem liczyła na podobne rewe­la­cje, ale ponie­waż roz­mowa zeszła na dome­sty­ka­cję, którą teraz żyła Mary­sia, znu­dzona Cela wró­ciła do stołu.

Mary­sia w pokoju Krzyśka czuła się jak u sie­bie. Znali się zbyt długo, żeby mię­dzy nimi było miej­sce na jakieś utrud­nia­jące życie cere­giele. Roz­wa­lona na łóżku Krzyśka bez skrę­po­wa­nia poże­rała czwarty kawa­łek bisz­koptu ze szklar­nio­wym rabar­ba­rem. Mię­dzy kolej­nymi kęsami wyłusz­czała Krzyś­kowi, jak widzi swoją pre­zen­ta­cję i że feno­typ udo­mo­wie­nia chce dać od razu na początku, bo to ją inte­re­suje naj­bar­dziej. Krzy­siek słu­chał w mil­cze­niu. Nie kiwał głową, nie zada­wał żad­nych pytań, nie wyda­wał z sie­bie apro­bu­ją­cych ani negu­ją­cych pomru­ków. Nic.

- Czy ty mnie w ogóle słu­chasz? - ziry­to­wała się Mary­sia.

- Oczy­wi­ście! - Krzy­siek drgnął. - Feno­typ udo­mo­wie­nia jest wspólny dla wszyst­kich udo­mo­wio­nych gatun­ków.

- Nie pre­zen­tuj mi tu echo­la­lii. Prze­pra­szam, że cię zanu­dzam, ale to jest dla mnie fascy­nu­jące. W takim razie co tam u cie­bie?

Jako dzieci bar­dzo się polu­bili. Zawsze mieli o czym roz­ma­wiać i zawsze umieli wymy­ślić sobie dobrą zabawę. Kiedy pod­ro­śli, zwie­rzali się sobie, narze­kali na rodzi­ców, na szkołę, na kole­gów. Potem Krzy­siek zaczął cho­dzić z Utą. Mary­sia nawet ją poznała, ale mimo że chciała się z nią zako­le­go­wać, jakoś się nie polu­biły. Krzy­siek był star­szy, miał dziew­czynę, więc ich drogi tro­chę się roze­szły. Póź­niej przez krótki moment znów byli ze sobą bli­sko po tym, jak Uta porzu­ciła Krzyśka, mówiąc, że jest zimny jak ryba. Mary­sia go pocie­szała, że Uta tylko tak gada. Kiedy po jakimś cza­sie temat Uty ostygł, Krzy­siek zwie­rzył jej się, że bar­dzo podoba mu się kole­żanka z kursu nie­miec­kiego. Mary­sia kibi­co­wała mu i trzy­mała kciuki.

Po jakimś cza­sie Krzy­siek stwier­dził, że mu minęło, że to było głu­pie zauro­cze­nie, bo ona mu się w ogóle nie podoba i jest głu­pia, a on nie potrze­buje głu­piej dziew­czyny. Zaczął wygła­szać dziwne tek­sty: "Wszyst­kie baby są głu­pie, z żadną o niczym nie da się poga­dać". Do Marysi dotarło, że tuż koło niej, na wycią­gnię­cie ręki wyrósł praw­dziwy anty­fe­mi­ni­sta. Raz po raz docho­dziły do niej plotki o tym, jak Krzy­siek trak­tuje dziew­czyny, jak im doku­cza, jaki jest dla nich podły.

Gdy w Empiku zoba­czyła powieść Lars­sona Męż­czyźni, któ­rzy nie­na­wi­dzą kobiet, zro­biła zdję­cie okładki i wysłała z komen­ta­rzem: "Napi­sali o tobie". Krzy­siek się na nią obra­ził i odpi­sał, że współ­czuje jej, że jest dziew­czyną.

Potem Mary­sia dowie­działa się od kole­żanki z pla­styki, któ­rej sio­stra cho­dziła z Krzyś­kiem do klasy, o jego kolej­nych wyczy­nach: podobno powie­dział Ulce, że jego kuzyni z Oża­rowa mają psa do odda­nia, więc niech tam jedzie, bo wszystko jest już doga­dane; na świeżo odno­wio­nej ele­wa­cji domu Justyny napi­sał jej numer tele­fonu z dopi­skiem: "Dzwoń w każ­dej spra­wie"; ukradł kart­kówki z ple­caka mło­dego geo­grafa i w pracy Karo­liny dopi­sał pod­ro­bio­nym cha­rak­te­rem pisma: "Kocham cię i pra­gnę, Artu­rze. Nie dręcz mnie dłu­żej, chcę być twoja", i z powro­tem pod­rzu­cił nauczy­cie­lowi.

Na wieść o tych incy­den­tach Mary­sia roz­po­częła kru­cjatę prze­ciwko anty­fe­mi­ni­stycz­nym zapę­dom Krzyśka. Poroz­ma­wiała z jego mamą, punkt widze­nia cioci bar­dzo ją jed­nak zasko­czył: "No cóż, Krzy­sio to jesz­cze dziecko. Przy­stojni chłopcy mają powo­dze­nie, więc to nor­malne, że kręcą się koło niego dziew­czynki. A że lubi żarty i psi­kusy? W tym wieku to nor­malne". Póź­niej pró­bo­wała roz­ma­wiać z wła­sną mamą, ale ta miała tylko jedną reflek­sję: "To skan­dal. Trzeba natych­miast spro­wa­dzić tu Krzyśka, ja już z nim to zała­twię!". Jak prze­bie­gła roz­mowa, Mary­sia się nie dowie­działa. Mama ogra­ni­czyła się do komen­ta­rza, że rzadko kiedy życie jest takie, jak wygląda na pierw­szy rzut oka.

Gdy Krzy­siek opo­wie­dział jej, jak wywiózł do Wila­nowa jakąś dziew­czynę z Łowi­cza i pry­snął do auto­busu, zosta­wia­jąc bidulę zupeł­nie zdez­o­rien­to­waną, posta­no­wiła, że zerwie z nim wszel­kie kon­takty, ale nie bar­dzo to wycho­dziło, bo ich rodzice się lubili i Krzy­siek po pro­stu od czasu do czasu zja­wiał się u nich w domu. A gość to gość, wia­domo.

W końcu ojciec jej pod­po­wie­dział, żeby dała mu spo­kój. Każdy ma prawo zmar­no­wać sobie życie na aktyw­ność bez­sen­sowną. Mary­sia zgo­dziła się z tatą: nie da się zmie­nić czło­wieka, jeśli on sam tego nie chce. Porzu­ciła wresz­cie rolę wycho­waw­czyni i zaczęła trak­to­wać Krzyśka jak zwy­kłego, nie­zbyt faj­nego, ale po pro­stu kolegę. Dzięki temu bez zbęd­nych emo­cji mogła słu­chać, co ostat­nio zro­bił. A on nie tylko lubił dzia­łać. Lubił także, żeby Mary­sia o jego wyczy­nach była dobrze poin­for­mo­wana.

Kiedy Mary­sia delek­to­wała się cia­stem z rabar­ba­rem, Krzy­siek opo­wie­dział, jak rano umó­wił się z Karo­liną z Ursy­nowa i z Magdą z Ursusa na pętli Pod­gro­dzie. Poje­chali tam z Grzy­bem rowe­rami i przy­cza­ili się w spo­żyw­czym, bo z pół­pię­tra dosko­nale widać pętlę. Oczy­wi­ście nie miał zamiaru spo­tkać się z żadną z dziew­czyn. Chciał tylko spraw­dzić, czy naprawdę ist­nieją takie idiotki, któ­rym chce się tłuc z rowe­rem na drugi koniec mia­sta, ponie­waż chło­pak im powie­dział, że mają piękne dusze i on tylko przy nich nie czuje się samotny. Przy­je­chały obie, a nawet podejrz­li­wie na sie­bie patrzyły, a oni boki zry­wali, obser­wu­jąc je z ukry­cia. Grzyb coś tam mru­czał, że nawet nie­złe, ale on jest palan­tem. Dla niego ostat­nio nie­złe jest wszystko, co się rusza.

Mary­sia zapy­tała, ile wresz­cie one tak sie­działy. Oka­zało się, że Krzy­siek odbie­rał od nich tele­fony i zapew­niał, że już jedzie.

Mary­sia nawet nie wie­działa, jak to sko­men­to­wać. Nie była czło­wie­kiem agre­syw­nym, ale miała ochotę dać mu w łeb czymś cięż­kim.

- Po co ty to robisz?

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kiedy poznaję nową dziew­czynę, nie mogę prze­stać o niej myśleć, strasz­nie się nakrę­cam. A potem, jak tylko się prze­ko­nam, że ona poleci na każde moje zawo­ła­nie, natych­miast mi prze­cho­dzi. A Grzyb mi gada, że taką ładną rzu­ci­łem. A co tu uroda ma do rze­czy? Baba to baba.

- Nie wiem, dla­czego ja cią­gnę zna­jo­mość z tobą. Muszę to prze­my­śleć, bo... ty mnie prze­ra­żasz, czło­wieku. Żyjesz w jakimś obłę­dzie.

Krzy­siek powie­dział, że on od dawna prze­raża sam sie­bie i że jedyne, przez co umie się wyra­zić, to wier­sze. Mary­sia jęk­nęła w duchu, bo nie­raz już miała do czy­nie­nia z jego wąt­pli­wej jako­ści twór­czo­ścią, ale była dobrze wycho­wana i nie chciała Krzyśka ura­zić. Trudno. Trzeba wysłu­chać jakie­goś nowego, wstrzą­sa­ją­cego bra­kiem tre­ści dzieła. Na szczę­ście Krzy­siek nie lubo­wał się w dłu­giej for­mie.

Mary­sia popa­trzyła na Krzyśka, jak prze­jęty grze­bał w szu­fla­dzie w poszu­ki­wa­niu teczki ze swoją twór­czo­ścią, i wtedy nagle przy­szło jej do głowy, że to dobrze znać kogoś takiego. Dzięki niemu ona ni­gdy nie da się nabrać na takie sztuczki. Jak nisko trzeba upaść, żeby jechać na drugi koniec War­szawy do jakie­goś raz widzia­nego albo niewidzia­nego wcale faceta? Te dziew­czyny są naprawdę głu­pie. Mary­sia poczuła szczerą pogardę dla takiego zacho­wa­nia. Czy one nie mają dumy? Ambi­cji?

Krzy­siek podał jej kartkę z wier­szem, ale wów­czas do pokoju zaj­rzała cio­cia z pyta­niem, czy nie zagrają z nimi w pań­stwa-mia­sta. Cela zapro­po­no­wała cie­kawe kate­go­rie i wszy­scy są chętni do gry.

Mary­sia zerwała się z miej­sca. Zła­pała ostatni kawa­łek cia­sta i nie oglą­da­jąc się na Krzyśka, poszła do jadalni. Nie sza­lała na punk­cie państw-miast jak sio­stra, ale wszystko było lep­sze niż prze­by­wa­nie z tym emo­cjo­nal­nym pan­to­fel­kiem w jed­nym pokoju.

*

Po wyj­ściu od Żukow­skich Mary­sia poczuła, że musi czymś gorz­kim prze­ła­mać nad­miar cukru w orga­ni­zmie. Poszła więc do spo­żyw­czego i nabyła pół­li­trową butelkę toniku, który wypiła dusz­kiem.

Przed klatką scho­dową przy­sta­nęła na chwilę, gdyż przy­szła do niej wia­do­mość. Od czasu, gdy czy­ta­jąc wia­do­mość w komórce, z impe­tem weszła na śmiet­nik, co skoń­czyło się olbrzy­mim, bole­snym sinia­kiem na pisz­czeli, ni­gdy już tak nie robiła. Wygrze­bała komórkę z kie­szeni. Kątem oka spo­strze­gła jakiś ruch koło swo­jego ramie­nia. Mimo­wol­nie pod­nio­sła głowę.

Kilka kro­ków od niej wol­nym kro­kiem, na sztyw­nych nogach, jakby miał zaban­da­żo­wane stawy kola­nowe, szedł jakiś dzie­ciak. Mary­sia nie poświę­ci­łaby mu ani sekundy uwagi, ale on naj­wy­raź­niej miał coś do niej. Minął ją bez słowa, dziw­nie się jej przy­glą­da­jąc, wręcz świ­dru­jąc ją wzro­kiem. Mary­sia nie znała go, nie miała poję­cia, kim jest. "Jakiś nie­nor­malny" - pomy­ślała. Prze­nio­sła wzrok na komórkę, ale nie odczy­tała wia­do­mo­ści, bo chłop­czyk nagle zawró­cił i sta­nął przed nią wyprę­żony jak struna. Wyrzu­cił z sie­bie zde­cy­do­wa­nie zbyt gło­śne "cześć", a potem rzu­cił się do ucieczki.

*

W latach 50. XX wieku rosyj­scy naukowcy wyse­lek­cjo­no­wali lisy o spo­koj­nym cha­rak­te­rze i z każ­dego miotu wybie­rali do roz­mna­ża­nia naj­mniej pło­chliwe osob­niki. Efekty były spek­ta­ku­larne. Już w czwar­tym poko­le­niu lisy zaczęły mer­dać ogo­nami i pozwa­lały się gła­skać, a w dzie­wią­tym wyraź­nie lgnęły do ludzi i umiały się z nimi zwią­zać jak psy. Mary­sia wybrała zdję­cia srebr­nych lisów i zna­la­zła w Inter­ne­cie foto­gra­fie eks­pe­ry­men­tal­nej hodowli w Nowo­sy­bir­sku. Powinna na godzinę nad tym usiąść, ale jakoś dziw­nie jej się nie chciało. Wie­działa dokład­nie, co ma robić, i nie było to trudne, wyma­gało tylko poszpe­ra­nia w kilku książ­kach i w Inter­ne­cie, ale per­spek­tywa sie­dze­nia przy kom­pu­te­rze w ogóle jej nie pocią­gała. Posta­no­wiła jed­nak być twarda. Nasta­wiła budzik i usia­dła do roboty.

Była w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia slajdu na temat zmian, jakie zacho­dziły w wyglą­dzie i zacho­wa­niu lisów z Nowo­sy­bir­ska, gdy roz­legł się dźwięk domo­fonu. Obie z Celinką rzu­ciły się do drzwi. Łapa rów­nież. Pies i Cacuś się nie rzu­cili, bo byłoby to poni­żej ich god­no­ści, ale też prze­ma­sze­ro­wali do przed­po­koju. Celinka dopa­dła domo­fonu pierw­sza.

- Poli­cja, otwie­rać! - Usły­szała w słu­chawce.

- Kuba, przy­szedł Kuba! - wrza­snęła i pognała kory­ta­rzem na powi­ta­nie brata.

Mary­sia nie wybie­gła z miesz­ka­nia, była już na to zde­cy­do­wa­nie za duża. Pod­cią­gnęła leg­ginsy, wypro­sto­wała plecy i spró­bo­wała zro­bić ara­be­skę. Przez chwilę przy­glą­dała się sobie w lustrze. Od dwóch lat już nie cho­dziła na balet, ale może to błąd? Nie zdą­żyła się nad tym zasta­no­wić, bo Kuba z Celą na barana wkro­czył do domu.

Kuba był sam. Magda i dzieci zła­pały jakie­goś wirusa i musiały zostać w domu, więc Kuba przy­szedł tylko na chwilę zamie­nić parę słów.

- Ale chyba możesz zostać na her­ba­cie? Czy Magda ci zabro­niła? - wypa­liła Mary­sia.

Kuba zamarł i wbił w sio­strę czujne spoj­rze­nie. Nie bar­dzo rozu­miał, skąd ten atak na niego.

- Mogę i niczego mi nie zabro­niła - wyce­dził przez zęby. - Wręcz prze­ciw­nie: wypchnęła mnie z domu na siłę, żebym się tro­chę zre­lak­so­wał. Ale nie miał­bym z tego żad­nej przy­jem­no­ści, bobym tylko patrzył na zega­rek.

- Bycie z nami to już dla cie­bie żadna przy­jem­ność?

- Mam przy­jem­ność, ale nie chciał­bym, żeby Madzia na mnie cze­kała.

- Co jej się sta­nie?

Mary­sia sama się dzi­wiła, że to mówi. Prze­pa­dała za Magdą, bie­gała do niej się zwie­rzać i oma­wiać nie­mal wszystko, co jej się przy­tra­fiało.

Kuba podejrz­li­wie spoj­rzał na sio­strę.

- A tobie co się stało? Masz zły humor?

- Mia­łam bar­dzo dobry humor, ale spo­tka­łam cie­bie.

- Ale jesteś... opry­skliwa.

- Ja jestem opry­skliwa? Świet­nie! Masz jesz­cze inne uwagi na temat mojej oso­bo­wo­ści czy to już wszystko?

- Matko, co się stało? Masz jakiś pro­blem? Facet cię rzu­cił, ktoś cię okradł, kole­żanki cię obga­dują? Co jest?

- To ty masz pro­blem! I nie wrzeszcz na mnie!!!

- Dobra, nic już nie mówię, ale ciskasz się nie wia­domo o co.

Mary­sia poczuła, że zabrnęła w ślepą uliczkę, tylko nie bar­dzo wie­działa, jak się z niej wyco­fać.

- Mie­li­ście przyjść wszy­scy razem, tak się uma­wia­li­śmy! - pisnęła.

Kuba wycią­gnął ramiona i pod­szedł do sio­stry. Objął ją i mocno przy­tu­lił. Mary­sia sza­leń­czo kochała brata i nie umiała uda­wać, że nie chce się do niego przy­tu­lić. Gdy Kuba zaczął ją gła­skać po ple­cach, pole­ciało jej kilka łez, ale to były dobre łzy i Mary­sia poczuła, że napię­cie i głu­pia złość już z niej uszły.

Kuba uśmiech­nął się krze­piąco. Wycią­gnął dłoń i deli­kat­nie otarł jej mokre policzki. Mary­sia ode­tchnęła.

- "Pła­cze dziew­czyna, chłopca trzeba jej"... - zanu­cił cichutko i popa­trzył na Mary­się zna­cząco.

Mary­sia poczuła, jak nowa fala wście­kło­ści zalewa ją od stóp po czu­bek głowy.

- Że niby potrze­buję faceta, tak?!

- Co ja takiego powie­dzia­łem? O co ci cho­dzi?

- To co to za insy­nu­acje?!

- Żadne

- To co mi tu śpie­wasz?!

- Tak sobie. Mimo­cho­dem mi się sko­ja­rzyło... Sytu­acyj­nie.

- Czy ja się wtrą­cam do two­ich spraw?

- Cza­sem tak.

- Na przy­kład kiedy?

- Nie wiem kiedy...

- Możesz nas wcale nie odwie­dzać! Wpa­dasz na pięć minut... nie uspo­ka­jaj mnie, mamo! Ktoś mu powi­nien powie­dzieć prawdę i ja to zro­bię. Masz nas wszyst­kich gdzieś. Są tylko Magda i dzieci!

Mary­sia nie zare­je­stro­wała prze­stra­szo­nych oczu młod­szej sio­stry. Nie widziała, jak oba koty na wszelki wypa­dek odda­liły się od epi­cen­trum wyda­rzeń i tylko Łapa z uśmiech­nię­tym pyskiem stoi w przed­po­koju i wciąż merda ogo­nem. Odwró­ciła się na pię­cie i poszła do sie­bie, jak pro­staczka bez słowa zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Rodzina prze­nio­sła się do kuchni. Przez chwilę stali w mil­cze­niu.

- Od dawna taka jest? - wyszep­tał Kuba i z trwogą spoj­rzał w stronę drzwi pokoju.

- Dziś rano się nasi­liło. Chyba coś się stało, sami nie wiemy.

Kuba obie­cał, że jak tylko wirusa szlag trafi, przyjdą wszy­scy z długą wizytą. Ser­decz­nie uści­skał rodzi­ców i Celinkę, otwo­rzył drzwi pokoju sióstr i rzu­cił "cześć", ale Mary­sia mu nie odpo­wie­działa. Miała słu­chawki na uszach i uda­wała, że nie sły­szy.

Kuba się nie obra­ził. Mru­gnął do rodzinki poro­zu­mie­waw­czo i czym prę­dzej wró­cił do swo­ich.

*

- Będziemy oglą­dać Księż­niczkę i żabę, idziesz?

- Nie mam ochoty na żadne głu­poty. Widzia­łam to milion razy. Mówi­łam ci, żebyś obej­rzała coś nor­mal­nego. Kino cze­skie rzą­dzi. Wiesz, kto to jest Petr Zelenka? A co zro­bisz, jak ktoś zapro­po­nuje kate­go­rię "reży­ser fil­mowy"? Nic nie napi­szesz, ani jed­nego nazwi­ska!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki