Wieczór jesienny ciepły był
jeszcze, ale w powietrzu czuć się dawała ta woń, która każdą porę
roku odznacza. Lekki wietrzyk od Wisły i łąk a pól, od dalszych
lasów i zarośli przynosił wyziewy liści więdnących, usychających
traw, kiełkujących zbóż zasianych, które żywo wśród pożółkłych
ścierni się zieleniły, i mgły niewidocznej jesieni. Niebo złociło
się, rumieniło, barwiło sinemi i liliowemi obłokami, z pod których
blady, zielonawy lazur północy przeglądał. Z dali żaden głos nie
dochodził, nie widać było na błoniach ruchu i życia. Jak mrówki
przesuwały się tylko gdzieniegdzie trudne do rozpoznania postacie
na płowych ścieżkach i gościńcach, które pola i łąki krzywemi
przerzynały paskami.
Cisza wieczoru i jesieni kołysała świat Boży do spoczynku...
W otwartem oknie krakowskiego zamku, na pierwszem piętrze,
siedziało przepiękne dziewczę.
Odbłysk wieczornego światła cudownie lice jej łagodnym swym
blaskiem oblewał. Siedziała jakby za wzór służyć miała do obrazu
Luiniemu, Bellinowi, jednemu z tych mistrzów włoskich, którzy
ostatnie ideały niewieście, jakby żegnając się z niemi, na płótno
przenieśli.
Twarzyczka dziwnie regularnych rysów, świeża acz blada,
przypominała też Kameę ręką mistrza na kamieniu drogim wyrzeźbioną.
Smutek i tęsknota poetyczny wyraz nadawały temu obliczu
madonny.
Patrzała przez okno na dalekie błonia, lecz pewnie nie
widziała nic, oprócz tego co się na tle ciemnem jej duszy malowało.
Przechodziły po niem jakieś cienie przeszłości czy nadziei.
Nieruchome oczy czarne pływały jakby we łzie, która
napełniała powiekę i upaść z niej nie mogła, tak jak tęsknica jej z
duszy się na świat wydobyć.
Była to piękność niezwyczajna. Klasycznego wdzięku rysy
marmurowe, śmiałemi ale łagodnemi razem liniami wyrzeźbione,
otaczał bujny włos, spleciony w części i na ramiona w puklach
puszczony, tej barwy osobliwej, którą weneccy upodobali malarze.
Ciemne brwi, czarne oczy, odbijały dziwnie od warkoczów złocistych,
jaskrawych nawet, tak barwa ich była silną. Maleńkie usteczka,
ściśnięte teraz, boleśnym się zamknęły uśmiechem i zdawały się
wyrzucać zawód losowi i światu, przeznaczeniu i ludziom.
Jakby stężała tym bólem, siedziała nieporuszona, ręce
spuściwszy na kolana. Wypadła z nich dawno robota, haft kolorowy na
jedwabiu, leżała razem z kłębuszkiem u nóg jej - we wgłębieniu
okna, które w grubym murze siedziało, oprawne jakby w ramę, maleńką
wykutą w nim izdebką.
Strój dziewczęcia był smakowny bardzo i wytworny. Suknia z
ciężkiej jedwabnej tkaniny mieniąca się zielono i płowo, cała była
naszywana wstęgami, jedwabnemi sznury, kokardami i paciorkami
szklannemi. Odpowiadał jej bogato ozdobny pas wysadzany z torebką,
a trzewiczek, którego koniec z pod sukni wystawał, także był do
całego stroju dobrany.
Komnatka oknem tem słabo oświecona, nie zbyt przestronna,
sklepiona wdzięcznie w górze, malowana i złocona, pomimo półmroku
jaki w niej panował, miała w sobie coś młodego i wesołego, jakby na
szczęśliwe gniazdko przeznaczoną była.
Smutna twarz na jej tle wydawała się dziwnie.
Wszystko co w tym wieku XVI., lubującym się w wytworności,
woni, kolorach, przepychu, nagromadzić było można, aby jak cacko
przyozdobić mieszkanie pieszczoszki-dziewczęcia, złożyło się na
ubranie pokoiku.
Posadzkę marmurową, której tylko u progu domyślać się było
można, okrywał wschodni kobierzec przedziwnej harmonii farb
najśmielej pożenionych z sobą... marmurowy komin zdobiły dwie
karjatydy niewieście, uśmiechające się mimo ciężaru gzemsu, który
dźwigały. Opasywały je wieńce kwiatów i liści z wielkim kunsztem
rzucone. Po nad niemi wisiało weneckie zwierciadło w ramach jak
brylanty połyskujących z ozdób szklannych, a na gzemsie stały cudne
fraszki ze szkła, majoliki, złota i srebra wyrzeźbione.
W jednem z naczyń wiądł bukiet kwiatów jesiennych.
Przy jednej ze ścian stały siedzenia z drzewa misternie
rzeźbionego, po których biegały jakby nici złociste. Stół okryty
lekkim kobiercem cały prawie zarzucony był też fraszkami, które
kształtami swemi pociągały oczy. Stały na nim skrzyneczki sadzone
na hebanie, kością słoniową, bursztynem i złotem, puszki form
wykwintnych, na których pokrywach unosiły się posążki, kubki
przeróżnych wielkości i postaci. Razem z rzuconą niedbale na nie
chustą jedwabną, składały także obrazek wdzięczny i bogaty.
Na jednem z krzeseł widać było od niechcenia ciśniętą piękną
cytrę, również wysadzaną kunsztownie, ze wstęgą niebieską. U
komina, w przyciemnionym kąciku, pół otwarte drzwi, które
przysłaniała ciężka przed niemi zawieszona draperya, dozwalały
dojrzeć w drugiej izdebce łóżko o rzeźbionych słupkach, o
jedwabnych płotkach, nad którego pokryciem unosiły się piór
bukiety.
Wszystko tu miało wyraz miękkości, rozpieszczenia,
rozkochania się w życiu, rozmarzenia w rozkoszy. Smutne dziewczę
wśród tych zbytków i cacek raziło jak sprzeczność niezrozumiała.
Wczoraj jeszcze wszystko tu być musiało śpiewem, szczęściem,
weselem, zapomnieniem smutków życia - a dziś?
Dziś z opuszczonemi bezwładnie białemi rączkami, na których
palcach połyskiwały pierścienie kosztowne, siedziało dziewczę jak
ptaszek w klatce, zadumane, skamieniałe.
Wieczór zwolna tracił jaskrawe blaski zachodu, barwy
oddalenia szarzały i mgła jakaś jak pół przejrzysta zasłona zdawała
się je od patrzącej oddzielać.
Jedna po drugiej niknęły barwy, zacierały się kształty,
zlewały przedmioty - dal ginęła już w pół mrokach. Tylko na rzece
odbijał się jeszcze gorący blask słonecznych promieni... i
gdzieniegdzie maleńkie szybki domostw połyskiwały jak oczy
dziwotworów. Lecz dziewczę lub nic albo mało co widzieć się
zdawało.
Nagle czy chłód wieczorny owiał ją, czy myśl jakaś
wstrząsnęła całą istotą - zadrżała, żachnęła się, rękę przyłożyła
do czoła, i westchnienie z piersi w świat poleciało niesłuchane,
stracone. Dziewczę tak było w sobie i tęsknicy swej pogrążone, iż
nie słyszało nawet, z cicha wprawdzie ale coraz wyraźniej dających
się słyszeć kroków, które z drugiej komnaty ku drzwiom się
zbliżyły. Z szelestu szat domyśleć się było można kobiety.
Powoli szła, szukając oczyma i nie znajdując smutnej
mieszkanki tego wesołego kątka.
Stanęła w drzwiach, ciekawie wypatrując za nią, i teraz
można ją już całą widzieć było.
Była to pani lat średnich, na której licu nieco zmiękłem i
rozlanem, znać było szczątki nadzwyczajnej piękności. Wszystko,
czego wiek nie mógł zepsuć i nadwerężyć, świadczyło o niej.
Włos niegdyś jasny, oczy dziwnej barwy nieoznaczonej a
jeszcze osobliwszego wyrazu, rzymski nosek, nieco wypełniony już
podbródek, czyniły razem wziętą fizyognomię tę podobną do jakiejś
żony Cezara ze starej rzymskiej monety.
I wyraz też godził się z tym charakterem.
Namiętny był, despotyczny, jakby pragnący i wyzywający do
walki. Nic łagodnego, niewieściego, dobrego w tej chwili nie
rozjaśniło tego profilu pełnego dumy i namiętności.
Głowa w bogatych klejnotach i zawiciu, wyniosła szyja biała,
popiersie pełne a kształtne jeszcze, godziły się z figurą
majestatyczną i pańską.
Strój, pomimo wieku, bo młodą już nie była, wytworny a
nadewszystko bogaty i wspaniały, okazywał, że do najwyższego
społecznego kręgu należeć musiała. Suknię czarną, dobrze barwą
obrachowaną, aby świeżość płci podnosiła, aksamit, atłasy, koronki,
jedwabne wstęgi i szycia ubierały bogato. Na piersiach miała złoty
łańcuch misternej, delikatnej roboty, wyrób weneckich lub
genueńskich złotników - podobne ozdoby widać było u pasa, a białe,
pulchne ręce tak okrywały pierścienie kosztowne, iż niektórych
palców końce zaledwie widać było.
W tej chwili namarszczone groźno brwi, zaciśnięte wargi
blade, wzrok zaostrzony niepokojem, nadawały przybliżającej się
pani wyraz, który mógł przerazić słabą istotę.
Lecz nadchodząca nie zdawała się przybywać tu dla wywarcia
tego gniewu, który niosła w sercu, szła ostrożnie, nie chcąc
przestraszyć. Stanęła w progu, jakby potrzebowała się namyślać czy
wnijść miała.
Wpatrzyła się w dziewczę zadumane, ręką uchyliwszy ciężką
zasłonę u drzwi, i stała, stała długo, nim w końcu umyślnie
poruszyła portjerę, aby dać znać o sobie.
Dziewczę porwało się przestraszone, potrzebując chwili do
opamiętania gdzie było.
Zatopione w myślach, straciło poczucie i pamięć
rzeczywistości.
Wchodząca pani, która od progu powolnym ku niej przybliżała
się krokiem, nadała twarzy przed chwilą gniewnej i zasępionej,
wyraz nienaturalny, wymuszony, dobroci i łagodności.
Lecz, pomimo wysiłku, tak nie przystawał on i niezwyczajnym
był licu nawykłemu do swobodnego wyrażania gwałtownych namiętności
i wybuchów woli żelaznej, że jak gość przelotny, mający zniknąć
rychło, zdał się pożyczanym i fałszywym.
Dziewczę zobaczyło nadchodzącą i jakby zawstydzone, na
uczynku schwytane, drobnemi kroczkami pospieszyło znijść z dwóch
wschodków, które wgłębienie okna od pokoju oddzielały.
Stanęła naprzeciw tej, która tu widocznie panią była.
Z politowaniem przysunęła się niewiasta starsza do
dziewczęcia, i nie mówiąc nic jeszcze, ręką białą pogłaskała ją po
twarzyczce, która zwisła na piersi smutnie.
Oczyma rzuciła po izdebce; tuż u stołu, jakby nagotowane dla
niej, stało krzesło wielkie, jedyne jakie się tu znajdowało.
Przybyła rzuciła się na nie, oparła twarz na ręku i przed chwilą
łagodne rysy znowu posępnym gniewem zciemniały.
Dziewczę stało zwrócone ku niej.
- Płakałaś, Dżemma! widzę to po twoich ślicznych oczach! -
odezwała się po włosku, ale w jej ustach nawet ta mowa muzykalna
nie brzmiała harmonijnie; szorstko, ostro leciały z pod warg
drżących wyrazy. - Dziecko jesteś!...
Wiesz już! tak! wszyscy wiedzą! Nie mogłam zapobiedz! tak!
ale biada temu, co ze mną rozpocznie wojnę; ja nigdy nie uznam się
zwyciężoną i nie złożę oręża. Ja zawsze na swojem postawić muszę.
Żenią go więc z Austryaczką!
Uśmiechnęła się złośliwie.
- Teraz, Dżemma, ty mi jesteś najpotrzebniejszą, teraz
zdobędziesz trwale, na zawsze serce jego. Biada tej istocie, która
tu mimo woli mojej się wciska, aby mi syna odebrała!
Nigdy! nigdy! - zawołała, zapominając się i tupając nogą.
W czasie gdy to mówiła więcej sama do siebie niż do
słuchającego pokornie z oczyma spuszczonemi dziewczęcia, ręce jej
były w ruchu nieustannym, twarz mieniła się i wykrzywiała, brwi
ściągały, usta momentami karykaturalnej maski przybierały
charakter. Straszna jakaś burza wrzeć musiała w żywo falujących
piersiach.
- Słuchaj, Dżemma! - rzekła podnosząc się nieco. - Nie czas
płakać, nie powinnaś mi być smutną, musisz być piękniejszą niż
kiedykolwiek; musisz to serce jego, które miałaś, któregoś nie
straciła, nietylko zachować, ale je okuć w kajdany... Ja na ciebie
rachuję, tyś moim orężem... ale w zamian ci dam...
Tu wstrzymała się nieco i dodała:
- Obsypię cię złotem, dam ci najświetniejsze obok tronu
stanowisko... wybierzesz je sama! Zrobię cię księżną, panią ziem
szerokich...
Dżemma sobie obiema rękami oczy zakryła.
- A! królowo! pani - odezwała się głosem słabym - ja nic,
nic, niczego nie żądam oprócz serca jego. - I łzy polały się z jej
oczów.
Uśmieszek przesunął się po bladych ustach królowej, położyła
palec na wargach.
- Cichoż! nie płacz! Pracować potrzeba, wytężyć wszelkie
siły, aby zwyciężyć. Nie masz się obawiać czego. Powinnaś mnie
znać. Jesteś przy mnie prawie od dzieciństwa... patrzałaś na to
ilem tu walk zwodzić musiała, a zwyciężyliż mnie kiedy oni?
Wszyscy ci sędziwi, poważni senatorowie, całe to mądre
duchowieństwo, krzykliwa ich szlachta, mówcy, intryganci, wysilali
się na to, aby wpływ mój osłabić, aby mi go odebrać, a mimo to
rosnął on z każdym dniem. Nigdy mocniej nie czułam się panią, nigdy
nią nie byłam tak...
Tu przerwała sobie królowa.
- Powiesz mi, że to małżeństwo przeprowadzili przeciwko mej
woli. Tak, ożenieniu zapobiedz całkiem nie było podobna, kraj cały
się go domagał. I ja nie chcę aby zmarł bezpotomnym, ale na to czas
wielki jeszcze. Teraz mi go żona odebrać nie powinna, bo panować z
nim, jak panowałam z ojcem, potrzebuję.
Dopuściłam Austryaczkę - mówiła ciszej, po komnacie wodząc
oczyma niedowierzającemi - dlatego że ten wątły kwiatek prędko tu
zwiędnąć musi... dlatego, że każda inna mogłaby zwycięzko wyjść z
tej próby jaka ją czeka, ona zaś paść musi!
Wstała z siedzenia.
- Dżemma! pociesz się - poczęła żywiej. - Wiozą mu tę żonę,
ale to jedzie ofiara przeznaczona na zgubę. Z zarodem śmierci tu
przybędzie... On, on nigdy mężem jej rzeczywistym nie zostanie...
Dla dziewczęcia słuchającego chciwie wszystko to były rzeczy
mało zrozumiałe, nie rozwikłane, lecz nawykła wierzyć w słowa tej,
która przyszła ją pocieszać, uczuła w sobie odradzające się
męztwo... Twarzyczka jej blada poczęła zlekka się zarumieniać,
piękne czarne oczy śmielej podniosły, duch znowu wstąpił w znękaną.
Milcząc schyliła się do ręki królowej i złożyła na niej
pocałunek, za który pogłaskanie zapłaciło.
- Nie dręcz się, nie smuć - mówiła pani, starając się
głosowi nadać łagodność, choć gniew brzmiał w nim jeszcze. - Nic
nie szkodzi piękności nad troski, a ty, ty szczęśliwa nie masz się
troskać o co! On ciebie jedną kochał i kocha, od czasu jak się ta
miłość zrodziła.
To dziecko moje, dla mnie on nie ma tajemnic! Dżemmo! trzeba
przetrwać tę burzę, która będzie może gwałtowną ale krótką.
Powtarzam ci, nie byłabym nigdy zezwoliła na to małżeństwo, gdybym
pewną nie była, że je rychło śmierć rozerwie.
Mimowolnie wzdrygnęło się dziewczę słuchając.
- Nic bój się - odparła śmiejąc się królowa - nie potrzebuje
jej tu zabijać nikt, śmierć ona sama z sobą przynosi.
Oczy dziewczęcia domagały się odkrycia tej zagadki, ale brwi
królowej zbiegły się groźno i dodała:
- To moja tajemnica!
Palec przyłożyła do ust.
- Bądź wesołą... gość ten przemknie się jako cień, a ja nie
dopuszczę, aby on ciebie dla niej na chwilę opuścił... Będzie żoną
i królową, ale ani jego serca, ani panowania nie dotknie... To
ofiara!... Cóżem winna, że nam ją narzucono?
Dżemma chwytała słowo każde, ale się odezwać nie śmiała.
Mrok wieczora poczynał coraz większe ciemności rozpościerać
w tych mało oknami rozjaśnionych komnatach. Królowa silnie klasnęła
w dłonie raz i drugi, i z za zasłony od sypialni ukazała się główka
niewieścia.
- Światła! - zawołała pani... i prędko złożywszy pocałunek
na czole Dżemmy, czekała tylko natychmiast zjawiających się świec,
aby szybko za niemi wyjść z mieszkania Włoszki.
Mając ją już opuścić, szepnęła jeszcze na ucho:
- Dżemmo! bądź piękną i wesołą... Smutnej twarzy on nie
lubi. Udawaj że nie wiesz nic... Śpiewaj mu i uśmiechaj się do
niego. Tyś panią i tyś serca jego królową...
To mówiąc, wyszła poważnym krokiem, a pozostała w miejscu
Dżemma oczy sobie zakryła i trzymała tak ręce przytulone do twarzy,
aż póki służąca powracająca ze światłem, z zadumy ją nie
rozbudziła.
Dwie młode służebne królowej czekały na nią ze świecami w
ciężkich srebrnych lichtarzach, a drugie dwie, jednako ubrane
wszystkie, iść miały za panią, niosąc wachlarz, rękawiczki, chustkę
i okrycie. Wolnym krokiem postępowała pani, przechodząc naprzód
izby, które dwór jej żeński mieściły, mniej daleko wytworne niż
pokoje Dżemmy, potem kurytarzy część i galeryj zamkowych, z których
widok był na podworca wewnętrzne.
Baczne oko królowej rozpoznawało tu wśród koni, służby,
kolebek i orszaków osób, które się na zamku znajdowały, barwę
każdego dworu i zaprzęgi panów. Naprzemiany ruchoma i wrażliwa
twarz jej dumna to się rozjaśniała, to chmurzyła.
Byli to jej sprzymierzeńcy i nieprzyjaciele, bo wyższe klasy
społeczeństwa dzieliły się wówczas na dwa obozy nieprzyjacielskie,
walczące ze sobą jawnie, które choć się czasem ocierać musiały o
siebie, przejednać się nie mogły. Na czele jednego z nich stała
królowa Bona, która sama wszystkiem rządzić chciała i wymagała, aby
się jej Polska poddała a legła u stóp pani, aby mogła czynić z nią
co jej się żywnie podobało - drugiemu zdawał się przewodniczyć król
Zygmunt Stary, ale w tej dobie życia dziwnie zobojętniały, z góry
spoglądający na wszystko, co się działo na świecie, nie miał ani
sił, ni ochoty do wojny.
Z majestatyczną powagą, z rodzajem filozoficznej ironii
patrzył on, uśmiechając się, na igraszki losu, na gniewy aż do
wściekłości posuwające się żony, na opór, który jej dostojni
mężowie senatu stawili, na zwycięztwa kolejne swoich przyjaciół i
zauszników Bony. Coś z milczącego, zimnego, wytrzymałego charakteru
ojcowskiego miał w sobie Zygmunt i w wielu razach go przypominał,
przewyższając tylko wielkim majestatem, dostojnością, o którą dbał,
i ociężałością, jaką lata ostatnie ściągnęły.
Przyjaciele, zausznicy, sprzymierzeńcy, ulubieńcy Bony brali
z każdym dniem górę, a król nie zdawał się oceniać nawet klęski
jaką ponosił.
W jednej tylko sprawie małżeństwa syna z powinowatą blizko
Elżbietą, wnuczką Władysława czeskiego, bardzo dawno umówionem,
któremu Bona uparcie się sprzeciwiała - król właśnie
energiczniejszym objawem woli zwyciężył. Małżeństwo zostało
postanowione. Bona się oprzeć temu nie mogła, ale poprzysięgła
zawczasu zemstę i prześladowanie tej, która mimo jej woli miała
przybyć, odebrać serce syna, może męża, i dzielić, jeśli nie
wydrzeć, jej panowanie.
Przechodząc kurytarze, królowa rzucała oczyma
roztargnionemi, z wyrazem gniewu, na ludzi, których pomijała.
Wszyscy oni niemal, znając tę twarz pani, starali się
przesuwać niepostrzeżeni - Bona była rozdąsana i gniewna!
W tych chwilach rozdrażnienia wiedziano, jak najmniejsza
rzecz do szaleństwa mogła przyprowadzić panią, która namiętności
swych ani ukrywać, ni hamować się nie starała.
W komnatach, które zarówno do izb króla i królowej
prowadziły, gdzie się wielu oczekujących na posłuchania gromadziło,
gdzie spoczywali dworzanie pana i pani, komornicy królewscy, dwór
duchownych przybywających na zamek - niedaleko od tych podwoi,
któremi Bona wnijść miała na pokoje swoje - stał jakby umyślnie na
przesmyku postawiony mężczyzna w cudackiem ubraniu, z niemniej
oryginalną fizyognomią, na którego patrząc zdala dworzanie
chichotali, ukazując go sobie.
Wystrojony ów średnich lat mężczyzna, wcale się na to zważać
nie zdawał.
Za panowania Zygmunta w Polsce, jak nigdy, namnożyło się
było strojów tak rozmaitych, tak dziwacznych, z różnych stron
świata pochwyconych, iż narodowej sukni, jak świadczą współcześni
pisarze, prawie oznaczyć nie było podobna.
Staroświecka, prosta opończa jedna ją zastępowała.
Wśród tej mnogości ubrań włoskich, tureckich, francuzkich,
niemieckich, czeskich, wiele raziły dziwactwem, ale właśnie przez
to tych co je nosili pociągały. Zwracały oczy na nich, czegoby w
inny sposób nie dostąpili.
Stojący u drzwi mężczyzna, Petrek Dudycz, na teraz komornik
królewski, choć komory pańskiej wcale nie patrzył, wyglądał nader
osobliwie.
Nie młody, przystroił się kuso, nader barwnie, niby z
włoska, bez smaku, a jego sucha, długa, koścista figura w obcisłej
odzieży, jeszcze się chudszą i przeciąglejszą wydawała. Na
obnażonej szyi opalonej, którą żyły oplatały, siedziała głowa
niewielka, z włosami rzadkiemi, starannie utrefionemi i twarzą
pocieszną a brzydką.
Krągła, płaska, oprócz mocno wystających policzków, z
oczkami małemi, twarz ta się odznaczała nosem ledwie dostrzeżonym,
siedzącym na niej jak spore zaczerwienione ziarno bobu, i
niezmiernie od niego oddalonemi ustami szeroko od ucha do ucha
rozciętemi. Przestrzeń stosunkowo wielką pomiędzy noskiem a gębą
chciał zająć wąsik, wymęczony ale nieobfity i nastrzępiony.
Brzydki był okrutnie Dudycz, a bardzo mu się pięknym być
chciało, co dowodził ów ubiór z włoska, wykwintny, kosztowny,
krojem wymuszonym - czyniący go jakąś maszkarą.
Dudycz, niegdy ubogie chłopię, wątpliwego szlacheckiego
pochodzenia, służył na dworze owego sławnego podskarbiego
Kościeleckiego, po którym Boner wziął żupy.
Kościelecki ten nieszczęśliwy rozmiłował się w Szlązaczce
owej, którą ze sobą dawniej przywiózł Zygmunt, matce Janusza z
książąt litewskich, i poślubił ją, mimo że kochanką królewską była.
Nie przebaczyli mu tego bracia, zerwawszy z nim, i takie go
od nich i od panów a szlachty spotykały despekta, że zagryzłszy się
zmarł biedny.
Przy tym wielkiego męztwa, najpiękniejszych duszy przymiotów
mężu, który serce tylko miał miękkie, Dudycz spędził długie lata -
a że do żup był przez niego przeznaczonym, z soli się dorobił
majątku i stał się człowiekiem dostatnim.
Śmiali się z niego ludzie, bo i zająkliwym był i śmiesznie
wyglądał, ale kaletę miał nabitą, więc mu się podczas i kłaniał
niejeden.
Jakim sposobem Dudycz dostał się na dwór pański i
komornikiem go mianowano, o tem on tylko wiedział jeden.
Na zamek się dostawszy, umiał tak się z ludźmi obchodzić, że
choć królowi służył, choć ks. Maciejowskiego w rękę całował,
niemniej nizko kłaniał się Gamratowi, a na pokoje królowej miał
wstęp dozwolony.
Nikt go tak dalece nie kochał, ale też nikt nie wzdragał się
i nie odpychał.
Dudycz miał pewnie lat przeszło czterdzieści, był dotąd
nieżonatym, i teraz dopiero zamyślał wstąpić w święty stan
małżeński... serce miał miękkie i wielką miłością zapałał dla - nie
do uwierzenia - najpiękniejszej z dziewcząt dworu królowej Bony,
dla tej uwielbianej, opiewanej Dżemmy (Gemma) Pagliari, na której
cześć poeci składali ody... a po cichu mówiono, że młody król
Zygmunt August oddawna śmiertelnie w niej był rozkochany.
Zuchwalstwemby to było niedarowanem Dudyczowi, gdyby Dżemma
nie była ubogą, ubogą jak myszka kościelna, a on nie patrzał już na
pana.
Wiedziano, że pan komornik kilka wsi posiadał w Krakowskiem,
a oprócz tego na groszu mu nie zbywało.
Dziewczę patrzeć na niego nie chciało, mówiło, że wstręt w
niej wzbudzał nie do wyrażenia... ale królowa Bona opiekunka
Dżemmy, zajmująca się jej losem, wiedziała dobrze o tem, iż Dudycz
wzdychał do pięknej Neapolitanki, uśmiechała się czasem złośliwie i
nie wypędzała go, nie zrażała. Owszem zdawać się mogło czasami, że
do wytrwania zachęcała, że mu jakieś czyniła nadzieje.
Dudycz był jej widocznie na coś potrzebnym.
Ci, co na zamku krakowskim i na dworze królewskim stosunki
mieli a wiedzieli co się tam działo, utrzymywali, że królowa
zarówno miłostkom syna pobłażała, nietylko na nie patrzyła przez
szpary, ale nieznacznie do nich dopomagała i ułatwiała je tajemnie.
Dżemma była u niej w wielkich łaskach, a od niejakiego czasu
mianowicie pieszczotką i ulubienicą. Królewicz ze swej strony,
matka od siebie obdarzali śliczną dzieweczkę, obsypywali
wszystkiem, czego tylko zapragnąć mogła.
Jak się u królowej starej godziło protegowanie Dudycza i
sprzyjanie miłości syna, dla wielu było zagadką.
Jak dziś, tak niemal codzień Petrek Dudycz szukał wszelkich
zręczności pokazania się i przypomnienia Bonie, pochwycenia od niej
słówka, rozkazu, skinienia, na których budował nadzieje.
Stał i teraz na przesmyku, spodziewając się że wracająca
królowa obdarzy go choć uśmiechem, ale nadchodząca pani niosła na
twarzy zachmurzonej jak noc, w brwiach zmarszczonych, tylko gniewu
i złości zapowiedź.
Spojrzała na stojącego u drzwi długiego Dudycza i
zatrzymawszy się na oka mgnienie, skinęła mu aby wszedł za nią.
Komornik posłuszny wcisnął się we drzwi razem z idącemi za królową
dziewczętami. Bona dała im znak, aby szły dalej, a sama podniosła
oczy na Dudycza, który pochylony czekać się zdawał rozkazów.
Przez chwilę namyślała się królowa. Myśl jakąś musiała
rozważać jeszcze. Dudycz nie mówił po włosku, ale ze szkół i życia
wyniósł trochę łaciny, a królowa doskonale, wprawnie i wytwornie
mówiła tym językiem.
- Cóż Dudycz? - zapytała - masz tam dużo do roboty przy
starym panu?
Petrek się uśmiechnął.
- Nic a nic - rzekł jąkając się powoli - moja służba stać
kilka godzin w antykamerze, aby gawiedź się śmiać miała z kogo.
Nikt nigdy nie raczył mnie użyć do niczego. Marszałek oczy odwraca.
- Bo jest ich tam dosyć przy moim panu - dodała Bona żywo,
chcąc skrócić rozmowę. - Powinieneś szukać innej służby... Młody
król się żeni, wiesz? - dodała ze złośliwym przekąsem - wiesz?
Służby więcej albo dla siebie lub dla żony potrzebować będzie.
Życzę ci, abyś się tam zapisać starał.
Dudycz skłonił się posłusznie.
- Byleby mnie przyjęto - zamruczał.
- O to się postaramy - dokończyła Bona, już zwracając się
jakby w głąb pokojów swych pilno jej było - ale Dudycz ma pamiętać,
że gdziekolwiek jest i będzie, przedewszystkiem moim ma być sługą.
I ręką wskazawszy na siebie, Bona oddaliła się krokiem nieco
przyspieszonym.
Dudycz krótką chwilę pozostał zadumany w progu, sam jeden -
otworzył potem drzwi i powrócił do antykamery, w której cichy gwar
dworzan i komorników panował.
Na ławach pod oknami w pół mroku niektórzy grali w warcaby i
szachy, inni śmiejąc się stłumionemi głosami coś sobie
rozpowiadali. Siedzieli jedni, przechadzali się drudzy, a niektórzy
śmielsi, przez drzwi otwarte i tylko kurtyną z kobierca oddzielone
od antykamery, zaglądali do dalszych pokojów, w których głębi
dopiero król stary swych gości przyjmował.
Dudyczowi wśród tego towarzystwa, dla którego się czuł
obcym, było też nieswojo. Nikt spotykając się z nim nie okazywał
ochoty do rozmowy, żaden z dworzan nie zbliżył się do niego.
Dlaczego tego wieczora dłużej chciał tu pozostać, sam może nie
wiedział. Spodziewał się li jakim przypadkiem choć przesuwającą się
zdala widzieć Dżemmę?
Po krótkim namyśle Dudycz ostrożnie się przesuwając, tak aby
nikogo z zebranych tu kupkami nie potrącił, doszedł do kurtyny,
podniósł ją i cicho stąpając wsunął na puste pokoje.
Szeregiem stały one otworem, mało co oświecone, nie było w
nich prawie nikogo. Przesuwały się pacholęta niosące do króla
dzbany srebrne na misach złocistych, służba zamkowa i jakieś
postacie do rozpoznania trudne.
Z ostatniej komnaty dość oddalonej, w której król zasiadał,
zaledwie niekiedy głosy tu dochodziły. Ciszą i mrokiem obleczone
stały puste izby te, dosyć wspaniałych rozmiarów, ale jak na
królewskie dość przybrane skromnie.
Ławy okryte poduszkami i kobiercami stały ciężkie, krzesła
na których poręczach rzeźbionych gdzieniegdzie połyskiwało
złocenie, na ścianach obrazy ciemne, na innych malowania spłowiałe,
od sklepień wiszące świeczniki z niepozapalanemi żółtemi świecami -
nie widać było nic więcej.
Dudycz wszedłszy tu, zwolnił kroku, mógł spocząć na ławach
pustych i rozmyślać bez przeszkody... Nikt mu tu ani śmiechem, ni
rozmową nie wadził. Posunął się, przeszedłszy pierwszą komnatę, do
drugiej, w której więcej cokolwiek światła było. Oprócz kilku świec
przy ścianach, przez okno na podwórce wychodzące wpadał blask
pochodni, których kilka niezgaszonych palili woźnice i pachołkowie
pańscy.
Petrek miał już siąść w kącie i opatrywał miejsce, gdy
zwróciwszy w głąb oczy, zobaczył naprzeciw siedzącego na ławie,
rozpostartego wygodnie, z nogą na nogę założoną, starca.
Należeć on musiał do dworu, a nie był ani wysokim
urzędnikiem, ani pospolitym posługaczem.
Sam wiek jego podeszły świadczył, że tu jakieś odrębne
stanowisko zajmował.
Dudycz zobaczywszy starca, zatrzymał się z pewną obawą i
poszanowaniem razem.
Postać była niepowszednia.
Blask od okna bijący oświetlał ją ostro, wydatnemi czyniąc
rysy, którym starość nie odjęła życia, jakie w nich drgało.
Twarz była długa, czoło wysokie, wypełzłe, usta ironiczny,
łagodny uśmiech trzymał jakby obojętnością zamknięte na wszystko,
co oczy przeszywające chwytały. Marszczki niezliczone, fałdy i
zapadliny, jakby siecią poszarpaną okrywały policzki aż do czoła,
które było wygładzone i lśniące... tam na sklepieniu, gdzie
królowała myśl, panowała pogoda.
Rodzaj litościwej wzgardy wybitny charakter nadawał pięknej
tej głowie filozofa.
Nie w rysach, ale w ich znaczeniu było coś Sokratycznego.
Widać było, że człowiek ten wiele cierpieć, wiele przebyć a
wszystko już lekceważyć musiał. Salomonowe
vanitas vanitatum mówiło z każdej z tych uśmiechających
się marszczek. Lecz gniewu w tym śmiechu nie było.
Ubiór wcale się na królewskie nie nadawał pokoje. Miał na
sobie suknię długą na kształt opończy, z kapturkiem, pod którą
innego domyślać się było można stroju.
Rękę jedną suchą, pomarszczoną, żylastą trzymał opartą na
rodzaju kija, który sam tylko tłómaczył kim był ten starzec,
spoczywający tu na ławie jak gdyby był u siebie w domu.
Do kija tego pstrego przyczepionych było kilka lisich ogonów
i dzwonków, którym serca wyjęto, aby brzękiem nieustannym nie
dokuczały.
Starcem tym był ów sławny królewski trefniś, Stańczyk, który
już trzem królom, trzem braciom rzucał w oczy prawdę gorzką,
sarkazmem nielitościwym i gryzącym.
Kto on był, ów Stańczyk, którego szanowali wszyscy, bał się
każdy - starzec, co innego życia nie pożądał i spoczynku nie
zapragnął, o tem już nawet pamięć się zatarła.
Mówiono go szlachcicem i miał powagę swego stanu, podanie
głosiło niegdyś żołnierzem, który życie ledwie uniósł z Bukowiny za
Olbrachta... a potem? jak się wyrzekł szczytu i nazwiska, jak spadł
czy podniósł się aż do trefnisia na dworze, gadki chodziły różne.
On sam o sobie nie mówił nigdy. A znał całą Polskę, wszystkie rody,
ludzi, związki, charaktery, jakby żywą był kroniką.
Na prawdę nie trefnisia on tu miał urząd i obowiązki, bawił
rzadko, chociaż boleśnie często, odzywał się mało. Błądził po zamku
i uśmiechał się sam do siebie. Gdy kto mu rzucił pytanie, jeżeli na
nie odpowiedzieć raczył, to po długim namyśle i kilku krótkiemi
słowami, często jak ostrze noża włoskiego, wbijającemi się w pierś
i pozostającemi w pamięci na zawsze.
Nie dziw, że Dudycz niewymowny, bojaźliwy, znalazłszy się
oko w oko wobec tej potęgi, której się lękał, nie wiedział co ma
począć - cofnąć się po cichu, czy pokłonić, odejść spiesznie czy
się zbliżyć.
Stańczyk już miał wlepione w niego oczy. Karykaturalna ta
postać bawiła go... usta zamknięte nieznacznie się ściągnęły.
- Siadaj Petrek - odezwał się stary wskazując na ławę. -
Cóżeś się ty tak dziś wystroił jakby w swaty lub na wesele? A po
nocy tu u nas wszystkie koty czarne i moja stara opończa warta
twojego nowego sajanika.
Dudycz nie wiedział co odpowiedzieć, lecz nie śmiejąc się
sprzeciwiać, zajął miejsce na ławie w przyzwoitem od trefnisia
oddaleniu.
Stańczyk za nim powiódł głową.
- Słuchajno - rzekł - tyś się to do bab tak przystroił? Czy
one jeszcze nie dojadły ci dosyć?
Powstał Dudycz i głową potrząsnął.
- Jam ich znać nie miał czasu.
- A teraz osolony, bezpieczny - rzekł Stańczyk - myślisz na
drugie pół wieka puścić się gonionego! Hej! taniec to
niebezpieczny!
Spuściwszy głowę słuchał nauki Petrek, nie ważył się ust
otworzyć.
- Powiał wiatr żeniący - zamruczał Stańczyk - młodemu
królowi dają panią. Zaprawdę czas aby miał jedną, nakosztowawszy
się ich tylu...
Drgnął Dudycz niecierpliwie i poruszenie to ławie zapewne a
Stańczykowi się czuć dało.
- Fraucymer starej pani odetchnie - mówił - gdy królowę
przywiozą, a piękna Dżemma oczy śliczne wypłacze!!
Na wspomnienie swej bogini, bo tak ją Dudycz nazywał, żywo
się znowu poruszył dworzanin.
- Dżemma! - powtórzył głosem dziwnym, w którym więcej coś
brzmiało, niż pytanie obojętne.
Stańczyk popatrzył nań złośliwie.
- Włoszkę chciałbyś sobie wziąć - przerwał trefniś - ale dla
nas Polaków, powiadam ci, wszelka włoszczyzna niezdrowa. Zjeść ją
można, smakuje czasami, strawić trudno.
Mówił nie spuszczając oczu z Dudycza, a twarz śmiała mu się
smutnie, tą mięszaniną bolu i ironii, która jest zwątpienia
ludzkiego cechą.
Niekiedy zjawia się ona w fizyognomiach filozofów, czasem na
licu szalonych. Schodzą się w niej mądrość i obłąkanie.
Dudycz wahał się ust otworzyć, wstyd mu było przed tym
szydercą do słabości swej się przyznać.
Stańczyk, który zgadywał czego wiedzieć nie mógł, czytał w
tym biednym Petrku jak w otwartej książce.
- Po co ci się kręcić i wisieć przy dworze - począł z cicha.
- Dorobiłeś się z soli chleba, możesz mieć do woli jednego i
drugiego... a służyć ci się chce! Nałóg do jarzma! kark świerzbi,
gdy go co nie gniecie! Jechałbyś rzepę siać i Boga chwalić.
Dudycz się czuł dotkniętym.
- Cóż to ja? dworum nie wart? prostak taki! - zamruczał.
- Hę! - zawołał stary - może ten dwór nie wart i ciebie!
Ramiona mu się poruszyły, odwrócił głowę. Petrek pod nosem
sobie coś mruczał nadąsany.
- A wy? czemu przy dworze wisicie? - dało się słyszeć w
końcu. - Hm!
Trefniś twarz skierował ku mówiącemu, wyciągnął ogromną rękę
swą i ciężko rzucił ją na ramię Dudyczowi.
- Prawdę mówisz - rzekł - i jam tu na nic. Stary król
ogłuchł, więc nie słyszy co Stańczyk prawi, młody słuchać nie ma
czasu, królowe tylko trefnisiów lubią... a no, mnie już tu nie
długo i nie mam dokąd, a ty...
Rozmowa przerwaną została. W sąsiedniej komnacie króla
słychać było ruch i podniesione żywiej głosy, jakby goście, którzy
tam byli, zabierali się do wyjścia. Dudycz zmięszany, nie chcąc aby
go tu z trefnisiem razem na jednej ławie widziano, wstał żywo i nie
pożegnawszy starego pospieszył ku drzwiom bocznym uchodząc.
Stańczyk pozostał... zadumany - obie ręce sparłszy na ławie,
zgarbiony, z głową spuszczoną - nie podniósł nawet oczów, gdy
głośno otwarły się drzwi komnat pańskich i na jasnem tle ich
ukazały się poważne postacie senatorów niewielu, żegnających
starego pana.
Przodem szedł podkanclerzy Maciejowski.
Na zamku krakowskim, który podówczas ciągle jeszcze
restaurowano i przyozdabiano, ku czemu też z Włoch mnogich ściągano
kamieniarzy, budowniczych, rzeźbiarzy, co kolonię italską, już i
tak liczną z każdym dniem powiększało - na zamku nie było izb tak
wiele, aby nawet najpotrzebniejszych królowi senatorów pod bokiem
jego umieścić.
Znaczną część komnat zajmowały kobiety, służba, dwór starej
królowej, która dla siebie ludzi wielu potrzebowała, a w miarę jak
wpływ jej rosnął, około Zygmunta stawało się puściej coraz, przy
Bonie ludniej.
Ci nawet, których król nieustannie radzić się i posiłkować
niemi musiał, na mieście szukali kwater u dostatniejszych kupców. I
najwierniejszego a najniezbędniejszego doradzcę pańskiego biskupa
płockiego Maciejowskiego los ten spotkał, że na zamku gościem bywał
tylko, choć tu kancelarye się jego mieściły. Może też dostojny mąż
ów rad był temu, że choć przez chwilę jedną dnia swobodniej,
szpiegów, oczu i uszu niechętnych nie lękając się, mógł odetchnąć a
z przyjacioły swemi się naradzić i spocząć.
Smutne zaprawdę było położenie tych niewielu doradzców króla
starego, którzy przy nim stojąc, resztę jego dostojeństwa ratując,
całemu wojsku licznemu, nieprzebierającemu w środkach, zauszników
Bony czoło stawić musieli. Coraz trudniejszą walka się stawała, a
rycerzy do nich brakło. Szeregi zacnych mężów się przerzedzały...
Król z każdym dniem starzał i stawał się słabszym. Dawna energia
uparta Jagiellonów, żelazny opór ojca, miękły złamane chorobą i
umiejętnemi napaściami Bony, która znała dobrze małżonka i nie
wahała się dla postawienia na swojem, uciekać do ostatecznych
środków.
Naprzeciw Maciejowskiego ze spokojem, męztwem i powagą
wiodącego bój ten z królową, stał ów osławiony, z małego wyrosły
Gamrat, dzisiaj przeciwko kościelnym prawom i obyczajowi razem
zasiadający na dwóch najwyższych stolicach biskupich, Gniezna i
Krakowa. Kto był ten Gamrat, do którego się Sulimowie niechętnie
dawniej przyznawali, o którym prawiono jak o Ciołku (a był jego
wychowańcem i domownikiem), że w kurpiach z Podgórza, pieszo o
kijku do szkół krakowskich przywędrował?
Człowiek-zagadka był niezawodnie wielce zdolnym i równie
przewrotnym, odważnym, zuchwałym dorobkowiczem.
Ciołek, co z syna karczmarza doszedł za łaską Aleksandra
najwyższych w kościele dostojeństw, był mu wzorem, królowa Bona
narzędziem, jak on jej sługą i powiernikiem. Pomimo króla, który go
nie lubił, pomimo wszystkich zacnych i poczciwych, co się nim
brzydzili... mimo niesławy jaką był okryty, Gamrat dobił się czego
tylko pragnął, i był wraz z Boną panem niemal Polski tej, której
słabnący Zygmunt zwał się królem.
Około biskupiego pałacu przy Gamracie gromadziło się co
służyło Włoszce, przy Maciejowskim i Tarnowskim hetmanie co wiernem
pozostało królowi.
Kamienica, którą w rynku zajmował Maciejowski, gdy do willi
swej nad Prądnikiem uciec dla spoczynku nie mógł, wprawdzie na
zewnątrz od innych się nie różniła wielce, ani od nich była
piękniejszą, ale wszedłszy wewnątrz łatwo się poznawało mieszkanie
człowieka, który wykwintnego nabył smaku, długim za granicą,
szczególniej we Włoszech pobytem.
Stosunki ówczesne dwu krajów były tak ścisłe, jakby ich
wielkie nie dzieliły przestrzenie.
Małżeństwo królewskie z Boną ze Sforziów ożywiło je, lecz
ono też było skutkiem bardzo dawnych i nieustannych Polski z
Włochami związków.
Dość jest przerzucić spisy ówczesnych dostojników kościoła,
profesorów akademii, lekarzy naszych, panów, wodzów, aby się
przekonać, iż mało który z nich nie uczył się we Włoszech, nie
wywiózł z nich idei, nauki, smaku, kierunku przyszłego życia.
Nie było miesiąca w roku, ażeby ktoś z Krakowa nie został
wysłany do Rzymu, lub ztamtąd nie wrócił. Roiło się młodzieżą naszą
w Padwie i Bononii. Uczyli się tam i katedry zajmowali Polacy, jak
ów Struś, najsławniejszy z lekarzy w Polsce, który dla niej katedrę
medycyny porzucił.
Podkanclerzy Maciejowski, liczny - dla samych spraw, które
się w jego kancelaryi gromadziły - dwór młodzieży utrzymywać
musiał. Ztąd mieli wyjść ci, co później zasłynęli na najwyższych
dostojeństwach... tu się młodzież kształciła do praktycznego życia.
Oprócz niej, do Maciejowskiego się garnęło wszystko co z
boleścią patrzyło na rządy Bony, faworytów, Gamrata, cudzoziemców
bez miłości kraju wyzyskujących go... Tu, jeżeli radzić nie było
można, zaboleć otwarcie było wolno.
A bolano tem więcej, że przyszłość nie obiecywała się
jaśniejszą, bo młody król Zygmunt August, którego teraz żenić
miano, był więcej wychowańcem królowej niż króla, Włochów niż
Polaków, fraucymeru Bony, niż rycerzy z pod Obertyna.
Liczny szereg izb na pierwszem piętrze składał biskupa
Samuela mieszkanie, gdy na dole dwór i służba się ściskała, jako
tako jak śledzie w beczce, niby na obozowisku żyjąc.
Nie było przepychu około biskupa Samuela, bo on sam skarbów
nie miał, nie zbierał ich i nie trwonił, ale komnaty się odznaczały
poważną wytwornością wielkiego smaku.
Włoskiego pęzla obrazy, włoskie marmury i bronzy,
flamandzkie opony, rzeźby z drzewa ubierały izby, którym prosty
człek nie bardzo się dziwił, bo nie błyszczały nadto, ale znawca
miał tu na co patrzeć.
Wieczór nadchodził właśnie i biskup Samuel powróciwszy od
króla spoczywał u siebie, domowników przywołując i łagodnie im
dając rozmaite rozkazy.
Piękną, jak dusza Samuela, była zewnętrzna postać jego,
pańska bez dumy, dostojna bez wyniosłości, szlachetna bez
wymuszenia, miła oczom, choć się o to nie starała.
Wiek nie wiele ją potrafił nadwerężyć. Rysy oblicza
zachowywały się tym spokojem mężnym duszy, który daje spokój
sumienia i wiarę w cel żywota.
Maciejowski widział go przed sobą, w służbie kościołowi i
krajowi. Stan kapłański do obojga go namaszczał.
Siedząc przy stole, rozmowę prowadził ze spartym na nim
marszałkiem dworu swego, gdy w dalszych pokojach szmer zmusił go
przerwać naradę.
Wieczorni przybywali goście, na których tu nigdy nie
zbywało. Nie bywało tu tłumów, bo nie było biesiad, zabaw i gwaru,
ale też nigdy pustkami komnaty nie stały.
W tej obwili przybywał Tarło biskup przemyski, a tuż za nim
szedł żupnik Seweryn Boner, gdy na wschodach świecono Andrzejowi z
Górki, kasztelanowi poznańskiemu, wielkorządzcy wielkopolskiemu.
Wszyscy oni spodziewani byli, pożądani.
Brakło tylko dnia tego hetmana Tarnowskiego, który doma dla
pilnych spraw swych był wstrzymany.
U progu witał Maciejowski przyjaciół swych, do których
wkrótce i mniej głośnych, a niemniej mu wiernych garstka się
przyłączyła.
Twarze widać było wesołe... lecz po tej wesołości
umiarkowanej, cichej, znać było ludzi, którzy ani boleć krzykliwie,
ani się wrzaskliwie bawić nie umieli.
Tarło począł Maciejowskiemu winszować zwycięztwa.
- Przemogliście owe mocy nieczyste - rzekł. - Króla młodego
żenicie, a przez to go może z pod władzy matki wydobędziecie,
oddzielicie od niej. Przebóg! - dodał - cóż to za czasy, co za
położenie nasze, gdy musimy cieszyć się, żeśmy syna matce wydarli.
- Dałby to Bóg - przerwał pan z Górki, rycerskiego wielce
oblicza mąż, który wraz z Tarnowskim laury zdobył pod Obertynem -
lecz dzieło niedokonane jeszcze...
- A! i daleko do końca - rzekł Maciejowski siadając sam, gdy
drudzy goście zwykłe miejsca swoje zajmować zaczęli. - Zdaje się,
że w końcu małżeństwo to u kolebki obiecane, ciągle będące na celu,
przyjdzie do skutku, mimo oporu Bony... ale co za los czeka tę
biedną młodą panią!
Milczenie odpowiedziało na ten smutny wykrzyk, który się
wyrwał z piersi biskupa.
- Młodziuchna, nieśmiała, a co gorzej pono wątła i słabowita
- rzekł Tarło - jak ona tu sama jedna potrafi temu (tu zniżył głos)
potworowi się opierać.
- Przypomnijcie legendy stare - rzekł Maciejowski - Bóg
staje w niewinności obronie, a ma ona siłę, której rozum nie
potrafi ocenić. Ileż takich dziewic, potworom na pastwę rzuconych,
niewidzialne ręce aniołów osłoniły...
- Co daj Boże! - westchnął Tarło.
- Królam nie widział jeszcze - odezwał się pan Andrzej z
Górki, zwracając ku biskupowi - jakże jest?
Maciejowski nie odpowiadał długo, jakby mu ciężko było
otworzyć usta - smutkiem się okryło oblicze.
- Nie łudźmy się, kasztelanie - rzekł powolnie. - Wprawdzie
ja, obcując z nim oddawna codziennie, nie widzę schyłku jego jako
drudzy, a mimo to, król straszliwie osłabiony, znękany,
zobojętniały... niepodobna nie dopatrzeć, nie można zaprzeczyć...
- Miał on zawsze chwilki słabości - odezwał się pan Andrzej
- gdy go niewieści pisk i krzyki zmogły, ale w nim owa Kaźmirzowa
ojcowska stałość myśli mieszkała, że się chwilowem ustępstwem z
prawej drogi sprowadzić nie dawał.
- I dziś on widzi jasno - rzekł biskup Samuel - ale spokojny
jakiś fatalizm starości go ogarnął. Mówi snadź sobie, iż Opatrzność
ludzkie sprawy do pewnego wiedzie końca, i choć ulega,
niebezpieczeństwa w tem nie widzi.
Maciejowski wstrzymał się chwilę i dodał z uśmiechem:
- Miłość jego dla przewrotnej tej gadziny włoskiej dawno
ostygła, zna ją lepiej od nas wszystkich. Na wskróś przegląda każde
jej słowo, zamiar i czynność, niekiedy łaje i w oczy ją głupią
zowie albo szaloną... cóż potem? Gdy przywiedziona do ostateczności
stara pocznie krzyczeć, płakać, rzuci się na ziemię, poszarpie
suknie na sobie, włosy rozrzuci, bluzgać pocznie i Polskę
przeklinać... Zygmunt w końcu woła: Idź, idź, rób co ci się żywnie
podoba.
W milczeniu słuchano, aż przerwał biskup Tarło.
- Króla mi i pana mojego żal - rzekł - boć w nim wielki mąż
był i monarcha wielki.
- Bez wątpienia - potwierdził Maciejowski. - Nadszedł wiek,
sędziwe lata, choroba uczyniły swoje. Nie tym jest, jakim był w
początkach. Widzi jasno, poczynać nie ma siły; ratuje się więc w
sumieniu swem, tem com wskazał... wiarą w Opatrzność. A jabym ją,
taką jaka ona jest, rychlej fatalizmem nazwać mógł. Dobre jest
zdanie się na wolę Bożą, bo bez niej nic się nie dzieje, aliści i
człowiekowi dana wola w pewnej mierze, której zażyć ma obowiązek.
-
Qiud sine viribus ira! - szepnął Tarło wzdychając. - Tem
też nasza Polska wdzięczniejszą być wam powinna bracie Samuelu,
żeście z panem hetmanem przy małżeństwie młodego króla obstali i
przyszłość niem ocalili.
-
Utinam! - westchnął Maciejowski. - Uczyniono co było
można, ale nie łudźmy się, powtarzam. Stanęliśmy do walki, jeden
Bóg wie przy kim będzie zwycięztwo.
- Przy dobrej sprawie - zawołał p. Andrzej z Górki.
- Tak, ale my, co walczymy za nią, garstką jesteśmy, a złych
co przeciw stoją, ćmy i legiony - rzekł gospodarz.
- Jakże Włoszka przyjęła porażkę? - odezwał się p. Seweryn
Boner, żupnik, mężczyzna rozumnej twarzy, choć niepięknego oblicza
kwadratowego i rysów dość pospolitych.
- Złość swą musiała wywrzeć za kurtyną na karlicach i
sługach, na tych co jej służyli a zawiedli... lecz gdy raz uchwała
stanęła - mówił Maciejowski - co począć miała? Uśmiechnęła się
ironicznie, wyzywająco, jakby mówiła: nie otrąbiajcie zwycięztwa,
pókiście go niepewni.
- A cóż pocznie? - spytał Tarło.
- Mój Boże! - mówił Maciejowski - spytajcie raczej czego nie
pocznie? azali włoskich sztuk nie znacie? Pewna rzecz, że tam w tym
kraju i wszelkiego dobra i siła złego się nauczyć można. Krew u
nich żywiej płynie a ludźmi miota.
Nie wiecież co tam może trucizna, sztylet i straszniejsza
nad nie przewrotność? Wszystkiego tego zażyć przeciwko nam mogą,
przeciw tej niewinnej ofierze.
Zamilkł urywając nagle.
- Grzesznymbym był - dodał - gdybym bez dowodów, iż się to
stać może, tak srodze obwiniał... lecz patrzyłem, widziałem i wiem
wiele. Dałby Bóg, byśmy pokonali tę potworę, która w herbie
Sforziów dziecko pożera!
Omen to jest!
Wzdrygnął się Tarło i rękę podniósł jedną do góry.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.