3
W najbardziej nieodpowiednim momencie przeszkodził im płacz dziecka, tym razem prawdziwy. Jednak byli już tak rozpędzeni, że nic nie potrafiłoby ich powstrzymać i w kilka chwil obojgu udało się skończyć. Mimo wszystko Siwy i teraz nie stracił nad sobą kontroli.
Ponad ramieniem Agaty spojrzał ku drzwiom na taras. Jego wzrok napotkał oczy małego Lucasa i w tej samej chwili chłopczyk zamilkł. Zagapiony na ich nagie ciała zrobił kilka niezdarnych kroków w stronę materaca, stawiając szeroko nóżki. Pielucha w kroku najwyraźniej zawadzała mu bardzo.
- Yyy-yy - wydobył z siebie.
Agata podążyła za wzrokiem Siwego.
- Ja nie mogę! Znów ten mały śmierdziel... - westchnęła.
Siwy zaśmiał się w poduszkę.
- Przeszkadza ci?
- A żebyś wiedział! Nie dość, że się szwenda i podgląda, to jeszcze cuchnie jak skunks. Od razu mi się wszystkiego odechciewa.
Zepchnęła go z siebie, okryła się prześcieradłem. Siwy podniósł się z materaca, nałożył płaszcz kąpielowy. Potem także slipy.
- Chodź do wujka, śmierdzielu - powiedział po polsku.
Złapał Lucasa i wsadził sobie pod pachę, uważając, żeby nie pobrudzić się zawartością pieluchy. Gest był dość brutalny, ale malec przyjął go zadziwiająco spokojnie. Nie zapłakał. Nawet nie zapiszczał.
- Nie rób tego - powiedziała Agata. - Oni wszyscy tylko czekają, żebyś ty to zrobił.
- To co? Ma biegać do południa z kupą między nogami?
- A niech biega. Nie jesteś ich służącym.
Miała rację. Wiedział o tym. Podcieranie Lucasowi tyłka wykraczało poza ramy zwykłego rewanżu. Mogło zostać źle zinterpretowane. Ale żal mu było dziecka.
- Co gówniarz winien? - mruknął tylko.
Kiedy niósł chłopca do łazienki, w całym domu panowała niczym niezmącona cisza. Jakby wszyscy gdzieś sobie poszli, choć Siwy dobrze wiedział, że tylko przyczaili się w swoich pokojach. Aż mu się śmiać zachciało, że zwykłe przewinięcie dziecka może być takim problemem dla ludzi przekonanych, że oto wnoszą nie wiadomo jaki wkład do światowej kultury. Może jeszcze najmniej przewrócone w głowie miał Kola. A przynajmniej on tak bardzo się nie obnosił ze swoją misją.
Małego nie wystarczyło po prostu przewinąć, był ubrudzony po pępek. Siwy musiał go całego włożyć pod kran i spłukać. Chłopczyk nie protestował, wszystko poszło sprawnie; kilka minut później był już wytarty i zawinięty w świeżą jednorazową pieluchę. Zużytą Siwy zostawił złośliwie na brzegu wanny. Klepnął Lucasa w tyłek.
- Zmykaj, sraluchu! - zawołał po polsku.
Klapiąc bosymi piętami, mały pobiegł w głąb korytarza. Załomotał do pracowni dziadka.
- Pépé, pépé! - wykrzykiwał jedno z niewielu słów, jakie potrafił wypowiedzieć.
Kola Romanow wyjrzał ostrożnie przez uchylone drzwi. Kiedy się upewnił, że wnuk jest już umyty i przewinięty, otworzył je na całą szerokość i wyciągnął ręce.
- Chodź do dziadzia, mój wnuczku. Hopa!
Podniósł chłopca i dopiero wtedy spojrzał z ukosa na Siwego. Wzrokiem psa, który wie, że zabrudził dywan.
- Przepraszam cię, moj drug - powiedział. - Wiem, że to niegrzecznie, ale ja po prostu nie mogę. Zaraz bym puścił pawia.
Siwy skrzywił się kpiąco.
- To jakim cudem dochowałeś się trzech córek?
- Mieliśmy hiszpańską niańkę - przyznał Romanow cicho, wstydliwie. I dodał, jakby chciał się usprawiedliwić: - Ich matka była okropnie mieszczańska... Nie docierało do niej, że to niemoralne.
Dlatego ty mogłeś sobie robić swoje performansy, pomyślał Siwy.
- Widzisz, i tak źle, i tak niedobrze - powiedział. - Jak nie gówno moralne, to dosłowne. No, chyba że się trafi frajer z Polski, dla którego babranie się w gównie to chleb powszedni.
- Prosti, drug - powtórzył Romanow, głosem jeszcze bardziej zbolałym. - Może następnym razem spróbuję się przełamać... Obiecuję.
- Mogę ci bezinteresownie udzielić kilku lekcji - odpowiedział Siwy. - Choć raz Polaczek nauczy czegoś Ruska.
Dziadek Borowicz nienawidził Rosji i wszystkiego, co rosyjskie. Nie mógł nawet znieść, kiedy radio nadawało rosyjskie piosenki. A mnie, choć się do tego nie przyznawałem, niektóre bardzo się podobały. Jeszcze po latach lubiłem sobie zanucić, kiedy tylko był odpowiedni nastrój:
Wiejet s polia nocznaja prochłada,
S jabłoń cwiet oblietajet gustoj,
Ty priznajsia, kogo tiebie nado,
Ty skażi, garmonist mołodoj...
Jednak rzadko miałem okazję wysłuchać jakiegokolwiek rosyjskiego kawałka do końca. Wystarczyło, że z odbiornika popłynęły pierwsze takty, a dziadek już się wydzierał:
- Wyłączcie mi w tej chwili tę szczekaczkę!
A kiedy jeden, jedyny raz ośmieliłem się zaprotestować, zaraz mnie przywołał do porządku.
- Co z ciebie za Polak! Zapominasz, że oni skazali na śmierć twojego ojca?
Co prawda wcześniej słyszałem, że ojca skazali na śmierć Żydzi w polskich mundurach, ale dziadek mnie uświadomił, że oni byli tylko rosyjskimi pachołkami, a tak naprawdę to właśnie Rosjanie byli winni całego zła, jakie nas spotkało. A najbardziej taki jeden, na którego w partyzantce wołali Grisza, diabeł wcielony.
To mi się jakoś nie bardzo zgadzało z tym, co słyszałem poza domem, bo na pozór ten Sorokin, Grigorij Konstantinowicz, wyglądał na fajnego gościa. Na fotografii, którą znalazłem w książce Przyjaźń wojennych lat, spoglądał zuchowato spod futrzanej papachy. Latem 1944 roku przedarł się w góry na czele oddziałku spadochroniarzy, dołączając do innych grup ruskich partyzantów, którzy dotarli tu wcześniej, żeby robić dywersję na tyłach wroga.
Dopiero kilka miesięcy później okazało się, że to nie było ani jedyne, ani najważniejsze ich zadanie. Na razie udawali sojuszników, a nasi w to wierzyli, bo nie mieli innego wyjścia. Ale Ruscy byli lepiej uzbrojeni i przybywało ich coraz więcej. Już jesienią dysponowali większą siłą ognia niż cała polska partyzantka po obu stronach Dunajca. Tak się złożyło, że grupa Sorokina rozbiła obóz w lasach za Popradem, gdzie miał meliny pluton mojego ojca. Z konieczności zostali na czas wojny przyjaciółmi.
Dziadek szydził, że to ich braterstwo broni polegało wyłącznie na wspólnym piciu bimbru, ale ja uważałem, że nie był sprawiedliwy. Może Ruscy naprawdę chodzili zamroczeni samogonem od rana do nocy, lecz bić się musieli nieźle, bo od kiedy się pojawili w górach nad Dunajcem, skuteczność partyzanckich działań bardzo się poprawiła. Tu wykoleili pociąg jadący na front, tam rozbili kolumnę niemieckich samochodów, ówdzie zlikwidowali posterunki. A że po obcym dla siebie terenie poruszali się jak ślepi, za przewodników służyli im partyzanci z plutonu ojca, z Szalonym Stasiem Szulcem na czele. No ale dziadek nawet bojowe zasługi miał Ruskim za złe.
- Narobili hałasu i poszli w las. A Niemcy się potem mścili na bezbronnych Polakach!
Było w tym trochę racji. Jeszcze niecałe trzy tygodnie przed nadejściem frontu Niemcy w odwecie spalili dużą wieś nad Dunajcem, mordując każdego, kto nie zdążył w porę uciec. Ruscy wprawdzie do spółki z naszymi zorganizowali jakąś obronę, postrzelali trochę z daleka, stracili nawet dwóch czy trzech swoich, ale Niemcy, zanim się wycofali, zdążyli zamordować prawie sto osób. Wśród ofiar przeważali starzy chłopi i kobiety z dziećmi.
Czy nasi naprawdę się łudzili, że przyjaźń z wojennych lat przetrwa wojnę? Przez front musiały przecież przenikać wieści o tym, jak się Sowieci zachowują na polskich ziemiach. Że strzelają, gwałcą, aresztują, wywożą na Sybir. Nie wierzyli? Wydawało im się, że tu będzie inaczej?
Nie mogło być inaczej. Jeszcze w samym styczniu, kiedy niezwyciężona Armia Czerwona ruszyła wreszcie tyłki z okopów i pogoniła Niemców na zachód, nasi zeszli z gór razem z ruskimi partyzantami i wszyscy ze śpiewem na ustach wkroczyli, ramię przy ramieniu, do Nowego Sącza, jak prawdziwi sojusznicy i zwycięzcy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy mój ojciec i jego koledzy spali w normalnych łóżkach, w czystej pościeli, pachnącej krochmalem. Ale to były ostatnie dwa dni przyjaźni. O świcie trzeciego dnia pojawili się w ich domach żołnierze w niebieskich czapkach.
Dziadek Borowicz miał wyrobione zdanie.
- NKWD to najgorsza swołocz. Inna sprawa, że nad tą hołotą nie dałoby się inaczej zapanować.
W przejętym przez Rosjan budynku gestapo przy ulicy Czarnieckiego przywitał ojca nie kto inny jak Grisza Sorokin we własnej osobie. Już bez partyzanckiej papachy, za to w nowym mundurze z gwiazdkami starszego lejtnanta na pagonach. Na jego zielonej bluzie, obok bojowych orderów, mieniła się czerwienią i złotem odznaka weterana NKWD. Niebieska czapka wisiała na wieszaku, razem ze skórzanym płaszczem.
Jakie były jego pierwsze słowa? Może: Nu, smotri, Sosna, gora s goroj nie schoditsia, a cziełowiek s cziełowiekom wsiegda. Grisza był przed wojną nauczycielem w wiejskiej szkole, więc można przypuszczać, że ludowa mądrość narodów Związku Radzieckiego nie była mu obca.
W każdym razie jeszcze tym razem ojciec szybko wrócił do domu. Podobno chodziło wyłącznie o przyjacielskie ostrzeżenie, żeby przypadkiem nie przyszły mu do głowy jakieś niemądre myśli, bo Armia Czerwona i tak już nigdy nie odda ziemi, w którą wsiąkła krew radzieckiego żołnierza. Szalonego Stasia Szulca też tylko przesłuchali i wypuścili. Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. W ciągu następnych tygodni kilku niedawnych leśnych, którzy wcześniej niejedną flaszkę śliwowicy wypili w górach z Ruskimi, trafiło za sprawą Griszy Sorokina przed sąd wojskowy, a stamtąd do więzienia we Wronkach albo prosto na szubienicę. Paru innych wysłał do krainy białych niedźwiedzi, skąd wrócili dopiero po kilku latach, a niektórzy wcale.
W ten oto sposób Grisza Sorokin i jego koledzy z NKWD sprawili, że w górach nad Dunajcem i Popradem odrodziła się partyzantka. Nawet ci z wczorajszych naszych, którzy nie mieli już żadnej ochoty na dalszą wojaczkę, zaczęli chyłkiem wracać do lasu, odkopując zamelinowaną po różnych dziurach broń. Wprawdzie Ruscy, kiedy jeszcze byli przyjaciółmi z wojennych lat, rozpracowali większość partyzanckich kryjówek, ale w piwnicach, na strychach, po stodołach i leśnych ostępach uchowało się trochę pistoletów, karabinów maszynowych i granatów. Wystarczająco dużo, żeby uzbroić kilka grupek.
Ojciec nie poszedł z innymi. Niedługo po rozmowie z Griszą wyniósł się do Warszawy, żeby zniknąć bezpiece z oczu, i nawet wrócił na studia, które przerwała wojna. Myślę, że jego dawnym kolegom z partyzantki musiało się wydać podejrzane, że tak łatwo został z powrotem przyjęty na wydział ekonomiczny Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Może nawet niektórzy uznali go za zdrajcę. Nie mieli racji. To była tylko zasłona dymna; nadal był w konspiracji. A ta konspiracja właśnie wydała wyrok śmierci na Griszę Sorokina, nie zważając na przyjaźń z wojennych lat i wypity wspólnie bimber.
Była piękna noc czerwcowa, kiedy samochód, którym oficerowie NKWD wracali z Krynicy, został ostrzelany niemal dokładnie w tym samym miejscu, gdzie kilka miesięcy wcześniej mój ojciec razem z partyzantami Griszy urządził zasadzkę na Niemców. Po zamachu bezpieka oszalała. Sypnęły się aresztowania, sadzanie gołym tyłkiem na odwróconym taborecie i wybijanie zębów; Szalony Staś Szulc stracił wtedy większość własnych. Kiedy go poznałem, miał już sztuczne, zresztą całkiem ładne.
Ojca aresztowano jakiś miesiąc później. Wpadł przypadkiem, nadziawszy się na zwykły milicyjny patrol, kiedy wysiadł z pociągu na przystanku Nowy Sącz Miasto. Może gdyby nie spanikował, sprawdziliby tylko dokumenty... A może jednak wiedział, co robi? W każdym razie dał nogę. Jakoś udało mu się uciec, choć za nim strzelali. Było ciemno, podziurawili mu prochowiec. I wszystko prawdopodobnie skończyłoby się dobrze, gdyby nie zgubił teczki, kiedy przeskakiwał za torami przez rów z wodą. W teczce, oprócz brudnej bielizny i przyborów do golenia, miał kilka egzemplarzy nielegalnego "Orła Białego", jakieś odręczne notatki dotyczące Sorokina i nowosądeckiej placówki NKWD, a poza tym książkę z biblioteki wypożyczoną na własne nazwisko. Doszli do niego po tej książce. A na podstawie notatek wrobili w udział w zamachu na Griszę.
Dziadek Borowicz nie wierzył w pechowy zbieg okoliczności.
- A jaki tam przypadek! - upierał się za każdym razem, kiedy była o tym mowa. - Te łapsy dobrze wiedziały, na kogo czekają! Ty się, Piotrze, tylko dobrze przypatrz, kto cię mógł wydać.
Dziadek, jak zawsze, i na ten temat musiał mieć własne zdanie. Tak czy inaczej ludowy wymiar sprawiedliwości dostał mojego ojca w swoje ręce. I już nie wypuścił. Akurat była mu potrzebna ofiara. Dwaj pierwsi aresztowani, najprawdopodobniej właśnie ci, co strzelali do Griszy, już nie żyli. Nie przetrzymali śledztwa. Oficjalnie - popełnili samobójstwo. Trzeba było znaleźć następnych, żeby zrobić pokazowy proces. Mój ojciec nadawał się idealnie. A czy rzeczywiście brał udział w zamachu na przyjaciela z wojennych lat? Nie miałem pewności. W śledztwie i przed sądem nie przyznał się do niczego. Po wyjściu z więzienia po prostu milczał.
Jednak dziadek nieraz dawał coś do zrozumienia okrężnymi drogami. Nie mówił wprost, z czyjej ręki zginął Grisza Sorokin, ale robił różne aluzje. Przekonywał na przykład, że ci, co go zabili, wcale nie popełnili grzechu. A nawet przeciwnie, tym czynem odkupili ewentualne wcześniejsze przewinienia, zapewniając sobie nagrodę w życiu wiecznym. Bo Sorokin był nie tylko katem niewinnych Polaków, lecz także prześladowcą Chrystusa. Ośmielił się wtargnąć do kościoła i porwać sprzed ołtarza proboszcza, nie zważając na to, że ów proboszcz za Niemca ukrywał na plebanii rannych radzieckich partyzantów. W dodatku podczas tej akcji Grisza nawet w Domu Bożym nie zdjął z głowy tej swojej kacapskiej czapki z niebieskim denkiem. Tak przynajmniej gadali ludzie, którzy to jakoby widzieli. Podobne świętokradztwo nie mogło nie zostać ukarane.
Rejonowy Sąd Wojskowy w Krakowie miał jednak w tej sprawie inne zdanie. Mimo braku dowodów i dość słabych poszlak ojciec dostał czapę. Nie powiesili go, bo mama napisała do Bieruta o łaskę. W swojej prośbie przekonywała, że ja mam się urodzić, więc teraz ojciec będzie myślał o rodzinie, a nie o takich głupotach jak obalanie przemocą władzy ludowej.
Ułaskawienie przyszło w ostatniej chwili. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to rzeczywiście ja uratowałem mojemu ojcu życie czy po prostu czyjś kaprys.
Na co liczyli ci, którzy wrócili do podziemia, jak on? Na nową wojnę? Dziadek modlił się o nią codziennie. I nie tylko dziadek. Ja byłem za głupi, żeby to rozumieć, ale dorośli chyba powinni mieć w głowach więcej oleju? Może na samym początku był w tym jeszcze jakiś sens, ale w dniu, w którym się okazało, że Rosjanie też mają bombę atomową, trzeba było zapomnieć. A gdzie tam! Niektórym nawet wtedy nie minęło. Pamiętam, że byłem jeszcze mały, kiedy podsłuchałem, jak dziadek kłócił się z matką. Krzyczała:
- A co tato tak ciągle z tą wojną i wojną! Znowu się wojny tacie zachciewa? Mało jeszcze tacie trupów?
- Nie ma innego wyjścia, Basieńko. Nie ma innego wyjścia - powtarzał dziadek jak zacięta płyta. - To nasza jedyna szansa. Inaczej cała krew dotąd przelana pójdzie na marne.
Na każdą wzmiankę o rosyjskiej bombie tylko machał ręką z nieskończonym lekceważeniem.
- Jaka bomba? To wszystko bolszewicka propaganda. Pamiętacie ich? Karabiny nosili na sznurkach.
Starzy mieli istną obsesję na punkcie tych sznurków, jakby to one były największą hańbą Armii Czerwonej i całego Związku Radzieckiego. Mniej się liczyło, że Ruscy we wrześniu trzydziestego dziewiątego wbili nam nóż w plecy, że kradli zegarki, gwałcili kobiety, a naszym patriotom strzelali w tył głowy albo w najlepszym razie wywozili ich na Sybir. Kiedy potrzebny był naprawdę miażdżący argument, dorośli zawsze przypominali sobie te karabiny na sznurkach. Dziadek chyba naprawdę wierzył, że jeśli nie było ich stać nawet na rzemyki do karabinów, to tym bardziej nie mogli zbudować żadnej bomby. Z podobną niewiarą przyjął kilka lat później wiadomość o wystrzeleniu pierwszego sputnika, a z kosmicznej podróży Łajki szydził niemiłosiernie.
- Przetopili sobaczkę na smalec, a ciemnemu ludowi każą wierzyć, że lata po niebie, ha, ha, ha!
Mimo tego powątpiewania w potęgę Kraju Rad, pewność dziadka co do nieuchronności nowej wojny słabła z latami. Ostatni raz, kiedy zapamiętałem go pełnego uniesienia i wiary, był jeszcze przed wystrzeleniem sputnika. Wrócił wtedy z targu, stanął w drzwiach z torbami pełnymi zakupów w obu rękach i od progu oznajmił:
- Zaczęło się. W Poznaniu powstanie.
Byłem jeszcze mały, więc uduchowiony i uroczysty ton dziadka zrobił na mnie duże wrażenie. Nawet nie wiedziałem dokładnie, gdzie leży Poznań, ale poczułem, że stało się coś ważnego, co zmieni całe nasze życie. Może wszyscy pójdziemy na nową wojnę, a ja zostanę łącznikiem partyzanckiego oddziału?
- Jezus Maria! - wykrzyknęła babcia, załamując ręce.
Mama za to wsiadła na dziadka gwałtowniej niż kiedykolwiek.
- I co tato taki zadowolony?
- Nie rozumiesz? Nareszcie zaświtała nam zorza wolności.
Jeszcze po latach zastanawiałem się, czy dziadek rzeczywiście tak powiedział czy sobie to wymyśliłem. Lecz zawsze dochodziłem do wniosku, że jednak musiał użyć właśnie takich słów: "zorza wolności". Bo odpowiedź mamy brzmiała:
- Chyba polarna. Na Sybirze.
- Strach nie może nas obezwładniać. - Dziadek dźwignął do góry torby z zakupami, jakby chciał dać popis tężyzny. - Zresztą tym razem Ameryka do tego nie dopuści.
Babcia usiłowała wkroczyć po swojemu.
- Przestańcie! Ja tego nawet słuchać nie mogę.
Wyrwała dziadkowi torby z rąk, mamrocząc coś pod nosem, i zaczęła układać nabiał, mięso i warzywa na półkach w spiżarce. Robiła przy tym, jak zawsze, więcej hałasu, niż było trzeba. Mama nie potrafiła się powstrzymać.
- Ameryka! Chyba śnisz!
Babcia zatrzasnęła drzwi od spiżarki i uciekła z kuchni, zatykając sobie uszy dłońmi.
Dziadek nie zwracał na nią uwagi.
- Teraz nie będzie tak jak dziesięć lat temu - upierał się przy swoim. - Ameryka już wie, że jeśli znów zostawi nas na pastwę Sowietów, to będzie nieszczęście dla całego świata.
Chyba rzeczywiście wierzył w to, co mówił. A ja razem z nim, bo na dziadku polegałem wtedy jak na Zawiszy.
Zawiedliśmy się obaj. Ameryka niczego się nie nauczyła i znów nie kiwnęła palcem. Najwyraźniej poskutkowało ostrzeżenie łysego premiera Cyrankiewicza, który przemówił przez radio: "Każdy zbrodniarz czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę na władzę ludową, niech będzie pewny, że mu władza ludowa tę rękę odrąbie". Zabrzmiało to naprawdę groźnie i właściwie nie można się dziwić, że Ameryka się wystraszyła. Jak potoczyłyby się losy świata, gdyby okazała się równie odważna jak my z dziadkiem?
Mama nie była odważna. Przynajmniej mnie się tak wtedy wydawało. Byle wzmianka o nowej wojnie sprawiała, że zaczynała się trząść ze złości. Chyba zaraziła się tym od babci. Tyle że babcia zatykała uszy, a mama krzyczała. Najczęściej na dziadka, bo to przeważnie on zaczynał temat.
Zapamiętałem taką rozmowę, w jakiejś innej sytuacji:
- Jeśli tacie pilno do grobu, nikt taty nie trzyma! Ale niech tato nie zapomina, że mamy Marcinka.
Dziadek spojrzał surowo.
- Trzeba ufać w Bogu.
- Tato chyba nie wie, co mówi!
- Właśnie, że wiem, bardzo dobrze. Pan Bóg nas ocalił, bo nigdy w niego nie zwątpiliśmy. Twojemu Piotrowi też nie pozwolił zginąć, prawda?
- Niech tato przestanie! Tego naprawdę nie można słuchać.
Byłem po stronie dziadka. Ale mamie wybaczałem. Obaj z dziadkiem wybaczaliśmy kobietom. Histeryzowały, bo takie już były. My nie mieliśmy powodu, żeby histeryzować. Obaj wiedzieliśmy, że w razie czego poradziłbym sobie na wojnie. Może najwyżej zostałbym lekko ranny w ramię i nosiłbym rękę na temblaku. Jak mój tato, słynny porucznik Sosna, na niewyraźnym zdjęciu z partyzantki. To by nawet nie było złe, bo wszyscy by widzieli, jaki byłem dzielny. A po latach miałbym o czym opowiadać.
No ale ta nowa wojna nie nadeszła ani wtedy, ani nigdy. A w góry, zamiast do partyzantki, jeździłem z dziadkami na letnisko.
Ojca wypuszczono w roku 1956, kiedy władza ludowa ogłosiła amnestię, aby pokazać, że w Polsce błędy i wypaczenia stalinizmu zostały szczęśliwie przezwyciężone.
Dziadek Borowicz skomentował to po swojemu:
- No to skończyły się żydowskie rządy. Gomułka nie jest lepszy od reszty tej czerwonej hołoty, ale to twardy chłop spod Krosna. Już on im kota popędzi!
Następnego dnia po przyjeździe do Martigues Siwy zauważył, że Kola Romanow jest jakiś skrępowany i niespokojny. Starał się wprawdzie odgrywać niewzruszoną rosyjską pewność siebie, która nawet w politycznych emigrantach utwierdza poczucie wiecznej potęgi Matki Rosji, jednak przeważnie słabo mu to wychodziło. Aż wreszcie któregoś dnia, kiedy wypił więcej niż zazwyczaj, zdobył się na odwagę.
- Powiedz, czy wy nas nadal tak nienawidzicie?
- Kto? Ja?
- Nie ty. Wy. Polacy.
- No, wiesz... - zawahał się Siwy.
- Wiem. Cóż, macie swoje powody. Ale pamiętaj, ja się starałem.
- Pamiętam, Kola, pamiętam. Jakżebym mógł zapomnieć?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI