Prolog
Lato zestarzało się i przytyło, rozlazło po trawach, leniwe i syte,
odwrócone tyłem, spało cały dzień, pozwalając, by pająki rozsnuwały nici
nad wsią, a spadające z gałęzi gruszki tłukły się na miazgę. Nadal było
gorąco, lecz inaczej, jakby gdzieś w środku powietrza kręciła się
rozżarzona kula. Pod ziemią coś się trzęsło, przesypywało. Podłoże
oddawało ciepło i stapiało proch w żwirowe grudki. Lisy zmieniły kolor z rudego na czerwony, a potem uciekły daleko w las, za ruski poligon. Choć
dawno już minął czerwiec, kszyki, zbite w gromadki, narzekały głośno;
echo niosło głos po wodzie i wywabiało ludzi z domów. Starzy przykładali
dłonie do czoła, obserwując wycinek horyzontu nad jeziorem, jakby
spodziewali się czegoś, może burzy, może gości; młodzi wzruszali
ramionami, prychali z lekceważeniem.
Właśnie tego lata 1997 roku do wsi Jedna Wola nad jeziorem Ruty, w powiecie mogielnickim, wjechało kilka załadowanych piaskiem i żwirem
ciężarówek. Przetoczyły się wolno przez wieś niczym pradawne zwierzęta,
ledwo mieszcząc się między domami na wąskiej drodze, zatrzymały pod
lasem i kucnęły ostrożnie jak psy. Teleskopowe dźwigary jęczały
przeciągle, pionizując naczepy, z których z hałasem zsypywało się suche
kruszywo, wzbijając w powietrze rudy i szary pył. Zlęgły się potem z niego osówki i muchy, ale takie nie do końca prawdziwe, bezcielesne.
Wywrotki szczęknęły zaworami i odjechały pospiesznie, hałasując na
wybojach. Przez miesiąc nic się nie działo, aż sypkie kopki zaczęły
topnieć i rozłazić się, wślizgując w las. Gdy już wszyscy zapomnieli o rozpuszczonych kopach piachu i żwiru pod lasem, i nastała ciepła i mokra
jesień, w październiku przybyły kolejne maszyny - rozglądnęły się bez
zainteresowania po okolicy i stanęły tam, gdzie im się spodobało, jakby
przypadkowo wybierając miejsce. Potem wielka koparka otwartym pyskiem
rozorała odcinek drogi powiatowej 1522N między Jedną Wolą a Jemiołami. W tym samym czasie młoty pneumatyczne skruszyły starą nawierzchnię, a przez ten cały rwetes znad jeziora i lasu uciekła reszta ptaków i zwierząt. Okoliczni mieszkańcy żując przekleństwa i prychając z niedowierzaniem, klęli na błoto we wsi naniesione przez ciężarówki i mówili, że drodze nic nie dolega, że to tylko sołtys chce mieć we wsi
nowy asfalt.
- Panie, ludziom wszystko jedno... my i tak między wsiami i na PKS chodzim
na skróty przez Rutki - mówiła do spoconego inżyniera w żółtym kasku
stara Mutkowa, krzycząc prawie, bo chciała być dobrze zrozumiana.
Inżynier spojrzał spode łba i odwrócił się tyłem; jemu również było
wszystko jedno, miał położyć drogę, to kładł, byle szybciej skończyć
dniówkę, bo w domu czekała ciepła żona z dużym biustem i gęsta zupa z wkładką. A tu, przy tym lesie, nad jeziorem, dziwnie się czuł, jakby po
plecach nieustannie łaziły mu mrówki, jakby coś na niego patrzyło
spomiędzy pni; coś ssało jego duszę i uwagę, tak że musiał już raz
zerwać prawie cztery metry źle położonej warstwy wiążącej.
Za zakrętem przez Rutki las zaczynał się grubymi pniami starych drzew.
Sędziwy, gęsty od samego brzegu, jakby się wreszcie wyzwolił z obecności
domów i ludzi, od których oddzielała go droga. Światło zamierało zaraz
za pierwszymi drzewami, grzęznąc w pajęczynach i rozrzedzając się niżej,
by stać się jedynie mrokiem pełzającym po mięsistym poszyciu, najpierw
zielonym, potem brunatnym, aż wreszcie czerwonawym. Wchłaniało się na
dobre przy wzgórzu z Czarną Skałą, gdzie już nikt nie chodził, gdzie
szare pnie buków obrastały w lśniącą patynę, która wydawała dziwny,
szklany dźwięk. Czasem tylko, po deszczu, przez gęstą koronę drzew
przedzierał się promień słońca, mleczny, ostry, tym bardziej
niepokojący, że jedyny.
Niektórzy mówili, że widzieli... Zaklinali się na wszystkie świętości,
bili w piersi, ale zapytani: co?, nie umieli odpowiedzieć i kreślili
dłońmi w powietrzu jakiś kształt duży, nijaki, a potem milkli,
przestraszeni, gestem krzyża odganiając mary. Jeden chłop z Jemioł to
nawet od tego zwariował, podobno podszedł bardzo blisko skały, bo
zdawało mu się, że ktoś go woła po imieniu i ledwo, błądząc po lesie pół
nocy, wrócił do domu. Czasami od skały do wsi dochodziło głuche
dudnienie, wytłumione i czarne, a kto mógł, chował się wtedy pod dachem.
Przy Rutkach, od strony Jednej Woli, odnoga jeziora, porośnięta gęsto
rzęsą wodną i trzciną, zmieniała się w zatokę, o której miejscowi mówili
bagnisko. Czarna ziemia grząskich, wrażliwych na ruch brzegów mieszała
się tu z warstewką glonów i wypuszczała ze swych trzewi życiodajne gazy,
dające schronienie stworzeniom o mało przyjemnym wyglądzie obłych,
śliskich ciał, ohydnych w dotyku.
W tataraku latem gnieździły się płocie, które nieustannie poruszały i mąciły wodę, brunatną w tym miejscu od mułu uniesionego z dna jeziora.
Starzy mówili, że gdy się dobrze przyjrzeć, w mule można zobaczyć
przepatrzyki, które - głupie - gubiły się w gęstej wodzie i wypływały na
powierzchnię na własną śmierć. Złapać takiego jednak było trudno, trzeba
by się zanurzyć, a tutaj... tutaj nikt nie wchodził do wody, wiadomo, tu
mieszkały odrażające topielice i tutaj rozciągało się królestwo Wodnika.
A czasem, jeśli stąpać ostrożnie, można było zobaczyć moczydła,
wypływające na moment w porze, gdy dzień przestawał być dniem, a noc
jeszcze nie była nocą. Unosiły się wtedy na powierzchni, wystawiając
chude piersi ku niebu; czasem śpiewały, czasem śmiały się tylko, a dźwięk wwiercał się w uszy ostrym kłuciem.
Moczydła zwykle ustępowały miejsca wijom, których giętkie cielska
wzburzały wodę, zaganiając ryby na dno jeziora, do spania. Toń wyglądała
wtedy, jakby woda w jeziorze wrzała, unosiła się tysiącami pękających
baniek; to zamierała, to wznosiła się nienaturalnie.
Z jednej strony zatoki, pod starą wierzbą, tworzyło się zastygłe ploso,
które jak lustro przyjmowało na siebie niebo i wierzbę. W tym miejscu
woda wydawała się twarda i nieruchoma jak skała. Stężały wokół spokój,
statyczny jak obraz, zmieniał tylko barwy, zgodnie z porami roku.
Wszystko to wraz z nadejściem jesieni więdło, nikło, jakby bagnisko
wciągało w siebie kolory. Woda układała się do snu i czekała na
nadejście przymrozków, aby dać sobie wytchnienie, stając się jedynie
biernym obserwatorem tego, co mogło się wydarzyć, co mogło minąć.
Tuż przed nadejściem zimy prace drogowe nagle ustały i to nie z powodu
pierwszych mrozów ścinających powietrze w szklane tafle, lecz dlatego że
ziemia osunęła się nagle, tuż przy pysku koparki, którą zachwiała i przewróciła na bok, tworząc wyrwę - głęboką szczelinę, biegnącą w las i wychodzącą po drugiej stronie jeziora, jakby gdzieś pod spodem poruszyło
się wieko pradawnej konstrukcji. Główny inżynier z ulgą wrócił do domu,
maszyny odjechały, z wyjątkiem koparki zsuwającej się niczym kości
diplodoka, centymetr po centymetrze w ziemię, coraz niżej.
Na początku grudnia przyszedł tęgi mróz, wygubił linię horyzontu,
spajając jezioro z niebem i lasem, i wypuścił pionowo w dół smugi
białego powietrza. Zamroził porzucone przy drodze narzędzia, zamienił
żwir w kamień, a kawałki starego asfaltu w kosmiczne rumowisko. Wszędzie
zapanowała cisza, kolory wyblakły, została tylko biel i odcienie
szarości.
Świat trzeszczał.
Grudniowego dnia, w południe, od wsi nadszedł młody mężczyzna. Minął
gruzowisko na drodze, skręcił w las - szedł nad bagnisko, w stronę
wierzby, wypatrując jej starego, pokrzywionego ciała, i znalazł ją
wkrótce, lecz obraz się zaburzył, zmienił.
Wierzba pochylała się jak zawsze, ale pod nią zamiast gładkiej tafli
znajdowało się wgłębienie, jakby odkryło się dno jeziora, a woda cofając
się, zamarzła w podwiniętą falę, sięgającą dramatycznym łukiem gałęzi
drzewa.
Mężczyzna stanął i próbował przyrównać to, co widzi, do czegokolwiek, co
zna, ale nie potrafił. Zajrzał w głąb dziury, zszedł niżej i gdy
naruszył kruchą strukturę zmrożonej powierzchni, śnieg zsypał się i odsłonił rybie trupy, skręcone wije i zamarzniętą, czarną topielicę.
Między nimi leżał stłuczony słój, na którego pokrywce przed dwudziestu
pięciu laty Cyganka wypisała słowa zaklęcia.
Rozdział I.1
(marzec 1967)
Wełnista noc rozrzedzona białym księżycem wypuszczała spod siebie wstęgę
lichego asfaltu, meandrującą przez las. Droga szemrała jak strumień,
sepleniła na dźwięcznych głoskach, lecz nie przestawała gadać, zwracając
się do lasu przymilnie, namawiając go, by ją objął, otulił. Las
przysłuchujący się tej czułej pieśni pozostał jednak nieruchomy,
posyłając jedynie na pobocze łopuchy i osty, które schylały się nad
nawierzchnią. W tę miłosną przestrzeń obietnic weszła o północy
dziewczyna. Szła od Rutek, śpiewała cicho, tylko dla siebie, choć nie
dla siebie założyła niedzielną sukienkę i rozpuściła włosy, sięgające
pasa. Jej szczupła figura i lekkie kroki zdradzały młody wiek, jej
szeroko otwarte oczy nie zdradzały niczego. Dziewczyna minęła gęstwinę
drzew i jak po sznurku doszła do pagórków nachodzących na siebie tam,
gdzie liście tworzyły pod szarymi, wyglancowanymi pniami buków gruby,
czerwieniący się kożuch. Nieruchome i zamglone powietrze trwało w zatęchłej ciszy i tylko blade światło księżyca wpadało w tę przestrzeń,
tnąc ją na nierówne części. Za stopami dziewczyny liście unosiły się
samoistnie, przesuwały, wirowały i opadały z jękiem. Nie było widać
żadnych nocnych zwierząt, pełzały jedynie w zapętlonych korowodach owady
i pająki, którym obojętna pozostała zła sława i atmosfera niepokoju,
jaka przylgnęła do tego miejsca.
Na środkowym wzniesieniu, pozbawionym drzew, wystawał kościsty głaz,
pomięty w nierówne fałdy, na wierzchu szary, przy ziemi czarny jak
sadza. Poszycie ruszało się przy nim niemal jak nurt wody, tyle tu było
wijów - pareczników, skąponogów i korców oraz lepkich, miękkich
gąsienic, pełzających, by pożreć obrzydliwe larwy lęgnące się z miazmatów.
Dziewczyna, nie zważając na robactwo, weszła na głaz i przytrzymując się
ściany bosymi stopami, wspięła się na górę. Położyła się na skale,
przylgnęła do niej brzuchem, piersiami. Objęła szczyt całym ciałem i kołysząc się do ślepej muzyki, jęła go gładzić długimi, jasnymi włosami
zebranymi w garść, aż zrobiły się całkiem czarne.
* * *
Stefan zbudził się nad ranem. Usiadł gwałtownie, dysząc, dotknął szyi;
gardło zapiekło się w twardą grudę, barki pulsowały z wysiłku, jakby
właśnie skończył rąbać drewno, a oczy szczypały jak zasypane pyłem.
Rozejrzał się półprzytomnie, wstał i ostrożnie podszedł do łóżka ojca w drugim końcu izby. Nachylił się nad nim, posłuchał oddechu - Wojciech
pochrapywał równomiernie. Stefan odchylił zasłonę, ale na zewnątrz,
prócz nocy kotłującej podwórze, nie było niczego.
Zawahał się, ale jednak nie położył się z powrotem, poszedł na palcach
do pokoju siostry. Popchnął barkiem drzwi, spojrzał od progu. Pościel
leżała rozwłóczona na podłodze, okno zostało szeroko otwarte, Heleny w łóżku nie było.
- Co łazisz, jeszcze noc - odezwał się Wojciech schrypłym głosem, stając
nagle za plecami syna.
- Helena zniknęła - szepnął Stefan. Zdziwiony, przełknął ślinę.
Po twarzy starego przemknął strach.
Mężczyźni ubrali się pospiesznie i wyszli z domu, w dwie różne strony,
nie wiedząc, gdzie szukać dziewczyny. Gdzie mogła pójść, sama w nocy?
Wojciech drżąc na całym ciele, ruszył środkiem drogi do wsi, serce
tłukło mu się w piersiach, a zęby zacisnęły, aż chrupnęło w żuchwie.
Nasłuchiwał, lecz nie przystawał, rozglądał się tylko czujnie, jakby
coraz szybszy marsz, trucht prawie, mógł mu przynieść ulgę. Nie zobaczył
nikogo, nie znalazł córki, czarne płoty i domy odwracały się tyłem do
niego.
Stefan okrążył zabudowania, stanął przy skraju łąki, potem przeszedł
przez pola nad jezioro, które spało nieporuszone, niewinnie ciche i obojętne, niczym dekoracja z rekwizytami. Zatrzymał się nad samym
brzegiem. Nic. Pusto, piach stwardniały, woda gładka. Zawrócił na drogę
w kierunku lasu.
Czarno było, gęsto.
Potrząsnął głową, jakby chciał wytrzepać wodę z uszu, coś zassało mu się
w środku, strzyknęło i odetkało z powrotem. Od drzew skrzypiało, od nocy
niósł się szept, niezrozumiały, urywający się nagle, przechodzący w świst. Cień przebiegł mu drogę. Zatrzymał się, popatrzył, błysnęły dwie
srebrne monety, ale po kilku sekundach Stefan już nie był pewien, czy
widział zwierzę, czy zjawę. Nagle coś schwyciło go za kurtkę, odwrócił
się, bezradny, ogłupiały, i stanął, nie mogąc zdecydować, czy iść dalej,
czy zawrócić. I wtedy zobaczył siostrę - szła, potykając się, nabierając
z każdym krokiem bardziej realnych kształtów, jakby ciało gęstniało,
materializowało się. Podbiegł do niej szybko.
- Helena... - zaczął z pretensją, ale spojrzał w nieprzytomną twarz
siostry, na jej bose i brudne ciało, chwycił ją więc tylko za ramiona i potrząsnął.
Zwiesiła głowę, osłabła.
- Helena! Co z tobą? Po co tam poszłaś, tam nie wolno - powiedział z lękiem w głosie. - Tam zły.
Obejrzała się, oczy jej zaszły mgłą.
- Słyszałam wołanie...
Nogi się pod nią ugięły i byłaby upadła, gdyby Stefan jej nie
podtrzymał; chwycił ją w pasie i zaczął z nią iść, wlekąc prawie, byle
dalej od tego lasu, od tej duchoty i szeptów.
Świtało, wieś spała, spały jeszcze koguty i psy; nikt ich nie widział.
Wojciech zawrócił do domu, zmęczony i przerażony jeszcze bardziej niż
wcześniej. Zawołał od progu Stefana, Helenę, nikt nie odpowiedział.
W kuchni napił się wody, siadł ciężko, zastanawiając się, co powinien
zrobić. Pewnie na milicję musi iść, zgłosić. Za godzinę, dwie, pójdzie
jeszcze do wsi, rozpyta. Wstyd... córki nie upilnował. Potarł twarz
dłońmi, pomyślał o żonie...
Lecz gdy ponownie spojrzał w okno, zobaczył ich: syna i córkę, idących
miedzą w stronę domu. Potykali się na nierównościach. Obserwował ich
chwilę, potem zbliżył się do drzwi i ściągnął z gwoździa rzemień,
zawiązał na nim supeł, zacieśnił. Owinął koniec wokół nadgarstka i nagle
ogarnęła go rozpacz, która wyszła przez usta suchym szlochem. Oparł się
o ścianę przy drzwiach, spojrzał na Chrystusa na krzyżu, na czarny
portret żony ozdobiony zeschłymi kwiatkami, i zacisnął mocno szczęki.
Stefan otworzył furtkę i poprowadził Helenę do drzwi, w progu puścił ją
przodem.
Wojciech uniósł ramię i bez słowa pociągnął rzemieniem po plecach
dziewczyny. Krzyknęła cicho i upadła. Uderzył jeszcze raz, zamachnął się
znowu, gdy Stefan złapał ojca za rękę.
- Nie trzeba, tate, ona nie rozumie - powiedział.
Stary rzucił rzemień i poszedł do stodoły, a tam, gdy wsparł się na
ciepłym grzbiecie krowy, pozwolił sobie na upust i wypłakał się w łaciatą sierść, wysmarkał, a spokojne bydlątko przyjęło to na siebie i ani drgnęło.
Wojciech odczekał do siódmej, oblał głowę wodą i gdy usłyszał blaszany
dzwon z wieży, udał się do kościoła.
Przeżegnał się szeroko i wcisnął w konfesjonał.
Szeptał długo, urywanie, emocjonalnie.
- Dałaby ci Cecylia za nieupilnowanie córki, oj dała - powiedział
proboszcz, gdy Wojciech, trzymając ręce przy piersi, wyznał na koniec,
że zbił Helenę.
Wojciech spuścił głowę pokornie.
- Zwiąż ją - nakazał ksiądz. - I módl się o wstawiennictwo Najświętszej
Panienki.
Związanie dziewczyny jednak nic nie dało. Modlitwa też nie.
Stefan i Wojciech czuwali na zmianę, a o świcie, gdy obaj się obudzili,
sznur leżał zwinięty na łóżku. Heleny nie było.
* * *
Z dziewczyną było coraz gorzej; wymykała się co noc. Każdym świtem
Stefan szedł w to samo miejsce przy drodze, pod lasem, aby ją
półprzytomną przyprowadzić do domu. Helena natychmiast kładła się na
łóżko, wyczerpana, a po dwóch godzinach snu nic nie pamiętała i tylko
uśmiechała się ni to łagodnie, ni to bezrozumnie. Pokazywała Stefanowi,
zdumiona, swoje podrapane ręce, zniszczoną sukienkę, a potem szła myć
włosy i wyjmować z nich gałązki i liście. Później zabierała się w zwolnionym tempie do swoich codziennych obowiązków, zawieszając się
często ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń.
Wojciech zmarniał, sczerniał.
- Musisz iść ze mną, tate, muszę ci pokazać, gdzie wychodzi na drogę z lasu - mówił Stefan. - Kto ją przyprowadzi, jak mnie tu nie będzie?
Ale Wojciech nie chciał iść, bał się zobaczyć coś, czego nie udźwignie.
Szedł do pracy zgnębiony, wracał jeszcze bardziej przybity, wieczorami
przesiadywał w stodole i modlił się razem z krowami, obserwując Helenę,
widoczną w oknie kuchni. Z dygotem myślał o tym, że Stefan chce się
usamodzielnić i wyprowadzić do Niżynek, gdzie dostał pracę, i o tym, że
zostanie sam do pilnowania córki. Ale iść nie chciał; jeszcze nie,
pójdzie później, może jutro; głaskał twarde grzbiety bydląt, tłumaczył
im, co się stało i jak bardzo się boi o córkę.
A one patrzyły na niego wielkimi oczami, same przestraszone, i żadnej
rady z tego nie było.
Aż nagle nocne wyprawy Heleny do lasu ustały jak ręką odjął. Mężczyźni
patrzyli na nią niespokojnie, czy coś powie, czy coś zrobi, ale ona
zdawała się nie dostrzegać ich strachów. Zmieniła się. Była
spokojniejsza niż kiedyś, niewidzialna i lekka w ruchach jak duch. Na
pytania odpowiadała logicznie, choć bez zaangażowania, niby wszystko
wróciło do normy, ale... coś gdzieś zaległo w kącie i siedziało ciężkie.
Spod łóżka, gdzie trzymała pamiątki po matce, Helena wyciągnęła jej
chustkę i blaszaną pozytywkę. Chustkę przykładała do twarzy, wdychając
zapach, pozytywkę uruchamiała kilkadziesiąt razy dziennie, co niezwykle
irytowało obu mężczyzn. Wydawało im się, że baletnica kręci się na
pozytywce zbyt długo, jakby w ogóle nie wymagała nakręcania.
- Maki. I kąkole - mówiła Helena, owijając głowę chustką Cecylii, a Wojciech przełykał ślinę i szedł zwierzyć się krowom.
W końcu Stefan wyjechał, a stary powoli odzyskiwał spokój.
Niedługo to trwało. Już tydzień później zauważył, że córka zrobiła się
senna za dnia, bardziej otępiała. Wstawała rano, ale zamiast zająć się
tym, co zwykle, siadała przy oknie i nie ruszała się cały dzień.
Wyglądała jak laleczka - drobna, z długimi, pszenicznymi włosami i nieruchomymi, błękitnymi oczami, które wpatrywały się albo w przestrzeń
za szybą, albo w pozytywkę.
Ojciec, obserwując Helenę, miał wrażenie, że dziewczyna zamieniła się w kukłę.
- Idę do roboty - mówił do niej. - Może pranie nastawisz? Kartofli
obierzesz?
Nie odpowiadała, a gdy wracał po południu, siedziała w tym samym
miejscu.
Nie pomogły krzyki starego, poszturchiwania, błagania i rozkazy.
Patrzyła na niego, czy poznawała, nie było wiadomo, coś śpiewała pod
nosem i uśmiechała się łagodnie.
W końcu przestała jeść.
Wojciech zaczął ją karmić, ale jedyne, co przyjmowała, to było mięso i miód. Wszystko inne mieliła chwilę w buzi, a potem wypluwała, wyrzucając
językiem na brodę.
Wojciech wezwał Stefana.
Helena na jego widok jedynie lekko się uśmiechnęła.
- Nie wiem, co robić - powiedział Wojciech. - Może ty jej przemówisz do
rozumu.
Stefan pokroił jabłko i usiadł przy Helenie. Pogłaskał ją po głowie.
- Helena. Proszę, jabłko ci pokroiłem.
Ale dziewczyna odwróciła głowę, krzywiąc się. Stefan przyniósł chleb,
mleko - to samo.
- Musimy ją zabrać do lekarza - zawyrokował Stefan.
Pojechali na drugi dzień. W przychodni było prawie pusto. Prześmierdły
lizolem korytarz emanował smutkiem, jarzeniówki świeciły trupio i drgały, pykając raz po raz. Za oparciami krzeseł w poczekalni odłaziła
farba zielonkawej lamperii, a wyblakłe plakaty podwijały się na
brzegach. Jakaś przebudzona mucha tłukła się o szybę, w rejestracji
dzwonił telefon, w oddali trzasnęły drzwi - Helena w skupieniu oglądała
kwiatki na swojej spódnicy, dotykając ich kolejno, jakby je liczyła.
Przed gabinetem lekarskim prócz nich czekały dwie osoby, dyżur pełnił
doktor Wierzbicki, nowy lekarz, który osiadł w okolicy ze swoją żoną i nie wszystkich jeszcze znał. Wojciech trzymał ręce na kolanach,
powstrzymując je przed drżeniem, a Stefan przechadzał się nerwowo,
szurając nogami.
W końcu drzwi gabinetu otworzyły się i Wierzbicki zaprosił Helenę do
środka. Wstała i poszła posłusznie.
Niedługo to trwało, gdy lekarz zawołał Wojciecha. Ale Stefan wstał
szybciej i powstrzymał ojca gestem; wszedł do gabinetu.
- W domu też nie mówi? - spytał bez wstępów doktor.
- Nie - odparł Stefan. - I nie chce jeść.
- A powinna, i to zdrowo.
Stefan milczał.
- Co jej jest, panie doktorze?
Wierzbicki wstał zza biurka.
- Nie wiem, co jej jest. Jest odwodniona i musi ją przebadać psychiatra.
Kiedy była u ginekologa?
Stefan się zawahał:
- Z tego, co wiem, to chyba nigdy nie była.
- Nie? - Wierzbicki uniósł brwi - Ale... nikt jej nie prowadzi?
- Jak to prowadzi? - Stefan poczuł, że się poci.
- Według mnie to jakiś szósty miesiąc.
Stefan przytrzymał się krzesła i usiadł.
Helena patrzyła w ścianę, na której wisiał kalendarz przedstawiający
bukowy las... Uśmiechała się do siebie.
* * *
Trzy miesiące później, nocą, w szpitalu dla nerwowo chorych, urządzonym
w ukrytym wstydliwie miejscu, z dala od ludzi, dyżurująca pielęgniarka
wezwała położną do przedwczesnego porodu.
Helena męczyła się długo, mimo to nie wydała z siebie żadnego krzyku czy
nawet jęku. W końcu, po dwudziestu godzinach, przyszedł na świat wątły
chłopczyk, zapuchnięty i spokojny jak matka. Przelewał się przez ręce i nie miał siły nawet zapłakać.
Helena przytuliła dziecko i nagle zaczęła śpiewać cichym, niezrozumiałym
szeptem; umarła w połowie frazy, na jednej nucie oddechu.
- Biedulo - powiedziała położna, patrząc na wymęczone porodem i nieudaną
reanimacją ciało Heleny, i przeżegnała się. - Wieczne odpoczywanie.
Potem wyłuskała chłopca z zakrwawionych pieluch i poprosiła pielęgniarkę
o miskę z czystą wodą.
- Trzymaj - poleciła i wręczyła jej zawiniątko z dzieckiem. - Widzi mi
się, że ten maluch pójdzie zaraz za matką...
Nabrała wody do aluminiowej nerki na wymiociny i wylewając na głowę
dziecka, powiedziała:
- Ja ciebie chrzczę imieniem... - zawahała się. - Mateusz! W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
- Amen - odpowiedziały chórem kobiety, a Mateusz wyprężył się w pieluszkach i zapłakał na całe gardło.
- Cud - szepnęła położna. - Trzeba jeść mu dać.
* * *
Wojciech Kusy zwlekał tydzień, zanim pojechał po wnuka. Stefan zostawił
go z tym samego; nie przyjął do wiadomości narodzin dziecka. Coś w nim
zalęgło i nie chciało puścić, czuł, że wzbiera w nim nienawiść do
chłopca, który zyskał życie kosztem jego siostry.
- Oddajmy go do przytułku - powiedział twardo.
Jednak Wojciech nie mógł tego zrobić. Cecylia zeszła z portretu i siadła
przy nim na łóżku, patrząc mu w twarz tak długo, aż się obudził.
- Co? - burknął.
- Ty wiesz co - odrzekła jego żona i dalej siedziała uparcie, aż wstał.
- Twoja matka do mnie przyszła - wyjaśnił Wojciech synowi, więc stał
teraz w cuchnącym chemią korytarzu, w pustej, beżowej przestrzeni, tak
rozpaczliwej, że cała krew spłynęła mu do pięt.
"Mateusz Kusy, matka Helena Kusy, ojciec nieznany" było napisane w akcie
urodzenia, w który stary wpatrywał się długo, nie słysząc, co mówi do
niego przysadzista kobieta w okularach, podtykając mu jakiś drugi arkusz
do podpisu.
Akt zgonu. "Helena Kusy, córka Wojciecha Kusy i Cecylii Kusy z domu
Serafin".
I został sam na korytarzu szpitala, trzymając te dwa papiery, po jednym
w każdej ręce.
Rozdział I.2
(1967-1980)
Wojciech Kusy wrócił z niemowlakiem, który darł się w autobusie przez
całą drogę. Dziecko uspokoiło się dopiero w Rutkach, a Wojciech z ulgą
pomyślał, że zaraz się go pozbędzie. Maleńka, czerwona twarzyczka
wyzierająca spomiędzy pieluch nie przypominała mu nikogo i nie budziła w nim żadnych uczuć. Zapuchnięte oczy, ledwo widoczny nos i usta chciwie
ssące smoczek. Małe zwierzątko, pomyślał Wojciech i udał się prosto do
Suchanków, którzy mieli już czwórkę dzieci i za sowitą opłatą zgodzili
się odchować niemowlę.
Wojciech niezgrabnie podał zmęczonego płaczem chłopca Suchankowej,
stropił się nieco, odwrócił i pospiesznie odszedł.
Doloż moja, dolo zaśpiewały garnki suszące się na płocie, a jeden
pękł, gdy Wojciech zamykał furtkę. Cecylia podreptała za Wojciechem
drobnym kroczkiem, to wyrzekając na niego, to milcząc przeciągle.
Suchankowa przytuliła niemowlę do własnej, mlecznej piersi, nakarmiła i przestała zwracać na nie uwagę, tak jak nie zwracała uwagi na własne
miesięczne dziecko. Leżały tak obok siebie, jak tobołki, w tych samych
porach głodne, zsikane i śpiące; nie było żadnego kłopotu. Po paru
miesiącach nie odróżniała już chłopców, który jej, który nie, i tylko
dzięki jaśniutkiej czuprynie Mateusza po krótkim namyśle potrafiła go
wskazać obojętnym gestem.
* * *
Tak minął rok i pół. Gdy chłopiec dobrze już stał na nogach, Wojciech
zgodził gosposię i zabrał chłopca do siebie. Mateusz nie chciał z nim
iść i trzymał się szyi Suchankowej, patrząc na dziadka nieufnie, ale w końcu za trzecim podejściem pozwolił się ubrać i zaprowadzić do nowego
domu, gdzie dostał swój pokój i mnóstwo zabawek, które w międzyczasie
przygotował mu Wojciech.
* * *
- On kochany, iskierka boża - mówiła do Wojciecha gosposia, jedną ręką
szorując blat kuchenny, a drugą głaszcząc główkę Mateusza, trzymającego
się fałd jej spódnicy. - Nic kłopotu nie sprawia, chociaż ciekawski. Ino
patrzę na niego, by mi nie wlazł, gdzie nie trzeba.
Wojciech przyglądał się Mateuszowi i teraz widział w nim małą Helenkę o wielkich, niebieskich oczach, z włosami jak dojrzałe zboże.
- Idź do dziadka. - Kobieta pchnęła lekko dziecko, a mały stanął i zawstydził się najpierw, a potem podszedł wolno i w skupieniu przyjrzał
się dłoniom dziadka leżącym na kolanach. Opuszką palca badał jego
wystające kości i żyły meandrujące po wierzchu dłoni, w końcu podniósł
buzię i ich oczy spotkały się blisko, zajrzeli w siebie, w wiele
ludzkich pokoleń.
Wojciech podniósł wnuka, usadził na stole, a mały roześmiał się
radośnie. Mężczyzna rozczulił się nagle, chwycił chłopca pod pachy,
podrzucił, a potem przytulił pierwszy raz i jego serce roztopiło się jak
wosk na słońcu.
Śmiech dziecka rozszedł się po izbie, przemknął drzwiami na pola i dalej
po jeziorze, zapadł się w las buczynowy, ciężki, czerwony...
* * *
Lata mijały, a mały Mateusz rósł zdrowo i nie sprawiał kłopotów. Był
silnym, mądrym chłopcem i obdarzył dziadka uczuciem, takim, jakie zwykle
przeznaczone jest dla rodziców, wpatrzony w niego jak w obraz. Trochę
wypytywał o matkę, bardziej o ojca, ale widząc niechęć dziadka do tych
rozmów, nie próbował często.
Niczego mu nie brakowało.
Do szkoły głowy za bardzo nie miał, wolał po polach biegać i nad wodą
siedzieć; dziadek nie wymagał dobrych wyników w nauce. Chłopiec chętnie
pomagał w domu i umiał o siebie zadbać, gdy Wojciech wychodził do pracy,
do wodociągów. Najwięcej czasu spędzał nad jeziorem, pora roku nie miała
znaczenia. Nad wodą zawsze było coś do roboty.
Tylko do lasu nie za bardzo lubił chodzić.
- Bo tam coś gada, dziadku, i ciężko mi w nogi.
- To tam nie chodź - kwitował dziadek lekko, choć w środku wiązał mu się
supeł.
- A mój tate, dziadku, to gdzie?
- Nie wiem, nie znałem go.
- A mama?
- Co mama?
- Znała?
- Tak naprawdę to nie wiem.
* * *
Aż nagle, pewnej nocy marcowej, przed trzynastymi urodzinami Mateusza,
starego obudził przeciąg hulający po izbie i trzaskający drzwiami.
Uniósł się na łóżku, spostrzegł otwarte drzwi wejściowe i wysunął się
spod ciepłego okrycia, mamrocząc przekleństwa.
- Ki diabeł - złorzeczył. - Musi Mateusz nie zamknął.
Wojciech docisnął drzwi i dopiero wtedy coś go tknęło. Zapalił światło,
wszedł do pokoju Mateusza; chłopca nie było.
- Jezusie i Najświętsza Panienko, tylko nie to - jęknął.
Włożył kurtkę, wsadził bose nogi w walonki i wyszedł.
Księżyc w pełni świecił jasno.
Stary uszedł niewielki kawałek od domu, gdy zobaczył swojego wnuka,
który stał goły w drzwiach otwartego kurnika sąsiadów i wyganiał z niego
wszystkie kury, a te, które nie chciały iść, chwytał w dłonie i podrzucał w górę. Kury rozkładały skrzydła i lamentując, spadały na
ziemię; wszystko razem czyniło taki rwetes, że aż dziw, że nikt z sąsiadów się nie obudził.
Zanim Wojciech dotarł bliżej, Mateusz zniknął we wnętrzu stodoły; po
chwili wybiegł z niej knur, którego chłopak okładał witką po różowym
grzbiecie.
- Mateusz - syknął Wojciech na tyle głośno, na ile się dało. - Co ty
robisz, oszalałeś?
Mateusz nie zareagował, w ogóle nie dostrzegł dziadka. Dosiadł knura i zmusił go do galopu. Gdy wreszcie spadł, a knur z piskiem uciekł do
stodoły, wstał, przelazł przez płot i nie patrząc na dziadka, jakby go w ogóle nie było, zawrócił w stronę domu i tak jak stał, ubłocony, położył
się do łóżka.
Wojciech zamknął drzwi na klucz i poszedł do kredensu po śliwowicę.
Dopiero gdy już się porządnie napił i doszedł do wniosku, że wciąż nic
nie rozumie, położył się spać.
- Coś ty robił w nocy? - spytał rano dziadek, gdy Mateusz postawił na
stole kawę.
- Ja? - odparł chłopiec. Jego gładka buzia wydłużyła się, zamrugał.
- No.
- Coś mi się śniło, ale nie wiem.
Wyglądało na to, że naprawdę nie wie.
* * *
Miesiąc później ludzie zaczęli się niepokoić. Szeptać między sobą,
obmawiać jeden drugiego.
Kto mógł w nocy przeorać całe pole pszenicy? Dziki?
Kto u Marcinków konie wypuścił i grzywy im poplątał; strach padł na
rodzinę.
A gdy nagle całe pole koniczyny sołtysowej zgniło, ludzie wymówili
straszne słowo, od którego robiło się zimno.
- Zmora - szeptali. - Zmoraaaa...
Trzeba nitką pole otoczyć. Złe odczynić.
Nie pomogło.
Kury przestały nieść jajka. Zaczęły padać jedna po drugiej i ludzie
znajdowali truchła w różnych miejscach: w kominie, w torbie na zakupy, w dziupli w lesie.
Ale najdziwniejsza rzecz zdarzyła się na posterunku milicji. Staszek
Kwiek, który przyszedł do roboty na siódmą, zastał swojego kolegę
Filipiaka klęczącego przed portretem I sekretarza partii i klepiącego
zdrowaśki. W samych majtkach.
- Dopiero jakżem mu mocno przywalił w łeb, to się ocknął - opowiadał
Staszek i zaklinał się, że to prawda.
A prawda to była, bo inni też widzieli.
Staremu Wojciechowi natomiast nigdy już nie udało się przyłapać Mateusza
na wymykaniu się w nocy z domu, ale że wnuk się wymykał, to wiedział.
Widział brudne ubranie, błoto naniesione z pola. Starał się czuwać, ale
w środku nocy przychodził na niego taki ciężki sen, że aż dusił. Rzucał
się Wojciech w pościeli, Cecylię wzywał, ale obudzić się nie mógł.
Dopiero rano zwlekał się - zmięty, z obolałą głową.
A Mateusz też wstawał jakiś zdziczały, niezborny. Oczy mu się większe
zrobiły z powodu policzków, które wciągnęły się pod kością jarzmową,
jakby chłopak schudł. Urósł znacznie, wyglądał na starszego, niż był,
ale głos wciąż mu piszczał w mutacji.
W końcu sołtys i baby z koła gospodyń wiejskich zapukały na parafię
Świętego Anzelma w Jednej Woli.
- A bo my to, proszę księdza, po prośbie - odezwała się najstarsza i lekko ukłoniła przed proboszczem.
Stary proboszcz, trochę zniecierpliwiony niespodziewaną wizytą, bo mecz
chciał oglądać w telewizji, założył ręce na podołku i zachęcił:
- Słucham, o co chodzi.
- Coś po wsi łazi.
Proboszcz zamrugał.
- Chodzi o to - odezwał się sołtys - że jakieś dziwne rzeczy się
wyprawiają we wsi i my sobie umyśliliśmy, żeby księdza o pokropienie
prosić.
- Boże Ciało niedługo, będzie procesja - odparł ksiądz.
- Ale o takie umyślne, na pola i zwierzęta...
- I ludzi - pisnęła Filipiakowa i zaczerwieniła się.
- Ludzie, co wy mi tu za zabobony jakieś! U spowiedzi byli? - Proboszcz
potoczył groźnie spojrzeniem po przybyłych i spojrzał na zegarek.
- A zresztą - machnął ręką - wikarego dam. Niech kropi.
I wyszedł.
I na drugi dzień wikary, poprzedzając nucących ludzi, idących za nim w procesji, obszedł Jedną Wolę, Jemioły i Rutki, znacząc krzyżem i kropiąc
wszystko żywe.
Pomogło.
Na rok.
* * *
Pewnego dnia, następnego lata, Maria Chmielakowa wieszała pranie na
podwórzu. Ciężko jej szło; oddech miała świszczący, w głowie się
kręciło. Sierpniowy upał był niemożebny. Ledwo doszła do końca sznura z bielizną, już mogła z początku przewracać pranie na drugą stronę.
Odłożyła miednicę i oparła się o beczkę z deszczówką. Zadrapało ją w gardle, zakaszlała. Zanurzyła dłoń w wodzie i zmoczyła twarz; nabrała
powietrza.
- A co ci to, Marysiu?
Sąsiadka chwyciła za sztachety i przechyliła się przez płot.
- Nie wiem, nie wiem, źle się oddycha - odparła Maria i westchnęła.
- No, gorąc taki, nic dziwnego, też ledwo nogami włóczę. A słyszałaś te
hałasy w nocy? - zagadała jeszcze.
- Hałasy? Nie... nie słyszałam - odpowiedziała Maria i schyliła się po
miednicę.
- Coś łaziło, jakby skradało się, mówię ci, aż żem się przelękła... -
Sąsiadka przyłożyła dłoń do policzka, pokręciła z westchnieniem głową. -
A potem tak sapało i sapało, i pisk taki jakiś słychać było, jakby
szczeniak piszczał czy jakieś inne małe zwierzątko. Nawet mówię mojemu,
idź, zobacz co to, bo też nie spał, ale mu się wstać nie chciało.
Maria pokiwała głową, że słyszy. Machnęła ręką.
- Ja tam śpię w nocy - powiedziała i poszła po następną partię prania do
powieszenia.
Na drugi dzień, bladym świtem, mąż ją znalazł półżywą, leżącą na brzegu
jeziora. Gadała coś nieprzytomnie, oczy miała otwarte, lecz dzikie,
niewidzące. Od jeziora leciał smród rozkładu.
* * *
Wojciech siedział w progu i kurzył papierosy, dumał.
Mateusz, który od miesiąca cierpiał na potężne bóle głowy, podniósł się
wreszcie, odłożył okład z wywaru z szałwii, stęknął. Coś się w nim
zmieniło, choć Wojciech nie wiedział co, a raczej nie umiał tego nazwać.
Chłopak zrobił się milczący, trochę ponury, ruchy miał kanciaste,
gwałtowne i szybkie, a słuch i węch wyostrzony. Oczy wciąż błądziły, nie
mogąc się skupić w jednym miejscu. Mało jadł, mało pił, długo spał.
Jeśli spał.
- Płot pójdę naprawić - powiedział. Sięgnął po narzędzia.
- Lepiej ci? - zapytał Wojciech.
- Trochę.
Myśl, krążąca nad Wojciechem jak mucha, ciężka, dokuczliwa, podlatywała
blisko, siadała na chwilę i odlatywała, bucząc, odpędzana. A jednak -
krążyła coraz bliżej, natrętniej...
Przymknął oczy, coś mu się zwidziało... Zobaczył jakiś obraz straszny.
Człowiek to czy zwierzę siedzi na kobiecie, piersi jej tłamsi i dusi,
dociska, a przez to wszystko postać przenika wysoka, dziwna... Zbliża się.
Staje.
- Jezus! - wrzasnął Wojciech, przestraszony. Otworzył oczy i zerwał się
na równe nogi, widząc przed sobą obcego, który nadszedł od furtki.
- Nieee... - pokręcił głową przybyły.
Wojciech zamrugał. Przybysz był wysoki, bardzo blady i jakby napuchły.
Spod starej czapki wystawały srebrne włosy.
- Woda kapie z paska - powiedział Wojciech, wskazując na płaszcz gościa,
założony na gołe ciało.
Przybysz obejrzał się na furtkę.
- Wejdźmy. - Wojciech pchnął drzwi.
Cisza zapadła w izbie.
- Ryby padły w jeziorze... - odezwał się przybyły. - Przyducha.
Wojciech wyciągnął śliwowicę i kieliszki. Nalał. Przepili.
Tik, tik, tik - pykał sekundnik w starym budziku, stojącym na
stole w kuchni.
Obaj mężczyźni wpatrywali się w tarczę zegarka.
- Całe bagnisko zakażone - ciągnął obcy. - Wasz chłopak...
- Chłopak lunatykuje - przerwał dziadek.
Gość przecząco pokręcił głową, nabrał powietrza i powiedział wyraźnie,
cicho, ale dobitnie:
- Chłopak to zmora.
Nagle do domu wszedł Mateusz. Targnął się w miejscu, zatrzymał, odłożył
narzędzia i zerknął na gościa z ciekawością, choć nieufnie.
- Wodnik - szepnął.
Gość poruszył się, poprawił czapkę.
- Rybyś mi zdusił.
Mateusz milczał.
- Tylko jedną - powiedział w końcu. - Małe wypuszczam, ale ta mi
zdechła.
- Przerzuciłeś trawę? - zapytał dziadek. - Nie? To idź.
Chłopak wyszedł posłusznie, chociaż niechętnie.
Dziadek nalał.
Wodnik wypił.
- On nie wie, co robi - odezwał się stary zduszonym głosem.
- Nie wie. Wiesz, czemu nie wie?
- Jego matka... - zaczął Wojciech.
- Mniejsza o matkę - przerwał Wodnik.
Wojciech ścisnął zęby.
- Chłopak ma dwie dusze.
Wojciech nadal milczał.
- Ma dwie dusze... i tylko jedno imię - ciągnął Wodnik, a jego płaszcz
stawał się coraz bardziej wilgotny. A ponieważ Wojciech się nie odezwał,
zapytał jeszcze, żeby się upewnić:
- Dostał dwa imiona na chrzcie?
Stary pokręcił głową.
- Trzeba wyciągnąć z niego drugą duszę, zanim niechcący kogoś zabije -
zaczął Wodnik, ale Wojciech wstał gwałtownie i plasnął dłonią w stół.
- Dosyć - powiedział.
Wodnik wstał także. Przez moment wyglądał tak, jakby wzbierała w nim
furia, ale opanował się i odparł:
- Wiesz, gdzie mnie szukać.
I wyszedł.
Wojciech dopił śliwowicę do końca i wypalił wszystkie papierosy, jakie
miał w domu. W kuchni zrobiło się sino; w głowie huczało, a Wojciech
wymyślił tylko tyle, żeby pójść do księdza.
W kościele pachniało drewnem, kadzidłem i płynem do podłogi, którym
kościelny mył posadzkę. Wojciech przeżegnał się szeroko przed ołtarzem i podszedł do konfesjonału, w którym drzemał proboszcz.
Stary wymamrotał formułę spowiedzi, aż w końcu zebrał się na odwagę i zapytał:
- A ksiądz proboszcz to by ochrzcił jeszcze raz mojego Mateusza?
- Co ty, Kusy? Przecież on chrzczony.
- No tak, ale mnie przy tym nie było.
- Ale położna ochrzciła, sakrament był.
- Bo jakby tak drugi raz, to... Czy człowiek może mieć dwie dusze?
Proboszcz wyszedł z konfesjonału i stanął przed Wojciechem.
- Lepiej się pomódl. Codziennie rano i wieczorem. Przyjdź na nieszpory...
Może z pielgrzymką do Mągowy idź. Pieszo. Do cudownej figury Chrystusa
Frasobliwego idź...
- To nie może? - Nie dawał za wygraną Wojciech.
- Nie bluźnij, człowieku. Klękaj tu, całą litanię do Serca Jezusowego za
pokutę. Odpuszczam ci grzechy.
Ksiądz pochylił się i uczynił znak krzyża nad głową Kusego.
Zawahał się jakby i, pociągając nosem, zapytał:
- Śliwówka?
Nie czekając na odpowiedź, unosząc sutannę, wyszedł do zakrystii.
* * *
Minęło kilka dni. Mateusz leżał na ławie, zakrywając ramieniem twarz. Do
jego głowy napływały rozszczepione obrazy i siadały przy jednej skroni,
mącąc mu pole widzenia, że chodził po omacku. Gdy strzępy robiły się
bardziej kolorowe, a potem rozpływały, rozpoczynał pracę młot kowalski,
który kruszył najmniejszą nawet myśl. Komórki czuciowe zmieniały się w galaretę - czułą, przewodzącą prąd. Mateusz jęczał.
Wojciech dał mu proszki od bólu głowy, które nie pomogły, nakrył kocem,
bo noc się zrobiła, a Mateusz poruszył się, cierpiąc jeszcze bardziej
pod wpływem dotyku. Wreszcie wydawało się, że zasnął. Wyprostował się
bardziej, ułożył spokojnie głowę, a rysy twarzy się wygładziły.
Wojciech przysunął bliżej fotel, czuwał.
Dochodziła północ, starego zaczął morzyć sen, księżyc poćwiartował pokój
na części, a Cecylia zeszła z obrazu i spacerowała po podwórku. Zdało
się Wojciechowi, że idzie z nią na bal do remizy, że jej czerwone buciki
stukają po drewnianej podłodze, a on rwie dla niej kwiatki. I gdy już,
już miał ją objąć i powiedzieć, że piękną ma suknię, przed Cecylią
otworzyła się rozpadlina, głęboka, mięsista... Ziemia wydała z siebie
pomruk i zawyła dziko...
Wojciech skoczył na równe nogi.
Ale Mateusz był szybszy - zerwał się z ławy i rzucił na starego,
przyduszając do podłogi i siadając na piersi okrakiem. Jego ręce
tłamsiły klatkę piersiową Wojciecha, ściskając serce i nie pozwalając na
nabranie oddechu. Oczy starego zapadały się do środka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki