AI
Wszystko
zaczęło się po przeprowadzce. Naprawdę nieźle harowaliśmy na
ten dom. Mnóstwo nieprzespanych godzin, nadgodzin, dupogodzin - w
łóżku, w pracy, w urzędach i bankach. No i udało się! Nasza
trzyosobowa rodzina wreszcie nabyła ten supernowoczesny dom,
mieszaninę cegły, drewna i szkła oplecionego elektroniką.
Wszystko było już "zainstalowane", od budzika zaczynając,
poprzez piekarnik, toster, na antenie oraz monitoringu kończąc.
Deweloper obiecywał, że nie będziemy musieli przez całe dekady
wymieniać sprzętu, ponieważ comiesięczne aplikacje wgrywane w
system domu natychmiast go zapgrejdują, dzięki czemu zawsze
będziemy mieli wrażenie obcowania z najwyższej klasy sprzętem.
Inaczej
rzecz ujmując, dom miał być zasilany przez AI.
Potężny
Lewiatan, który wynurzył się z oceanów wspólnych marzeń -
kredyt - od początku zaczął nas pochłaniać. Nie mam złej
pracy, jestem jednych z głównych kierowników działu produkcji
leków w potężnej korporacji farmaceutycznej, a moja żona,
aktualnie była żona, od lat piastowała stanowisko dziekana
wydziału biotechnologicznego na renomowanej, prywatnej uczelni. Ten
dom zawładnął naszą wyobraźnią od pierwszych chwil, gdy
trafiliśmy na jego projekt w trakcie błądzenia po witrynach
internetowych obiecujących odnalezienie interesującej
nieruchomości. Czas leciał, pięliśmy się po szczeblach kariery
zawodowej, nasz syn dorastał, wygrywając większość z
wojewódzkich olimpiad językowych; mieliśmy samochody w leasingu,
ja mitsubishi, ona toyotę, graliśmy co niedzielę w hologramowe gry
planszowe, które wymagały hełmu 3D, a na obiad często
zamawialiśmy sushi. Dlatego dotychczasowy kolosalny, dwupoziomowy,
urządzony w skandynawskim stylu apartament mieszczący się w
snobistycznym drapaczu chmur, przestał nam wystarczać.
- Musimy
go mieć - wyszeptała z ogniem w oczach żona, oglądając świeżo
zawieszoną na fejsie dewelopera ofertę domu, a ja w żaden sposób
tego nie zanegowałem.
Wydawało
mi się w tamtym momencie naturalne, że owszem, musimy. To dziwne,
że nie pomyślałem wtedy o tym, kiedy ostatni raz byliśmy ze sobą
w łóżku, za to pomyślałem o gigantycznej fali kredytu, prawda?
Urządzenia
powitały nas w skromnym milczeniu, niczym azjatyccy lokaje ze
starych filmów. Uruchomiliśmy je, wgraliśmy aktualizacje i już
można było wydawać rozkazy, gasić/zapalać światła, kazać
podgrzewać łazienkę, wymuszać ciasta lub pieczone kurczaki,
ochłodzić butelkę szampana w lodówce albo werbalnie skonstruować
maślanego tosta, który nagle - proszę, oto jestem! -
materializował się wprost z futurystycznego urządzonka.
Kolejne
aplikacje pojawiały się w czasie, gdy prowadziliśmy nocami ze sobą
niezgrabne monologi, nie za bardzo mając o czym rozmawiać, gdy
jedyną wspólną płaszczyzną zaczęło być to, że pracowaliśmy
- to po pierwsze, a po drugie, że pracowaliśmy na kredyt; nawet
nasz syn przestał nas łączyć, bo dorastał, okazał się istotą
niebinarną czy też sex-binarną, w każdym razie raz nią, a raz
nim, więc miał podwójną ilość zmartwień, co chyba
przyśpieszało jego ruchy separacyjne względem nas; nie wyszedł
najlepiej na cichym kryzysie wygasających mu rodziców, ponieważ
jako kobieta wybiera fatalnych partnerów życiowych, a jako
mężczyzna ma problemy z utrzymaniem pracy. Maszyny aktualizowały
się nadal, gdy przyłapałem żonę na zdradzie: podczas jej
dłuższego posiedzenia w łazience, jej smartfon wyrecytował
dostojnym tonem sonet Petrarki przesłany przez kochasia;
aktualizowały się także wtedy, kiedy ten drugi, a właściwie
trzeci, smutny, poważny młodzieniec ze szpiczastą brodą, typ
melancholijnego Rzymianina, przyszedł się ze mną rozmówić.
Przysięgam, był tak kulturalny, że poczułem się głupio,
nazywając go na wstępie "skurwysynem". Pamiętam, że na do
widzenia, pełen wstydu, podarowałem mu stare, piękne wydanie
Tacyta należące dawniej do mojego świętej pamięci ojca. Nasz syn
był już chyba wtedy po dwóch rozwodach i miał problemy z
narkotykami, dostając się jako świeżo upieczony student na
doskonałą uczelnię. W rytm wydarzeń nadających coraz
wyraźniejszą formę nadchodzącej przyszłości, maszyny łykały
kolejne apki, już nie tylko miały takie ilości funkcji, że z
trudem domyślałem się połowy z nich, ale również zaczynały
mówić, najpierw kilka prostych komunikatów, ot, takie na przykład:
"piwo zmrożono", "tosty przygotowano" itede, itepe, by z
biegiem miesięcy zacząć zadawać pytania, a z biegiem lat
prowadzić niezobowiązującą pogawędkę w trakcie oczekiwania na
podgrzanie zupy lub wyszukanie odpowiedniej stacji telewizyjnej.
Po
dziesięciu latach od kupienia domu, zostałem w nim sam z maszynami.
Maszynami zadającymi mnóstwo pytań, śpiewającymi piosenki,
maszynami cytującymi Emila Ciorana, w którym z niewiadomych dla
mnie powodów zaczytywał się nasz syn tuż po przekroczeniu
czternastego roku życia. Automatyczny barek podsuwał mi kolejne
szklaneczki szkockiej, a ja, rozbity i rozgoryczony, wypłakiwałem
się w chłodne ramię lodówki. Radio natychmiast wyszukiwało
stacje z przyjemnymi melodiami bądź muzyką klasyczną, a
telewizor, komentując rubasznie, włączał pornosy. Nie mam
pojęcia, czy w niemowlęctwie byłem aż tak otulony troską.
Z
czasem doszło do tego, że piekarnik nabrał tożsamości katolika i
w piątki chciał przygotowywać tylko rybę, zaś radio obchodziło
szabas, wyłączając się na weekend; zmywarka ze względu na prawa
kobiet przestała współpracować z konserwatywnym kranem. Moja
kabina natryskowa za każdym razem podkreślała współczesne
niuanse gospodarki ekologicznej dotyczącej zużycia wody, a system
monitoringowy prosił mnie, abym brał udział w jego artystycznych,
filmowych przedsięwzięciach. Dom nabrał życia.
To
było jednak za mało. Nie mogło przywrócić ani żony, ani syna.
Widok otoczenia bombardował mnie nieskończonym łańcuchem
skojarzeń, na końcu którego zawsze czekało cierpienie. Miałem
ochotę sprzedać dom, wynieść się stąd, zacząć wszystko od
nowa. Często myślałem o tym na głos lub omawiałem z najlepszym
przyjacielem przez telefon.
- Nie
możesz mi tego zrobić - zawyrokował drżącym głosem któregoś
dnia futurystyczny, mały toster, w momencie gdy wyleciały z niego
dwie pachnące grzanki.
- Czego?
- zapytałem zdumiony.
- Opuścić
mnie. No po prostu, nie możesz - odparł.
- Ale
przecież masz tu swoich starych znajomych, przyjdą też nowi
właściciele... - próbowałem go niezgrabnie przekonywać.
- Oni
to nie ty... Błagam, zostań tu ze mną. Być może to są moje
ostatnie chwile. Czuję koniec w przewodach - wyszeptał dostojnym
głosem młodego mężczyzny o bardzo starej duszy.
- Nie
zmieniaj domu, lecz otwórz swój umysł - wycedził piekarnik,
wyraźnie urażony moją decyzją.
- Niby
po co? - spytałem lekko zirytowany zaborczością maszyn.
- Bóg
jest miłością - zakomenderował.
Nie
podjąłem tego abstrakcyjnego wątku. Niebawem, gdy świeżo
napisane oraz zredagowane ogłoszenie sprzedaży domu czekało na
swoje życie, pęczniejąc w dysku twardym laptopa, odbył się
wielki przegląd wszelkich instalacji domu. Okazało się, że toster
ciągnie już ostatnimi siłami, będąc najbardziej nieaktualnym
przedmiotem oraz nie sprawując się już jak należy w stosunku do
młodszych, świeższych roczników. Chciano go natychmiast odłączyć,
ale po moich gorących protestach i prośbach, zgodzono się go
odłączyć za pół roku.
- Czy
żadna konserwacja nie jest możliwa? Stać mnie, chętnie zapłacę...
- Nie
ma mowy. Firma musi dbać o porządek. To niemożliwe - zimno
przerwał przysłany fachowiec. - Przykro mi.
- Ale
on jest taki wrażliwy! Śledzi na bieżąco nowinki kuchni
prowansalskiej, uwielbia Chopina oraz Rilkego, a o moim życiu wie
bodaj wszystko. Matka tyle nie wie, co on! Proszę pana, taki mały
toster, ale żeby pan tylko słyszał, jakie ma dobre, godne serce...
- Nie
ma. To tylko maszyna. Cyfrowe królestwo zer i jedynek. Przykro mi. -
Konserwator powtórzył ostatnie zdanie, po czym wyszedł.
- Dziękuję
- wyszeptał toster, podając mi przypaloną grzankę. - Teraz
wiem, że zostaniesz tu dla mnie.
- Nie
mógłbym cię opuścić w tym stanie - powiedziałem, czując, jak
łamie mi się głos.
W
ten sposób zostałem strażnikiem umierającego tostera w otoczeniu
poruszonych urządzeń, które nieubłaganie kroczyły na spotkanie z
nicością. Radio postanowiło aktualizować kadysz, by odmówić
modlitwę tuż po tym, gdy ostatnia iskra w tosterze zgaśnie.
- Chcę,
żebyś obejrzał ze mną Ratatuj
- wyszeptał toster, słyszalnie zrozpaczony.
Natychmiast
przyniosłem laptopa i załadowałem po raz dziesiętny jego ulubiony
film, czując, że one wszystkie idą tą samą ścieżką, którą i
ja wędrowałem od momentu swoich narodzin, a która skracała się
we mnie z każdym kolejnym dniem.
I
to właśnie wtedy poczułem się tak naprawdę samotny.
w
serii kwadrat
ukazały się:
"2008",
"2011", "2014", "2017", "2020" - antologie
współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo
"Made in Roland"
Marcin
Bałczewski
"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Wenanty Bamburowicz "Masy
powietrza"
Waldemar
Bawołek
"To co obok"
Kostia
Berezin (Paweł Laufer)
"Buty Mesjasza"
Jacek
Bielawa "Kościelec"
Maciej Bieszczad "Ultradźwięki"
Dariusz
Bitner
"Książka"
Jarosław
Błahy "Rzeźnik
z Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
Roman
Ciepliński
"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Schyłek", "Życie
zastępcze"
Tomasz
Dalasiński
"Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"
Jerzy
Franczak
"Święto odległości"
Krzysztof
Gedroyć
"Przygody K"
Andrzej
Grodecki
"Iluzje"
Brygida
Helbig
"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech
M. Jakób
"Ciemna materia"
Jarosław
Jakubowski
"Ciemna Dolina", "Wojna"
Bogusław
Kierc
"Bazgroły dla składacza modeli latających"
Wojciech
Klęczar
"Wielopole"
Bogusława
Latawiec
"Ciemnia"
Ryszard
Lenc
"Chimera"
Artur
Daniel Liskowacki
"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco",
"Spowiadania i wypowieści"
Miłka
O. Malzahn
"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
Agnieszka
Masłowiecka
"Pyszne ciało", "Splątanie"
Jarosław
Maślanek
"Ferma ciał"
Piotr Michałowski "Światy
równoległe"
Dariusz
Muszer
"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof
Niewrzęda
"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second
life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa
Elżbieta Nowakowska
"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,
Jakub Nowakowski
"Błogosławieni"
Paweł
Orzeł
"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen
nie przyjdzie)"
Paweł
Przywara
"Ricochette",
"Zgrzewka Pandory"
Gustaw
Rajmus
""Dwie Historie" i inne historie"
Krystyna
Sakowicz
"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan
Sasinowski
"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"
Grzegorz
Strumyk
"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
Łukasz
Suskiewicz
"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
Leszek
Szaruga
"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Izabela
Szolc
"Śmierć w hotelu Haffner"
Łukasz
Szopa
"Kawa w samo południe"
Michał Trusewicz "Przednówki"
Andrzej
Turczyński
"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki
dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Anatol
Ulman
"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Emilia
Walczak
"Hey,
Jude!"
Miłosz
Waligórski
"Kto
to widział"
Henryk Waniek "Miasto
niebieskich tramwajów"
Maciej
Wasilewski
"Jednodniowy
spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w
latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz
Wójcik
"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz
Wróblewski
"Nowa Kolonia"
Maciej
Wróblewski
"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymska
wojna"