Dwaj Frontignacy - Juliusz Verne

Kup ebooka

14.49 zł
11.88 zł (11,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena 2

Marcandier - Imbert - Goście - Carbonnel i Marya (z prawej)

Carbonnel.
Przychodzimy nieco późno - ale to nic nie szkodzi. No, spodziewam się moje dziecko, że ten wieczorek potrafi cię wreszcie rozweselić, tańcząc zdołasz zapomnieć o tym wiecznie zagadkowym dla mnie smutku.
Marya (rozglądając się wokoło)
(n.s.) Może go jeszcze niema! - (gł) Wątpię bardzo... nikogo nie znam... nudzić się będę.
Carbonnel.
Znasz przecie gospodynię domu, panią Roquamor... to wystarczy. Ja także oprócz niej, nikogo więcej nie znam. Poszukajmy jednak gospodarza domu. (spotyka się z Marcandierem spacerującym z Imbertem - Carbonnel kłaniając się Marcandierowi mówi do Maryi) Aha - to on zapewne! (zdziwienie Marcandiera, który się mu nawzajem kłania - do Maryi) Musiałem się pomylić. (kłania się Imbertowi jak wyżej) Co? znowu... nie mam dzisiaj szczęścia... (poznaje Imberta) Ale tak... to pan panie doktorze - przepraszam, nie poznałem cię.. ...dobry wieczór - jak się pan masz...
Imbert (uśmiechając się)
Nie źle - a pan?... (podają sobie ręce) Brałeś mię jak widzę za gospodarza!
Carbonnel.
Tak... przepraszam pana bardzo.. nie mogę nigdzie wyszukać gospodarza. (wskazując Marcandiera) Ten pan nie jest nim także?...
Imbert.
Nie, (przedstawiając) to jest pan Marcandier - jeden z naszych pierwszych spekulantów.
Carbonnel (podając rękę Marcandierowi)
...Bardzo mi przyjemnie.
Imbert (przedstawiając)
Pan Carbonnel - dyrektor towarzystwa asekuracyjnego.
Marcandier (podając rękę Carbonnelowi)
Bardzo mi przyjemnie.
Carbonnel.
Pan należysz zapewne do grona moich klientów?
Marcandier.
Tak panie.
Marcandier - Carbonnel (podając sobie ręce)
Bardzo mi przyjemnie.
Carbonnel (do Imberta)
Czy panu niewiadomo gdzie się obraca teraz gospodarz domu - chcielibyśmy się z nim przywitać.
Imbert.
Pan Raquamor? - Musi zapewne być w wielkim salonie.
Marcandier.
A zapewne, tak.... musi tam być...
Marya (n.s.)
Sebastjan obiecał mi, że każe się przedstawić.... musi zapewne już być...
Carbonnel (podając ramię Maryi)
Chodźmy zatem.
Marcandier i Carbonnel.
(podając sobie ręce) Bardzo mi było przyjemnie.... (Carbonnel i Marya odchodzą - Powoli goście i tłum ustępują)

Scena 1

Marcandier - Imbert - Goście - później Roquamor.
1 szy Gość (stojąc w drzwiach)
Co za natłok!
2 gi Gość
Trzy szyby stłuczone....
1 szy Gość (kończąc)
Dla odświeżenia powietrza! Nic dziwnego - gospodarz skąpy.... brak zupełnie chłodników!...
2 gi Gość.
Pan znasz pana Roquamora.... gospodarza?
1 szy Gość
Nie, wprowadził mię tutaj mój przyjaciel...
2 gi Gość.
W ten sam sposób i ja zostałem wprowadzony. Słyszałem tylko, że jego żona ma być zachwycającą blondynką.
1 szy Gość
Żona Roquamora? - A tak, Antonia jest ładna.... rzeczywiście... bardzo ładna, ale... brak jej - tego.... (pokazuje na piersi)... tuszy.... rozumiesz pan... ja zaś lubię kobiety dobrej tuszy. (po chwili) Patrzno pan jak mój kapelusz wygląda! Całkiem nowy... Kupiłem go wczoraj... Doprawdy nieznośnie prędko niszczą się rzeczy na balach....
Marcandier (wchodzi z Imbertem)
(słysząc ostanie słowa) Ogólne prawidło: idziesz na bal, bierz stary kapelusz.
Imbert (patrząc na nowy kapelusz Marcandiera)
Być może... ale zdaje się, że to prawidło mieści w sobie wyjątki dla niektórych osób...
Marcandier (trochę zmieszany)
Hę? - A tak... bo widzisz nie mogłem znaleść starego kapelusza.
Imbert
Mniejsza o to! - ... Dobrze żeśmy natrafili na ten salonik - tu można przynajmniej swobodnie oddychać!... Szczególna myśl przyszła panu Roquamorowi do głowy: - dawać bal! Od trzech lat nie był w Paryżu - nikt go nie zna... to sławne! -
Marcandier
Mój kochany, myśl tę powzięła żona, a nie mąż. -
Imbert (spostrzegając Roquamora)
Pst! gospodarz nadchodzi!
Marcandier (bardzo głośno)
A! prześlicznie! pysznie - cudownie! Od dawna tak doskonale się nie bawiłem!
Roquamor (wchodzi z prawej)
A - pan doktor! - panie Marcandier - witam - witam.
Imbert.
Winszujemy panu panie Roquamor - winszujemy... wybornie urządziłeś ten miły wieczorek.
Roquamor.
Bardzo proszę... zbytek łaski... Tak - prawda, bal się udał - tylko to mnie gniewa, że oprócz panów nie znam tu żywej duszy.
Marcandier.
Nic dziwnego. Tak długo bawiłeś pan w Marsylii... dla załatwienia interesów... ...obecnie powracasz - a pani Roquamor daje bal, abyś pan mógł zawiązać na nowo znajomości ze światem paryskim... powoli, powoli, zapoznasz się z czasem ze wszystkimi.
Imbert.
Musisz pan być zadowolonym widząc jak panią Roquamor podziwiają, jak jej nadskakują... ilu ma wielbicieli.
Marcandier (cicho)
Bądź że pan cicho! On zazdrosny jak tygrys.
Roquamor (mówi patrząc na salę)
Hm! Mówisz pan o mojej żonie - - o tym tłumie śmiesznych panów, którzy skaczą, kręcą się i latają w około niej... Patrzcie - - właśnie tańczy polkę z jakimś elegantem którego nie znam nawet... umizga się! A! do licha! jakże długo trwa ta polka... przepraszam panów - zaraz służę. (idzie do drzwi w głębi - stara się przecisnąć przez tłum gości w drzwiach stojących)
1 szy Gość (do Roquamora)
Nie trącaj-że pan do licha!
2 gi Gość (opryskliwie)
Mógłbyś pan uważać przecie!
Roquamor.
Tak... przepraszam - prosiłbym jednak...
1 szy Gość.
Możesz pan poczekać.... zaraz się polka skończy....
Roquamor (kłaniając się)
Bardzo przepraszam... zaczekam. (powraca na przód sceny - d.s.) Otóż to, nagroda za moje koszta, trudy i starania.
Marcandier.
(spostrzegając powracającego Roquamora)
Cóż? - nie idziesz pan do żony?
Roquamor (z gniewem)
A tak... łatwy do niej przystęp - chyba poślę po żandarmów, aby mi drogę torowali.
1 szy Gość (do drugiego patrząc na salę)
A! otóż i pani Roquamor... Cudne ramiona!.. Jaka kibić wysmukła.. brawo!
2 gi Gość.
Ba! Kiedy szczupła - ja lubię kobiety... dobrej tuszy.
1 szy Gość.
Dajno pan pokój - wziąłbyś ją pan i taką... gdyby tylko...
Roquamor.
A! do licha... niewytrzymam! -
Marcandier (zatrzymując go)
Powoli! spokojnie! spokojnie mój drogi panie.
Roquamor.
Tak... dobrze panu mówić powoli i spokojnie! - Spokojnie!! - pan myśli, że mię ten bal bardzo bawi!... Pomyśleć tylko, że dając wieczór u siebie, płacę słono za światło, poncz, lody, muzykę etc... i nie zważają na mnie wcale. Nikt mi się nawet nie kłania. Przeciwnie, fukają, potrącają, obrażają mnie.... Dam ja im bal na drugi raz!.. (po chwili) Ależ gorąco!... Cały jestem spocony!.. (wchodzi lokaj z tacą lodów) A chłodniki! Dawaj-że!
Lokaj.
Przepraszam pana.... damy przedewszystkiem mają pierwszeństwo... (wychodzą ze sali goście - tłumnie rzucają się na tacę - wypróżniając ją w jednej chwili) Powoli, panowie! za pozwoleniem!
Roquamor.
Oh!!
Marcandier (zajadając spokojnie lody)
Wyborne!
Roquamor.
Nie udało mi się złapać - ani jednego chłodnika jeszcze... oprócz szklanki orszady.
1 szy Gość.
Co to za bal! Boże zmiłuj się! - Nie ma zarządu - nie ma ani ładu ani składu - Widziałeś pan jak się przed chwilą rzucili na tę nieszczęśliwą tacę!.. Piękne wychowanie! -
2 gi Gość (pijąc poncz)
Sądzisz pan, że gospodarz ma o wiele lepsze wychowanie?! - Wierzaj mi - jaki pan taki kram - i odwrotnie. (po chwili) Do licha, cóż za obrzydliwy poncz...
Roquamor (wściekły)
Mój Panie!!
Marcandier (zatrzymując go)
Cóż znowu! uspokój się!.. Goście, których nawet wcale nie znasz i znać nie potrzebujesz, zostaw ich w spokoju... może to intruzy których nikt nie myślał zapraszać!
Roquamor.
Ależ mój kochany!.. Nie dość że jedzą, piją, tańczą, - słowem bawią się za darmo - jeszcze... - Najlepiej zrobię gdy pójdę do mego pokoju - tam przynajmniej nikt nie ośmieli się ubliżyć mi. Do widzenia - idę! (chce odejść głębią)
1 szy Gość (stojąc we drzwiach)
Pan znowu tutaj!.. Czego pan właściwie żąda... czy pan nie widzi, że tu ciasno - przepchać się nie można.
2 gi Gość.
Dzika natrętność!
Roquamor (d.s.)
Więc nie wolno mi nawet wejść głównemi drzwiami do mego pokoju! muszę się drapać na ciemne schodki! Uff!
(odchodzi na lewo małemi drzwiami)

Scena 3

Marcandier - Imbert.

Marcandier.
Bardzo grzeczny i uprzejmy człowiek - chciałbym jednak już odejść.
Imbert.
Tak prędko!.. Lepiej było wcale nie przychodzić.
Marcandier.
Jakiś ty naiwny mój doktorze... Ale prawda - nie powinienem się dziwić... jesteś stanu wolnego... niezwiązany żadną.... gdysię ma jednak żonę.... mój kochany panie spytajno Roquamora - on zazdrosny, dobrze pojmuje...
Imbert.
Wiem, wiem... (wskazując na salę) Czy to nie pani Marcandier?
Marcandier.
Ona... ona... tańczy z Frontignakiem.
Imbert.
Z pięknym, wiecznie młodym Frontignakiem!
Marcandier. (żywo)
Pan go znasz?
Imbert.
Tak... z widzenia. Najpierwszy ze wszystkich zuchów i elegantów - zawsze młody, zawsze wesół, zawsze świeży mimo swych 45 lat... Musi mieć żelazne zdrowie - a sądząc po sposobie jego życia...
Marcandier. (gniewnie)
A tak - ani podobna znaleść cokolwiek niezdrowego na tym zdrowym człowieku.
Imbert.
Zdawałoby się, że to pana złości?
Marcandier. (ze złością)
Mnie? - Ale cóż znowu! Innego by to złościło - ale mnie... Do kroćset djabłów!... mnie to wcale nie złości... ....Inny na mojem miejscu...
Imbert.
Na pańskiem miejscu?...
Marcandier.
Do kroćset djabłów!! Ten przeklęty Frontignac kosztuje mnie rocznie ni mniej ni więcej jak 30.000 fr.
Imbert.
Jakto?... Cóż to znowu za sprawa?
Marcandier.
Co za sprawa? - Bardzo głupia - zaręczam ci... Wyobraź pan sobie... lat temu dziesięć... Frontignac był chudy jak szkielet... kaszlał, cherlał, nikł widocznie. Przepuścił połowę swego majątku... zostało mu zaledwie 300.000 franków... piękny wprawdzie pieniądz - ale cóż - kapitał ten przynosił mu tylko 15.000 liwrów rocznego dochodu... Przyznaj pan sam, że 30.000 franków rocznie dla zaspokojenia wszystkich jego wymagań - to cokolwiek za mało... Znalazł się wówczas pewien poczciwy człowieczyna - to jest (ze złością) głupiec-błazen - który rzecz całą tak sobie ułożył: "Frontignac kawaler - niema dzieci, niema krewnych - ani spadkobierców - zatem..."
Imbert.
Rozumiem, rozumiem! - "Zróbmy zatem tak, ażeby cały majątek ten przeszedł w moje ręce!... Wcale nie głupio - cóż dalej?
Marcandier.
Tak właśnie. "Wezmę od niego owe 300.000 franków, zobowiąże się płacić mu 10% rocznie dożywocie - a na conto jego słabowitego zdrowia mogę liczyć z całą pewnością, że najdalej za rok będę już zupełnie uwolniony od wypłaty.
Imbert.
Czysty zysk!... Wyborny interes.
Marcandier.
Wyborny pomysł - to prawda - ale interes wcale był kiepski - zaręczam ci. Wprzeciągu sześciu miesięcy bowiem - kaszel ustał, - Frontignac nabrał nieco tuszy - dziś widzisz pan w nim ex-suchotnika... ...pierwszej sorty - zupełnie wyleczonego - Djabli nadali!
Imbert (śmiejąc się)
Ah! ah! Tym zaś głupcem?
Marcandier.
(prędko i ze złością) Byłem ja!... (spostrzegłszy się) To jest... właściwie, tym poczciwym człowiekiem - a ponieważ ta cała historya trwa już od lat dziesięciu i obiecuje pociągnąć jeszcze dłużej... zaręczam panu...
Imbert (kończąc)
Że gdyby Frontignac wpadł w jaką dziurę wcale byś się za nim nie rzucił!
Marcandier (prędko)
Słowo honoru panu daję!
Imbert.
Wierzę!
Marcandier.
Zresztą - widzisz pan - moje zasady...
Imbert.
Zabraniają panu...
Marcandier.
Nie to... ale jak się przed chwilą dowiedziałeś jestem klientem pana Carbonnel, jestem asekurowanym na życie - jako taki - nie mam prawa narażać się na niebezpieczeństwo - byłoby to oszukiwaniem towarzystwa.
Imbert.
Mniejsza o to. W gruncie rzeczy cała ta sprawa mało mię obchodzi. Dobranoc.
Marcandier.
Pan odchodzisz?
Imbert.
Niemam żony do pilnowania Bogu dzięki! - Do widzenia!
Marcandier.
Słówko jeszcze. Oto Frontignac nadchodzi właśnie z Eweliną i panią Roquamor. Opatrz go pan kiedy przy sposobności.... tak, mniej więcej... potem mi powiesz - Nieraz ci ludzie o złym fundamencie... Rozumiesz?
Imbert.
Dobrze dobrze - inną razą. (wychodzi)
(Muzyka grać przestaje - Goście przechodzą do salonu)