Rozdział IV
Te Deum
na cześć zwycięstwa pod Lens
Ciągły ruch na mieście wywołany był zwycięstwem pod Lens, o którym książę Kondeusz zawiadomił stolicę przez księcia de Châtillon. Oprócz radosnego poselstwa miał on polecenie zawiesić u sklepienia kościoła Notre-Dame dwadzieścia dwa sztandary, zdobyte na Lotaryńczykach i Hiszpanach.
Wieść ta miała znaczenie wielkie i decydujące, ucinała bowiem spór, wszczęty pomiędzy parlamentem a dworem królewskim.
Wszystkie nowe, doraźne podatki, jakim parlament się przeciwstawiał, wnoszone były przez stronników dworu jako niezbędne dla utrzymania honoru Francji i w błogiej a ryzykownej nadziei pokonania wroga. Ponieważ jednak od bitwy pod Nordlingen klęski spadały jedna po drugiej, parlament miał zatem prawo interpelować Mazariniego, gdzie są owe wiecznie obiecywane zwycięstwa.
Teraz za to nie można było zaprzeczyć zwycięstwa, i to nie byle jakiego. Ogólnie też zgadzano się, iż był to triumf podwójny dla rządu: triumf na zewnątrz i triumf wewnętrzny. Nawet młodociany król, gdy go ta wieść doszła, wykrzyknął z zapałem:
- A! Panowie radcy parlamentu, zobaczymy, co teraz powiecie!
Usłyszawszy to, Anna Austriaczka przycisnęła do łona dziecię królewskie, którego dumny i nieugięty charakter odpowiadał w zupełności jej uczuciom.
Zwołano radę tego samego wieczoru.
Nic nie wyszło na jaw z tego, co postanowiono na owej radzie. Dowiedziano się jedynie, iż następnej niedzieli odśpiewane zostanie Te Deum w katedrze Notre-Dame, na cześć zwycięstwa pod Lens.
Owóż tej niedzieli Paryżanie zbudzili się pełni wesela: w owej epoce Te Deum miało wielkie znaczenie. Nie nadużyto jeszcze wtedy tego rodzaju nabożeństwa, dlatego sprawiało ono olbrzymie wrażenie. Słońce, jakby pragnęło brać udział w święceniu uroczystego dnia, świeciło jasno, złocąc ciemne wieże katedry, przepełnionej od rana masą ludu. Ciasne uliczki w okolicy kościoła wyglądały świątecznie, bulwarami rzeki ciągnęli mieszczanie, rzemieślnicy, kobiety i dzieci, płynący do Notre-Dame jak fale wody do źródła. Sklepy opustoszały, domy pozamykano; wszyscy pragnęli zobaczyć młodego króla z matką i okrzyczanego kardynała Mazariniego, znienawidzonego przez ogół.
Wolność i swoboda panowały pomiędzy nagromadzonym ludem; wygłaszano opinie, jakie kto wyznawał, czuć było w powietrzu wzburzenie, a głosy ludzkie dźwięczały na podobieństwo dzwonów, które ze wszystkich kościołów Paryża zlewały się w jedno uroczyste TeDeum. Policja składała się z mieszczan, nic więc nie mąciło swobody w okazywaniu wzgardy i miotaniu pogróżek na znienawidzonego kardynała.
Jednakowoż o ósmej z rana pułk gwardii królowej, pod dowództwem Guitauta i Comminges'a, z trębaczami na czele, rozwinął się dwoma szeregami od Palais-Royal aż do Notre-Dame. Paryżanie manewr ten przyjęli spokojnie, ciekawi, jak zawsze, muzyki wojskowej i świetnych mundurów.
Wystrojony Friquet postarał się o chwilową fluksję, wypchawszy policzek niezliczoną masą pestek od wisien, i z tego powodu uwolniony został na cały dzień przez Bazina, swego przełożonego.
We drzwiach kościoła Friquet pozbył się puchliny twarzy przez proste wyplucie pestek, a Bazinowi posłał jeden z tych gestów uliczników paryskich, jakie dają im pierwszeństwo nad łobuzami wszystkich miast europejskich. W gospodzie zaś, gdzie posługiwał, powiedział, że idzie służyć do mszy w Notre-Dame.
Friquet był zatem swobodny i jak to widzieliśmy, przywdział swe najbardziej paradne szaty. A najgodniejszą ozdobę jego stroju stanowiło nakrycie głowy. Było to coś niby beret średniowieczny, niby kapelusz z czasów Ludwika XIII. To arcydzieło sztuki kapeluszniczej siedemnastego wieku z jednego boku miało kolor żółty i zielony, z drugiego zaś biały i czerwony. Opuściwszy Bazina, Friquet pobiegł do Palais-Royal; właśnie wtedy wychodził stamtąd pułk gwardii, a ponieważ Friquetowi dlatego tylko tak spieszno było, aby napaść oczy widokiem mundurów, a uszy muzyką zaczął tedy iść przed kompanią gwardii, naśladując bęben za pomocą dwóch uderzanych o siebie dachówek, a potem naśladując ustami trąbkę.
Lecz gdy pułk się rozwinął i zajął stanowiska aż do końca ulicy Saint-Christophe, w bliskości ulicy Cocatrix, gdzie mieszkał Broussel, wtedy Friquetowi przypomniało się, że był na czczo jeszcze i począł rozmyślać, w którą by się stronę udać, ażeby dostać śniadanie. Po długim namyśle zdecydował, że radca Broussel powinien go dziś nakarmić. Ruszył też z kopyta i zdyszany zaczął dobijać się do drzwi pana radcy. Stara służąca Broussela, a matka Friqueta, otworzyła przerażona.
- A ty co tu robisz, nicponiu? - zawołała. - Dlaczego nie jesteś w kościele?
- Byłem już, matko Nanette - rzekł Friquet - lecz dzieją się tam rzeczy niesłychane, o jakich pan Broussel powinien wiedzieć, więc za pozwoleniem pana Bazina, zakrystiana... pobiegłem, aby pomówić z panem Brousselem.
- Powiedzże mi, czego chcesz od pana Broussela?
- Chcę mu powiedzieć - zaczął Friquet, krzycząc z całych sił - że pułk gwardii idzie w tę stronę. Słyszałem także, jak mówią, że u dworu źle jest widziany i że coś knuje się przeciw niemu. Przychodzę zatem ostrzec go, niech się ma na baczności.
Broussel posłyszał krzyk chłopaka i kontent z wiernego sprzymierzeńca, zszedł na pierwsze piętro.
- E! Mój przyjacielu - rzekł - co mnie obchodzi straż królewska? Czy ci się w głowie pomieszało, żeby takie krzyki wyprawiać z tego powodu? Czyż nie wiesz, że to już taki zwyczaj, że ten pułk tworzy szpaler podczas przejazdu króla?
Friquet udał zdziwienie i obracał nową czapkę w palcach.
- Bóg świadkiem, nie wiedziałem, co to znaczy, i sądziłem, iż powinienem ostrzec pana. Nie gniewaj się pan na mnie, panie Broussel...
- Ależ nie gniewam się, mój chłopcze, przeciwnie, podoba mi się twoja gotowość do usług. Moja Nanette, zajrzyj no do brzoskwiń, które przysłała nam wczoraj z Noisy pani de Longueville, i daj z pół tuzina twemu synkowi, a także kawałek świeżego chleba.
- O! Bardzo dziękuję - rzekł Friquet - ja, proszę pana, właśnie lubię okropnie brzoskwinie.
Broussel poszedł do żony i kazał podać śniadanie. Było pół do dziesiątej. Pan radca usiadł przy oknie i wyglądał przez nie. Pusto było na ulicy, lecz w dali, jak szum morza, rozlegał się szmer ludzkich głosów wokół kościoła Notre-Dame.
Głośniej się jeszcze zrobiło, gdy d'Artagnan z kompanią muszkieterów stanął na warcie przy drzwiach katedry. Powiedział Portosowi, aby skorzystał z okazji i przyjrzał się z bliska ceremonii. Portos, też w stroju galowym, dosiadł najpiękniejszego konia ze swej stajni i z dobrej woli pełnił służbę muszkietera.
O dziesiątej wystrzałem z armaty oznajmiono wyjazd króla z Luwru. Tłumy narodu jak wierzchołki drzew, pochylone wiatrem, chwiały się poza nieruchomymi muszkietami straży. Na koniec ukazał się król z królową-matką w złoconej karecie.
- Niech żyje król! - wołano dokoła.
Młody monarcha wyjrzał oknem karety, uśmiechnął się nieznacznie i lekko, a poważnie skłonił głowę, co podwoiło zapał i okrzyki tłumów.
Orszak sunął pomału; blisko pół godziny przebywał przestrzeń pomiędzy Luwrem a kościołem. Gdy nareszcie stanął u celu, wszyscy wysiedli i udali się pod ciemne sklepienia olbrzymiej katedry. Nabożeństwo się zaczęło.
W chwili gdy dwór zajmował miejsca przed ołtarzem, jedna z karet z herbami Comminges'ów wysunęła się z szeregu dworskiego i stanęła na rogu zupełnie pustej ulicy Saint-Christophe. Czterech żołnierzy z gwardii i policjant, którzy dotąd szli za powozem, wsiedli do niego, pospuszczali firanki i spoza nich patrzyli w ulicę Cocatrix, jak gdyby kogoś stamtąd oczekiwali.
Friquet tymczasem, dostawszy brzoskwiń, poszedł na plac naprzeciw drzwi katedry i zajadając owoce, patrzał na króla, królową i Mazariniego, zupełnie jakby do mszy służył.
Gdy nabożeństwo miało się ku końcowi, królowa zwróciła się do Comminges'a, stojącego obok i czekającego na potwierdzenie rozkazu, jaki otrzymał od niej przed wyjazdem z Luwru, i rzekła półgłosem:
- Idź już, Comminges, niech ci Bóg pomaga!
Comminges wyszedł natychmiast z kościoła i udał się na ulicę świętego Krzysztofa.
Friquet zobaczył pięknego oficera, a za nim dwóch gwardzistów, niewiele więc myśląc, poszedł za nimi, tym bardziej że nic go już nie zatrzymywało na miejscu, ponieważ król opuścił świątynię i wsiadł do karety.
Skoro tylko policjant siedzący w powozie spostrzegł Comminges'a, ukazującego się na rogu ulicy Cocatrix, szepnął parę słów woźnicy, a ten zaciął konie i podjechał pod drzwi domu, gdzie mieszkał Broussel. Comminges pukał już do drzwi, gdy wehikuł zatrzymał się przed nimi. Friquet czekał za oficerem, aż drzwi się otworzą.
Oficer wybadał lokaja i dowiedział się, że Broussel siedzi obecnie przy stole. Comminges udał się za lokajem, a Friquet szedł tuż za nim. Broussel jadł obiad z rodziną. Naprzeciw niego siedziała żona, po bokach dwie córki, przy końcu stołu syn, Louvi?re. Zacny ojciec rodziny, zdrów zupełnie, zajadał piękne owoce, przysłane przez panią Longueville.
Comminges zatrzymał lokaja, chcącego anonsować wizytę, otworzył drzwi i stanął wśród zgromadzonej rodziny. Na widok wojskowego Broussel zmieszał się trochę, lecz widząc, że tenże kłania się grzecznie, powstał i także się ukłonił. Pomimo jednak zamienionych grzeczności na twarzach kobiet malował się niepokój. Louvi?re zbladł jak ściana i czekał niecierpliwie, aż oficer się odezwie.
- Panie - rzekł Comminges - przynoszę rozkaz królewski. Polecono mi aresztować pana - i wierz mi pan, oszczędź sobie trudu czytania tego długiego listu, tylko zbieraj się i chodź ze mną.
Gdyby piorun padł pośród tych spokojnych ludzi, nie byłby w stanie okropniejszego uczynić wrażenia. Broussel cofnął się, drżąc cały. Straszna to była rzecz w owej epoce, być uwięzionym z rozkazu króla. Louvi?re rzucił okiem na szpadę, leżącą na krześle w kącie pokoju; lecz spojrzenie zacnego Broussela, który pomimo wszystko nie stracił głowy, powstrzymało go od tego desperackiego kroku. Pani Broussel, oddzielona od męża szerokością stołu, zalewała się łzami; dziewczęta ściskały i całowały ojca.
- Dalej, panie - rzekł Comminges - spieszmy się, trzeba być posłusznym królowi.
- Nie jestem zdrów, mój panie - przemówił Broussel - nie mogę w tym stanie iść do więzienia, upraszam o zwłokę.
- To niemożebne - odparł Comminges - rozkaz jest wyraźny i musi być spełniony w tej chwili.
- To niemożebne! - odezwał się silny głos z głębi pokoju.
Oficer odwrócił się i ujrzał starą Nanette z miotłą w ręku, z oczami ciskającymi błyskawice.
- Poczciwa Nanette, uspokój się - rzekł Broussel - proszę cię bardzo!
- Ja! Mam być spokojna, gdy mego pana aresztują! Podporę, oswobodziciela, ojca biednego narodu! O! To mnie pan jeszcze nie znasz! No! Wynoś się pan za drzwi! - krzyknęła do oficera.
Comminges się uśmiechnął.
- Panie radco - rzekł - bądź łaskaw, ucisz tę kobietę i chodź za mną.
- On chce, żebym ja była cicho! Ja!... - wrzeszczała Nanette. - Doskonale! Nie potrafisz tego dokazać, piękny ptaszku królewski. Zobaczysz natychmiast...
Pani Nanette skoczyła, otworzyła okno i na całe gardło zaczęła wołać, że ją było słychać na całym placu przed katedrą:
- Na pomoc! Ratujcie pana Broussela! Aresztują go, ponieważ bronił ludu. Na pomoc!
Comminges złapał wpół służącą, chcąc ją odciągnąć od okna, lecz w tejże chwili drugi głos, wychodzący z poddasza, nie mniej przenikliwie rozległ się po placu:
- Mordują! Pali się! Trzymajcie mordercę! Zabijają pana Broussela! Gardło podrzynają panu Brousselowi!
To Friquet tak krzyczał. Nanette, słysząc tę pomoc, zaczęła na nowo wołać z całych sił.
W oknach ukazały się głowy ciekawych. Ludzie zaczęli się zbiegać całymi masami. Friquet zbiegł z góry i wskoczył na kozioł powozu.
- Aresztują pana Broussela!... - zawołał - dwóch gwardzistów siedzi w karecie, a oficer jest na górze.
Tłum zaczął szemrać, otoczono konie. Dwóch ze straży, pozostałych przy bramie, poszło na górę do pana Comminges'a, ci zaś, co byli w karecie, otworzyli drzwiczki i skrzyżowali lance.
- Czy widzicie ich?... - krzyknął Friquet. - To oni!
Woźnica śmignął batem Friqueta, aż zawył z bólu.
- A ty diabelski furmanie! - zawołał chłopak. - Mieszasz się? Poczekaj!
Skoczył znów na poddasze i stamtąd obrzucił woźnicę całym słownikiem wyzwisk ulicznikowskich.
Pomimo wojowniczych demonstracji straży, a może właśnie dlatego, tłumy coraz ciaśniej opasywały powóz. Gwardziści cofnęli najodważniejszych, koląc pikami. Nic to nie pomogło, zbiegowisko powiększało się z każdą chwilą; ciekawscy napływali ze wszystkich stron, nie mogąc się zmieścić w ulicy; nacisk zmniejszał coraz bardziej wolną przestrzeń pomiędzy tłumem i karetą jaką jeszcze starano się utrzymać długością lanc. Żołnierze dostawali się już pod koła powozu.
Wołanie: "W imieniu króla!" - ze dwadzieścia razy powtarzane przez policjanta - nie miało wpływu na pospólstwo, owszem zdawało się je drażnić jeszcze. Aż naraz, właśnie na krzyk: "W imieniu króla!", przypadł jeździec jakiś i widząc mundury w poniewierce, rzucił się w tłum ze szpadą w ręku, niosąc niespodziewaną pomoc gwardzistom.
Był to zaledwie szesnastoletni młodzieniec, blady z oburzenia. Zsiadł z konia, oparł się plecami o dyszel powozu, wyjął z olster pistolety, zatknął je za pas i począł wymachiwać szpadą z wprawą człowieka oswojonego z podobnymi rzeczami. Przez dziesięć minut sam jeden powstrzymywał napór ludu. Ujrzano wtedy Comminges'a, pchającego Broussela przed sobą.
- Rozszarpać karetę! - wrzeszczał lud.
- Na pomoc! - krzyczała stara sługa.
- Biją! Mordują! Zabijają! - wołał Friquet, ciskając wszystkim, co miał pod ręką w strażników.
- W imieniu króla! - powtarzał Comminges.
- Pierwszemu, co się zbliży, w łeb palnę! - zawołał Raul - i właśnie kolnął szpadą jakiegoś olbrzyma, chcącego go przydusić, który poczuwszy, że jest raniony, cofnął się z przekleństwem.
Młodzieńcem tym był bowiem Raul. Wracając z Blois, chciał zobaczyć uroczystość Te Deum i pojechał w stronę katedry. W bliskości uliczki Cocatrix pociągnięty został przez tłum, a słowa: "W imieniu króla!" przypomniały mu, co powiedział Atos: "Służ wiernie królowi". Przybiegł też walczyć za króla, którego gwardię poniewierano.
Comminges wpakował Broussela do karety i sam za nim wskoczył. W tejże chwili rozległ się strzał; kula przeszyła kapelusz Commingesa i strzaskała rękę gwardziście. Comminges obejrzał się i zobaczył wśród dymu groźne oblicze Louvi?re'a w oknie drugiego piętra.
- Dobrze, panie - rzekł Comminges - usłyszysz jeszcze o mnie...
- I ty także, mój panie - odparł Louvi?re. - Zobaczymy, kto będzie miał ostatnie słowo.
- Śmierć oficerowi, zabić go! - wrzeszczała tłuszcza.
- Jeden krok jeszcze - zawołał Comminges, odsłaniając firanki, aby było widać, co się dzieje w powozie, i przykładając koniec szpady do piersi Broussela - jeden krok jeszcze, a przebiję więźnia. Mam rozkaz dostawić go żywego lub umarłego; dostawię trupa, to na jedno wyjdzie.
Rozległ się straszny krzyk: żona i córki Broussela błagalnie wyciągały ręce do ludu. Tłum pojął, że ten oficer - blady i stanowczy - dotrzyma słowa; nie przestano się odgrażać, lecz ustąpiono z drogi.
Pojechali tedy, przerzynając tłumy, lecz na bulwarze stanęli. Kareta się przewróciła, lud obstąpił konie. Straż zaczęła już zabierać się do obrony ostrzami lanc. Ostateczna ta i krwawa obrona rozjątrzyła lud do reszty. Ukazały się w tłumie lufy muszkietów, zabłysły rapiery, strzelano w powietrze wprawdzie, lecz echo wystrzałów odbijało się w sercach ludu; z okien ciskano na straż różne przedmioty. Wołanie: "Śmierć oficerowi! Śmierć gwardzistom! Do Sekwany z oficerami!", słychać było coraz częściej.
Raul w zgniecionym kapeluszu, z zakrwawioną twarzą, czuł, że siła, a nawet przytomność go opuszczają; mgła przesłoniła mu wzrok, a przez tę mgłę widział sto podniesionych rąk, gotowych spaść na niego. Comminges w przewróconej karecie rwał włosy z wściekłości. Straż nie mogła pomóc nikomu, zmuszona bronić się sama. Wszystko zdało się skończone: powóz, konie, straż, a może i więzień, wszystko miało być roztratowane, zmiażdżone.
Naraz rozległ się głos, dobrze znany Raulowi, a szeroka szpada błysnęła w powietrzu. Oficer muszkieterów, siekąc na prawo i lewo, dopadł Raula i wziął go w ramiona właśnie w chwili, gdy ten miał runąć na ziemię.
- Na krew Chrystusa! - krzyknął oficer. - Czyżby go zamordowali? O! W takim razie biada im!
Odwrócił się z tak strasznym wyrazem twarzy, iż najodważniejsi z buntowników cofnęli się, pchając jeden drugiego, a niektórzy wpadli do Sekwany.
- Pan d'Artagnan!... - wyszeptał Raul.
- Tak! Na Boga! To ja, we własnej osobie, i jak mi się zdaje, bardzo w porę dla ciebie, mój młody przyjacielu. Hola! Do mnie tu, wy tam, wszyscy - zawołał, stając w strzemionach, podnosząc szpadę i przywołując głosem i gestami muszkieterów, którzy pozostali w tyle. - Wymieść te śmiecie. Do muszkietów! Przyłożyć broń! Odwieść kurki! Złożyć się!
Na taką komendę - tłum cały przypadł do ziemi gwałtownie, głowy się pochyliły; d'Artagnan nie mógł się wstrzymać od śmiechu.
- Dzięki ci, d'Artagnanie - rzekł Comminges, wyłażąc do połowy z przewróconej karety - dziękuję i tobie także, młody szlachcicu! Jak się nazywasz? Abym mógł królowej powiedzieć.
Raul miał już wymienić nazwisko, gdy d'Artagnan szepnął mu do ucha:
- Cicho bądź, pozwól mnie odpowiedzieć.
- Nie trać czasu, Comminges - powiedział - wyleź z karety, jeżeli możesz, i każ sprowadzić inną.
- Ale jaką i skąd?
- A na Boga, pierwszą lepszą jadącą przez Pont-Neuf. Ci, co w niej siedzieć będą ustąpią z radością, aby się królowi przysłużyć. Spiesz się, bo za pięć minut będzie już za późno, wszyscy napastnicy powrócą ci na kark z muszkietami i ze szpadami. Zabiją cię, a więźnia uwolnią. Spójrz no! Jakaś kareta nadjeżdża.
Następnie szepnął znów do Raula:
- Przede wszystkim nie mów, jak się nazywasz.
Młody człowiek spojrzał na niego zdziwiony.
- Dobrze, dobrze, biegnę już - rzekł Comminges - a jeżeliby powrócili tu napastnicy, daj do nich ognia.
- O! Tego nie zrobię - odrzekł d'Artagnan - zachowam się spokojnie; jeden strzał, dany w tej chwili, drogo by nas jutro kosztował.
Comminges z czterema gwardzistami i tyluż muszkieterami pobiegł naprzeciw jadącego powozu. Kazał wysiąść tym, którzy jechali, i sprowadził ekwipaż. Gdy przyszło wyprowadzić Broussela z połamanego wehikułu, gdy lud ujrzał tego, którego zwał swoim oswobodzicielem, wszczęły się znów krzyki, pogróżki i całe tłumy waliły znów na karetę.
- Odjeżdżaj co prędzej - rzekł d'Artagnan. - Masz dziesięciu muszkieterów do eskorty, a dwudziestu zostawiam dla powstrzymania ludu. Jedź, nie trać ani minuty. Dziesięciu ludzi do pana Comminges'a!
Dziesięciu odłączyło się od kolumny. Otoczyli nową karetę i pojechali galopem. Wrzawa się podwoiła; z górą dziesięć tysięcy ludzi cisnęło się na bulwarze, zalewało Pont-Neuf i przyległe ulice. Strzelano kilkakrotnie. Jeden z muszkieterów został raniony.
- Naprzód! - zakomenderował d'Artagnan, doprowadzony do ostateczności.
I z dwudziestoma ludźmi zaatakował masy ludu, które cofały się przerażone. Jeden tylko człowiek nie ruszył się z miejsca; stał z bronią w ręku.
- A! - powiedział człowiek ten. - Ty już raz chciałeś go zamordować!
I wycelował do d'Artagnana, który w pełnym galopie najeżdżał na niego.
D'Artagnan położył głowę na szyi konia, gdy młody człowiek dał ognia; kula oberwała pióro na kapeluszu muszkietera. Rozwścieczony koń wpadł na niebacznego, który sam jeden chciał burzę powstrzymać, i przyparł go do muru. D'Artagnan osadził konia na miejscu i gdy jego muszkieterowie dobiegli do niego, podniósł szpadę i szedł na tego, którego obalił.
- Panie! - zawołał Raul, poznając młodego człowieka z ulicy Cocatrix. - Panie, oszczędź go, to jego syn.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.