Dwa skrzydła. O relacji wiary z rozumem - Brian B. Clayton, Douglas Lee Kries

Kup ebooka

49.90 zł
39.35 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

"Wiara i ro­zum są jak dwa skrzy­dła, na któ­rych duch ludzki unosi się ku kon­tem­pla­cji prawdy"[1] - tak św. Jan Pa­weł II roz­po­czął swoją en­cy­klikę Fi­des et ra­tio z 1998 roku. Na­szym za­mia­rem w ni­niej­szej książce jest nie tylko po­ka­zać, że rze­czy­wi­ście, na co wska­zy­wał pa­pież, oba skrzy­dła ist­nieją, lecz także wy­ja­śnić, jak można je zin­te­gro­wać, by współ­dzia­łały w ży­ciu po­szcze­gól­nych lu­dzi. Po wielu la­tach wy­kła­da­nia na stu­diach li­cen­cjac­kich ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tów do­szli­śmy do wnio­sku, że książka o ta­kiej te­ma­tyce jest obec­nie nie­zwy­kle po­trzebna. Za­miast bo­wiem wi­zji dwóch współ­pra­cu­ją­cych ze sobą skrzy­deł, uno­szą­cych czło­wieka ku kon­tem­pla­cji prawdy, pro­po­nuje się dzi­siaj ob­raz, kon­ty­nu­ując me­ta­forę św. Jana Pawła II, zgod­nie z któ­rym czło­wiek unosi się ku praw­dzie za po­mocą tylko jed­nego skrzy­dła. Mówi się, że wiara i ro­zum to nie przy­ja­ciele, lecz wro­go­wie; ry­wale, któ­rzy nie są w sta­nie dojść do po­ro­zu­mie­nia, mię­dzy któ­rymi trzeba do­ko­nać wy­boru. Jedni gło­szą, że ro­zum, szcze­gól­nie w swej współ­cze­snej sza­cie nauk przy­rod­ni­czych, stoi w opo­zy­cji do przyj­mo­wa­nia cze­go­kol­wiek na wiarę. Inni zaś twier­dzą, że wiara jest je­dy­nym wia­ry­god­nym źró­dłem prawdy, po­nie­waż nie można ufać za­du­fa­nemu ro­zu­mowi ludz­kiemu. Za­miast dwóch skrzy­deł two­rzą­cych tan­dem pro­po­nuje się dzi­siaj pew­nego ro­dzaju sa­mo­oka­le­cze­nie: od­cię­cie jed­nego ze skrzy­deł i pró­bo­wa­nie lotu wy­łącz­nie za po­mocą dru­giego.

Ar­gu­men­ta­cja św. Jana Pawła II za ist­nie­niem i zin­te­gro­wa­nym dzia­ła­niem dwóch skrzy­deł ludz­kiego do­świad­cze­nia nie jest nowa i dla­tego bę­dziemy w tej książce opie­rać się na tra­dy­cyj­nym na­ucza­niu chrze­ści­jań­skim o re­la­cji mię­dzy wiarą a ro­zu­mem. Je­ste­śmy przy tym świa­domi, że to kla­syczne sta­no­wi­sko musi się ja­koś od­nieść za­równo do au­ten­tycz­nych pro­ble­mów i py­tań, jak i do uprze­dzeń na­szych cza­sów. W związku z tym bę­dziemy sta­rali się uka­zać, jak uję­cia tra­dy­cyjne mają się do współ­cze­snych de­bat. Wszyst­kie ar­gu­menty oma­wiane w ko­lej­nych roz­dzia­łach mo­głyby być jesz­cze bar­dziej do­pre­cy­zo­wane i pew­nie można wy­su­nąć wzglę­dem nich wiele uwag. Nie pi­szemy jed­nak pracy dla spe­cja­li­stów, lecz dla zwy­kłych czy­tel­ni­ków. Na­szym ce­lem było na­pi­sa­nie książki, dzięki któ­rej zy­skają oni ogólną orien­ta­cję w oma­wia­nych w niej kwe­stiach, a po­przez to unikną po­wszech­nych nie­po­ro­zu­mień i pu­ła­pek, które ra­czej za­my­kają, niż otwie­rają na dal­sze do­cie­ka­nia. W ni­niej­szej pracy pro­po­nu­jemy prze­gląd naj­waż­niej­szych kon­ku­ru­ją­cych ze sobą sta­no­wisk. Czy­tel­nicy, któ­rzy mają spo­sob­ność i chęć do dal­szego ich ba­da­nia, mogą sko­rzy­stać z bi­blio­gra­fii umiesz­czo­nej na końcu książki. Na­szą in­ten­cją było na­pi­sa­nie moż­li­wie naj­lep­szego wpro­wa­dze­nia dla stu­diu­ją­cych pod­sta­wowe aspekty re­la­cji mię­dzy wiarą i ro­zu­mem. Nie było za to na­szym za­mia­rem na­pi­sa­nie stu­dium, które owo do­cie­ka­nie de­fi­ni­tyw­nie by za­mknęło.

Po­win­ni­śmy jesz­cze do­dać słowo o ewen­tu­al­nej afi­lia­cji re­li­gij­nej ad­re­sata tejże książki. Dwa skrzy­dła zo­stały na­pi­sane z ka­to­lic­kiego punktu wi­dze­nia, na który ogromny wpływ wy­wie­rają dok­tryny św. Au­gu­styna i św. To­ma­sza z Akwinu. Mimo to są­dzimy, że na­sze sta­no­wi­sko jest zgodne z punk­tem wi­dze­nia więk­szo­ści po­staci wiary chrze­ści­jań­skiej. Co wię­cej, uwa­żamy, że pod­sta­wowe za­sady, któ­rych bro­nimy w tej książce, mo­głyby być z pew­nymi uwa­gami i za­strze­że­niami uznane także na grun­cie ju­da­izmu oraz is­lamu. W toku wy­wodu bę­dziemy się więc czę­sto od­no­sić do au­to­rów i do­ku­men­tów ka­to­lic­kich, ale bę­dziemy także za­zna­czać, ja­kie jest miej­sce po­szcze­gól­nych bro­nio­nych tu tez w na­ucza­niu uzna­wa­nym przez in­nych chrze­ści­jan, a także przez ży­dów i mu­zuł­ma­nów. W książce tej wiele miej­sca po­świę­camy fi­lo­zo­ficz­nemu i czy­sto ra­cjo­nal­nemu sta­no­wi­sku, zwa­nemu te­izmem, a te­izm, przy­naj­mniej w ogól­nym swym za­ry­sie, łą­czy chrze­ści­jań­stwo, ju­da­izm oraz is­lam. Pod­sta­wowe py­ta­nie sta­wiane w pracy można wy­ra­zić w for­mie okresu wa­run­ko­wego: "Je­śli dla da­nej osoby wią­żące są za­równo wiara re­li­gijna, jak i czy­sto ra­cjo­nalna fi­lo­zo­fia, to jak może je po­go­dzić w jed­nym spój­nym świa­to­po­glą­dzie?". Na­sza ar­gu­men­ta­cja su­ge­ruje, że ta­kie po­dwójne zwią­za­nie z re­li­gią i fi­lo­zo­fią jest moż­liwe, ale za­miast na­ma­wia­nia do osta­tecz­nej de­cy­zji na rzecz ka­to­li­cy­zmu, bę­dziemy ra­czej dą­żyć do wy­ja­śnie­nia wszel­kich im­pli­ka­cji sta­no­wi­ska in­te­gru­ją­cego wiarę i ro­zum. W trak­cie pi­sa­nia książki mie­li­śmy na uwa­dze głów­nie ka­to­li­ków, ale każdy te­ista po­wi­nien w niej zna­leźć po­moc dla sie­bie.

Ni­niej­sza po­zy­cja jest owo­cem na­szej dłu­go­let­niej pracy w In­sty­tu­cie "Wiara i Ro­zum" Uni­wer­sy­tetu Gon­zaga, który to In­sty­tut zo­stał for­mal­nie usta­no­wiony w 1999 roku w celu pro­mo­cji zin­te­gro­wa­nego ro­zu­mie­nia re­la­cji mię­dzy dwoma skrzy­dłami ludz­kiego du­cha, zgod­nie z wi­zją św. Jana Pawła II. Jed­nym z pierw­szych efek­tów dzia­łal­no­ści In­sty­tutu był kurs skie­ro­wany do stu­den­tów na­szego uni­wer­sy­tetu za­ty­tu­ło­wany po pro­stu Wiara i ro­zum. Wy­kłady prze­zna­czono dla stu­den­tów koń­czą­cych uczel­nię, aby im wy­ja­śnić, jak wiara i ro­zum, któ­rych osią­gnię­cia po­zna­wali w trak­cie wcze­śniej­szych lat stu­diów, winny zo­stać zin­te­gro­wane w spój­nym świa­to­po­glą­dzie osoby z wyż­szym wy­kształ­ce­niem.

W roz­wój kursu swój wkład wnio­sło kilku pra­cow­ni­ków Wy­działu Fi­lo­zo­fii Uni­wer­sy­tetu Gon­zaga: Ro­bert J. Spit­zer SJ, ów­cze­sny rek­tor uczelni, po­przez swą re­flek­sję nad im­pli­ka­cjami współ­cze­snej astro­fi­zyki i ko­smo­lo­gii dla kwe­stii wiary i ro­zumu oraz nad pro­ble­mem zła, Mi­chael Tkacz, za­ło­ży­ciel In­sty­tutu wraz ze Spit­ze­rem, dzięki swej spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy w za­kre­sie śre­dnio­wiecz­nej fi­lo­zo­fii przy­rody oraz Da­vid Cal­houn po­przez roz­le­głe ana­lizy sto­sunku wiary do bio­lo­gii ewo­lu­cyj­nej. Po­cząt­kowo kurs Wiara i ro­zum pro­wa­dzili Spit­zer, Tkacz i Cal­houn. My na­to­miast, au­to­rzy ni­niej­szej książki, jako pra­cow­nicy Wy­działu Fi­lo­zo­fii Uni­wer­sy­tetu Gon­zaga kon­ty­nu­ujemy i roz­wi­jamy ich pracę w ra­mach te­goż kursu. Wkład Briana Clay­tona, obec­nego dy­rek­tora In­sty­tutu "Wiara i Ro­zum", wy­raża się w jego roz­le­głej wie­dzy o fi­lo­zo­fii re­li­gii w tra­dy­cji ana­li­tycz­nej. Za­in­te­re­so­wa­nia Do­uglasa Kriesa oscy­lują przede wszyst­kim wo­kół re­la­cji wiary do etyki i fi­lo­zo­fii po­li­tycz­nej.

In­sty­tut "Wiara i Ro­zum" oprócz roz­wi­ja­nia swego fla­go­wego kursu or­ga­ni­zo­wał wiele kon­fe­ren­cji i go­ścił wielu my­śli­cieli. Re­flek­sja na­szych go­ści sty­mu­lo­wała myśl wy­żej wy­mie­nio­nych fi­lo­zo­fów, a po­przez to po­śred­nio wpły­nęła na roz­wój kursu Wiara i ro­zum. Nie po­dej­miemy na­wet próby spo­rzą­dze­nia wy­czer­pu­ją­cej li­sty tych, któ­rzy w ten spo­sób nam po­mo­gli, ale na­leży przy­wo­łać przede wszyst­kim Wil­liama E. Car­rolla, obec­nie z Uni­wer­sy­tetu Oks­fordz­kiego oraz Ste­phena M. Barra z In­sty­tutu Ba­daw­czego Bar­tol Uni­wer­sy­tetu De­la­ware. Mu­simy z wdzięcz­no­ścią wspo­mnieć też o wni­kli­wych uwa­gach Erica Kin­can­nona, Hugh La­forta i Ri­charda McC­lel­landa, na­szych ko­le­gów, od­po­wied­nio z Wy­dzia­łów Fi­zyki, Bio­lo­gii i Fi­lo­zo­fii Uni­wer­sy­tetu Gon­zaga. Jedna z sy­no­wych Briana Clay­tona, Re­née Tow­ler Clay­ton, do­star­czyła nam ry­sunki osób nie­wi­do­mych i sło­nia wy­ko­rzy­sta­nych w roz­dziale 14, a także ilu­stra­cje efektu Dop­plera pre­zen­to­wa­nego w roz­dziale 16. Wresz­cie do­ce­niamy wspar­cie Ber­narda J. Co­ugh­lina SJ - w na­szych wy­sił­kach ogromną po­mocą było choćby prze­wo­dze­nie Ka­te­drze Fi­lo­zo­fii Chrze­ści­jań­skiej im. Ber­narda Co­ugh­lina przez Do­uglasa Kriesa[2].

Wsku­tek zmiany pro­gramu na­ucza­nia na Uni­wer­sy­te­cie Gon­zaga kurs Wiara i ro­zum prze­stał być przed­mio­tem obo­wiąz­ko­wym, ale jest on wciąż do­stępny dla stu­den­tów w in­nej for­mie. W na­szej oce­nie wy­kład ten zo­stał udo­sko­na­lony i nad­szedł czas, aby udo­stęp­nić go szer­szemu gronu od­bior­ców. Wy­daje się za­tem tym bar­dziej wła­ściwe, aby ni­niej­szą pracę za­de­dy­ko­wać tym stu­den­tom Uni­wer­sy­tetu Gon­zaga, któ­rzy wiel­ko­dusz­nie uczest­ni­czyli w kur­sie, gdy nie był on jesz­cze tak do­brze uło­żony i upo­rząd­ko­wany. To ich cier­pli­wość i wy­trzy­ma­łość umoż­li­wiła usu­nię­cie wad w tre­ści i struk­tu­rze książki.

Po­nie­waż ni­niej­sza praca nie jest prze­zna­czona dla za­wo­do­wych aka­de­mi­ków, zde­cy­do­wa­li­śmy się nie za­bu­rzać toku wy­wodu od­no­śni­kami. Względ­nie rzadko, kiedy uwa­ża­li­śmy za ko­nieczne przy­pi­sać daną ideę kon­kret­nemu au­to­rowi, wy­mie­niamy jego na­zwi­sko w tek­ście głów­nym, a jego prace w bi­blio­gra­fii na końcu książki.

We­dług nas Dwa skrzy­dła mogą się przy­dać szcze­gól­nie trzem gru­pom czy­tel­ni­ków. Po pierw­sze, mamy na­dzieję, że książka ta bę­dzie czy­tana z po­żyt­kiem poza sa­lami wy­kła­do­wymi przez do­ro­słych nie­spe­cja­li­stów. Po dru­gie, może być wy­ko­rzy­sty­wana jako pod­ręcz­nik na li­cen­cjac­kich stu­diach fi­lo­zo­ficz­nych. Je­śli lek­tura po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów zo­sta­nie uzu­peł­niona przez tek­sty wy­mie­nione w bi­blio­gra­fii, to pre­zen­to­wa­nej pracy mogą rów­nież z po­wo­dze­niem uży­wać stu­denci stu­diów ma­gi­ster­skich.

1

DWA SKRZY­DŁA - RÓŻ­NICA MIĘ­DZY WIARĄ A RO­ZU­MEM

Kiedy my­ślimy o fi­lo­zo­fie So­kra­te­sie, to pierw­szą rze­czą, która rzuca nam się w oczy, jest to, że nie­ustan­nie za­da­wał on py­ta­nia. Druga rzecz, na którą zwra­camy uwagę, to jego czę­ste nie­za­do­wo­le­nie z od­po­wie­dzi, które na te py­ta­nia otrzy­my­wał. Za­zwy­czaj pro­wa­dziły one tylko do ko­lej­nych py­tań. Cza­sem ciąg py­tań i od­po­wie­dzi w roz­mo­wach spi­sa­nych przez Pla­tona pro­wa­dził wy­łącz­nie do ośmie­sze­nia się przez dys­ku­tanta So­kra­tesa, zde­ma­sko­wa­nego jako osoba, która w isto­cie ni­czego nie wie. Jed­nak cza­sem, gdy du­sza prze­py­ty­wa­nej osoby była wła­ści­wie przy­go­to­wana i otwarta, So­kra­tes łą­czył z nią swe siły, aby wspól­nie po­przez ciąg py­tań i od­po­wie­dzi po­szu­ki­wać prawdy. So­kra­tes opi­sy­wał to po­szu­ki­wa­nie prawdy po­przez za­da­wa­nie co­raz bar­dziej pre­cy­zyj­nych py­tań oraz udzie­la­nie co­raz bar­dziej ade­kwat­nych od­po­wie­dzi jako ro­dzaj po­żą­da­nia lub "mi­ło­ści" po­dob­nej do tej, jaką pi­jak da­rzy wino albo ko­cha­nek piękne ciało. Fi­lo­zof jest ana­lo­gicz­nie mi­ło­śni­kiem prawdy, a kiedy zbliża się do prawdy lub na­wet w pew­nym sen­sie ją osiąga, staje się on "mi­ło­śni­kiem mą­dro­ści".

Kiedy roz­wa­żamy po­stać Abra­hama, na­zy­wa­nego "oj­cem wszyst­kich wie­rzą­cych", za­zwy­czaj przy­cho­dzi nam na myśl hi­sto­ria o jego go­to­wo­ści do po­świę­ce­nia swego uko­cha­nego syna, Iza­aka, gdy są­dził, że taka ofiara jest zgodna z wolą Boga. We­dług opisu z Księgi Ro­dzaju wiara Abra­hama w Boże słowo i obiet­nicę była tak wielka, że ufał on Panu na­wet wtedy, gdy Bóg po­pro­sił go o coś, co wy­da­wało się stać w sprzecz­no­ści z Jego wcze­śniej­szym sło­wem i obiet­nicą. Abra­ham nie za­da­wał wielu py­tań, tak przy­naj­mniej wy­nika z za­pisu jego hi­sto­rii. Jego dzia­ła­nie nie po­le­gało na bra­niu udziału w dys­ku­sji skła­da­ją­cej się z ciągu py­tań i od­po­wie­dzi. Ra­czej sły­szał on słowo Boga i od­po­wia­dał na nie. Jego ak­tyw­ność w opo­wie­ści o ofie­rze z Iza­aka wy­ja­śnia nie ka­te­go­ria ludz­kiej ro­zum­no­ści, lecz ka­te­go­ria za­ufa­nia w do­sko­nałą Bożą do­broć i moc, na­wet gdy ta po­tężna do­broć nie jest oczy­wi­sta dla ludz­kiego ro­zu­mie­nia. Mimo że Abra­ham nie ro­zu­miał Boga cał­ko­wi­cie, ufał Mu, po­nie­waż w ja­kiś spo­sób "poj­mo­wał" prawdę o Nim - na przy­kład prawdę, że Bóg jest do­sko­nale do­bry i wszech­mocny. W od­po­wie­dzi na Bo­ski na­kaz, cho­ciaż był on nie­zwy­kle trudny, wręcz nie­moż­liwy do speł­nie­nia, oj­ciec wszyst­kich wie­rzą­cych po­ka­zał, że on także jest mi­ło­śni­kiem - mi­ło­śni­kiem Boga.

A. ZA­DA­WA­NIE PY­TAŃ A ZA­UFA­NIE

Jak do­tąd róż­nica mię­dzy So­kra­te­sem a Abra­ha­mem ogni­skuje się w róż­nicy mię­dzy po­stawą za­da­wa­nia py­tań a po­stawą za­ufa­nia. Mu­simy być więc bar­dziej pre­cy­zyjni w opi­sie tych dwóch ak­tyw­no­ści. Gdy za­da­jemy py­ta­nie, to w isto­cie pro­simy o ra­cję czy też o po­wód. Naj­waż­niej­szymi py­ta­niami wy­dają się być te brzmiące: "Dla­czego?". Być może ktoś wy­po­wie­dział ja­kiś po­gląd, a my chcemy wie­dzieć, dla­czego są­dzi, że jego po­gląd jest słuszny. Chcemy wie­dzieć, czy ist­nieją ra­cje wspie­ra­jące taki po­gląd. Wy­daje się, że So­kra­tes czę­sto py­tał się in­nych, aby do­wie­dzieć się, czy dys­po­no­wali oni ra­cjami na rzecz swych opi­nii. Za­zwy­czaj od­kry­wał, że ich nie po­sia­dali!

Jed­nakże cza­sem So­kra­tes py­tał się lu­dzi, któ­rzy od­po­wia­dali mu w spo­sób cał­kiem wia­ry­godny; po­tra­fili oni po­dać ra­cję lub ra­cje na rzecz opi­nii, które gło­sili. Je­śli mie­li­by­śmy roz­wa­żyć te opi­nie i ra­cje w spo­sób bar­dziej for­malny, to po­wie­dzie­li­by­śmy, że opi­nie gło­szone przez lu­dzi są jak wnio­ski z ro­zu­mo­wa­nia, a ra­cje, które mają na celu wspar­cie praw­dzi­wo­ści wnio­sku, są jak prze­słanki ar­gu­mentu. Cza­sami prze­słanki tak sil­nie wspie­rają wnio­sek, że mo­żemy po­ku­sić się o stwier­dze­nie, iż go "do­wo­dzą". In­nymi słowy, po­nie­waż prze­słanki ar­gu­mentu są bar­dzo silne, to stwier­dzamy, że wnio­sek musi być praw­dziwy. Za­da­wa­nie py­tań jest więc ni­czym in­nym niż pro­sze­niem o po­da­nie prze­sła­nek dla ro­zu­mo­wa­nia, któ­rego wnio­sek zo­stał już sfor­mu­ło­wany. Je­śli po­przez tę pro­ce­durę od­kry­jemy, że prze­słanki są mocne, to skut­kiem tego od­kry­jemy też, że praw­dziwy jest sąd, który sta­nowi wnio­sek ro­zu­mo­wa­nia. Pro­ces ro­zu­mo­wa­nia czy też ar­gu­men­to­wa­nia to nie­ustanne prze­cho­dze­nie od prze­sła­nek do wnio­sków i na od­wrót. Re­flek­sja nad ro­zu­mo­wa­niem po­lega za­tem na ana­li­zie ar­gu­men­tów pod ką­tem tego, czy są one na tyle mocne, by skut­ko­wać prawdą. Je­śli osiąga się bie­głość w pro­ce­sie ro­zu­mo­wa­nia czy też ar­gu­men­to­wa­nia w celu uzy­ska­nia prawdy, to można po­wie­dzieć, że upra­wia się fi­lo­zo­fię. Z dru­giej strony "fi­lo­zo­fia" zna­czy z ję­zyka grec­kiego "umi­ło­wa­nie mą­dro­ści", za­tem upra­wia­jący fi­lo­zo­fię nie tylko jest bie­gły w ro­zu­mo­wa­niach, ale także znaj­duje w nich upodo­ba­nie. Jest go­towy po­świę­cić całe swe ży­cie na udo­sko­na­la­nie pro­cesu za­da­wa­nia py­tań i od­po­wia­da­nia na nie.

Kiedy ktoś ufa bądź wie­rzy dru­giej oso­bie, ak­cep­tuje jej opi­nię bez po­zna­nia lub na­wet bez za­py­ta­nia o po­wody, dla któ­rych ją przy­jęła. Przy­kła­dowo, być może twoja star­sza sio­stra jest ma­kle­rem gieł­do­wym lub eko­no­mistką i ra­dzi ci za­in­we­sto­wać pewną sumę pie­nię­dzy w dane ak­cje. Być może wy­gła­sza opi­nię, że owe ak­cje zy­skają w naj­bliż­szym cza­sie na war­to­ści. Fi­lo­zof mógłby za­py­tać twoją star­szą sio­strę o ra­cje, które skła­niają ją do ta­kiego my­śle­nia. Mógłby chcieć wie­dzieć, jaki ro­dzaj wie­dzy wy­ni­ka­jący z ana­lizy kur­sów ak­cji i eko­no­mii umoż­li­wia jej ta­kie, a nie inne prze­wi­dy­wa­nia. Ale być może ty nie je­steś za­in­te­re­so­wany fi­lo­zo­fo­wa­niem z sio­strą. Po pro­stu stwier­dzasz, że prze­pra­co­wała ona na gieł­dzie wiele lat i praw­do­po­dob­nie wie, co mówi. Poza tym jest twoją sio­strą, za­tem nie chcia­łaby cię umyśl­nie skrzyw­dzić. Po ta­kiej re­flek­sji nie je­steś za­in­te­re­so­wany py­ta­niem o ra­cje. Ufasz swo­jej sio­strze, wie­rzysz jej bądź też masz wiarę w nią. W ta­kim wy­padku oby­wasz się bez po­szu­ki­wa­nia ra­cji i ak­cep­tu­jesz au­to­ry­tet sio­stry w da­nej dzie­dzi­nie. Przyj­mu­jesz kon­klu­zję two­jej sio­stry bez ana­li­zo­wa­nia prze­sła­nek.

W ten oto spo­sób za­czy­namy ro­zu­mieć róż­nicę mię­dzy wiarą a ro­zu­mem. Fi­lo­zof opiera się na ro­zu­mie, stara się usta­lić prawdę da­nej opi­nii przez ba­da­nie prze­sła­nek wy­su­wa­nych na jej rzecz. Wie­rzący ufa, przyj­muje prawdę da­nej opi­nii bez za­po­zna­wa­nia się ze wszyst­kimi bądź na­wet z ja­ki­mi­kol­wiek sto­ją­cymi za nią prze­słan­kami.

W ko­lej­nym roz­dziale za­sta­no­wimy się, czy rze­czy­wi­ście So­kra­tes i Abra­ham róż­nią się od sie­bie tak, jak po­ka­zują to na­sze do­tych­cza­sowe ana­lizy. Po­ka­żemy, że ich po­dej­ście do wy­żej oma­wia­nych za­gad­nień za­wiera w so­bie wię­cej niu­an­sów, niż do­tąd przed­sta­wia­li­śmy. Po­mi­ja­jąc to do­pre­cy­zo­wa­nie, można stwier­dzić, że mnó­stwo osób ulega cze­muś, co na­zwa­li­by­śmy "so­kra­tej­skim im­pul­sem" kie­ru­ją­cym ich w stronę pew­nego eks­tre­mum - do przy­ję­cia punktu wi­dze­nia zwa­nego ra­cjo­na­li­zmem; ist­nieje też spora grupa lu­dzi, któ­rzy ule­gają cze­muś, co na­zwa­li­by­śmy "Abra­ha­mo­wym im­pul­sem" kie­ru­ją­cym ich w stronę in­nego eks­tre­mum - do przy­ję­cia punktu wi­dze­nia zwa­nego fi­de­izmem.

B. RA­CJO­NA­LIZM I JEGO ZA­LETY

Przez ra­cjo­na­lizm ro­zu­miemy sta­no­wi­sko, zgod­nie z któ­rym, aby przy­jąć dane twier­dze­nie, trzeba po­dać do­wód jego praw­dzi­wo­ści. Można też po­wie­dzieć, że ra­cjo­na­lizm jest po­glą­dem, we­dle któ­rego nie po­win­ni­śmy być prze­ko­nani o ni­czym, chyba że znamy ra­cje, które czy­nią dany sąd praw­dzi­wym bądź fał­szy­wym. Praw­do­po­dob­nie sta­no­wi­sko to w swej naj­czyst­szej po­staci przed­sta­wił w 1877 roku Wil­liam Clif­ford w eseju za­ty­tu­ło­wa­nym Etyka prze­ko­nań. Clif­ford przed­sta­wił w nim swój punkt wi­dze­nia za po­mocą ale­go­rii. Wy­obra­żał so­bie wła­ści­ciela okrętu, który za­sta­na­wia się, czy wy­słać w po­dróż grupę lu­dzi okrę­tem, który być może nie jest już zdatny do że­glugi. Okręt jest stary i wy­ma­gał w prze­szło­ści na­praw, skut­kiem czego wła­ści­ciel żywi wąt­pli­wo­ści co do jego stanu. Po­mimo tego prze­zwy­cięża wa­ha­nia i prze­ko­nuje sa­mego sie­bie, że z po­dróż­ni­kami bę­dzie wszystko w po­rządku. Gdy sta­tek to­nie, a jego pa­sa­że­ro­wie tracą ży­cie, wła­ści­ciel po­biera pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia i mil­czy jak grób. Dla czy­tel­ni­ków eseju Clif­forda jest ja­sne, że w owej ale­go­rii wła­ści­cie­lowi statku od­po­wiada ktoś pro­pa­gu­jący re­li­gię (du­chowny bądź ka­zno­dzieja), kto zbiera pie­nią­dze od wier­nych i mimo że sam żywi wąt­pli­wo­ści co do praw­dzi­wo­ści gło­szo­nych przez sie­bie nauk, nie waha się wy­sy­łać lu­dzi w po­dróż prze­cie­ka­jącą łajbą.

W oce­nie Clif­forda wła­ści­ciel okrętu jest od­po­wie­dzialny za śmierć pa­sa­że­rów, po­nie­waż miał wąt­pli­wo­ści co do okrętu, a mimo to po­słał go w po­dróż; po­dob­nie nie­mo­ral­nie po­stę­puje wy­znawca prze­ko­nań re­li­gij­nych, po­nie­waż wie­rzy w coś bez ra­cjo­nal­nego do­wodu. Clif­ford jako ra­cjo­na­li­sta wy­snu­wał wnio­sek, że nie na­leży ani przyj­mo­wać ja­kie­go­kol­wiek prze­ko­na­nia, ani wy­gła­szać ja­kich­kol­wiek opi­nii, chyba że jest się w sta­nie po­dać ewi­dentne ra­cje za tymi prze­ko­na­niami bądź opi­niami. Zwięźle sfor­mu­ło­wał swoje sta­no­wi­sko w te­zie, która stała się znana jako "za­sada Clif­forda": "Za­wsze, wszę­dzie i bez względu na osobę nie­słusz­nie jest ży­wić prze­ko­na­nie oparte na nie­do­sta­tecz­nym świa­dec­twie".

Sta­no­wi­sko ra­cjo­na­li­zmu można po­przeć kil­koma ar­gu­men­tami. Pierw­szy i naj­bar­dziej oczy­wi­sty głosi, że je­śli ktoś po­stę­po­wałby zgod­nie z su­ge­stiami za­sady Clif­forda, to wy­gła­szałby wy­łącz­nie praw­dziwe sądy. Je­śli stwier­dzi­li­by­śmy, że X jest prawdą, to by­łoby tak tylko w wy­padku in­te­lek­tu­al­nego uchwy­ce­nia przez nas ra­cji za tym, że X jest prawdą, dzięki na­szym zdol­no­ściom ro­zu­mo­wa­nia i są­dze­nia. Nie­stety, nie trzeba dłu­giego ży­cia, by mieć świa­do­mość, że wiele opi­nii, które wy­gła­szają lu­dzie, oka­zuje się nie­praw­dziwa. Pro­blem nie po­lega na tym, że lu­dzie z pre­me­dy­ta­cją kła­mią (choć cza­sem rze­czy­wi­ście są skłonni kła­mać), lecz na tym, że for­mu­łują sądy, dla któ­rych nie dys­po­nują wszel­kimi moż­li­wymi ra­cjami. Skut­kiem tego ludz­kie opi­nie oka­zują się być nie­praw­dziwe, na­wet je­śli w mo­men­cie ich wy­gła­sza­nia ich au­to­rzy są prze­ko­nani, że są one praw­dziwe. Gdyby wszy­scy żyli tak, jak za­chę­cają nas do tego ra­cjo­na­li­ści, ten po­ważny pro­blem for­mu­ło­wa­nia fał­szy­wych opi­nii zo­stałby wy­eli­mi­no­wany.

Być może jesz­cze waż­niej­szym ar­gu­men­tem za ra­cjo­na­li­zmem niż ten, że dzięki niemu lu­dzie wy­gła­szają tylko praw­dziwe sądy, jest ar­gu­ment mó­wiący, że ra­cjo­na­lizm za­pew­nia także, że lu­dzie wie­dzą, dla­czego ich sądy są praw­dziwe. Weźmy po­wszech­nie znane do­świad­cze­nie z cza­sów szkoły pod­sta­wo­wej: ucząc się ma­te­ma­tyki, do­wie­dzie­li­śmy się, że we wszyst­kich trój­ką­tach pro­sto­kąt­nych (a do­kład­nie rzecz uj­mu­jąc, we wszyst­kich trój­ką­tach pro­sto­kąt­nych ist­nie­ją­cych w płasz­czyź­nie Eu­kli­de­so­wej) suma kwa­dra­tów dłu­go­ści przy­pro­sto­kąt­nych jest równa kwa­dra­towi dłu­go­ści prze­ciw­pro­sto­kąt­nej. Na­uczy­li­śmy się tego po­przez pro­sty wzór: a2 + b2 = c2. Być może pa­mię­tamy, że kiedy pierw­szy raz nam o nim po­wie­dziano, wy­dał się nam nie­praw­do­po­dobny, ale kiedy sto­so­wa­li­śmy go do kon­kret­nych trój­ką­tów, o dziwo, "dzia­łał". Od­kry­li­śmy, że wzór nie tylko za każ­dym ra­zem "dzia­łał", ale rów­nież że dzięki niemu mo­gli­śmy roz­wią­zać pewne cie­kawe pro­blemy prak­tyczne, ta­kie jak zmie­rze­nie od­le­gło­ści mię­dzy bazą do­mową a drugą bazą na bo­isku do bejs­bola. Po­tem, w nieco star­szym wieku, do­wie­dzie­li­śmy się z pod­ręcz­ni­ków do ma­te­ma­tyki, dla­czego twier­dze­nie Pi­ta­go­rasa jest praw­dziwe. Wie­dza dla­czego nie po­maga nam w za­sa­dzie roz­wią­zać żad­nego prak­tycz­nego pro­blemu, ale i tak je­ste­śmy prze­ko­nani, że le­piej jest znać ra­cje niż ich nie znać. In­nymi słowy, cho­ciaż jest do­brze twier­dzić, że za­cho­dzi X i że jest prawdą, że za­cho­dzi X, to jesz­cze le­piej jest twier­dzić, że za­cho­dzi X, i wie­dzieć, dla­czego X za­cho­dzi. Prze­ko­na­nia i opi­nie, które oka­zują się praw­dziwe, są z pew­no­ścią lep­sze niż prze­ko­na­nia i opi­nie, które oka­zują się fał­szywe, ale jest czymś jesz­cze lep­szym wie­dzieć, dla­czego praw­dziwe opi­nie, które wy­gła­szamy, są praw­dziwe, a to dla­tego, że w tym dru­gim wy­padku nie tylko je­ste­śmy w po­sia­da­niu praw­dzi­wej opi­nii, ale rów­nież cze­goś, co mo­żemy okre­ślić jako wie­dzę. Ra­cjo­na­lizm nie­sie więc z sobą tę ko­rzyść, że nie tylko za­pew­nia wy­da­wa­nie przez lu­dzi praw­dzi­wych opi­nii, ale także po­sia­da­nie przez nich wie­dzy.

C. FI­DE­IZM I JEGO ZA­LETY

Roz­ważmy te­raz al­ter­na­tywne sta­no­wi­sko fi­de­izmu. Być może naj­bar­dziej wy­mowne wy­ra­że­nie tego po­glądu znaj­dziemy w książce S?rena Kier­ke­ga­arda Bo­jaźń i drże­nie z 1843 roku, która jest swego ro­dzaju hoł­dem zło­żo­nym opo­wia­da­niu o ofie­rze z Iza­aka czy też o go­to­wo­ści Abra­hama do po­świę­ce­nia Iza­aka z 22 roz­działu Księgi Ro­dzaju. Kier­ke­ga­ard twier­dził, iż wła­śnie dla­tego, że żą­da­nie Boga było wbrew ro­zu­mowi Abra­hama, jego od­po­wiedź cał­ko­wi­tego za­ufa­nia czy też "nie­skoń­czo­nej re­zy­gna­cji" wzglę­dem Boga była wła­ściwa. Brak ro­zum­no­ści wy­da­wał się Kier­ke­ga­ar­dowi pod­sta­wo­wym wa­run­kiem wiary, po­nie­waż gdyby Abra­ham ro­zu­miał po­wody Bo­skiego roz­kazu, nie miałby wtedy wiary. Wiara jest przy­naj­mniej ara­cjo­nalna, a naj­wy­raź­niej cza­sem także an­ty­ra­cjo­nalna i z tego po­wodu musi jej to­wa­rzy­szyć "bo­jaźń i drże­nie". Fi­de­ista głosi za­tem, że ro­zum nie jest i nie może być na­rzę­dziem przy­dat­nym w osą­dza­niu prze­ko­nań re­li­gij­nych. "Fi­de­izm" to słowo wy­wie­dzione z ła­ciń­skiego fi­des, a fi­des od­nosi się do wiary, a nie do ra­tio czy też do ro­zumu. We­dle fi­de­isty pre­zen­to­wa­nie ra­cji i po­szu­ka­nie wie­dzy o mor­skich okrę­tach (na­wią­zu­jąc do me­ta­fory Clif­forda) ni­jak się ma do prze­ko­nań re­li­gij­nych. W prze­ci­wień­stwie do So­kra­tesa Abra­ham nie sie­dział cier­pli­wie i nie roz­wa­żał, czy Bóg ist­nieje. Nie za­sta­na­wiał się, czy słowo Boże jest słuszne, oce­nia­jąc różne ar­gu­menty w świe­tle swego ogra­ni­czo­nego ro­zu­mie­nia, ra­czej to sam Bóg prze­mó­wił, Abra­ham na­to­miast za­ufał i uwie­rzył, że Bóg ma w tym wszyst­kim swój cel.

Po­dob­nie do ra­cjo­na­li­zmu fi­de­izm ma rów­nież swoje za­lety. Być może naj­więk­szą jest jego ugrun­to­wa­nie w ludz­kim do­świad­cze­niu za­ufa­nia. Naj­le­piej to wy­ja­śnić po­przez ana­lo­gię mał­żeń­ską. De­cy­zja o po­ślu­bie­niu dru­giego, re­al­nie ży­ją­cego czło­wieka nie jest skut­kiem ra­cjo­nal­nej kal­ku­la­cji czy też sy­lo­gi­zmu. Nie mówi się prze­cież: "Cóż, bio­rąc pod uwagę ra­cje X, Y, Z, do­sze­dłem do wnio­sku, że po­wi­nie­nem cię za­py­tać, czy za mnie wyj­dziesz". Gdyby ktoś usły­szał ta­kie oświad­czyny, z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem by je od­rzu­cił. De­cy­zja o mał­żeń­stwie ba­zuje na za­ufa­niu do dru­giej osoby. Mał­żon­ko­wie ni­gdy tak na­prawdę nie wie­dzą, a na­wet nie mogą wie­dzieć, czy druga strona do­trzyma przy­sięgi mał­żeń­skiej. Mają oni wiarę bądź za­ufa­nie, że tak uczyni, a ich uf­ność nie wy­nika z czy­sto ra­cjo­nal­nej kal­ku­la­cji. Roz­sze­rza­jąc me­ta­forę Clif­forda, można po­wie­dzieć, że zgod­nie z fi­de­istycz­nym spoj­rze­niem na do­świad­cze­nie re­li­gijne Bóg za­pra­sza nas na okręt, a my na niego wcho­dzimy lub nie, dla­tego że ufamy bądź nie ufamy za­pra­sza­ją­cemu. Jed­nak w żad­nym wy­padku nie wstrzy­mu­jemy się z wy­pły­nię­ciem na mo­rze do czasu, gdy do­ko­namy wła­snej in­spek­cji! Nie cho­dzi tu na­wet o to, że fi­de­ista są­dzi, że wie­dza o Bogu jest nie­moż­liwa (acz­kol­wiek część fi­de­istów rze­czy­wi­ście tak my­śli), ale o to, że taka wie­dza ni­gdy nie roz­strzyga de­cy­zji o za­ufa­niu Bogu.

Je­śli pierw­szą za­letą, która przy­cho­dzi nam na myśl, gdy roz­wa­żamy fi­de­izm, jest umiesz­cze­nie wiary w kon­tek­ście za­ufa­nia, to być może jesz­cze więk­szą ko­rzy­ścią pły­nącą z tego sta­no­wi­ska jest to, że wy­daje się ono le­piej opi­sy­wać rze­czy­wi­ste do­świad­cza­nie Boga. Więk­szość wie­rzą­cych mówi bo­wiem, że spo­tyka Boga pod­czas Eu­cha­ry­stii, w na­tchnio­nych pi­smach Ko­ścioła albo też w cza­sie ce­le­bra­cji sza­batu lub czy­ta­nia Tory w sy­na­go­dze, pod­czas ra­ma­danu, we­wnątrz ummy lub w ci­szy ich serc i su­mień. Nie twier­dzą, że zna­leźli ja­kiś sy­lo­gizm, po­przez który do­świad­czają Bo­żej obec­no­ści. Po­wszech­ność ludz­kiego do­świad­cze­nia nie świad­czy od razu o jego praw­dzie, au­ten­tycz­no­ści lub wia­ry­god­no­ści; prze­cież po­dob­nie po­wszech­nymi do­świad­cze­niami czło­wieka są gniew lub pra­gnie­nie ze­msty. Mimo wszystko je­ste­śmy dużo bar­dziej skłonni ufać do­świad­cze­niu, które jest za­równo prze­ży­ciem oso­bi­stym, jak i wspól­nym wielu in­nym lu­dziom, a za­ufa­nie i wiara są osią­galne i do­świad­czane za­równo przez mło­dych, jak i sta­rych, za­bie­ga­nych i ży­ją­cych bez po­śpie­chu, in­te­lek­tu­al­nie spraw­nych i tych mniej w tym za­kre­sie uta­len­to­wa­nych.

Zo­staje nam więc do roz­wią­za­nia pewna za­gadka. Za­równo po­stawa So­kra­tesa, jak i Abra­hama wy­dają się prze­ko­nu­jące. Sta­no­wi­ska ra­cjo­na­li­zmu i fi­de­izmu ja­wią się jako tak samo atrak­cyjne i praw­do­po­dobne. Na­szą pierw­szą re­ak­cją na na­po­tka­nie dwóch opcji, z któ­rych obie zdają się być do­bre i wska­zane, jest próba ich usze­re­go­wa­nia. W spo­sób na­tu­ralny za­da­jemy so­bie py­ta­nie: "Która z tych opcji jest lep­sza?". Aby jed­nak do­ko­nać oceny obu opcji w celu ich po­rów­na­nia, mu­simy dys­po­no­wać wspól­nymi kry­te­riami - kry­te­riami, na które zga­dzają się obie strony de­baty. Dla na­szej za­gadki jest to jed­nak nie­moż­liwe, po­nie­waż każde ze sta­no­wisk ustala swoje wła­sne kry­te­ria, przy czym wza­jem­nie się one wy­klu­czają, czyli je­śli kry­te­ria jed­nej ze stron są praw­dziwe, to kry­te­ria dru­giej ta­kie być już nie mogą. Ra­cjo­na­li­sta twier­dzi, że naj­waż­niej­szą ludzką ak­tyw­no­ścią jest pre­zen­to­wa­nie ra­cji dla swo­ich prze­ko­nań; we­dle tego kry­te­rium oce­nia on ludzką dzia­łal­ność. Fi­de­ista głosi z ko­lei, że naj­waż­niej­szą ludzką ak­tyw­no­ścią jest za­ufa­nie in­nym, ono wła­śnie jest dla niego kry­te­rium ewa­lu­acyj­nym. W efek­cie żadna ze stron tego "po­je­dynku" nie może udo­wod­nić dru­giej jej błęd­no­ści. Ra­cjo­na­li­sta mówi fi­de­iście, że po­wi­nien on po­dać ra­cje, ale pro­sząc o nie, je­dy­nie po­wta­rza swoje sta­no­wi­sko. Fi­de­ista od­po­wiada ra­cjo­na­li­ście, że po­wi­nien on oka­zać za­ufa­nie lub wiarę, ale pro­sząc o to, je­dy­nie po­wta­rza swoje sta­no­wi­sko. Nie ist­nieje in­stan­cja od­wo­ław­cza, do któ­rej mo­gliby od­nieść się ra­cjo­na­li­sta i fi­de­ista, a za­tem spór mię­dzy nimi wy­gląda na nie­roz­wią­zy­walny.

Ludzki umysł przed ni­czym nie wzdraga się tak bar­dzo jak przed my­ślą, że po­przez wy­bór jed­nego do­bra musi zre­zy­gno­wać z in­nego. W pierw­szej chwili chcie­li­śmy stwo­rzyć ran­king dóbr i wy­brać do­bro znaj­du­jące się na sa­mym szczy­cie, ale je­śli utwo­rze­nie ran­kingu jest za­da­niem nie­wy­ko­nal­nym, może po­win­ni­śmy za­dać so­bie py­ta­nie, czy rze­czy­wi­ście nie­moż­liwe jest po­sia­da­nie obu dóbr! Je­śli spór mię­dzy wiarą a ro­zu­mem po­zo­staje au­ten­tycz­nie nie­roz­wią­zy­walny, to pew­nie nie można po­sia­dać ich obu, ale za­nim przy­znamy, że znaj­du­jemy się w tak roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu, bę­dziemy chcieli spraw­dzić, czy ist­nieje moż­li­wość po­jed­na­nia z sobą ży­cia So­kra­tesa i ży­cia Abra­hama. Bę­dziemy roz­wa­żać, czy ist­nieje szansa na ich in­te­gra­cję.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki