Dwa miasta (Tom 4). Powrót do Lwowa - Monika Kowalska

Kup ebooka

36.00 zł
28.08 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Zdarte ko­lana bo­lały, choć krew już dawno prze­stała le­cieć. Sie­dzia­łam przy stole w kuchni i po­chli­pu­jąc ża­ło­śnie, ja­dłam cie­płe, pu­chate klu­chy na pa­rze, po­pi­ja­jąc je mle­kiem.

- Nie płacz już, prze­cież nic się nie stało - uspo­ka­jała mnie bab­cia, krzą­ta­jąc się przy piecu. - Do we­sela się za­goi...

Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam, o co cho­dziło w tym po­wie­dze­niu. Do ja­kiego we­sela, do czy­jego we­sela? I jak to nic się nie stało, jak się stało? Dla cztero-, pię­cio­latki roz­bite ko­lana to tra­ge­dia i ból naj­gor­szy na świe­cie.

- Nie płacz, mó­wię... Co za głu­pie za­bawy so­bie urzą­dza­cie? Kto to wi­dział, żeby ska­kać z trze­paka? Do­brze, że nóg nie po­ła­ma­łaś. No już, nie płacz. Zmie­lisz tro­chę pie­przu do zupy?

Bab­cia za­brała ze stołu pu­sty ta­lerz oraz ku­bek i po­sta­wiła przede mną duży drew­niany mły­nek. To mi zde­cy­do­wa­nie po­pra­wiło hu­mor. Na­tych­miast prze­sta­łam po­chli­py­wać. Lu­bi­łam ten przed­miot, obie­cy­wał mi lep­szą za­bawę niż lalki czy klocki. Na­sy­pa­łam zia­re­nek do otworu w "ko­pułce" młynka i za­czę­łam z prze­ję­ciem krę­cić wy­giętą korbką. Brą­zowe zia­renka roz­gnia­tane przez me­ta­lowe żarna chrzę­ściły miło, lekko pach­niały. Ten chrzęst na­peł­niał mnie po­czu­ciem do­brze wy­ko­na­nej pracy i za­do­wo­le­niem. Ko­rzenny aro­mat zde­cy­do­wa­nie wzmógł się, kiedy otwo­rzy­łam szu­fladkę, w któ­rej gro­ma­dził się zmie­lony pro­szek. Pięk­nie pach­niało! Kich­nę­łam, jak zresztą za każ­dym ra­zem, bo świeży pieprz krę­cił w no­sie.

Mły­nek był "po Niem­cach", wie­dzia­łam to. Po tych lu­dziach, któ­rzy kie­dyś miesz­kali w na­szej ka­mie­nicy, ale wy­pro­wa­dzili się po woj­nie i nie za­brali ze sobą wszyst­kich swo­ich rze­czy. A my­śmy tych rze­czy uży­wali, bo wciąż dzia­łały i nie było po­wodu, aby je wy­rzu­cać.

Są miej­sca, mia­sta, ulice, domy, w któ­rych mieszka hi­sto­ria, i je­śli im się do­kład­nie przyj­rzeć, można dość wy­raź­nie do­strzec za­trzy­many czas. To, co się w nich przed laty wy­da­rzyło, sta­nowi piękne tło dla te­raź­niej­szo­ści, jak ży­zny grunt, na któ­rym ro­śnie bujna, zie­lona trawa, jak farba na ścia­nie po­kry­tej nową ta­petą. Wy­star­czy się po­chy­lić, na­chy­lić, zaj­rzeć, a zo­ba­czy się to bar­dzo wy­raź­nie.

Od­kąd po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć, prze­szłość naj­bliż­szych mi miejsc, ulic, do­mów, cie­ka­wiła mnie jak naj­lep­sza książka. Prze­szłość z lwow­skich opo­wie­ści - ta przy­wie­ziona po­cią­giem ze wschodu - i prze­szłość wro­cław­ska, kle­ciń­ska[1], ma­te­rialna, na­ma­calna, od pierw­szych lat mo­jego ży­cia znaj­du­jąca się obok, na wy­cią­gnię­cie ręki, za­trzy­mana w przed­mio­tach, które kie­dyś na­le­żały do ko­goś in­nego, po­ko­jach, w któ­rych ktoś inny miesz­kał, w ku­rzu po­dwó­rza, w rdza­wym wy­śli­zga­nym bruku ulic Wał­brzy­skiej i Cu­kro­wej, po któ­rych bie­ga­łam jako dziecko. Tro­pi­łam ją na każ­dym kroku, wy­cią­ga­łam z ką­tów i za­ka­mar­ków, wy­czy­ty­wa­łam z warstw farby, wy­grze­by­wa­łam spod ziemi w ogro­dzie. Mó­wiła do mnie, opo­wia­dała hi­sto­rie. Nie mo­głam nie słu­chać tego głosu.

Wy­cho­wa­łam się w domu, który wiele prze­żył i nie­jedno miał do opo­wie­dze­nia. Hi­sto­rie kryły się w szu­flad­kach ko­mód i to­a­le­tek "po Niem­cach", już nie­mod­nych i nie­po­trzeb­nych, ale wciąż do­brych i spraw­nych, więc na wszelki wy­pa­dek skła­do­wa­nych na stry­chu; w że­liw­nej, cięż­kiej pa­telni, która stała na piecu już wtedy, gdy dzia­dek i bab­cia za­jęli miesz­ka­nie tuż po woj­nie; w za­pa­chu świe­żego chleba, wy­pie­ka­nego póź­nym wie­czo­rem w pie­karni na dole, a na­wet w po­ran­nych i wie­czor­nych dźwię­kach dzwonu roz­le­ga­ją­cych się z wieży ko­ścioła po dru­giej stro­nie ulicy.

Bar­dzo pra­gnę­łam usły­szeć głos mo­jego domu, mo­jego miej­sca na ziemi, zro­zu­mieć, co ma mi do prze­ka­za­nia. Od­na­leźć prze­szłość w te­raź­niej­szo­ści, ja­kieś przej­ście "tam", łącz­nik z tym, co było. I mam wra­że­nie, że czę­sto mi się to uda­wało, bo pewne rze­czy prze­cież przez lata po­zo­sta­wały nie­zmienne, ta­kie same, działy się, miały miej­sce, sta­wały się wciąż i wciąż od po­czątku. Trwały. Zu­peł­nie jak wtedy, kiedy do­okoła nio­sły się nie­miec­kie, a nie pol­skie słowa. Dzwony biły, chleby ro­sły, pła­kały dzieci, piały ko­guty. Mocno pach­niał świeżo zmie­lony pieprz.

*

Są miej­sca, mia­sta, domy, przed­mioty, w któ­rych mieszka prze­szłość. Czyta się ją z frag­men­tów po­tłu­czo­nej por­ce­lany zna­le­zio­nej pod­czas pie­le­nia grzą­dek w ogro­dzie, z me­ta­lo­wych gu­zi­ków i mie­dzia­nych pie­niąż­ków z dziw­nym, wcale nie pol­skim orzeł­kiem, wy­grze­ba­nych z ka­łuży pod trze­pa­kiem, z szumu drzew za­sa­dzo­nych inną, obcą ręką.

Pa­mię­tam. Pa­mię­tam, jak wy­su­wam szu­fladkę młynka, przy­my­kam oczy i wą­cham aro­maty, a po­tem ki­cham.

- Na zdro­wie! - mówi ro­ze­śmiana bab­cia.

Z za­pa­chu też można wy­czy­tać prze­szłość.

Czy­tam więc, za­nim wo­nie osłabną.

Roz­dział I

Lwów, po­czą­tek lata 1939 roku

- Dzień do­bry, pani pro­fe­so­rowo! - Pie­go­waty mło­dzie­niec w czapce gim­na­zja­li­sty ukło­nił się jej z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem. W dłoni trzy­mał ja­kiś do­ku­ment. W pół­mroku klatki scho­do­wej nie do­strze­gła, co to ta­kiego, ale gdy wy­cią­gała z to­rebki klu­cze, od­dy­cha­jąc ciężko, przy­po­mniała so­bie, że dziś ostatni dzień roku szkol­nego i wo­bec tego kar­te­lu­szek musi być cen­zurką.

- Dzień do­bry, Wik­tor. Jak tam stop­nie? A po co ja w ogóle py­tam... Pew­nie do­bre jak za­wsze, co? - Ru­chem głowy wska­zała na kartkę, którą trzy­mał.

Chło­pak uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem i, wes­tchnąw­szy, po­pa­trzył na świa­dec­two.

- A ujdą, ujdą... Cho­ciaż mo­głoby być le­piej... Ale ten nowy pro­fe­sor geo­gra­fii, który za­stą­pił pana Bog­dańca, strasz­nie jest wy­ma­ga­jący i trójkę mi dał na ko­niec... - urwał na­gle, prze­stra­szony. - Oj, prze­pra­szam, je­śli pa­nią ura­zi­łem...

Ma­rianna uśmiech­nęła się pro­mien­nie, krę­cąc głową na znak, że nic się nie stało. Na­uczyła się uśmie­chać w ten spo­sób, gdy lu­dzie wspo­mi­nali jej zmar­łego męża, a po­tem re­flek­to­wali się, że może spra­wili jej tym przy­krość. Spra­wiali, ale to prze­cież nie była ni­czyja wina.

- Nic się nie stało - za­pew­niła, prze­krę­ca­jąc klucz i otwie­ra­jąc drzwi do miesz­ka­nia. - Po­móż mi le­piej z tą wa­lizką, a ja we­zmę kosz z wik­tu­ałami.

Chło­pak z ochotą pod­niósł ba­gaż.

- Ale ciężka! Pani sama ją wtasz­czyła na pierw­sze pię­tro?

- Ostat­kiem sił, wierz mi, Wik­torku. Ale pan Gie­nio gdzieś znik­nął ze stró­żówki, nie chciało mi się jego żony nie­po­koić. Tu po­staw, pro­szę cię. A to do kuchni za­nieś, do­brze? - Wrę­czyła mu wi­kli­nowy kosz pe­łen sma­ko­ły­ków przy­wie­zio­nych z ma­jątku wu­jo­stwa. - Na wa­ka­cje się gdzieś wy­bie­rasz? - za­py­tała, szpe­ra­jąc w to­rebce.

- A jakże! - Pie­gus znowu roz­cią­gnął usta w uśmie­chu. - W po­nie­dzia­łek jadę na obóz z dru­żyną So­koła. Nad Ol­cho­wiec, to w oko­li­cach...

- ...Ja­złowca, wiem, Wik­to­rze. - Uśmiech­nęła się. - Znam tamte strony bar­dzo do­brze. Uczy­łam się u nie­po­ka­la­nek. Pięk­nie tam jest, za­mek stary i lasy do­okoła... - Wy­cią­gnęła z port­mo­netki trzy mo­nety i po­dała je chłopcu, który stał już w progu. - Dzię­kuję ci za po­moc. Baw się do­brze na let­ni­sku, a za to kup so­bie lody.

Wik­tor skło­nił się w po­dzięce, wy­biegł na ko­ry­tarz i po­gnał na górę do sie­bie, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie na­raz.

Ma­rianna uśmie­chała się jesz­cze, za­my­ka­jąc drzwi na klucz. Za­wsze lu­biła tego chłopca, tak do­brze i mą­drze go ro­dzice wy­cho­wali. Zy­bur­to­wi­cze, są­sie­dzi spod szóstki. Kor­nel uczył go geo­gra­fii od po­czątku gim­na­zjum. Wie­działa, że rów­nież da­rzył go sym­pa­tią.

Po wej­ściu przy­sta­nęła w przed­po­koju, na­słu­chu­jąc. W miesz­ka­niu pa­no­wała kom­pletna ci­sza. Ona tu była pa­nią, główną sub­stan­cją wy­peł­nia­jącą nie­mal stu­me­trową prze­strzeń. Tak jak za­wsze... Za­wsze od pół roku. Po­wie­trze stało nie­ru­chome od upału. Żona do­zorcy, pani Lo­dzia, pewno wie­trzyła wczo­raj, tak jak się uma­wiały, ale po­dobno od kilku dni pa­no­wały we Lwo­wie ta­kie upały, że na nie­wiele się zdało otwie­ra­nie okien. Dziew­czynę, która przed­tem przy­cho­dziła do nich trzy razy w ty­go­dniu sprzą­tać i go­to­wać, Ma­rianna od­pra­wiła po śmierci Kor­nela. Po cóż jej słu­żąca? Nie ma po­trzeby, żeby za­trud­niać ko­go­kol­wiek dla jed­nej tylko osoby. Ale te­raz po­my­ślała, że miło by było wró­cić do domu, w któ­rym ktoś by na nią cze­kał, choćby i tylko ta ga­da­tliwa słu­żąca Kry­stynka...

Z wes­tchnie­niem od­pięła pa­sek srebr­nego ze­garka i wraz z klu­czami odło­żyła go do por­ce­la­no­wej czarki sto­ją­cej na bie­der­me­ie­row­skiej ko­mo­dzie usta­wio­nej tuż przy drzwiach. Całe miesz­ka­nie urzą­dzili w tym stylu.

- Przy­tul­nie i funk­cjo­nal­nie - twier­dził Kor­nel. Pa­mię­tała, jaką przy­jem­ność spra­wiało im wy­naj­do­wa­nie cze­czot­ko­wych na­ka­stli­ków do sy­pialni, se­kre­ta­rzyka, pod­nóż­ków...

Zdjęła słom­kowy ka­pe­lusz i odło­żyła do szafy na półkę. Po­wstrzy­my­wała się przed my­ślą, która na­wie­dzała ją ostat­nio za każ­dym ra­zem, gdy otwie­rała drzwi cięż­kiego dę­bo­wego me­bla - że tyle tu te­raz pu­stych pó­łek i miej­sca, któ­rego nie ma czym za­peł­nić... Ob­cią­gnęła czarną bluzkę i z wes­tchnie­niem we­szła w głąb pu­stego domu. W sa­lo­nie ener­gicz­nie otwo­rzyła wy­so­kie okno na oścież, ale za­miast ochłody, wpadł przez nie za­duch i gwar roz­grza­nej lwow­skiej ulicy. Po se­kun­dzie do­szła do wnio­sku, że to wła­ści­wie nie naj­go­rzej, bo ona woli ha­łas od doj­mu­ją­cej, pa­no­szą­cej się wszę­dzie mar­twej ci­szy. Z owej ci­szy i mar­twoty ro­dził się prze­waż­nie płacz, a uliczny ha­łas sku­tecz­nie tłu­mił tkli­wość ro­dzącą się w Ma­rian­nie, za­głu­szał uczu­cie żalu i pustki. Tak było do­brze. Im gło­śniej, tym le­piej, po­my­ślała, więc do­dat­kowo włą­czyła jesz­cze ra­dio. Po­ki­wała głową w rytm ja­kiejś re­wio­wej me­lo­dii i ro­zej­rzała się po po­koju. Jej wzrok bez­wied­nie spo­czął na ulu­bio­nym fo­telu męża. Ileż to razy wra­cała skądś do domu, a on sie­dział w nim i prze­glą­dał ga­zety albo słu­chał ra­dia? A ona zo­sta­wiała w przed­po­koju ze­ga­rek i klu­cze - zu­peł­nie jak dziś - wcho­dziła do sa­lonu i ca­ło­wała go w czoło. Po­de­szła po­woli do me­bla. Wa­hała się, za­nim w nim usia­dła. Naj­pierw sztywno, z obawą. Po­tem ule­gła po­ku­sie i przy­tu­liła po­li­czek do za­główka obi­tego plu­szem o bar­wie le­śnego mchu. Kor­nel po obie­dzie za­wsze drze­mał, opie­ra­jąc w ten spo­sób głowę. Za­mknęła oczy, ma­jąc na­dzieję, że dzięki temu wy­ostrzy się u niej zmysł wę­chu i wy­ła­pie ostat­nie smugi woni jego my­dła do go­le­nia i wody ko­loń­skiej Prze­my­sławka, którą uwiel­biał pra­wie tak bar­dzo, jak i sa­mego re­kla­mu­ją­cego ją wiel­kiego Kie­purę. Ku­po­wała mu ją naj­czę­ściej w swoim ulu­bio­nym Pa­sażu Mi­ko­la­scha, od­da­lo­nym o dwa kroki stąd. Mąż na­wet nie za­uwa­żał no­wego fla­konu z ko­sme­ty­kiem, za­sta­na­wia­jące - czy my­ślał, że on nie ma dna? Nie do­my­ślał się, że żona dba o niego, o jego do­bre sa­mo­po­czu­cie? Cie­kawe, czy do­ce­niał te pro­ste ge­sty, któ­rymi mó­wiła mu każ­dego dnia: "ko­cham cię"? Nie wie­działa, nie zdą­żyła spy­tać... A te­raz roz­pacz­li­wie wtu­lała się w miękki ma­te­riał fo­tela. Lecz za­pach Kor­nela już się ulot­nił. Mi­nęło w końcu sześć mie­sięcy. Sześć mie­sięcy, ty­dzień i trzy dni, od­kąd go nie ma. Na­gle ogar­nęła ją ir­ra­cjo­nalna pa­nika, lęk przed osta­tecz­nym opusz­cze­niem, przed nie­uchron­no­ścią dal­szego sa­mot­nego ży­cia. Uświa­do­mie­nie so­bie tych wszyst­kich stra­chów ob­ja­wiło się doj­mu­ją­cym, nie­mal fi­zycz­nym bó­lem. Ze­rwała się z fo­tela, po­bie­gła do ła­zienki i się­gnęła do szafki po szklany fla­ko­nik. Od­kor­ko­wała go i za­chłan­nie przy­tknęła do nosa. Tak. Tak pach­niał. Wła­śnie tak... Uspo­ko­jona na chwilę od­sta­wiła wodę ko­loń­ską na miej­sce i prze­lot­nie spoj­rzała w lu­stro. Uj­rzała w nim roz­trzę­sioną ko­bietę w śred­nim wieku, z któ­rej oczu biła roz­pacz... Je­stem ża­ło­sna, po­my­ślała. Jak długo jesz­cze będę go tu wię­zić? W reszt­kach za­pa­chu, w kilku nie­od­da­nych po jego śmierci ubra­niach, w dźwię­kach ulu­bio­nej mu­zyki, w za­le­ga­ją­cych w bi­blio­teczce książ­kach na­uko­wych do­ty­czą­cych mor­fo­lo­gii gleby Roz­to­cza Wschod­niego, któ­rych ni­gdy prze­cież nie prze­czy­tam? Drę­czę w ten spo­sób sie­bie samą. A może i jego. A co, je­śli on pra­gnie odejść?

Ze­brała się na od­wagę, po­wtór­nie ujęła fla­kon i zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­lała całą jego za­war­tość do por­ce­la­no­wej umy­walki. Tak wła­śnie po­winna po­stę­po­wać. Dla wła­snego do­bra wy­ma­zy­wać ślady po Kor­nelu.

A ślady męża były obecne w każ­dym po­miesz­cze­niu w tym domu. Nie znaj­do­wała w so­bie siły, żeby po­zbyć się ich szybko, za jed­nym ra­zem. Chęci na prze­mian to w nią wstę­po­wały, to z niej ula­ty­wały. Wy­ma­zy­wa­nie męża nie przy­cho­dziło jej ła­two, choć pró­bo­wała na różne spo­soby. Na przy­kład dwa mie­siące po śmierci Kor­nela wmó­wiła so­bie, że jego odej­ście ma jed­nak swoje do­bre strony. Te­raz na­resz­cie jest wolna (choć prze­cież wcze­śniej wcale nie czuła się znie­wo­lona) i może ro­bić rze­czy, które jej mąż po­tę­piał lub kry­ty­ko­wał. Na przy­kład zo­stać wresz­cie na­uczy­cielką. Ma­rzyła o tym i prze­cież zdo­była wy­kształ­ce­nie w tym kie­runku, ale Kor­nel uwa­żał, że to nie jest praca dla niej.

- Ko­biet na­uczy­cie­lek dzieci nie sza­nują. I ro­dzice też - uci­nał za każdy ra­zem, gdy pró­bo­wała ini­cjo­wać roz­mowę na ten te­mat. - To jest bar­dzo ciężka praca, walka ze sła­bo­ściami uczniów i ze swo­imi. A ja nie chcę mieć zmę­czo­nej i nie­za­do­wo­lo­nej żony. Wolę, jak czy­tasz tek­sty po dzien­ni­ka­rzach w wa­szej ga­ze­cie. Wierz mi, wiem, co mó­wię.

Wie­rzyła, bo w końcu Kor­nel na­uczał od lat i znał wszel­kie uroki i cie­nie po­sady pe­da­goga. Ale tro­chę ją bo­lało, że nie wie­rzył w jej siły. Czy my­ślał, że so­bie nie po­ra­dzi? Mo­głaby spró­bo­wać za­trud­nić się w szkole, może na po­czą­tek w po­wszech­nej... Ale jesz­cze nie była go­towa na tak ra­dy­kalne zmiany w ży­ciu. Po­dej­mie ta­kie kroki, gdy Kor­nel odej­dzie z jej głowy na za­wsze. Bo te­raz wciąż w niej jest, w sercu rów­nież.

Dla­tego po­sta­no­wiła, że na po­czą­tek ro­bić bę­dzie głup­stwa, na które on krę­cił no­sem. Drob­nostki ta­kie. Na przy­kład za­cznie cho­dzić do kina na ko­me­die mu­zyczne lub na pły­wal­nię. Albo pa­lić pa­pie­rosy, czego bar­dzo nie lu­bił. Ale kiedy za­częła ro­bić te wszyst­kie rze­czy, spo­strze­gła, że nie spra­wiają jej żad­nej przy­jem­no­ści. Osta­tecz­nie, gdy nie­spo­dzie­wa­nie za­nio­sła się roz­pacz­li­wym pła­czem na fil­mie Pa­weł i Ga­weł, stwier­dziła, że do­syć, wy­star­czy, że jest śmieszna w tym swoim bun­cie, któ­rym nic nie wskóra. Tak jakby ro­biła Kor­ne­lowi na złość. A prze­cież to nie jego wina, że umarł.

Kiedy chwilę póź­niej Ma­rianna wy­szła na bal­kon, czuła się już le­piej. Hi­ste­ria zwią­zana z po­wro­tem do pu­stego domu, bo tak mu­siała na­zwać uczu­cie, które przed chwilą ją ogar­nęło, już mi­jała. Pra­wie zu­peł­nie uspo­ko­jona prze­chy­liła się przez ba­rierkę i wyj­rzała na ulicę. Czerw­cowe słońce ro­ze­brało lu­dzi z cie­płych płasz­czy i po­zba­wiło fil­co­wych ka­pe­lu­szy. Lwo­wia­nie cie­szyli się wcze­snym la­tem, spa­ce­ro­wali, przy­sia­dali na ka­mien­nych stop­niach u stóp po­mnika Smolki i wy­sta­wiali twa­rze do słońca. Grupa mło­dzieży ubra­nej w mun­durki szkolne szła chod­ni­kiem, śmie­jąc się i żar­tu­jąc. Pew­nie idą świę­to­wać po­czą­tek wa­ka­cji. Opę­dziła się od my­śli, że ona z Kor­ne­lem też za­wsze bar­dzo cie­szyli się tym let­nim cza­sem. On nie mu­siał przez kilka ty­go­dni uda­wać się do gim­na­zjum, ona spo­koj­nie mo­gła po­pra­co­wać w wy­daw­nic­twie i nie spie­szyć się do domu, by zdą­żyć po­dać mu na czas obiad, gdy głodny wra­cał ze szkoły. Czę­sto do­sta­wała wolne i w lipcu gdzieś wspól­nie wy­jeż­dżali, naj­czę­ściej do gor­gań­skiej Wo­rochty, w Kar­paty. Za­sta­na­wiała się, jak te­raz bę­dzie wy­glą­dał jej urlop. Czy już za­wsze bę­dzie go spę­dzać w ma­jątku ciotki i wuja, któ­rzy kilka lat temu przy­gar­nęli jej matkę? Wes­tchnęła, za­smu­ca­jąc się taką per­spek­tywą. Te­raz z tru­dem wy­trzy­mała z nimi pięć dni... Matka dzi­wa­czała co­raz bar­dziej. Coś za­częło się psuć w jej gło­wie dawno temu, tuż po ta­jem­ni­czej śmierci Alek­san­dra, brata Ma­rianny, po­tem za­cho­ro­wał i zmarł oj­ciec, a to osta­tecz­nie od­kle­iło matkę od rze­czy­wi­sto­ści. Żyła ro­je­niami, roz­ma­wiała z oso­bami, któ­rych od lat próżno szu­kać wśród ży­wych, mó­wiła do niej "moja Stef­ciu", po­nie­waż cza­sem była prze­ko­nana, że Ma­rianna jest zmarłą w mło­do­ści naj­młod­szą sio­strą matki. Nie­kiedy wy­my­kała się z ma­jątku i bie­gła przed sie­bie piasz­czy­stym go­ściń­cem, a zła­pana krzy­czała ze wzbu­rze­niem, że udaje się ra­to­wać syna z si­deł ko­chanki... Co raz upie­rała się, że Alek­san­der prze­bywa na wie­deń­skim uni­wer­sy­te­cie i lada mo­ment ścią­gnie do domu... Pla­no­wali z Kor­ne­lem za­brać ją do sie­bie, do Lwowa, ale matka wo­lała za­miesz­kać z sio­strą, z dala od "mia­sta, które za­biło jej Olu­sia" - tak mó­wiła. Ale te­raz Ma­rianna za­uwa­żyła, że stan psy­chiczny matki bar­dzo się po­gor­szył od czasu, kiedy ją po raz ostatni wi­działa, i nie wia­domo, czy star­sza pani wbrew swej woli nie bę­dzie jed­nak mu­siała się prze­pro­wa­dzić do córki. Bo wu­jo­stwo też mają już swoje lata i mogą nie dać so­bie rady ze scho­ro­waną, dzi­wa­cze­jącą Stecką. Za­miesz­ka­łyby ra­zem w tym wiel­kim miesz­ka­niu, dwie wdowy. Smutne i roz­cza­ro­wane ży­ciem. Dzi­wa­cze­jące so­bie po­wo­lutku albo cał­kiem szybko, każda na swój spo­sób... Ma­rianna wzdry­gnęła się na samą myśl o ta­kiej dla sie­bie przy­szło­ści.

Jej mał­żeń­stwo z Kor­ne­lem trwało tylko dzie­sięć lat. Gdyby wie­działa, że mają tak mało czasu, gdyby choć przy­pusz­czała... Kiedy się ko­cha, uważa się tę drugą osobę za nie­śmier­telną. Zu­peł­nie nie­słusz­nie, wy­star­czy przejść się na cmen­tarz Ły­cza­kow­ski... Śmier­cią nie koń­czą się tylko dłu­gie, doj­rzałe ży­woty, te, o któ­rych można po­wie­dzieć, że do­pi­sane zo­stały do ostat­niej strony, za­koń­czone kropką. Śmierć za­biera także tych nie­go­to­wych, tych, któ­rzy jesz­cze snują swoją opo­wieść, tych, któ­rzy za­pi­sali ze­szyt tylko do jed­nej czwar­tej albo i do po­łowy. Oni prze­ry­wają zda­nia w pół, milkną zdzi­wieni, nie zdą­żyw­szy na­wet wsta­wić wie­lo­kropka. Śmierć bez ostrze­że­nia po­rywa ich do tańca. Do­łą­czają do naj­spra­wie­dliw­szego na świe­cie ko­ro­wodu, bo śmierć, choć okrutna, za­wsze jest spra­wie­dliwa.

Nie przy­pusz­czali z Kor­ne­lem, że mę­czące go bóle brzu­cha są aż tak po­ważne. Od lat cier­piał na wrzody żo­łądka, więc my­śleli po pro­stu, że ob­jawy tym­cza­sowo się na­si­liły, że da­dzą się, jak już wcze­śniej by­wało, za­le­czyć. Jed­nak me­dy­ka­menty nie dzia­łały, Kor­nela przy­jęto na od­dział szpi­talny... I to już był wła­ści­wie ko­niec. Oka­zało się, że rak, który to­czył jego żo­łą­dek, jest już mocno za­awan­so­wany. Nikt wcze­śniej nie po­dej­rze­wał, że bóle mają aż tak po­ważne pod­łoże. Nic nie można już było zro­bić.

Bo­lało go. Przed śmier­cią stał się draż­liwy, na­pady bólu szar­pały jego wnętrz­no­ści, kie­ro­wały jego umysł do środka, do wnę­trza ciała. Stop­niowo prze­stał zwra­cać uwagę na Ma­riannę czu­wa­jącą przy nim dzień i noc, na co­raz mniej licz­nie od­wie­dza­ją­cych go zna­jo­mych i krew­nych. Za to za­ko­chał się jesz­cze po raz ostatni wielką, ogromną mi­ło­ścią. W mor­fi­nie. To jej po­żą­dał, gdy wy­bu­dzał się w ostat­nich dniach, jej imię wo­łał... Nie Ma­rianny. Ona tylko mo­gła stać i pa­trzeć, jak jej mąż traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i jak świat gwał­tow­nie re­du­kuje się dla niego do ma­łej szkla­nej strzy­kawki z nar­ko­ty­kiem. Mor­fina stała się mo­stem, któ­rym prze­cho­dził na drugą stronę, ucie­kał z bez­względ­nego świata, w któ­rym do­ku­czał mu nie­wy­obra­żalny ból. Po tym mo­ście biegł wprost do nieba, gdzie otu­lała go ko­jąca che­miczna wata sztucz­nej, chwi­lo­wej ulgi. Ma­rianna nie zdzi­wiła się, kiedy któ­re­goś świtu zde­cy­do­wał się nie wra­cać. A może po pro­stu nie miał sił wró­cić... Kiedy sie­działa tam­tego ranka przy jego łóżku, za­sta­na­wiała się, w któ­rym mo­men­cie Kor­nel opu­ścił ją tak na­prawdę. Bo nie miała wąt­pli­wo­ści, że na­stą­piło to dużo wcze­śniej. Kiedy ostat­nio pro­wa­dzili sen­sowną roz­mowę, kiedy on był jesz­cze na tyle świa­domy? Ty­dzień temu, dwa? O czym mó­wili? Czy do­koń­czyli wą­tek, czy ją ostrzegł, że to ostatni raz? Nie po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć. Tyle jesz­cze miała mu do po­wie­dze­nia i on jej rów­nież. Nie na­ga­dali się do syta. Ma­rian­nie bar­dzo bra­ko­wało roz­mów z mę­żem. Naj­bar­dziej ich. Głosu Kor­nela, spo­koj­nie tłu­ma­czą­cego jej, dla­czego woli operę wło­ską od fran­cu­skiej. Jego śmie­chu, gdy na­śla­do­wała nie­sym­pa­tyczną żonę jed­nego z ko­le­gów na­uczy­cieli. Tego, jak cza­sem za­czy­nali mó­wić so­bie, że ko­chają się tak jak na po­czątku na­rze­czeń­stwa, tego, jak przy­po­mi­nali so­bie pierw­sze spo­tka­nia, nie­śmiałe spoj­rze­nia... Lu­bili wspo­mi­nać po­czątki, taka po­dróż w cza­sie była dla ich uczu­cia ożyw­cza. Tak, roz­mów bra­ko­wało jej naj­bar­dziej. A przez to, że nie zdą­żyła się z nim po­że­gnać, gdy jesz­cze był świa­domy, trwała w ja­kimś ir­ra­cjo­nal­nym ocze­ki­wa­niu. Go­towa od­po­wie­dzieć, gdy on za­pyta, jak so­bie te­raz ra­dzi. Go­towa na dia­log. Pełna na­dziei, że to jesz­cze nie ko­niec...

Nie ko­niec? Ależ ko­niec!

Gdzieś z od­dali do­biegł ją wy­jąt­kowo gło­śny dzwo­nek tram­waju. Pew­nie mo­tor­ni­czy w ten spo­sób po­pę­dzał ocią­ga­ją­cego się pa­sa­żera. To ją otrzeź­wiło. Spo­strze­gła, że za­ci­ska dło­nie na ba­rierce tak mocno, że zbie­lały jej palce. Roz­luź­niła uścisk, otarła łzy, które bez jej woli i wie­dzy po­to­czyły się po po­licz­kach. Je­śli ktoś ob­ser­wo­wał Ma­riannę z dołu, zo­ba­czył, jak znika we wnę­trzu miesz­ka­nia, a pięć mi­nut póź­niej wy­cho­dzi z bramy ka­mie­nicy i, roz­glą­da­jąc się prze­zor­nie, by nie wpaść pod auto, prze­biega przez trój­kątny plac Smolki, a po­tem szyb­kim kro­kiem kie­ruje się w stronę ulicy Ko­ściuszki. Nie zo­ba­czyłby już jed­nak, jak ja­kiś kwa­drans póź­niej wkra­cza do ele­ganc­kiego Pa­sażu Mi­ko­la­scha.

Wie­czo­rem, zmę­czona upa­łem i sa­mot­no­ścią, z ulgą po­ło­żyła głowę na chłod­nej, świeżo ob­le­czo­nej w wy­ma­glo­waną po­szewkę po­duszce. Jakże znowu za­śnie bez roz­mowy z nim? Bez tej spor­to­wej to­wa­rzy­skiej roz­grywki, w któ­rej za­miast piłką, prze­rzu­cali się sło­wem? Ko­chany, ten upał jest na­prawdę uciąż­liwy, po­wie­dzia­łaby mu... Lato przy­szło wcze­śniej w tym roku, dasz wiarę, że można już ku­pić bób i młode ziem­niaczki na stra­ga­nach? Chyba ju­tro od­sta­wię do nyży mleko na kwa­śne i zro­bię nam praw­dziwy letni obiad...

A ra­czej so­bie.

Za­mknęła oczy i przy­tknęła nos do nad­garstka, wcią­ga­jąc w noz­drza do­brze zna­jomą, uspo­ka­ja­jącą woń prze­my­sławki. Nowy, pełny fla­kon ko­sme­tyku znowu stał na swoim miej­scu w ła­zience.

Znowu prze­grała.

A je­śli ja cię nie chcę wy­ma­zy­wać ze swo­jej co­dzien­no­ści, Kor­nelu? - po­my­ślała. Nie chcę koń­czyć na­szych roz­mów! Będę mó­wić do cie­bie, bo nie po­tra­fię bez tego żyć... A czy ty ze­chcesz mnie słu­chać?

Za­snęła nieco szczę­śliw­sza i uspo­ko­jona. Prze­cież to nic złego uda­wać, że Kor­nel słu­cha jej jak daw­niej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki