Dwa miasta (Tom 3). Pozdrowienia z Wrocławia - Monika Kowalska

Kup ebooka

32.00 zł
24.96 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

1963

Ja­sne mury ka­mie­nic sto­jących wzdłuż uli­cy Ga­jo­wej od­da­wa­ły po­wo­li cie­pło pó­źno­je­sien­ne­go dnia gro­ma­dzo­ne za­chłan­nie od wcze­snych go­dzin po­łu­dnio­wych. Wy­so­kie bu­dyn­ki trwa­ły w rów­nym rzędzie wzdłuż chod­ni­ka, jak stra­żnicz­ki bro­ni­ące do­stępu do po­dwó­rek na ty­łach, na któ­rych gło­śna dzie­ciar­nia gra­ła w nogę. Krzy­ki i śmie­chy dzie­ci od­bi­ja­ły się echem od ele­wa­cji i ry­ko­sze­tem wpa­da­ły przez otwar­te okna do wie­trzo­nych miesz­kań. Pierw­sze po­ko­le­nie uro­dzo­ne i wy­cho­wy­wa­ne we Wro­cła­wiu. Pierw­si od daw­na pol­scy wro­cła­wia­nie sa­mym swo­im ist­nie­niem uzdra­wia­li zmęczo­ne miej­skie tkan­ki i wra­ca­li im ży­cie. Wzmac­nia­li mia­sto, a ono dzi­ęki nim sta­wa­ło się przy­ja­zne i tro­skli­we. Te dzie­ci były już swo­je, a na­wet "na swo­im" i mia­sto bar­dzo je ko­cha­ło.

Sło­ńce po­wo­li zbli­ża­ło się do li­nii ho­ry­zon­tu, ocie­pla­ło i zmi­ęk­cza­ło po­ma­ra­ńczo­wym świa­tłem kon­tu­ry do­mów, drzew i krze­wów na skwe­rach. Lu­dzie z przy­jem­no­ścią spa­ce­ro­wa­li w tym nie­zwy­kłym bla­sku, pra­gnąc wie­rzyć, że ko­ńczy się cie­pły je­sien­ny dzień i ju­tro wraz ze świ­tem na­dej­dzie ko­lej­ny. Taka pi­ęk­na, nie­mal let­nia po­go­da pa­no­wa­ła w mie­ście już od kil­ku do­brych dni, jak gdy­by przy­ro­da pró­bo­wa­ła ła­god­nym li­sto­pa­dem wy­na­gro­dzić wro­cła­wia­nom zmęcze­nie spo­wo­do­wa­ne nie­daw­ną epi­de­mią ospy i tru­dy oraz strach wa­ka­cyj­nych mie­si­ęcy.

Ade­la prze­szła przez uli­cę Su­chą, prze­kła­da­jąc do dru­giej ręki ci­ężką tor­bę pod­ró­żną. Kie­dy wy­je­żdża się z dzie­ćmi, trze­ba za­pa­ko­wać tyle ró­żnych rze­czy! Na szczęście z dwor­ca do domu mie­li tyl­ko dwa kro­ki.

- Ta­dziu, ostro­żnie! - krzyk­nęła, wi­dząc, jak syn wska­ku­je na ka­mien­ny mu­rek przed głów­nym we­jściem do ma­je­sta­tycz­ne­go gma­chu dy­rek­cji ko­lei. - Stłu­czesz ko­la­no!

Ale Ta­dzio nie słu­chał, roz­ło­żył ręce na boki i za­czął biec, uda­jąc sa­mo­lot. Po chwi­li Róża po­bie­gła za młod­szym bra­tem.

Za­wsze to ro­bi­li. Prze­jście po mur­ku przed dy­rek­cją było nie­mal ry­tu­ałem. Ade­la uśmiech­nęła się, pa­trząc za dzie­ćmi. Tak je ko­cha­ła... A już wkrót­ce mo­gła prze­stać się o nie bać. Już nie­dłu­go mia­ły sko­ńczyć się ich kło­po­ty. Eks­pre­so­wo do­sta­ła roz­wód, sąd de­fi­ni­tyw­nie roz­wi­ązał jej nie­uda­ne ma­łże­ństwo.

Dwu­dnio­wa wi­zy­ta u cio­ci Peli w By­to­miu na­pe­łni­ła ją nową ener­gią. Po­je­cha­ła do sio­stry ojca, by zwie­rzyć się jej z tego, co na­stąpi­ło, i po­szu­kać u niej ak­cep­ta­cji. Pela była ostat­nią ży­jącą krew­ną z po­ko­le­nia ro­dzi­ców, przy tym za­wsze życz­li­wą i ko­cha­jącą. Jed­nak Ada je­cha­ła do niej z du­szą na ra­mie­niu. Oba­wia­ła się, że nie do­sta­nie od niej wspar­cia. Wy­da­wa­ło jej się, że Pela ży­cie u boku mężczy­zny uwa­ża za eg­zy­sten­cję nie­mal ide­al­ną. Ada pa­mi­ęta­ła, co ciot­ka po­wie­dzia­ła jej przed laty we Lwo­wie. Sie­dzia­ły wte­dy przy cie­płym pie­cu w kuch­ni cia­sne­go miesz­kan­ka na Znie­sie­niu, po­pi­ja­ły słod­kie wino i... I wszyst­ko jesz­cze było przed Ade­lą. Całe ży­cie.

- Ko­bie­cie ci­ężko sa­mej - sło­wa Peli do­la­ty­wa­ły do Ady z od­le­głej prze­szło­ści. - Ła­twiej żyć z kimś u boku. Ko­bie­ta po­trze­bu­je mężczy­zny...

Oba­wia­ła się, co ciot­ka po­wie na jej roz­wód. Ale star­sza pani tyl­ko wy­ści­ska­ła ją ser­decz­nie i po­gra­tu­lo­wa­ła mądrej de­cy­zji.

- Szko­da, że tak pó­źno się zde­cy­do­wa­łaś...

Ade­lę łzy za­pie­kły pod po­wie­ka­mi. Aby je po­wstrzy­mać, gło­śno za­czerp­nęła po­wie­trza i ro­zej­rza­ła się po by­tom­skim miesz­kan­ku ciot­ki. Wresz­cie uspo­ko­iła się na tyle, by móc mó­wić.

- Wiem, te­raz to wiem... Ale pa­nicz­nie się ba­łam. Lu­dzi, ich ga­da­nia, ob­ma­wia­nia... I Boga. My­śla­łam... My­śla­łam, że ty też mnie po­tępisz, cio­ciu.

Pela wznio­sła oczy do nie­ba i kręcąc gło­wą, po­wie­dzia­ła coś nie­wy­ra­źnie pod no­sem.

- Ro­zum stra­ci­łaś, dziew­czy­no? - Wes­tchnęła wresz­cie. - Niby z ja­kiej ra­cji mia­ła­bym cię po­tępić? I dla­cze­go, u li­cha, lu­dzi się bo­isz? Lu­dzie zro­bią to­bie i dzie­ciom krzyw­dę wi­ęk­szą niż tam­ten? A Bóg... My­ślisz, że go ob­ra­zi­łaś, gdyś zło­ży­ła po­zew? A może two­je ma­łże­ństwo go ob­ra­ża­ło? Bo Boga w nim nie było, przy­znaj to wresz­cie. Prze­cież Jędrek nie był ci ani pod­po­rą, ani wy­ręką. Na­wet go nie ko­cha­łaś.

Ade­la spoj­rza­ła na cio­cię ze zdzi­wie­niem.

- Skąd wiesz? - za­py­ta­ła ci­cho.

Ciot­ka odło­ży­ła na stół bia­łe płót­no, na któ­rym ha­fto­wa­ła ko­lo­ro­wy­mi ni­ćmi kwia­to­we gir­lan­dy. Od­kąd prze­szła na eme­ry­tu­rę, czas zaj­mo­wa­ło jej wy­szy­wa­nie. Nie wie­dzieć cze­mu, upodo­ba­ła so­bie szcze­gól­nie ka­szub­skie wzo­ry. Te­raz też pra­co­wa­ła szyb­ko, a na bia­łym ma­te­ria­le wy­kwi­ta­ły cha­rak­te­ry­stycz­ne błękit­ne i zie­lo­ne tu­li­pa­ny, mar­ge­ryt­ki oraz sty­li­zo­wa­ne li­ście palm, prze­ty­ka­ne gdzie­nie­gdzie żyw­szy­mi w bar­wach psz­czó­łka­mi czy owo­ca­mi. Cio­cia chcia­ła sko­ńczyć ob­rus dla Ade­li, więc mu­siał być szyb­ko go­to­wy, tak żeby na­za­jutrz bra­ta­ni­ca mo­gła go za­brać ze sobą do Wro­cła­wia.

- A stąd wiem, moja ko­cha­na, że ser­cem umiem pa­trzeć! Gdy bra­li­ście z Jędr­kiem ślub, by­łam za­ko­cha­na w Do­dku. Sza­le­ńczo. Tak, tak, cho­ciaż pra­wie pi­ąty krzy­żyk mia­łam na kar­ku. - Ro­ze­śmia­ła się i pod­nio­sła oczy znad ro­bo­ty. - Ko­cha­łam go dru­gą, ale praw­dzi­wą jak ta pierw­sza, mło­dzie­ńcza, mi­ło­ścią. I... Nie wiem, jak to ująć... W two­ich oczach nie mo­głam przej­rzeć się jak w zwier­cia­dle, Adu­niu. Ani zna­le­źć w nich zro­zu­mie­nia.

Ada się za­my­śli­ła. Bar­dzo pra­gnęła przy­po­mnieć so­bie, co wła­ści­wie czu­ła w dniu ślu­bu. Pa­mi­ęta­ła ró­żne emo­cje, któ­re się w niej wte­dy kłębi­ły: zło­ść, znie­cier­pli­wie­nie, iry­ta­cję... Ale nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć żad­nych cie­plej­szych uczuć do Jędr­ka. Mi­ło­ść... Czy już wte­dy jej za­bra­kło? A prze­cież to naj­wa­żniej­szy skład­nik ma­łże­ństwa!

- Chy­ba nie po­win­nam za nie­go wy­cho­dzić. Na pew­no nie po­win­nam, cio­ciu! Co ja zro­bi­łam? I po co? - szep­ta­ła, bo Róża i Ta­dzik znaj­do­wa­li się tuż obok.

Nie­po­trzeb­nie bała się, że usły­szą ich roz­mo­wę. Nie od­ry­wa­li oczu od ekra­nu te­le­wi­zo­ra, naj­now­sze­go na­byt­ku Do­dka. Ade­la mo­gła więc pła­kać do woli i wtu­lać się w opie­ku­ńcze ra­mio­na uko­cha­nej cio­ci.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

Wstęp

Drew­nia­ny sto­łe­czek miał okrągłe sie­dzi­sko i był ni­ski, w sam raz, żeby mo­gło na nim usi­ąść dziec­ko. Ta­kie jak ja, czte­ro-, pi­ęcio­let­nie. Bab­cia prze­wa­żnie usta­wia­ła go w po­bli­żu wy­so­kie­go pie­ca w kącie po­ko­ju i sa­dza­ła mnie na nim, że­bym mo­gła ogrzać plec­ki, opie­ra­jąc się o cie­płe chro­po­wa­te ka­fle. W dło­niach za­zwy­czaj trzy­ma­łam fi­li­żan­kę z moc­ną i słod­ką her­ba­tą, bo taką się pi­ja­ło w miesz­ka­niu przy Ga­jo­wej. Bab­cia na pew­no coś mi wte­dy opo­wia­da­ła albo czy­ta­ła na głos: Baj­ki o czte­rech wia­trach Ja­nu­szew­skiej lub wier­sze Brze­chwy. To były moje ulu­bio­ne ksi­ążki i już na za­wsze będę ko­ja­rzyć te tek­sty z jej gło­sem. Co wi­ęcej, kie­dy lata pó­źniej zo­sta­łam mamą, czy­ta­łam dzie­ciom te same ksi­ążki, nie­świa­do­mie na­śla­du­jąc tembr i rytm jej gło­su, le­ciut­ki wschod­ni za­śpiew. Po pro­stu nie po­tra­fi­łam ina­czej.

Ale wró­ćmy do sed­na. Do sto­łecz­ka.

Je­sien­ną czy zi­mo­wą porą w miesz­ka­niu przy Ga­jo­wej prze­wa­żnie pa­no­wał chłód. Wy­so­kie po­miesz­cze­nia trud­no było ogrzać, a zim­ne po­wie­trze bez tru­du wci­ska­ło się przez duże, nie­szczel­ne okna i wpa­da­ło z ciem­ne­go ko­ry­ta­rza chłod­ny­mi po­dmu­cha­mi przez szpa­ry mi­ędzy drzwia­mi a fu­try­ną. Mia­łam nie­ja­sne wra­że­nie, że za bia­ły­mi drzwia­mi, w mrocz­nym przed­po­ko­ju, kry­je się coś złe­go, a już z pew­no­ścią bar­dzo nie­po­ko­jące­go, i to coś ra­zem z zim­nem pró­bu­je we­drzeć się do po­ko­ju. Za nic sama nie otwo­rzy­ła­bym tych drzwi i nie we­szła­bym w tę ciem­no­ść. Za nic. W po­ko­ju czu­łam się bez­piecz­nie, tu­taj była bab­cia, a piec da­wał cie­pło.

Lu­bi­łam ten sto­łe­czek. Wie­dzia­łam od bab­ci, że przed laty sia­dał na nim mój tata i moje cio­cie. Spod bia­łej olej­nej far­by, któ­rą był po­ma­lo­wa­ny me­be­lek, prze­bi­ja­ły gdzie­nie­gdzie ciem­niej­sze od­cie­nie, za­uwa­żal­ne zwłasz­cza wte­dy, gdy się go od­wró­ci­ło do góry no­ga­mi. Bo daw­niej sie­dzi­sko nie było bia­łe, tyl­ko czer­wo­ne w krop­ki. Bab­cia przed laty po­ma­lo­wa­ła je tak, by ta­bo­re­cik przy­po­mi­nał mu­cho­mor­ka. Och, jak ża­ło­wa­łam, że sto­łe­czek już nie jest mu­cho­mor­kiem, jak wów­czas, gdy dzie­ci bab­ci były małe! Czu­łam, że coś mnie omi­nęło, tak jak­by ta bia­ła far­ba sta­no­wi­ła gra­ni­cę od­dzie­la­jącą mnie od tam­tych cza­sów. Ża­ło­wa­łam, że nie da się jej zdra­pać, usu­nąć ja­koś i do­stać się do tam­tej pierw­szej war­stwy. Pa­mi­ętam swój ogrom­ny żal bar­dzo wy­ra­źnie.

Ko­lej­na część cy­klu Dwa Mia­sta jest wła­śnie pró­bą usu­ni­ęcia tej bia­łej war­stwy far­by za­po­mnie­nia za­kry­wa­jącej barw­ną prze­szło­ść. Wspo­mnie­nia i opo­wie­ści bli­skich, któ­re krążą w mo­jej gło­wie, prze­bi­ja­ją się spod nie­pa­mi­ęci jak ciem­niej­sze smu­gi na sie­dzi­sku sto­łecz­ka. Nie­ste­ty, co za­ma­lo­wał czas, ra­czej na za­wsze po­zo­sta­nie dla mnie nie­osi­ągal­ne. Spró­bu­ję więc w tej ksi­ążce od­two­rzyć stra­co­ne frag­men­ty, te części opo­wie­ści, któ­rych nikt ni­g­dy nie opo­wia­da, bo są zbyt smut­ne i bo­le­sne, by o nich wspo­mi­nać, szcze­gól­nie ma­łe­mu dziec­ku. Si­ęgnę ta­kże po te zbyt ra­do­sne i pi­ęk­ne, by móc szyb­ko od­szu­kać w gło­wie od­po­wied­nie sło­wa, któ­re mo­gły­by je wy­ra­zić, przez co w efek­cie re­zy­gnu­je się z opo­wia­da­nia o nich. A szko­da.

Jest w Po­zdro­wie­niach z Wro­cła­wia i te­ra­źniej­szo­ść. Nie mo­głam jej unik­nąć, mu­sia­łam o niej na­pi­sać wła­śnie w ksi­ążce z tego lwow­sko-wro­cław­skie­go cy­klu. Zno­wu mamy woj­nę. To, co wy­da­rzy­ło się 24 lu­te­go 2022 roku, już na za­wsze po­zo­sta­nie za­pi­sa­ne w wiel­kiej hi­sto­rii świa­ta oraz w ma­łych hi­sto­riach ludz­kich ist­nień. Dra­mat woj­ny od­ci­snął się na wie­lu ukra­ińskich ro­dzi­nach, po­zba­wił je domu i po­czu­cia bez­pie­cze­ństwa, zmu­sił do opusz­cze­nia kra­ju. Be­stial­stwo, któ­re ro­ze­gra­ło się i wci­ąż roz­gry­wa na oczach świa­ta, kła­dzie się co­raz dłu­ższym cie­niem na su­mie­niu Eu­ro­py. Prze­cież to już było, wy­da­rzy­ło się. I dzie­je się po­now­nie... Co będzie da­lej? Czy mo­że­my tyl­ko cze­kać?

Tym­cza­sem oglądam wy­bla­kłe zdjęcie, na któ­rym naj­star­sza cór­ka bab­ci - po­wie­ścio­wa Róża - sie­dzi na za­la­nym sło­necz­nym bla­skiem bal­ko­nie z wi­do­kiem na uli­cę Ga­jo­wą i po­chy­la się nad ja­kąś ksi­ążką. Wiem z opo­wia­dań, że za­trzy­ma­na w ka­drze cio­cia ma osiem­na­ście lat i przy­go­to­wu­je się wła­śnie do ma­tu­ry. Ale mnie naj­bar­dziej in­te­re­su­je nie cio­cia, tyl­ko wci­śni­ęty w kąt bal­ko­nu sto­łe­czek. Choć zdjęcie jest czar­no-bia­łe, wi­dzę do­brze, że me­bel wy­gląda na nim tak jak wte­dy, kie­dy miał imi­to­wać mu­cho­mo­rek. Tak bar­dzo chcę na nim usi­ąść, tak bar­dzo chcę cof­nąć czas!

Spró­bu­ję zro­bić to po raz trze­ci.