Dwa królestwa. Split or Swallow. Tom 2 - Lindsay Straube

Kup ebooka

71.99 zł
57.59 zł (46,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Tem nigdy wcześniej nie była pieprzona przy drzewie.

Znajdowali się sami w lesie, ale to nie miało znaczenia - Tem pozwoliłaby Caspenowi pieprzyć się nawet w obecności tłumu gapiów. Trzymał ją za biodra, a ona oplatała nogami jego tors. Gwiazdy nad nimi, trawa pod nimi - wszystko zlewało się w jedno. Bazyliszek i człowiek, drapieżnik i ofiara. Miękkie linie jej ciała stapiały się z nim, aż przestawali być dwiema istotami, a stawali się jedną. Czuła się niewyobrażalnie pełna - pożądania, pragnienia, kutasa. Byli już blisko, wspinali się po zboczu rozkoszy, które tak dobrze poznała. Ich umysły się splatały. Z jego ramion unosił się dym.

Pozwól mi to zobaczyć, Tem.

Chciała, żeby to zobaczył.

Pokaż mi.

Pokaże mu.

Napierał na nią całym ciałem, a potężna i szeroka pierś przygniatała ją do drzewa. Nie było ucieczki, ale Tem wcale nie chciała uciekać. Orgazm uderzył w nią tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Kiedy znów widziała kolory, Caspen także skończył.

Po wszystkim leżeli na leśnej ściółce, zdyszani i mokrzy od potu. Mimo lodowatego nocnego powietrza Tem czuła, jakby w środku płonęła.

- Co się ze mną dzieje? - wysapała, kiedy wreszcie się od siebie odsunęli.

- Dostosowujesz się. - Caspen również oddychał ciężko.

Tem nigdy jeszcze nie widziała go tak zmęczonego.

- Ale dlaczego dopiero teraz? Wcześniej tak nie było.

- Teraz, kiedy przeszłaś przemianę, twoja bazyliszkowa strona się przebudziła.

- Przebudziła?

Wzruszył ramionami, kropla potu spłynęła po jego barku.

- Nie znam innego słowa, które mogłoby to opisać.

Po chwili namysłu uznała, że to określenie właściwie całkiem dobrze pasuje. Zaczęła jednak się zastanawiać, czy kiedykolwiek poczuje się w pełni przystosowana. Od ich ślubu minął tydzień, a ona nie była ani o krok bliżej opanowania swej bazyliszkowej strony niż w chwili, gdy po raz pierwszy przemieniła się nad jeziorem. Zamiast tego czuła, że traci kontrolę, a jej ciało przypomina szalejący płomień.

- Skoro tak, dlaczego nie potrafię się przemieniać tak jak ty? - zapytała, gdy wracali do jaskiń.

Przebywali w lesie od wielu godzin, a ona nie zdołała się przeobrazić. W ogóle do tej pory udało jej się to tylko raz - i to jedynie dzięki pomocy Caspena, który prowadził ją swoim umysłem. Niemal wciągnął ją w jej prawdziwą postać, ale i tak ledwo był w stanie pomóc. Tem czuła, że przemiana znajduje się tuż poza jej zasięgiem.

- Dopiero zaczynasz. To wymaga czasu.

- Ale robiłam to już wcześniej. A tobie przychodzi to tak łatwo.

- Robię to od bardzo, bardzo dawna. Ty też do tego dojdziesz.

- Nienawidzę bycia słabą.

- "Słaba" to ostatnie, co można o tobie powiedzieć.

Chciała mu wierzyć. Przychodziło jej to jednak z trudem, bo dowody wskazywały na coś innego. Była hybrydą. Powinna dysponować ogromną siłą, a tymczasem ledwo potrafiła się przemienić. Przepływ mocy, który znalazła zaledwie tydzień temu, zniknął bez śladu i zaczynała podejrzewać, że pierwsze kilka razy to zwykły przypadek. Teraz została odsunięta na bok - jak dziecko, które bawiło się zbyt długo i musi odpocząć. To żałosne.

- Powinnam stawać się w tym coraz lepsza, a nie coraz gorsza.

- Będziesz coraz lepsza. Opanujesz to. Musisz tylko poznać technikę.

Kiedy wrócili do komnat, Tem była już niemal przekonana. Ale wszelkie myśli o przemianie zniknęły w chwili, w której zobaczyła leżący na łóżku list. Caspen przeczytał go pierwszy. Potem podał jej kartkę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W gardle jej zaschło, gdy przeczytała trzy równe linijki pisma:

Temperance Verus,

król prosi o Twoją obecność w zamku tego wieczoru.

Zostanie po Ciebie wysłany powóz. Przybądź sama.

Odwróciła kartkę, jakby spodziewała się zobaczyć dodatkową notatkę. Ale niczego nie znalazła.

- "Przybądź sama"... - wyszeptała.

Caspen zabrał list i wrzucił go do ognia. Wiedziała, że chciał się go pozbyć, ale mimo wszystko ten gest wydał jej się znaczący.

- Nie powinno cię to dziwić - powiedział.

- Co?

- Fakt, że chce, byś przyszła sama.

- Och - odparła. - Racja.

Nie tyle ją to zaskoczyło, ile zdenerwowało. Nie widziała Leo od dnia ślubu. Na pewno odnalazł już Evelyn. Na pewno ze sobą byli. Ta myśl przyprawiała ją o mdłości.

Spojrzała na Caspena.

- Nie przeszkadza ci to, że się z nim zobaczę?

Uniósł brew.

- Nie. Nie przeszkadza.

Nie potrafiła zrozumieć jego obojętności. Jak to możliwe, że tak przełomowe wydarzenie w ogóle go nie obchodzi?

- Ale dlaczego?

Wzruszył ramionami.

- Bo wybrałaś mnie - powiedział po prostu.

Przyjrzała mu się. Technicznie rzecz biorąc, miał rację: wybrała jego. Ale nie dlatego, że nie kochała Leo, tylko dlatego, że chciała dla niego czegoś więcej. A tym samym zgodziła się na mniej dla siebie.

- Tem - mruknął. - Nie musisz tam iść.

To oczywiste, że tak twierdził - domknięcie spraw z Leo nie miało dla niego żadnego znaczenia. Czym była miłość do ludzkiego księcia - a teraz króla - w porównaniu z więzią krwi z bazyliszkiem? Dla Caspena małżeństwo z Tem było jedynym prawdziwym związkiem. Ale dla niej nie. Poza tym chciała tam pójść. Aby się przekonać, że podjęła właściwą decyzję - że Leo odnalazł Evelyn i jest teraz szczęśliwy.

- Muszę iść - odparła ostrożnie. - Technicznie rzecz biorąc, wciąż jesteśmy małżeństwem.

Nie wypowiedziała na głos reszty myśli, a mianowicie że Leo nie mógł poślubić Evelyn, jeśli nadal był mężem Tem.

Caspen ponownie wzruszył ramionami.

- W takim razie pójdziesz.

Cała ta sprawa niewiele go obchodziła. Bazyliszki nie miały dokumentów ani nie przejmowały się ludzkimi formalnościami. Rozumiał jednak ludzkie zwyczaje, a jeśli rzeczywiście czegoś chciał, to zamknięcia przez Tem tego rozdziału życia.

Spojrzała na swoje nagie ciało.

- A co właściwie mam włożyć?

Kącik ust Caspena drgnął.

- Coś ci znajdziemy.

"Coś" okazało się dość trudne do znalezienia. Suknie, które bazyliszek dał jej podczas treningu, zostały uszyte na zamówienie - jak dowiedziała się Tem - i przygotowanie kolejnej zajęłoby kilka dni. Bazyliszki zawsze chodziły nagie. Po wielu godzinach znaleźli w końcu jedynie sięgający do ziemi długi jedwabny szlafrok. Zawiązany plecionym chwostem, tylko odrobinę przypominał suknię. Głęboki dekolt nie bardzo nadawał się na audiencję u króla, ale Tem to nie obchodziło. Strój był najmniejszym z jej zmartwień.

Caspen odprowadził ją do wejścia do jaskini, ale nie poszedł z nią aż do ścieżki. Zamiast tego pocałował ją i poczuła, jak smugi jego umysłu muskają jej własny. Objął ją mocniej. Być może udawał wcześniejszą obojętność. Być może wcale nie był tak niewzruszony tym wszystkim, jak chciał pokazać. Ale ona nie mogła już na to nic poradzić. Jedynym sposobem, by mógł mieć ją tylko dla siebie, było pozwolenie, by poszła do Leo i zakończyła tę relację.

Chwilę później ją puścił, a potem zniknął z powrotem w jaskiniach.

Tem czekała sama na powóz, który przyjechał dokładnie w chwili zapadnięcia zmroku. Nie rozpoznała chłopca stajennego. Z rozczarowaniem stwierdziła, że to nie Henry ani Peter. Miło byłoby zobaczyć znajomą twarz, jednak pogodziła się z tym, że będzie patrzeć przez okno. Nadchodziła zima. Jesień minęła w mgnieniu oka, a w powietrzu pojawiła się ostra nutka chłodu, pod wpływem której Tem zadrżała w oczekiwaniu. Zimy we wsi były długie i mroczne. Zastanawiała się, czy pod górą będą odczuwalne inaczej. To miała być jej pierwsza zima z dala od farmy, od kur, od matki.

Ale nic sobie z tego nie robiła. Niczego nie pragnęła bardziej, niż zasymilować się ze społeczeństwem bazyliszków, wreszcie poczuć, że naprawdę jest w domu. Caspen również tego chciał. Czuła to za każdym razem, gdy ich spojrzenia się spotykały. Zawsze ją obserwował, sprawdzał, jak dobrze się przystosowuje, upewniał się, że wciąż do niego należy. Ale czasami Tem nie była pewna, czy tak jest.

Jej myśli powędrowały ku temu, co miało nadejść. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać po dzisiejszym wieczorze, ale wszystko po prostu musiało pójść dobrze. W grę wchodziło znacznie więcej niż tylko jej małżeństwo z Caspenem. Po akcie przemocy na jej ślubie z Leo napięcie między ludźmi a bazyliszkami jeszcze nigdy nie było tak silne. Jeśli nie znajdą pokojowego sposobu na współistnienie, sytuacja może się tylko pogorszyć.

Ale sama myśl o zwykłym współistnieniu z Leo była niemożliwa. Jeszcze tydzień temu byli w sobie zakochani. I to się nie zmieniło - przynajmniej ze strony Tem. Ból ściskający jej pierś stanowił na to dostateczny dowód. Ale czy dla Leo również? Zgodził się nią dzielić. Tego właśnie chciała. Potem jednak odbył się ślub i coś się w niej zmieniło - jakaś nić bezinteresowności poruszyła jej serce, kiedy spojrzała w oczy Leo po tym, jak nałożyła koronę na jego głowę. To nie było wobec niego fair, że musiał się nią z kimś dzielić. Zwłaszcza że pragnął jej całej. Sam jej to kiedyś powiedział: "Chcę całej ciebie. Albo nie chcę cię wcale".

Westchnęła i oparła się na siedzeniu. Wspomnienie ślubu nie dawało jej spokoju - sposób, w jaki Leo na nią patrzył, gdy wchodziła na podest, sposób, w jaki się pocałowali, kiedy go ukoronowała. Pielęgnowała te obrazy, wracała do tamtej chwili w najciemniejszych godzinach nocy, gdy Caspen spał obok. Pamiętała też inne rzeczy z nocy spędzonej w jego łóżku: smak ust, słodki jak miód, sposób, w jaki wielbił ją między udami, sposób, w jaki szeptał jej imię, kiedy jego członek był w niej.

Powóz nagle wydał się zbyt mały. Tem bez wątpienia się podnieciła. Odkąd po raz pierwszy przeszła przemianę, granica między zwykłym istnieniem a podnieceniem stała się rozpaczliwie cienka. Wystarczyła sama myśl o seksie, by zrobiła się mokra. A gdy myślała o Leo, wszystko działo się niemal automatycznie. Coś w jej ciele pragnęło go w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić. Zupełnie inaczej niż przy Caspenie, przy którym jej pożądanie stawało się pierwotne i surowe, wręcz trzewne, pochłaniało ją niczym głodne zwierzę. Przy Leo było łagodniejsze - jak węgiel tlący się głęboko w jej piersi. Nie potrafiła się go pozbyć. Nie wiedziała nawet, czy w ogóle tego chce. Sama myśl o byciu blisko niego doprowadzała ją do szaleństwa.

Pochyliła się i schowała głowę w dłoniach. Musiała się opanować.

- Proszę pani? - Głos stangreta przerwał jej rozmyślania. - Zajechaliśmy.

Drzwiczki powozu się otworzyły i Tem uścisnęła podaną jej dłoń. Nad jej głową świeciły gwiazdy, a pod nakrapianym niebem jaśniał ostatni skrawek sierpowatego księżyca. Spojrzała w górę - na złowrogie wieże zamku - z niepokojem myśląc o tym, co nastąpi dalej. Nie chciała przekraczać tych drzwi. To już nie był jej dom.

Teraz należał do Evelyn.

Zatrzymała się przed wejściem i położyła dłoń na klamce. Czy po drugiej stronie znajdował się Leo? Czy Evelyn? Kazał jej przyjść samej - czy to znaczyło, że on też będzie sam? Kiedy jednak otworzyła drzwi, nie zastała go za nimi. Zamiast niego przywitał ją Lord Szambelan ze swym powściągliwym uśmiechem.

- Temperance - rzekł spokojnie. - Jak się pani czuje?

- Och... - Odchrząknęła. - Dobrze.

Skinął głową.

- Proszę za mną.

Przeszli przez foyer do salonu, gdzie Lord Szambelan skinął jej krótko głową i ukłonił się, zanim opuścił pomieszczenie. Przez chwilę Tem zastanawiała się nad tym jego formalnym zachowaniem. Czy status królowej bazyliszków zapewniał jej jakiś szacunek w królewskim zam­ku? A może po prostu służący współczuł jej z powodu tego, co miało zaraz nastąpić?

Musiała się napić.

Rozejrzała się za alkoholem i jej wzrok padł na złotą tacę, na której stała kryształowa karafka wypełniona whiskey. Natychmiast do niej podeszła, nalała sobie solidną porcję i wypiła wszystko jednym haustem. Trunek ukoił jej nerwy, ale tylko odrobinę. W salonie było gorąco, a głupi szlafrok nagle wydał się zbyt ciasny.

Tem spojrzała na obrazy wiszące na ścianach. Z płócien patrzyły na nią dziesiątki twarzy - wszyscy byli członkami rodziny królewskiej, wszyscy od dawna nie żyli. Widziała, że odcień chłodnego blondu włosów Leo przechodził z pokolenia na pokolenie. Nawet kiedy jego męscy przodkowie żenili się z brunetkami, dzieci i tak jakimś cudem rodziły się jasnowłose. Jej wzrok przesuwał się po morzu kanciastych twarzy, a w każdej z nich widziała Leo. Jeden z mężczyzn miał jego stalowoszare oczy, inny jego smukłe, eleganckie palce. W końcu dostrzegła Maximusa.

Podeszła do jego portretu, wciąż ściskając w dłoni szklankę z whiskey. Były król stał w miejscu wyglądającym na bibliotekę, w której odbyła się ceremonia Gotowej Sześćdziesiątki. Na jego nadgarstku błyszczała gruba złota bransoleta. Tem się zastanawiała, gdzie teraz przebywa Maximus, czy Leo pozwolił mu się przemieszczać, czy też uwięził go za jego zbrodnie. Zanim zaczęła głębiej to analizować, usłyszała chrząknięcie. Gwałtownie się odwróciła.

W drzwiach stał Leo.

Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Wysoki, smukły, w nienagannie skrojonym aksamitnym garniturze. Niemal białe włosy zaczesał do tyłu. Z jakiegoś względu spodziewała się, że będzie wyglądał inaczej - starzej. Ale zmieniły się tylko jego oczy. Były przymknięte, jakby kiepsko sypiał. Wolała nie myśleć o tym, co nie dawało mu spać. Nosił obrączkę i nagle zaczęła się zastanawiać, czy to ta z ich ślubu, bo ona swoją wciąż miała - od czasu ich zaślubin nie zdjęła jej ani razu. Leo pewnie zaraz poprosi, by ją oddała. Ta myśl sprawiła jej ból.

- Tem.

Wypowiedział tylko jej imię, ale na dźwięk jego głosu coś w niej się obudziło - coś niemożliwego do zignorowania.

- Leo.

Tylko jego imię w odpowiedzi.

Tem przypomniała sobie, jak Caspen przytrzymał jej głowę i głowę Leo, przypieczętowując ich więź pocałunkiem. Teraz znów chciała go pocałować. Natychmiast zdusiła w sobie to pragnienie. Leo nie należał już do niej, tylko do kogoś innego, ale to właśnie Tem kazała mu odejść. Czuła, że nie ma prawa za nim tęsknić, skoro to ona sama odesłała go pierwsza.

Oczy Leo przesunęły się po jej sylwetce i zatrzymały na diabelnie głębokim dekolcie szlafroka.

Tem odstawiła szklankę z whiskey, bo bała się, że ją upuści.

- Dziękuję, że przyszłaś - rzekł dziwnie formalnym tonem. - Nie wiedziałem, czy to zrobisz.

Nie mogła tego znieść. Zmarszczyła czoło.

- Dlaczego?

Przekrzywił głowę.

- Bo jesteś... z nim.

Nie wiedziała, jak na to zareagować. Fakt, że była z Caspenem, nie oznaczał przecież, że zamierzała ignorować istnienie Leo. To ona kazała mu obiecać, że jeszcze się zobaczą.

- Zawsze przyjdę na twoje wezwanie - odrzekła cicho.

Nie odpowiedział. Trochę żałowała, że nie wypiła więcej, ale może to i lepiej, bo nie wiedziała, jak zachowałaby się pijana. Nawet bez alkoholu czuła niezwykłe ciepło. A za każdym razem, gdy patrzyła na Leo, robiło jej się tylko goręcej.

- Czy ty jesteś...? - zaczął, ale urwał.

- Czy jestem co? - podsunęła.

- Szczęśliwa?

Odpowiedzenie na to pytanie było niemożliwe, bo co miałaby powiedzieć? Oczywiście, że była szczęśliwa z Caspenem - od samego początku. Ale jakaś część niej tęskniła za Leo - pragnęła go. Była to część tak samo prawdziwa i tak samo wyraźna jak ta, która kochała Caspena. Tem nie mogła nic na to poradzić, nie mogła tego kontrolować. Po prostu tak było. Postanowiła odpowiedzieć pytaniem na pytanie:

- A ty?

Spojrzenie Leo było niewzruszone. Ten intensywny kontakt wzrokowy zaczynał ją wystawiać na próbę. Chciała do niego podejść, wziąć go pod brodę i przyciągnąć jego twarz do swojej. Aby powstrzymać tę pokusę, zacisnęła dłonie w pięści.

- Szczęście jest zbytkiem - wyszeptał.

Nie miała pojęcia, co zrobić z taką odpowiedzią. Czy on właśnie wyznał, że nie jest szczęśliwy? A może że jest, ale zapłacił za to wysoką cenę? Nie wiedziała, o co chodzi - i nie potrafiła sobie wyobrazić, że o to pyta. Zamiast tego poruszyła kwestię, z którą tu przyszła:

- Odnalazłeś ją?

Spodziewała się natychmiastowej riposty, ale ta nie padła. A przecież to było proste pytanie. Znała już odpowiedź. A jednak musiała mieć pewność - musiała usłyszeć to z jego ust.

- Tak. - Jego głos był pełen napięcia.

Pokiwała głową. Nic innego nie przyszło jej do głowy. Z jednej strony się cieszyła, że Leo odnalazł Evelyn; w końcu sama mu poradziła, by to zrobił. Z drugiej - poczuła falę zazdrości tak silną, że ta niemal wyrwała jej oddech z piersi. Przez głowę przemknęły jej straszne wizje: Leo dotykający Evelyn, całujący ją, wypowiadający jej imię zamiast imienia Tem. Odrażające.

Chciała powiedzieć mu jeszcze jedno - tylko to ciążyło jej na sercu. Wiedziała, że nie powinna tego mówić - że nie ma do tego prawa. A jednak tego potrzebowała.

- Tęsknię za tobą.

Zmrużył oczy. Nie dało się pomylić pożądania w ich głębi - czystej, zwierzęcej żądzy, która odpowiadała żądzy w niej. Ale przez jego twarz przemknął ból i Tem natychmiast pożałowała swych słów. Nie chciała go zranić.

Leo otworzył usta, zaraz jednak je zamknął. Nie po raz pierwszy żałowała, że nie potrafi czytać w jego myślach, tak jak czytała w myślach Caspena. Nie mogła więc zrobić nic poza czekaniem - i modlitwą. Jak zawsze przy Leo odczuwała ogromną bezradność.

Wydawało się jej, że minęła cała godzina, nim powiedział:

- To minie.

Coś w niej zwiędło. Do tej wersji Leo nie była przyzwyczajona, nie znała go takiego zdystansowanego i chłodnego. Rozumiała ją. Ale jej nienawidziła. Skrzyżował ręce na piersi, by się od niej odciąć.

- Możemy już zacząć?

- Zacząć... co?

- Unieważnienie.

Czyli po to ją tu wezwał. Powinna była się tego spodziewać, powinna była wiedzieć, że skoro Leo odnalazł Evelyn, następnym logicznym krokiem będzie poślubienie jej. Ale nie potrafiła się odezwać. Po prostu skinęła głową.

Odchrząknął i wskazał na drzwi.

- Za tobą.

Każdy krok w jego stronę był niczym stawiany pod wodą. Tem szła jak w zwolnionym tempie, czując każde uniesienie i opadanie jego piersi - każdy skok pulsu. Słyszała, jak jego serce przyspiesza, gdy się zbliżała, a jej bazyliszkowa natura była w pełni rozbudzona i spragniona. Gdy tylko poczuła zapach wody kolońskiej, nozdrza jej zadrżały i się zatrzymała. Pachniał latem - jak ciepły wiatr nad otwartym polem. Ale z jego zapachem mieszała się jeszcze inna woń. Słodkawa, mdląca jak wanilia. Whiskey zabulgotała jej w żołądku. To była ona. Tem miała pewność.

Wciąż stała nieruchomo.

Przyglądał się jej, sztywny i czujny.

- Tem...?

Na dźwięk swojego imienia podniosła wzrok i spojrzała w jego szare oczy. Był tak blisko. Oddychali tym samym powietrzem, ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Czy to sobie wyobraziła, czy on się pochylał?

- Wasza Wysokość? Czy jesteście gotowi? - W drzwiach stanął Lord Szambelan.

Leo natychmiast się otrząsnął i pokręcił głową, a potem odwrócił się w stronę swojego wuja.

- Tak. Jesteśmy gotowi.

Tem nie spodobał się sposób, w jaki wypowiedział słowo "gotowi".

- Unieważnienie musi zostać przeprowadzone przez byłego króla, ponieważ to on udzielił wam ślubu. - Lord Szambelan machnął ręką. - Zapraszam za mną.

Kroki Tem zsynchronizowały się z krokami Leo, gdy schodzili po schodach do lochu.

Patrzyła prosto przed siebie, wbijając wzrok w tył głowy Lorda Szambelana, boleśnie świadoma obecności Leo obok. Jego dłoń niemal ocierała się o jej dłoń. Czy powinna go dotknąć? Lepiej nie. Gdyby go dotknęła, nie potrafiłaby przestać.

Kiedy dotarli do drzwi lochu, była skostniała z zimna. Na dole panował lodowaty chłód - o wiele intensywniejszy, niż pamiętała. Wszystko w niej chciało przysunąć się bliżej Leo, owinąć się wokół niego i poczuć jego ciepło. Opieranie się tej potrzebie kosztowało ją mnóstwo wysiłku. Lord Szambelan majstrował przy drzwiach - wyglądało na to, że się zacięły. Tem rozpaczliwie próbowała skupić się na czymkolwiek innym niż ciepło bijące z ciała Leo, ale było to niemożliwe. Bazyliszkowa natura walczyła o dominację, zmuszała ją do słuchania instynktów. To nie miało sensu. Musiała go dotknąć.

Wbrew wszelkiej logice i woli wyciągnęła dłoń w stronę ręki Leo. Jej umysł krzyczał, by przestała. Ale ciało poruszało się samo, muskała czubkiem małego palca jego palec. W chwili, gdy się dotknęli, Leo zamarł. Na jej skórze eksplodowała elektryczność. Nawał wspomnień zalał jej umysł z taką siłą, że przygryzła wargę, by nie krzyknąć.

Byli w jego łóżku, nadzy, w noc poprzedzającą ich ślub.

"Nie ruszaj się".

Będzie dla niego wszystkim.

"Powiedz to... Powiedz, że chcesz mojego kutasa".

Powiedziałaby dla niego wszystko.

"Jesteś dla mnie stworzona".

Nie mógł rzec nic bardziej prawdziwego.

Czy Leo też to pamiętał? Czy widział to, co widziała Tem - ich dwoje razem, tak jak powinno być? Spodziewała się, że młody władca się odsunie, ale on tego nie zrobił. Po nieznośnej chwili bezruchu jego palec także się poruszył. Przesunął się wzdłuż jej palca, muskając go aż po kostkę. Rozkoszowała się drżeniem, które od tego dotyku popłynęło w górę ręki.

Coś w niej go wzywało. Coś drapieżnego, instynktownego i bezsprzecznie nieludzkiego. Musiała go mieć; musiała go pocałować i posmakować, przycisnąć swoją skórę do jego skóry, aż...

- Proszę - powiedział Lord Szambelan.

Oboje podskoczyli w tym samym momencie, gwałtownie odrywając od siebie ręce. Drzwi lochu były otwarte, a ich ziejąca ciemność zapraszała.

Serce Tem biło tak szybko, że trudno jej było oddychać. Czuła się tak, jakby właśnie wymieniła z Leo coś niezwykle ważnego - jakby jakaś cząstka jego ciała przeszła do niej, a jej do niego.

Nie odważyła się na niego spojrzeć. Patrzyła przed siebie, gdy weszli do lochu, razem stawiając krok w ciemność. Było tu dokładnie tak, jak zapamiętała: mrocznie i przenikliwie zimno. Ale tym razem w celi na końcu korytarza nie znajdował się jej ojciec, tylko ojciec Leo.

Maximus siedział oparty o kamienną ścianę, jego blond włosy były splątane, oczy zamknięte. W niczym nie przypominał dumnego króla, którego poznała podczas konkursu zalotów - i ten widok sprawił jej przyjemność. Trafił dokładnie tam, gdzie powinien się znaleźć, poniósł konsekwencje swoich czynów i wylądował w lochu, w którym zadał innym tyle bólu. Patrząc na niego w tej samej celi, którą kiedyś zajmował jej ojciec, czuła, że zwyciężyła - i wiedziała, że zawdzięcza to Leo. Zastanawiała się, jak szybko po ślubie umieścił tu króla. Mogła sobie tylko wyobrażać, co musiał wtedy czuć.

- Ojcze - warknął Leo. - Obudź się.

Maximus powoli otworzył oczy. Najpierw przesunął wzrok po Leo, zanim zatrzymał go na Tem. Zaśmiał się cicho i bez rozbawienia. Ten odgłos przeciął ją jak ostrze.

- Nie tego się spodziewałem - rzekł ochrypłym głosem.

- Musisz być świadkiem unieważnienia naszego małżeństwa - ciągnął Leo, jakby tamten w ogóle się nie odezwał.

Maximus znów się roześmiał. Tym razem jednak śmiech przeszedł w udręczony kaszel.

- Żałosne - powiedział, wbijając wzrok w syna. - Nawet jak na ciebie.

- Dość tego, ojcze.

Tem spojrzała na Leo. To nie była jego zwykła, cięta riposta - brzmiał na zmęczonego. Znów zapragnęła go dotknąć.

Maximus wzruszył ramionami i dopiero wtedy zauważyła, że jest przykuty kajdanami do podłogi. Był to szczególnie okrutny sposób przetrzymywania jeńca - nie mógł wstać i ciągle musiał znajdować się w przygarbionej pozycji. Stanowiło to osobistą zemstę, bo nie zachodziła konieczność krępowania go we własnej celi - Tem wiedziała, że wszystko to musiało zostać zaaranżowane na rozkaz Leo. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Była świadoma, że Leo potrafi być okrutny - jak wszyscy mężczyźni - ale nie miał takiej natury i z pewnością nie preferował takiego zachowania. Czy to, co wydarzyło się na ślubie, go zahartowało? Czy przestał być dwudziestoletnim chłopcem, którego kiedyś znała?

Nie miała teraz czasu się nad tym zastanawiać. Lord Szambelan wyjął z kieszeni marynarki kartkę i w słabym świetle lochu Tem dostrzegła słowa "unieważnienie małżeństwa". Nagle poczuła, jak w jej oczach stają łzy. To miało ją uwolnić od Leo? Wydawało się to takie głupie, takie bezwartościowe. Wpatrywała się w papier. Wyglądał tak zwyczajnie - nic więcej niż tusz na stronie. Podpisanie dokumentu nie zmieni jej uczuć. Nie ukoi ognistej potrzeby, zalewającej Tem za każdym razem, gdy znajdowała się w pobliżu ludzkiego króla. Nic nie mogło jej ukoić - miłość domagała się czucia.

- Pani pierwsza - rzekł Lord Szambelan, wymachując przed nią dokumentem.

Odrętwiała wzięła pióro i złożyła podpis. Bardzo uważała, by nie dotknąć skóry Leo, kiedy podawała mu kartkę. Potem on także się podpisał. Lord Szambelan podał papier i pióro przez kraty, w wyciągnięte ręce Maximusa. Ten nie spieszył się z podpisaniem go - najpierw przeczytał każde słowo, jakby delektował się tą chwilą. Tem nie mogła go za to winić. Z pewnością był to najciekawszy punkt jego dnia. Potem Lord Szambelan odebrał od niego dokument i schował go do kieszeni marynarki. Kiedy papier zniknął z pola widzenia, Tem poczuła jeszcze większy chłód.

Już mieli wychodzić, gdy Maximus powiedział:

- A więc, Theloniusie? Czy było trudne?

Leo zatrzymał się w pół kroku. Tem także stanęła.

- Co było trudne? - spytał szeptem.

- Poznanie prawdy.

Młody król zacisnął pięści przy bokach. Tem spojrzała na Maximusa, zastanawiając się, co się dzieje. Coś jej umykało - najwyraźniej wcześniej między ojcem a synem odbyła się jakaś rozmowa.

Ten drugi odpowiedział jednym słowem:

- Tak.

A potem odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Droga na górę upłynęła im w milczeniu. Dopiero gdy znów znaleźli się w holu, a Lord Szambelan skłonił się i odszedł, Leo w końcu się do niej odwrócił.

- Tem - rzekł cicho.

Zatrzymała się z dłonią już na klamce drzwi frontowych. Czy zamierzał wspomnieć o tym, jak się wcześniej dotknęli - o elektryczności, która między nimi przeszła? A może tylko ona to czuła?

Zanim zdążyła się nad tym zastanowić, Leo podjął:

- Chciałbym, żebyśmy jadali razem kolacje.

Zamrugała.

- Kolacje... w liczbie mnogiej?

- Tak - odrzekł, a na jego ustach drgnął cień uśmiechu. - Kolacje, w liczbie mnogiej.

- Jakiego rodzaju kolacje?

- W każdą niedzielę wieczorem ty i Caspen przyjdziecie do zamku i zjecie kolację ze mną i Evelyn.

Na dźwięk tego ostatniego imienia po plecach Tem przebiegł chłód. Po raz pierwszy usłyszała, jak Leo je wypowiada. Znowu zaczęła się zastanawiać, czy Evelyn jest tutaj, gdzieś na górze, być może w jego sypialni. Wydawało się, że jej obecność przenika ściany.

- Ale... po co?

Poruszył ramionami, jakby go bolały.

- Musimy jakoś rozmawiać o współistnieniu naszych królestw. I pomyślałem, że kolacja to przyjemny sposób.

Wciąż nie obejmowała tego umysłem. Ona i Caspen? Tutaj? To absurdalne. Kolacja z Leo i Evelyn byłaby wszystkim, tylko nie przyjemnością. Nie potrafiła sobie wyobrazić gorszego sposobu na spędzenie niedzielnego wieczoru.

- Leo... - zaczęła.

- Musimy współpracować, Tem. Inaczej wszystko się rozpadnie.

Westchnęła. Miał rację. Próbowali przerwać wielowiekowy schemat wrogości między ich królestwami. Tę pracę trzeba było wykonać. Ale myśl o siedzeniu tak blisko niego i Evelyn napawała ją odrazą. Nie chciała patrzeć na nich razem, nie chciała widzieć, jak Leo patrzy na tamtą tak, jak kiedyś patrzył na nią. To był szczególny rodzaj tortury - i nawet ona na niego nie zasługiwała.

Kiedy nie odpowiedziała, nachylił się do niej.

- Będzie doskonałe jedzenie - dodał cicho. - I mnóstwo deserów.

Na jej twarzy pojawił się najlżejszy z uśmiechów. Natychmiast przypomniała sobie, jak karmiła go sufletem czekoladowym na oczach jego ojca.

- W takim razie będziemy.

Czysta radość przemknęła przez jego twarz tak szybko, że Tem prawie ją przegapiła. Chwilę później zniknęła, wygładzona maską obojętności.

Leo skinął głową.

- Dobrze - powiedział. - Wyślę powóz.

Ona także skinęła głową. Tylko tyle była w stanie zrobić.

Zapadła cisza, gdy patrzyli na siebie, a Tem przypomniała sobie wszystkie rozmowy, które odbyli w tym holu. Tę po ich pierwszej randce:

"Zamiast tego będę sobie wyobrażał wszystko, co chciałbym z tobą zrobić, gdybyś nie miała na sobie tej sukienki. I będę udawał, że pewnego dnia mi na to pozwolisz".

I tę, kiedy poprosiła go o zaufanie, zanim zaprowadziła go do lochu:

"Nie możesz mu powiedzieć, że ci to pokazuję".

"Nic mu nie powiem. Masz moje słowo".

Wolałaby którąkolwiek z tych rozmów od tej, którą prowadzili teraz. Nie chciała już przebywać w tym zamku - stanie tutaj, pośród całego tego złota, sprawiało jej ból. Ale musiała zapytać Leo o jeszcze jedną rzecz.

Wyciągnęła dłoń z obrączką.

- Chcesz ją z powrotem?

Wzrok króla powędrował do jej palców - do smukłej srebrnej obrączki, która należała kiedyś do jego matki. Tem spodziewała się natychmiastowej odpowiedzi, ale jej nie udzielił. Zamiast tego patrzył na jej uniesioną dłoń i zaciskał szczękę, trzymając ręce za plecami. Wreszcie powiedział po prostu:

- Nie.

A potem się odwrócił i ją zostawił.

Stała zupełnie oszołomiona, gdy wchodził po schodach prowadzących do jego sypialni. Czy Evelyn na niego czekała? Na samą myśl o tym chciało jej się wymiotować. Jakże inne było to spotkanie od jej wcześniejszych wieczorów w zamku, podczas rywalizacji o to, która z nich zostanie jego narzeczoną. Wtedy Leo nieustannie ją ścigał, a jego jedynym celem było poślubienie jej. A teraz to małżeństwo zostało unieważnione.

Spojrzała w dół na marmurową posadzkę, bezmyślnie wpatrując się w poprzecinane złotem płytki. Cały zamek wydawał jej się teraz trujący, jakby ściany próbowały ją udusić. Powinna odejść. A jednak, stojąc tutaj, wciąż czuła bliskość Leo. Pragnęła pobiec za nim po schodach. Nieważne, że była tam Evelyn - nieważne, że istniało sto powodów, dla których nie powinna tego robić. Chciała paść w jego ramiona i nigdy więcej go nie opuszczać. Ale nie mogła tego uczynić.

Może i wygrała rywalizację o ślub z Leo, ale prawie w ogóle nie zdążyła być jego żoną. Właściwie to wcale. Miała pewność, że byliby dobrym małżeństwem. Leo by o nią dbał, niczego by jej nie brakowało.

A jednak.

Życie w zamku z nim oznaczałoby życie bez Caspena. Bez uzależniającego dreszczyku emocji i pożądania, jaki mógł zapewnić tylko bazyliszek. Tem przypomniała sobie żar ze snu z nocy poprzedzającej jej pierwsze wejście do jaskiń. Żar Caspena. Nadal miała o tym wszystkim niewielkie pojęcie, ale jedno wiedziała na pewno: bez tego żaru by umarła. Miała teraz obowiązki - zobowiązania i obietnice wobec ludzi innych niż ona sama. Należała do Caspena, do swojego klanu i do każdego bazyliszka pod górą. Była ich królową. Nie zawiedzie ich, nie pozwoli, by wszystko się rozpadło. Nawet jeśli oznaczało to tęsknotę za Leo - i poczucie braku każdego dnia przez resztę życia. Jej przyszłość została przesądzona.

Czas wrócić do męża.

Rozdział 2

Droga powrotna na górę była długa i zimna, ale Tem prawie tego nie czuła.

Kiedy w końcu wróciła do ich komnaty, Caspen leżał w łóżku. Na jej widok natychmiast się podniósł.

- I jak poszło?

W odpowiedzi go pocałowała.

Z jakiegoś względu czuła się zdesperowana, jakby musiała udowodnić sobie, że to, co ma z Caspenem, jej wystarczy. A przecież tak właśnie było. Z nim wszystko stawało się łatwe jak oddychanie.

Zsunął dłonie na jej talię, zerwał z niej szlafrok i pociągnął ją na siebie. Zamiast jednak posadzić ją na swoim członku, złapał ją za uda i poprowadził tak, że okrakiem usiadła na jego twarzy, a jego usta znalazły się między jej nogami.

Gdy jego język odnalazł jej centrum, westchnęła gwałtownie.

Nigdy wcześniej nie robili tego w ten sposób - on leżał na plecach, a ona obejmowała udami jego szczękę. Dotykał językiem jej łechtaczki, drażnił ją, zanim delikatnie ugryzł. Nie wiedziała, jakim cudem się pod nią nie udusił. Za każdym razem, gdy próbowała się unieść, on ściągał ją z powrotem w dół i wbijał palce mocno w jej biodra, przytrzymując ją przy sobie. Wydawał z siebie gardłowe pomruki; czerpał z tego tyle samo przyjemności co ona. Aż nie mogła uwierzyć w zaciekłość, z jaką ją pożerał, jakby smakował ją po raz pierwszy.

Odchylił głowę, zachęcając ją, by przesunęła się do przodu. Ustawiła się tak, że nie było już między nimi żadnej przestrzeni - nic nie powstrzymywało orgazmu, który spadał na nią jak lawina. Niezaprzeczalna moc przepłynęła przez nią, gdy ujeżdżała jego twarz, tak samo jak jego członka, ze świadomością, że gdy tylko skończy, będzie jeździć także na nim. Wplątała palce w jego włosy, przytrzymując go przy sobie, jakby szukała zbawienia.

Dojdź dla mnie, Tem. Dojdź na moim języku.

Minęły już czasy, gdy taka prośba potrafiła ją przestraszyć. Teraz Tem wiedziała, że Caspen nie pragnie niczego bardziej, niż smakować tę część jej ciała, której nigdy by nie podejrzewała o dawanie przyjemności innym. Teraz wiedziała, że on potrzebuje tej części jej tak samo, jak ona potrzebuje każdej części jego.

Ścisnął mocniej jej pośladki. Czuła, że traci zmysły na jego twarzy. Resztki jej zahamowań zniknęły, gdy odrzuciła głowę do tyłu, poddając się przyjemności, i pozwoliła mu zaprowadzić się tam, gdzie tak bardzo potrzebowała dotrzeć. Nie puścił jej, gdy jej szczyt się rozlał. Przeciwnie - jeszcze mocniej złapał ją za pośladki, przytrzymując ją przy sobie, gdy spijał każdą kropkę. Kiedy w końcu się odsunął, przeciągnął językiem po łechtaczce. Zrobiła się tak wrażliwa, że Tem westchnęła, a potem pochyliła się, by go pocałować, czując na jego ustach własny smak.

A teraz się odwróć.

Uczyniła to bez wahania. Caspen przesunął się za nią, ustawił się między jej nogami i rozchylił je udami. Silne dłonie chwyciły Tem i uniosły jej biodra, jeszcze bardziej ją odsłaniając. A potem wsunął w nią członka.

Stał się mniej delikatny niż kiedyś. A jej się to podobało.

Każde pchnięcie było bezlitosne i całkowicie ją wypełniało. Była rozciągnięta do granic - stanowiła jeden wielki obnażony nerw. Dym zawirował w jej włosach, odciągając je do tyłu i wyginając jej szyję w łuk. Jaskinię wypełnił syk, gdy Tem bezwstydnie krzyknęła, a jej jęki były niekończącą się intonacją przyjemności przeznaczoną tylko dla uszu Caspena.

To było takie proste. I takie właściwe. Brał od niej to, czego chciał, a w zamian dawał to, czego ona chciała. Żadnych wyjaśnień czy racjonalizacji. Znajdowali się w przestrzeni nie do opisania, a Tem nigdy nie czuła się tak szczęśliwa, że nie musi nic mówić. Odgłos jego członka wsuwającego się w nią i wysuwającego był jedynym dźwiękiem, którego chciała słuchać. Ciepło oddechu na jej plecach było jedynym, co chciała czuć. Pragnęła tylko dawać i brać, i zatracać się tak, jak na to zasługiwała.

Piękna, Tem. Taka piękna.

Ledwie go słyszała. Powietrze było nieznośnie gorące, a pot pokrywał jej pierś.

Zobacz, co się dzieje, kiedy robisz to, co mówię.

Pokazywał jej to przy każdym pchnięciu. To była jej nagroda - trofeum, które zdobyła za posłuszeństwo. Ale nie zamierzała pozwolić mu tak łatwo przejąć kontroli. Teraz była jej kolej.

Nagle wysunęła się do przodu, zsuwając się po jego członku tak, że był w niej ledwie trochę. Poruszyła biodrami ostrożnie, sprawdzając dystans. Gdy została prawie całkiem pusta, zatrzymała się. Caspen westchnął gwałtownie, kiedy zsunęła się po nim z powrotem, przyjmując go całego jednym ruchem. Pozostała nieruchomo, ciasno u jego podstawy, zanim znów się poruszyła.

W górę. W dół. A potem znów w górę.

Ruszała się powoli - bardzo powoli - by mieć pewność, że on to zobaczy. Caspen uwielbiał ten widok. Dzięki jego obecności w swoim umyśle wiedziała, że bazyliszek jest tym oczarowany, obserwował każdy centymetr swojego członka znikający w niej, zanim znów się wysunął. Wygięła plecy, podkreślając kąt, przesuwając się aż do samego czubka.

Zatrzymała się tam - tylko na żołędzi - ściśle kontrolując ruchy, aż wiedziała, że wszystkie jej soki go zalewają. Caspen wydał z siebie pełny napięcia jęk, szarpnął ją w dół na całej swojej długości członka i tam przytrzymał.

Dość.

Uśmiechnęła się z satysfakcją. Doskonale wiedziała, że wygrała tę małą potyczkę. Jeśli myślał, że to on ma kontrolę, mylił się. Tem zawsze potrafiła doprowadzić go do granic, zmusić, by uznał jej siłę. I to się nie zmieni, bez względu na to, ile rozkazów jej wyda.

Przez chwilę oboje pozostawali nieruchomi. Powietrze było duszne, dym wirował na obrzeżach jej pola widzenia. Caspen powoli przesunął dłońmi po jej biodrach i wyżej, po plecach, ściskając krzywiznę talii, aż dotarł do piersi. Potem ścisnął także je. Wplątał palce w jej włosy i przyparł ją do materaca. Naparł na nią z nieustępliwym ciężarem. W chwili, gdy okazało się, że to zbyt wiele, pociągnął ich oboje do pozycji siedzącej, tak że Tem znalazła się na jego kolanach, z plecami opartymi o jego pierś. Odwróciła głowę, by spojrzeć w czarne oczy. Na jego szyi powoli pojawiały się łuski, zmieniały jego skórę w pancerz. A potem zaczął się poruszać.

Zbliżali się do szczytu, ich ciała działały już same z siebie. Tem poruszała biodrami w rytmie jego ruchów, przyjmując członka tak głęboko, jak tylko mogła, podczas gdy jego palce odnalazły łechtaczkę. Połączenie tych doznań popchnęło ją na samą krawędź. Ale tuż przed spełnieniem zrobiła coś, czego nigdy wcześniej nie uczyniła.

W chwili szczytowania osłoniła swój umysł przed Caspenem i zamknęła się, tak że nie byli już połączeni. Nie wiedziała, dlaczego tak postąpiła - podpowiedział jej to czysty instynkt, intuicja. Jeśli Caspen to zauważył, nie odezwał się. Być może był zbyt zajęty własną ekstazą.

Kiedy tylko się z niej wysunął, ona przyciągnęła go z powrotem.

- Jeszcze raz - powiedziała.

Nigdy nie miała dość.

Brała go raz za razem, aż oboje byli zlani potem i pozbawieni tchu. Kiedyś Tem sądziła, że Caspen pod względem apetytu seksualnego nie ma sobie równych. Teraz jednak jej własny był równie nienasycony, jeśli nie większy. Sama myśl o spędzeniu nocy bez igraszek szczerze ją przerażała.

Nigdy nie będziesz musiała obywać się bez seksu, Tem.

Wciąż był w niej.

Co masz na myśli?

To, że jeśli chcesz, możesz spać z innymi bazyliszkami.

Spojrzała na niego. Powoli się z niej wysunął, całując jej szyję.

I nie będzie ci to przeszkadzało?

Nie.

Gdy patrzyła na niego z niedowierzaniem, roześmiał się.

- Przecież już ci to mówiłem, Tem. Należysz do mnie. To, czy oddasz swoje ciało komuś innemu, niczego nie zmienia.

- Teraz tak mówisz, ale...

- Ale co?

Wyobraziła sobie Leo - jego blond włosy, jego zręczne palce. Caspen wspomniał tylko o spaniu z innymi bazyliszkami i to nie umknęło jej uwadze.

- Naprawdę tak myślisz?

- Oczywiście - rzekł z takim spokojem, jakby to był niepodważalny fakt.

Tem skinęła głową, choć nie potrafiła sobie wyobrazić spania z kimkolwiek innym - z wyjątkiem Leo. Gdy tylko ta myśl pojawiła się w jej głowie, zerknęła na Caspena, by sprawdzić, czy ją usłyszał. Jej umysł wciąż pozostawał osłonięty, ale on mówił dalej:

- Może się okazać, że twoja bazyliszkowa natura w końcu będzie się tego domagać.

To Tem potrafiła sobie wyobrazić. Bazyliszki żyły w permanentnym stanie podniecenia, nieustannie kuszone i drażnione. W ciągu ostatniego tygodnia Tem uprawiała więcej seksu niż przez całe dotychczasowe życie, nawet w czasie szkoleń w jaskini. Caspen zawsze był tuż obok. Wystarczyło, że na niego spojrzała, a on natychmiast dla niej twardniał; wystarczyło, że zrobiła krok w jego stronę - i już mogła na niego wsiąść.

Caspen to uwielbiał. Za każdym razem, gdy po niego sięgała, w jego oczach pojawiała się iskra dumy. Wiedziała, że bazyliszki szanują takie podejście - rozumieją i zachęcają do tego. Te istoty należały do siebie nawzajem w sposób, którego ludzie nigdy nie potrafiliby pojąć. Mimo to Tem wprost nie wierzyła, że tak często uprawiali seks. Budziła się, pragnąc tego. Zasypiała, wciąż o tym myśląc. Stała się zupełnie dzika, jak zwierzę. Nawet Caspen ledwo za nią nadążał. Nieustannie, nieznośnie łaknęła więcej.

Może miał rację - może przy odpowiednim bazyliszku uległaby pokusie. Okazało się, że nie rozumie wielu rzeczy w swoim ciele. Czasami odnosiła wrażenie, jakby ktoś inny przejmował nad nią kontrolę. Głód, który w niej płonął, był nieugaszonym pragnieniem. Tem zrobiłaby wszystko, by je zaspokoić.

- Tego właśnie chcesz? - zapytała. - Chcesz zobaczyć mnie z kimś innym?

Na jego ustach pojawił się nieznaczny, krzywy uśmiech.

- Tylko jeśli ty tego chcesz.

Podniosła się i spojrzała mu prosto w oczy.

- Ale czy ty tego chcesz?

Uśmiech się poszerzył.

- Nie miałbym nic przeciwko.

- Nie miałbyś nic przeciwko?

Teraz już śmiał się otwarcie.

- Tem, jestem bazyliszkiem.

Nic więcej nie powiedział, ale ona go zrozumiała. Caspen nie był taki jak ludzcy chłopcy, z którymi dorastała, ci wychowani w przekonaniu, że powinni wchodzić w monogamiczne związki. On był kimś zupełnie innym - dziką i wolną istotą, związaną obyczajami swojego ludu tak samo, jak Tem była związana obyczajami swojego. Fakt, że chciał, by spała z innymi bazyliszkami, mógł ją wprawiać w osłupienie, ale dla niego to nie było nic niezwykłego. Norma. I tylko dla Tem - coś niepojętego.

- Jak to możliwe, że nie ma to dla ciebie znaczenia? - dopytywała. - Jak możesz nie odczuwać zazdrości?

Powoli przesunął palcami po jej brzuchu, wywołując na nim gęsią skórkę.

- Byłbym zazdrosny tylko wtedy, gdybyś spała z kimś, kogo kochasz.

Nagle ukłuło ją poczucie winy. Istniał ktoś, kogo kochała.

- Ja byłabym zazdrosna, gdybyś spał z kimkolwiek innym - wyszeptała.

Uśmiechnął się.

- Wiem. I to zrozumiałe, skoro jesteś po części człowiekiem. Ale już ci mówiłem, Tem: ja nie chcę nikogo innego.

Resztę dopowiedział łagodnie w jej umyśle:

Moje ciało i moje serce należą do ciebie.

Pocałowała go, a on odwzajemnił pocałunek. Gdy się od siebie odsunęli, rzekł:

- Obchodzi mnie tylko to, by twoje serce było lojalne.

Tem spojrzała na srebrną obrączkę na swoim palcu. Caspen o nią nie pytał. Być może nie miało to dla niego znaczenia - bazyliszki nie nosiły obrączek, ich pasujące do siebie złote naszyjniki z pazurami były wystarczającym dowodem miłości. Ale dla Tem miało to znaczenie. I nie potrafiła jej zdjąć.

Oparła się o jego pierś.

Przez dłuższą chwilę po prostu leżeli. W końcu zapytała:

- Co najbardziej we mnie lubisz?

Kiedy się uśmiechnął, dostrzegła ledwie widoczny błysk jego kłów.

- To łatwe: twoje usta.

Przewróciła oczami.

- Mów poważnie.

Roześmiał się.

- Zawsze mówię poważnie. - Przesunął palcem po jej dolnej wardze. - Twoje słowa są ostre. - Spojrzał jej w oczy. - Twoje opinie jeszcze ostrzejsze.

Zanim zdążyła ponownie przewrócić oczami, zapytał:

- A co ty najbardziej lubisz we mnie?

Zastanowiła się nad odpowiedzią, myśląc o wszystkich rzeczach, które kochała w Caspenie. Kochała także jego usta, choć z pewnością nie z powodu wygłaszanych przez niego opinii. Kochała to, jak bardzo był pewny siebie - taki niezłomny i solidny. Ale najbardziej kochała sposób, w jaki ją kochał: bezwarunkowo.

- Twoje oddanie.

Znowu się uśmiechnął.

- Czczenie się - wyszeptał - jest bardzo łatwe.

Potem ją pocałował. Jego język poruszał się przy jej, badając usta, które tak bardzo kochał. Kiedy skończyli się całować, po prostu leżeli, patrząc na siebie, aż oczy zaczęły im się zamykać. W końcu oddech Caspena zwolnił.

Tem obserwowała szeroką płaszczyznę jego piersi, która rytmicznie unosiła się i opadała. Caspen zawsze dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Był jej obrońcą; nigdy nie pozwoliłby, żeby spotkała ją krzywda. Doskonały pod każdym względem. Ale Leo schwytał ją w sidła w sposób, którego się nie spodziewała, i Tem z wielkim trudem próbowała się od niego uwolnić.

Chciała postąpić właściwie, dać mu to, na co zasługiwał. Ale coś w niej pękło. Maleńka cząstka jej samej zeszła z tej sceny razem z Leo i od tamtej pory nieustannie ją przywoływała, bez względu na to, jak bardzo próbowała się czymś rozproszyć. To było tak realne jak fizyczne odczucie - ściskało jej pierś, utrudniając oddychanie. Tem nigdy nie zapomni chwili, gdy jej umysł eksplodował wrażeniami, kiedy jej mały palec musnął jego. Czy to był skutek działania piętna? Nie wiedziała nic o takiej magii i - szczerze mówiąc - za bardzo się bała, by zapytać o to Caspena. Ze strachu przed jego opinią nie potrafiła nawet wspomnieć o niedzielnych kolacjach. Zrobi to kiedy indziej.

Poza tym nie tylko ona miała swoje tajemnice.

Noc po ślubie bazyliszki, które trzymano w zamku na upuszczanie krwi, wróciły do jaskiń. Tem nie wiedziała, czy Leo je uwolnił, czy też wróciły z własnej woli. Wszystkie kierowały się do Adelaide.

"Dlaczego idą do niej?" - zapytała wówczas Tem.

"Ma wyjątkowy talent do uzdrawiania", wyjaśnił Caspen. Jego odpowiedź była krótsza niż zwykle. Wyglądał na rozporoszonego, wodził oczami po znużonym szeregu bazyliszków, które chwiejnie wchodziły do jaskiń, przyciskając dłonie do piersi.

"Szukasz kogoś?" - zapytała.

Na chwilę spojrzał jej w twarz - i natychmiast zrobił obojętną minę.

"Nie".

Za późno zrozumiała, że powinna była zadać inne pytanie. Gdyby zapytała, czy ma nadzieję kogoś ujrzeć, mogłaby otrzymać inną odpowiedź. Jakaś część Tem chciała drążyć, nalegać, by Caspen powiedział jej, kogo szuka. Ale inna bała się tego, co by usłyszała. Czy naprawdę mogła mieć mu za złe przeszłość, skoro to teraźniejszość Tem groziła, że ich zniszczy? Jej mąż przeżył długie życie. Był Królem Węży i zasłużył sobie na ten tytuł. Wypominanie mu przeszłości nie miało sensu. Żywiła tylko nadzieję, że on okaże jej taką samą wyrozumiałość.

Wreszcie wtuliła się w Caspena i zasnęła.

Następnego dnia udali się na śniadanie. Posiłki podawano w sali bankietowej - ogromnym pomieszczeniu, w którym przez cały dzień gromadziły się setki bazyliszków. Te jadły o każdej porze dnia i nocy - kiedy tylko odczuwały głód. Ten brak stałego harmonogramu dezorientował Tem. Nawet ich godziny snu były zupełnie przypadkowe - dopiero teraz uświadomiła sobie, że Caspen dostosowywał się do jej rytmu, bo bazyliszki wiodły raczej nocne życie.

Jedzenie też było inne. Węże żywiły się głównie rybami i dziczyzną, które łowiły i na które polowały w swoich prawdziwych postaciach. Posiłki spożywane pod górą przypominały kolacje, jakie Caspen podawał jej w trakcie szkolenia - peklowane mięso i sery, orzechy i suszone owoce, od czasu do czasu bochenek chleba. Tem szybko się nauczyła, że bazyliszki szczególnie upodobały sobie czekoladę.

- Jest gorzka - powiedział Caspen. - Ale też słodka.

- Tak można by opisać bazyliszka.

- Owszem - odparł. - Można.

Na początku zakładała, że sala biesiadna będzie jedynym miejscem, gdzie nie zobaczy seksu. Ale dawno się tak nie pomyliła. Bazyliszki nie tylko uprawiały seks podczas posiłków - wykorzystały przy tym wszystko, co znajdowało się w zasięgu ręki. Czekoladę rozsmarowywano na różnych częściach ciała, a potem ją z nich zlizywano. Sztućce służyły do pobudzania najrozmaitszych stref erogennych.

Kiedy tego wszystkiego robiło się dla niej za dużo, po prostu zamykała oczy.

Nie musimy tu jeść, usłyszała w myślach rozbawiony głos Caspena. To nie jest konieczne.

Nic mi nie jest.

Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć.

Nie zemdleję.

Masz zamknięte oczy.

Po prostu odpoczywam.

Przy stole?

Tak.

To raczej dziwne miejsce na odpoczynek, moja miłości.

Może dla ciebie. Dla mnie to konieczne.

Dla nas to wszystko jedno, Tem: jedzenie czy seks. Nie ma różnicy. Obie te kwestie to nasze podstawowe potrzeby. I obie powinny zostać zaspokojone.

Ale czy musi to się dziać właśnie teraz?

Nie wierzymy w odkładanie przyjemności na później.

Tem przypomniała sobie poprzednią noc, kiedy kazała Caspenowi na nią poczekać.

Ty wierzysz.

Poczuła kolejną falę jego rozbawienia.

Tylko kiedy chodzi o ciebie.

A co jest we mnie takiego wyjątkowego?

W twoim przypadku nagroda jest warta czekania.

Otworzyła oczy tylko po to, by nimi przewrócić. Nie była jednak tchórzem - od teraz właśnie tak miało wyglądać jej życie i musiała się do tego przyzwyczaić.

Siedząca obok niej kobieta pieściła swojego partnera. Tem przez chwilę ich obserwowała i słuchała ich jęków. W końcu kobieta usiadła na mężczyźnie okrakiem. Ale nie zaczęła się poruszać. Zaskoczona Tem odwróciła się do Caspena.

Co oni robią?

Sąsiadka siedziała na kolanach partnera. Wyraźnie byli ze sobą złączeni, ale jej ciało pozostawało nieruchome. On nie wykonywał pchnięć, a ona się nie ruszała.

Po prostu doświadczają siebie nawzajem.

Ale co to ma na celu?

Przyjemność.

Oczywiście. To był cel wszystkiego w tym miejscu.

Znowu usłyszała w myślach głos Caspena: Chcesz spróbować?

Zawahała się, choć sama nie wiedziała dlaczego. Wszędzie wokół były bazyliszki. Znajdowali się w miejscu publicznym. Chociaż Tem przeszła rytuał równie publiczny jak to tutaj, pod jakimś względem odczuwała różnicę; nawet gdy węże ustawiły się w kolejce, by jej dotknąć, zaraz potem się wycofywały. Tymczasem teraz oboje siedzieli na ławie z bazyliszkami po obu stronach. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że dotknie Caspena, będąc tak blisko innych. Ale ciekawość okazała się potężniejsza od wątpliwości - i to ona, jak zawsze, ostatecznie zwyciężyła.

Nie musiała nic mówić.

Caspen już sadzał ją na swoich kolanach, rozsuwając jej nogi tak, żeby spoczęły po obu stronach jego ud. Opierała się plecami o jego pierś. Jego członek był już twardy i gotowy na nią. Powoli ją na sobie posadził, wchodził w nią centymetr po centymetrze, a kiedy zanurzył się cały, ścisnął jej biodra.

I co teraz?

Teraz siedzisz. I się nie ruszasz.

Dziwnie było po prostu tak siedzieć. Tem przyzwyczaiła się do zmienności - do nieustannego cofania się i napierania członka w swoim wnętrzu. Ale to było zupełnie inne odczucie. Jeszcze nigdy przez tak długi czas nie trzymała w sobie jego pełnej długości. Nie minęła nawet minuta, a ona już chciała więcej. Instynktownie poruszyła biodrami, rozpaczliwie pragnąc poczuć ten uzależniający rytm. Chciała go dosiadać, przesuwać się w górę i w dół po jego członku i uwolnić się od dręczącej fali gorąca, która wspinała się po jej plecach. Jednak gdy tylko spróbowała się poruszyć, Caspen chwycił ją w pasie i przytrzymał.

Powiedziałem, żebyś się nie ruszała.

Zaczęła się wiercić. Jedyne, czego teraz pragnęła, to ruch. Siedzenie tak po prostu było nie do zniesienia - nie wiedziała, jak to się udaje tamtej kobiecie. Jak miała się powstrzymać od ocierania o niego, od poruszania biodrami i doprowadzenia ich obojga do spełnienia?

To ćwiczenie z powściągliwości, Tem.

Ale ona nigdy nie była dobra w powściągliwości. Caspen miał nieskończoną cierpliwość - i właśnie ją demonstrował. Trzymał ją nieruchomo, jego ciało było nieznośnie ciepłe, a pierś przyciśnięta do jej pleców. Tem rzadko zastanawiała się nad fizycznymi dysproporcjami między nimi, jednak teraz, siedząc na jego kolanach, czuła, jaki jest wielki. Jego ciało było twarde, solidne, niewzruszone - niczym wyrzeźbione w kamieniu. Ciepło jego skóry przenikało na jej skórę i poczuła, jak między piersiami spływa jej kropla potu.

Caspen przesunął palcem po jej brzuchu, zahaczył nim o kroplę i podniósł ją do ust. W Tem zapłonął ogień. Chciała tylko się poruszyć - wywołać tarcie, poczuć jego członek pracujący w swoim wnętrzu. Na samą myśl o tym zrobiła się jeszcze bardziej mokra. Czuła, jak wilgoć kapie na ławę pod nimi.

Cierpliwości, Tem.

To niedorzeczne. I do tego tracimy czas.

To twoja opinia. Ja bawię się całkiem nieźle.

Znowu niespokojnie się poruszyła - i tym razem dłoń Caspena powędrowała do jej szyi. Przytrzymał jej twarz przy swojej i wycisnął na ustach pocałunek. Drażnił językiem jej język. Ale Tem to nie wystarczyło. Nadal chciała się poruszyć. A on wciąż trzymał ją w miejscu.

Nie wierzę, że inni naprawdę to robią.

Co robią?

Po prostu tu siedzą. Ja jestem taka...

Spragniona?

Zarumieniła się.

Tak.

Lubię, kiedy jesteś spragniona, Tem. To jeden z twoich najlepszych stanów.

Przewróciła oczami. Palce Caspena przesunęły się po jej szczęce, a potem po szyi. Musnął obojczyki, jeden, później drugi. Nie była przyzwyczajona do takiej powściągliwości podczas seksu. Ale czy właściwie uprawiali teraz seks? W sumie nie wiedziała, jak nazwać to, co robili. Po prostu... siedziała. A on tkwił w niej. Dzięki temu czuła się z nim głęboko związana, jakby łączyli się w najbardziej podstawowym punkcie nie jako dwie istoty, lecz jedna.

Tak mi z tobą dobrze, Caspenie.

Mnie z tobą też.

Tak mi z tobą dobrze, że aż prawie... źle.

Przesunął dłońmi w górę jej ciała, objął piersi i je ścisnął. Pocierał jej sutki, aż stały się twarde i wrażliwe. Ledwo to znosiła. Robił z jej ciałem, co chciał. Musnął ustami jej szyję, a potem poczuła lekkie uszczypnięcie jego zębów.

Więcej, błagała.

Nie.

Proszę.

Dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy potrafią czekać.

Znów zaczął powoli i zmysłowo drażnić jej sutki. Naprężyła się pod wpływem jego dotyku, wygięła plecy i wepchnęła piersi w jego dłonie. W reakcji na tę desperację jego rozbawienie tylko wzrosło.

Siedź spokojnie, Tem.

Spełniła rozkaz.

Kiedy znieruchomiała, nagrodził ją jednym mocnym pchnięciem. Pod wpływem tej nagłej zmiany krzyknęła z zaskoczenia oraz przyjemności - i natychmiast zapragnęła więcej. Ale on nie dał jej więcej. Zamiast tego zsunął jedną dłoń z piersi na łechtaczkę i zaczął pocierać w równym tempie. Tem dała się ukołysać temu ruchowi jak w transie i w końcu z zadowoleniem pozwoliła mu przejąć kontrolę.

Nie wykonał kolejnego pchnięcia, lecz drugą ręką sięgnął do przodu i zanurzył palce w stojącym na stole słoju z miodem. Powoli w nim zawirował, po czym podniósł dłoń do warg Tem. Otworzyła usta i zlizała miód, obracając głowę tak, by mógł patrzeć, jak to robi. Potem zaczęła delikatnie ssać jego palce, a na końcu wzięła je głęboko do gardła, aż powiedział:

Na Korę.

Jeśli to była gra, Tem wiedziała, że może w niej wygrać.

Wykonała ledwie dostrzegalny ruch biodrami, z początku przesuwając się tylko o milimetry. Za jej plecami znajdowała się ogromna przestrzeń jego piersi, która utrzymywała ją w pionie i nie pozwalała na żadne gwałtowne manewry. Ale Tem poruszyła się powoli, drażniąc go tak samo, jak on drażnił ją wcześniej, i wygięła się, by przyjąć go głębiej. Było dokładnie tak jak poprzedniej nocy, tylko że tym razem mieli towarzystwo. Tem wiedziała, że inni ich widzą. Przy stole rozległ się niski pomruk aprobaty. Patrzenie na publiczne uprawianie seksu przez inne bazyliszki to jedno - patrzenie, jak robią to ich król i królowa, to coś zupełnie innego. Byli ich przywódcami - to oni wyznaczali standardy. A Tem podchodziła bardzo poważnie do tego zaszczytu. Wiedziała, że patrzą na nią i oczekują wskazówek, że zajmuje pozycję, którą niektórzy uważali za niezasłużoną. I właśnie teraz starała się na nią zapracować - z Caspenem w sobie, na oczach ich wszystkich. Zrozumiała, że to sposób, by się wykazać, tak by ci, którzy wątpili w jej zdolność do przetrwania, nie mieli wyboru i musieli ją zaakceptować, gdy zobaczą, jak świetnie sobie radzi.

Teraz jej ciało zaczęło się naprawdę poruszać. Dla równowagi chwyciła za krawędź stołu. Miała spocone dłonie i ledwo udawało jej się utrzymać. Ręce Caspena spoczywały na jej biodrach, szarpał ją do przodu, jego ciało pod nią było napięte. Orgazm przyszedł jak błyskawica - nagły i jasny, wyciskając powietrze z jej płuc. Caspen również doszedł, z zębami przyciśniętymi do jej szyi. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała do rytmu z jej piersią, nawet gdy ich tętno zaczęło zwalniać. Pocałował ją w policzek.

Dobrze sobie poradziłaś, moja miłości.

Tem się uśmiechnęła. Potem odwzajemniła pocałunek.

Dopiero gdy opuścili salę bankietową, odkryła, że znów jest w stanie jasno myśleć. Kiedy przechodzili przez dziedziniec, panowały tam gwar i ruch. Bazyliszki gromadziły się wokół fontanny, ustawiając skomplikowaną wieżę z kielichów.

- Co się dzieje? - zapytała Tem.

- Przygotowują się.

- Do czego?

- Do sezonu godowego.

- Sezonu godowego?

- Tak. - Caspen się uśmiechnął. - To czas, gdy każdy, kto nie ma partnera, szuka sobie pary. Dzieje się tak każdej zimy.

Potrzebowała chwili, by to przetrawić. Bazyliszki i tak były już uwodzicielskie, nawet w zwykły dzień - wystarczyło spojrzeć na to, co wydarzyło się przy śniadaniu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak będą się zachowywać w czasie, gdy ich jedynym celem będzie znalezienie partnera.

- A co dokładnie obejmuje sezon godowy?

- Odbędzie się seria celebracji.

- Na przykład?

- Trudno to wyjaśnić.

Westchnęła. W sumie to bez znaczenia, czy Caspen jej powie - wkrótce i tak przekona się na własnej skórze.

- Kiedy odbędzie się pierwsze wydarzenie?

- Jutro.

Bardzo szybko. Tem ledwie zaczęła oswajać się z kulturą bazyliszków, a teraz musiała zaznajomić się z takim wydarzeniem.

Jakby czytając w jej myślach, Caspen powiedział:

- Kiedy się okaże, że to dla ciebie zbyt dużo, zawsze możesz mi powiedzieć.

Zmarszczyła czoło. Nie podobało jej się to sformułowanie - "kiedy" zamiast "jeśli". Jakby to była tylko kwestia czasu, zanim sprawy ją przytłoczą. Ale ostatnią rzeczą, jakiej teraz chciała, było to, by Caspen myślał, że nie potrafi dostosować się do jego świata.

- To nie jest zbyt dużo - odparła. - Po prostu dużo. A to różnica.

A przecież było o wiele więcej. Tem ledwie musnęła powierzchnię świata bazyliszków. Miała jakiś tysiąc pytań pozostających bez odpowiedzi - i nigdy dość czasu, by je zadać.

- Kiedy nauczę się zamieniać w kamień?

Ku jej zaskoczeniu Caspen zmarszczył czoło.

- Nie nauczysz się zamieniać w kamień.

- Dlaczego? - Niepewność przeszyła ją na wskroś. - Sądzisz, że nie dam rady?

- Oczywiście, że dasz.

- To dlaczego mnie tego nie nauczysz?

Dotarli do komnaty i usiedli na łóżku.

Kiedy Caspen nie odpowiedział, zaczęła naciskać:

- Chcę się nauczyć.

Potrząsnął głową.

- Ode mnie się tego nie nauczysz.

- Ale dlaczego?

- Tem. - Spojrzał jej w oczy. - Odbieranie życia to coś strasznego.

- Ale ty robisz to cały czas.

Przez jego twarz przemknął cień - i Tem od razu wiedziała, że trafiła w czuły punkt. Odwrócił wzrok.

- Tylko wtedy, gdy jest to konieczne - wyznał cicho.

Wyciągnęła do niego rękę.

- Nie chciałam cię urazić.

Położył dłoń na jej dłoni.

- Nie czuję się urażony. Owszem, mam na koncie więcej zabójstw, niż powinienem, ale musisz wiedzieć, że nie sprawia mi to przyjemności. Większości z nich żałuję i nie chcę tego samego dla ciebie. - Zamilkł i zapatrzył się w ogień. Po chwili wyszeptał: - Nie chciałbym, żebyś stała się potworem.

Uścisk Tem na jego palcach się zacieśnił.

- Nie jesteś potworem.

Bazyliszek skrzywił się ponuro.

- Może dla ciebie.

Ogień w kominku trzaskał. Przez jakiś czas żadne z nich się nie odezwało.

Tem próbowała zrozumieć jego punkt widzenia. To chyba miało sens - Caspen po prostu nie chciał, by odczuwała taki sam żal jak on. Pragnął, by zachowała ten ostatni strzępek moralności. Ale nie miał prawa podejmować takiej decyzji za nią. I nie zmieniało to faktu, że chciała się tego nauczyć. Była to wciąż nieodkryta część niej samej - a wszystkie inne bazyliszki to potrafiły. Tem nie chciała być ostatnią, która się o tym dowie. Nie chciała znowu być na szarym końcu.

Odczekała odpowiednią chwilę, po czym zapytała:

- Nie możesz nauczyć mnie robić tego na zwierzęciu?

Pokręcił głową.

- Petryfikacja nie działa na zwierzęta. Są nam równe. To działa tylko na...

- Ludzi. Tak. Oczywiście. - Westchnęła.

Powinna była się tego domyślić.

Odgarnął pasmo włosów z jej twarzy.

- To nie miała być zniewaga, moja miłości.

Ponownie westchnęła.

- Jestem po prostu zmęczona - wyszeptała. - W jednej chwili radzę sobie całkiem nieźle, a w następnej...

Cierpliwie się jej przyglądał, łagodnie patrzył w oczy.

- Czuję się, jakbym rozdzielała się na pół - dokończyła cicho. - To przytłaczające.

Pochylił się i delikatnie przycisnął usta do jej policzka.

- Naturalnie, że tak. Przechodzisz bardzo ważny etap w życiu. Każdy czułby się tak jak ty.

W odpowiedzi posłała mu smutny półuśmiech.

- Może powinnaś odwiedzić swoich rodziców - mruknął.

Zawsze gdy życie pod górą stawało się dla Tem zbyt trudne, Caspen nalegał, by odwiedziła rodziców. Kronos i jej matka mieszkali na skraju wioski, w małym domku z pięknym ogrodem i bez żadnej kury w zasięgu wzroku. Było tam tak cicho - a dokładniej: w głowie Tem było cicho, gdy tam przebywała. Caspen zawsze pozwalał jej iść tam samej, jakby wyczuwał, że potrzebuje zdystansować się od bazyliszków. Jej ludzka strona pragnęła samotności po czasie, gdy słyszała wszystkie te głosy w swojej głowie i przebywała w tłumie. Tem była wdzięczna Caspenowi, że upierał się, by ją zachowała.

- Masz rację - powiedziała. - Może i powinnam.

Tego popołudnia zastała matkę w ogrodzie doglądającą warzyw. Kronos siedział przy kuchennym stole.

- Temperance - powiedział, gdy weszła, a jego twarz powoli rozjaśnił uśmiech. - Co cię tu sprowadza?

Tem była tu tylko kilka razy i wciąż dopiero poznawała swojego ojca. Zawsze mówił rozważnie, a jego słowa płynęły jak powolna rzeka.

- Potrzebowałam przerwy - rzekła po prostu.

Skinął głową ze zrozumieniem.

- Tak, mogę sobie to tylko wyobrazić.

Wyprostowała się dumnie.

- Chciałam przerwy - poprawiła się.

- Oczywiście. Nie ma zupełnie nic wstydliwego w tym, że ktoś pragnie odpocząć.

Ale ona czuła tylko wstyd.

- Góra potrafi przytłoczyć nawet najsilniejszego bazyliszka, Temperance. Ma własny rozum. Nigdy nie naraziłbym twojej matki na coś takiego.

Potrafiła to zrozumieć. Człowiek prawdopodobnie by tego nie przetrwał.

- A nie tęsknisz za swoimi?

Wzruszył ramieniem.

- Czasami. Ale spędziłem wiele lat w samotności i właśnie do niej jestem teraz przyzwyczajony. Gdybym wrócił, to pewnie nic już nie byłoby takie samo.

Tem skinęła głową. Rozumiała to, a jednak wydawało się jej, że ojciec tęskni za swoim dawnym życiem.

Jakby czytał jej w myślach, dodał:

- Moim życiem jest teraz Daphne.

Tem wyjrzała przez okno na ogród, gdzie matka wyrywała chwasty. Pomyślała o związku rodziców i o tym, ile kosztowało ich bycie razem.

- Czy kazałbyś jej przejść rytuał? - zapytała, a gdy ojciec się roześmiał, zdziwiła się: - Co w tym śmiesznego?

- Nie mógłbym zmusić twojej matki do czegokolwiek - powiedział. - Ani wtedy, ani teraz. Pod tym względem jesteś dokładnie taka jak ona.

Tem też pozwoliła sobie na śmiech. Dostrzeganie matki w sobie było błogosławieństwem i czuła się zaszczycona, że ojciec stawiał je na równi.

- Wiesz, o co mi chodzi - upierała się. - Czy chciałeś, żeby to zrobiła?

Westchnął.

- Chciałem jej. A jeśli to oznaczało, że musi przejść rytuał, to tak: poprosiłbym ją o to.

- A czy ona by to zrobiła?

Kącik jego ust drgnął.

- Wątpię.

Tem zastanowiła się, co to mówi o niej - bo przecież ona to zrobiła.

- Rytuał jest bardzo stary - ciągnął ojciec. - Uważa się go za standardową praktykę dla każdego człowieka, który chce poślubić jednego z nas. Ale twoja matka nie przestrzegała naszych tradycji.

Tem nie mogła jej za to winić.

- A dlaczego ty to zrobiłaś? - zapytał cicho Kronos.

Minęła chwila. W ciszy słychać było tylko ćwierkanie ptaków.

Tem wróciła myślami do decyzji o udziale w rytuale - do chwili, gdy postanowiła to zrobić po tym, jak zobaczyła Leo osaczonego na scenie. Przypomniała sobie strach, który ścisnął jej serce, gdy patrzyła, jak młody książę unosi ręce, by osłonić się przed napierającymi wieśniakami. Pamiętała przerażenie, które czuła, dopóki Maximus nie ściągnął syna ze sceny.

- Zrobiłam to dla Leo - odparła, a widząc zaskoczenia na twarzy ojca, wyjaśniła: - Caspen właśnie złamał rozejm, wieśniacy się buntowali. Pomyślałam, że jeśli zostanę przyjęta w społeczeństwie bazyliszków, będę miała jakąś władzę, by chronić Leo.

Znowu zapadła cisza. Tem wiedziała, że ojciec analizuje jej odpowiedź.

- Nie uważasz, że to dziwne? - zapytał ostrożnie.

- Co takiego?

- Że mężczyzna, dla którego przeszłaś rytuał, nie jest tym, którego poślubiłaś?

Nigdy wcześniej nie myślała o tym w ten sposób. Wzruszyła lekko ramionami.

- Dla Leo zrobiłabym wszystko.

- A dla Caspena?

- Też.

- Jesteś tego pewna?

To pytanie ją zmroziło.

Nie mogła zignorować tego, co właśnie zauważył ojciec: że na najbardziej podstawowym poziomie prośba Caspena nie była dla niej wystarczającym powodem, by przejść rytuał. Zdecydowała się na to, dopiero gdy życie Leo znalazło się w niebezpieczeństwie. Tem nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Nagle poczuła irytację.

- Dlaczego mnie o to pytasz?

Uniósł łagodnie dłoń w geście poddania się.

- Tylko się zastanawiam.

Ale w głowie Tem wszystko już zaczęło pracować. Pomyślała, że może właśnie o to chodziło w jego pytaniu. Miała wrażenie, że ją ostrzegał.

- Dlaczego mnie o to pytasz? - powtórzyła, tym razem bardziej stanowczo.

Nastąpiła chwila ciszy.

- Serce to dziwny narząd, Temperance - powiedział ostrożnie Kronos. - Nie da się z nim negocjować.

- Co masz na myśli?

- Nie możemy wybrać, kogo kochamy. Nasze serca wybierają za nas.

- Kocham Caspena.

- Wiem. Ale kochasz też Leo.

Zamknęła oczy.

- Temperance, musisz być ostrożna. Bazyliszki są swobodne w sprawach ciała, ale nie w sprawach serca. Kochanie dwóch osób jest niebezpieczne. Musisz się na to przygotować.

Tem nie chciała słuchać, że kochanie dwóch osób jest czymś złym. To była jej rzeczywistość - i nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie coś się zmieni. Zgodzili się nią dzielić. Czy to było kłamstwo? Czy Caspen powiedział to tylko po to, by Leo przestał przelewać krew? Młody król wydawał się szczery w swej obietnicy, ale czy bazyliszek też? Podobno nie potrafił kłamać, ale potrafił naginać prawdę do swoich potrzeb. Widziała to już wiele razy.

Cienka igła wątpliwości przebiła jej pierś.

Czy Caspen naprawdę zgodził się nią dzielić? Odkąd Tem kazała Leo odnaleźć Evelyn, nigdy nie musieli mierzyć się z konsekwencjami swojego układu. Gdyby go wtedy nie odesłała, cała trójka byłaby teraz w zupełnie innej sytuacji.

- Tem? - Ojciec przerwał jej rozmyślania. - Co się dzieje?

- Nie wiem - wyszeptała.

- Powiedz mi, dziecko.

Mogła mu powiedzieć tysiąc rzeczy. Ale z jakiegoś względu tylko jedna drążyła jej serce.

- Chyba popełniłam błąd.

Nie potrafiła nic dodać, bo sama nie umiała się jeszcze z tym zmierzyć.

Kronos położył łagodnie dłoń na jej ramieniu.

- Nie ma znaczenia, co zrobiłaś źle, Temperance. To, w jaki sposób zdecydujesz się to naprawić, określa, kim jesteś.

Próbowała to naprawić, odsyłając Leo. To było jej rozwiązanie - które okazało się błędne. Chciała tylko uniknąć konieczności zmierzenia się z prawdziwym problemem. Jej miłość do Leo nie zniknie. Powinna była się domyślić, że uczucie nie wygaśnie, nawet jeśli on odejdzie. Chciała zwierzyć się ojcu, powiedzieć mu, że boli ją myśl o Evelyn z Leo, że opieranie się ich więzi jest dla niej bolesne, jeśli nie wręcz niemożliwe.

Z jej ust wymknęły się kolejne słowa, zanim zdążyła je powstrzymać.

- Myślisz, że Leo nadal mnie kocha?

Kronos westchnął. Chwilę później jego dłoń dotknęła jej podbródka.

- Jak mógłby nie kochać? Ciebie tak łatwo kochać.

Caspen był pierwszą osobą, która sprawiła, że Tem uwierzyła w te słowa. Był jej pierwszą miłością. A jednak nie potrafiła uwolnić się od Leo. Bez względu na to, co robiła i ile razy uprawiała seks w jaskiniach, Leo zawsze istniał z tyłu jej głowy i ją wzywał.

- Czasami wcale tak się nie czuję - szepnęła.

Na twarzy Kronosa pojawiło się współczucie.

- Ci, którzy cię kochają, nie potrzebują przymusu, by to robić. - Z jakiegoś powodu do oczu napłynęły jej łzy, gdy ojciec nachylił się do niej. - Rozejrzyj się, dziecko. Nie jesteś sama.

W tej chwili do kuchni weszła matka. Dłonie miała całe ubrudzone ziemią.

- Tem, zostajesz na kolację? - zapytała.

- Nie.

Musiała się z kimś spotkać.

Rozdział 3

W Jeźdźcu było prawie pusto, ale Tem to nie przeszkadzało. Gabriel siedział w ich ulubionej boksie, otoczony pustymi kuflami po piwie. Na jego widok jakaś część jej ciała się rozluźniła.

- Moja najdroższa Tem. - Gdy wsunęła się obok niego, pocałował ją w policzek. - Jak się masz tego pięknego wieczoru?

- Nie mogę narzekać.

- A ja mogę. Znów każą mi płacić za drinki.

- I tak powinno być.

- Nie, jeśli jest się uroczym. Powinna istnieć zasada, że jeśli jesteś uroczy, pijesz za darmo.

Uśmiechnęła się. Jego dobry nastrój był zaraźliwy i rozjaśniał mrok, który spowijał jej serce. Od czasu wesela nie rozmawiali o niczym istotnym. Tem wiedziała, że Gabriel czeka, aż będzie gotowa o tym mówić, szanując jej granice, tak jak potrafi tylko najlepszy przyjaciel. Ale oboje mieli świadomość, że jest mu winna wyjaśnienie. Przećwiczyła tę rozmowę tysiące razy - jak powiedzieć, że jest hybrydą, jak zdradzić, co zrobiła Leo, jak odsłonić najbardziej wrażliwe części samej siebie. Unikała konfrontacji ze strachu - a może ze wstydu. Ale słowa ojca wciąż brzmiały jej w głowie i wiedziała, że nie musi przechodzić przez tę burzę sama. Gabriel ją kochał - i zasługiwał na prawdę.

- Gabrielu - zaczęła cicho. - Muszę ci coś powiedzieć.

Objął ją ramieniem.

- No to mów.

Przygryzła wargę. Czy naprawdę miała to zrobić? Jeśli mu się zwierzy - jeśli odsłoni przed nim tę najgłębszą, najbardziej istotną część siebie - ich relacja może się zmienić już na zawsze. Ale Tem wolała to niż życie w kłamstwie.

Dlatego powiedziała Gabrielowi o wszystkim.

Zdradziła mu każdy sekret, który tak długo w sobie nosiła, każdy grzech, który trzymała blisko serca. Wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, wylało się z niej potokiem i spadło u stóp przyjaciela. Ten słuchał w milczeniu, z lekko zmarszczonym czołem i dłonią luźno zaciśniętą na kuflu z piwem. Kiedy Tem wreszcie skończyła, zapadła już noc, a Jeździec zaczynał się zapełniać.

Gabriel spojrzał jej w oczy z uśmiechem.

- Z czego się tak cieszysz? - spytała zdezorientowana.

Zamiast zareagować przerażeniem - albo przynajmniej szokiem - on zwyczajnie się do niej szczerzył. Był wręcz o krok od wybuchu wesołości.

- Zawsze wiedziałem, że to masz.

- Co mam?

- Tupet.

- Ale czy ty nie jesteś... zaskoczony?

- Nie, najdroższa. Nie jestem zaskoczony.

Wpatrywała się w niego.

- Nie jesteś zaskoczony, że w połowie jestem bazyliszkiem?

- Nie.

- Ani że przeprowadziłam rytuał?

Uśmiech Gabriela jeszcze się poszerzył.

- Nie. Chociaż trochę zazdroszczę, że mogłaś przelecieć ojca Caspena.

Walnęła go w ramię.

- Bądź poważny, Gabrielu!

- Ależ ja jestem poważny, Tem. Mogę sobie tylko wyobrazić pulę genową tej rodziny. - Gdy dostał kolejnego kuksańca, zachichotał nad piwem.

- Naprawdę nie jesteś... - Tem zabrakło słów. - Zniesmaczony? Albo chociaż... zmartwiony?

- Zniesmaczony? - Wybuchnął głośnym rechotem. - Najdroższa. - Przyciągnął ją bliżej i przycisnął usta do jej policzka. - Już zaczynałem myśleć, że jesteś zupełnie nudna. To zniesmaczyłoby mnie o wiele bardziej niż twoja opowieść.

To ostatnie zdanie sprawiło, że jej dusza rozwinęła skrzydła. Oczywiście, że Gabriel ją akceptował. Że wciąż ją kochał. Nic nie mogło stanąć między nimi - on się tak łatwo nie zniechęcał. Nie potrzebował żadnej perswazji, żeby darzyć ją miłością.

- A jeśli chodzi o to, czy mam się martwić... - ciągnął. - Powinienem?

Przygryzła wargę.

- Nie wiem - odparła szczerze.

- Hmm... - Przekrzywił głowę, przyglądając się jej. - Coś mi mówi, że wszystko będzie w porządku.

- Skąd ta myśl?

- Bo jesteś o wiele bardziej utalentowana, niż ci się wydaje. Zawsze taka byłaś.

Zastanowiła się nad jego słowami. Nie była pewna, czy to komplement.

- To, co mnie naprawdę zaskakuje - przyznał cicho Gabriel, nagle poważniejąc - to fakt, że mówisz mi to dopiero teraz.

Tem westchnęła. Przypomniała sobie noc całkiem niedawno, w tym samym boksie, kiedy miała już powiedzieć Gabrielowi wszystko. Wtedy pojawił się Leo i sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Teraz tego żałowała. Co by się stało, gdyby tamtej nocy zwierzyła się najlepszemu przyjacielowi? Wszystko, co wydarzyło się potem, byłoby o wiele łatwiejsze. Gdyby miała z kim porozmawiać, nie musiałaby podejmować tylu decyzji całkiem sama.

- Czekałam, bo się bałam - odparła szczerze.

- Czego?

- Tego, co sobie o mnie pomyślisz. - Czasami nawet nie wiedziała, że coś jest prawdą, dopóki nie wypowiedziała tego na głos. A w chwili, gdy to powiedziała, uświadomiła sobie, jak głęboko ten strach w niej tkwi.

- Tem. - Gabriel nachylił się do niej. - Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nic nigdy nie sprawi, żebym myślał o tobie źle.

Poczuła, że zaraz się rozpłacze.

- Ale ja zrobiłam złe rzeczy. Naprawdę złe rzeczy.

- Zrobiłaś, co mogłaś, w okolicznościach, które cię spotkały. - Przykrył jej dłonie swoimi. - Każdy ma nadzieję, że tak właśnie jest.

Pokręciła głową. Nie zasługiwała na jego cierpliwość i zrozumienie. Nie po wszystkim, co przed nim ukrywała.

- Przykro mi - wyszeptała.

- Wiem.

Przez chwilę po prostu na siebie patrzyli. Przyglądając się twarzy, którą tak dobrze znała, Tem z podziwem zauważyła, jak bardzo Gabriel wyprzystojniał. Niezgrabność dzieciństwa dawno zniknęła. Był teraz mężczyzną, a ona jakimś sposobem to przegapiła.

Musiała mu powiedzieć jeszcze jedno:

- Przyjaźń ze mną jest ryzykowna. Nie... nie chcę, żeby stała ci się krzywda.

Ku jej zaskoczeniu znowu się uśmiechnął.

- O jakim poziomie zagrożenia mówimy?

Lekko go odepchnęła.

- Mówię poważnie. Wiesz, że bazyliszki mogą zamieniać ludzi w kamień.

- Pitolenie.

- I one ciągle...

Uniósł brew.

- Ciągle co, Tem?

Na wspomnienie sali bankietowej z poranka oblała się rumieńcem.

- One ciągle uprawiają seks.

Twarz Gabriela pojaśniała z zachwytu.

- Naprawdę? Opowiadaj!

- Robią to cały czas. W ten sposób zdobywają władzę i ustalają, kto zajmuje najwyższą pozycję w ich społeczności.

- Czyli wreszcie znalazłem idealne towarzystwo dla siebie.

- Zamknij się. To... nieprzyzwoite, bo zajmują się tylko tym.

- W takim razie - jego twarz rozjaśniła się jeszcze bardziej - powinnaś mnie z którymś zapoznać.

- Nie ma szans.

- No daj spokój, Tem. Wreszcie mógłbym znaleźć kogoś, kto dorówna mi wytrzymałością. Ostatnio chłopcy ze stajni w ogóle nie dają rady.

- To nie jest żart, Gabrielu. Mój świat nie jest bezpieczny dla ludzi. Nie chcę, żebyś w ogóle się do niego zbliżał.

Mimo tego ostrzeżenia on wciąż się uśmiechał.

- Myślę, że to niesprawiedliwe: ty możesz całymi dniami chodzić na seksimprezy, podczas gdy ja marnieję na zmywaku w zamku. Powinnaś pozwolić mi pójść ze sobą.

- Nie ma szans - powtórzyła.

- Tem, musisz mnie zabrać.

- Do jaskiń?

- Tak. W miarę możliwości natychmiast.

- Nie, Gabrielu.

- Dlaczego nie? - Skrzywił się, niezadowolony. - Skoro odbywają się tam wężowe orgie, fakt, że mnie nie zapraszają, zdecydowanie traktuję jako osobistą zniewagę.

- Nie ma żadnych wężowych orgii - syknęła.

- Phi. - Machnął lekceważąco ręką.

- Gabrielu. - Tem położyła dłonie na jego ramionach. - Nie chodzę na żadne seksimprezy. A nawet gdybym chodziła, ty nie byłbyś na nich bezpieczny. Mówię poważnie. Pod górą jest ryzykownie. Nigdy nie postawiłabym cię w takiej sytuacji.

Na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek.

- Byłem już w różnych sytuacjach, Tem. A te ryzykowne podobały mi się najbardziej.

Przewróciła oczami.

- Dobrze - powiedział w końcu, stukając czubkiem palca w jej nos. - Na razie to zostawimy. Ale obiecaj mi jedno: żadnych więcej tajemnic. - Owinął mały palec wokół jej i go pocałował. - Od tej chwili mówimy sobie wszystko.

Tem zrobiła to samo.

- Żadnych sekretów - zgodziła się. - Od tej chwili.

Uśmiechnęła się lekko. Wreszcie przysięga, której naprawdę chciała dotrzymać.

Gdy wychodzili z Jeźdźca, na zewnątrz już świtało. Gabriel, machając beztrosko ręką i nucąc hymn kościelny, skręcił za róg w stronę swojego domu.

W drodze powrotnej do jaskiń Tem myślała o słowach ojca: że bazyliszki podchodzą swobodnie do swoich ciał, lecz nie do serc. Poczucie winy ścisnęło jej żołądek. Tylko ona znała prawdę - że jej serce nie należało w pełni do Caspena. Jej uczucia do Leo nie znikały. Ani z czasem, ani w ogóle. Nie mogła tak dłużej żyć. Nie mogła kłamać.

Myślała także o reakcji Gabriela: wcale nie był zaskoczony, że to wszystko jej się przydarzyło. Jak to możliwe? Nie potrafiła sobie wyobrazić świata, w którym ktoś pozostałby niewzruszony na taką wiadomość. Ale to świadczyło o tym, jak przyjaciel ją postrzegał. Uważał, że zasługuje na życie, które teraz prowadziła. I może rzeczywiście na nie zasługiwała.

Kiedy dotarła do komnat, Caspen siedział przy ogniu. Podeszła do niego i delikatnie dotknęła jego ramienia. To nie był jeszcze moment na odsłonięcie przed nim całego swojego serca. Jednak zwierzenie się Gabrielowi dodało jej odwagi, by przynajmniej poruszyć najpilniejszą sprawę.

- Leo chce, żebyśmy przychodzili do zamku w każdą niedzielę na kolację.

Te słowa padły tak szybko, że niemal zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle je usłyszał. Kiedy je wypowiadała, zamknęła oczy, przygotowując się na to, co teraz będzie.

Nastąpiła długa cisza. A potem:

- Dlaczego miałby tego chcieć? - Głos Caspena brzmiał spokojnie.

Jeszcze.

- Nalega, żebyśmy spróbowali się dogadać. Dzięki temu będziemy mogli ustalić strategię prowadzenia naszych królestw.

Gdy zapadła cisza, Tem otworzyła oczy.

Caspen wpatrywał się uparcie w ogień, w jego źrenicach odbijały się migoczące płomienie.

- Jest naiwny.

Ostre słowa.

Dotknęła opuszkami jego podbródka i odwróciła jego twarz ku sobie.

- Może i tak. Ale jest też pełen nadziei. Podobnie jak ja. - Nie potrafiła odczytać wyrazu jego twarzy. Wyglądał tak, jakby się przed czymś powstrzymywał. Mimo to mówiła dalej: - Caspenie, on zakończył upuszczanie krwi. I chce włączyć bazyliszki do dalszych rozmów. To więcej, niż był gotów zrobić Maximus.

Przez dłuższą chwilę patrzył jej w oczy. Potem zamrugał powoli, w gadzi sposób, i rzekł:

- To wciąż za mało.

Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Powinny przynajmniej zostać wypłacone odszkodowania za ból, jaki ludzie zadawali bazyliszkom przez stulecia. Kolacje nie rozwiązywały problemu u podstaw. Cotygodniowy posiłek był absolutnym minimum, jakie Leo mógł im zaoferować. Ale przynajmniej coś im oferował.

- On się stara, Caspenie - wyszeptała. Była boleśnie świadoma myśli, które skrywała gdzieś w głębi - i wciąż tkwiącej na palcu obrączki.

Odpowiedź Caspena była krótka:

- Później podejmę decyzję.

Tem westchnęła. Nie na taką odpowiedź liczyła. Ale nie dało się z nim spierać, kiedy przyjmował taki ton - był nieporuszony jak sama góra. Nie miała innego wyboru, jak tylko czekać, aż będzie gotów.

- Chodź - powiedział. - Nadszedł czas sezonu godowego.

Zupełnie zapomniała o dzisiejszym wydarzeniu. Nadal nie miała pojęcia, czym ono właściwie jest - i bała się o to zapytać. Wyszła jednak za Caspenem na korytarz, dołączając do strumienia bazyliszków zmierzających na dziedziniec.

Gdy dotarli na miejsce, plac był już pełny. W wielkiej okrągłej sali panował tłok - Tem nigdy wcześniej nie widziała tylu bazyliszków w jednym miejscu. Ostatni raz tak liczny tłum zebrał się podczas rytuału, a i wtedy był to tylko klan Drakonów.

Tem wciąż przyzwyczajała się do obecności tylu nagich ciał. Nie mówiąc już o tym, że sama bez przerwy była naga. Niejeden raz łapała się na tym, że odruchowo sięga ręką do rękawa albo kołnierza, po czym przypominała sobie, że niczego na sobie nie ma.

Szła przy boku Caspena, kiedy wtopili się w tłum, omijając grupy bazyliszków pogrążonych w rozmowach i... innych aktywnościach. Zgiełk nakładających się na siebie głosów przypomniał jej, że bazyliszki żyją w nieustannej wspólnocie. Nawet umysł Tem nie był już schronieniem. Nie było tu prywatności ani odosobnienia. Gdziekolwiek się odwróciła, Caspen był w jej głowie.

Nie muszę tam być.

Uśmiechnęła się, wiedząc, że ją usłyszał.

Lubię, kiedy jesteś.

Miło to słyszeć. Ale jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować samotności, wystarczy, że o nią poprosisz.

Głos Caspena nie był jedynym w głowie Tem. Gdy przechodzili przez dziedziniec, przez jej umysł przemykały urywki rozmów innych bazyliszków - kłótnie, wyznania miłości, słowa wypowiadane w gorączce rozkoszy. Tych ostatnich było więcej, niż Tem potrafiła zliczyć. Właśnie miała zamknąć oczy, by choć na chwilę się od tego odciąć, gdy podszedł do nich jeden z bazyliszków.

Wydał jej się znajomy, lecz zanim zdążyła sobie przypomnieć, skąd go kojarzy, on pochylił się, by ją pocałować. Tem pisnęła ze zdziwienia i odruchowo odskoczyła. Bazyliszek natychmiast zamarł i spojrzał pytająco na Caspena.

- Nie jest jeszcze przyzwyczajona do naszych zwyczajów - powiedział wężowy król. - Nie chce źle. Po prostu musi się oswoić.

Mężczyzna skłonił się i odszedł.

- Co to było? - zapytała Tem, patrząc za nim.

- Nie ma powodu do niepokoju. Po prostu się z tobą witał.

- Witał?

- Pocałunek w usta to właściwy sposób powitania królowej. To forma okazania szacunku twojej pozycji.

Zmarszczyła czoło.

- Skoro tak, dlaczego nikt inny nie próbował mnie pocałować?

Caspen się roześmiał.

- Robi się tak tylko wtedy, gdy członek rady chce zwrócić się do ciebie bezpośrednio. Dla nas to coś w rodzaju uścisku dłoni.

Jeśli wziąć pod uwagę to, co działo się na posiedzeniach rady, Tem wcale nie była zaskoczona, że pocałunek w usta uchodzi tu za coś równie zwyczajnego jak uścisk dłoni. Teraz poufałość mężczyzny nabrała sensu. Tem już go wcześniej widziała... gdy jego głowa znajdowała się między jej udami. Na to wspomnienie oblała się rumieńcem.

Na szczęście nikt więcej nie próbował jej całować, gdy kontynuowali okrążanie dziedzińca. Gdziekolwiek się pojawili, bazyliszki się przed nimi rozstępowały - czasem się kłaniały, a czasem po prostu na nich gapiły. Niekiedy padały przed nimi na ziemię i zaczynały uprawiać seks dokładnie na środku ich drogi. Stawało się to trochę kłopotliwe; za każdym razem, gdy do tego dochodziło, musieli je obchodzić.

- Co one robią? - zapytała Tem po tym, jak trzecia para zaczęła się przed nimi pieprzyć.

- Mają nadzieję, że do nich dołączysz.

- Co? Dlaczego miałyby tego chcieć?

- Bo byłby to zaszczyt.

Podniosła wzrok na Caspena.

- Zaszczyt?

Jego dłoń, spoczywająca na dole jej pleców, przesunęła się po kręgosłupie.

- Jesteś kobietą o najwyższej pozycji w naszym społeczeństwie. To czczona rola.

Zmarszczyła nos. Kompletnie nie czuła się godna takiego statusu.

Caspen jak zwykle czytał jej w myślach.

- Przetrwałaś rytuał, Tem. Król udzielił ci swojego błogosławieństwa, tak samo jak mój klan. Zasłużyłaś na swoje miejsce. Jeśli chcesz do nich dołączyć, masz do tego pełne prawo.

Nie mogła w to uwierzyć.

- Jesteś królową, moja miłości. Masz prawo do każdego, kogo zechcesz, o dowolnej porze dnia i nocy.

Uniosła gwałtownie brwi.

- Mam prawo?

- Tak.

- To absurd.

Caspen wydał z siebie rozbawione prychnięcie.

- Reagujesz jak człowiek.

- Bo jestem człowiekiem.

- Częściowo jesteś człowiekiem, Tem. Musisz pamiętać, że bazyliszki nie podzielają tych samych zwyczajów.

- Jakich zwyczajów?

Przekrzywił lekko głowę, jakby zastanawiał się, co powiedzieć. W końcu zdecydował się na dwa słowa.

- Domniemanie zgody.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. On zaś cicho się roześmiał.

- Wiem, o czym myślisz. I nie o to mi chodzi.

- To o co?

- O to, że dotykanie się nawzajem bez wcześniejszego pytania o pozwolenie jest dla nas normalne. Zakłada się zgodę, dopóki ktoś nie powie wyraźnie, że jej nie ma.

To było dokładne przeciwieństwo tego, jak podchodzili do tych spraw ludzie. Wiedziała, że bazyliszki są inne - że ich kultura kręci się wokół seksu w sposób, do którego wciąż się przyzwyczajała - ale założenie zgody było dla niej czymś kompletnie obcym.

- Czyli wszyscy będą zakładać, że chcę...

- Nie. - Caspen pokręcił głową. - Jesteś królową. W twoim przypadku to wygląda inaczej. I w moim też.

- W jakim sensie?

- Nasz status oznacza, że to my powinniśmy inicjować zbliżenie. Wolno nam mieć każdego, kogo zechcemy, o dowolnej porze. Wystarczy, że ujawnimy swoje pragnienia, a zostaną one spełnione.

- Niesłychane.

- Być może dla ciebie. Dla nas to naturalne. Tak było od zawsze.

- Chcesz mi powiedzieć, że twój ojciec po prostu chodził i... sypiał, z kim chciał?

- Tak.

- I to było po prostu... dozwolone?

- Nie tylko dozwolone, lecz także uznawane za zaszczyt, gdy ktoś został przez niego wybrany.

Tem skrzyżowała ręce na piersi.

- I ty zamierzasz robić to samo?

Uśmiechnął się.

- Nie.

- Na pewno?

- Zdecydowanie.

Zmarszczyła czoło. Jej ludzka natura nie znosiła myśli, że Caspen mógłby sypiać z kimś innym, ale ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było powstrzymywanie go przed kultywowaniem tradycji. Stając mu na drodze, ryzykowałaby, że zacznie przez to żywić do niej urazę.

Caspen ujął jej dłoń.

- Już wcześniej ci o tym mówiłem, Tem. Nie ma nikogo innego, kogo bym chciał.

Pokręciła głową.

- Teraz tak mówisz, ale w końcu możesz zapragnąć kogoś innego. Nie sądzę, żebym mogła...

Przycisnął usta do jej ust.

Nie będę chciał nikogo innego. Ani teraz, ani kiedykolwiek.

Właśnie to potrzebowała usłyszeć. A jednak trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza po tym, co właśnie powiedział na temat postrzegania seksu przez bazyliszki.

Skoro nie chcesz nikogo innego, dlaczego nie oczekujesz tego samego ode mnie?

Pocałunek się pogłębił.

Bo jesteś nowa w moim świecie, Tem. Pragnę, żebyś doświadczyła wszystkiego, co jest dla ciebie dostępne.

Ale jeśli ty...

Ja już doświadczyłem wszystkiego, czego można doświadczyć. Nikt nie dorównuje tobie.

Doświadczyłeś... wszystkiego?

Kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.

Wszystkiego.

Wyobraziła sobie Caspena z mężczyzną. Podnieciło ją to.

Caspen się uśmiechnął, a Tem zaczęła się zastanawiać, dlaczego myśl o nim z mężczyzną ją podnieca, podczas gdy myśl o nim z kobietą budzi w niej przerażenie. W głębi serca wiedziała, że chodzi o strach - bała się porównywania jej z inną kobietą. Ale przecież właśnie sam jej powiedział, że nikt nie może się z nią równać. Być może nadszedł czas, by zaczęła mu ufać.

Ruszyli dalej.

Większość bazyliszków radośnie zajmowała pozycje na środku dziedzińca, ale kilka stało przy jego obrzeżach z założonymi rękami i wyraźnie niezadowolonymi minami. Jedna grupka samców patrzyła na Tem z taką nienawiścią, że ta aż się cofnęła i przycisnęła do Caspena.

- Kto to jest? - wyszeptała.

Podążył za jej spojrzeniem i natychmiast napiął szczękę.

- To klan Seneca.

- Dlaczego tak na mnie patrzą?

- Bo jesteś żoną Drakona.

Zrozumiała, dlaczego klan jej ojca - jej klan - mógł nie pochwalać jej małżeństwa. Zapewne oczekiwali, że poślubi któregoś z Seneców. Mimo to przydałaby jej się odrobina solidarności. I tak czuła się tu nie na miejscu; trudno było znosić odrzucenie ze strony własnego rodu.

- Wielu Seneców postanowiło odejść z Rowe'em - ciągnął Caspen. - Ci, którzy zostali, wciąż nie ufają naszemu związkowi.

- Dokąd poszli?

- Do morza. To stamtąd pochodzą bazyliszki.

Nagle coś zaczęło do siebie pasować.

"Zawsze pachniesz morzem"...

Caspen powiedział jej to dawno temu. Tem nie przywiązała do tego wagi, nigdy się nie zastanawiała, czy może to mieć jakieś znaczenie. Czy dlatego tak bardzo przyciągała ją mgiełka z solą morską stojąca na toaletce matki? Czy przypominała jej prawdziwy dom - nie chatę, w której dorastała, lecz miejsce, z którego pochodziła jej rodzina? I skąd matka wzięła tę mgiełkę? Czy była w miejscu, z którego wywodzą się bazyliszki? Tem bardzo chciała dłużej się nad tym zastanowić, ale dotarli już do środka dziedzińca i jej uwagę zwróciło coś innego.

Przed nimi stała ogromna piętrowa fontanna z marmuru o kremowobiałej barwie. Z jej szczytu tryskała śnieżnobiała ciecz, która spływała po kolejnych poziomach połyskującymi falami. Nawet z tej odległości Tem wyczuwała bogactwo substancji wylewającej się z fontanny. Wyglądała jak białe złoto.

- Co to jest? - zapytała.

Zanim Caspen zdążył odpowiedzieć, do fontanny podszedł mężczyzna. Był wyprostowany i - co właśnie uświadomiła sobie wstrząśnięta Tem - dotykał samego siebie. Patrzyła w szoku, jak pochyla się nad krawędzią, wciąż przesuwając dłonią po penisie. Chwilę później skończył z pełnym udręki jękiem, spuszczając swoje nasienie do misy fontanny. Dołączyło ono do reszty płynu, tworzącego wielki wir.

- Och - powiedziała tylko.

Caspen się roześmiał.

- To eliksir sporządzony z naszej esencji.

Wzrok Tem padł na wieżę pucharów ustawionych obok fontanny. Mężczyzna, który przed chwilą się spuścił, sięgnął po jeden z nich, po czym podstawił go pod najwyższy poziom. Napełnił go po brzegi, a potem wychylił całość jednym haustem.

Była zbyt zszokowana, żeby zareagować, by choć mrugnąć. Mężczyzna napełnił puchar ponownie, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie.

- Fontanna jako taka spełnia pewną funkcję - kontynuował Caspen, jakby nie wydarzyło się nic niezwykłego. - Przekształca naszą esencję w odurzającą substancję.

- Odurzającą?

- Tak.

Zmarszczyła czoło, próbując to zrozumieć.

- Czyli... pijecie to, żeby się upić?

Doszli do fontanny i Caspen wziął puchar ze stojącej obok wieży.

- Tak, Tem. Pijemy to, żeby się upić.

- Ale... - Próbowała znaleźć słowa, by wyrazić zdumienie, lecz żadne nie przychodziły. W końcu powiedziała: - Ja cały czas połykam twoją i nigdy się nią nie upiłam.

Uśmiechnął się zaborczo.

- To co innego. To, co połykasz, jest moją esencją w jej najbardziej surowej, najczystszej postaci. A to - zanurzył puchar w płynącym strumieniu i go napełnił - zostało przekształcone przez fontannę.

Tem uświadomiła sobie, że przez wszystkie te razy, kiedy piła wino z Caspenem, nigdy nie widziała, by ten się upił - alkohol nie działał na niego tak jak na ludzi. Uznała, że najwyraźniej ma to sens: aby się odurzyć, bazyliszki potrzebowały takiej substancji. W końcu czerpały swoją moc z seksu. Bezpośrednia dawka nasienia w jego najczystszej postaci była prawdopodobnie jedyną rzeczą wystarczająco silną, by na nie zadziałać.

Caspen uniósł puchar do ust i wypił jego zawartość.

Tem patrzyła, jak jego źrenice się rozszerzają, a nad jego ramionami zaczyna się wić dym. Pomyślała o upuszczaniu krwi - o tym, jak dzięki alchemii krew bazyliszka stawała się czymś zupełnie innym. Czy ta magiczna fontanna naprawdę aż tak różniła się od magii, której Caspen użył, by stworzyć szpon? To był tylko proces, nic więcej. Przemiana.

- Chcę tego spróbować - powiedziała nagle.

Spojrzał na nią z wahaniem.

- To jest mocne. Nie masz jeszcze wystarczającej tolerancji. Nawet ja muszę uważać.

Ale Tem nie zamierzała tak łatwo dać się zniechęcić. Ewidentnie była to istotna część kultury bazyliszków, a ona przecież próbowała się zasymilować. Nigdy nie będzie do nich pasować, jeśli nie zacznie robić tego, co robią wszystkie bazyliszki.

- Chcę spróbować - powtórzyła.

Ku jej zaskoczeniu Caspen się uśmiechnął.

- Aleś ty uparta.

W odpowiedzi wyciągnęła rękę. Podał jej puchar, a ona uniosła go do ust. Na dnie została tylko jedna porcja pozbawionego zapachu płynu. Bez chwili wahania odchyliła głowę i wlała wszystko do gardła.

- Tem? - spytał Caspen. - Jak się czujesz?

Ledwo go słyszała; brzmiał tak, jakby mówił do niej przez ścianę. Wiele razy upiła się w Jeźdźcu z Gabrielem, ale to było dziesięć razy silniejsze. Kręciło jej się w głowie, obraz się rozmywał. Już wcześniej było jej ciepło, ale eliksir sprawił, że zrobiło jej się gorąco - policzki zapłonęły, a podbrzusze zapulsowało. Nie musiała się dotykać, by wiedzieć, że jest mokra.

- Caspenie - wysapała, a jej ręka nagle wystrzeliła, by go dotknąć.

Zrobił krok bliżej.

- Co się dzieje?

- Teraz.

Minęło jedno uderzenie serca i już był w niej.

W chwili, gdy wsunął penisa między jej nogi, Tem poczuła spokój. To wszystko między nimi naprawdę było takie proste - od zawsze. Nie znała nic lepszego od tego; nic nie dawało jej większej jasności. Caspen usiadł na krawędzi fontanny, trzymając ją na sobie. Bazyliszki patrzyły, ale Tem je ignorowała. Liczyło się tylko to, by cieszyć się tą chwilą z ukochanym. Poświęcała mu całą swoją uwagę i oczekiwała tego samego w zamian. Poruszała biodrami, ocierając się o jego penisa dokładnie w takim tempie, jakiego potrzebowała. Jej wilgoć spływała na ich nogi. Caspen przesunął palcami po udach Tem i przycisnął je do łechtaczki. Jęknęła.

Eliksir nie przypominał żadnego alkoholu, jaki kiedykolwiek piła, nie można go było do niczego porównać. Czuła się pobudzona, zmysłowa i wolna, tak jakby wszystkie jej zahamowania zniknęły w jednej chwili.

Caspenie, patrz na mnie.

Chciała, żeby zwracał na nią uwagę - by pragnął jej tak bardzo, że nie będzie w stanie myśleć o niczym innym. Spojrzał na nią, a jego oczy przypominały bezdenne czarne studnie.

Tem.

Był jak w transie; tylko jej zapach czuł, tylko na nią zwracał uwagę.

Sięgnęła za niego i wyciągnęła palce tak, że zanurzyły się w wodospadzie eliksiru. Płyn był ciepły; instynktownie wiedziała, że ma dokładnie taką samą temperaturę jak jej ciało. Po chwili wyciągnęła ociekające palce. Drugą ręką objęła Caspena za szyję i przyciągnęła jego twarz do swojej, a potem przesunęła opuszkami po jego ustach, rozprowadzając na nich eliksir. Oczy Caspena były szeroko otwarte i skupione wyłącznie na niej. Polizał jej palce, smakując esencję swojego ludu.

Pocałowała go, by też jej spróbować.

Ich języki splatały się ze sobą, dopasowane do tempa, które Tem nadawała biodrami. Opuszczała się na Caspena tak szybko, jak tylko mogła, rozpaczliwie pragnąc wziąć od niego to, co wiedziała, że może wziąć.

Śmiercionośna mała żmija.

Była już bardzo blisko.

Ujeżdżała go coraz szybciej, aż do granicy paniki. Dłonie Caspena były wszędzie - ściskały jej skórę i wplątywały się we włosy. Chciała tylko więcej: więcej dotyku, więcej słów, więcej Caspena. Nigdy nie mogło być go dość - ani w tym życiu, ani w następnym.

Masz mnie, Tem. Ty...

Ścisnęła go za szyję i doszedł.

Ona też doszła, odchylając głowę w ekstazie i przyjmując wszystko, co miał jej do zaoferowania. Kiedy w końcu podniósł ją ze swojego penisa, była zdyszana. Wilgoć spływała po jej udach, a ona nawet nie próbowała jej wycierać. Tutaj wszystko było takie samo i wiedziała, że zanim skończy się wieczór, prawdopodobnie znów będzie uprawiać seks. Nie było sensu usuwać śladów ostatniego zbliżenia, skoro następne czaiło się tuż za rogiem.

Stali, wciąż ociekając potem, gdy obok odezwał się głos:

- Imponujące. Ale raczej dość szybkie. Czyżbyś tracił wytrzymałość, Caspenonie?

Tem odwróciła się i zobaczyła zbliżającego się do nich mężczyznę. Był niemal tak wysoki jak Caspen i równie potężny.

Caspen przesunął się tak, żeby stanąć między nimi.

- Tem - powiedział. - To mój brat. Apollo.

Rozdział 4

Teraz Tem dostrzegała podobieństwo - Apollo miał te same ciemne włosy, tę samą mocną szczękę. Wyglądał nawet bardziej jak Bastian niż Caspen, jego kutas też był bardzo podobny do tego ojca: niewiarygodnie gruby u nasady. Na ten widok Tem się zarumieniła.

- Miło mi cię poznać - powiedziała.

Apollo ujął jej dłoń, uniósł ją do ust i pocałował wewnętrzną stronę nadgarstka. Trwał w tym geście stanowczo zbyt długo; kolejne słowa wypowiadał tuż przy jej skórze:

- Cała przyjemność po mojej stronie, Temperance. - Jego głos był gładki jak karmel. Wreszcie puścił jej rękę i spojrzał na Caspena. - Jest piękna - uznał. - Dobrze się spisałeś.

- Jej piękno to nie moja zasługa.

Tem zamrugała. Znała ten ton - takim samym zwracał się do Leo.

Na przystojnej twarzy Apolla pojawił się chytry uśmiech.

- Oczywiście - odparł lekko, znów zwracając się do Tem. - Nie miałem zamiaru cię obrazić. Twoje piękno należy wyłącznie do ciebie. I to jakie piękno.

Skinęła głową, bo nie wiedziała, co innego może zrobić.

Zapadła cisza, której nikt nie przerwał. Tem obserwowała, jak Caspen i Apollo na siebie patrzą, wyraźnie prowadząc rozmowę w myślach. Spróbowała usłyszeć, co mówią, ale nie potrafiła. Caspen ją blokował. Tak nie mogło być. Dlatego powiedziała pierwsze, co przyszło jej do głowy:

- Szukasz partnerki?

Bracia w końcu oderwali od siebie wzrok i na nią spojrzeli.

- Dlaczego miałbym to robić? - zapytał Apollo.

- Caspen powiedział mi, że po to jest sezon godowy.

Jego usta rozciągnęły się w powolnym, zmysłowym uśmiechu.

- Nie szukam partnerki.

- Dlaczego?

- Nie pragnę żadnej.

- Więc czego pragniesz?

W jakiś sposób to pytanie wydało się znaczące. Tem pytała bardziej ogólnie, ale gdy uśmiech Apolla się pogłębił, poczuła się tak, jakby zapytała o coś zupełnie innego.

- Przyjemności - odparł po prostu.

Znowu zapadła cisza. Obok niej Caspen się poruszył, ale nic nie powiedział. Odniosła wrażenie, że obserwuje ich rozmowę, żeby zobaczyć, jak się potoczy. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Apollo sprawiał, że czuła się... niepewnie. Jakby w każdej chwili mogła się zachwiać i upaść.

- Skoro nie chcesz partnerki, to dlaczego tu jesteś?

- Ponieważ sezon godowy to okazja, by doświadczyć wszystkiego, co mój lud ma do zaoferowania. Caspenon na pewno ci o tym powiedział.

Tem potrafiła czytać między wierszami: Apollo właśnie wyznał, że przyszedł tu, by uprawiać jak najwięcej seksu.

- To wydaje się niewłaściwe.

Apollo uniósł brew.

- Dlaczego?

- A jeśli ktoś zacznie coś do ciebie czuć?

Przekrzywił głowę.

- Wtedy delikatnie go zniechęcę.

- A jeśli ty zaczniesz coś do kogoś czuć?

Na te słowa Caspen się roześmiał.

Spojrzała na niego zdezorientowana.

- Co w tym śmiesznego?

- Mój brat nie jest zdolny do uczuć. Jedynie do podstępu. Manipuluje i kłamie.

- Myślałam, że bazyliszki nie potrafią kłamać.

Jego wargi wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu.

- Mój brat potrafi to obejść.

W jego słowach było tyle jadu, że Tem niemal się cofnęła. Najwyraźniej kryła się za tym jakaś historia, której nie rozumiała. Podejrzewała, że Caspen nigdy jej o tym nie opowie.

- Kłamstwa są oszustwem - powiedział gładko Apollo. - I myślę, że przekonasz się, iż ja zawsze mówię prawdę. - Jego spojrzenie przesunęło się na Caspena. - Niektórzy powiedzieliby, że aż do przesady.

Tem nie miała pojęcia, co o tym myśleć. Czuła, że ta rozmowa zaczyna ją przerastać, i chciała, by już się skończyła. Zanim zdążyła to powiedzieć, Apollo rzucił jej jeszcze jedno przeciągłe spojrzenie, po czym odwrócił się i odszedł bez pożegnania.

- O co tu chodziło? - Spojrzała na Caspena, który patrzył za bratem ze zmarszczonym czołem.

- Nie wiem, co masz na myśli.

- Mam na myśli to, co jest między wami. Czy wy... macie dobre relacje?

Wzruszył ramionami.

- Nie jesteśmy w złych relacjach.

- Nie o to pytałam.

- Nie jesteśmy w złych relacjach - powtórzył Caspen, tym razem ostrzejszym tonem.

Tem spojrzała na niego. Ani przez chwilę w to nie wierzyła. Na końcu języka miała kolejne pytanie.

- Czy on ze mną flirtował?

Caspen westchnął. W tym odgłosie Tem usłyszała ciężar braterstwa i brzemię ich wspólnej przeszłości.

- Flirtował.

- Nie powinien był tego robić.

- Ma pełne prawo z tobą flirtować, Tem.

- Cóż, ja z pewnością nie zamierzam flirtować z nim.

W końcu na nią spojrzał.

- Gdybyś tego chciała, nie mógłbym stanąć ci na drodze.

Zmarszczyła czoło.

- Poważnie?

Skinął głową.

- Tak. Mój brat ma do ciebie prawo pierwszeństwa.

- A co to dokładnie znaczy?

- To starożytny zwyczaj bazyliszków.

Przewróciła oczami. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, był kolejny starożytny zwyczaj bazyliszków.

- Ale co to znaczy?

- To znaczy, że gdybym umarł, Apollo jako pierwszy, przed kimkolwiek innym, dostałby możliwość zalecania się do ciebie. Oczekiwano by, że poślubi cię w moim zastępstwie.

Tem zamrugała z niedowierzaniem.

- Wydaje się, że to nie powinno być dozwolone.

Caspen uśmiechnął się lekko.

- Tutaj wszystko jest dozwolone.

I wtedy przypomniała sobie rytuał. Czy naprawdę spodziewała się, że rodzeństwo będzie szanować swoje związki, skoro nawet ona spała z ojcem Caspena, by udowodnić swoją wartość jego klanowi?

- Nigdy nie wyszłabym za twojego brata.

- To twój wybór. Ale powinnaś wiedzieć, że on będzie oczekiwał, że się z nim prześpisz.

- Dlaczego?

Wargi Caspena drgnęły w uśmiechu.

- Aby upewnić się co do waszej zgodności, na wypadek gdybym umarł i gdyby on musiał skorzystać ze swojego prawa pierwszeństwa.

- Cóż, tobie nie wolno umrzeć.

Jego uśmiech tylko się poszerzył.

- Postaram się tego nie zrobić.

- I nie będę spała z twoim bratem.

- To nie jest obowiązkowe, Tem. Po prostu mówię ci, że on będzie tego oczekiwał.

- Nie może niczego ode mnie oczekiwać.

Teraz już się szczerzył.

- To twój wybór - powiedział znowu. Potem pocałował ją w czoło. - Ale będzie cię nagabywał, dopóki nie powiesz mu, żeby przestał.

Pokręciła głową.

- Nie możesz mu to po prostu powiedzieć za mnie?

- To musi wyjść od ciebie. Tylko wtedy to uszanuje. W przeciwnym razie uzna, że próbuję trzymać cię od niego z dala.

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej