Dusze spopielone - Anna Rozenberg

Kup ebooka

44.99 zł
34.94 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Czer­wone bmw pięło się po spi­ral­nym wjeź­dzie na par­king w Peacock Cen­tre. Debo­rah wier­ciła się nie­spo­koj­nie na sie­dze­niu pasa­żera, nie mogąc powstrzy­mać się od kry­ty­ko­wa­nia kie­rowcy. Peter igno­ro­wał jej narze­ka­nie i sku­pił całą uwagę na wąskiej dro­dze.

- Pospieszmy się, ślub jest za godzinę, a musimy doje­chać do Bro­oklands. - Po raz kolejny spoj­rzała wymow­nie na zega­rek, któ­rego złota wska­zówka bez­li­to­śnie się prze­su­wała i była coraz bli­żej połu­dnia.

- Mogli­śmy ode­brać ten pre­zent wcze­śniej - mruk­nął Peter, roz­glą­da­jąc się za miej­scem par­kin­go­wym bli­sko wej­ścia do skle­pów. Wie­dząc, że za chwilę będzie tasz­czył wiel­kie pudło z zastawą sto­łową i srebr­nymi sztuć­cami, chciał zosta­wić samo­chód jak naj­bli­żej filii Deben­hamsa, który miał wła­sną windę.

- Nie mie­li­śmy czasu - prych­nęła Debo­rah.

- Ja nie mia­łem czasu, bo byłem w pracy do wie­czora.

- Kto nor­malny pra­cuje w przed­ostatni dzień roku?

- A kto nor­malny urzą­dza ślub tuż przed syl­we­strem? - wark­nął Peter, igno­ru­jąc komen­tarz żony. Pra­co­wał w księ­go­wo­ści i na koniec roku miał aku­rat naj­wię­cej pracy. - Mogłaś to zała­twić, ale wola­łaś robić sobie paznok­cie!

- Wiesz prze­cież, gdzie i do kogo jedziemy - żach­nęła się. - Ten ślub to towa­rzy­skie wyda­rze­nie. Nie tylko trzeba się poka­zać, ale i wyglą­dać. - Roz­ło­żyła osłonę prze­ciw­sło­neczną, spoj­rzała we wmon­to­wane w nią lusterko i popra­wiła woalkę przy kape­lu­szu. - A już na pewno nie wypada się spóź­nić.

Peter poko­nał ostat­nią ser­pen­tynę par­kingu. Ucie­szył się, że na czwar­tym pię­trze stał tylko jeden, za to bar­dzo ładny samo­chód. Mija­jąc srebr­nego ben­tleya, zatrzy­mał się gwał­tow­nie.

- Wycho­dzi na to, że nie tylko my jeste­śmy spóź­nieni - sko­men­to­wał pasa­że­rów zna­jo­mej limu­zyny.

- Co masz na myśli? - Debo­rah ode­rwała wzrok od torebki, w któ­rej zapal­czy­wie cze­goś szu­kała.

- Saman­tha i Alan też się spóź­nią. - Peter nie krył roz­ba­wie­nia. - I to na wła­sny ślub.

- Pew­nie się pokłó­cili. Wiesz, jacy oni są - skwi­to­wała Debo­rah i z trza­skiem zamknęła torebkę, nie znaj­du­jąc pożą­da­nego przed­miotu.

Zapar­ko­wał dwa miej­sca dalej, jakby w oba­wie, by nie zary­so­wać luk­su­so­wego auta przy­ja­ciół.

- To może lepiej im nie prze­szka­dzać? - zawa­hał się Peter.

- Oczy­wi­ście, że prze­szka­dzać - obu­rzyła się. - Może uda się ich pogo­dzić. Nawet sobie nie wyobra­żasz, jaki skan­dal wybuch­nie, jeśli nie doj­dzie do ślubu. Ratu­jąc go, możemy tylko zyskać - dodała i zła­pała za klamkę.

- Ja pójdę - powie­dział na głę­bo­kim wyde­chu Peter, deli­kat­nie łapiąc żonę za łokieć, po czym wysiadł z samo­chodu.

Mru­ga­jąca nad ben­tleyem jarze­niówka spra­wiła, że nie mógł sku­pić wzroku na pasa­że­rach, któ­rych twa­rze raz po raz zni­kały za oświe­tloną ostrym świa­tłem szybą.

Ale jed­nego był już pewny: Saman­tha i Alan nie dotrą na swój ślub.

Rozdział I. 30.12.2013, poniedziałek

ROZ­DZIAŁ I 30.12.2013, ponie­dzia­łek

Świt

Świt

Deszcz grał swą par­ty­turę tak cicho, jakby tylko w wyobraźni. Inspek­tor David Red­fern wie­dział jed­nak, że pogoda się zmie­nia, czuł to w sta­wach, które od wielu dni mil­czały, a dziś obu­dziły go nie­zno­śnym bólem. Angiel­ska zima miała dziwny zwy­czaj zmie­niać swe obli­cze wła­śnie z koń­cem roku. Zupeł­nie jak modowy kon­fe­ran­sjer, który zapo­wia­dał, w jakim stroju pojawi się w tym sezo­nie wio­sna.

David odsta­wił dura­le­xową szklankę, która pamię­tała jesz­cze prze­pro­wadzkę Siwiasz­czyka do Anglii.

Dzia­dek Red­ferna przy­wiózł wtedy wiele arte­fak­tów rodzą­cego się w Pol­sce kapi­ta­li­zmu.

Przy­glą­dał się chwilę brą­zo­wemu szkłu, o któ­rego sta­ro­ści świad­czyły liczne rysy na błysz­czą­cej powierzchni i małe wyszczer­bie­nie na brzegu. Patrząc na nie, przy­po­mi­nał sobie łaciń­ską sen­ten­cję: Dura lex, sed lex1, od któ­rej pro­dukt wziął nazwę. To zapro­wa­dziło go do myśli, czy twarde ramię prawa kie­dy­kol­wiek zaci­śnie się na Pala­czu, który wciąż gdzieś się czaił.

W pory­so­wa­nej powierzchni szkła odbi­jał się dowód zaufa­nia do Mal­colma Kni­ghta. Komen­dant w jakiś magiczny spo­sób uzy­skał dostęp do naj­waż­niej­szego dowodu na aferę pedo­fil­ską, która ropiała pod gładką skórą Woking. Ekran mac­bo­oka Ronalda Rudda oświe­tlał pogrą­żony w ciem­no­ści pokój. Inspek­tor Red­fern prze­czu­wał, że dane zawarte w kom­pu­te­rze dopro­wa­dzą go nie tylko do zbrod­nia­rzy, ale i męż­czy­zny, który od dawna go nękał.

Zza ściany docho­dziło tylko pochra­py­wa­nie dziadka, który zmę­czony ostat­nim stre­sem sypiał teraz pły­cej, ale za to dużo dłu­żej. Wsłu­chu­jąc się w rytm jego odde­chu, David poczuł się winny. Boh­dan miał wczo­raj wyje­chać z Wandą na krótki urlop do Walii. W okre­sie mię­dzy­świą­tecz­nym w Sur­rey History Cen­tre nie było zbyt wiele do roboty, więc sta­rusz­ko­wie mogli sobie pozwo­lić na odpo­czy­nek. Jed­nak w ostat­niej chwili dzia­dek odwo­łał wyjazd, wykrę­ca­jąc się sytu­acją Marty Soko­liń­skiej i jej porwa­niem. Ale David wie­dział, że tak naprawdę Boh­dan chce być bli­sko niego. I obie­cał sobie, że gdy tylko wszystko się skoń­czy, wyśle dziad­ków na zasłu­żone waka­cje.

Na razie jed­nak nic nie wska­zy­wało na to, by cią­gnące się za nim sprawy miały się ku koń­cowi. Od kilku godzin wpa­try­wał się w tabele Excela, które wypeł­niały nic nie­mó­wiące mu zestawy liczb i liter.

Pogrą­żony w myślach nie zauwa­żył, że drzwi do pokoju nie­znacz­nie się uchy­liły. Do przy­tom­no­ści przy­wo­łał go dopiero cichy głos dziadka:

- Już nie śpisz czy jesz­cze nie śpisz?

- Już - skła­mał. - Mam dużo pracy.

- Za dużo - odparł dzia­dek i wszedł do środka. - Co z tym kom­pu­te­rem?

- Wciąż stoję w miej­scu - wes­tchnął David, zasta­na­wia­jąc się, czy powie­dzieć mu o notat­kach Adriana Bonesa, który w trak­cie poszu­ki­wań zagi­nio­nych dzieci natra­fił na ślad jego sio­stry.

Oba­wiał się, że nie uda mu się długo utrzy­mać odkry­cia sta­rego przy­ja­ciela w sekre­cie. Zbyt mocno pochła­niało go poszu­ki­wa­nie Domi­ni­que. Poza tym pod­skór­nie czuł, że to wszystko gdzieś się łączy, a im dłu­żej obra­cał w pal­cach zagadki, tym moc­niej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że przez każdą z nich prze­ni­kał cień Pala­cza.

- Zasta­na­wia mnie ten skrót. - Wska­zał na jedną z komó­rek w tabeli.

- 5W - prze­czy­tał Boh­dan i przy­su­nął sobie krze­sło. - Co mówi inter­net?

- Same ślepe zaułki. Jako pierw­sze wyświe­tla się: Women Welcome Women World Wide, dalej pięć pod­sta­wo­wych pytań po angiel­sku oraz kod linii lot­ni­czych.

- Nathan Wood wydra­pał to na ramie swo­jego łóżka w ośrodku uza­leż­nień The Priory - wyja­śnił. - Mam prze­czu­cie, że on coś wie­dział. Szu­ka­łem połą­cze­nia mię­dzy nim a Ronal­dem Rud­dem, ale nic nie mogę zna­leźć. Stary dzien­ni­karz i part­ner Bonesa nie mają punk­tów stycz­nych.

- Może spró­buj poroz­ma­wiać z jego matką?

- Wybie­ram się do niej po połu­dniu, ale naj­pierw chcę zaj­rzeć do szpi­tala.

Siwiasz­czyk spoj­rzał na zegar elek­tro­niczny.

- Masz jesz­cze dwie godziny - skwi­to­wał piątkę i dwa zera, które wła­śnie wysko­czyły na wyświe­tla­czu. - To może śnia­da­nie? - zapro­po­no­wał.

- Chyba na roz­grzewkę przejdę się z mło­dym. - David wska­zał brodą na wsu­wa­jący się przez szparę w drzwiach czarny nos Ban­dita.

Szcze­niak szczek­nął na znak, że jest gotowy do wyj­ścia.

Red­fern skie­ro­wał swoje kroki w stronę Asdy. Oko­lice mar­ketu wydały mu się bez­piecz­niej­sze od zaka­mar­ków Prin­cess Road, które Ban­dit eks­plo­ro­wał naj­chęt­niej. Nagle zdał sobie sprawę, że od momentu porwa­nia Marty Soko­liń­skiej stale myśli o zagro­że­niu, jakby czy­hało za każ­dym rogiem. Palacz dopro­wa­dził do tego, że zwy­czaj­nie zaczął się bać. Zły na swoją para­noję zawró­cił.

Drobna mżawka osa­dzała się na twa­rzy, two­rząc po chwili mokrą lodo­watą war­stwę. Jedy­nie Ban­dit, raź­nie czła­piąc przy nodze, zda­wał się nie zauwa­żać brzy­doty aury. Osia­dłe na jego sier­ści kro­ple w świe­tle lamp zda­wały się błysz­czeć milio­nami dia­men­tów.

Minęli dom i szli w stronę Old Woking Road, która nawet o tej porze odpy­chała nie­usta­ją­cym szu­mem prze­jeż­dża­ją­cych aut. Kątem oka zauwa­żył prze­cho­dzą­cego przez jezd­nię czło­wieka. Wzdry­gnął się, ale kon­tro­lne szczek­nię­cie Ban­dita spo­wo­do­wało, że odgo­nił czarne myśli i skrę­cił do ich ulu­bio­nego skweru. Wciąż mając w pamięci nocną kąpiel szcze­niaka, tym razem nie spu­ścił go ze smy­czy. Cho­dził pomię­dzy drze­wami, co rusz sta­ra­jąc się wyplą­tać Ban­dita z krza­ków, które pie­sek z lubo­ścią pene­tro­wał. Po kolej­nej takiej gim­na­styce posta­no­wił, że wrócą do domu.

Zbli­ża­jąc się do numeru sto dzie­więć, poczuł, że coś jest nie tak. I nawet nie cho­dziło o to, że każde z okien domu jarzyło się ostrym świa­tłem. Naj­bar­dziej prze­ra­ziły go uchy­lone drzwi wej­ściowe. Puścił smycz Ban­dita i rzu­cił się wąskim chod­ni­kiem w dół. Dopadł ganku i pchnął skrzy­dło tak mocno, że odbiło się od ściany.

- Dziadku! - krzyk­nął, ale nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi, wrza­snął ponow­nie: - Dziadku!!!

Wpadł do pokoju, ale zoba­czył tylko nie­po­ście­lone łóżko.

- Tutaj! - Usły­szał słaby głos Boh­dana.

Pobiegł do łazienki i otwo­rzył drzwi. Dzia­dek sie­dział na brzegu wanny, przy­kła­da­jąc sobie do głowy ręcz­nik, któ­rego spora część bar­wiła się na czer­wono. Patrzył na Davida, ale ten nie znaj­do­wał w jego spoj­rze­niu ani krztyny prze­ra­że­nia. W jasnym błę­ki­cie tliły się jedy­nie iskry zło­ści.

- Przy­szedł tu - powie­dział hardo sta­ru­szek.

David nie musiał pytać kto ani po co.

- Poło­ży­łem się jesz­cze na chwilę i usły­sza­łem, że ktoś szar­pie się z drzwiami. Myśla­łem, że zapo­mnia­łeś klu­cza, i posze­dłem do przed­po­koju. Ale on już tam stał. Wysoki, w kap­tu­rze. Nie widzia­łem twa­rzy - uprze­dził pyta­nie Davida. - Skur­wiel ośmie­lił się zaata­ko­wać nasz dom.

David pierw­szy raz od dzie­się­cio­leci usły­szał, że Boh­dan prze­klina.

- Myślał, że dom jest pusty. Mia­łeś wyje­chać...

- Ale skąd wie­dział?

David popa­trzył bez­rad­nie na dziadka, nie znaj­du­jąc żad­nej logicz­nej odpo­wie­dzi. Zyskał jed­nak pew­ność, że Palacz jest poli­cjan­tem. Nikt poza gli­nia­rzem nie mógł wie­dzieć, że Kni­ght pozy­skał kom­pu­ter i prze­ka­zał go inspek­to­rowi Red­fer­nowi. To musiał być ktoś z Woking. Albo z Lon­dynu. Ta druga myśl go prze­ra­ziła.

- Jedziemy do szpi­tala - zako­men­de­ro­wał, zanim emo­cje zdo­łają przy­ćmić logikę.

- Mowy nawet nie ma! - zapro­te­sto­wał dzia­dek i wstał. - Nic mi, Dawidku, nie jest. W grun­cie rze­czy facet tylko mnie pchnął, a ja pole­cia­łem na ścianę. Nadzia­łem się na jeden z wie­sza­ków. To wszystko.

Na dowód swo­ich słów dzia­dek odsu­nął ręcz­nik i zapre­zen­to­wał roz­cię­cie na czole. Nie było duże, ale obfi­cie krwa­wiło. David popa­trzył na ranę scep­tycz­nie. Wie­dział, że ktoś powi­nien obej­rzeć Boh­dana w szpi­talu, ale zda­wał sobie sprawę, że nawet wołami go tam nie zacią­gnie.

- Zro­bię śnia­da­nie - wydu­sił z sie­bie, czu­jąc wrzący w żyłach gniew.

Palacz zdo­był wszyst­kie karty, nie zosta­wia­jąc Red­fer­nowi żad­nej nadziei. Nie­chęt­nie zaj­rzał do pokoju - po mac­bo­oku nie było śladu. Podob­nie jak po notat­kach. Przez białą tablicę prze­bie­gał wie­lo­ko­lo­rowy mazaj - wszel­kie zapi­ski Red­ferna zamie­niły się w nie­da­jącą się odczy­tać plamę.

Inspek­tor David Red­fern został z niczym.

Rano

Rano

Roz­darty mię­dzy wście­kło­ścią a szczę­ściem szedł sze­ro­kim kory­ta­rzem do sali, w któ­rej pra­gnął być i jed­no­cze­śnie nie chciał. Gdy tylko prze­kra­czał jej próg, zale­wała go fala poczu­cia winy i wdzięcz­no­ści zara­zem. Dzię­ko­wał nie­bio­som, że Marta wraca do zdro­wia, ale obwi­niał się, że gdyby nie on, kobieta ni­gdy by nie zna­la­zła się w szpi­talu - pobita, zgwał­cona i zła­mana.

- A pan znowu zabłą­dził. - Usły­szał za sobą cie­pły, kobiecy głos.

Odwró­cił się. Pie­lę­gniarka wycho­dziła z jed­nej z sal i uśmie­chała się przy­jaź­nie, krę­cąc przy tym głową z nie­do­wie­rza­niem. Red­fern poczuł się głu­pio.

- Pani Marta nie leży już na inten­syw­nej tera­pii - wyja­śniła.

- Dzię­kuję. To tak z przy­zwy­cza­je­nia - odparł zakło­po­tany.

- Niech się pan lepiej przy­zwy­czaja do dobrego.

- Wolę nie - szep­nął pod nosem i minął zdzi­wioną pie­lę­gniarkę.

Pchnął drzwi, które pod naci­skiem cicho zaskrzy­piały. Marta miała poje­dyn­czą salę z wido­kiem na las. Czubki sosen wci­nały się w szary wciąż wid­no­krąg, two­rząc za oknem nie­po­ko­jący obraz. Jed­nak bar­dziej od zło­wro­giego kra­jo­brazu Red­ferna mar­twiło to, co miał tuż przed sobą. Zro­bił kilka kro­ków w stronę łóżka. Zie­lona pościel zda­wała się przy­kry­wać puste łóżko. Bez­ruch kobiety pora­żał. Jedy­nym cie­płym kolo­rem była czer­wień jej wło­sów, ale w obli­czu smutku i pustki, jakie wyzie­rały z zie­lo­nych oczu, bla­dła i mato­wiała.

Z ulgą stwier­dził, że wenflon zastą­pił pla­ster. Ozna­czało to, że Marta nie potrze­bo­wała już środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych.

Zer­k­nął na komórkę, którą przy­niósł jej kilka dni temu. Kupił kartę SIM i wpi­sał tylko swój numer tele­fonu, a po namy­śle dodał też dziadka. Jed­nak pro­sty apa­rat z mono­chro­ma­tycz­nym wyświe­tla­czem i wiel­kimi przy­ci­skami leżał dokład­nie w tym miej­scu, w któ­rym go zosta­wił. David odwie­dzał Martę codzien­nie, a mimo to wciąż nie wie­dział, jak się zacho­wać. Przy­su­nął sobie krze­sło do łóżka i usiadł. Spoj­rzał na szafkę nocną. Na jasnym bla­cie leżały nie­tknięte owoce i cze­ko­ladki, które przy­niósł wczo­raj, a tuż obok - taca z kola­cją.

- Cześć - powie­dział cicho.

Odpo­wie­działo mu tylko mru­gnię­cie oczu i lekki ruch kąci­ków ust, które zbli­żyły się do sie­bie, demon­stru­jąc napię­cie zapad­nię­tych policz­ków.

Nie wie­dział, co powie­dzieć. Do głowy przy­cho­dziły mu wyłącz­nie banały, cho­ciaż lekarz pro­wa­dzący pora­dził mu, że na tym eta­pie to naj­lep­sze, co może zro­bić. Jed­nak wyda­wało mu się to głu­pie. Wbrew sobie szep­nął:

- Musisz coś zjeść, żeby dojść do sie­bie. Spró­buj, pro­szę.

Się­gnął po tacę, ale Marta tylko na nią spoj­rzała i odwró­ciła się na lewy bok. David widział teraz już tylko jej włosy, roz­sy­pane na zie­lo­nej poduszce. Wes­tchnął cicho, ale nie zamie­rzał się pod­dać. Wstał i prze­szedł na drugą stronę łóżka, bio­rąc ze sobą krze­sło, na któ­rym usiadł.

- Marto, pro­szę cię. Teraz to naj­waż­niej­sze. Im szyb­ciej nabie­rzesz sił, tym szyb­ciej cię stąd wypusz­czą.

W środku wszystko w nim krzy­czało. Chciał jej powie­dzieć, że jeśli nie zacznie jeść, to znów pode­pną jej kro­plówkę, ale wie­dział, że nega­tywne komu­ni­katy tylko pogor­szą jej stan.

- Gdy stąd wyj­dziesz, pokażę ci Sur­rey, jakiego nie widzia­łaś. Pamię­tasz mapę, którą ci dałem? Prze­mie­rzymy całe hrab­stwo w poszu­ki­wa­niu naj­lep­szego cia­sta cytry­no­wego, poje­dziemy do Sur­rey Hill i gdzie tylko będziesz chciała. Tylko bła­gam, spró­buj coś zjeść.

Dostrzegł, jak w kąciku jej oczu pęcz­nieją łzy. Jedna nabrzmiała kro­pla opu­ściła dołek koło nosa i puściła się w dół, by po dro­dze połą­czyć się ze swoją bliź­niaczką i razem znik­nąć w poszewce poduszki, two­rząc ciemną plamę. Wrzask, jaki jesz­cze przed chwilą wypeł­niał jego głowę, zagłu­szyła bez­sil­ność.

- Wszystko będzie dobrze, obie­cuję - powie­dział i pogła­skał ją po gło­wie.

Zda­wał sobie sprawę, że sam nie jest w sta­nie udźwi­gnąć tego cię­żaru. Idąc kory­ta­rzem, posta­no­wił zaj­rzeć do leka­rza pro­wa­dzą­cego. Zna­lazł gabi­net i zapu­kał. Ze środka dobiegł go głos męż­czy­zny, który pro­sił, żeby wszedł.

Red­fern odno­sił wra­że­nie, że każdy gabi­net lekar­ski jest kalką innego - naprze­ciwko drzwi biurko i krze­sło, za ścianką kozetka i mała umy­walka. W tym bra­ko­wało tylko regału z książ­kami, który zastą­piła szafka z nagro­dami. Star­szy Hin­dus stał przy oknie i uważ­nie przy­glą­dał się Red­fernowi, który sta­rał się w miarę spo­koj­nie mówić, co go mar­twi.

- Mam wra­że­nie, że to kara dla mnie - pod­su­mo­wał wszyst­kie swoje obawy.

- Prze­ciw­nie. - Lekarz pokrę­cił siwą głową. - To ochrona dla niej. Pani Marta musi prze­pra­co­wać tę traumę. Mar­twmy się tym, że nie chce jeść. Odrzuca każdy posi­łek.

- To może kro­plówka? - zapro­po­no­wał nie­śmiało.

- Pró­bo­wa­li­śmy, ale wyrwała sobie wenflon. Jak tak dalej pój­dzie, będziemy zmu­szeni prze­nieść ją na psy­chia­trię.

- Rozu­miem. - Red­fern wes­tchnął ciężko. - Mar­twi mnie rów­nież to, że nie chce roz­ma­wiać, total­nie zamknęła się w sobie.

- Pro­szę nie wyma­gać od niej zbyt wiele. - Lekarz usiadł za biur­kiem. - Mutyzm u doro­słych prak­tycz­nie się nie zda­rza. U pani Marty możemy mówić o mecha­ni­zmie obron­nym. Poza tym dobrze by było, żeby pań­scy kole­dzy prze­stali ją odwie­dzać. To naprawdę tylko pogar­sza sprawę. Marta potrze­buje teraz dwóch rze­czy - czasu i spo­koju, z naci­skiem na to dru­gie.

W Red­fer­nie zawrzało. Nie zda­wał sobie sprawy, że kto­kol­wiek pró­buje ją prze­słu­chi­wać. Choć miał swoje podej­rze­nia co do per­so­na­liów tych osób, posta­no­wił, że gdy tylko dotrze do komendy, postawi wszyst­kich do pionu.

***

Wra­cał do Woking okrężną drogą, czę­ściej naci­ska­jąc hamu­lec niż gaz. Sza­rość świtu powoli prze­obra­ziła się w błę­kit, jakby na złość jego nastro­jowi. Do roz­po­czę­cia pracy miał jesz­cze ponad godzinę, ale uznał, że nic się nie sta­nie, jeśli pojawi się wcze­śniej. Miał do poga­da­nia z kil­koma oso­bami.

Brama par­kingu wyjąt­kowo długo ska­no­wała reje­stra­cję, jak gdyby wyczu­wała, że jego tak wcze­sny powrót do służby był czymś odbie­ga­ją­cym od normy. Scep­ty­cyzm urzą­dze­nia udzie­lił się także trium­phowi, który wyko­nał kan­gu­rzy skok i spek­ta­ku­lar­nie zgasł na środku prze­jazdu. Red­fern prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, ale roz­rusz­nik mil­czał. Inspek­tor wysiadł z samo­chodu. Zanim zdą­żył zamknąć drzwi, pod zde­rzak pod­je­chała zna­joma škoda, z któ­rej wychy­nęła płowa głowa sier­żantki Win­ter.

- Angiel­ski król chce, by go wnieść na rękach? - zażar­to­wała i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wysia­dła z auta.

- Nie mędr­kuj, tylko wska­kuj za kie­row­nicę - roz­ka­zał, usi­łu­jąc ukryć uśmiech.

- Lek­tyka level master - odparła Sum­mer i wsia­dła do trium­pha.

Pcha­jąc maszynę pod spa­dzi­sty par­king, Red­fern dzię­ko­wał nie­bio­som, że ważyła nie­wiele ponad osiem­set kilo. Mimo to i tak się zasa­pał, czego sier­żantka nie omiesz­kała skwi­to­wać:

- Widzę, że urlo­pik ci nie słu­żył.

Inspek­tor obrzu­cił ją gro­mią­cym spoj­rze­niem.

- A co tak wcze­śnie dzi­siaj? - zapy­tał, gdy zbli­żali się do scho­dów komendy.

- McMa­hon coś tam ode mnie chce - burk­nęła.

- Dla­czego nie mówisz o nim "ojciec"?

- Bo ni­gdy nim nie był. - Przy­sta­nęła i spoj­rzała na niego wrogo. - I na­dal nie zasłu­żył na to miano.

Roz­stali się przy gabi­ne­cie McMa­hona, któ­rego pod­nie­siony głos sły­szeli, będąc jesz­cze na scho­dach. Red­fern poszedł pro­sto do Kni­ghta. Zda­wał sobie sprawę, że powi­nien do niego zadzwo­nić zaraz po kra­dzieży mac­bo­oka, ale wtedy czuł, że przede wszyst­kim powi­nien zająć się dziad­kiem i opa­no­wa­niem wła­snych emo­cji, które ostat­nio były wyjąt­kowo kiep­skimi dorad­cami.

Drzwi do pokoju komen­danta były uchy­lone. Kur­tu­azyj­nie zapu­kał w futrynę i po cichym "pro­szę" wszedł do środka. Kni­ght w sza­rym gar­ni­tu­rze i błę­kit­nej koszuli pre­zen­to­wał się świet­nie, w żaden spo­sób nie zdra­dza­jąc nie­daw­nych pro­ble­mów ze zdro­wiem. Para­dok­sal­nie wzglę­dem praw fizyki, Kni­ght zda­wał się czer­pać ener­gię z pracy.

- Powiedz mi, że ta mina nie ozna­cza kło­po­tów - przy­wi­tał go komen­dant, zanim zdą­żył zamknąć drzwi.

- Nie ozna­cza kło­po­tów, tylko totalne bagno. - Red­fern bez zapro­sze­nia opadł ciężko na krze­sło przed biur­kiem.

- Mów. Chyba nic gor­szego od tego - wska­zał na stos papie­rów na bla­cie - mnie nie spo­tka.

- Przy­pusz­czam, że wąt­pię - mruk­nął Red­fern, siląc się na żart. Spoj­rzał w kie­runku drzwi, jakby nie był pewien, czy na pewno je zamknął, po czym wyrzu­cił z sie­bie: - Palacz wła­mał się do mnie do domu.

- Nie kończ.

- Zaata­ko­wał mojego dziadka. Jest coraz bar­dziej zuchwały.

- Raczej zde­spe­ro­wany. - Kni­ght się zamy­ślił. - Kto wie­dział, że masz kom­pu­ter?

- Tylko my dwaj i ktoś, od kogo wzią­łeś kompa.

- Zheng - powie­dział ze zło­ścią komen­dant.

- On jest po mojej stro­nie - zapew­nił Red­fern, tłu­miąc w sobie nie­miłe prze­czu­cia.

- Szybko zmie­ni­łeś o nim zda­nie.

Red­fern zasta­na­wiał się, czy powi­nien obar­czać prze­ło­żo­nego jesz­cze swo­imi oso­bi­stymi pro­ble­mami. Na szali miał jed­nak sto­sunki z agen­tem Zhen­giem, które wolał utrzy­mać na co naj­mniej popraw­nym pozio­mie.

- Zheng mi pomaga w jed­nej spra­wie.

- Z tego, co wiem, to jak na razie jedy­nie pomógł ci dostać się do aresztu na parę dni. Co spra­wiło, że odzy­skał twoje zaufa­nie? - Kni­ght robił się coraz bar­dziej napa­stliwy.

- To długa histo­ria. Gene­ral­nie pomaga mi odszu­kać sio­strę.

Kni­ght uniósł brew w ocze­ki­wa­niu na ciąg dal­szy, który nastą­pił po krót­kiej pau­zie.

- Latem osiem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego ktoś porwał moją sio­strę - Red­fern roz­po­czął z tru­dem. - Byli­śmy razem z Adria­nem Bone­sem nad zbior­ni­kiem Har­law. W Szko­cji - dodał, gdy Kni­ght ponow­nie uniósł brew. - Domi­ni­que poszła do toa­lety, ale ni­gdy z niej nie wró­ciła. Wszy­scy utrzy­my­wali, że musiała się iść kąpać bez nas i uto­nęła. Roz­ma­wia­łem jed­nak z dziew­czyną, która twier­dzi, że ktoś wepchnął Domi­ni­que do samo­chodu i odje­chał. Białe volvo, tyle wiem.

- Czy dobrze rozu­miem, że byłeś tam z tym Adria­nem Bone­sem, któ­rego w lipcu zastrze­li­łeś w kate­drze Guild­ford? - dopy­tał nie­pew­nym gło­sem Kni­ght.

Red­fern kiw­nął głową, po czym ode­zwał się:

- On coś wie­dział, Mal­colm. Wie­dział o mojej sio­strze, wie­dział o dzie­ciach z Woking. Pra­co­wał nad tym, gdy jesz­cze sie­dział w NCA - mówił coraz gło­śniej, dając się ponieść nara­sta­ją­cej fru­stra­cji. Nagle zorien­to­wał się, że stoi. - I jesz­cze jedno. Ja go nie zabi­łem.

- Usiądź, Dave - popro­sił spo­koj­nie Kni­ght, prze­cie­ra­jąc dło­nią zmę­czone czoło. Ode­pchnął się od biurka i wstał. Pod­szedł do szafy i otwo­rzył ją. Red­fern spo­dzie­wał się, że otrzyma jakiś for­mu­larz. Tym­cza­sem komen­dant posta­wił przed inspek­to­rem Regal Chi­vas i dwie szklanki. Nie patrząc na pod­wład­nego, nalał whi­sky i gestem zachę­cił do wypi­cia.

Red­fern wychy­lił całą zawar­tość naczy­nia i przy­glą­dał się z uwagą spły­wa­ją­cemu po ścian­kach pły­nowi.

- Chyba nie masz wąt­pli­wo­ści, że sto­isz po uszy w bagnie?

- Powie­dzia­łem ci to od progu. - Red­fern skrzy­wił się i odsta­wił szkło. - Wszystko to się łączy: porwa­nie mojej sio­stry, śmierć Bonesa, Ronald Rudd i siatka pedo­fil­ska w Woking, cho­lerny Palacz, który pogrywa ze mną od dawna. To musi być ktoś stąd.

- Był­bym ostrożny z takimi wnio­skami. Jeśli pogu­bisz się w oskar­że­niach, zapę­dzisz się w ślepą uliczkę.

- Bro­nisz stadka do końca?

- Prze­ciw­nie. Mówię tylko, że musisz być ostrożny. I to z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, żeby zbyt szybko skur­czy­byka nie spło­szyć, a po dru­gie i chyba naj­waż­niej­sze, żebyś, strze­la­jąc oskar­że­niami, ryko­sze­tem nie tra­fił przy­ja­ciół.

- Nie mam przy­ja­ciół - odparł sucho, choć nie było w tym wyrzutu, a raczej wyzna­nie, które wypo­wie­dziane na głos dziw­nie nim wstrzą­snęło. Pomy­ślał, że poza Siwiasz­czy­kiem nie ma nikogo. Dziadka nie mógł jed­nak nazwać przy­ja­cie­lem. Ow­szem, był naj­bliż­szą mu osobą, wspar­ciem, logi­sty­kiem życia, ale David musiał się przede wszyst­kim o niego trosz­czyć, osła­niać go i oszczę­dzać. Nie mógł mu powie­dzieć, co tak naprawdę go męczy. Usiąść i po męsku poga­dać. Wciąż obwi­niał się, że mimo sta­rań nie udało mu się w pełni ochro­nić sta­ruszka.

- Co zro­bimy z kom­pu­te­rem? - zapy­tał Kni­ghta.

- Będę to utrzy­my­wać w tajem­nicy naj­dłu­żej jak się da.

- Myślisz, że ktoś zro­bił kopię dysku?

- Nawet nie zary­zy­kuję takiego pyta­nia, choć zna­jąc tych z agen­cji, niczego takiego nie zro­bili. - Kni­ght nalał sobie drugą kolejkę. Gestem zapro­po­no­wał Red­fer­nowi to samo, ale odmó­wił. Inspek­tor patrzył, jak twarz prze­ło­żo­nego robi się coraz bar­dziej czer­wona, i zasta­na­wiał się, w jak złym poło­że­niu musiał się znaj­do­wać komen­dant, że ucie­kał się do takich tanich zagry­wek jak picie na służ­bie.

- Doci­snęli cię, co?

- Doci­snęli? - zapy­tał i z hukiem odsta­wił szklankę na biurko. - Raczej zmiaż­dżyli. Z koń­cem kwiet­nia odcho­dzę na eme­ry­turę.

- Nie możesz! - Red­fern wypro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- Muszę - odparł komen­dant i usiadł z powro­tem na swoim krze­śle. - Potrze­bują kozła ofiar­nego, a takiego sta­rego capa jak ja nie żal odstrze­lić. Ale to naprawdę dro­biazg - dostanę medal, jakąś bły­skotkę z gra­we­rem i odejdę w chwale, psia jego mać.

Kni­ght zamilk­nął i nalał sobie kolejkę, po czym zakrę­cił butelkę, oznaj­mia­jąc tym samym koniec imprezy. Dopi­ja­jąc resztkę trunku, skrzy­wił się i prze­tarł usta chu­s­teczką. Gdy skra­wek mate­riału znów wylą­do­wał w jego kie­szeni, twarz komen­danta stę­żała. Pier­wotna złość ustą­piła miej­sca cze­muś, co Red­fern pod­cią­gnął pod strach.

- To, co teraz powiem, musi pozo­stać w naj­więk­szej tajem­nicy - ode­zwał się w końcu. - Wiesz, ile ciał zna­le­ziono w spa­lo­nych maga­zy­nach?

- Trzy - odpo­wie­dział Red­fern, czu­jąc roz­cho­dzącą się po ustach suchość.

- Jede­na­ście.

Tym razem inspek­tor wstał i zaczął ner­wowo cho­dzić po gabi­ne­cie. Prze­ra­ziła go nie tylko liczba, ale i fakt, że jak dotąd nikt się o tym nie dowie­dział.

- Chcesz mi powie­dzieć, że ktoś zamor­do­wał i pocho­wał na tere­nie sta­rych fabryk jede­na­ścioro dzieci?

Komen­dant ski­nął twier­dząco głową.

- Jak udało się to utrzy­mać w tajem­nicy?

- Stan­dar­dowo. Agen­cja rzu­ciła pra­sie jakieś ochłapy, na któ­rych pismaki żerują do dzi­siaj. Odna­le­zie­nia pierw­szego dziecka nie udało się zataić, bo, jak wiesz, podej­rze­wano, że to Iza Wolań­ska. Reszta otrzy­mała klau­zulę taj­no­ści, ale i bez tego nikt nie puści pary z gęby. Każ­demu zależy, by dorwać skur­wieli, któ­rzy to zro­bili, więc sie­dzą cicho. Każda infor­ma­cja na ten temat mogłaby prze­kre­ślić moż­li­wość ich zła­pa­nia. Mamy do czy­nie­nia z jakąś siatką, mafią. Nazwij to, jak chcesz. Moż­liwe, że to wła­śnie na jej ślad wpadł Bones.

- Co na to agen­cja?

- Zaryli się w papie­rach, prze­glą­dają dane zagi­nio­nych dzie­cia­ków z ostat­nich dzie­się­ciu lat. Jak na razie zero tra­fień.

- Bo to dzieci zni­kąd - wyrzu­cił z sie­bie Red­fern. - Przy­wie­ziono je tu z jakichś odle­głych zakąt­ków świata, w któ­rych rodzice dostali za nie kil­ka­set dola­rów.

- Albo z tutej­szych gett.

- Nie lubię tego okre­śle­nia. - Inspek­tor się skrzy­wił.

- A jak nazwiesz te umow­nie zamknięte dziel­nice więk­szych miast? - Kni­ght wyko­nał pal­cami w powie­trzu cudzy­słów.

- Nie wiem, ale getto źle mi się koja­rzy - odparł. - Myślisz, że to moż­liwe, by tu też sprze­da­wano dzieci?

- Nie zdzi­wił­bym się, zwłasz­cza dziew­czynki, które w oczach nie­któ­rych są bez­war­to­ściowe.

Red­fern wes­tchnął i pomy­ślał o sio­strze. Wzdry­gnął się na samą myśl, że gdyby uro­dziła się w innej rodzi­nie, to tę wspa­niałą, wraż­liwą i inte­li­gentną osobę ktoś mógłby uznać za bez­war­to­ściową tylko dla­tego, że była dziew­czynką. Jed­no­cze­śnie pomy­ślał o małej Kate Rudd, która została porwana z placu zabaw, zupeł­nie jakby była towa­rem, który ktoś wcze­śniej zamó­wił. Potem o pię­cio­let­niej Izie Wolań­skiej, któ­rej pory­wacz dzia­łał wła­śnie w ten spo­sób.

- Nie wie­rzę w przy­pad­ko­wość tych porwań. Ronald Rudd też nie wie­rzył, dla­tego zosta­wił nam ten kom­pu­ter.

- Agen­cja uznała Rudda za sza­leńca, któ­remu coś się ubz­du­rało. Porwał Wolań­ską, zabił Malika oraz Abba­sich.

- Prze­cież to wła­śnie on zle­cił porwa­nie małej Izy, żeby odkryć, kto zabił jego wnuczkę - obru­szył się Red­fern. - Udało mu się. Dzięki niemu odkry­li­śmy dzieci w maga­zy­nach. Co oni pie­przą?

- Tak jest lepiej dla opi­nii publicz­nej i dla samej sprawy - Kni­ght mówił spo­koj­nie, alko­hol naj­wy­raź­niej zro­bił swoje. - Prawda jest taka, Dave, że lepiej mieć w mie­ście jed­nego wariata niż siatkę pedo­fi­lów. Dla­tego sam musisz się przyj­rzeć byłemu dzien­ni­ka­rzowi. Jak na razie jego dom jest przez nas zabez­pie­czony.

- Mam rozu­mieć, że to nie­ofi­cjalne śledz­two?

- Raczej ści­śle tajne.

- Tin­ney? Sum­mer?

Kni­ght tylko pokrę­cił prze­cząco głową, zaci­ska­jąc usta. Red­fern poczuł się nie­swojo, widząc zacię­tość w twa­rzy komen­danta. Brak ufno­ści do zespołu całej komendy utwier­dził go w prze­ko­na­niu, że prze­ło­żony się boi, a strach i podejrz­li­wość sta­no­wiły mie­szankę wybu­chową, nie były naj­lep­szym pali­wem dzia­łań.

Liczba tajem­nic zaczy­nała Red­ferna prze­ra­stać. Obie­cał komen­dan­towi ostroż­ność. Już chciał się poże­gnać i wyjść, ale coś mu się przy­po­mniało. Odwró­cił się i spoj­rzał poważ­nie na Kni­ghta.

- Dobrze by było, żeby­ście prze­stali nękać Martę Soko­liń­ską - oznaj­mił ostro.

- Dobrze by było, żebyś spu­ścił z tonu. Nikogo nie wysy­ła­łem do szpi­tala. Są, do cho­lery, jakieś gra­nice. Jeśli nie będziesz mi ufał, to daleko nie zaje­dziesz, Dave.

Szedł kory­ta­rzem, zasta­na­wia­jąc się, czy w ostat­nim zda­niu komen­danta zawarta była rada, czy raczej prze­stroga. Zbyt mocno był jed­nak prze­jęty sta­nem Marty, by to teraz ana­li­zo­wać. Robo­czo przy­jął, że Kni­ght jest po jego stro­nie.

Zanim zdą­żył prze­kro­czyć próg swo­jego biura, poczuł na ramie­niu czy­jąś rękę. Odwró­cił się gwał­tow­nie i sta­nął oko w oko z Gre­go­rym McMa­ho­nem.

- Nie roz­sia­daj się - powie­dział prze­ło­żony z satys­fak­cją. - Mamy sprawę. Za pięć minut zbie­ramy się w kon­fe­ren­cyj­nej.

- Dzień dobry, Greg - Red­fern odchrząk­nął, nie podo­bał mu się jego ton. - Daj mi chwilę, bym cho­ciaż zdą­żył zoba­czyć, ile z moich rze­czy zdą­żyłeś wyrzu­cić. Meble też już usta­wi­łeś według swo­jego feng shui? - Inspek­tor czuł, że nie panuje nad sobą.

- Nie widzia­łem takiej potrzeby - odrzekł zimno McMa­hon.

- No racja. Po co się prze­pro­wa­dzać dwa razy?

- Jeśli cho­dzi o Kni­ghta, to raczej nie ja będę się prze­pro­wa­dzać - rzu­cił i ruszył w głąb kory­ta­rza. Po chwili odwró­cił się i dorzu­cił: - Ale masz rację, paso­wa­łoby wyrzu­cić parę rze­czy z tego bur­delu.

Począw­szy od cie­bie, pomy­ślał inspek­tor z furią i wszedł do sie­bie.

Pokój zda­wał się zawie­szony w cza­sie. Zupeł­nie jakby ostat­nie trza­śnię­cie drzwiami przez Red­ferna naci­snęło nie­wi­dzialny przy­cisk pauzy. Nawet roleta została dokład­nie w tym samym miej­scu, nie mogąc się zde­cy­do­wać, czy chce w cało­ści znik­nąć w obu­do­wie. Tylko pusty kosz na śmieci i smugi po deter­gen­cie na słu­chawce tele­fonu świad­czyły o wizy­tach sprzą­taczki. Zawa­lony papie­rami blat nie dawał jej pola do manewru, więc pomię­dzy sto­sami dostrzegł czapki kurzu, który kolej­nymi war­stwami odmie­rzał nie­obec­ność Red­ferna. Krót­kie migawki wspo­mnień powoli odmra­żały obraz. Ostatni raz był tu szó­stego grud­nia, pró­bu­jąc dociec, kto zabił Ken­ne­tha O'Mal­leya. Usiadł przy biurku i zer­k­nął na poroz­rzu­cane kartki, przy­po­mi­na­jące mu szcze­góły mor­der­stwa sta­rego hodowcy koni. Spod nich wysta­wało zna­jome logo. Red­fern wie­dział, że powi­nien odwie­dzić Lindę Wall, która od kil­ku­na­stu tygo­dni prze­by­wała w murach kli­niki uza­leż­nień. Kiedy pomy­ślał o wszyst­kich tych miej­scach, do któ­rych będzie musiał zaj­rzeć w tym tygo­dniu, poczuł się przy­tło­czony.

Prze­la­tu­jący za mleczną szybą cień przy­po­mniał mu, że miał iść na zebra­nie.

Wszedł do kon­fe­ren­cyj­nej, którą natych­miast wypeł­niły okla­ski. Red­fern uniósł dłoń, dając znać, żeby prze­stali. Pośród roz­ra­do­wa­nych twa­rzy kole­gów wyła­pał znie­sma­czone spoj­rze­nie McMa­hona, który stał u szczytu stołu. Gdy entu­zjazm poli­cjan­tów ostygł, inspek­tor usiadł obok Tin­neya, a ten po przy­ja­ciel­sku pokle­pał go w ramię.

- Skoro powrót Las­sie mamy za sobą... - roz­po­czął dobit­nie zastępca komen­danta.

- Raczej wej­ście smoka - teatral­nie szep­nął Tin­ney, a poli­cjantka obok zaśmiała się cicho.

- ...to możemy zająć się poważ­nymi rze­czami - dokoń­czył Greg, uda­jąc, że nie usły­szał komen­ta­rza. - Sier­żantko Win­ter, pro­szę o raport.

Sum­mer wstała lekko zaczer­wie­niona, ale nie zmie­szana. Red­fern odczy­ty­wał na jej twa­rzy nie­dawną wście­kłość.

- Dwa ciała - powie­działa bez emo­cji i zajęła miej­sce McMa­hona. Uru­cho­miła wiszącą na ścia­nie tablicę inte­rak­tywną i wyświe­tliła na niej dwa zdję­cia. - Saman­tha Grant, lat dwa­dzie­ścia sie­dem, i Alan Bar­ker, lat trzy­dzie­ści pięć. Zna­le­zieni na par­kingu nale­żą­cym do gale­rii han­dlo­wej Peacock Cen­tre. Przy­czyna śmierci: udu­sze­nie.

Sum­mer poka­zała następny slajd przed­sta­wia­jący wnę­trze luk­su­so­wego samo­chodu. Uję­cie od strony kie­rowcy przed­sta­wiało bru­neta w smo­kingu z odchy­loną do tyłu głową. Tuż nad ele­gancko wymo­de­lo­wa­nym musz­ni­kiem malo­wała się dość cienka, pod­bie­gnięta krwią pręga.

Kolejne zdję­cie przed­sta­wiało szczu­płą blon­dynkę w kre­mo­wej sukience z podobną raną na szyi. Oboje mieli zamknięte oczy i dło­nie uło­żone na kola­nach.

- Dwóch spraw­ców - rzu­cił ktoś z sali.

- Też mi się tak wydaje. Wsie­dli na tylne sie­dze­nie i zarzu­cili ofia­rom pętle na szyje - wysu­nął przy­pusz­cze­nie Tin­ney.

Red­fern słu­chał pomy­słów kole­gów i czuł, jakby w krwio­bieg wtła­czano mu świeżą krew. Roz­pę­dzona wypeł­niała żyły nową ener­gią. Nie zda­wał sobie sprawy, jak bar­dzo bra­ko­wało mu tej pracy, tych spo­tkań, wymiany myśli.

- Co łączyło tych dwoje? - zapy­tał.

- Tego dnia mieli się pobrać - oznaj­miła Sum­mer, a przez salę prze­biegł ponury pomruk.

- Cho­ler­nie okrutne - pod­su­mo­wał Tin­ney.

I wyra­cho­wane, pomy­ślał Red­fern. To nie tyle egze­ku­cja, ile wia­do­mość.

Zanim jed­nak podzie­lił się tą myślą z zespo­łem, zapy­tał:

- Co wiemy o tej dwójce?

- Saman­tha jest pro­gra­mistką u Barc­lays'a, a Alan dyrek­to­rem Bro­oklands Museum.

- Nie­źle, ale skąd ben­tley?

- To podobno pre­zent ślubny od rodzi­ców panny mło­dej.

- Grubo. - Tin­ney gwizd­nął z uzna­niem i zano­to­wał coś w tele­fo­nie.

- Raczej cienko, bio­rąc pod uwagę, że nie­do­szli teścio­wie Saman­thy szarp­nęli się dla nich na dom w Hor­sell - dorzu­ciła Sum­mer.

- Festi­wal prze­py­chu i licy­ta­cja na pre­zenty. Witaj­cie na angiel­skim weselu - skwi­to­wał Tin­ney.

Sier­żantka wyświe­tliła kolejne zdję­cie. Sze­roka per­spek­tywa uka­zała luk­su­sowy samo­chód, który stoi na ostat­nim, pozba­wio­nym dachu pię­trze par­kingu. Ponury żart angiel­skiego słońca spra­wił, że oświe­tlony był tylko tył ben­tleya, a na kabinę, w któ­rej sie­działy ofiary, padał mroczny cień.

- Co wiemy na pewno? - zapy­tał McMa­hon.

- Nie­wiele. Z odczy­tów sys­temu par­kin­go­wego wynika, że wje­chali o dzie­wią­tej jede­na­ście.

- Czyli chwilę po otwar­ciu - dodał ktoś z sali, a Sum­mer potwier­dziła ski­nie­niem głowy, po czym dodała:

- Od razu uprze­dzę pyta­nia: tam nie ma kamer, są tylko przy wjeź­dzie i na par­te­rze.

- Windy?

- W win­dach są, ale nic nie zare­je­stro­wały. Par­king ma być nie­ba­wem remon­to­wany, pew­nie wtedy zamon­tują wię­cej.

- Czyli nic nie mamy - pod­su­mo­wał z lekką rezy­gna­cją Red­fern. Czu­jąc na sobie wzrok McMa­hona, dodał: - Zacznijmy zatem od naj­bliż­szych. Sum­mer, ty weź rodzinę panny mło­dej, a ja pana mło­dego. Tin­ney, ty spró­buj coś wycią­gnąć z ochrony obiektu, zadzwoń też do Teda, może coś ma.

- Szy­kuje się pra­co­wity syl­we­ster - sko­men­to­wał młody poli­cjant, a inni mu zawtó­ro­wali nie­mra­wym pomru­kiem.

Przez myśl Red­ferna prze­mknęło powie­dze­nie Siwiasz­czyka, że jaki syl­we­ster, taki cały rok, ale nie śmiał się nim podzie­lić z resztą zespołu, który i tak już wyda­wał się dosta­tecz­nie przy­bity.

***

Kur­hany roz­strze­lo­nych po nie­bie cięż­kich chmur zapo­wia­dały przy­gnę­bia­jący dzień. Red­fern patrzył na ponury kra­jo­braz za oknem swo­jego biura, zasta­na­wia­jąc się nad sło­wami Kni­ghta. Nie mógł pozbyć się wra­że­nia, że komen­dant nie mówi mu wszyst­kiego. Z żalem musiał przy­znać, że musi postę­po­wać ostroż­nie i nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nie także w kon­tak­tach z nim. Naj­bar­dziej uwie­rała go myśl, że będzie musiał trzy­mać na dystans Sum­mer Win­ter, z którą pra­co­wało mu się cał­kiem nie­źle. Ostat­nia roz­wią­zana przez nich sprawa utwier­dziła go w prze­ko­na­niu, że two­rzą naprawdę zgrany zespół. I mimo począt­ko­wej nie­chęci Red­ferna do takich roz­wią­zań sier­żantka mogłaby być jego part­nerką na stałe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki