Rozdział I. 30.12.2013, poniedziałek
ROZDZIAŁ I
30.12.2013, poniedziałek
Świt
Świt
Deszcz grał swą partyturę tak cicho, jakby tylko w wyobraźni. Inspektor
David Redfern wiedział jednak, że pogoda się zmienia, czuł to w stawach,
które od wielu dni milczały, a dziś obudziły go nieznośnym bólem.
Angielska zima miała dziwny zwyczaj zmieniać swe oblicze właśnie z końcem roku. Zupełnie jak modowy konferansjer, który zapowiadał, w jakim
stroju pojawi się w tym sezonie wiosna.
David odstawił duralexową szklankę, która pamiętała jeszcze
przeprowadzkę Siwiaszczyka do Anglii.
Dziadek Redferna przywiózł wtedy wiele artefaktów rodzącego się w Polsce
kapitalizmu.
Przyglądał się chwilę brązowemu szkłu, o którego starości świadczyły
liczne rysy na błyszczącej powierzchni i małe wyszczerbienie na brzegu.
Patrząc na nie, przypominał sobie łacińską sentencję: Dura lex,
sed lex1, od której produkt wziął nazwę. To zaprowadziło go do
myśli, czy twarde ramię prawa kiedykolwiek zaciśnie się na Palaczu,
który wciąż gdzieś się czaił.
W porysowanej powierzchni szkła odbijał się dowód zaufania do Malcolma
Knighta. Komendant w jakiś magiczny sposób uzyskał dostęp do
najważniejszego dowodu na aferę pedofilską, która ropiała pod gładką
skórą Woking. Ekran macbooka Ronalda Rudda oświetlał pogrążony w ciemności pokój. Inspektor Redfern przeczuwał, że dane zawarte w komputerze doprowadzą go nie tylko do zbrodniarzy, ale i mężczyzny,
który od dawna go nękał.
Zza ściany dochodziło tylko pochrapywanie dziadka, który zmęczony
ostatnim stresem sypiał teraz płycej, ale za to dużo dłużej. Wsłuchując
się w rytm jego oddechu, David poczuł się winny. Bohdan miał wczoraj
wyjechać z Wandą na krótki urlop do Walii. W okresie międzyświątecznym w Surrey History Centre nie było zbyt wiele do roboty, więc staruszkowie
mogli sobie pozwolić na odpoczynek. Jednak w ostatniej chwili dziadek
odwołał wyjazd, wykręcając się sytuacją Marty Sokolińskiej i jej
porwaniem. Ale David wiedział, że tak naprawdę Bohdan chce być blisko
niego. I obiecał sobie, że gdy tylko wszystko się skończy, wyśle
dziadków na zasłużone wakacje.
Na razie jednak nic nie wskazywało na to, by ciągnące się za nim sprawy
miały się ku końcowi. Od kilku godzin wpatrywał się w tabele Excela,
które wypełniały nic niemówiące mu zestawy liczb i liter.
Pogrążony w myślach nie zauważył, że drzwi do pokoju nieznacznie się
uchyliły. Do przytomności przywołał go dopiero cichy głos dziadka:
- Już nie śpisz czy jeszcze nie śpisz?
- Już - skłamał. - Mam dużo pracy.
- Za dużo - odparł dziadek i wszedł do środka. - Co z tym komputerem?
- Wciąż stoję w miejscu - westchnął David, zastanawiając się, czy
powiedzieć mu o notatkach Adriana Bonesa, który w trakcie poszukiwań
zaginionych dzieci natrafił na ślad jego siostry.
Obawiał się, że nie uda mu się długo utrzymać odkrycia starego
przyjaciela w sekrecie. Zbyt mocno pochłaniało go poszukiwanie
Dominique. Poza tym podskórnie czuł, że to wszystko gdzieś się łączy, a im dłużej obracał w palcach zagadki, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że przez każdą z nich przenikał cień Palacza.
- Zastanawia mnie ten skrót. - Wskazał na jedną z komórek w tabeli.
- 5W - przeczytał Bohdan i przysunął sobie krzesło. - Co mówi internet?
- Same ślepe zaułki. Jako pierwsze wyświetla się: Women Welcome Women
World Wide, dalej pięć podstawowych pytań po angielsku oraz kod linii
lotniczych.
- Nathan Wood wydrapał to na ramie swojego łóżka w ośrodku uzależnień
The Priory - wyjaśnił. - Mam przeczucie, że on coś wiedział. Szukałem
połączenia między nim a Ronaldem Ruddem, ale nic nie mogę znaleźć. Stary
dziennikarz i partner Bonesa nie mają punktów stycznych.
- Może spróbuj porozmawiać z jego matką?
- Wybieram się do niej po południu, ale najpierw chcę zajrzeć do
szpitala.
Siwiaszczyk spojrzał na zegar elektroniczny.
- Masz jeszcze dwie godziny - skwitował piątkę i dwa zera, które właśnie
wyskoczyły na wyświetlaczu. - To może śniadanie? - zaproponował.
- Chyba na rozgrzewkę przejdę się z młodym. - David wskazał brodą na
wsuwający się przez szparę w drzwiach czarny nos Bandita.
Szczeniak szczeknął na znak, że jest gotowy do wyjścia.
Redfern skierował swoje kroki w stronę Asdy. Okolice marketu wydały mu
się bezpieczniejsze od zakamarków Princess Road, które Bandit
eksplorował najchętniej. Nagle zdał sobie sprawę, że od momentu porwania
Marty Sokolińskiej stale myśli o zagrożeniu, jakby czyhało za każdym
rogiem. Palacz doprowadził do tego, że zwyczajnie zaczął się bać. Zły na
swoją paranoję zawrócił.
Drobna mżawka osadzała się na twarzy, tworząc po chwili mokrą lodowatą
warstwę. Jedynie Bandit, raźnie człapiąc przy nodze, zdawał się nie
zauważać brzydoty aury. Osiadłe na jego sierści krople w świetle lamp
zdawały się błyszczeć milionami diamentów.
Minęli dom i szli w stronę Old Woking Road, która nawet o tej porze
odpychała nieustającym szumem przejeżdżających aut. Kątem oka zauważył
przechodzącego przez jezdnię człowieka. Wzdrygnął się, ale kontrolne
szczeknięcie Bandita spowodowało, że odgonił czarne myśli i skręcił do
ich ulubionego skweru. Wciąż mając w pamięci nocną kąpiel szczeniaka,
tym razem nie spuścił go ze smyczy. Chodził pomiędzy drzewami, co rusz
starając się wyplątać Bandita z krzaków, które piesek z lubością
penetrował. Po kolejnej takiej gimnastyce postanowił, że wrócą do domu.
Zbliżając się do numeru sto dziewięć, poczuł, że coś jest nie tak. I nawet nie chodziło o to, że każde z okien domu jarzyło się ostrym
światłem. Najbardziej przeraziły go uchylone drzwi wejściowe. Puścił
smycz Bandita i rzucił się wąskim chodnikiem w dół. Dopadł ganku i pchnął skrzydło tak mocno, że odbiło się od ściany.
- Dziadku! - krzyknął, ale nie doczekawszy się odpowiedzi, wrzasnął
ponownie: - Dziadku!!!
Wpadł do pokoju, ale zobaczył tylko niepościelone łóżko.
- Tutaj! - Usłyszał słaby głos Bohdana.
Pobiegł do łazienki i otworzył drzwi. Dziadek siedział na brzegu wanny,
przykładając sobie do głowy ręcznik, którego spora część barwiła się na
czerwono. Patrzył na Davida, ale ten nie znajdował w jego spojrzeniu ani
krztyny przerażenia. W jasnym błękicie tliły się jedynie iskry złości.
- Przyszedł tu - powiedział hardo staruszek.
David nie musiał pytać kto ani po co.
- Położyłem się jeszcze na chwilę i usłyszałem, że ktoś szarpie się z drzwiami. Myślałem, że zapomniałeś klucza, i poszedłem do przedpokoju.
Ale on już tam stał. Wysoki, w kapturze. Nie widziałem twarzy -
uprzedził pytanie Davida. - Skurwiel ośmielił się zaatakować nasz dom.
David pierwszy raz od dziesięcioleci usłyszał, że Bohdan przeklina.
- Myślał, że dom jest pusty. Miałeś wyjechać...
- Ale skąd wiedział?
David popatrzył bezradnie na dziadka, nie znajdując żadnej logicznej
odpowiedzi. Zyskał jednak pewność, że Palacz jest policjantem. Nikt poza
gliniarzem nie mógł wiedzieć, że Knight pozyskał komputer i przekazał go
inspektorowi Redfernowi. To musiał być ktoś z Woking. Albo z Londynu. Ta
druga myśl go przeraziła.
- Jedziemy do szpitala - zakomenderował, zanim emocje zdołają przyćmić
logikę.
- Mowy nawet nie ma! - zaprotestował dziadek i wstał. - Nic mi, Dawidku,
nie jest. W gruncie rzeczy facet tylko mnie pchnął, a ja poleciałem na
ścianę. Nadziałem się na jeden z wieszaków. To wszystko.
Na dowód swoich słów dziadek odsunął ręcznik i zaprezentował rozcięcie
na czole. Nie było duże, ale obficie krwawiło. David popatrzył na ranę
sceptycznie. Wiedział, że ktoś powinien obejrzeć Bohdana w szpitalu, ale
zdawał sobie sprawę, że nawet wołami go tam nie zaciągnie.
- Zrobię śniadanie - wydusił z siebie, czując wrzący w żyłach gniew.
Palacz zdobył wszystkie karty, nie zostawiając Redfernowi żadnej
nadziei. Niechętnie zajrzał do pokoju - po macbooku nie było śladu.
Podobnie jak po notatkach. Przez białą tablicę przebiegał wielokolorowy
mazaj - wszelkie zapiski Redferna zamieniły się w niedającą się odczytać
plamę.
Inspektor David Redfern został z niczym.
Rano
Rano
Rozdarty między wściekłością a szczęściem szedł szerokim korytarzem do
sali, w której pragnął być i jednocześnie nie chciał. Gdy tylko
przekraczał jej próg, zalewała go fala poczucia winy i wdzięczności
zarazem. Dziękował niebiosom, że Marta wraca
do zdrowia, ale obwiniał się, że gdyby nie on, kobieta nigdy by nie
znalazła się w szpitalu - pobita, zgwałcona i złamana.
- A pan znowu zabłądził. - Usłyszał za sobą ciepły, kobiecy głos.
Odwrócił się. Pielęgniarka wychodziła z jednej z sal i uśmiechała się
przyjaźnie, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. Redfern poczuł się
głupio.
- Pani Marta nie leży już na intensywnej terapii - wyjaśniła.
- Dziękuję. To tak z przyzwyczajenia - odparł zakłopotany.
- Niech się pan lepiej przyzwyczaja do dobrego.
- Wolę nie - szepnął pod nosem i minął zdziwioną pielęgniarkę.
Pchnął drzwi, które pod naciskiem cicho zaskrzypiały. Marta miała
pojedynczą salę z widokiem na las. Czubki sosen wcinały się w szary
wciąż widnokrąg, tworząc za oknem niepokojący obraz. Jednak bardziej od
złowrogiego krajobrazu Redferna martwiło to, co miał tuż przed sobą.
Zrobił kilka kroków w stronę łóżka. Zielona pościel zdawała się
przykrywać puste łóżko. Bezruch kobiety porażał. Jedynym ciepłym kolorem
była czerwień jej włosów, ale w obliczu smutku i pustki, jakie wyzierały
z zielonych oczu, bladła i matowiała.
Z ulgą stwierdził, że wenflon zastąpił plaster. Oznaczało to, że Marta
nie potrzebowała już środków przeciwbólowych.
Zerknął na komórkę, którą przyniósł jej kilka dni temu. Kupił kartę SIM
i wpisał tylko swój numer telefonu, a po namyśle dodał też dziadka.
Jednak prosty aparat z monochromatycznym wyświetlaczem i wielkimi
przyciskami leżał dokładnie w tym miejscu, w którym go zostawił. David
odwiedzał Martę codziennie, a mimo to wciąż nie wiedział, jak się
zachować. Przysunął sobie krzesło do łóżka i usiadł. Spojrzał na szafkę
nocną. Na jasnym blacie leżały nietknięte owoce i czekoladki, które
przyniósł wczoraj, a tuż obok - taca z kolacją.
- Cześć - powiedział cicho.
Odpowiedziało mu tylko mrugnięcie oczu i lekki ruch kącików ust, które
zbliżyły się do siebie, demonstrując napięcie zapadniętych policzków.
Nie wiedział, co powiedzieć. Do głowy przychodziły mu wyłącznie banały,
chociaż lekarz prowadzący poradził mu, że na tym etapie to najlepsze, co
może zrobić. Jednak wydawało mu się to głupie. Wbrew sobie szepnął:
- Musisz coś zjeść, żeby dojść do siebie. Spróbuj, proszę.
Sięgnął po tacę, ale Marta tylko na nią spojrzała i odwróciła się na
lewy bok. David widział teraz już tylko jej włosy, rozsypane na zielonej
poduszce. Westchnął cicho, ale nie zamierzał się poddać. Wstał i przeszedł na drugą stronę łóżka, biorąc ze sobą krzesło, na którym
usiadł.
- Marto, proszę cię. Teraz to najważniejsze. Im szybciej nabierzesz sił,
tym szybciej cię stąd wypuszczą.
W środku wszystko w nim krzyczało. Chciał jej powiedzieć, że jeśli nie
zacznie jeść, to znów podepną jej kroplówkę, ale wiedział, że negatywne
komunikaty tylko pogorszą jej stan.
- Gdy stąd wyjdziesz, pokażę ci Surrey, jakiego nie widziałaś. Pamiętasz
mapę, którą ci dałem? Przemierzymy całe hrabstwo w poszukiwaniu
najlepszego ciasta cytrynowego, pojedziemy do Surrey Hill i gdzie tylko
będziesz chciała. Tylko błagam, spróbuj coś zjeść.
Dostrzegł, jak w kąciku jej oczu pęcznieją łzy. Jedna nabrzmiała kropla
opuściła dołek koło nosa i puściła się w dół, by po drodze połączyć się
ze swoją bliźniaczką i razem zniknąć w poszewce poduszki, tworząc ciemną
plamę. Wrzask, jaki jeszcze przed chwilą wypełniał jego głowę,
zagłuszyła bezsilność.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję - powiedział i pogłaskał ją po
głowie.
Zdawał sobie sprawę, że sam nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru.
Idąc korytarzem, postanowił zajrzeć do lekarza prowadzącego. Znalazł
gabinet i zapukał. Ze środka dobiegł go głos mężczyzny, który prosił,
żeby wszedł.
Redfern odnosił wrażenie, że każdy gabinet lekarski jest kalką innego -
naprzeciwko drzwi biurko i krzesło, za ścianką kozetka i mała umywalka.
W tym brakowało tylko regału z książkami, który zastąpiła szafka z nagrodami. Starszy Hindus stał przy oknie i uważnie przyglądał się
Redfernowi, który starał się w miarę spokojnie mówić, co go martwi.
- Mam wrażenie, że to kara dla mnie - podsumował wszystkie swoje obawy.
- Przeciwnie. - Lekarz pokręcił siwą głową. - To ochrona dla niej. Pani
Marta musi przepracować tę traumę. Martwmy się tym, że nie chce jeść.
Odrzuca każdy posiłek.
- To może kroplówka? - zaproponował nieśmiało.
- Próbowaliśmy, ale wyrwała sobie wenflon. Jak tak dalej pójdzie,
będziemy zmuszeni przenieść ją na psychiatrię.
- Rozumiem. - Redfern westchnął ciężko. - Martwi mnie również to, że nie
chce rozmawiać, totalnie zamknęła się w sobie.
- Proszę nie wymagać od niej zbyt wiele. - Lekarz usiadł za biurkiem. -
Mutyzm u dorosłych praktycznie się nie zdarza. U pani Marty możemy mówić
o mechanizmie obronnym. Poza tym dobrze by było, żeby pańscy koledzy
przestali ją odwiedzać. To naprawdę tylko pogarsza sprawę. Marta
potrzebuje teraz dwóch rzeczy - czasu i spokoju, z naciskiem na to
drugie.
W Redfernie zawrzało. Nie zdawał sobie sprawy, że ktokolwiek próbuje ją
przesłuchiwać. Choć miał swoje podejrzenia co do personaliów tych osób,
postanowił, że gdy tylko dotrze do komendy, postawi wszystkich do pionu.
***
Wracał do Woking okrężną drogą, częściej naciskając hamulec niż gaz.
Szarość świtu powoli przeobraziła się w błękit, jakby na złość jego
nastrojowi. Do rozpoczęcia pracy miał jeszcze ponad godzinę, ale uznał,
że nic się nie stanie, jeśli pojawi się wcześniej. Miał do pogadania z kilkoma osobami.
Brama parkingu wyjątkowo długo skanowała rejestrację, jak gdyby
wyczuwała, że jego tak wczesny powrót do służby był czymś odbiegającym
od normy. Sceptycyzm urządzenia udzielił się także triumphowi, który
wykonał kangurzy skok i spektakularnie zgasł na środku przejazdu.
Redfern przekręcił kluczyk w stacyjce, ale rozrusznik milczał. Inspektor
wysiadł z samochodu. Zanim zdążył zamknąć drzwi, pod zderzak podjechała
znajoma škoda, z której wychynęła płowa głowa sierżantki Winter.
- Angielski król chce, by go wnieść na rękach? - zażartowała i nie
czekając na odpowiedź, wysiadła z auta.
- Nie mędrkuj, tylko wskakuj za kierownicę - rozkazał, usiłując ukryć
uśmiech.
- Lektyka level master - odparła Summer i wsiadła do triumpha.
Pchając maszynę pod spadzisty parking, Redfern dziękował niebiosom, że
ważyła niewiele ponad osiemset kilo. Mimo to i tak się zasapał, czego
sierżantka nie omieszkała skwitować:
- Widzę, że urlopik ci nie służył.
Inspektor obrzucił ją gromiącym spojrzeniem.
- A co tak wcześnie dzisiaj? - zapytał, gdy zbliżali się do schodów
komendy.
- McMahon coś tam ode mnie chce - burknęła.
- Dlaczego nie mówisz o nim "ojciec"?
- Bo nigdy nim nie był. - Przystanęła i spojrzała na niego wrogo. - I nadal nie zasłużył na to miano.
Rozstali się przy gabinecie McMahona, którego podniesiony głos słyszeli,
będąc jeszcze na schodach. Redfern poszedł prosto do Knighta. Zdawał
sobie sprawę, że powinien do niego zadzwonić zaraz po kradzieży
macbooka, ale wtedy czuł, że przede wszystkim powinien zająć się
dziadkiem i opanowaniem własnych emocji, które ostatnio były wyjątkowo
kiepskimi doradcami.
Drzwi do pokoju komendanta były uchylone. Kurtuazyjnie zapukał w futrynę
i po cichym "proszę" wszedł do środka. Knight w szarym garniturze i błękitnej koszuli prezentował się świetnie, w żaden sposób nie
zdradzając niedawnych problemów ze zdrowiem. Paradoksalnie względem praw
fizyki, Knight zdawał się czerpać energię z pracy.
- Powiedz mi, że ta mina nie oznacza kłopotów - przywitał go komendant,
zanim zdążył zamknąć drzwi.
- Nie oznacza kłopotów, tylko totalne bagno. - Redfern bez zaproszenia
opadł ciężko na krzesło przed biurkiem.
- Mów. Chyba nic gorszego od tego - wskazał na stos papierów na blacie -
mnie nie spotka.
- Przypuszczam, że wątpię - mruknął Redfern, siląc się na żart. Spojrzał
w kierunku drzwi, jakby nie był pewien, czy na pewno je zamknął, po czym
wyrzucił z siebie: - Palacz włamał się do mnie do domu.
- Nie kończ.
- Zaatakował mojego dziadka. Jest coraz bardziej zuchwały.
- Raczej zdesperowany. - Knight się zamyślił. - Kto wiedział, że masz
komputer?
- Tylko my dwaj i ktoś, od kogo wziąłeś kompa.
- Zheng - powiedział ze złością komendant.
- On jest po mojej stronie - zapewnił Redfern, tłumiąc w sobie niemiłe
przeczucia.
- Szybko zmieniłeś o nim zdanie.
Redfern zastanawiał się, czy powinien obarczać przełożonego jeszcze
swoimi osobistymi problemami. Na szali miał jednak stosunki z agentem
Zhengiem, które wolał utrzymać na co najmniej poprawnym poziomie.
- Zheng mi pomaga w jednej sprawie.
- Z tego, co wiem, to jak na razie jedynie pomógł ci dostać się do
aresztu na parę dni. Co sprawiło, że odzyskał twoje zaufanie? - Knight
robił się coraz bardziej napastliwy.
- To długa historia. Generalnie pomaga mi odszukać siostrę.
Knight uniósł brew w oczekiwaniu na ciąg dalszy, który nastąpił po
krótkiej pauzie.
- Latem osiemdziesiątego dziewiątego ktoś porwał moją siostrę - Redfern
rozpoczął z trudem. - Byliśmy razem z Adrianem Bonesem nad zbiornikiem
Harlaw. W Szkocji - dodał, gdy Knight ponownie uniósł brew. - Dominique
poszła do toalety, ale nigdy z niej nie wróciła. Wszyscy utrzymywali, że
musiała się iść kąpać bez nas i utonęła. Rozmawiałem jednak z dziewczyną, która twierdzi, że ktoś wepchnął Dominique do samochodu i odjechał. Białe volvo, tyle wiem.
- Czy dobrze rozumiem, że byłeś tam z tym Adrianem Bonesem, którego w lipcu zastrzeliłeś w katedrze Guildford? - dopytał niepewnym głosem
Knight.
Redfern kiwnął głową, po czym odezwał się:
- On coś wiedział, Malcolm. Wiedział o mojej siostrze, wiedział o dzieciach z Woking. Pracował nad tym, gdy jeszcze siedział w NCA - mówił
coraz głośniej, dając się ponieść narastającej frustracji. Nagle
zorientował się, że stoi. - I jeszcze jedno. Ja go nie zabiłem.
- Usiądź, Dave - poprosił spokojnie Knight, przecierając dłonią zmęczone
czoło. Odepchnął się od biurka i wstał. Podszedł do szafy i otworzył ją.
Redfern spodziewał się, że otrzyma jakiś formularz. Tymczasem komendant
postawił przed inspektorem Regal Chivas i dwie szklanki. Nie patrząc na
podwładnego, nalał whisky i gestem zachęcił do wypicia.
Redfern wychylił całą zawartość naczynia i przyglądał się z uwagą
spływającemu po ściankach płynowi.
- Chyba nie masz wątpliwości, że stoisz po uszy w bagnie?
- Powiedziałem ci to od progu. - Redfern skrzywił się i odstawił szkło.
- Wszystko to się łączy: porwanie mojej siostry, śmierć Bonesa, Ronald
Rudd i siatka pedofilska w Woking, cholerny Palacz, który pogrywa ze mną
od dawna. To musi być ktoś stąd.
- Byłbym ostrożny z takimi wnioskami. Jeśli pogubisz się w oskarżeniach,
zapędzisz się w ślepą uliczkę.
- Bronisz stadka do końca?
- Przeciwnie. Mówię tylko, że musisz być ostrożny. I to z dwóch powodów.
Po pierwsze, żeby zbyt szybko skurczybyka nie spłoszyć, a po drugie i chyba najważniejsze, żebyś, strzelając oskarżeniami, rykoszetem nie
trafił przyjaciół.
- Nie mam przyjaciół - odparł sucho, choć nie było w tym wyrzutu, a raczej wyznanie, które wypowiedziane na głos dziwnie nim wstrząsnęło.
Pomyślał, że poza Siwiaszczykiem nie ma nikogo. Dziadka nie mógł jednak
nazwać przyjacielem. Owszem, był najbliższą mu osobą, wsparciem,
logistykiem życia,
ale David musiał się przede wszystkim o niego troszczyć, osłaniać go i oszczędzać. Nie mógł mu powiedzieć, co tak naprawdę go męczy. Usiąść i po męsku pogadać. Wciąż obwiniał się, że mimo starań nie udało mu się w pełni ochronić staruszka.
- Co zrobimy z komputerem? - zapytał Knighta.
- Będę to utrzymywać w tajemnicy najdłużej jak się da.
- Myślisz, że ktoś zrobił kopię dysku?
- Nawet nie zaryzykuję takiego pytania, choć znając tych z agencji,
niczego takiego nie zrobili. - Knight nalał sobie drugą kolejkę. Gestem
zaproponował Redfernowi to samo, ale odmówił. Inspektor patrzył, jak
twarz przełożonego robi się coraz bardziej czerwona, i zastanawiał się,
w jak złym położeniu musiał się znajdować komendant, że uciekał się do
takich tanich zagrywek jak picie na służbie.
- Docisnęli cię, co?
- Docisnęli? - zapytał i z hukiem odstawił szklankę na biurko. - Raczej
zmiażdżyli. Z końcem kwietnia odchodzę na emeryturę.
- Nie możesz! - Redfern wyprostował się gwałtownie.
- Muszę - odparł komendant i usiadł z powrotem na swoim krześle. -
Potrzebują kozła ofiarnego, a takiego starego capa jak ja nie żal
odstrzelić. Ale to naprawdę drobiazg - dostanę medal, jakąś błyskotkę z grawerem i odejdę w chwale, psia jego mać.
Knight zamilknął i nalał sobie kolejkę, po czym zakręcił butelkę,
oznajmiając tym samym koniec imprezy. Dopijając resztkę trunku, skrzywił
się i przetarł usta chusteczką. Gdy skrawek materiału znów wylądował w jego kieszeni, twarz komendanta stężała. Pierwotna złość ustąpiła
miejsca czemuś, co Redfern podciągnął pod strach.
- To, co teraz powiem, musi pozostać w największej tajemnicy - odezwał
się w końcu. - Wiesz, ile ciał znaleziono w spalonych magazynach?
- Trzy - odpowiedział Redfern, czując rozchodzącą się po ustach suchość.
- Jedenaście.
Tym razem inspektor wstał i zaczął nerwowo chodzić po gabinecie.
Przeraziła go nie tylko liczba, ale i fakt, że jak dotąd nikt się o tym
nie dowiedział.
- Chcesz mi powiedzieć, że ktoś zamordował i pochował na terenie starych
fabryk jedenaścioro dzieci?
Komendant skinął twierdząco głową.
- Jak udało się to utrzymać w tajemnicy?
- Standardowo. Agencja rzuciła prasie jakieś ochłapy, na których pismaki
żerują do dzisiaj. Odnalezienia pierwszego dziecka nie udało się zataić,
bo, jak wiesz, podejrzewano, że to Iza Wolańska. Reszta otrzymała
klauzulę tajności, ale i bez tego nikt nie puści pary z gęby. Każdemu
zależy, by dorwać skurwieli, którzy to zrobili, więc siedzą cicho. Każda
informacja na ten temat mogłaby przekreślić możliwość
ich złapania. Mamy do czynienia z jakąś siatką, mafią. Nazwij to, jak
chcesz. Możliwe, że to właśnie na jej ślad wpadł Bones.
- Co na to agencja?
- Zaryli się w papierach, przeglądają dane zaginionych dzieciaków z ostatnich dziesięciu lat. Jak na razie zero trafień.
- Bo to dzieci znikąd - wyrzucił z siebie Redfern. - Przywieziono je tu
z jakichś odległych zakątków świata, w których rodzice dostali za nie
kilkaset dolarów.
- Albo z tutejszych gett.
- Nie lubię tego określenia. - Inspektor się skrzywił.
- A jak nazwiesz te umownie zamknięte dzielnice większych miast? -
Knight wykonał palcami w powietrzu cudzysłów.
- Nie wiem, ale getto źle mi się kojarzy - odparł. - Myślisz, że to
możliwe, by tu też sprzedawano dzieci?
- Nie zdziwiłbym się, zwłaszcza dziewczynki, które w oczach niektórych
są bezwartościowe.
Redfern westchnął i pomyślał o siostrze. Wzdrygnął się na samą myśl, że
gdyby urodziła się w innej rodzinie, to tę wspaniałą, wrażliwą i inteligentną osobę ktoś mógłby uznać za bezwartościową tylko dlatego, że
była dziewczynką. Jednocześnie pomyślał o małej Kate Rudd, która została
porwana z placu zabaw, zupełnie jakby była towarem, który ktoś wcześniej
zamówił. Potem o pięcioletniej Izie Wolańskiej, której porywacz działał
właśnie w ten sposób.
- Nie wierzę w przypadkowość tych porwań. Ronald Rudd też nie wierzył,
dlatego zostawił nam ten komputer.
- Agencja uznała Rudda za szaleńca, któremu coś się ubzdurało. Porwał
Wolańską, zabił Malika oraz Abbasich.
- Przecież to właśnie on zlecił porwanie małej Izy, żeby odkryć, kto
zabił jego wnuczkę - obruszył się Redfern. - Udało mu się. Dzięki niemu
odkryliśmy dzieci w magazynach. Co oni pieprzą?
- Tak jest lepiej dla opinii publicznej i dla samej sprawy - Knight
mówił spokojnie, alkohol najwyraźniej zrobił swoje. - Prawda jest taka,
Dave, że lepiej mieć w mieście jednego wariata niż siatkę pedofilów.
Dlatego sam musisz się przyjrzeć byłemu dziennikarzowi. Jak na razie
jego dom jest przez nas zabezpieczony.
- Mam rozumieć, że to nieoficjalne śledztwo?
- Raczej ściśle tajne.
- Tinney? Summer?
Knight tylko pokręcił przecząco głową, zaciskając usta. Redfern poczuł
się nieswojo, widząc zaciętość w twarzy komendanta. Brak ufności do
zespołu całej komendy utwierdził go w przekonaniu, że przełożony się
boi, a strach i podejrzliwość stanowiły mieszankę wybuchową, nie były
najlepszym paliwem działań.
Liczba tajemnic zaczynała Redferna przerastać. Obiecał komendantowi
ostrożność. Już chciał się pożegnać i wyjść, ale coś mu się
przypomniało. Odwrócił się i spojrzał poważnie na Knighta.
- Dobrze by było, żebyście przestali nękać Martę Sokolińską - oznajmił
ostro.
- Dobrze by było, żebyś spuścił z tonu. Nikogo nie wysyłałem do
szpitala. Są, do cholery, jakieś granice. Jeśli nie będziesz mi ufał, to
daleko nie zajedziesz, Dave.
Szedł korytarzem, zastanawiając się, czy w ostatnim zdaniu komendanta
zawarta była rada, czy raczej przestroga. Zbyt mocno był jednak przejęty
stanem Marty, by to teraz analizować. Roboczo przyjął, że Knight jest po
jego stronie.
Zanim zdążył przekroczyć próg swojego biura, poczuł na ramieniu czyjąś
rękę. Odwrócił się gwałtownie i stanął oko w oko z Gregorym McMahonem.
- Nie rozsiadaj się - powiedział przełożony z satysfakcją. - Mamy
sprawę. Za pięć minut zbieramy się w konferencyjnej.
- Dzień dobry, Greg - Redfern odchrząknął, nie podobał mu się jego ton.
- Daj mi chwilę, bym chociaż zdążył zobaczyć, ile z moich rzeczy
zdążyłeś wyrzucić. Meble też już ustawiłeś według swojego feng shui? -
Inspektor czuł, że nie panuje nad sobą.
- Nie widziałem takiej potrzeby - odrzekł zimno McMahon.
- No racja. Po co się przeprowadzać dwa razy?
- Jeśli chodzi o Knighta, to raczej nie ja będę się przeprowadzać -
rzucił i ruszył w głąb korytarza. Po chwili odwrócił się i dorzucił: -
Ale masz rację, pasowałoby wyrzucić parę rzeczy z tego burdelu.
Począwszy od ciebie, pomyślał inspektor z furią i wszedł do siebie.
Pokój zdawał się zawieszony w czasie. Zupełnie jakby ostatnie
trzaśnięcie drzwiami przez Redferna nacisnęło niewidzialny przycisk
pauzy. Nawet roleta została dokładnie w tym samym miejscu, nie mogąc się
zdecydować, czy chce w całości zniknąć w obudowie. Tylko pusty kosz na
śmieci i smugi po detergencie na słuchawce telefonu świadczyły o wizytach sprzątaczki. Zawalony papierami blat nie dawał jej pola do
manewru, więc pomiędzy stosami dostrzegł czapki kurzu, który kolejnymi
warstwami odmierzał nieobecność Redferna. Krótkie migawki wspomnień
powoli odmrażały obraz. Ostatni raz był tu szóstego grudnia, próbując
dociec, kto zabił Kennetha O'Malleya. Usiadł przy biurku i zerknął na
porozrzucane kartki, przypominające mu szczegóły morderstwa starego
hodowcy koni. Spod nich wystawało znajome logo. Redfern wiedział, że
powinien odwiedzić Lindę Wall, która od kilkunastu tygodni przebywała w murach kliniki uzależnień. Kiedy pomyślał o wszystkich tych miejscach,
do których będzie musiał zajrzeć w tym tygodniu, poczuł się
przytłoczony.
Przelatujący za mleczną szybą cień przypomniał mu, że miał iść na
zebranie.
Wszedł do konferencyjnej, którą natychmiast wypełniły oklaski. Redfern
uniósł dłoń, dając znać, żeby przestali. Pośród rozradowanych twarzy
kolegów wyłapał zniesmaczone spojrzenie McMahona, który stał u szczytu
stołu. Gdy entuzjazm policjantów ostygł, inspektor usiadł obok Tinneya,
a ten po przyjacielsku poklepał go w ramię.
- Skoro powrót Lassie mamy za sobą... - rozpoczął dobitnie zastępca
komendanta.
- Raczej wejście smoka - teatralnie szepnął Tinney, a policjantka obok
zaśmiała się cicho.
- ...to możemy zająć się poważnymi rzeczami - dokończył Greg, udając, że
nie usłyszał komentarza. - Sierżantko Winter, proszę o raport.
Summer wstała lekko zaczerwieniona, ale nie zmieszana. Redfern
odczytywał na jej twarzy niedawną wściekłość.
- Dwa ciała - powiedziała bez emocji i zajęła miejsce McMahona.
Uruchomiła wiszącą na ścianie tablicę interaktywną i wyświetliła na niej
dwa zdjęcia. - Samantha Grant, lat dwadzieścia siedem, i Alan Barker,
lat trzydzieści pięć. Znalezieni na parkingu należącym do galerii
handlowej Peacock Centre. Przyczyna śmierci: uduszenie.
Summer pokazała następny slajd przedstawiający wnętrze luksusowego
samochodu. Ujęcie od strony kierowcy przedstawiało bruneta w smokingu z odchyloną do tyłu głową. Tuż nad elegancko wymodelowanym musznikiem
malowała się dość cienka, podbiegnięta krwią pręga.
Kolejne zdjęcie przedstawiało szczupłą blondynkę w kremowej sukience z podobną raną na szyi. Oboje mieli zamknięte oczy i dłonie ułożone na kolanach.
- Dwóch sprawców - rzucił ktoś z sali.
- Też mi się tak wydaje. Wsiedli na tylne siedzenie i zarzucili ofiarom
pętle na szyje - wysunął przypuszczenie Tinney.
Redfern słuchał pomysłów kolegów i czuł, jakby w krwiobieg wtłaczano mu
świeżą krew. Rozpędzona wypełniała żyły nową energią. Nie zdawał sobie
sprawy, jak bardzo brakowało mu tej pracy, tych spotkań, wymiany myśli.
- Co łączyło tych dwoje? - zapytał.
- Tego dnia mieli się pobrać - oznajmiła Summer, a przez salę przebiegł
ponury pomruk.
- Cholernie okrutne - podsumował Tinney.
I wyrachowane, pomyślał Redfern. To nie tyle egzekucja, ile
wiadomość.
Zanim jednak podzielił się tą myślą z zespołem, zapytał:
- Co wiemy o tej dwójce?
- Samantha jest programistką u Barclays'a, a Alan dyrektorem Brooklands
Museum.
- Nieźle, ale skąd bentley?
- To podobno prezent ślubny od rodziców panny młodej.
- Grubo. - Tinney gwizdnął z uznaniem i zanotował coś w telefonie.
- Raczej cienko, biorąc pod uwagę, że niedoszli teściowie Samanthy
szarpnęli się dla nich na dom w Horsell - dorzuciła Summer.
- Festiwal przepychu i licytacja na prezenty. Witajcie na angielskim
weselu - skwitował Tinney.
Sierżantka wyświetliła kolejne zdjęcie. Szeroka perspektywa ukazała
luksusowy samochód, który stoi na ostatnim, pozbawionym dachu piętrze
parkingu. Ponury żart angielskiego słońca sprawił, że oświetlony był
tylko tył bentleya, a na kabinę, w której siedziały ofiary, padał
mroczny cień.
- Co wiemy na pewno? - zapytał McMahon.
- Niewiele. Z odczytów systemu parkingowego wynika, że wjechali o dziewiątej jedenaście.
- Czyli chwilę po otwarciu - dodał ktoś z sali, a Summer potwierdziła
skinieniem głowy, po czym dodała:
- Od razu uprzedzę pytania: tam nie ma kamer, są tylko przy wjeździe i na parterze.
- Windy?
- W windach są, ale nic nie zarejestrowały. Parking ma być niebawem
remontowany, pewnie wtedy zamontują więcej.
- Czyli nic nie mamy - podsumował z lekką rezygnacją Redfern. Czując na
sobie wzrok McMahona, dodał: - Zacznijmy zatem od najbliższych. Summer,
ty weź rodzinę panny młodej, a ja pana młodego. Tinney, ty spróbuj coś
wyciągnąć z ochrony obiektu, zadzwoń też do Teda, może coś ma.
- Szykuje się pracowity sylwester - skomentował młody policjant, a inni
mu zawtórowali niemrawym pomrukiem.
Przez myśl Redferna przemknęło powiedzenie Siwiaszczyka, że jaki
sylwester, taki cały rok, ale nie śmiał się nim podzielić z resztą
zespołu, który i tak już wydawał się dostatecznie przybity.
***
Kurhany rozstrzelonych po niebie ciężkich chmur zapowiadały
przygnębiający dzień. Redfern patrzył na ponury krajobraz za oknem
swojego biura, zastanawiając się nad słowami Knighta. Nie mógł pozbyć
się wrażenia, że komendant nie mówi mu wszystkiego. Z żalem musiał
przyznać, że musi postępować ostrożnie i niezwykle precyzyjnie także w kontaktach z nim. Najbardziej uwierała go myśl, że będzie musiał trzymać
na dystans Summer Winter, z którą pracowało mu się całkiem nieźle.
Ostatnia rozwiązana przez nich sprawa utwierdziła go w przekonaniu, że
tworzą naprawdę zgrany zespół. I mimo początkowej niechęci Redferna do
takich rozwiązań sierżantka mogłaby być jego partnerką na stałe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki