Dusza zaklęta w fortepianie - Elwira Fibiger

-
Proszę czekać

 

 

Pada deszcz, zimny i bezlitosny. Pada tak głośno, jakby konie rżały. Wiatr wzmaga się, tworząc ściany wody. Gałęzie drzew szaleją miotane wichurą.

Stoję w oknie. Czekam. Doznaję przygnębiającego uczucia samotności. Po przeciwległej stronie ulicy, z oddali widać nikłe światła.

On nie wróci.

Ależ wróci! Mój ojciec, Gustaw. Otworzy ciężką bramę, spojrzy w kierunku okna i mnie zobaczy. Będzie miał nowe bruzdy na zmęczonej życiem twarzy, ale głowę będzie nosił dumnie.

Ta kuta z żelaza brama, pamiętająca wieki, ciężka, monumentalna, wzbudza niepokój i tak ciężko się otwiera. Co ja się z nią namęczyłam, wchodząc do domu, ze strachem oglądając się za siebie, czy ktoś za mną nie stoi. Nadal stoję w oknie i cierpliwie czekam. Teraz widać część mojej twarzy, resztę przysłania kotara.

Może zabłądził, zgubił klucz w deszczu.

On nie wróci.

Wróci, gdy powiem "żałuję".

Tato! Żałuję, tak bardzo żałuję, że nie mogłam Cię bronić, kiedy byłeś piętnowany. Żałuję, że nie poczuję zapachu Twojej wody kolońskiej, maści mentolowej. Żałuję, że nie zobaczę Twoich niebieskich oczu. Żałuję, że nie dotknę Twoich szlachetnych dłoni. Żałuję, że nie poczuję bezpieczeństwa, jakim otaczałeś najbliższych. Żałuję, że nie słuchałam wnikliwie Twoich opowieści. Żałuję, że nie nakręcisz już zegara w naszym salonie. Żałuję, że Cię nie zobaczę wychodzącego z psem na spacer. Żałuję, że nie będziemy łódką pływać po Prośnie. Żałuję, że nie dostanę kartki z podróży z dopiskiem "Twój Gustaw"[1].

Czarna brama skrzypnęła... Doznaję uczucia szczęścia i potrzebuję minuty, żeby wszystko znów miało początek.

Brama otwiera się. To on. Mój ojciec. Nie - to nasz dozorca. Przekręca klucz w zamku dwa razy, jakby otwierał wrota do jakiejś niedostępnej twierdzy. Gospodarskim okiem ogarnia dom, ogród, fabrykę.

On wróci. Mój ojciec. Chce nadal być szczęśliwy i kochany. Chce mojej miłości. Wybiegnę z domu na powitanie. Padnę w jego mocne ramiona, przytuli mnie do piersi i usłyszę "Lulusiu".

Moje serce bije tak głośno w oczekiwaniu. Boże, spraw, by wrócił. Mam w sobie czarodziejską moc. Imbirowe pierniczki, które ukochał, czekają. Stan mojej duszy wyraża się muzyką, przejmującą, pełną ekspresji. To nowy utwór anonimowego kompozytora. Tego, co się ze mną dzieje, nie mogę przerwać w połowie taktu, by resztę grać ze starych nut.

On nie wróci...

Ależ wróci, gdy powiem "dziękuję". Dziękuję za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dziękuję za piękny Kalisz i dom rodzinny. Dziękuję za uwielbienie Mamy. Dziękuję za miłość do córek i wnuczek. Dziękuję za szacunek do zwykłego człowieka. Dziękuję za poszanowanie wielopokoleniowej tradycji. Dziękuję za Twoją dumę. Dziękuję za Twoją pokorę, która była Twoją traumą. Dziękuję za Duszę zaklętą w fortepianie. Dziękuję za moją największą pasję - muzykę. Dziękuję za lot szybowcem. Dziękuję za dźwięk kamertonu. Dziękuję za "Tajną Bandę"[2]. Dziękuję za zdejmowane pyłki z mojej sukienki, których nigdy nie było...

Dzisiaj to wiem - gdy dotknęła Cię choroba, ta podstępna złodziejka pamięci, serca i duszy, i nie zostało nic, tylko wzrok i sprawne dłonie, to te nieistniejące drobinki były wyrazem największej miłości.

On nie wróci.

Spadające owoce morwy tworzą biało-czerwony dywan, który daje nadzieję...

Pada deszcz, zimny i bezlitosny.

Chaos niekontrolowanych, nieuczesanych myśli, przewijających się postaci, dom, dzieciństwo, wielopokoleniowa rodzina - to trwało latami. Kiedy opowiadałam, słyszałam: pisz, pisz. Do dzisiaj nie wiem, co mnie wstrzymywało? Może to było zwykłe lenistwo, a może obawa przed ogromnym poczuciem odpowiedzialności w stosunku do pokoleń. Mocny impuls od mojej córki, Judyty, wprawił mnie w osłupienie. "Mamo, pisz, błagam. Ty masz o czym opowiadać, inni nie mają, a tyle piszą". Strzelił we mnie grom. Z nadmiaru emocji dostałam wypieków i gorączki. Otworzyłam komputer, wciąż jeszcze pełna obawy. Tej nocy zrobiłam ileś kilometrów, chodząc po domu. Nie mogłam zasnąć. Mój dachowiec Książę Myszkin położył się na komputerze, leżał, popatrując nieufnie i podejrzanie. I doznałam olśnienia. Daje mi znak. Mam nie pisać na komputerze. Koci instynkt wysyłał sygnały. "Z miłości do antenatów, zacznij pisać piórem, oni nie lubiliby tej maszynerii. Miej szacunek dla przodków i ich dziejów". Złapałam kartkę papieru, pióro i usiadłam przy biurku Ojca. Poczułam przypływ dobrej energii. Wiedziałam, że Gustaw mnie wspiera. Napisałam pierwsze słowa "Chaos niekontrolowanych myśli..." i w tym momencie Myszkin przeciągnął się leniwie i dumny ze swojego zwycięstwa zeskoczył. Przymilał się później przez pół nocy.

Teraz słowa i zdania toczyły się tak łatwo. Nie przebrnęłam jeszcze przez początek, a wiedziałam i czułam, że to, co piszę, jest o prawdziwym życiu. Byłam już pewna, że nie umknie to na pierwszym zakręcie jak spłoszony koń. Nikt poza mną tego nie zrobi i wszystko pójdzie w zapomnienie... Moja najwierniejsza przyjaciółka muzyka pobudza jeszcze bardziej moją wyobraźnię. Erroll Garner goni czarne kropki na fortepianie, a ja gonię własne myśli.

Chcę zbudować pałac wspomnień, moją fortecę, miejsce, w którym mogłabym przechowywać szczęśliwe reminiscencje skomplikowanej przeszłości mojej rodziny. Wiem, że nigdy nie znajdę się w czasach, w których działy się te wydarzenia. To przekonanie budzi nostalgię. Więź rodzinna nie jest zależna od upływu czasu, szerokości geograficznej, wysłanych lub niewysłanych kartek, listów, wspólnie celebrowanych świąt, spędzonych wakacji, nieodebranych telefonów. Usiłuję przekazać trwałą treść mojej świadomości, uchronioną przed zapomnieniem, odsłonić wszystkie tajemnice.

Gdy żyje się dość długo i straci najbliższych, zaczyna się cenić wspomnienia. Centymetry moich myśli przelewam na papier i lewituję z radości.

1 Ojciec w korespondencji do rodziny i przyjaciół zawsze podpisywał się "Twój Gustaw".

2 Technikum Budowy Fortepianów utworzone z inicjatywy Gustawa Arnolda III. Od inicjałów uczniów nazywane "Tajną Bandą Fibigera" (TBF).

 

 

Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani nie ma prawa do przyszłości.

Józef Piłsudski 1920 r.

 

Błogosławieństwem w odległych czasach, dotyczących losów fabryki Arnolda Fibigera w Kaliszu, było zatrudniać wspaniałych stolarzy, snycerzy, którzy współtworzyli najpiękniejsze modele fortepianów i pianin, jakie powstały w Polsce. Tę wiedzę przekazywali następnym pokoleniom. Oprócz wielkiego artyzmu do perfekcji zgłębili tajemnicę tworzenia sekretnych półek, zapadni, przycisków w meblach, które pokoleniom pozwoliły chronić prywatność. Najbardziej wprawne ludzkie oko nie potrafiło dostrzec misternie skonstruowanych skrytek, w których chowano wszelkie dobra, jak precjoza, dokumenty, listy, zapiski.

Nadmiar rodzinnych pamiątek nie pozwolił na ukrycie wszystkich. Przed samym wybuchem wojny moja babcia Wanda Alma, jako osoba przewidująca, zakopała rodowe srebra, precjoza i inne wartościowe rzeczy w ogrodzie na tyłach rezydencji pod orzechem. W czasie wojny nikt o tym nie myślał, były ważniejsze rzeczy... jak przeżyć. Po wojnie przekopano cały ogród, znaleziono tylko część dokumentów. Inne dobra w sposób niejasny się zdematerializowały. Jakież było zdziwienie w rodzinie po latach, gdy okazało się, że osoba, która uczestniczyła w zakopywaniu dóbr rodowych, ma się dobrze i żyje wraz z rodziną w USA. Cóż - takie życie...

Te stare zapiski i dokumenty są tak bardzo cenne. Niektóre mają po dwieście kilkadziesiąt lat: drzewa genealogiczne, metryki, stare dokumenty moich praprapradziadków oraz prapraprababek Zofii von Kracht, Klementyny von Busse, których potomkowie związali się z rodem Fibigerów.

Karol Gottlob Fibiger, austriacki graf, urodził się około 1808 roku w miejscowości Vidim. Ten mój majętny antenat miał bzika i był człowiekiem z natury niepokornym. Został stolarzem, a do tego uwielbiał muzykę. Pospiesznie opuścił rodzinne strony i wyjechał do miejscowości Gross-Stein (obecnie Kamień Śląski). Nie zabawił tam jednak długo i wkrótce przeniósł się do najstarszego miasta w Polsce, Kalisza. Kalisz gwarantował stabilizację, przewidywalność, poczucie przynależności, krzepiącą jednostajność. Napływ niemieckich przemysłowców do Królestwa Polskiego wiązał się ściśle z koniunkturą gospodarczą. Kalisz był atrakcyjny ekonomicznie. Rząd, żeby wspomóc rozwijający się przemysł, przeznaczał znaczne sumy na kredyty i pożyczki dla fabrykantów. Karol Gottlob założył rodzinę. Jego żoną została Charlotta Emilia Schoen, córka Vertraugotta. Mieli trzech synów, Karola Reinholda, Rudolfa Ottona i Gustawa Arnolda I, który zapoczątkował w Kaliszu całe pokolenie budowniczych fortepianów i w zasadzie dał podwaliny do stworzenia wielkiego przemysłu muzycznego w Polsce. Ten pasjonat, a przy tym człowiek szalenie konsekwentny, przez lata zdobywa i zgłębia wiedzę dotyczącą konstrukcji fortepianów i pianin. W 1878 roku otwiera warsztat przy ulicy Józefiny w Kaliszu. Napływają zamówienia, Pianina Fibigera zaczynają uchodzić za najbardziej doskonałe w zaborze rosyjskim.

W 1885 buduje pierwszy wielki fortepian koncertowy, który przynosi mu sławę. Do Kalisza przyjeżdżają pianiści tej miary co Józef Wieniawski, Alfred Reisenauer, Fremont Hatsch. Wielka przyjaźń z tymi pianistami przetrwała aż do śmierci pradziadka. Rodzina Fibigerów o austriacko-niemieckich korzeniach bardzo szybko się spolszczyła (nie mylić ze słowem spolonizowała, które określa narzucenie woli). Będąc wyznania ewangelicko-augsburskiego, stali się dobrymi kapitalistami, co potwierdza teorię Maxa Webera o znaczeniu etyki protestantyzmu, uczciwości, rzetelności, pracowitości, dotrzymania danego słowa i zobowiązań. Wprowadzali zmiany, ulepszenia, zapewniali pracownikom dobre warunki pracy, które świadczyły o poszanowaniu człowieka. "Nadmiar pieniędzy otępia, ale i odbiera wrażliwość na potrzeby duchowe, niemal w takim samym stopniu co ich brak". Budowali domy, tworzyli żłobki i coraz lepsze warunki socjalne w fabryce. Ich nadrzędnymi wartościami były praca i szacunek.

Jadwiga Gorczycka herbu Jastrzębiec tak pisała w swoich pamiętnikach o moim Pradziadku: "Kazimierz Mystkowski, założyciel parowej fabryki pierników i biszkoptów[3], ubiegał się w Kaliszu o znaczną pożyczkę wraz z jakimś konkurentem u niemieckiego przemysłowca Fibigera. Fibiger nie był zdecydowany, komu dać pożyczkę, bo obu dać nie mógł. Wstał więc bardzo wcześnie i poszedł do warsztatów pracy ewentualnych pożyczkobiorców i został przy pracy tylko Kazimierza Mystkowskiego, wobec tego jemu dał pożyczkę, która uczyniła z niego człowieka bogatego.

Ów Fibiger miał w Kaliszu willę czy też pałac z okazałym frontowym wejściem. Wejście to było stale zamknięte, a domownicy i goście używali wejścia zapasowego. Fibiger z uśmiechem twierdził, że front otworzy tylko dla cesarza".

W 1885 roku w Poznaniu Gustaw Arnold I Fibiger na Wystawie Przemysłowo-Rolniczej otrzymuje srebrny medal.

Rok 1890 - złoty medal w Warszawie. Fabryka coraz bardziej zwiększa produkcję. Istniejący budynek już nie wystarcza. W 1900 roku powstaje nowy czterokondygnacyjny gmach wyposażony w nowoczesne silniki parowe i gazowe.

Fabryka zaczyna podbijać Europę. Powstają przedstawicielstwa w Królestwie Kongresowym i Rosji (Władywostok, Taszkent, Baku). Dalsze sukcesy to Grand Prix, Paryż, Londyn. I kolejne wielkie złote medale w latach 1906-1929: Paryż, Londyn, Częstochowa, Rostów nad Donem, Stawropol, Kiszyniów, Wilno, Katowice, Poznań. Ogromnym zaszczytem jest otrzymanie złotego Medalu Państwowego za całokształt (1930-1932); po tym znów następne złote medale w Wilnie i w Warszawie.

Wielki podbój Polski i Europy przekłada się na zwiększenie zatrudnienia pracowników i liczbę produkowanych instrumentów. Rozbudowany gmach fabryki jest już za mały. W 1911 roku Fibiger przy pomocy syna dobudowuje więc do istniejącego budynku nowy fragment fabryki. Powstaje monumentalny - jak na tamte czasy - gmach. Czteropiętrowy, osiemdziesięciometrowy, o żelazno-betonowej konstrukcji. Zostają zakupione najbardziej nowoczesne maszyny i urządzenia. Powstają nowe magazyny i składy tarcicy. Fabryka staje się wtedy największym producentem fortepianów i pianin w Polsce. Osiąga spektakularne sukcesy. W pierwszych dniach Wielkiej Wojny, w czasie bombardowania Kalisza przez Niemców, fabryka za pomocą własnej sieci wodnej gasi szereg pożarów wybuchających w okolicy, ratując mieszkańców i ich dobytek. W pamięci następnych pokoleń pozostaje wspomnienie o tym, jak wiele istnień ludzkich uratował Arnold Fibiger.

Zemsta niemiecka za pomoc udzieloną mieszkańcom Kalisza była okrutna. Następuje ześrodkowanie ognia artylerii niemieckiej na dymiący komin fabryki. Kilka granatów wpada do magazynu i niszczy znajdujące się tam gotowe instrumenty. Pradziadek Arnold jest załamany. Nie mogąc pogodzić się z takim zrujnowaniem dorobku swego życia, opuszcza Kalisz i wyjeżdża do Warszawy. Tam umiera nagle, 5 lutego w 1915 roku, prawdopodobnie na anewryzm (zawał).

Niespodziewana śmierć Gustawa Arnolda I wywołuje w rodzinie ogromny ból i poczucie niepowetowanej straty.

Kierownictwo fabryki obejmuje najstarszy syn - Gustaw II. Ten młody człowiek przez lata podpatrując ojca, zgłębia wszystkie tajniki wiedzy o tworzeniu instrumentów. Wykształcony w sposób doskonały odbywa praktyki w niemieckich i austriackich firmach (Seiler, Rönisch, Ibach). Jest to trudny czas: zniszczenia powojenne i straty materialne powodują zawieszenie produkcji fortepianów. Ale Gustaw, pełen zapału, szybko wznawia produkcję fortepianów i pianin. Tworzy nowe modele, w tym słynne pianino koncertowe (model 24) o wysokości 150 cm, które ma siłę brzmienia fortepianu. Fortepian o dziewięciu nogach, biały w stylu Ludwika XVI, skonstruowany w 1924 i wystawiony na Targach w Poznaniu, był dowodem na to, że kaliska fabryka nadal reprezentuje bardzo wysoki poziom.

W tym czasie istnieje już dwadzieścia przedstawicielstw fabryki w Polsce. Salony wystawowe znajdowały się w Warszawie, Katowicach i Poznaniu. Instrumenty dostarczano do Rozgłośni Radia, Filmu Polskiego, sal koncertowych, towarzystw muzycznych, teatrów, konserwatoriów, Filharmonii Narodowej. Wielki fortepian koncertowy, którego dźwięk zachwycał gości, stał w sali przyjęć ministra spraw zagranicznych, Józefa Becka.

Klasa dźwięku fortepianów z fabryki Fibigera została doceniona także przez uczestników III Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 1937 roku, którzy przygotowywali się i grali na instrumentach (FFiP) Arnold Fibiger.

Fabryka zostaje wyłącznym dostawcą instrumentów na linii Gdynia-Ameryka. Statki "Batory" i "Chrobry" z dumą chwalą się rodzimą firmą.

Furorę robi fortepian w kolorze seledynowym na statku "Chrobry". Oprawę zewnętrzną projektują znani architekci: Barbara i Stanisław Brukalscy. Witold Gombrowicz, uczestnik dziewiczego rejsu do Ameryki Południowej na tym statku w korespondencji tak pisze: "Tańczyłem przy dźwiękach fortepianu Gustawa Arnolda z Kalisza".

Instrumenty FFiP cechuje staranność i sumienność wykonania. Do ich produkcji stosowano najlepsze surowce i materiały. Drewno rezonansowe sprowadzano z Indii i Brazylii (mahoń) oraz z Kaukazu i Ameryki Południowej (palisander), drut z Niemiec, Anglii i Szwecji, mechanizmy z Niemiec i Francji z firm Langer, Renner, Schwander, kość słoniowa na klawiaturę dostarczana była przez francuskie firmy Girllet Pere & Fils, Blocka Et. Billes De Biliarda Touches de Pianos, 61 Rue Bretagne w Paryżu, Schwander Mecaniques et Clavier pour pianos i innych.

Gustaw II działa również w Kaliszu jako społecznik i opiekun potrzebujących. Zostaje członkiem honorowym Kaliskiego Towarzystwa Muzycznego. Jest także współzałożycielem Związku Przemysłowców Kaliskich, gdzie został członkiem Komisji Rewizyjnej, a w 1922 roku członkiem Prezydium. W 1925 roku Gustaw II uzyskuje dyplom mistrzowski wydany przez Urząd Starszych Zgromadzenia Fortepiano - Organmistrzów w Warszawie (medal ten można oglądać w Muzeum Okręgowym w Kaliszu).

Sukces goni sukces. Artystyczna wena nie ustaje. Nagła śmierć Gustawa II w 1926 roku zamyka pewien rozdział w historii rodu. Umiera na serce, tańcząc na balu przy dźwiękach własnego fortepianu...

Po jego przedwczesnej śmierci fabryka przechodzi we władanie spadkobierców. Żona Wanda Karolina Alma Fibiger jest udziałowcem w pięćdziesięciu procentach, a w ręce ich dzieci (Gustaw Arnold III, Elwira Maria, Wanda Łucja) przechodzi kolejne pięćdziesiąt procent udziałów.

Dzieci są niepełnoletnie, zatem zarządzanie fabryką w ich imieniu przejmuje matka. Sprowadza z Wiednia z firmy Bösendorfer Karola Broniszewskiego, znanego konstruktora i wykładowcę szkoły fortepianowej. Karol konstruuje dla potrzeb fabryki nowe modele instrumentów, szkoli na przyszłość kolejne pokolenie pracowników fabryki. Tym poczynaniom - od zawsze - przygląda się młody Gustaw Arnold III.

W 1937 roku powstaje wielki fortepian koncertowy o długości 280 centymetrów, oparty na zupełnie nowych zasadach konstrukcyjnych. Fortepian ten daje fabryce uprzywilejowaną pozycję w świecie.

Henryk Sztompka, wybitny pianista, tak pisał o tym instrumencie:

Fortepian ten przewyższał pod wieloma względami niejeden spośród tych fortepianów znanych światowych firm, na których zdarzyło mi się grać.

W 1939 roku firma "Arnold Fibiger" jako jedyna reprezentująca przemysł muzyczny została zaproszona do uczestnictwa w ogólnoświatowej wystawie w Nowym Jorku. Otrzymała tam liczne medale i pochwały. I był to ostatni sukces fabryki pod nazwą FFiP "Arnold Fibiger" w Kaliszu.

Jest wrzesień 1939 roku, wybucha wojna...

* * *

Ta rezydencja - ogromna, niezdyscyplinowana, a jednocześnie w sposób cudowny normalna i zapraszająca, stanowiąca przeciwieństwo sztywnych mieszczańskich domów i panujących tam reguł. Z okien widoczny gmach fabryki i komin górujący nad Kaliszem. Otoczona płotem z cegły i kutego żelaza, z trzema wejściami. Ciężkie dębowe drzwi, za nimi następne i następne. Długi korytarz prowadzący do wnętrza. Przekraczając jego próg, instynktownie zniżano głos, zwalniano krok. Nikt nie chciał zakłócić spokoju tego sanktuarium i nie było nic sztywnego ani sztucznego, co by świadczyło o wysokim statusie społecznym czy zamożności właścicieli. Ogrom schowków, zakamarków, małych korytarzyków, sypialni, salonów, gościnnych pokoi, spiżarni, kuchni, łazienek przyprawiał o zawrót głowy. Ciężkie kotary i zasłony zapewniały prywatność i tworzyły atmosferę, mieniąc się w blasku lamp i świec. Na strychu - najbardziej ukochanym miejscu - było wszystko. Krzywo stojące stoliki otulone pajęczynami, stare ubrania pachnące garbowaną skórą i naftaliną, zepsute zegary, kufry, pudła na kapelusze i walizy pełne satynowych gorsetów oraz sukien wyszywanych perełkami, koralikami i srebrną lub złotą nitką, wizytowniki, rajery[4], kapelusze z moleskinu[5], puzderka, lorgnon[6], stare ramy, kafle, rozety, naczynia, pęki starych misternych kluczy, wazy porcelanowe, wyszczerbione misy. Ich miejscem powinno być muzeum. Ale tak trudno było się z nimi rozstać... Piwnice, lochy z łukowatymi sklepieniami, następna skarbnica pełna pustych, pełnych butelek likierów, nalewek, przetworów owocowych, słoików z konfiturami, starych skrzynek, niepotrzebnych dekoracji, zdezelowanych rowerów, żeliwnych ram, zapasów węgla i drewna do kaflowych pieców, które opalały pokoje. Te troskliwie przechowywane przedmioty dawały tak potrzebne poczucie ciągłości rodu.

Tego dnia wszystko wydawało się takie łagodne, miękkie, kojące zmysły; kruche drobiazgi, stare przedmioty wracały do pierwotnego kolorytu harmonii, kształtu. One też dawały wyraz szczęściu, które miało nastąpić.

Bo też był to wielki dzień. Narodziny pierwszego dziecka Wandy Almy i Gustawa II. Zapalono kandelabry, lampy odbijające blask waterfordzkich kryształów stojących na ciężkich dębowych meblach. Przy oknie urzeka gerydon[7] z marmurowym blatem. Na nim stojące w wazonie pierwsze jesienne astry świeżo ścięte przez ogrodnika i uginające się pod własnym ciężarem.

Zabiegana służba. W salonie Pradziadkowie, ich dzieci Łucja Emilia, Walentyna, Lidia, Edwin, liczne ciotki, wujkowie. Prababka w swoim kapeluszu chloe, z którym się nie rozstaje. Pradziadek z wąsami, pełen estymy i charme'u. Dziadek Gustaw II pełen niepokoju szuka szofera. Lincoln ma być w pogotowiu, gdyby był potrzebny drugi lekarz.

Dostojni, piękni ludzie, kobiety w sukniach z szarmezy[8], mory[9], pióra. Patrzysz na te osoby i widzisz szczęście ludzi, których los tak cudownie połączył. Ich miłość to instrumenty, miedziane garnki w kuchni, ukochane przez mole poduszki, stare fotele i fortepian stojący w oddali.

Salon - oaza piękna i harmonii, przodkowie z portretów patrzący na swoich potomków tak, jakby się uśmiechali. I dywany, wszędzie dywany.

"Gdy wejdziesz na dywan, nigdy nie wrócisz na beton..."

Jest pastor, lekarz położnik i domowy akuszer. Praczki w ogromnym kotle gotują prześcieradła i ręczniki. Pali się owoce jałowca dla aromatu i odegnania pająków, które ukochały wysoki pięciometrowy salon. Prababka, żeby rozładować napięcie oczekiwania, siada do fortepianu i zaczyna grać, najpierw nerwowo, za chwilę spokojnie, pięknie. Babcia Wanda Alma cierpi w bólach. Zaczyna się poród, który trwa i trwa... Nareszcie jest dziecko! To chłopiec!

Dziadek Gustaw II klęka przy łóżku żony, płacząc, całuje ją w czoło. W tym pocałunku jest tyle miłości i wdzięczności. Słychać płacz dziecka, ktoś otwiera drzwi z sypialni do salonu. Prababka nadal gra. W euforii zapomniała przestać. Pierwsze dźwięki, które słyszy Gustaw III, mały Gucio, to muzyka. Stanie się ona jego największą pasją i natchnieniem do końca życia. Ten wrażliwy artysta w przyszłości będzie tworzył fortepiany i pianina. Jego instrumenty muszą być doskonałe, aby wydobyć misterium kompozycji wielkich tego świata.

Gucio - rozpieszczany, otoczony tabunem kobiet, piastunek i wielką miłością matki. Najwcześniejsze dzieciństwo to czas jego beztroski, zabawy, świat prosty i nieskomplikowany. Po kilku latach rodzą się siostry: Elwira Maria i Wanda Łucja. Tadeusz, najwierniejszy przyjaciel i towarzysz szalonych zabaw, tak wspomina tamte lata:

Popołudnia często spędzałem na terenie fabryki fortepianów, gdzie pracował mój dziadek. Można tu było organizować wspaniałe zabawy - takie, jakie opisał Ferenc Molnár w swej powieści Chłopcy z Placu Broni. Plac za ogrodem, wielkie składowisko drewna, surowca niezbędnego do produkcji, suszącego się pod prowizorycznym zadaszeniem - jakże przypominał tamten Plac Broni. Wnuk założyciela fabryki, Gucio, bawił się razem z nami i także należał do naszego wojska, uzbrojonego w karabiny, szable i bagnety, misternie wystrugane z drewna przez mojego dziadka. Wspaniałe były pojedynki Michała Wołodyjowskiego z Bohunem czy Kmicicem na drewniane szable. W tych nieustannych bojach bywali ranni. A to w pojedynku przeciwnik skaleczył rękę, a to wystająca z desek drzazga skaleczyła nogę w czasie wspinaczki na kilkupiętrowe nieraz sągi desek. Do dzisiaj noszę blizny - pamiątki tych kampanii. Armia nasza musiała mieć swoją służbę zdrowia. Działały w niej nasze dzielne sanitariuszki. Moja siostra Marysia, kuzynka Urszula i Ila (Elwira), siostra Gucia. Zbudowaliśmy im szałas z desek, w którym przechowywały materiały opatrunkowe i całą aptekę niepotrzebnych leków przyniesionych ukradkiem z domów. Dziewczęta były bardzo przejęte swoją rolą i bardzo niezadowolone, gdy nie było powodu do robienia opatrunków.

Do naszych ulubionych zabaw na Fibigerowym podwórku należało także serso vocatur (piłka do dołka), a jeśli Gucio przyniósł z domu bramki, drewniane kule i młotki, godzinami graliśmy w krykieta. Te wspaniałe zabawy trwały aż do roku 1925, kiedy to zmarł mój dziadek, a babcia przeniosła się do zaofiarowanego jej przez Fibigerów mieszkania przy Alei Józefiny 21. Otrzymała tam w dzierżawę duży ogród owocowy. Dziś wspominam tamte lata cudownych zabaw jako jedyny i niepowtarzalny okres życia[10].

Piękny Gucio o niebieskich oczach, które rozjaśniały się, ilekroć pragnął kogoś oczarować. Słuchał opowieści ojca i jego mądrości.

"Pamiętaj, proszę, nigdy nie patrz w górę i nie porównuj się do tych, którzy są nad Tobą, zamiast tego patrz w dół i pamiętaj, jakie masz szczęście".

To beztroskie dzieciństwo przerywa nagła śmierć ojca Gustawa II. W 1926 roku umiera na zawał serca, tańcząc na balu. Gucio zostaje z matką i dwiema siostrami. Ma czternaście lat.

Indianie mówią: "Los dorosłego jest zapisany w imieniu dziecka, wielkie imiona gwarantują wspaniałe czyny". Matka ma bardzo ambitne plany, związane z przyszłością dzieci i fabryki.

"Synu, w Tobie cała nadzieja".

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.