Dusza -- wybór wierszy - Katarzyna Lisowska

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

A co

A co, gdybym był mężczyzną.

Otworzyłbym Ci usta dłonią,

Przeszył na wylot duszę.

Pełznąc w głąb Ciebie -

Wyobrażałbym sobie, że zanurzam się

Znów w Adriatyku.

Sądzę, że tam więcej nie pojadę.

Takie wypady są drogie

Jak na typowego Polaka.

Co to tak naprawdę znaczy?

Nigdy nie byłem z typów...

Choć mi się zdawało,

Wyrastałem krzywo,

Czyli piąć się w przestworze jak najmocniej -

Tak jak ocieram się o Twoje uda,

Choć jestem kobietą...

To w ogóle odbiega od statyczności

W krajobrazie ulic polskich i pobliskich wschodnich,

A co najgorzej

Wsi.

Są jak ćmy

Obłąkane.

Bo niektórym tym ludziom

Zdaje się tu tylko,

Że pędzą wprost do światła,

A są motylami

Nocy.

Mam w sobie taki ogarek nadziei.

Pewnie minie niejedno stulecie,

Gdy tacy jak ja

Nie będą wzbudzać

W tej szerokości geograficznej -

Atmosfery grozy, wrogości,

Niechęci, nienawiści, wykluczenia.

Tu, nieopodal Auschwitz,

Gdzie takich jak ja eksterminowano

Z wielokrotniejszą siłą -

Wciąż walczę o kawałek godności.

Co prawda ją posiadam,

Ale bywa wystawiana

Na widok publiczny

I przeszywana

Jak ta penetracja

"Statycznej" osoby;

Tu, nieopodal Auschwitz,

Gdzie wszystko już miało być inaczej -

Jestem jak więzień,

Ja, jakich wielu -

Nie wytatuowano mi numeru,

Ale napiętnowano mnie.

Mam niezmywalny tatuaż na swoim jestestwie.

Wiecie, przez co przechodzi więzień,

Jak np. jest w szpitalu

I instytucja staje się dla niego opresyjna.

To ludzie tacy są. To my tworzymy ten świat.

Wciąż wierzę, że mamy w sobie tyle możliwości

I czasu, by zmienić nieludzką postać rzeczy,

Aby dziedzictwo Ocalonych

Urzeczywistniło się naprawdę.

By prawda była pojęciem głównym,

O człowieku, że rodzimy się różni.

Tak bardzo bym chciał stworzyć zasady,

W jakich odnajduje się każdy

I one nikogo nie krzywdzą,

Nie skazują na niebycie,

Wyniszczanie.

Tym była zagłada.

Jestem jej ponurym więźniem,

Cieniem.

Kołyszę się w tłumie.

Wciąż wyrastam krzywo.

Nie rokuję.

Uparcie z całą mocą

Wyrywam się w przestrzeń,

Gdzie nie ma drutu,

Jaki wyznacza granice,

Ale nie dla pogardy.

Ja wciąż całym sobą

Marzę.

Póki stać mnie na marzenia -

Mogę planować lepszą przyszłość.

Czynię to uparcie,

Wbrew wszelkim prognozom.

Czuję jak wszystko wokół drży,

Jak napinają się mięśnie gotowe do strzału.

Robi się coraz bardziej ciasno dla nas,

Choć świat szeroki, ma całe dżungle,

Tajgi, stepy i oceany oraz masywy górskie!

Ziemia jest niezgłębiona wewnątrz

I Kosmos jest bez granic.

Może tylko tam,

Kiedy wyrwę się w przestrzeń poza ciało -

Będę bytem nieosiągalnym

Dla innych

I już żadne getto podłości

Mnie nie ogarnie.

Jest

Jest taki świat we mnie,

Utracony, umarły,

Z jakiego wykorzeniono mnie

Zupełnie.

Błądzę w sobie jak jawa.

Pukam do serca,

Sumienia.

Już nikt nie odpowiada.

Wszystkie ściany są zimne.

Odbijam się echem w sobie.

Mam 33 lata i wciąż obiecuję sobie,

Że znajdę w sobie przetrwanie.

Coraz bardziej nie wymagam nic.

Już wiem, że obudzić się jutro

To kolejna wyprawa na Mount Everest.

Cokolwiek się zdarzy, wiem, że jestem chwilą,

Wciąż naglącą, pośpieszaną przez świat.

Kolejne pokolenia czekają

Na swoją przestrzeń zaistnienia.

Mam już 33 lata.

Jestem człowiekiem dojrzałym i wiem,

Co to znaczy odchodzić.

Nieraz umierałam,

A wokół nie było nikogo.

Przekonałam się, że wtedy jest samotność.

Jesteś tylko Ty, blady sufit.

Patrzysz.

Jeśli zwyciężyłeś próbę -

Nigdy już sobą nie będziesz.

Ascetyzm wyniesiony z sali krytycznego stanu

Będzie się rozrastał w Tobie.

Pustka będzie krzyczała.

Ściany będą zbliżały się do Ciebie.

Otoczą Cię jak własne żyły, splotą

I wykończysz się w tej nicości,

Jak dalej Cię tu przetrzymają.

Walcząc o życie

Jesteś tylko Ty.

Twoje serce pęka,

Kurczy się,

To wydobywa strumienie życiodajnej krwi,

Jakie zmuszają mózg do kolejnego tchnienia

I nowych myśli.

Nikt nie powiedział jeszcze,

Że śmierć bywa lekka i błaha.

Najbardziej trzeba przemóc się w sobie,

By przekonać, że nie warto istnieć,

Ale wciąż rodzi się nowa nadzieja,

Za kratami siada na skrawku zimnego

Parapetu nocą ptak.

To posłaniec Boga,

Który wzywa Cię

Do jeszcze jednej walki.

Jeszcze się zbudzę o poranku

Czasami taka przeraźliwa cisza

Wybiega mi z siebie

Na spotkanie z sobą samym.

Najtrudniej jest zwalczyć siebie,

Swój strach, niepokój i pragnienie.

Wszystko jest o wiele prostsze,

Tylko nasze życie

Wciąż stawia nam barykady.

Najcięższe są myśli,

Nie sposób ich złupić

Jak garści orzechów.

Wieczność jest taka mała,

Wyje w nas.

Otwiera się wciąż przestrzeń na tamten świat.

Domykana jest

Własną przemocą w stosunku do siebie.

Brakuje nam czułości, dla siebie samych.

Odmawiamy sobie współczucia,

Nadmiernie wymagamy i krytykujemy.

Nie okazujemy swojemu życiu dobroci,

Drążymy siebie i patroszymy, bez prawa do znieczulenia.

Każda myśl jest jak nóż,

Każde tchnienie nad nim

Jak aktywizowany eksperyment

Na żywym mózgu, otwartym.

Najgorzej, kiedy jesteśmy ponad swoim sercem.

Biegniemy wciąż do tej szpary,

Przez jaką widzimy Boga.

Tak, widziałam Go,

Na jawie,

Objawił mi się w dniu powstania z martwych.

Dlaczego miałoby tak nie być,

Skoro umarłem jak On

I otworzyłam jeszcze oczy.

Wyobrażenie

Mam w sobie sny.

Nie zawsze potrafię się z nich zbudzić na czas.

Zdarza się, że lawina impulsów

Przeinacza mnie

I nagle jestem

Ponad wszystkim,

Także tym,

Kim/czym jestem -

W danej rzeczywistości imaginacji,

Choć najbardziej prawdziwej, co do trwania.

Nie jestem żadną formą i bryłą,

Którą obdarowano określonym czasem,

Jakiej dano trochę przestrzeni.

Jestem tak naprawdę drogą do Kosmosu,

Jedyną z możliwych, osiągalnych,

Bo przenikam się z nim

I tam jest ulokowany mój autentyczny cmentarz,

Który jest mi zarazem

Kolebką,

Bo co powstało -

nie zna końca.

Jestem układem, który przecinają inne.

Nie tylko tożsame ze mną,

Ale zupełnie inne.

Oddziałuje na mnie energia księżyca.

Dzięki słońcu żyję.

Potrafię znieczulić siebie,

Oderwać od życia,

Choć ciągle istnieję.

Wszystko jest kwestią świadomości,

Jaką wzbudzę w sobie.

Potrafię być

I umrzeć,

Z samego chcenia,

Kiedy bardzo tego chcę.

Nagle ulegają załamaniu wszystkie funkcje życiowe.

Jestem w stanie odpłynąć od siebie bardzo daleko.

Kiedyś mogę nie zdążyć wrócić

I urządzę sobie dopiero wielkie spacery duszy

Pośród gwiazd

Lub tylko w ich epicentrum.

Druga strona życia

Rzeczywistość napotyka mnie

W nagich snach.

Jestem jak prześwit nieba.

Widać moje serce

Wyrwane z klatki piersiowej,

Spadające w głąb bezczasu.

Sięgam korzeni,

Dna

I bezdennych głębin

Twojego fałszywego uśmiechu.

Nazwali Cię Profesorem,

Choć chodzisz nawet krzywo

Swoją duszą,

Nie wspominając o deficytach umysłu,

A co dopiero ludzkich emocji.

Wszystko, co mówisz nazywasz Prawdą,

A żyjesz w zupełnym zakłamaniu.

Uwodzisz kogo popadnie,

Niezależnie, czy jest kobietą, czy mężczyzną,

Byleby czerpać wszelkie korzyści,

Materialne i duchowe.

Uwierzyłam w Twoją misję,

Wzięłam Cię za mistrza.

Jesteś próżna jak zgnity od wewnątrz owoc.

Siejesz śmierć wokół,

A mówisz ciągle o życiu i jego ochronie.

Wzywasz do mówienia prawdy,

A ustawicznie kłamiesz.

Nazywasz mordercami i psychopatami,

Zboczeńcami myśliwych,

A pośród nich

Uśmiercasz dla zupełnej zabawy,

Nie tylko braci i siostry

Ze świata zwierząt.

Ty zabijasz nawet ludzi

Pomału

Dla sadystycznej przyjemności,

Topisz co popadnie

Koło swojego domu,

Każde istnienie,

Które czuje pełnię bólu

I Ty dobrze o tym wiesz,

Śmiejąc się szyderczo.

Byłaś dla mnie kobietą z zagłady,

Która kiedy tylko może

Bez konsekwencji

Pcha w stronę

Płonącego rowu

I podnieca się tym.

Nie mogłaś mordować ludzi

Tak po prostu,

Więc wyniszczałaś ich skrupulatnie

Różnymi metodami.

Kiedyś pochłonie Cię

Twoje własne piekło

I nie będzie już tylu łez wokół Ciebie.

Gałęzie przeszywają mnie na wylot jak żyły.

Orkiestra obozowa z Auschwitz

Tak naprawdę nigdy nie przestała tam grać.

Idę w rytm melodii

Przez obóz życia

Coraz głębiej

W mrok i pustkę.

Szczęście może też przybrać wymiar

Różowego obozu zagłady.

Pedagog

Moim obowiązkiem jest

Tworzyć lepszą rzeczywistość

Dla dzieci,

By wyrastały na istoty,

Które potrafią kochać,

Wierzyć w prawdę, piękno i dobro.

Moja praca jest budowaniem

Z niczego

Dla innych

Przestrzeni

Ze światła,

Ale wokół jest tyle mroku,

Gett i nowych obozów -

Że to wymusza na mnie,

Aby zakończyć swoją pracę...

Zmagać się w sobie,

Wiem, że im jest ciemniej,

Tym muszę dawać z siebie

Jeszcze więcej

Ostatnich ogarków ciepła.

To jest dla przetrwania

Innym,

Słabszym,

Opuszczonym,

Jacy mają pozornie wszystko.

Mnie zrodził wiek XX,

Wyrzucił pośpiesznie w wiek XXI, miał być lepszy,

Bez wojen.

Miałam czas dorosnąć pośród pól,

Kwiatów,

Ludzi z nadziei.

Miałam tylko to.

To przecież starczy,

By zbudować most

Do przeszłości

Tym innym, aby zaczerpnęli jak tchu

Z minionego świata,

Z wieku,

W którym jednak było mniej obozów na świecie

Niż teraz.

Jest tak wiele gett XXI wieku,

Zamknięto nas w znieczulicy,

Pogardzie,

Wmówiono grzech istnienia.

Opleciono nas zewsząd kolczastym drutem,

Zbudowano między nami wysokie i grube mury.

Jestem sobie w takim getcie beznadziei,

Pracuję zdalnie.

Nie mogę wyciągnąć ręki,

Choć widzę jak uchodźcy toną.

Nie mogę w globalnym świecie

Bez granic

Spojrzeć w oczy dziecku,

Które boi się, bo trwa bombardowanie.

Nie mogę powiedzieć nic, uspokoić.

Nic.

Nie jestem w stanie -

Co mam przekazać, ja, człowiek zrodzony

Z końca XX wieku,

Jaki miał dawać światu nadzieję po tylu dramatach?

Nie potrafię wstrzymać bomb,

Które lecą na dom rodziny.

Nie umiem ukołysać dziecka,

By przestało płakać.

Mogę tylko wyć razem z nim...

Po drugiej stronie ekranu.

Ono nawet nie wie,

Że ja jestem, uczestniczę w tej tragedii,

Że ona mnie przeszywa,

Bo ja spotykałam ludzi z obozów zagłady,

Wysiedlanych, podpalanych w miastach,

Osaczanych,

Jacy wracali po wojnie

Na klepiska,

Gdzie stały ich kamienice wcześniej.

Sąsiedzi wystawali z ziemi, jak mumie,

Przypominali bryły, przepalone.

I znowu udaje się zaduszać życie

W różnych rejonach świata,

A mojego krzyku nikt nie słyszy

Zza szyby komputera.

Wierzę w głos poety,

Który rozrywa się

Jak rażone drzewo na pół,

Aby wyrosło z niego nowe życie,

Które będzie miało

Możliwość większej siły sprawczej.

Wyznaję wychowawczą moc słów

I to, że nie wolno mi

Przestać pisać.

Każdym strumieniem świadomości

Podmywam świat,

By sukcesywnie

Obmywać go

Z nienawiści,

Wojen,

Nowej zagłady.

Prostytutki z Auschwitz

Przypisałam się

Do najcięższego rodzaju

Pamięci.

Wszędzie błoto,

A one chodzą na szpilkach.

Buty ich wysokie ponad to

I los więźniów, choć one też

są nimi... Wywyższone szalami,

Pachnące perfumami,

Pośród wielkiego odoru...

One idą w głąb obozowej przestrzeni pewnie.

Niesie się za nimi piękna woń

I miesza z obłędem odchodów,

Wrzynających się do nozdrzy

Swoim majestatem powszechnego zwątpienia

I jedności losu, jednak bywającego

Nierzadko wybiórczym.

Paskudne doświadczenie zmysłowe.

One mają być może nawet jakieś

prowizoryczne podpaski.

Innym krew sączy się po brudnych

I owrzodzonych nogach,

I obrywają za to,

Że są kobietami

W rozkwicie wieku.

Na ironię

Grają współtowarzyszom,

Długie suknie niosą w dłoniach

Jak królowe,

Innym razem zakładają króciutkie spódniczki.

Przysługuje im w zasadzie tu dowolność,

Byleby wabiły, kusiły, nęciły (tak sądzę),

Zwiększały wydajność fabryki śmierci.

Śmierci się nie boją,

Wybrały inny los,

Ale sądzę, że nie lepszy -

Prostytutki z Auschwitz.

Co się z ich umysłami działo po wojnie?...

Opowieść nie/swoja

Zdarzyła nam się miłość

odległa, z tych niemożliwych i nieprzystających

do rzeczywistości,

tak więc Ty idziesz tamtą doliną,

a mnie nie ma

nawet u górskiego szczytu,

by patrzeć jak ją samotnie przemierzasz

obok mnie. Obok mnie wędrujesz do mnie

i mijasz mnie w każdym tłumie

pojedynczego spojrzenia ludzkiego,

nieludzko okaleczającego. Dobrze byłoby

byś przez ostrożność mijała mnie także

w każdym śnie, szczególnie rodzącym się o poranku,

bo możemy spotkać się w tłumie

w drodze do tego samego sklepu,

choć są ich setki w mieście przepełnionym

po brzegi człowiekiem,

które umiera co dnia przez gęstość zaludnienia

z samotności.

Nie mogę prowadzić Cię za rękę,

bo zdarzyła nam się miłość nie z tego świata,

choć zrodzeni z niego -

musimy trzymać się z dala,

przez bliskość naszą, jaką mamy ku sobie.

To Ty do mnie pierwsza podeszłaś.

Mogę mówić o sobie: Ja, człowiek,

ale to nic nie zmieni.

Byłaś już dojrzałą kobietą,

kiedy ja zaczęłam wyrastać z piasku,

świata miniatur, gdzie problemy

nigdy nie miały znaczenia.

Wszystko było możliwe, potem urosło ze mną

jak babki stawiane na piasku

pod kopułę deszczowo-rozedrganego nieba.

Mogłabyś być moją matką...

Śmierć

Umrę, wiesz co to znaczy?

Bo ja jeszcze tego nie wiem.

Wyobrażam sobie tylko swoje istnienie

oderwane od sztucznego bytu,

którego od pierwszej chwili

ktoś pierwszy lepszy

mógł mnie pozbawić,

jakiś niby to lekarz, niby człowiek -

wydobywając z głębi ciała kobiety

żelaznymi sztućcami -

rozwijający się zarodek -

miażdżąc mu mniej, bardziej zręcznym ruchem

głowę... Ale to tylko moja subiektywna

perspektywa.

Ciało innej kobiety to nie moja skrzynia biegów,

by dała mi wylecieć poza siebie

jak samochód na autostradzie.

Zależę od początku od innych.

Dopisuję te wersy,

by wyrównać rachunek, bo czasem się myliłam,

ale nie chcę się wyprzeć siebie, do końca,

którym człowiekiem byłam,

zanim dojrzałam, bo moja droga

będzie dla innych dowodem, że można wyjść

z każdego marazmu

i swojej wersji zdarzeń - ku Prawdzie,

nawet jak nas boli.

Szymborska w chwili słabości

i niedoinformowania

napisała poemat ku czci Stalina,

ale kim bylibyśmy, gdyby nie funkcje

umysłu - "zapomnij i daj żyć innym".

Straszny jest świat człowieka, w którym rodzimy się

nie sobą,

potrafimy czaszki swoje jak łupiny orzechów

nożycami rozgniatać

i czuć zadowolenie ze swej pracy -

tak kiedyś pisałam i nie zamazuję tego...

Każdy przechodzi swoje próby człowieczeństwa.

Czasami moje wartości kolidowały

z prawami innych.

Wychowała mnie bowiem rzeczywistość

konserwatywna, a każda skrajność

to błąd logiki i sumienia,

ale musiałam to sama zrozumieć,

przez czas, jaki los mi dał. Za nic.

Umrę, wiesz co to znaczy?

Mam 25 lat, wschody i zachody słońca znam

na pamięć, noszę w sobie

przez dni całe, zachmurzone.

Wiem jak się chodzi, biega, smuci i uśmiecha

i jak boli roztrzaskane kolano.

Mam swoje ulubione miejsca,

do których będę wracać,

bo zdarzył się w moim życiu czas,

aby poznać do nich drogę.

To ważne jak i kiedy się umiera -

Pisałam przed laty,

chwaląc się piórem od premiera,

który...

Napisałam tym piórem,

że mam prawo się nie zgadzać.

Mało brakło, a wypisałabym sobie

własne unicestwienie,

dla idei. Pojęłam, że tylko w teorii

bywają piękne,

a w rzeczywistości nierzadko

są zbrodnicze.

Papierosy Szymborskiej

To jeden z wierszy, jaki znalazł się w "Antologii Poetów Polskich"

(2016 rok), w wersji nieco innej

W kłębach dymu unosi się wspomnienie.

Kłęby dymu noszą przedziurawione wspomnienia.

To ważne było, skoro było.

Szymborska mająca 24 lata

biegnie przez miasto w kolorowej sukience,

siada na poniszczonej, zielonej ławeczce.

Nie mogę tego wiedzieć, ale wiem.

Takie jest moje osobiste o niej wspomnienie.

Ocalona ponad szare ruiny miasta, o które potyka się

patrzy w ścianę, mur - jaki ocalał jak ona

i widzi we wspomnieniu na piętrze nieba

lustro nieprzebite kulą

jak jej serce.

W jej oczach i jego tafli

odbijają się chmury,

które pędzą przed siebie.

Szymborska ma 24 lata.

Ma kolor skóry czarny aż złoty,

posiada obręcze na długiej szyi.

To sen.

Szymborskiej, Różewicza.

Ludzi wojny,

który zdarza się, skoro się zdarza.

Szymborskie, małe dziewczynki swej epoki,

żyjące mimo śmierci,

nieanonimowe.

Masowe sny o wojnie jak anonimowe groby

na Cmentarzu Rakowickim

z przetrąconym krzyżem

mimo braku wojny.

Lustra ocalone, groby wypełnione

krwią, która zasłoniła oczy,

jakie napotkały

kule błądzące,

śmierć roznoszące wśród ludu umiłowanego.

Miłość na wieży Babel

Bardzo chcesz wierzyć, że to jest miłość,

ciągle o niej mówisz, by tak przyjęło się mówić.

Spotkanie to było nagłe, nieoczekiwane.

Od razu połączyłaś nas ze sobą, czym się dało.

Chciałaś, byśmy wracały każdego dnia

do wspólnego domu,

siadały przy jednym stole, budziły się

w tym samym łóżku obok siebie,

patrząc sobie wciąż ze zdumieniem w oczy,

zastanawiając wspólnie jak to mogło się wydarzyć.

Zastąpić chciałaś mi cały świat, ojca, matkę,

przepędzić z mojego nieba widmo studenta

szukającego pracy w dobie kryzysu,

zatrudniając w swojej firmie.

Brak człowieka był dostrzegalny

w Twoim codziennym życiu od dawna.

Jest muzyka, która nie jest sobą, ale wiele osób

jej słucha i ją wielbi,

więc to istnienie ma rację bytu.

Czy wszystko zdarzyło się tylko przez samotność?

Odurzyć się jakąś miłością?

Zatrzymać kogoś przy sobie, kogo można jeszcze

wychować, aby był obok, niezależnie

od mijającego czasu.

Spytałaś kiedyś, czy wyobrażam sobie

seks za parę lat

z kimś podobnym do swoich rodziców... I dodałaś...

Że nie wyobrażasz sobie porzucenia,

kiedy będziesz stara,

a ja w pełni sił odejdę

do innej.

Odchodzę nim zdążyłaś się zestarzeć...

Wciąż nie rozumiemy swych pytań,

jak na Wieży Babel.

Mam 25 lat

Przeżyłam II wojnę światową,

dwa obozy... Ze wspomnień żywych po dziadku.

Śni mi się w nocy obóz.

Pot spływa po czole.

Widzę kominy długie do nieba,

jedyną drogę ocalenia -

uciekam w pasiaku,

ale przestrzeń się obraca

i wpadam do komory... Sen zawsze tak się kończy,

jak w życiu kuzyna dziadka...

Piszę dużo o wojnie,

jakbym ją przeżyła.

Mój pierwszy tomik

był pisany rozstrzelanymi słowami

jak w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego.

Opisałam tam swoje życie,

wszystko działo się szybko.

Rozpoczął się wiek XXI, na ekranie

wybuchły dwie wieże.

My wtedy zaczęliśmy dorastać, w erze zamachów

na wszystko

jak wielkie promocje, które skoro są sobą

to nie są sobą.

To, co nielogiczne stało się jedyną słusznie

wyznawaną logiką,

uczciwą, będącą sobą, skoro nielogiczną.

Pod ostrzałem czasu

rozrastaliśmy się jak drzewa na niebie

tworząc pajęczynę

na ulicy

swojej podwórkowej tożsamości.

Świat już nigdy nie był taki sam, spokojny, pewny.

Czas przyśpieszył. Z 11 lat zrobiło się 25.

Wyrosłam na boisku pod dziurawym niebem.

Patrzymy na niebo, na którym jest smog,

choć jesteśmy oddaleni od Krakowa,

mieszkamy na wsi.

Nie da się ukryć, bo to widać i na niebie,

że oszukano nas. Oddychamy nawet śmiercią,

spożywamy ją, pijemy,

jest także obecna na wigilijnym stole.

Podajemy ją sobie z rąk do rąk,

naszym najbliższym wprost do ust,

a obok biały opłatek, symbole życia,

wiary, nadziei i miłości...

Nie trzeba karabinów i bomb,

cyklonu i atomu,

obozów zagłady,

by zniszczyć świat.

Nowa wojna w Europie trwa.

Powinniśmy być już zawsze czujni.

List polecony do Pana Cogito

Szanowny Panie Cogito,

niepokoi mnie Pana nieobecność w świecie ludzi.

Co Pan robi, kiedy Pana nie ma?

W ciszy jak łódka złożona z dłoni położony

odpływa Pan uśmiechając się -

szepcze jeszcze światu do ucha:

Panta rhei.

Szanowny Panie Cogito,

choć staram się do Pana pisać

poezją na skraju prozy jak wiosną na przełomie

lata - zapewniam Pana,

wszystkie rzeczy mają się w świecie dobrze.

Panuje wszechobecny chaos, by ciągle

można było stwarzać z niego nowy porządek.

Tak, wojny wciąż trwają, pochłaniają nowe żywoty.

Kiedy się skończą? Och, Panie Cogito,

czy Pan żartuje

z takich kwestii?

Oczywiście nigdy! Wojny są stare jak świat.

W Europie wybuchała nowa wojna

pod Pana nieobecność.

Wiem, to brzmi strasznie.

Poeci są potrzebni, wciąż rodzą się nowi,

ale wie Pan, jak jest z poezją.

Biją na alarm wszystkie strofy,

pękają wieże z ludzkich kości.

Tak, nic nie da się zrobić.

Proszę się wygodnie rozłożyć na kozetce czasu,

wyciągnąć na wszystkie strony

i odpłynąć do pełni, gdzie nasze przeznaczenie.

Gdzie nasze przeznaczenie?

Co z moim głosem wewnętrznym?

Sumienie ma się dobrze.

Świecą jego nagie ściany pustką.

Tak, drzwi zostały szczelnie zamknięte,

aby słońce nie wypaliło białych plam na ścianach

do reszty.

I tak pękają na połowę.

Wszyscy poeci mają się dobrze,

żywi, nienarodzeni i martwi,

choć te dwie ostatnie kategorie...

Są jak słońce i deszcz, które zmierzają

w swoją stronę.

Brakuje do spotkania tylko tęczy.

Nowi wynurzą się ze starych genów,

jakie w grobie złożone.

Jesteśmy ciągłą transmisją danych.

Panie Cogito, widziałam wczoraj na ulicy

o zmroku twarz jak Pana. Wynurzyła się

z pięści latarni, wydłużała jak kot, zbiegła

wreszcie po ulicy

i zniknęła za oświetlonym pełnią księżyca

szerokim blokiem.

Tam był las z topól.

Ludzie chodzili z rzadka.

Narodziny

Niewiele większy od orzecha.

Skłębiony jak światło padające

z zaciśniętej dłoni,

wydzierając się z jej zamkniętego wnętrza -

od początku wołam ku światu.

Wołanie me było nieme.

Człowiek, oto jestem, wyłoniłem się z próżni,

mogłem być rybą, mieć łuski, skrzela, płetwy.

Rozumieć rozumem rybim,

być zatłuczonym losem karpim tępym młotkiem

powoli,

ale dokładnie

na czas świąt, aby sprawiać radość swym martwym

widokiem.

Mogłem prężyć koci grzbiet ku słońcu,

ostrzyć pazury o pień drzewa, targać dla przetrwania

kłami surowe mięso

i połykać je bez żucia lub być połykanym.

Jestem człowiekiem, przysługuje mi

dwunożny chód.

Mowa. Mogę komunikować swoje potrzeby,

liczyć na pomoc, ratunek w razie nagłej potrzeby.

Wznoszę budowle, jakie są trwalsze nad mój żywot.

Jestem, ale mijam.

Pojawiłem się, nazwano mnie imieniem.

Przysługiwały mi ludzkie prawa.

Miałem marzenia i realizowałem je.

Nauczyłem się ludzkich zasad i przestrzegałem je.

Nie wyzwolę się nigdy jednak z praw biologii,

które warunkują czas trwania,

moje czynności życiowe,

od jakich nie mam wakacji, przez dziesiątki lat,

póki żyję.

Nie wiem, co potem...

Jestem człowiekiem, patrzę w GWIAZDY.

Tyle jeszcze mam do odkrycia.

Pięść czasu kruszy góry i przesuwa oceany.

Z jednej komórki mogą zrodzić się całe światy.

Życie ginie i odradza się na nowo.

Polisa na życie

Mam 21 lat.

Z tego trzeba odliczyć podatek

na budzenie się, zasypianie, wstawanie,

bezsenność, sny,

chodzenie bez celu i z celem jakimś.

Obiady, śniadania pierwsze, drugie, trzecie

i kolacje, podwieczorki także itd.

Ubieranie, wreszcie wychodzenie

i przede wszystkim wracanie.

Wracanie. W-r-a-c-a-n-i-e-e-e-e...

Choroby.

Kolejki na poczcie, w banku, po dorosłość...

Czekania dziesiętne na ciebie, ciebie i ciebie,

który w to samo miejsce nie przyszedłeś.

Na listy oczywiście niewysłane, które wciąż idą

po świecie.

Podobno przynajmniej.

Na autobusy i tramwaje, statki powietrzne,

które nie przyleciały, a co dopiero

gdzieś z nimi stąd odlecieć...

Albo tylko czuwanie nad czyimś łóżkiem,

w nocy, w dzień, rano, wieczorem.

Na zdrowie jego latami,

które tysiące razy go jednego ominęło.

Wypełnianie papierów i ich kreślenie.

Darcie. Ogniem poprawianie.

Reszta to chodzenie do szkoły,

potem do uniwersytetu tego i tamtego,

i pomiędzy jeszcze jeden.

Pomyłki.

Uczenie, ale nie dla życia.

Sprzątanie, żeby zawsze zostawić po sobie

jakiś bałagan,

który z konieczności braku miejsca

musi sprzątnąć ktoś inny

raz na zawsze, a tobie to się nie udało nigdy.

Tyle prób daremnych, póki się żyje.

Mam 21 lat, zaraz 22,

a potem może 23

i jak pójdzie jak szło - to tak dalej.

Żeby wyrzucić chociaż ten śmietnik ze środka.

Nie jeść, nie pić, nie spać.

Zrobiłoby się miejsce na trochę

autentycznego istnienia?

Podróże Donikąd

Z nieodbytych podróży nad Adriatyk

mam plik pocztówek.

Rozsyłam je sobie wirtualnie na kilka

adresów mailowych.

Docierają co drugie w różnym terminie.

Listonosz przychodzi rzadko,

a właściwie to wcale -

odkąd chodzę na studia dzienne

nie nadchodzą listy z uczelni napominające

o zapłatę czesnego...

Z nieodbytych podróży w Himalaje

mam wiele wspomnień.

Rysuję widoki.

Podobno są piękne.

Księżyc wisi nisko nad górami.

Chciałoby się zaśpiewać zasłyszaną

jakiegoś wczoraj piosenkę -

"Góry moje, wierchy moje"...

Mieszkamy pod górami.

Mówią, że jesteśmy góralami. Rozmawiamy gwarą.

Widać stąd dobrze Babią Górę. Góruje nad okolicą.

Już marzec, ona jest cała zaśnieżona, a tu tak ciepło.

Niedaleko naszej granicy toczy się wojna.

Powtarza się, że jakby co -

można więcej pracować,

wykupić mieszkanie w jakimś Rzymie.

Uciec przed wojną.

Babka dożyła drugiej wojny w Europie...

Zaczyna opowiadać o głodzie.

Żywe są w pamięci krajobrazy znad Oświęcimia -

dymy, kominy, ludzie

wywożeni w głąb Niemiec.

Pociągi podążające na Wschód.

Tylu przodków nie wróciło z wojny.

Kompozytor

Pod batutą kompozytora milkną sny.

Jak głuchy Beethoven potrąca mnie w Krakowie

Zagajewski

skrzydłem swego ramienia, jakie utknęło w kieszeni.

Utknął w klatce nieba z gołębiami, które wpadają

pod tramwaj

lecąc za ziarnem.

Nigdy nie wyobrażałam sobie takiego spotkania

z poetą... Ale czy można było oczekiwać innego?

Jego trzeźwego spojrzenia za dnia?

Czy nocą pisał?

Czy upajał się poezją?

Kiedy zaaplikował sobie ostatnią dawkę?

Ewidentnie był pod wpływem czegoś, niesiony

przed siebie, w zapomnienie -

szedł w otchłań ciemną miasta,

wokół budynków obszarpanych

jak z jego snu o wojnie.

Krew gołębia, niewinna spływała

z ziarnami po szynach.

Dokąd jadą tramwaje z ludźmi?

Zatrzaskują się z sykiem drzwi.

Tramwaje odjeżdżają pełne, kołysząc się na boki.

Jadą jak po maśle - po kościach gołębich.

Tylko kto i po co - rzuca ziarno na szyny?

Kto nauczył mnie takich skojarzeń?

Mój dziadek był w czasie wojny w obozie,

drżał o każdy

dzień swojego istnienia, aby nie był

ostatnim. Mam to wtłoczone przez krew.

Kuzyn dziadka nie wrócił,

został zamordowany w Oświęcimiu.

Co by powiedział? Jerzy, mam na imię Jurek.

Jest marzec, zbliżają się moje 20-ste urodziny.

Jestem w obozie, wysłano mnie na śmierć.

Niedługo wypłynę przez komin.

Nie zagram już w klubie w piłkę. Rodzina do końca

będzie żyła z pytaniem,

co się właściwie stało? Nie okazałem

dokumentów, zapomniałem.

Dlatego mnie zabrali (ludzie o tym mówili sobie).

W Oświęcimiu skończyły się moje sny.

Przecięła je nowa dostawa ludzi do pieca.

Zostałem zapakowany jak towar z krwi i kości

i przetransportowany do miejsca, które stało się

moim cmentarzem. Podróż nie była długa,

stąd, miasta moich spełniających się snów, Krakowa,

tutaj - do kolczastego miasta

z błota i betonu.

Jeszcze pożegnałbym się z mamą... Wygląda teraz

na pewno przez okno... Czeka na mnie.

Żyją ci, jacy mnie pamiętają, starsi wtedy ode mnie.

Minęło tyle lat. Pamiętają mnie,

mój wygląd, jak byłem młody i nie do umierania.

Nie mam dzieci. Już nikt mnie nie słucha.

Jestem jak sen, ale w który nie wolno wątpić.

Ten koszmar się zdarzył. Naprawdę, wypłynąłem

przez komin i stałem się mgłą.

Oddychali mną ludzie. Komin był z cegły.

Leżałem wraz z innymi - oczekując jak spłonę...

A może to nie tak, nie wiem, co się stało potem.

Nie interesowałem się już tym.

Było za straszne, zamknąłem oczy i skurczyłem się

w sobie jak orzech, podciągając do gardła kolana.

To mógł być jednak strzał, nie skonałem

z wycieńczenia, byłem silny, ledwo tu przyjechałem,

zabrali mnie zaraz.

Może pomyliłem siebie z kimś. Stos trupów.

Miałem urodę jak Rom... Wszyscy tak ciągle mówią,

że to pewnie dlatego.

Powiedziałem im, że jestem chrześcijaninem,

odnotowali,

to źle?

Do dziś jest ta informacja w Muzeum,

że przyznałem się - i jeszcze data urodzin

i śmierci -

w tym samym miesiącu urodziłem się i umarłem,

ale nie doczekałem 20-stych urodzin.

Moje prochy są w nim,

gdzieś w tym wielkim Muzeum,

jakie jest strzępkiem tego, co było,

wielkiej maszynerii zagłady. Nie ważne już.

Mam na imię Jerzy, nie ma mnie, ale byłem i żyłem

do tego momentu szczęśliwie.

Zapamiętajcie to, że nie mam prawa głosu,

ale mam dalszą rodzinę.

Nazywam się Jerzy Konopka,

zginąłem w Oświęcimiu

wiosną 1943 r.,

bo zapomniałem z domu przy okazaniu

dokumentów.

Śpieszyłem się na pociąg...

Dotąd żyć będę - dopóki pamięć o mnie

będzie wyrazista

jak teraz.

Moja historia uderza i wstrząsa, jest jedną z wielu.

Opowiedziałbym Wam sam o wszystkim dziś,

ale jak wielu - nie przeżyłem