A co
A co, gdybym był mężczyzną.
Otworzyłbym Ci usta dłonią,
Przeszył na wylot duszę.
Pełznąc w głąb Ciebie -
Wyobrażałbym sobie, że zanurzam się
Znów w Adriatyku.
Sądzę, że tam więcej nie pojadę.
Takie wypady są drogie
Jak na typowego Polaka.
Co to tak naprawdę znaczy?
Nigdy nie byłem z typów...
Choć mi się zdawało,
Wyrastałem krzywo,
Czyli piąć się w przestworze jak najmocniej -
Tak jak ocieram się o Twoje uda,
Choć jestem kobietą...
To w ogóle odbiega od statyczności
W krajobrazie ulic polskich i pobliskich wschodnich,
A co najgorzej
Wsi.
Są jak ćmy
Obłąkane.
Bo niektórym tym ludziom
Zdaje się tu tylko,
Że pędzą wprost do światła,
A są motylami
Nocy.
Mam w sobie taki ogarek nadziei.
Pewnie minie niejedno stulecie,
Gdy tacy jak ja
Nie będą wzbudzać
W tej szerokości geograficznej -
Atmosfery grozy, wrogości,
Niechęci, nienawiści, wykluczenia.
Tu, nieopodal Auschwitz,
Gdzie takich jak ja eksterminowano
Z wielokrotniejszą siłą -
Wciąż walczę o kawałek godności.
Co prawda ją posiadam,
Ale bywa wystawiana
Na widok publiczny
I przeszywana
Jak ta penetracja
"Statycznej" osoby;
Tu, nieopodal Auschwitz,
Gdzie wszystko już miało być inaczej -
Jestem jak więzień,
Ja, jakich wielu -
Nie wytatuowano mi numeru,
Ale napiętnowano mnie.
Mam niezmywalny tatuaż na swoim jestestwie.
Wiecie, przez co przechodzi więzień,
Jak np. jest w szpitalu
I instytucja staje się dla niego opresyjna.
To ludzie tacy są. To my tworzymy ten świat.
Wciąż wierzę, że mamy w sobie tyle możliwości
I czasu, by zmienić nieludzką postać rzeczy,
Aby dziedzictwo Ocalonych
Urzeczywistniło się naprawdę.
By prawda była pojęciem głównym,
O człowieku, że rodzimy się różni.
Tak bardzo bym chciał stworzyć zasady,
W jakich odnajduje się każdy
I one nikogo nie krzywdzą,
Nie skazują na niebycie,
Wyniszczanie.
Tym była zagłada.
Jestem jej ponurym więźniem,
Cieniem.
Kołyszę się w tłumie.
Wciąż wyrastam krzywo.
Nie rokuję.
Uparcie z całą mocą
Wyrywam się w przestrzeń,
Gdzie nie ma drutu,
Jaki wyznacza granice,
Ale nie dla pogardy.
Ja wciąż całym sobą
Marzę.
Póki stać mnie na marzenia -
Mogę planować lepszą przyszłość.
Czynię to uparcie,
Wbrew wszelkim prognozom.
Czuję jak wszystko wokół drży,
Jak napinają się mięśnie gotowe do strzału.
Robi się coraz bardziej ciasno dla nas,
Choć świat szeroki, ma całe dżungle,
Tajgi, stepy i oceany oraz masywy górskie!
Ziemia jest niezgłębiona wewnątrz
I Kosmos jest bez granic.
Może tylko tam,
Kiedy wyrwę się w przestrzeń poza ciało -
Będę bytem nieosiągalnym
Dla innych
I już żadne getto podłości
Mnie nie ogarnie.
Jest
Jest taki świat we mnie,
Utracony, umarły,
Z jakiego wykorzeniono mnie
Zupełnie.
Błądzę w sobie jak jawa.
Pukam do serca,
Sumienia.
Już nikt nie odpowiada.
Wszystkie ściany są zimne.
Odbijam się echem w sobie.
Mam 33 lata i wciąż obiecuję sobie,
Że znajdę w sobie przetrwanie.
Coraz bardziej nie wymagam nic.
Już wiem, że obudzić się jutro
To kolejna wyprawa na Mount Everest.
Cokolwiek się zdarzy, wiem, że jestem chwilą,
Wciąż naglącą, pośpieszaną przez świat.
Kolejne pokolenia czekają
Na swoją przestrzeń zaistnienia.
Mam już 33 lata.
Jestem człowiekiem dojrzałym i wiem,
Co to znaczy odchodzić.
Nieraz umierałam,
A wokół nie było nikogo.
Przekonałam się, że wtedy jest samotność.
Jesteś tylko Ty, blady sufit.
Patrzysz.
Jeśli zwyciężyłeś próbę -
Nigdy już sobą nie będziesz.
Ascetyzm wyniesiony z sali krytycznego stanu
Będzie się rozrastał w Tobie.
Pustka będzie krzyczała.
Ściany będą zbliżały się do Ciebie.
Otoczą Cię jak własne żyły, splotą
I wykończysz się w tej nicości,
Jak dalej Cię tu przetrzymają.
Walcząc o życie
Jesteś tylko Ty.
Twoje serce pęka,
Kurczy się,
To wydobywa strumienie życiodajnej krwi,
Jakie zmuszają mózg do kolejnego tchnienia
I nowych myśli.
Nikt nie powiedział jeszcze,
Że śmierć bywa lekka i błaha.
Najbardziej trzeba przemóc się w sobie,
By przekonać, że nie warto istnieć,
Ale wciąż rodzi się nowa nadzieja,
Za kratami siada na skrawku zimnego
Parapetu nocą ptak.
To posłaniec Boga,
Który wzywa Cię
Do jeszcze jednej walki.
Jeszcze się zbudzę o poranku
Czasami taka przeraźliwa cisza
Wybiega mi z siebie
Na spotkanie z sobą samym.
Najtrudniej jest zwalczyć siebie,
Swój strach, niepokój i pragnienie.
Wszystko jest o wiele prostsze,
Tylko nasze życie
Wciąż stawia nam barykady.
Najcięższe są myśli,
Nie sposób ich złupić
Jak garści orzechów.
Wieczność jest taka mała,
Wyje w nas.
Otwiera się wciąż przestrzeń na tamten świat.
Domykana jest
Własną przemocą w stosunku do siebie.
Brakuje nam czułości, dla siebie samych.
Odmawiamy sobie współczucia,
Nadmiernie wymagamy i krytykujemy.
Nie okazujemy swojemu życiu dobroci,
Drążymy siebie i patroszymy, bez prawa do znieczulenia.
Każda myśl jest jak nóż,
Każde tchnienie nad nim
Jak aktywizowany eksperyment
Na żywym mózgu, otwartym.
Najgorzej, kiedy jesteśmy ponad swoim sercem.
Biegniemy wciąż do tej szpary,
Przez jaką widzimy Boga.
Tak, widziałam Go,
Na jawie,
Objawił mi się w dniu powstania z martwych.
Dlaczego miałoby tak nie być,
Skoro umarłem jak On
I otworzyłam jeszcze oczy.
Wyobrażenie
Mam w sobie sny.
Nie zawsze potrafię się z nich zbudzić na czas.
Zdarza się, że lawina impulsów
Przeinacza mnie
I nagle jestem
Ponad wszystkim,
Także tym,
Kim/czym jestem -
W danej rzeczywistości imaginacji,
Choć najbardziej prawdziwej, co do trwania.
Nie jestem żadną formą i bryłą,
Którą obdarowano określonym czasem,
Jakiej dano trochę przestrzeni.
Jestem tak naprawdę drogą do Kosmosu,
Jedyną z możliwych, osiągalnych,
Bo przenikam się z nim
I tam jest ulokowany mój autentyczny cmentarz,
Który jest mi zarazem
Kolebką,
Bo co powstało -
nie zna końca.
Jestem układem, który przecinają inne.
Nie tylko tożsame ze mną,
Ale zupełnie inne.
Oddziałuje na mnie energia księżyca.
Dzięki słońcu żyję.
Potrafię znieczulić siebie,
Oderwać od życia,
Choć ciągle istnieję.
Wszystko jest kwestią świadomości,
Jaką wzbudzę w sobie.
Potrafię być
I umrzeć,
Z samego chcenia,
Kiedy bardzo tego chcę.
Nagle ulegają załamaniu wszystkie funkcje życiowe.
Jestem w stanie odpłynąć od siebie bardzo daleko.
Kiedyś mogę nie zdążyć wrócić
I urządzę sobie dopiero wielkie spacery duszy
Pośród gwiazd
Lub tylko w ich epicentrum.
Druga strona życia
Rzeczywistość napotyka mnie
W nagich snach.
Jestem jak prześwit nieba.
Widać moje serce
Wyrwane z klatki piersiowej,
Spadające w głąb bezczasu.
Sięgam korzeni,
Dna
I bezdennych głębin
Twojego fałszywego uśmiechu.
Nazwali Cię Profesorem,
Choć chodzisz nawet krzywo
Swoją duszą,
Nie wspominając o deficytach umysłu,
A co dopiero ludzkich emocji.
Wszystko, co mówisz nazywasz Prawdą,
A żyjesz w zupełnym zakłamaniu.
Uwodzisz kogo popadnie,
Niezależnie, czy jest kobietą, czy mężczyzną,
Byleby czerpać wszelkie korzyści,
Materialne i duchowe.
Uwierzyłam w Twoją misję,
Wzięłam Cię za mistrza.
Jesteś próżna jak zgnity od wewnątrz owoc.
Siejesz śmierć wokół,
A mówisz ciągle o życiu i jego ochronie.
Wzywasz do mówienia prawdy,
A ustawicznie kłamiesz.
Nazywasz mordercami i psychopatami,
Zboczeńcami myśliwych,
A pośród nich
Uśmiercasz dla zupełnej zabawy,
Nie tylko braci i siostry
Ze świata zwierząt.
Ty zabijasz nawet ludzi
Pomału
Dla sadystycznej przyjemności,
Topisz co popadnie
Koło swojego domu,
Każde istnienie,
Które czuje pełnię bólu
I Ty dobrze o tym wiesz,
Śmiejąc się szyderczo.
Byłaś dla mnie kobietą z zagłady,
Która kiedy tylko może
Bez konsekwencji
Pcha w stronę
Płonącego rowu
I podnieca się tym.
Nie mogłaś mordować ludzi
Tak po prostu,
Więc wyniszczałaś ich skrupulatnie
Różnymi metodami.
Kiedyś pochłonie Cię
Twoje własne piekło
I nie będzie już tylu łez wokół Ciebie.
Gałęzie przeszywają mnie na wylot jak żyły.
Orkiestra obozowa z Auschwitz
Tak naprawdę nigdy nie przestała tam grać.
Idę w rytm melodii
Przez obóz życia
Coraz głębiej
W mrok i pustkę.
Szczęście może też przybrać wymiar
Różowego obozu zagłady.
Pedagog
Moim obowiązkiem jest
Tworzyć lepszą rzeczywistość
Dla dzieci,
By wyrastały na istoty,
Które potrafią kochać,
Wierzyć w prawdę, piękno i dobro.
Moja praca jest budowaniem
Z niczego
Dla innych
Przestrzeni
Ze światła,
Ale wokół jest tyle mroku,
Gett i nowych obozów -
Że to wymusza na mnie,
Aby zakończyć swoją pracę...
Zmagać się w sobie,
Wiem, że im jest ciemniej,
Tym muszę dawać z siebie
Jeszcze więcej
Ostatnich ogarków ciepła.
To jest dla przetrwania
Innym,
Słabszym,
Opuszczonym,
Jacy mają pozornie wszystko.
Mnie zrodził wiek XX,
Wyrzucił pośpiesznie w wiek XXI, miał być lepszy,
Bez wojen.
Miałam czas dorosnąć pośród pól,
Kwiatów,
Ludzi z nadziei.
Miałam tylko to.
To przecież starczy,
By zbudować most
Do przeszłości
Tym innym, aby zaczerpnęli jak tchu
Z minionego świata,
Z wieku,
W którym jednak było mniej obozów na świecie
Niż teraz.
Jest tak wiele gett XXI wieku,
Zamknięto nas w znieczulicy,
Pogardzie,
Wmówiono grzech istnienia.
Opleciono nas zewsząd kolczastym drutem,
Zbudowano między nami wysokie i grube mury.
Jestem sobie w takim getcie beznadziei,
Pracuję zdalnie.
Nie mogę wyciągnąć ręki,
Choć widzę jak uchodźcy toną.
Nie mogę w globalnym świecie
Bez granic
Spojrzeć w oczy dziecku,
Które boi się, bo trwa bombardowanie.
Nie mogę powiedzieć nic, uspokoić.
Nic.
Nie jestem w stanie -
Co mam przekazać, ja, człowiek zrodzony
Z końca XX wieku,
Jaki miał dawać światu nadzieję po tylu dramatach?
Nie potrafię wstrzymać bomb,
Które lecą na dom rodziny.
Nie umiem ukołysać dziecka,
By przestało płakać.
Mogę tylko wyć razem z nim...
Po drugiej stronie ekranu.
Ono nawet nie wie,
Że ja jestem, uczestniczę w tej tragedii,
Że ona mnie przeszywa,
Bo ja spotykałam ludzi z obozów zagłady,
Wysiedlanych, podpalanych w miastach,
Osaczanych,
Jacy wracali po wojnie
Na klepiska,
Gdzie stały ich kamienice wcześniej.
Sąsiedzi wystawali z ziemi, jak mumie,
Przypominali bryły, przepalone.
I znowu udaje się zaduszać życie
W różnych rejonach świata,
A mojego krzyku nikt nie słyszy
Zza szyby komputera.
Wierzę w głos poety,
Który rozrywa się
Jak rażone drzewo na pół,
Aby wyrosło z niego nowe życie,
Które będzie miało
Możliwość większej siły sprawczej.
Wyznaję wychowawczą moc słów
I to, że nie wolno mi
Przestać pisać.
Każdym strumieniem świadomości
Podmywam świat,
By sukcesywnie
Obmywać go
Z nienawiści,
Wojen,
Nowej zagłady.
Prostytutki z Auschwitz
Przypisałam się
Do najcięższego rodzaju
Pamięci.
Wszędzie błoto,
A one chodzą na szpilkach.
Buty ich wysokie ponad to
I los więźniów, choć one też
są nimi... Wywyższone szalami,
Pachnące perfumami,
Pośród wielkiego odoru...
One idą w głąb obozowej przestrzeni pewnie.
Niesie się za nimi piękna woń
I miesza z obłędem odchodów,
Wrzynających się do nozdrzy
Swoim majestatem powszechnego zwątpienia
I jedności losu, jednak bywającego
Nierzadko wybiórczym.
Paskudne doświadczenie zmysłowe.
One mają być może nawet jakieś
prowizoryczne podpaski.
Innym krew sączy się po brudnych
I owrzodzonych nogach,
I obrywają za to,
Że są kobietami
W rozkwicie wieku.
Na ironię
Grają współtowarzyszom,
Długie suknie niosą w dłoniach
Jak królowe,
Innym razem zakładają króciutkie spódniczki.
Przysługuje im w zasadzie tu dowolność,
Byleby wabiły, kusiły, nęciły (tak sądzę),
Zwiększały wydajność fabryki śmierci.
Śmierci się nie boją,
Wybrały inny los,
Ale sądzę, że nie lepszy -
Prostytutki z Auschwitz.
Co się z ich umysłami działo po wojnie?...
Opowieść nie/swoja
Zdarzyła nam się miłość
odległa, z tych niemożliwych i nieprzystających
do rzeczywistości,
tak więc Ty idziesz tamtą doliną,
a mnie nie ma
nawet u górskiego szczytu,
by patrzeć jak ją samotnie przemierzasz
obok mnie. Obok mnie wędrujesz do mnie
i mijasz mnie w każdym tłumie
pojedynczego spojrzenia ludzkiego,
nieludzko okaleczającego. Dobrze byłoby
byś przez ostrożność mijała mnie także
w każdym śnie, szczególnie rodzącym się o poranku,
bo możemy spotkać się w tłumie
w drodze do tego samego sklepu,
choć są ich setki w mieście przepełnionym
po brzegi człowiekiem,
które umiera co dnia przez gęstość zaludnienia
z samotności.
Nie mogę prowadzić Cię za rękę,
bo zdarzyła nam się miłość nie z tego świata,
choć zrodzeni z niego -
musimy trzymać się z dala,
przez bliskość naszą, jaką mamy ku sobie.
To Ty do mnie pierwsza podeszłaś.
Mogę mówić o sobie: Ja, człowiek,
ale to nic nie zmieni.
Byłaś już dojrzałą kobietą,
kiedy ja zaczęłam wyrastać z piasku,
świata miniatur, gdzie problemy
nigdy nie miały znaczenia.
Wszystko było możliwe, potem urosło ze mną
jak babki stawiane na piasku
pod kopułę deszczowo-rozedrganego nieba.
Mogłabyś być moją matką...
Śmierć
Umrę, wiesz co to znaczy?
Bo ja jeszcze tego nie wiem.
Wyobrażam sobie tylko swoje istnienie
oderwane od sztucznego bytu,
którego od pierwszej chwili
ktoś pierwszy lepszy
mógł mnie pozbawić,
jakiś niby to lekarz, niby człowiek -
wydobywając z głębi ciała kobiety
żelaznymi sztućcami -
rozwijający się zarodek -
miażdżąc mu mniej, bardziej zręcznym ruchem
głowę... Ale to tylko moja subiektywna
perspektywa.
Ciało innej kobiety to nie moja skrzynia biegów,
by dała mi wylecieć poza siebie
jak samochód na autostradzie.
Zależę od początku od innych.
Dopisuję te wersy,
by wyrównać rachunek, bo czasem się myliłam,
ale nie chcę się wyprzeć siebie, do końca,
którym człowiekiem byłam,
zanim dojrzałam, bo moja droga
będzie dla innych dowodem, że można wyjść
z każdego marazmu
i swojej wersji zdarzeń - ku Prawdzie,
nawet jak nas boli.
Szymborska w chwili słabości
i niedoinformowania
napisała poemat ku czci Stalina,
ale kim bylibyśmy, gdyby nie funkcje
umysłu - "zapomnij i daj żyć innym".
Straszny jest świat człowieka, w którym rodzimy się
nie sobą,
potrafimy czaszki swoje jak łupiny orzechów
nożycami rozgniatać
i czuć zadowolenie ze swej pracy -
tak kiedyś pisałam i nie zamazuję tego...
Każdy przechodzi swoje próby człowieczeństwa.
Czasami moje wartości kolidowały
z prawami innych.
Wychowała mnie bowiem rzeczywistość
konserwatywna, a każda skrajność
to błąd logiki i sumienia,
ale musiałam to sama zrozumieć,
przez czas, jaki los mi dał. Za nic.
Umrę, wiesz co to znaczy?
Mam 25 lat, wschody i zachody słońca znam
na pamięć, noszę w sobie
przez dni całe, zachmurzone.
Wiem jak się chodzi, biega, smuci i uśmiecha
i jak boli roztrzaskane kolano.
Mam swoje ulubione miejsca,
do których będę wracać,
bo zdarzył się w moim życiu czas,
aby poznać do nich drogę.
To ważne jak i kiedy się umiera -
Pisałam przed laty,
chwaląc się piórem od premiera,
który...
Napisałam tym piórem,
że mam prawo się nie zgadzać.
Mało brakło, a wypisałabym sobie
własne unicestwienie,
dla idei. Pojęłam, że tylko w teorii
bywają piękne,
a w rzeczywistości nierzadko
są zbrodnicze.
Papierosy Szymborskiej
To jeden z wierszy, jaki znalazł się w "Antologii Poetów Polskich"
(2016 rok), w wersji nieco innej
W kłębach dymu unosi się wspomnienie.
Kłęby dymu noszą przedziurawione wspomnienia.
To ważne było, skoro było.
Szymborska mająca 24 lata
biegnie przez miasto w kolorowej sukience,
siada na poniszczonej, zielonej ławeczce.
Nie mogę tego wiedzieć, ale wiem.
Takie jest moje osobiste o niej wspomnienie.
Ocalona ponad szare ruiny miasta, o które potyka się
patrzy w ścianę, mur - jaki ocalał jak ona
i widzi we wspomnieniu na piętrze nieba
lustro nieprzebite kulą
jak jej serce.
W jej oczach i jego tafli
odbijają się chmury,
które pędzą przed siebie.
Szymborska ma 24 lata.
Ma kolor skóry czarny aż złoty,
posiada obręcze na długiej szyi.
To sen.
Szymborskiej, Różewicza.
Ludzi wojny,
który zdarza się, skoro się zdarza.
Szymborskie, małe dziewczynki swej epoki,
żyjące mimo śmierci,
nieanonimowe.
Masowe sny o wojnie jak anonimowe groby
na Cmentarzu Rakowickim
z przetrąconym krzyżem
mimo braku wojny.
Lustra ocalone, groby wypełnione
krwią, która zasłoniła oczy,
jakie napotkały
kule błądzące,
śmierć roznoszące wśród ludu umiłowanego.
Miłość na wieży Babel
Bardzo chcesz wierzyć, że to jest miłość,
ciągle o niej mówisz, by tak przyjęło się mówić.
Spotkanie to było nagłe, nieoczekiwane.
Od razu połączyłaś nas ze sobą, czym się dało.
Chciałaś, byśmy wracały każdego dnia
do wspólnego domu,
siadały przy jednym stole, budziły się
w tym samym łóżku obok siebie,
patrząc sobie wciąż ze zdumieniem w oczy,
zastanawiając wspólnie jak to mogło się wydarzyć.
Zastąpić chciałaś mi cały świat, ojca, matkę,
przepędzić z mojego nieba widmo studenta
szukającego pracy w dobie kryzysu,
zatrudniając w swojej firmie.
Brak człowieka był dostrzegalny
w Twoim codziennym życiu od dawna.
Jest muzyka, która nie jest sobą, ale wiele osób
jej słucha i ją wielbi,
więc to istnienie ma rację bytu.
Czy wszystko zdarzyło się tylko przez samotność?
Odurzyć się jakąś miłością?
Zatrzymać kogoś przy sobie, kogo można jeszcze
wychować, aby był obok, niezależnie
od mijającego czasu.
Spytałaś kiedyś, czy wyobrażam sobie
seks za parę lat
z kimś podobnym do swoich rodziców... I dodałaś...
Że nie wyobrażasz sobie porzucenia,
kiedy będziesz stara,
a ja w pełni sił odejdę
do innej.
Odchodzę nim zdążyłaś się zestarzeć...
Wciąż nie rozumiemy swych pytań,
jak na Wieży Babel.
Mam 25 lat
Przeżyłam II wojnę światową,
dwa obozy... Ze wspomnień żywych po dziadku.
Śni mi się w nocy obóz.
Pot spływa po czole.
Widzę kominy długie do nieba,
jedyną drogę ocalenia -
uciekam w pasiaku,
ale przestrzeń się obraca
i wpadam do komory... Sen zawsze tak się kończy,
jak w życiu kuzyna dziadka...
Piszę dużo o wojnie,
jakbym ją przeżyła.
Mój pierwszy tomik
był pisany rozstrzelanymi słowami
jak w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego.
Opisałam tam swoje życie,
wszystko działo się szybko.
Rozpoczął się wiek XXI, na ekranie
wybuchły dwie wieże.
My wtedy zaczęliśmy dorastać, w erze zamachów
na wszystko
jak wielkie promocje, które skoro są sobą
to nie są sobą.
To, co nielogiczne stało się jedyną słusznie
wyznawaną logiką,
uczciwą, będącą sobą, skoro nielogiczną.
Pod ostrzałem czasu
rozrastaliśmy się jak drzewa na niebie
tworząc pajęczynę
na ulicy
swojej podwórkowej tożsamości.
Świat już nigdy nie był taki sam, spokojny, pewny.
Czas przyśpieszył. Z 11 lat zrobiło się 25.
Wyrosłam na boisku pod dziurawym niebem.
Patrzymy na niebo, na którym jest smog,
choć jesteśmy oddaleni od Krakowa,
mieszkamy na wsi.
Nie da się ukryć, bo to widać i na niebie,
że oszukano nas. Oddychamy nawet śmiercią,
spożywamy ją, pijemy,
jest także obecna na wigilijnym stole.
Podajemy ją sobie z rąk do rąk,
naszym najbliższym wprost do ust,
a obok biały opłatek, symbole życia,
wiary, nadziei i miłości...
Nie trzeba karabinów i bomb,
cyklonu i atomu,
obozów zagłady,
by zniszczyć świat.
Nowa wojna w Europie trwa.
Powinniśmy być już zawsze czujni.
List polecony do Pana Cogito
Szanowny Panie Cogito,
niepokoi mnie Pana nieobecność w świecie ludzi.
Co Pan robi, kiedy Pana nie ma?
W ciszy jak łódka złożona z dłoni położony
odpływa Pan uśmiechając się -
szepcze jeszcze światu do ucha:
Panta rhei.
Szanowny Panie Cogito,
choć staram się do Pana pisać
poezją na skraju prozy jak wiosną na przełomie
lata - zapewniam Pana,
wszystkie rzeczy mają się w świecie dobrze.
Panuje wszechobecny chaos, by ciągle
można było stwarzać z niego nowy porządek.
Tak, wojny wciąż trwają, pochłaniają nowe żywoty.
Kiedy się skończą? Och, Panie Cogito,
czy Pan żartuje
z takich kwestii?
Oczywiście nigdy! Wojny są stare jak świat.
W Europie wybuchała nowa wojna
pod Pana nieobecność.
Wiem, to brzmi strasznie.
Poeci są potrzebni, wciąż rodzą się nowi,
ale wie Pan, jak jest z poezją.
Biją na alarm wszystkie strofy,
pękają wieże z ludzkich kości.
Tak, nic nie da się zrobić.
Proszę się wygodnie rozłożyć na kozetce czasu,
wyciągnąć na wszystkie strony
i odpłynąć do pełni, gdzie nasze przeznaczenie.
Gdzie nasze przeznaczenie?
Co z moim głosem wewnętrznym?
Sumienie ma się dobrze.
Świecą jego nagie ściany pustką.
Tak, drzwi zostały szczelnie zamknięte,
aby słońce nie wypaliło białych plam na ścianach
do reszty.
I tak pękają na połowę.
Wszyscy poeci mają się dobrze,
żywi, nienarodzeni i martwi,
choć te dwie ostatnie kategorie...
Są jak słońce i deszcz, które zmierzają
w swoją stronę.
Brakuje do spotkania tylko tęczy.
Nowi wynurzą się ze starych genów,
jakie w grobie złożone.
Jesteśmy ciągłą transmisją danych.
Panie Cogito, widziałam wczoraj na ulicy
o zmroku twarz jak Pana. Wynurzyła się
z pięści latarni, wydłużała jak kot, zbiegła
wreszcie po ulicy
i zniknęła za oświetlonym pełnią księżyca
szerokim blokiem.
Tam był las z topól.
Ludzie chodzili z rzadka.
Narodziny
Niewiele większy od orzecha.
Skłębiony jak światło padające
z zaciśniętej dłoni,
wydzierając się z jej zamkniętego wnętrza -
od początku wołam ku światu.
Wołanie me było nieme.
Człowiek, oto jestem, wyłoniłem się z próżni,
mogłem być rybą, mieć łuski, skrzela, płetwy.
Rozumieć rozumem rybim,
być zatłuczonym losem karpim tępym młotkiem
powoli,
ale dokładnie
na czas świąt, aby sprawiać radość swym martwym
widokiem.
Mogłem prężyć koci grzbiet ku słońcu,
ostrzyć pazury o pień drzewa, targać dla przetrwania
kłami surowe mięso
i połykać je bez żucia lub być połykanym.
Jestem człowiekiem, przysługuje mi
dwunożny chód.
Mowa. Mogę komunikować swoje potrzeby,
liczyć na pomoc, ratunek w razie nagłej potrzeby.
Wznoszę budowle, jakie są trwalsze nad mój żywot.
Jestem, ale mijam.
Pojawiłem się, nazwano mnie imieniem.
Przysługiwały mi ludzkie prawa.
Miałem marzenia i realizowałem je.
Nauczyłem się ludzkich zasad i przestrzegałem je.
Nie wyzwolę się nigdy jednak z praw biologii,
które warunkują czas trwania,
moje czynności życiowe,
od jakich nie mam wakacji, przez dziesiątki lat,
póki żyję.
Nie wiem, co potem...
Jestem człowiekiem, patrzę w GWIAZDY.
Tyle jeszcze mam do odkrycia.
Pięść czasu kruszy góry i przesuwa oceany.
Z jednej komórki mogą zrodzić się całe światy.
Życie ginie i odradza się na nowo.
Polisa na życie
Mam 21 lat.
Z tego trzeba odliczyć podatek
na budzenie się, zasypianie, wstawanie,
bezsenność, sny,
chodzenie bez celu i z celem jakimś.
Obiady, śniadania pierwsze, drugie, trzecie
i kolacje, podwieczorki także itd.
Ubieranie, wreszcie wychodzenie
i przede wszystkim wracanie.
Wracanie. W-r-a-c-a-n-i-e-e-e-e...
Choroby.
Kolejki na poczcie, w banku, po dorosłość...
Czekania dziesiętne na ciebie, ciebie i ciebie,
który w to samo miejsce nie przyszedłeś.
Na listy oczywiście niewysłane, które wciąż idą
po świecie.
Podobno przynajmniej.
Na autobusy i tramwaje, statki powietrzne,
które nie przyleciały, a co dopiero
gdzieś z nimi stąd odlecieć...
Albo tylko czuwanie nad czyimś łóżkiem,
w nocy, w dzień, rano, wieczorem.
Na zdrowie jego latami,
które tysiące razy go jednego ominęło.
Wypełnianie papierów i ich kreślenie.
Darcie. Ogniem poprawianie.
Reszta to chodzenie do szkoły,
potem do uniwersytetu tego i tamtego,
i pomiędzy jeszcze jeden.
Pomyłki.
Uczenie, ale nie dla życia.
Sprzątanie, żeby zawsze zostawić po sobie
jakiś bałagan,
który z konieczności braku miejsca
musi sprzątnąć ktoś inny
raz na zawsze, a tobie to się nie udało nigdy.
Tyle prób daremnych, póki się żyje.
Mam 21 lat, zaraz 22,
a potem może 23
i jak pójdzie jak szło - to tak dalej.
Żeby wyrzucić chociaż ten śmietnik ze środka.
Nie jeść, nie pić, nie spać.
Zrobiłoby się miejsce na trochę
autentycznego istnienia?
Podróże Donikąd
Z nieodbytych podróży nad Adriatyk
mam plik pocztówek.
Rozsyłam je sobie wirtualnie na kilka
adresów mailowych.
Docierają co drugie w różnym terminie.
Listonosz przychodzi rzadko,
a właściwie to wcale -
odkąd chodzę na studia dzienne
nie nadchodzą listy z uczelni napominające
o zapłatę czesnego...
Z nieodbytych podróży w Himalaje
mam wiele wspomnień.
Rysuję widoki.
Podobno są piękne.
Księżyc wisi nisko nad górami.
Chciałoby się zaśpiewać zasłyszaną
jakiegoś wczoraj piosenkę -
"Góry moje, wierchy moje"...
Mieszkamy pod górami.
Mówią, że jesteśmy góralami. Rozmawiamy gwarą.
Widać stąd dobrze Babią Górę. Góruje nad okolicą.
Już marzec, ona jest cała zaśnieżona, a tu tak ciepło.
Niedaleko naszej granicy toczy się wojna.
Powtarza się, że jakby co -
można więcej pracować,
wykupić mieszkanie w jakimś Rzymie.
Uciec przed wojną.
Babka dożyła drugiej wojny w Europie...
Zaczyna opowiadać o głodzie.
Żywe są w pamięci krajobrazy znad Oświęcimia -
dymy, kominy, ludzie
wywożeni w głąb Niemiec.
Pociągi podążające na Wschód.
Tylu przodków nie wróciło z wojny.
Kompozytor
Pod batutą kompozytora milkną sny.
Jak głuchy Beethoven potrąca mnie w Krakowie
Zagajewski
skrzydłem swego ramienia, jakie utknęło w kieszeni.
Utknął w klatce nieba z gołębiami, które wpadają
pod tramwaj
lecąc za ziarnem.
Nigdy nie wyobrażałam sobie takiego spotkania
z poetą... Ale czy można było oczekiwać innego?
Jego trzeźwego spojrzenia za dnia?
Czy nocą pisał?
Czy upajał się poezją?
Kiedy zaaplikował sobie ostatnią dawkę?
Ewidentnie był pod wpływem czegoś, niesiony
przed siebie, w zapomnienie -
szedł w otchłań ciemną miasta,
wokół budynków obszarpanych
jak z jego snu o wojnie.
Krew gołębia, niewinna spływała
z ziarnami po szynach.
Dokąd jadą tramwaje z ludźmi?
Zatrzaskują się z sykiem drzwi.
Tramwaje odjeżdżają pełne, kołysząc się na boki.
Jadą jak po maśle - po kościach gołębich.
Tylko kto i po co - rzuca ziarno na szyny?
Kto nauczył mnie takich skojarzeń?
Mój dziadek był w czasie wojny w obozie,
drżał o każdy
dzień swojego istnienia, aby nie był
ostatnim. Mam to wtłoczone przez krew.
Kuzyn dziadka nie wrócił,
został zamordowany w Oświęcimiu.
Co by powiedział? Jerzy, mam na imię Jurek.
Jest marzec, zbliżają się moje 20-ste urodziny.
Jestem w obozie, wysłano mnie na śmierć.
Niedługo wypłynę przez komin.
Nie zagram już w klubie w piłkę. Rodzina do końca
będzie żyła z pytaniem,
co się właściwie stało? Nie okazałem
dokumentów, zapomniałem.
Dlatego mnie zabrali (ludzie o tym mówili sobie).
W Oświęcimiu skończyły się moje sny.
Przecięła je nowa dostawa ludzi do pieca.
Zostałem zapakowany jak towar z krwi i kości
i przetransportowany do miejsca, które stało się
moim cmentarzem. Podróż nie była długa,
stąd, miasta moich spełniających się snów, Krakowa,
tutaj - do kolczastego miasta
z błota i betonu.
Jeszcze pożegnałbym się z mamą... Wygląda teraz
na pewno przez okno... Czeka na mnie.
Żyją ci, jacy mnie pamiętają, starsi wtedy ode mnie.
Minęło tyle lat. Pamiętają mnie,
mój wygląd, jak byłem młody i nie do umierania.
Nie mam dzieci. Już nikt mnie nie słucha.
Jestem jak sen, ale w który nie wolno wątpić.
Ten koszmar się zdarzył. Naprawdę, wypłynąłem
przez komin i stałem się mgłą.
Oddychali mną ludzie. Komin był z cegły.
Leżałem wraz z innymi - oczekując jak spłonę...
A może to nie tak, nie wiem, co się stało potem.
Nie interesowałem się już tym.
Było za straszne, zamknąłem oczy i skurczyłem się
w sobie jak orzech, podciągając do gardła kolana.
To mógł być jednak strzał, nie skonałem
z wycieńczenia, byłem silny, ledwo tu przyjechałem,
zabrali mnie zaraz.
Może pomyliłem siebie z kimś. Stos trupów.
Miałem urodę jak Rom... Wszyscy tak ciągle mówią,
że to pewnie dlatego.
Powiedziałem im, że jestem chrześcijaninem,
odnotowali,
to źle?
Do dziś jest ta informacja w Muzeum,
że przyznałem się - i jeszcze data urodzin
i śmierci -
w tym samym miesiącu urodziłem się i umarłem,
ale nie doczekałem 20-stych urodzin.
Moje prochy są w nim,
gdzieś w tym wielkim Muzeum,
jakie jest strzępkiem tego, co było,
wielkiej maszynerii zagłady. Nie ważne już.
Mam na imię Jerzy, nie ma mnie, ale byłem i żyłem
do tego momentu szczęśliwie.
Zapamiętajcie to, że nie mam prawa głosu,
ale mam dalszą rodzinę.
Nazywam się Jerzy Konopka,
zginąłem w Oświęcimiu
wiosną 1943 r.,
bo zapomniałem z domu przy okazaniu
dokumentów.
Śpieszyłem się na pociąg...
Dotąd żyć będę - dopóki pamięć o mnie
będzie wyrazista
jak teraz.
Moja historia uderza i wstrząsa, jest jedną z wielu.
Opowiedziałbym Wam sam o wszystkim dziś,
ale jak wielu - nie przeżyłem