1
Transformacja miała miejsce około 2.23 nad
ranem standardowego czasu pacyficznego. Na ile mogę stwierdzić, wszyscy,
którzy przebywali wewnątrz budynków, gdy to się stało, umarli w jednej
chwili. Jeśli mieliście jakikolwiek dach nad głową, byliście trupami.
Dotyczyło to również samochodów, samolotów i wagonów metra. Nawet
namiotów i kartonowych pudeł. Spotkało to pewnie nawet tych, którzy
schronili się pod parasolami. Chociaż muszę przyznać, że co do tych
ostatnich nie mam pewności.
Nie będę ściemniać. Wy wszyscy, którzy byliście gdzieś w środku, śpiąc w ciepełku i pewnie śniąc o czymś totalnie przypadkowym? Zazdroszczę wam.
Mieliście prawdziwe szczęście. Zniknęliście w ułamku sekundy, obróceni w pył w momencie transformacji.
Był wtorek i kalendarz od niedawna oznajmiał trzeci stycznia. Nad
Ameryką Północną szalała okropna zawieja i połowa kraju zniknęła pod
śniegiem i lodem. W Seattle tej nocy nie śnieżyło aż tak bardzo. Jednak
temperatura spadła poniżej zera, co oznaczało niezwykły chłód, nawet jak
na styczeń.
Jestem pewien, że w innych częściach świata, gdzie panowała lepsza
pogoda i nie był akurat środek nocy, przetrwało więcej ludzi. Znacznie
więcej.
Mogę się też założyć, że większość z nich w tamtym krytycznym momencie
miała na sobie coś więcej niż ja. I większość tych gnojków była dość
sprytna, żeby nie iść w stronę światła.
Jeśli chodzi o mnie, nie dano mi wyboru. Jak już mówiłem, panował mróz.
Znalazłem się na zewnątrz. I miałem na sobie bokserki, skórzaną kurtkę i parę różowych crocsów, które ledwo na mnie pasowały.
Trzymałem również wrzeszczącą, drapiącą, wyrywającą się i syczącą kotkę
o imieniu Królewna Pączuś Tłuścioszek z Queen Anne. Była szylkretowym
persem wartym więcej niż moje roczne zarobki. Moja eks wołała na nią po
prostu Królewna Pączuś. Ja skróciłem jej imię do samej Pączuś.
Pozwólcie mi cofnąć się w czasie o dziesięć minut. Nie będę zanudzać was
niepotrzebnymi szczegółami, ale niektóre z nich mogą okazać się istotne.
Nazywam się Carl i mam dwadzieścia siedem lat. Po służbie w straży
nadbrzeża znalazłem pracę jako mechanik morski przy naprawach systemów
elektrycznych na łodziach-imprezowniach należących do bogatych gnojków.
Aż do kilku dni przed rozpoczęciem tych wydarzeń mieszkałem z dziewczyną
w Seattle.
Miała na imię Beatrice. Bea. Poleciała na imprezę noworoczną na Bahamy z paczką przyjaciół. Nie powiedziała mi, że zabrał się też z nimi jej
były, ale doszedłem do tego dość szybko, gdy zobaczyłem na Instagramie
zdjęcie z nią na jego kolanach.
Nie lubię dramy i kiepsko sobie z nią radzę. Nie miało znaczenia, czy
mnie z nim zdradziła, czy nie. Skłamała, więc zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że z nami koniec. Obiecałem, że spakuję wszystkie jej
rzeczy, zanim wróci. Zero dramy. Żaden kłopot. Ale między nami
skończone.
Poprosiła swoich rodziców, żeby odebrali kota, ale mieszkali po drugiej
stronie Gór Kaskadowych i nikt nie miał szans przejechać przez przełęcze
o tej porze roku. Obiecałem, że zajmę się kotem, dopóki Beatrice nie
wróci.
Pozwólcie mi opowiedzieć o kotce Pączuś. Jak już wspomniałem, jest
jednym z tych puszystych stworzeń o płaskim pyszczku, które wyglądają,
jakby ich miejsce było na kolanach czarnego charakteru z Bonda. Bea i ja
dzieliliśmy mieszkanie z dwiema sypialniami i jedna z nich należała do
kotki. A bardziej konkretnie, znajdowały się tam wstążki dla
"Najlepszego kota dorosłego", "Najlepszego kota w kategorii rasa" oraz
dziesiątki trofeów i oprawionych zdjęć, na których Pączuś wyglądała na
rozwścieczoną i puchatą, zaś Bea i sędzia stali za nią. Bea musiała mieć
chyba z pięćdziesiąt takich zdjęć. Wygrywała całe zatrzęsienie tych
wstążek, trofeów i zdjęć praktycznie za każdym razem, gdy zabierała
Pączuś na wystawę. A Bea zabierała gdzieś kotkę praktycznie w każdy
weekend.
Cała jej rodzina zajmowała się hodowlą i wystawianiem kotów perskich. Ja
miałem o świecie kocich wystaw średnie pojęcie. Nie chciałem się w to
mieszać. Jak już mówiłem, nie lubię dramy. A pozwólcie, że powiem wam
coś o kociarzach -?a konkretniej o kociarzach, którzy chodzą na wystawy.
Albo nieważne. Niech się jebią. Najważniejsze, żebyście wiedzieli, że
Bea i Pączuś były częścią tego świata, a ja nie chciałem mieć z nim nic
wspólnego.
Nigdy nie uważałem się za szczególnego fana kotów. Gdybym jednak miał
być szczery, to lubiłem Pączuś. Tej kotki nie obchodził absolutnie nikt
i nic, a ja umiałem to uszanować. Jeśli Pączuś chciała siedzieć mi na
kolanach, kiedy odpalałem PlayStation, to siedziała na moich kolanach.
Gdy próbowałem ją podnieść, syczała, drapała i wskakiwała na mnie z powrotem. Potem zwracała w moją stronę ten krzywy pyszczek, jakby
chciała powiedzieć "i co mi możesz zrobić?".
Nieraz kusiło mnie, żeby ją udusić, ale nie jestem totalnym gnojkiem.
Poza tym umiałem uszanować wytrwałość tego małego monstrum. Niektórzy
kumple robili sobie ze mnie jaja, że spędzam tyle czasu z puchatym
koteczkiem wartym więcej niż moje roczne zarobki, ale ja to lubiłem.
Lubiłem czuć ten kłębek futra na kolanach.
Jedną z żelaznych i nienegocjowanych zasad Beatrice był absolutny zakaz
palenia w mieszkaniu. Po naszej kłótni i zerwaniu podjąłem wysiłek, żeby
palić tyle, ile tylko się da. No wiem, niezbyt to dojrzałe, ale pogoda
była lodowata. Pączuś nie przepadała za dymem; poza tym zapach
papierosów zostawał na jej futerku. W ramach kompromisu uchylałem przy
paleniu okno.
Kiedy więc o drugiej nad ranem obudził mnie koszmar, doszedłem do
wniosku, że potrzebuję papierosa. Wyjąłem paczkę, uchyliłem okno i zapaliłem.
Pączuś, która spała tuż obok mnie na łóżku, właśnie w tym momencie
uznała, że po raz pierwszy w swoim kocim życiu chce wydostać się na
zewnątrz i zbadać teren. Wskoczyła mi na ramię, a potem z okna
pierwszego piętra na drzewo przed oknem. Tak po prostu. Otwierałem to
okno dziesiątki razy w ciągu poprzedniego roku i Pączuś nigdy nie
zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Jednak tej właśnie nocy -
najzimniejszej nocy w roku -?postanowiła wyruszyć na ekspedycję lądową
jak Lewis i Clark w 1804 i opuściła mieszkanie.
Zsunęła się po pniu, powąchała parę razy chodnik, po czym natychmiast
zdała sobie sprawę, że jest zajebiście zimno. Jej przygoda zakończyła
się tak szybko, jak się zaczęła -?Pączuś wbiegła na drzewo i posłała mi
spojrzenie z gałęzi, którą od okna dzieliło jakieś półtora metra. Żądza
przygody całkowicie ją opuściła i kotka postanowiła nie ryzykować skoku
do wnętrza mieszkania. Zamiast tego zaczęła wyć z całych sił w swoich
kocich płuckach.
Następnych kilka minut spędziłem na przeklinaniu Pączuś i jednoczesnych
próbach zwabienia jej z powrotem do mieszkania. Otworzyłem okno na
oścież, wpuszczając podmuchy lodowatego wiatru do dotychczas przytulnie
ciepłego wnętrza. Puchata czarnobeżowa kocia kulka po prostu sobie
siedziała, narzekając i miaucząc tak głośno, że obawiałem się, że któryś
z sąsiadów obudzi się i ją zastrzeli.
Zostawiłem zimowe buty na suszarce w piwnicy budynku. Nie miałem
pojęcia, gdzie podziewały się moje tenisówki do biegania. Błyskawicznie
podjąłem więc decyzję, której wkrótce przyszło mi żałować: wcisnąłem
stopy w parę crocsów mojej byłej dziewczyny, naciągnąłem na ramiona
ciężką skórzaną kurtkę i wybiegłem złapać kotkę. Jakaś część mnie nadal
powtarzała mi: do chuja z tym, to nie twój kot, niech zamarznie na
śmierć!
Jednak, jak mówiłem, nie jestem aż takim dupkiem. Może i Beatrice nie
zasługiwała na nic innego, ale ona przecież kochała tę cholerną kotkę. A biedna, głupia Pączuś nie miała najmniejszych szans przetrwać w tym
zimnie. Przynajmniej nie długo.
Poza tym kotka była tuż obok, miaucząc, jakby ktoś obdzierał jej kocięta
ze skóry. Zbiegłem na dół, przeskakując po dwa stopnie, popędziłem do
drzewa między naszym blokiem a chodnikiem. Natychmiast pożałowałem, że
nie poświęciłem dodatkowej chwili na włożenie porządnych ubrań. Lodowaty
wiatr wbijał mi pazury w nogi i stopy.
Pączuś siedziała tuż obok na drzewie tak nisko, że prawie mógłbym jej
dosięgnąć. Spoglądała raz po raz na mnie i na otwarte okno. Nadal wyła.
W mieszkaniu na parterze zapaliło się światło. Jęknąłem. Pani Parsons.
Pani Parsons, która uwielbiała narzekać i wysyłać listy ze skargami.
-?Pączuś! -?zawołałem. -?Chodź tutaj, ty mała cholero! -?Wyciągnąłem do
niej ręce.
Pączuś umiała na mnie wskakiwać. Nauczyłem ją to robić. Wystarczyło, że
potrząsnąłem torebką z kocimi przysmakami, a Pączuś skakała prosto na
nie. Mówiłem przez chwilę "kici, kici, kici" i Pączuś skakała czasem na
moje ramię. Przekląłem pod nosem, że nie zabrałem z domu smaczków.
Pani Parsons otworzyła okno.
-?Co się tu dzieje, na Boga?! -?zawołała, wychylając się na zewnątrz.
Głowę miała zawiniętą w jakieś ręczniki, co nadawało jej wygląd
hinduistycznego guru. Jej paciorkowate oczy zatrzymały się na mnie. -
Carl, czy to ty?
-?Tak, proszę pani -?odparłem. -?Bardzo przepraszam. Moja kotka uciekła
przez okno i próbuję sprowadzić ją do domu, zanim zamarznie na śmierć.
-?W tej chwili to ty wyglądasz, jakbyś miał zamarznąć...
Pani Parsons nigdy nie dokończyła zdania.
ŁUP.
To wydarzyło się tak szybko! Cały budynek na moich oczach runął na
ziemię. W jednej chwili stał tam ze wszystkimi swoimi siedmioma
piętrami, a w następnej go nie było. Jednak nie zniknął: patrzyłem
prosto na panią Parsons, gdy to się działo. Wyglądało to tak, jakby cały
blok był wielgaśną puszką zmiażdżoną przez gigantyczny kosmiczny but.
Widziałem to i słyszałem. Wiatr zawiał mi w twarz i na zewnątrz w ułamku
sekundy zrobiło się ciemno. Latarnia po lewej stronie tuż obok mnie
zniknęła. Budynki wokół mnie przepadły. Samochody na ulicy też.
Zniknęło wszystko oprócz drzew, rowerów na stojakach i motoru Marjory
Williams wciąż stojącego przy parkomacie.
Rozejrzałem się dookoła, chwilowo zapominając o lodowatym zimnie. Ledwo
co widziałem tej ciemnej, pochmurnej nocy. W oddali -?dostrzegalnej
teraz wyłącznie dlatego, że budynki runęły -?dojrzałem płonący ogień.
Panowała kompletna, niczym niezakłócona cisza.
-?Co do kurwy?! -?powiedziałem, kręcąc się w kółko.
Kilka przypadkowych rzeczy pozostało na swoich miejscach, jak wspomniany
stojak rowerowy. Znak stopu nadal stał, ale znak z nazwą ulicy tuż obok
zniknął. Nic nie miało sensu. Tam, gdzie zaparkowano na ulicy samochody,
widać było pokryte pyłem wgniecenia w kształcie aut, jakby zostały
wciągnięte w stronę wnętrza Ziemi prosto przez asfalt.
Pączuś skoczyła w moje wyciągnięte ramiona. Spojrzałem na nią. Nie
wiedziałem, co powiedzieć ani co zrobić.
-?Co, do cholery?! -?powtórzyłem.
Z bloku, w którym mieszkałem, pozostał prostokąt gruzu i skłębionego
pyłu. I wtedy zobaczyłem to tuż obok moich stóp.
Była to głowa pani Parsons. Trudno ją było rozpoznać w ciemności, ale od
razu wiedziałem, czym jest.
Wtedy to do mnie dotarło. Nagły szok związany ze spłaszczeniem budynków
był jednym. Tylko że w ich wnętrzach znajdowali się ludzie. Prawie
wszyscy w całym tym cholernym mieście. Do diabła, nawet większość
bezdomnych nocowała teraz w schroniskach. W wiadomościach pokazali cały
materiał o tym, że sprowadzili tam wszystkich ze względu na wyjątkowy
mróz. Była cholerna druga nad ranem w poniedziałek. Wszyscy byli w swoich łóżkach. I to oznaczało, że wszyscy nie żyli!
Kręciłem się w kółko jak skończony idiota, nie wiedząc, co począć. Było
mi niedobrze. Pączuś zaczęła się wiercić, uznawszy najwyraźniej, że
jestem bezużyteczny. Podrapała mnie, ale nie wypuściłem jej z rąk.
Wtedy usłyszałem męski, maszynowy głos.
Przemówił do mnie wewnątrz mojej głowy. Był jak fizyczny obiekt, jak
gwóźdź drapiący po mózgu. Nie przemawiał po angielsku, ale rozumiałem
go. W miarę jak mówił, słowa pojawiały się w powietrzu przede mną.
Niedobitki ludzkości, słuchajcie uważnie!
-?Co? -?powiedziałem na głos. -?Co to takiego? Kto tu jest? -
Spróbowałem kopnąć unoszący się w powietrzu tekst, ale za mały na mnie
crocs odleciał z mojej stopy. Podskoczyłem i szybko wepchnąłem nogę z powrotem do buta. Słowa poruszały się za mną, falując kilka metrów od
mojej twarzy.
Nie były nawet napisane łacińskim alfabetem. Wiły się w dół, nie z lewej
do prawej. Mimo to znałem je, rozumiałem je, jakbym czytał to pismo
przez całe życie.
Zgodnie z zasadami Syndykatu, subsekcją 543 kodu o Cennych Rezerwach
Pierwiastkowych, w związku z brakiem odpowiedniego wniosku o prawa
mineralne i pierwiastkowe w czasie pięćdziesięciu lat od pierwszego
kontaktu, wasza planeta została skutecznie przejęta i jest obecnie
eksploatowana pod kątem wszystkich pożądanych depozytów pierwiastkowych
przez ustanowionego regenta planetarnego.
Wszystkie wnętrza waszej planety zostały zmiażdżone i z całości surowców
naturalnych -?organicznych i nieorganicznych -?pozyskiwane są właśnie
zamówione pierwiastki.
Zgodnie z ustawą o Odzyskaniu Pozyskanego Materiału oraz subsekcją 35
ustawy o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych wszyscy ludzie,
którzy przetrwali, dostaną szansę wystąpić o zwrot utraconej materii.
Korporacja Borant, która otrzymała regencję nad waszym układem
słonecznym, ma prawo wybrać metodę zwrotu, z czego skorzystała,
wyznaczając opcję numer trzy, znaną także jako osiemnastopoziomowy Loch.
Korporacja Borant zastrzega dla siebie wszelkie prawa do emisji,
eksploatacji oraz innych form kontroli nad Lochem i zatrzyma je, jak
długo przestrzegać będzie regulacji Syndykatu dotyczących odzyskiwania
zasobów planetarnych.
Po przejściu poziomu osiemnastego Lochu władza nad tą planetą przejdzie
w ręce zwycięzcy.
Neutralna obserwująca sztuczna inteligencja Syndykatu -?czyli ja -
została stworzona i wysłana na waszą planetę, by nadzorować ustanowienie
Lochu oraz zapewnić, że należycie przestrzegane są wszystkie zasady i regulacje.
Proszę zwrócić szczególną uwagę na następujące informacje, jako że nie
będą powtarzane.
Zgodnie z ustawą o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych cały
pozostały materiał -?około 99,999999% posortowanej materii -?jest
obecnie wykorzystywany do produkcji podziemnego Lochu. Jego pierwszy
poziom otworzy się mniej więcej osiemnaście sekund po zakończeniu tego
ogłoszenia. Wejścia do pierwszego poziomu będą czynne przez dokładnie
jedną ludzką godzinę. Gdy wejścia się zamkną, nie będzie możliwości
uzyskania dostępu do pierwszego poziomu. Każdy, kto wejdzie do środka,
będzie mógł wyjść dopiero po przejściu wszystkich osiemnastu poziomów
lub spełnieniu pewnych innych określonych wymagań.
Jeśli zdecydujecie się nie wejść do Lochu, będziecie musieli
samodzielnie utrzymać się na powierzchni planety i może to być ostatni
komunikat, jaki otrzymacie w ciągu waszego życia. Wszystkie materiały
oraz pierwiastki przerobione do tej pory przepadną. Będziecie jednak
mogli pozyskiwać i wykorzystywać wszystkie naturalnie występujące zasoby
dla własnej korzyści. Korporacja Borant życzy wam wszystkiego
najlepszego i dziękuje za otrzymaną od was szansę.
Proszę o uwagę wszystkich, którzy pragną wykorzystać swoje prawo do
odzyskania zasobów.
Wasza planeta otrzyma 150 000 wejść do poziomu pierwszego. Wszystkie
będą oznaczone i łatwe do znalezienia. Jeśli zdecydujecie się skorzystać
z wejścia do Lochu, otrzymacie czas równy pięciu obrotom waszej planety
wokół własnej osi, by znaleźć wejście do następnego poziomu. Wejść do
poziomu drugiego będzie 75 000. Wejść do poziomu trzeciego będzie 37
500, zaś do czwartego 18 750. Wejść do poziomu piątego będzie 9375, zaś
do poziomu szóstego 4688. Do każdego następnego poziomu będzie o połowę
mniej wejść, zaokrąglając w górę, póki nie osiągniecie poziomu
osiemnastego, który posiadać będzie wyłącznie dwa wejścia i jedno
wyjście.
Zawodnicy, którzy zdecydują się wejść do Lochu, muszą znaleźć schody i zejść na głębszy poziom przed upływem czasu wyznaczonego dla tego
poziomu. Gdy wyznaczony czas minie, poziom zostanie odzyskany i cała
pozostająca w nim materia, organiczna i nieorganiczna, przepadnie.
Wygenerowany łup i inna materia, która nie zostanie zebrana i wzięta w posiadanie, może być sprzedana na rynkach Syndykatu.
Każdy niższy poziom otrzyma dłuższy czas do pozyskania. Dodatkowe zasady
wejdą w życie, gdy zawodnicy zejdą na poziom dziesiąty. Zostaną one
wyjaśnione, gdy oraz jeśli jacyś zawodnicy do niego dotrą.
Jeśli zdecydujecie się wejść do Lochu, gorąco polecamy znalezienie i skorzystanie ze szkolenia. Wiele z nich zostanie umieszczonych na
poziomach od jeden do trzy Lochu.
Jeśli macie dodatkowe pytania bądź pragniecie złożyć podanie, wszystkie
wnioski muszą zostać dostarczone osobiście na piśmie do najbliższego
biura Syndykatu.
Dziękujemy za udział w działaniach Syndykatu. Miłego dnia!
Ledwo byłem w stanie zrozumieć, co mówił do mnie głos, tak bardzo
zszokowały mnie wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Straciłem czucie w nogach. Za długo stałem na zewnątrz i zupełnie poważnie groziła mi
śmierć przez zamarznięcie, a przynajmniej odmrożenie i utrata palców u nóg. Musiałem wejść do środka -?i to natychmiast.
Tylko że nie było już żadnego środka. Nie było nawet samochodów.
Rzuciłem okiem w stronę ognia, który nadal płonął kilka przecznic stąd.
Musiałem jak najszybciej się przy nim znaleźć. Obróciłem się i zacząłem
truchtać.
Wiatr, który był lekką bryzą, zanim wszystkie budynki zniknęły, stał się
teraz nieustającą lodowatą wichurą cuchnącą oceanem. Pączuś wierciła się
w moich ramionach i drapała mnie, próbując wydostać się na wolność.
Wbiła we mnie ząbki, ale ochroniła mnie kurtka. Mocniej przycisnąłem ją
do siebie.
Czy to wszystko mi się śniło? Czy ktoś przez pomyłkę podał mi środki
halucynogenne?
Loch? Co do ciężkiej cholery? Co to w ogóle znaczyło? Nie mogłem
opanować gonitwy myśli. Natychmiast skojarzyły mi się Pathfinder,
Dungeons and Dragons i inne gry, w które nie grałem od końca służby.
Nie widziałem wokół żywej duszy. Otaczał mnie wyłącznie szum wiatru.
Sygnał podobny do trąbki rozległ się w nocnym powietrzu. Zamarłem i rozejrzałem naokoło. Co teraz? Pomyślałem, że na pewno pojawia się Loch.
Cholera, cholera, to się naprawdę dzieje!
Po lewej stronie, mniej niż trzydzieści metrów ode mnie, pośrodku
miejsca, które dawniej było second-handem, rozbłysło światło reflektora.
Zobaczyłem drugie podobne światło o jakiś kilometr ode mnie. Obróciłem
się i zauważyłem następne, rozproszone po całym mieście.
Nawet z tej odległości czułem gorąco dochodzące z jasno oświetlonej
dziury w ziemi.
Nie zastanowiłem się nawet. Głowa nadal puchła mi od usłyszanych przed
chwilą informacji. Różowe crocsy ledwo pasowały na moje stopy. Ogień
palił się o wiele dalej, niż myślałem. Widziałem już na własne oczy, co
hipotermia robi z ludźmi.
Odwróciłem się więc w stronę światła i pobiegłem.
2
Poziom 1
Czas pozostały do zawalenia poziomu: 5 dni
Ozdobne schody prowadziły w stronę światła.
Każdy stopień wyglądał na wykuty z żelaza i był dość szeroki, by
zmieścić ze dwadzieścia osób idących ramię w ramię. Z wnętrza dziury
promieniowało gorąco. Zszedłem o stopień, lądując nieco niżej, niż się
spodziewałem. Echo moich kroków rozlegało się w jasnym świetle.
W tym mieście mieszkał prawie milion ludzi, ale teraz byłem tu sam.
Pączuś przestała się wyrywać, przywarła do mojego ramienia i zaczęła
warczeć. Witaj -?cudowne ciepełko zapraszało mnie coraz głębiej w stronę
światła. Nogi i stopy, w których zdążyłem stracić czucie, zaczęły mnie
piec. Nie spędziłem na zimnie dość czasu, żeby doznać większych szkód,
ale nieźle się odmroziłem.
Schody wydawały się nie mieć końca. Na stopniach wykuty był dziwaczny
wzór przedstawiający coś, co mogło być rybami. Albo demonami.
Płaskorzeźby w niemal azjatyckim stylu sprawiały, że czułem się
nieswojo. Tych schodów nie było tutaj jeszcze kilka minut wcześniej.
Cała ta przestrzeń wykonana została z budynków, samochodów i ludzi z Ziemi. Kto to zrobił? Jak tego dokonał?
Gdy dotarłem do końca schodów, temperatura osiągnęła przyjemne i wilgotne 25 stopni. Metalowe stopnie przeszły w marmurową podłogę
prowadzącą do ogromnych drzwi, wysokich co najmniej na dziesięć metrów i tak samo szerokich. Na drewnianych wrotach wyrzeźbiono postać
gigantycznego rybiego demona, tak samo jak na stopniach schodów.
Podniosłem na nią wzrok.
-?Co to jest, do cholery? -?wymamrotałem pod nosem.
Gdy wpatrywałem się w drzwi, pojawiło się nad nimi okienko z informacjami. Stało się to tak nagle, że instynktownie się cofnąłem.
Miałem wrażenie, że znalazłem się wewnątrz gry albo miałem w oczach
specjalne soczewki kontaktowe, które wyświetlały przede mną użyteczne
wskazówki i informacje. Okienko miało nawet umieszczonego w rogu iksa,
żeby je zamknąć.
To przedstawienie wizualne kua-tina, dominującego gatunku systemu Borant
i właściciela Korporacji Borant. Pamiętaj o tych gościach! Będą potem na
sprawdzianie.
Czy ten ostatni kawałek miał być żartem? Skoncentrowałem się na iksie w kącie okienka i telepatycznie je zamknąłem.
Hm, pomyślałem. Mogłem kontrolować informacje za pomocą umysłu.
Otwierałem okienka z opisami przedmiotów, koncentrując się na nich. Tak
samo mogłem je potem telepatycznie zamknąć.
To oznacza, że są w twojej głowie, pomyślałem. Może to wszystko nie
dzieje się naprawdę. Może tylko śpisz, a to jakaś wyrafinowana
technologicznie symulacja. Jak w Matriksie.
Ból w rozgrzewających się nogach przypomniał mi, że nie miało znaczenia,
czy znajdowałem się w symulacji, czy nie. Nie kiedy tak bolało.
Wolno popchnąłem drzwi. Lekko otworzyły się do środka, odsłaniając
korytarz oświetlony mnóstwem pochodni. Miał tę samą szerokość i wysokość
jak drzwi i bardziej przypominał tunel wykopany na potrzeby drogi
dwupasmowej niż chodnik dla pieszych. W oddali widziałem kilka odnóg.
Przy pierwszej z nich pojawiło się migające światełko. Wyglądało na
jakiś znak, ale nie byłem w stanie odczytać go z takiej odległości.
-?Aua! -?wrzasnąłem, gdy Pączuś wgryzła mi się w rękę. Upuściłem ją na
ziemię, a ona popędziła w głąb korytarza. Zatrzymała się po jakichś
dziesięciu susach, spoglądając na mnie ze zmieszanym i przestraszonym
wyrazem pyszczka.
Zrobiłem krok w jej stronę, a drzwi zatrzasnęły się za mną. Światło z przedsionka zniknęło i wokół nas zapanowała znowu ciemność.
Witaj, zawodniku! Znalazłeś się na poziomie pierwszym!
To był nowy głos. Nadal brzmiał męsko, ale słychać w nim było nadmiar
entuzjazmu, zupełnie jak w głosie gospodarza teleturnieju. Nie mówiła ta
sama osoba ani ten sam głośnik z pierwszego ogłoszenia. Słowa pojawiały
się w powietrzu przede mną i jednocześnie rozbrzmiewały w mojej głowie.
Inaczej niż w przypadku okienka ze wskazówkami, tego komunikatu nie
mogłem w żaden sposób zamknąć. To było bardziej jak film z napisami.
W prawym górnym rogu mojego pola widzenia pojawiło się odliczanie: 4
dni, 23 godziny, 48 minut. Powiodłem ręką po cyfrach. Nie zniknęły.
Zamknąłem oczy i wyświetlony czas zniknął. Z nerwów kłuło mnie w żołądku.
Pączuś utrzymywała pozycję o kilka kroków przede mną, ale też machała
nerwowo ogonem, wpatrując się w powietrze przed sobą. Cholera,
pomyślałem. Ona też to widzi. Cokolwiek to było, oddziaływało na kocią
tłuścioszkę tak samo jak na mnie.
-?Pączuś -?zawołałem do niej. -?Zostań ze mną.
Kotka, jak to kotka, zupełnie mnie zignorowała. Jednak gdy na nią
spojrzałem, poczułem to samo prawie niedostrzegalne mrowienie co wtedy,
gdy patrzyłem na drzwi. Skoncentrowałem się bardziej i nad jej główką
wyskoczyło okno z informacją.
zawodnik #4119, Królewna Pączuś
poziom 1
rasa: kot
klasa: niewybrana
Zrobiłem krok naprzód z bolesną świadomością, że miałem na nogach za
małe crocsy.
Zaatakowało mnie jeszcze więcej tekstu.
Przypisano ci numer zawodnika 4122. Przypisano ci imię zawodnika Carl.
Twoja przypisana rasa to człowiek. Twój obecny poziom to poziom
pierwszy. Możesz wybrać nową rasę i klasę, gdy tylko osiągniesz poziom
trzeci. Punkty zostały przypisane do twoich parametrów zgodnie z obecnym
profilem fizycznym i mentalnym. Więcej informacji znajdziesz w menu
"parametry".
Menu? Zacząłem się zastanawiać, jak je przywołać. Zanim do tego
doszedłem, przytłoczyła mnie kolejna ściana tekstu.
Gratulacje! Zdobywasz pierwsze osiągnięcie: Stara
Kociara.
Wszedłeś do Lochu w towarzystwie kota. Czy to nie słodkie?
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę dla
Pupila!
Nowe osiągnięcie: Stara Kociara Przecieraczka
Szlaków.
Jesteś pierwszym zawodnikiem w historii, który wszedł do Lochu w towarzystwie kota. Musisz naprawdę go kochać. Szkoda, że oboje na pewno
zginiecie wkrótce bolesną śmiercią. Albo i nie? Zobacz, jaką właśnie
otrzymałeś nagrodę!
Nagroda: Legendarna Skrzynka dla Pupila!
Nowe osiągnięcie: Ranny Ptaszek.
Jesteś jednym z pierwszych pięciu tysięcy zawodników, którzy weszli do
Lochu. Naiwniaku!
Nagroda: otrzymujesz Srebrną Skrzynkę Poszukiwacza
Przygód!
Nowe osiągnięcie: Puste Kieszenie.
Nie zabrałeś ze sobą żadnego ekwipunku ani zapasów. Kompletnie nic.
Zdajesz sobie sprawę, że nadal musisz jeść, prawda?
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę Poszukiwacza
Przygód!
Nowe osiągnięcie: Dlaczego Nie Masz Spodni?
Wszedłeś do Lochu bez spodni. Typie, ogarnij się!
Nagroda: otrzymujesz Złotą Skrzynkę z Ubraniami!
Nowe osiągnięcie: Walka Bez Broni.
Więc serio wparowujesz do miejsca o nazwie "Loch" i nie zabierasz ze
sobą żadnej broni? Albo jesteś odważniejszy, niż wyglądasz, albo
strasznie głupi. Powodzenia bez broni, Van Damme!
Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę z Bronią!
Nowe osiągnięcie: Samotnik.\\
Wszedłeś do Lochu bez żadnych ludzkich towarzyszy. Nikt cię nie nauczył,
że w kupie raźniej?
Nagroda: żadna. Ha, ha! Typie, jesteś skończony.
Patrzyłem jeszcze na ostatnie słowa, gdy rozpływały się w powietrzu.
"Jesteś skończony".
Pączuś znowu biła łapkami o powietrze.
-?Menu -?powiedziałem. Nic się nie wydarzyło. -?Parametry -?spróbowałem
ponownie, ale bez skutku.
Jak miałem szukać informacji? Komunikat powiedział, że otrzymałem całą
serię czego... skrzynek? Jak skrzynki z łupem? Tak to z całą pewnością
brzmiało. Musiało to oznaczać, że dostałem jakiś inwentarz z ekwipunkiem. Przypomniałem sobie słowa z pierwszego ogłoszenia o konieczności znalezienia szkolenia. Podniosłem wzrok na neon jaśniejący
jakieś sto metrów w głębi ciemnego tunelu. Czy to było to?
Zacząłem truchtać w kierunku znaku. Minąłem Pączuś, która siedziała na
ziemi, liżąc sobie łapkę i drapiąc się nią po głowie. Po chwili miałem
wrażenie, że westchnęła i zdecydowała się iść za mną.
Neon głosił "Gildia szkoleniowa DA" ze strzałką wskazującą na wąską,
ciemną uliczkę. Zatrzymałem się. Odgłos moich kroków rozlegał się echem
w wielkim, pustym tunelu. Spojrzałem w ciemność. Wszystko było czarne
jak smoła.
Za moimi plecami Pączuś zamiauczała z troską.
Wszedłem do uliczki.
Nowe osiągnięcie: Wpadłeś w Oczywistą Pułapkę.
Nagroda: cóż, jeśli istnieje niebo i nie byłeś zbyt wielkim dupkiem, to
może cię tam wpuszczą. Bo zaraz spotkasz swojego Stwórcę!
Rozbłysły trzy światła, oślepiając mnie. Zakryłem rękami oczy i cofnąłem
się o krok. Zasyczało coś mechanicznego i z rykiem włączyło się coś jak
silnik parowy. Usłyszałem piskliwy śmiech.
Odwróciłem się i pobiegłem. Oba moje crocsy odleciały w siną dal, gdy
skręciłem z powrotem do głównego tunelu, kierując się w stronę odwrotną
do tej, z której przyszedłem, schodząc schodami. Pączuś zamiauczała z niezadowoleniem i popędziła za mną.
Zaryzykowałem szybkie spojrzenie przez ramię i zobaczyłem, jak maszyna
wypala z bocznej uliczki, prawie zderza się ze ścianą, po czym zaczyna
powoli skręcać w moją stronę.
Była wielkości traktora i jechała na gąsienicach jak czołg. Zbudowano ją
z niepasujących do siebie pordzewiałych kawałków metalu i wyglądała,
jakby miała lada moment się rozpaść. Front tej śmiercionośnej machiny
zajmowało jeżące się od gwoździ ogromne wirujące koło. Na górze tego
niby-traktora stały trzy zielone humanoidalne potwory, które wrzeszczały
i wskazywały palcami w moją stronę. Miały nieco ponad metr wzrostu i ubrane były w skórzane łachmany. Jeden z nich nosił na głowie kuchenny
garnek. Stękał i pokrzykiwał, obsługując układ sterowania. Z kilku rur
unosił się czarny dym. Koło wirujące z przodu furkotało coraz szybciej,
gdy maszyna wykonała do końca zakręt i ruszyła prosto na mnie.
Otworzyło się okno ze wskazówką.
Morderczy Mordożer Goblinów -?maszyna
Urządzenie zbudowane przez gobliny i napędzane parą wodną, by rozjeżdżać
i mordować niczego niepodejrzewających zawodników w Lochu. Mam nadzieję,
że odnowiłeś szczepionkę przeciw tężcowi!
Trzy następne okna otworzyły się nad załogą maszyny.
Goblin -?poziom 2
Mały, zielony i cwany. Wszelkie braki w budowie fizycznej gobliny
nadrabiają entuzjazmem.
Trzeci z goblinów, ten z garnkiem na głowie, był opisany w inny sposób.
Goblin Inżynier -?poziom 3
Inżynierowie. Incele gobliniego świata. Trudno im się umówić na randkę,
przez co są jeszcze bardziej wkurwieni. Jeśli w waszej drużynie znajdują
się kobiety, zaatakują je jako pierwsze.
Nie miałem czasu zastanowić się ani nad bezdenną głupotą tych żartów,
ani nad faktem, że po raz pierwszy w życiu mierzyłem się z grupą
prawdziwych, żywych potworów, które chciały mnie zabić. Popędziłem w głąb korytarza, aż dobiegłem do kolejnych rozstajów. Mogłem biec prosto,
w lewo albo w prawo. Po prawej stronie znajdował się słabo oświetlony
korytarz, o połowę węższy niż obecny, lecz nadal dość szeroki, by
gobliny mogły nas ścigać. Lewa odnoga prowadziła do wąskiego i ciemnego
korytarza, o wiele za ciasnego dla buldożera.
Oczywistym wyborem byłaby ucieczka ciemnym i wąskim korytarzem.
Zawahałem się. Droga była zbyt oczywista. Wyczułem kolejną pułapkę. Nie
mogłem iść prosto, bo kolejne rozwidlenie znajdowało się za daleko i maszyna na pewno zdążyłaby mnie dogonić.
Skręciłem w prawo. Pączuś pobiegła za mną, prawie przy mojej nodze, co
było bardzo nie w jej stylu.
Ten nowy korytarz był szeroki jak zwyczajna ulica, z gładkim sufitem na
wysokości jakichś pięciu metrów. Na ceglanych ścianach i sufitach rosły
świecące porosty, przez co cały korytarz rozjaśniał widmowy blask.
Gobliny za moimi plecami popiskiwały, próbując skutecznie manewrować
mordożerem. Urządzenie potrzebowało sporej przestrzeni, by zakręcić,
więc dogonienie mnie musiało zająć im co najmniej minutę.
Przed nami pojawiło się następne skrzyżowanie. Lecz tuż przed nim
wypatrzyłem pojedyncze drewniane drzwi w ścianie korytarza. Napis na
nich głosił tym samym kolorem, co ciemnoczerwone ceglane ściany, "Gildia
Szkoleniowa". Słowa napisano w tym samym dziwnym języku, co wcześniej.
Jak tylko przeczytałem szyld, nad nazwą na drzwiach pojawiła się
świecąca zielona ramka podkreślająca nazwę.
Nowe osiągnięcie! Odkryłeś i przeczytałeś oficjalny znak w Lochu.
Łał. Więc jednak potrafisz czytać! Gratulacje.
Nagroda: wszystkie znaki w Lochu będą od tej pory podświetlone i łatwiejsze do znalezienia. Pobliskie gildie pojawią się na twojej
minimapie.
Minimapie? Naprawdę powinienem ją znaleźć. Goblini buldożer znowu
zaklinował się na zakręcie i jeden z goblinów na poziomie drugim
krzyczał i walił kijkiem w garnek na głowie inżyniera. Trzeci spojrzał
na mnie i potrząsnął pięścią.
Czy pójdą za mną do gildii? Nie wiedziałem. Chwyciłem za brązową klamkę
i spróbowałem ją przekręcić.
Drzwi nie otworzyły się. Musiały być zamknięte.
-?Co, do cholery?! -?krzyknąłem. Walnąłem pięścią w drzwi. -?Hej! -
zawołałem. -?Jest tam kto?
Dwa gobliny z poziomu drugiego najwyraźniej zarzuciły czekanie, aż
maszyna weźmie zakręt, bo zeskoczyły z niej i zaczęły biec w moją
stronę. Nie miały zbroi, ale dzierżyły coś, co wyglądało jak drewniane
patyki z ananasem na czubku. Za moment nas dogonią. Przy mojej nodze
Pączuś zaczęła warczeć i syczeć.
Z drugiej strony drzwi dobiegł dźwięk brzęczących łańcuchów i przekręcanych zamków. Drzwi drgnęły i uchyliły się lekko. Dostępu do
środka bronił teraz już tylko ostatni łańcuch.
W szczelinie ukazała się brodata szczurowata postać. Ledwo mogłem
dostrzec jej rysy twarzy, ale była o głowę niższa ode mnie. Czyli trochę
wyższa od goblinów, ale nie bardzo.
-?Czego chcesz? -?odezwała się. -?Taki motłoch jak wy nie ma tutaj
wstępu. Wiesz przecież!
-?Ej, to gildia szkoleniowa, prawda? Głos powiedział, że mam tutaj
przyjść!
Oko patrzące na mnie rozwarło się szerzej.
-?J-jesteś... zawodnikiem?! Czekaj. -?Postać cofnęła się, jakby chciała
lepiej mi się przyjrzeć. Natychmiast przypomniał mi się Mistrz Splinter
z Teenage Mutant Ninja Turtles. -?Faktycznie, jesteś zawodnikiem! Na
jego lewy sutek, znowu się otworzyliśmy i nawet nie zauważyłem! Musiałem
przespać ogłoszenie. Nikt nic nie mówi staremu Mordecaiowi! Wcześniej
mieliśmy listę mejlingową. Dochodziła raz na parę cykli, zawsze o czasie. Ale potem po prostu przestała. Pewnie znowu cięcia budżetowe.
Zawsze tylko ograniczają wydatki. Byłem pewien, że nie otwieramy się
jeszcze przez dwa lata!
-?Weź, wpuść mnie -?przerwałem mu. Odwróciłem się, stając twarzą w twarz
z dwoma goblinami, które do nas dobiegły. Jeden przeszedł na lewo. Drugi
odciął mi drogę ucieczki. -?Otwórz te cholerne drzwi! -?wykrzyknąłem.
Jeden z goblinów powiedział coś do szczurowatego humanoida po drugiej
stronie drzwi, który najwyraźniej nazywał się Mordecai. Nie rozumiałem
ich języka. Składał się z posapywań i pisków. Mordecai odpowiedział im
po gobliniemu i obaj się zaśmiali.
-?Wybacz, zawodniku. Byłeś zbyt powolny -?powiedział Mordecai przez
uchylone drzwi. -?Nie mogę ci otworzyć, jeśli moby są tuż obok. Zasady
to zasady.
-?Ja byłem zbyt wolny?! -?wykrzyknąłem.
Przybrałem pozycję obronną. Jeden z goblinów zaatakował, mierząc we mnie
kijkiem. Ananas na jego czubku zsunął się, gdy goblin się zamachnął, i spadł na ziemię z głośnym plaśnięciem. Goblin zaklął i usunął go
kopniakiem. Cofnąłem się o krok. Między moimi nogami stała Pączuś,
plując i sycząc.
-?To chociaż powiedz mi, jak otwierać te cholerne skrzynki z łupem!
Mordecai milczał przez moment, jakby rozważał, czy powinien mi
odpowiedzieć.
-?Są w zakładce Nagrody i Skrzynki w twoim ekwipunku -?rzekł w końcu. -
Ale nie masz jeszcze do nich dostępu, młody.
-?To jak mogę zyskać do nich dostęp?
Drugi goblin, nadal z ananasem na końcu swojego kijka, zamierzył się na
mnie, ale kompletnie spudłował. Z bliska gobliny wyglądały z grubsza jak
w filmach i grach komputerowych. Niskie, zielone, prawie kompletnie
łyse, ze spiczastymi uszami, kościstymi twarzami i ostrymi zębami.
Chwilę mnie to zafrapowało. Wyglądało na to, że kosmici mieli całkiem
niezłe pojęcie o ziemskiej mitologii i popkulturze.
Daleko za nami mordożer wreszcie porządnie się wycofał i wziął zakręt. Z łomotem popędził korytarzem prosto na nas.
-?No tak, musisz najpierw przejść szkolenie.
Goblin z ananasem znowu się na mnie zamachnął. Odczekałem, aż kijek
minie najwyższy punkt łuku, który miał zakreślić, i podszedłem bliżej.
Walnąłem goblina prosto w nos, a potem dołożyłem mu sierpowym w prawą
skroń. Natychmiast padł na ziemię. Gdy tylko go uderzyłem, nad jego
głową pojawił się pasek. Z punktami życia, zdałem sobie sprawę. Nie było
go widać, póki goblin nie doznał obrażeń. Pasek zrobił się krótszy o ponad połowę, przechodząc z zielonej w czerwoną barwę. Goblinowi zostało
niewiele życia.
Uznałem, że to całkiem niezły wynik, ale nie dobry. Ostatecznie to było
prawie jakbym uderzył dziesięcioletnie dziecko.
Drugi goblin spojrzał z otwartymi ustami na swojego towarzysza, po czym
odwrócił się na pięcie i popędził z powrotem do buldożera.
Bolały mnie pięści. Od lat nie brałem udziału w prawdziwej bójce.
Większość służby w straży przybrzeżnej spędziłem na pokładzie kutra jako
technik maszynowy. Nigdy nie miałem do czynienia z konfrontacją w jakichkolwiek siłach mundurowych. To rzekłszy, większość ludzi, których
poznałem, nie zdawała sobie sprawy, że w straży musimy aż tyle trenować.
Ludzie uważali nas za przereklamowanych ratowników. Nie mieli pojęcia,
że nas też uczono walki wręcz.
-?Ale jak mam to zrobić, jeśli nie otwierasz tych cholernych drzwi! -
wrzasnąłem, kopiąc leżącego goblina w żebra. Usłyszałem bardzo
satysfakcjonujące chrupnięcie. -?Nie możesz mnie wpuścić teraz?
-?To tak nie działa, młody -?oświadczył Mordecai. -?Nie możemy pozwolić,
by niewytrenowani zawodnicy włóczyli się po Lochu. Sam rozumiesz. Poza
tym skrzynki wolno otwierać tylko w bezpiecznej strefie. A o ile nie
jesteś skończonym idiotą, zdajesz sobie na pewno sprawę, że się w niej
teraz nie znajdujesz.
Pasek życia goblina przesunął się dalej w ciemną czerwień, ale stwór
nadal nie umarł. Jakaś odległa część mnie była przerażona, że chciałem
zabić tę istotę. Mimo że był uzbrojony, bardzo łatwo było zrobić mu
krzywdę. Ale jeden rzut oka na mordożer, który zatrzymał się, żeby
zabrać ze sobą drugiego goblina, wystarczył, by uwolnić mnie od
wszelkich skrupułów. Chwyciłem nieprzytomnego goblina obiema rękami za
głowę i walnąłem nią o kamienie. Waliłem raz po raz, póki jego pasek
życia kompletnie nie zniknął.
-?Ejże, ejże! -?zawołał Mordecai. -?Ejże, przestań!
-?Po czyjej ty w ogóle jesteś stronie? -?zapytałem, odwracając się do
niego.
Zdałem sobie jednak sprawę, że nie mówił do mnie.
-?Nie możesz tu wejść! -?mówił nadal, odwrócony do mnie plecami.
Pączuś. Mówił do cholernego kota. Pączuś uznała, że ma dość siedzenia na
korytarzu, i weszła do środka gildii przez uchylone drzwi.
Ściana tekstu z nowymi osiągnięciami pojawiła się w powietrzu razem z kilkoma innymi powiadomieniami, ale zamiast przewijać się przed moimi
oczami jak poprzednio, stały się zaledwie maleńkimi komunikatami w lewym
górnym rogu pola widzenia. Zdałem sobie sprawę, że mogłem na nie
telepatycznie kliknąć, tylko nie teraz. Sztuczna inteligencja -?czy
czymkolwiek było to, co zarządzało całym tym cyrkiem -?najwyraźniej
zdawała sobie sprawę, że to nie był właściwy moment, by zakrywać połowę
mojego pola widzenia bzdurami związanymi z grą. Nie kiedy zmierzało w moją stronę prawdziwe niebezpieczeństwo.
-?Otwórz te jebane drzwi! -?wrzasnąłem.
-?Młody, zabierz to swoje zwierzę -?zażądał Mordecai, zwracając się w moją stronę z dziwnym odcieniem paniki w głosie. -?Wpadnę w kłopoty,
jeśli dowiedzą się, że pozwoliłem zawodnikowi wślizgnąć się tutaj wbrew
regułom.
-?Otwórz drzwi -?powtórzyłem. -?Sam zobacz. Nikogo tu nie ma, ale za
pięć sekund to się zmieni. Wpuść mnie!
Drzwi się zatrzasnęły, łańcuch zabrzęczał, po czym drzwi otworzyły się
na oścież. Wpadłem do środka, gdy nadjechał buldożer, rozjeżdżając
goblinie ciało. Zaskrzeczały hamulce, ale mordożer pędził naprzód,
pędzony siłą bezwładności, ślizgając się na zwłokach i rozmazując je na
całej długości korytarza. Dwa gobliny odwróciły się i spojrzały mi w oczy, a ja pokazałem im wielkiego fakulca. Zapiszczały z wściekłości, a ja zatrzasnąłem drzwi.
3
Gdy drzwi się zamknęły, wyświetliło się
powiadomienie.
Gildia Szkoleniowa
To bezpieczna przestrzeń.
Uwaga! Odliczanie poziomu pierwszego jest nadal aktywne!
-?Nie powinienem był cię wpuszczać -?oświadczył Mordecai, załamując
ręce.
Przyjrzałem mu się bliżej. Miał na sobie czarną kamizelkę i niebieskie
spodnie. Na stopy wsunął parę znoszonych sandałów. Nad jego głową
otworzyło się okno z informacjami.
Mordecai. Szczurzy Chuligan -?poziom 50
Mistrz tej gildii.
Ten NPC nie walczy.
Chuligani to najcwańsi, najszybsi i najbrzydsi spośród szczuroludów. Nie
są tak napakowani jak Szczurzy Brutale ani tak skorzy do dowalenia ci w tyłek kulą ognia jak Szczurzy Szamani, ale reprezentują najlepsze z obu
tych światów. Są silni fizycznie i w wystarczającym stopniu opanowali
magię.
Zamknąłem okno. Przez drzwi nadal było słychać dochodzący z zewnątrz
zgrzyt gobliniej maszynerii.
Telepatycznie kliknąłem na pierwsze z kilku okienek z informacjami
blokujących mi wizję.
Błąd. Nie możesz zamknąć tego okna, póki nie ukończysz szkolenia.
Wszystkie okna zniknęły, zastąpione pojedynczym folderem, który zaczął
błyszczeć.
Stałem w szerokim pomieszczeniu wielkości szkolnej klasy. Jedną stronę
pokoju zajmowały kominek i łóżko. Po lewej na ścianie znajdowało się
kilka półek wypełnionych chaotyczną kolekcją przedmiotów. Było też kilka
fotografii w ramkach, przedstawiających ptakopodobne stworzenia. W drugiej połowie pomieszczenia leżał jedynie wyświechtany szary dywan o owalnym kształcie i stało puste biurko. Tu i ówdzie rozstawiono jakieś
pół tuzina krzeseł przypominających szkolne. Odwróciłem się ponownie w stronę drzwi.
-?Czy to jedyne wyjście? -?zapytałem.
-?Co? -?Mordecai nie zrozumiał. Nie zwracał na mnie uwagi. Skupiony był
na kocie.
-?Hej, Morty! -?zawołałem. -?Czy te drzwi to jedyne wyjście?
-?Mam na imię Mordecai, młody. I tak, tak. Oczywiście.
-?I te zielone gnojki będą tam na mnie czekać?
Pączuś wskoczyła na wysoką półkę i przewróciła wazę. Wysypały się z niej
prochy.
-?Mamo! -?zawołał Mordecai, pędząc, by przegonić kota. Sięgnął ręką do
półki, ale była za wysoko. -?Cholerne ciało -?powiedział, odwracając się
do mnie. -?Możesz mi to podać? I zabrać stąd tego kota? -?Mordecai
kichnął. -?Chyba mam na niego uczulenie.
Uznałem, że nie kichnął z powodu kota, ale raczej unoszącej się nad
prochami chmury szarego pyłu.
-?Cholera, człowieku -?powiedziałem. W myślach powtarzałem sobie, że
muszę być ostrożny. Mordecai nie wyglądał na mocnego, ale miał poziom
pięćdziesiąty. To musi znaczyć, że jest kawałem mocnego sukinsyna. -
Możesz mi pomóc? Będą tam na mnie czekać czy nie?
-?Tak. Prawdopodobnie. Cóż, to skomplikowane. Jeden z nich może czekać.
Ale drugi z pewnością wróci do ich klanu i wezwie pozostałych.
Rozwaliłeś temu biednemu goblinowi łeb. Daj im godzinę, a przyjdzie tu
cała rodzinka.
Po drugiej stronie pokoju Pączuś odkryła palenisko, na którym wesoło
buzował ogień. Rozsiadła się tuż przy nim, podniosła nogę i zaczęła się
myć.
Cholera.
-?Okej -?powiedziałem. -?Nawet nie waż się zamykać tych drzwi. -
Złapałem za klamkę i wyszedłem z powrotem na korytarz.
Ledwo zdążyłem usłyszeć, jak zrzędzi "roznosisz prochy mojej matki po
całym...", zanim trzasnąłem drzwiami.
Goblini buldożer minął drzwi o jakieś dziesięć metrów i był właśnie w trakcie kolejnego powolnego zakrętu, by wrócić tam, skąd przybył.
Inżynier wjechał maszyną prosto w ścianę. Wirujące koło z przodu pojazdu
rzucało iskry, gdy kolce ocierały się o kamienną ścianę. Martwy goblin
nadal leżał rozsmarowany na podłodze. Jego ciało wyglądało jak pizza z kiełbasą i zieloną papryczką w rozmiarze XXL, którą ktoś kilka razy
przejechał samochodem.
Oba pozostałe gobliny były do mnie zwrócone plecami. Popędziłem do
buldożera.
Miał z tyłu małą drabinkę. Wyglądała, jakby została zrobiona ze
związanych sznurem kości. Jeden z goblinów mógł w każdej chwili się
odwrócić. Musiałem dorwać je natychmiast. Jeśli jeden z nich zdoła uciec
i ostrzec członków ich "klanu" czy jakkolwiek to się nazywało, będę miał
przerąbane. Naprawdę potrzebowałem tej gildii ze szkoleniem, więc nie
pozostawało mi nic innego.
Chropowate kości, z których zrobione były stopnie drabiny, wbijały mi
się w nagie stopy, gdy się wspinałem. Zdławiłem krzyk. Wskoczyłem na
szczyt metalowej, warczącej maszyny.
Mordożer pracował tak głośno, że żaden z goblinów mnie nie zauważył. W jego górnej części znajdowała się jedynie wyłożona futrami dziura z ławami na całej długości. Mimo futer podłoże prawie parzyło mnie w stopy. Śmierdziało paloną smołą i zwierzęcym potem. Buldożer mógł
prawdopodobnie pomieścić jakieś pięćdziesiąt goblinów, nie licząc
kierowcy, który miał własne siedzenie z przodu. Jakiś tuzin dźwigni,
kurków i wibrujących uchwytów wystawał z podłoża w okolicy tego kokpitu.
Wszystko to wibrowało i podskakiwało. Siedział tam goblin w garnku na
głowie, wrzeszcząc i posapując, gdy przekręcał, obracał i popychał
dźwignie. Z wylotów całego mnóstwa rur unosiły się z sykiem dym i para.
Maszyna dygotała jak kocioł ciepłowniczy, który zaraz miał wybuchnąć.
Gładki kamienny sufit tunelu był tutaj znacznie niższy niż w długim
głównym korytarzu prowadzącym od schodów. Gdy stanąłem wyprostowany,
mogłem dosięgnąć go ręką. Prawie. Nadal szokowała mnie sama myśl o całym
małym światku zbudowanym z takich przejść, tuneli i korytarzy.
Ruszyłem naprzód i chwyciłem zwykłego goblina, który nadal ściskał w ręku swój pozbawiony ananasa kijek. Prawie nic nie ważył, co bardzo mnie
zaskoczyło. Podniosłem go, a on sapnął z zaskoczenia. Bezskutecznie
spróbował trafić mnie kijkiem. Z całej siły rzuciłem go przed siebie.
Wyleciał z buldożera jak rakieta.
Poleciał prosto nad głową inżyniera, który dopiero teraz zareagował na
moją obecność. Rzucony przeze mnie goblin trafił w ścianę tunelu, odbił
się od niej i wylądował prosto na obrotowym kole maszyny. Fontanna
czerwieni oblała mnie i ostatniego goblina.
Inżynier warknął i błyskawicznie wyciągnął małe zakrzywione ostrze z przytroczonej do boku pochwy. Zeskoczył ze swojego krzesła i popędził
prosto na mnie.
O kurde.
Poruszał się znacznie szybciej, niż się spodziewałem, i zdołał
kompletnie mnie zaskoczyć. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że należał
do innej klasy niż tamtych dwóch i miał wyższy poziom. Dwa poziomy
więcej niż ja sam.
To był idiotyczny pomysł. Jak zwykła to powtarzać Bea? "Zawsze bez
chwili zastanowienia na oślep biegniesz prosto w kłopoty!" Czy jakoś
tak.
Kopnąłem goblina gołą stopą. Pozbawiony kierowcy buldożer z wyciem
wcinał się w ścianę korytarza. Dygot maszyny z każdą chwilą stawał się
coraz gwałtowniejszy. Po chwili cała skakała jak pralka z wielkim
kamieniem w bębnie.
Goblin wrzeszczał coś do mnie w swoim gardłowym języku.
-?Jesteś teraz w moim świecie! -?odwrzasnąłem mu. -?Musisz mówić moim
językiem, ty dziwny zielonoskóry gnojku!
Ku mojemu zaskoczeniu goblin wyszczerzył zęby w uśmiechu. Widać było, że
mnie zrozumiał. Przerzucał nóż z ręki do ręki.
-?Sam nie mówisz swoim językiem -?powiedział. -?Mówisz standardem
Syndykatu, bezmyślny niewolniku. Zaprogramowali go prosto do twojego
tępego mózgu. Naprawdę sądzisz, że przetrwasz...
Goblin nie zdołał dokończyć zdania. Gdy był zajęty monologiem, skoczyłem
naprzód, zerwałem mu z głowy garnek i walnąłem go nim z całej siły.
Małe, ostre zęby poleciały na wszystkie strony. Goblin się zatoczył.
Walnąłem go znowu. Zsunął się z boku mordożera. Pasek życia pojawił mu
się nad głową, gdy trafiłem go po raz pierwszy, ale nadal był zielony. Z plaśnięciem uderzył o ziemię i jęknął. Jego nóż potoczył się po
podłodze.
Wyjrzałem za krawędź maszyny. Goblin leżał na plecach. Traktor nadal wił
się i dygotał, ale powoli odsuwał się coraz dalej od goblina, którego
pasek życia nadal pozostawał w trzech czwartych pełny. Goblin ewidentnie
nie był już jednak w najlepszej formie.
Zaczął siadać, gdy rzuciłem w niego garnkiem. Ku mojemu własnemu
zadziwieniu trafiłem go prosto w czoło. Krzyknął raz i chwycił się
dłońmi za kolejną ranę.
Oceniłem dystans między nami. Nie było to dużo. Może dwa, dwa i pół
metra. Dawałem sobie radę z takimi odległościami już jako dziecko.
Co miałem do stracenia? Zeskoczyłem z buldożera, celując nogami w klatkę
piersiową i brzuch goblina, który nadal próbował wstać.
Nie wiem, czy wspomniałem o tym wcześniej, ale to ważna informacja. Mam
metr osiemdziesiąt siedem wzrostu. Ważę jakieś sto kilo i chociaż nie
mam już takiej formy jak podczas służby w straży, to od lat chodzę na
siłownię co najmniej trzy razy w tygodniu, dbając o masę. Urodziłem się
z ciałem, które z łatwością obrastało w mięśnie. Mój ojciec był
szarżującym w futbolu amerykańskim. Nawet moja matka miała metr
siedemdziesiąt pięć wzrostu. A jej ojciec był środkowym dla drużyny
Oregon State, zanim został strażnikiem więziennym.
Chcę przez to powiedzieć, że całkiem spory ze mnie gość. Mam masę.
Goblin był bardzo mały i ledwo co ważył. Mój skok na niego z wysokości
buldożera skończył się mniej więcej tak, jak gdyby ktoś rozbryzgał
wielkim młotem pączek z konfiturą. Biedak nie miał najmniejszych szans.
Krew i mięso trysnęły ze wszystkich jego otworów.
Mordożer zaczął wyć jeszcze głośniej. Spojrzałem w dół na to, co
zrobiłem, i nagle ogarnęły mnie mdłości. Przede mną pojawiły się kolejne
powiadomienia. Na granicy pola widzenia ukazało się okno ze wskazówką.
Odwróciłem się w jego stronę.
Goblini Morderczy Mordożer -?nieuchronna eksplozja kotła
Pod tekstem pojawiło się odliczanie. Miałem tylko dwanaście sekund, żeby
uciec.
Cholerny świat! To zaraz eksploduje!
Zwróciłem się w stronę pokoju Mordecaia, ledwie trzydzieści metrów w głąb korytarza. Czy zdążę? Nie miałem czasu się zastanawiać. Popędziłem
przed siebie, potykając się i ślizgając na kamiennych płytach.
Otworzyłem błyskawicznie drzwi i jednym susem wpadłem do środka. Z całej
siły zatrzasnąłem za sobą drzwi i przygotowałem się na eksplozję.
Łubu-du! Wszystko zadrżało. Drzwi ugięły się pod siłą fali uderzeniowej,
wypychając mnie na podłogę. Dzwoniło mi w uszach. Ale ostatecznie drzwi
nie pękły i nie wydawało mi się, bym odniósł jakieś obrażenia. Pączuś
siedziała w kącie pokoju, cała nastroszona, i syczała.
-?Co ty zrobiłeś, do ciężkiej cholery?! -?zapytał Mordecai, spoglądając
ponad mną na drzwi. -?Te drzwi są w stanie wytrzymać uderzenie
kinetyczne z niszczyciela gwiazd. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby aż
tak się zatrzęsły.
-?O -?powiedziałem, wracając do pozycji siedzącej. Nadal dzwoniło mi w uszach. -?Ten buldożer goblinów zaklinował się w ścianie i eksplodował.
Mordecai skinął powoli głową.
-?Eksplozja kotła. Miejscowy szaman musiał rzucić na niego zaklęcie, na
wypadek gdyby miało do tego dojść. Siła wybuchu skoncentrowałaby się na
najbliższych nie-goblinach. Miałeś szczęście, że znalazłeś się za tymi
drzwiami. Skoncentrowana eksplozja, nawet niewielka, posiada o wiele
więcej energii, niż sobie wyobrażasz.
Uznawszy najwyraźniej, że zamieszanie dobiegło końca, Pączuś opuściła
kąt pokoju i wróciła na swoje miejsce koło ognia. Jej i tak zwykle
puchata forma pozostała nieco bardziej napuszona. Machała ogonem w górę
i w dół. Widziałem wyraźnie, że jest wściekła.
-?Twój stwór zrobił kupę na prochy mojej matki -?oznajmił Mordecai,
kręcąc głową. -?Kompletnie nie było warto. Kompletnie nie.
-?A więc, panie Gildio Szkoleniowa... -?zacząłem, opierając się o ścianę.
Bolały mnie stopy. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Byłem pokryty
goblinią krwią. Miałem wrażenie, że surowe kawałki hamburgera utknęły mi
między palcami u stóp. Wzdrygnąłem się. "Potrzebuję butów", pomyślałem.
"Butów i spodni". -?Co tu się, do cholery, dzieje? O co chodzi z tym
Lochem? Czy wszyscy naprawdę zginęli? Co ja mam robić z tym całym
gównem?
Przez głowę przemknął mi milion innych pytań. Wiedziałem, że Mordecai
mógł się wściec i załatwić mnie na miejscu, ale czułem przemożną chęć
złapania szczuroluda za kamizelkę i potrząśnięcia nim, aż wypadną z niego wszystkie odpowiedzi.
-?I kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś? Co tak naprawdę...
Mordecai podniósł obie ręce.
-?Dobra, dobra, zwolnij trochę, młody. Wiem, że jesteś spanikowany.
Byłem kiedyś na twoim miejscu. Wszystko ci wyjaśnię. Po to tutaj jestem.
Jednak zanim zacznę, muszę wam obojgu coś powiedzieć. -?Tu szczurolud
przeniósł wzrok na kota, który rzucił mu niechętne spojrzenie. -?Nazywam
się Mordecai i jestem tym, co nazywacie niewalczącym enpecem. Jestem w tej samej pozycji, co wy. Tak jak wy jestem osobą, której świat został
zniszczony. To zdarzyło się wiele, wiele lat słonecznych temu. Byłem
zawodnikiem w Lochu tak jak wy. Dotarłem do poziomu jedenastego i zrozumiałem, że nie dam rady przejść ani odrobiny dalej. Gdy dotrzecie
do poziomu dziesiątego, dostajecie kilka możliwości wyjścia z Lochu. Im
głębiej dojdziecie, tym lepsze są te opcje. -?Mordecai podszedł do
półki, na której stała przewrócona waza, po czym wziął do ręki zdjęcie
ptakopodobnych stworzeń. Podał mi je. Wyglądało zupełnie jak zwykła
fotografia w ramce. Jednak wykonane było z dziwnego materiału, a zdjęcie
przycięto w dziwny owal z odciętymi rogami.
-?Tak naprawdę wyglądam -?oznajmił Mordecai. -?To zdjęcie mojego brata.
Urodziłem się jako nieboptak, ale zostałem odmieńcem, gdy dotarłem do
trzeciego poziomu Lochu. Zmieniam postać za każdym razem, gdy przenoszą
moją gildię. Gdy Loch zostaje otwarty po raz pierwszy, pracuję w gildii
takiej jak ta -?ciągnął. -?Później, gdy trzeci poziom się zawali, mój
pokój przenoszony jest do znacznie głębszego poziomu, a moja postać znów
się zmienia. Większość czasu spędzam na pracy w magicznej gildii, do
której chodzi się kupować zaklęcia albo trenować, jeśli wybrało się
magiczną ścieżkę rozwoju. W ciągu wszystkich moich lat pracy tylko
garstka osób zdołała tam dotrzeć. Większość zawodników nie wydostaje się
poza dziesiąty poziom.
-?Więc odmieniec to zmiennokształtny? -?Przyjrzałem się obrazkowi. Nie
umiałem powiedzieć, czy to na pewno zdjęcie, czy może malowidło. Oczy
przedstawionej na nim postaci zdawały się przewiercać mnie na wylot.
Należały do złotej istoty podobnej do orła, z anielskimi skrzydłami
złożonymi na plecach.
-?Tak -?odparł Mordecai i westchnął. -?Odtworzyli dla mnie mój dom,
łącznie ze wszystkim, co posiadałem, gdy postanowiłem zostać mistrzem
gildii. Miałem tylko kilka chwil, żeby zabrać, co chciałem, zanim
obrócili wszystko w proch. Teraz za każdym razem, gdy przenoszę się do
nowego świata, zmieniają moją postać. Zawsze to coś innego, ale
nieodmiennie należę do mobów z bieżącego poziomu Lochu. Nie wiem
dlaczego.
-?Nie wierzę w ani jedno słowo -?oświadczyłem. -?Więc jesteście niby
kosmitami? Każdy z innego świata? To jakim cudem ta gra czy cokolwiek to
jest wie, jak się porozumiewamy? Niektóre z powiadomień wymieniły
Jean-Claude'a Van Damme'a i inceli!
Mordecai skinął głową.
-?Nie zapędzaj się. Każdy Loch jest skonstruowany specjalnie dla świata,
w którym się pojawia. A oni poświęcają dużo czasu... naprawdę dużo czasu,
żeby upewnić się, że tubylcy zrozumieją grę i jej powiadomienia.
Stawiają na autentyczność. Nie powinienem mówić ci niczego takiego, ale
skoro będziesz się tu kręcił, to lepiej, żebyś wiedział, co się dzieje.
-?Nadal nie wiem, co się tu dzieje! -?odparłem z rosnącą frustracją.
Mordecai pokręcił głową.
-?Wy, ludzie, wszyscy jesteście tacy sami. To szósty albo siódmy świat
obsiany ludźmi i zawsze to samo. Zawsze chcecie wiedzieć dlaczego. Czemu
nie umiecie po prostu zaakceptować sytuacji, w jakiej się znaleźliście,
i żyć dalej? Mój lud, nieboptaki, zwykle umie przetrwać dłużej niż wy.
Wiesz dlaczego? Bo umiemy dostosować się do okoliczności.
Przez kilka chwil nic nie odpowiedziałem. Musiałem najpierw całkiem
sporo przetrawić. "Obsiany ludźmi świat"? Czy to znaczy, że ten buc z telewizora z dziwnymi włosami, który wygłaszał wszystkie te niedorzeczne
teorie spiskowe, tak naprawdę miał rację? Ludzie nie są wyjątkowi, lecz
stanowią uprawy czekające na żniwa, dopóki... dopóki nie nastąpi to?!
Mordecai dostrzegł wyraz oszołomienia na mojej twarzy i westchnął.
-?Dobrze, dobrze -?powiedział. -?Przedstawię ci wersję uproszczoną. -
Przyciągnął do siebie krzesło i usiadł. Wskazał mi gestem drugie
krzesło, ustawione pośrodku owalnego dywanu. -?Lepiej się rozgość.
4
Syndykat używa sześciu podstawowych
gatunków do obsiewania światów. Jednym z nich są ludzie. Syndykat
znajduje kompatybilną planetę, umieszcza na niej ludzi, czeka parę
tysięcy lat, po czym ujawnia się największej z powstałych osad. Zwykle
robi to, jak tylko zaczyna formować się cywilizacja, ale długo przed
jakąkolwiek rewolucją przemysłową, i jak tylko znajdą jakikolwiek system
rządów. Liczy się to jako "pierwszy kontakt". Mam na myśli w sensie
prawnym. To pozwala im odczekać kilka kolejnych tysięcy lat, by wrócić i wyeksploatować planetę do cna.
-?Ale jak?! -?zapytałem. -?To trwało jakąś sekundę!
Mordecai wzruszył ramionami.
-?Technologia poza zasięgiem twojego pojmowania wydaje się magią. Jeśli
o ciebie chodzi, w tym miejscu to jest magia. To jak w tym filmie
Czarnoksiężnik z Oz, tylko że nigdy nie zdołasz zajrzeć za kulisy.
-?Widziałeś Czarnoksiężnika z Oz?!
-?Mistrzowie gildii mają całe lata, żeby przygotować się na każdy nowy
Loch. Młody, czekałem na tę chwilę dłużej, niż żyjesz. Pierwsze zespoły
przygotowawcze przybyły na waszą planetę w latach tysiąc dziewięćset
trzydziestych, jak sądzę. Jak wyszła ta książka, Hobbit. Opuściłem
poprzedni system i wszedłem w fazę przygotowań w roku sześćdziesiątym
czwartym. Znam wasz świat i jego zwyczaje tak samo dobrze jak ty. Mogłem
nawet raz zmienić się w człowieka i przejść się po waszym świecie.
Poszedłem do Blockbuster Video i ukradłem całą górę filmów z Jamesem
Bondem. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się cieszyłem, gdy wreszcie
zaczęliście wszystko digitalizować.
-?Jak długo jesteś mistrzem gildii?
Mordecai pokręcił głową.
-?Nie chcesz wiedzieć. W każdym razie wasza planeta nie zgłosiła Ziemi
jako niepodległego terytorium. Mieliście na to pięćdziesiąt lat od
pierwszego kontaktu, a pierwszy kontakt miał miejsce kilka tysięcy lat
temu. Jak zbudowali tamte piramidy. Korporacja Borant ma ogromne
zaległości w eksploatacji światów i w końcu przyszła kolej na was.
Zakręciło mi się w głowie.
-?Więc zabierają wszystkie nasze minerały?
-?Mniej więcej. -?Mordecai skinął głową. -?Borant handluje rzadkimi
pierwiastkami i tym podobnymi. To, co ostatecznie ze sobą zabiorą,
zmieści się w pojedynczym transporcie. Nie wiem wiele o tej części
procesu. To wielki wszechświat i wiele w nim miejsc do eksploatacji. To
jednak nie prawdziwy powód, dla którego tu jesteśmy. Borant faktycznie
czerpie zyski z eksploatacji, ale prawdziwe pieniądze są w grze. W Lochu.
-?Jak to?
-?Żartujesz sobie? Na Syndykat składają się ponad trzy miliardy
niezależnych układów gwiezdnych. Co sezon nowy Świat Lochu ma swój
debiut w sieci. Kwadryliony obywateli Syndykatu dostają prawdziwej
obsesji na tym punkcie.
-?Więc to jak reality show? Jak Survivor?
-?Och, uwielbiałem to! Jeśli o ciebie chodzi, to tak, to reality show
jak Survivor. Chociaż w praktyce to bardziej Running Man.
Odchyliłem się na krześle. Znalazłem się w reality show dla obcych.
Kurde.
Bea zawsze chciała występować w telewizji. Brała udział w castingach do
niezliczonych reality show. Ja? Wolałbym raczej, żeby mi wsadzili kijek
w oko. Zastanowiłem się przez moment, gdzie ona może być i czy żyje.
Pewnie nie, uznałem. Gdy to się stało, na Bahamach była chwila po piątej
rano, co oznaczało, że Bea pewnie spała w pokoju hotelowym. Pewnie w łóżku z tym dupkiem. A jeśli jakimś cudem przetrwała, nie było mowy,
żeby weszła do jednego z tuneli.
-?Więc ktoś nas teraz ogląda? -?zapytałem, rozglądając się wokoło.
Mordecai złożył ręce.
-?Zaraz do tego dojdę. Wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas nikt
do nas nie dołączy, więc możemy zacząć tutorial.
Prawa ręka Mordecaia rozbłysła na chwilę i ponownie poczułem to
łaskoczące brzęczenie w mózgu. Po drugiej stronie pokoju Pączuś
zasyczała i machnęła łapką w powietrzu.
Otrzymałeś dostęp do Menu.
Mój świat rozbłysnął i pojawiło się przede mną równocześnie kilka
rzeczy. Długi zielony pasek -?pasek życia, jak szybko zrozumiałem -
zmaterializował się na górze po prawej. Przesunął lekko ekranik z odliczaniem. Mrugający folder nadal znajdował się w górnym lewym rogu.
Na dole po prawej stronie widziałem teraz minimapę.
-?Otrzymałeś właśnie powiadomienie -?powiedział Mordecai. -?To
powiadomienie zawodnika. Istnieje ich kilka rodzajów, ale ten widzisz
tylko ty. Istnieją też różne wiadomości od systemu, które widzą wszyscy,
bez względu na to, na którym poziomie się znajdują. Mogą być dostarczane
za pomocą różnych głosów. Mamy także powiadomienie ograniczone do
jakiegoś poziomu i tak dalej.
-?W górze po lewej stronie mam świecący folder -?powiedziałem.
-?To powiadomienia z gry i powiadomienia o zmianie statusu. Pewnie z walki sprzed kilku minut -?wyjaśnił Mordecai. -?Nie klikaj w nie
jeszcze. Zaraz do nich dojdziemy. Najpierw chcę, żebyś skoncentrował się
na mapie na dole po prawej. Spójrz prosto na nią i upewnij się, że
myślisz tylko o tym, że na nią patrzysz.
Zrobiłem, jak poprosił, i mapa nagle urosła, wypełniając mi całe pole
widzenia. Było to proste czarno-białe przedstawienie korytarzy i kilku
przypadkowych wejść. Większość terenu wokół nas nie była odkryta.
Widziałem tylko obszary, przez które przeszliśmy, plus jakieś
dwadzieścia metrów w każdą stronę. Pośrodku mapy, w budynku gildii,
tkwiła zielona kropka. Obok niej widać było dwie dodatkowe kropki -
jedną niebieską i jedną białą. Skupiłem się na niebieskiej kropce i po
chwili pojawiła się nad nią adnotacja.
Zawodniczka Królewna Pączuś
Nad białą kropką widniało:
Mistrz Gildii Mordecai
Całe pomieszczenie rozbłysło na żółto, a gdy skoncentrowałem się na nim,
mogłem tam odczytać:
Gildia Szkoleniowa
Na zewnątrz w korytarzu znajdowały się trzy znaki X. Kliknąłem na jeden
z nich.
Ciało. Goblin -?poziom 2
Pozbyłem się tego powiadomienia, po czym cała mapa wróciła do normalnych
rozmiarów.
-?Dobrze, dobrze -?powiedział Mordecai. -?Jak widzisz, jesteś zieloną
kropką, niebieskie kropki to inni zawodnicy, podczas gdy białe kropki to
enpece, tacy jak ja, a moby będą czerwone. Istnieje też kilka innych
rodzajów, ale z tymi poradzisz sobie w trakcie. Przy okazji: żadni inni
zawodnicy ani moby nie widzą waszych menu, ale w czasie pobytu w tej
gildii ja widzę wszystko, co jest na waszych monitorach. Umiesz już
otwierać i zamykać okna, to dobrze. Spróbuj teraz ponownie skoncentrować
się na mapie. Uszczypnij ją palcami, żeby się zmniejszyła. Potem przesuń
ją wzdłuż ekranu. W ten sposób możesz spersonalizować swój wyświetlacz.
Trwało to jeszcze przez jakiś czas: Mordecai wyjaśniał, jak otwierać i zamykać poszczególne menu na moim ekranie. Wystarczyło, że o tym
pomyślałem, a pokazywały mi się wszystkie opcje, dając dostęp do kilku
folderów. Gdy przyzwyczaiłem się już do tego, jakie to dziwne, że
wszystko znajdowało się w mojej głowie, system okazał się całkiem
intuicyjny.
Pierwsze menu zawierało parametry. Jak wcześniej wspomniałem, kiedyś
grałem w erpegi -?i zwyczajne, i na komputerze -?więc ta sekcja
nieszczególnie mnie zaskoczyła. Moje parametry wyglądały następująco:
Siła: 6
Inteligencja: 3
Kondycja: 5
Zwinność: 5
Charyzma: 4
Zgodnie z wyjaśnieniem Mordecaia nie mogłem tych parametrów zmienić
ręcznie. Jeszcze nie. Przy każdym awansie na następny poziom miałem
otrzymać trzy punkty do zużycia na poprawienie parametrów, ale nie
mogłem ich wykorzystać, póki nie wybiorę sobie rasy i klasy. A tego nie
mogłem zrobić przed dotarciem dwa piętra niżej. Na razie moje parametry
mogły podwyższać się lub obniżać na podstawie moich inherentnych
atrybutów umysłowych i fizycznych z prawdziwego życia. Mordecai dodał
również, że przeciętny człowiek posiadał zwykle między trzy a pięć
punktów w każdym z tych pięciu parametrów, więc sześć punktów siły
wyglądało naprawdę dobrze.
Później mogłem znaleźć przedmioty i eliksiry, które zmieniałyby te
wartości czasowo albo permanentnie, ale na razie nie mogłem z nimi wiele
zrobić.
-?Dlaczego możemy wybrać klasę dopiero na trzecim poziomie? -?zapytałem.
Mordecai wzruszył ramionami.
-?Cała ta operacja wymaga wiele energii. Oni pewnie uważają, że jeśli
zdołasz dotrzeć do trzeciego poziomu, to jesteś wart inwestycji, jaka
jest potrzebna do transfiguracji. Klasa jest łatwa, ale zmiana rasy
wymaga sporo wysiłku. Zostaniesz fundamentalnie zmodyfikowany na
poziomie komórkowym. To byłby ogromny wydatek dla kogoś, kto i tak
zostanie pożarty przez muchołapkę na pierwszym poziomie.
Do tej pory nawet się nad tym nie zastanawiałem. Zdałem sobie sprawę, że
mogę zmienić się w zupełnie inną rasę. W grze komputerowej zdecydowałbym
się na to w ułamku sekundy. Nigdy nie grałem ludźmi, jeśli tylko miałem
wybór. Jednak permanentna transformacja w coś innego? Sama myśl o tym
sprawiła, że dostałem mdłości, ale było to coś, co musiałem przemyśleć i zmierzyć się z tym, gdy przyjdzie na to czas.
Zirytowała mnie trochę ta trójka przy inteligencji. Przyznaję, nigdy nie
byłem szczególnie dobry z matmy, ale nie uważałem się też za kompletnego
idiotę. Umiałem naprawić większość urządzeń elektrycznych, jeśli przez
jakiś czas mogłem przestudiować ich mechanizm. Mój ziom Billy Maloney -
ten to był prawdziwym imbecylem. W zeszłym tygodniu wyszliśmy z baru, a on naszczał prosto na rower policjanta, gdy ten wlepiał jakiemuś
pijanemu typowi mandat za naruszanie porządku publicznego. On dopiero
zasłużył na trzy punkty inteligencji, może nawet dwa.
Billy nie żyje, dotarło do mnie. Nadal był w więzieniu. Wystawili na
niego nakaz aresztowania za niestawiennictwo w sądzie, więc go zamknęli.
Nie żyje jak wszyscy inni na świecie. Odepchnąłem tę myśl jak najdalej
od siebie.
Gdy skończyłem narzekać Mordecaiowi na moje punkty inteligencji,
używając Billa jako przykładu, Mordecai powiedział:
-?Inteligencja podpowiedziała ci, że rower należał do policjanta. Wiedza
sprawiła, że nie oddałeś na niego moczu. Wszyscy mamy też w parametrach
Wiedzę, ale nie pojawia się ona w menu. Wcześniej się tam znajdowała,
ale w końcu odkryli, że zmiana punktów przydzielonych do Wiedzy
drastycznie zmienia osobowość gracza, więc się tego pozbyli. Nie wiem,
jaką Inteligencję miał ten cały Billy, ale jego Wiedza z całą pewnością
nie miała wartości pięć. Nie powinieneś przejmować się trójką w Inteligencji, chyba że chcesz się zająć specjalizacją związaną z magią.
Najlepiej zrobisz, koncentrując się na czymś związanym z Siłą.
To mnie pocieszyło, a Mordecai przeszedł do następnej pozycji w menu.
-?Ten ekran to najważniejsze menu w całej grze. Twoje życie będzie
zależeć od tych liczb.
Menu nazywało się Wskaźniki. Kliknąłem na nie i wpadłem w stupor.
WSKAŹNIKI
odsłony: 0
obserwujący: 0
dodali do ulubionych: 0
patroni: 0
Pierwszy poziom Lochu był najwyraźniej niedostępny dla widzów, więc
wskaźniki miały nie drgnąć, póki nie dotrę na poziom drugi.
Widzowie nie mieli w tej chwili dostępu do niczego, co się tu działo. W ciągu następnego dnia Borant miał jednak wypuścić nagrania z najlepszymi
momentami z otwarcia Lochu. Jeśli wystąpię podczas premiery programu
albo któregokolwiek z nowych odcinków, będzie to oznaczało wygraną na
loterii. Zawodnicy, których pokazano w telewizji, zyskiwali miliardy
odsłon i miliony obserwujących od pierwszego wystąpienia.
Biorąc pod uwagę liczbę ludzi w Lochu, szczerze wątpiłem, żeby ktoś
chciał pokazać akurat mnie, więc jeśli chciałem przetrwać, potrzebowałem
tego, co Mordecai nazywał "hucpą" albo "tym czymś".
-?Musisz się wyróżniać. Nie możesz po prostu zabić Wlokącego się
Kwasowego Palownika i odejść. Musisz zabić go w dobrym stylu,
dostarczając widzom rozrywki. Może wymyśl sobie jakieś atrakcyjne
powiedzonko. Podczas mojej wędrówki przez Loch zdołałem zgromadzić
prawie trzydzieści milionów obserwujących i czterech patronów. Tylko
dzięki temu przetrwałem -?podsumował Mordecai.
-?Przepraszam, Wlokące się co?
-?Wlokący się Kwasowy Palownik. Na drugim poziomie będzie się od nich
roiło. Rozbijają się na czterech nogach, są zieloni i włochaci. Plują
strzałkami, które rozpuszczają ci skórę. Okropne stworzenia.
-?Jezus Maria -?odparłem. Nadal nie mogłem pozbyć się uczucia, że śnię.
-?Skoncentruj się, młody! -?warknął na mnie Mordecai. -?Potwory nie są
teraz ważne. Znaczy są. Ale to, co teraz mówię, jest jeszcze ważniejsze.
-?Dobra, dobra. -?Machnąłem ręką, żeby kontynuował.
Mordecai zaczął wyjaśniać, jak działa publiczność. Od drugiego poziomu
widzowie z całego wszechświata będą mogli obserwować dowolnego
zawodnika. Borant nadal będzie wyświetlał najlepsze momenty. Im dłużej
zdołałem przetrwać, tym lepsze stawały się moje szanse na pojawienie się
w ich przeglądzie. Gdy ktoś oglądał mnie dłużej niż osiem sekund,
liczone to było jako odsłona. Ten wskaźnik nie pomagał mi ani mi nie
szkodził, ale stanowił dobre źródło informacji o tym, w jakim stopniu
byłem dla widzów interesujący.
-?Może ci się to nie podobać -?ostrzegł Mordecai -?ale musisz teraz
naprawdę uważać. Pozyskanie patronów jest kluczowe dla twojego
przeżycia. W Lochu znajduje się mnóstwo dobrej jakości łupów, które
pomogą ci przetrwać, ale najlepszy łup pochodzi od twoich dobroczyńców.
Patronów. Odsłony prowadzą do zwiększenia liczby obserwujących. To, że
ktoś cię obserwuje, oznacza, że jakiś widz dodał twój numer zawodnika do
zakładek. Większa liczba obserwujących prowadzi do pojawienia się tych,
którzy dodali cię do ulubionych. To coś zasadniczo pozytywnego. Oznacza,
że widzowie dostają w czasie rzeczywistym powiadomienia o twoich
parametrach i aktualnym statusie. Otrzymują powiadomienia, gdy walczysz.
Jeśli ktoś dodał cię do ulubionych, naprawdę chce wiedzieć, jak ci
idzie. Każdy widz może mieć ograniczoną liczbę zawodników w ulubionych,
więc powinieneś to uważać za wyróżnienie. Jednakże -?kontynuował
Mordecai -?ostatecznie najbardziej liczą się patroni. Dodawanie do
ulubionych zawsze w końcu prowadzi do pozyskania patronów. To zazwyczaj
organizacje, nie pojedyncze osoby. Sponsorują cię poprzez nabywanie dla
ciebie skrzynek. Istnieje mnóstwo typów skrzynek, a każda z nich ma
sześć poziomów jakości: brązowy, potem srebrny, złoty, platynowy,
legendarny i niebiański.
-?Ta -?przerwałem mu sucho. -?Nadal nie pozwoliłeś mi otworzyć moich
skrzynek. Mogę to zrobić teraz?
-?Poczekaj, młody -?powstrzymał mnie Mordecai. -?Mamy tu cały proces. Za
chwileczkę do tego dojdziemy. Większości patronów nie stać na więcej niż
srebrne albo złote skrzynki albo nie chcą płacić więcej. Brązowe
skrzynki zwykle są kiepskie, ale wszystko na wyższym poziomie zwykle
kryje w sobie coś przyzwoitego. Niektórzy z zamożniejszych patronów mogą
nawet kupić ci platynowe skrzynki, chociaż ich koszt musi być
astronomiczny. To rzekłszy, tylko patroni mogą wysyłać ci skrzynki od
dobroczyńcy. To one zawierają najrzadsze przedmioty. Oznacza to, że
nawet Brązowa Skrzynka od Dobroczyńcy jest lepsza niż Złota Skrzynka
Poszukiwacza Przygód. Skrzynka od dobroczyńcy może zawierać przedmioty
ze świata dobroczyńcy. Nigdy nie znajdziesz karabinu pulsacyjnego ani
automatycznej zbroi wspomaganej w żadnej ze skrzynek z Lochu, ale możesz
je otrzymać od patrona. Zrozumiałeś?
-?To kompletnie nie ma sensu -?powiedziałem -?ale tak, rozumiem, co masz
na myśli. Znalazłem się w międzygalaktycznym turnieju i muszę się
popisywać, żeby zwrócono na mnie uwagę. A gdy już zwrócą na mnie uwagę,
mogę od nich dostać skrzynkę z papierem toaletowym. Dobrze to
podsumowałem?
Mordecai zaklaskał w szczurze łapki.
-?Tak! Ale papier toaletowy dostajesz w pakiecie. Na mapie znajdziesz
dostatek toalet. To jedyne miejsce, do którego widzowie nie mogą za tobą
wejść.
-?Mówisz poważnie?
-?Jak najbardziej. -?Mordecai skinął głową. -?Poprzedni Loch, którym
zarządzała Korporacja Borant, nie miał żadnych toalet i zawodnicy sikali
i srali gdzie popadnie. To obrzydliwe.
-?A co Borant z tego ma?
Zmiana w zachowaniu Mordecaia była subtelna, ale wyraźnie widoczna.
Zesztywniał lekko. Jego głos przybrał dziwnie formalny ton.
-?Poza dochodem z eksploatacji, o którym już wspomniałem, Korporacja
Borant otrzymuje dochód z reklam, stypendium od rządu Syndykatu oraz
procent od każdego kredytu wydanego przez patronów. -?Mordecai odczekał
dłuższą chwilę, po czym dodał: -?Należy też dodać, że za każdym razem,
gdy zawodnik wspomni o rządzie międzygalaktycznym albo organizacji
sponsorującej bieżącą rozgrywkę w Lochu, sztuczna inteligencja
rozpocznie automatyczne nagrywanie interakcji celem kontroli treści.
Jeśli stwierdzi się, że zawodnik obraża jedną z tych dwóch instytucji,
zwłaszcza jeśli obserwują go widzowie, jego przygoda w Lochu może zostać
"przyśpieszona".
-?Jasne. -?Skinąłem głową. Trudno mi było sobie wyobrazić, że
"przyśpieszenie" mogło oznaczać coś pozytywnego.
Następne minuty spędziliśmy, przeglądając kolejne pozycje w menu. Miałem
menu dotyczące zdrowia, jak w innych grach. Punkty życia przedstawione
były w postaci pojedynczego zielonego paska, ale w menu znajdował się
także bardziej szczegółowy diagram kołowy. Wskazywał wszystkie obecne
przypadłości i słabości, a poza tym mogłem sprawdzić w nim dodatkowe
informacje. Leczenie ran było w Lochu przyśpieszone. Niedawno
wyzdrowiałem z kilku przypadłości, z których nawet nie zdawałem sobie
sprawy, jak zadrapania na podeszwach stóp i dłoniach, odmrożenia i początek infekcji w miejscu, gdzie ugryzła mnie Pączuś. Zdrowie
wzrastało powoli w tempie proporcjonalnym do mojej Kondycji.
Do tego gdybym zszedł po schodach na następny poziom, moje punkty życia
natychmiast wróciłyby do maksymalnego stanu. Innymi sposobami na
wylizanie się z ran były zaklęcia, eliksiry i magiczne zwoje. Ale
mieliśmy tylko jedno życie.
Śmierć oznaczała śmierć.
Potem przejrzeliśmy menu umiejętności. Ta sekcja wydawała się nie mieć
końca. Posiadała chyba nieskończoną liczbę stron. Jeśli nie dysponowałem
daną umiejętnością, nie mogłem przeczytać jej nazwy. Nadal znajdowała
się na liście, ale moim oczom ukazywała się rozmazana. Musiałem
przewijać setki stron, zanim zobaczyłem coś czytelnego. Mordecai kazał
mi zmienić widok na "posiadane umiejętności" i ta lista też była bardzo
długa. Miałem na niej takie pozycje jak Oddychanie: 3, Chodzenie: 4,
Obsługa Uniwersalnego Pilota Marki Sony Numer RMVLZ620: 1. Lista
wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Mordecai kazał mi odznaczyć coś w menu i większość umiejętności zniknęła. Zostało najwyżej kilka stron.
Potem jeszcze jedno odznaczenie i kolejnych kilka umiejętności zniknęło.
Zostały teraz rzeczy w stylu Walka Oparta na Chwytach i Uderzeniach: 3,
Podstawowe Naprawy Elektryczne: 6, Pływanie: 4. Nic poza Naprawami nie
miało więcej niż pięć punktów. Większość miała trzy.
-?To dobry początek -?stwierdził Mordecai. -?Jestem naprawdę pod
wrażeniem. Świetnie sobie radzisz z kilkoma rodzajami ziemskiej broni,
wszystkie to broń palna. Jednak ponieważ nie zabrałeś żadnej z nich ze
sobą, powinieneś zacząć trenować z bronią dostępną w Lochu. Zanim stąd
wyjdziesz, zobaczymy, czy masz coś sensownego w którejś ze swoich
skrzynek.
-?Pokażesz mi, jak ich używać?
-?Nie -?zaprzeczył Mordecai. -?To nie moja praca. W różnych miejscach
znajdują się gildie, które pomogą ci podwyższyć poziom umiejętności,
zwłaszcza magicznych. Ale najlepszym sposobem na to są ćwiczenia.
-?Jest tu jakiś sklep? -?zapytałem. -?Sztuczna inteligencja coś o nim
wspomniała.
-?Będzie, gdy dotrzesz do trzeciego poziomu -?odparł Mordecai. -?Trzeci
poziom posiada pewną strukturę, a potem na mapie zaczną pojawiać się
przypadkowe sklepy. Możesz też handlować z innymi zawodnikami albo
przyjaźnie nastawionymi stworami, jeśli jakieś znajdziesz. Moby na
drugim poziomie zaczną zostawiać po sobie złoto.
Następne było menu magiczne, skomplikowane jak jasna cholera. Było też
jednym z najbardziej absurdalnych elementów całej dotychczasowej
przygody. Dostałem proste zaklęcie uzdrawiające i pewną liczbę punktów
magii, które pojawiły się na górze po prawej stronie pod paskiem życia.
Moja Inteligencja wynosiła tylko trzy, więc miałem tylko trzy punkty
magii. Zaklęcie uzdrawiające kosztowało dwa. Mana regenerowała się
naturalnie co godzinę.
Na dole ekranu miałem dziesięć miejsc szybkiego dostępu, do którego
mogłem dodać eliksiry, zaklęcia albo specjalne przedmioty. Mordecai
kazał mi umieścić w pierwszej przegródce zaklęcie uzdrawiające. Żeby je
rzucić, musiałem na nie telepatycznie kliknąć. Było to proste zaklęcie
uzdrawiające pierwszego poziomu i przywracało tylko 20% mojego
całkowitego życia.
Mordecai kazał mi je wypróbować, chociaż mój pasek życia był pełny.
Rzuciłem zaklęcie. Ciało rozbłysło mi na czerwono, a pasek magii
skurczył się o dwie trzecie, lecz nic innego się nie stało.
-?Gdybyś był ranny albo chory, poczułbyś się teraz o wiele lepiej -
pouczył mnie Mordecai.
W powietrzu rozbrzmiał głos, przerywając nasz tutorial. Głos nie należał
do tamtego nadmiernie entuzjastycznego gospodarza teleturnieju, ale do
kobiety. Mówiła zwyczajnym tonem, jak menedżerka zwracająca się do
sklepu pełnego pracowników tuż przed otwarciem.
Dzień dobry, zawodnicy! Loch jest teraz zamknięty. W tym sezonie
dołączyła do nas bardzo różnorodna grupa i bardzo się cieszymy, że
jesteście z nami. Prawie trzynaście milionów zawodników zdołało wejść
przez bramy Lochu. Już teraz jest was mniej niż dziesięć milionów.
Miejcie na uwadze, że wejścia do kolejnego poziomu nie otworzą się przed
pierwszym odcinkiem Świata Lochu, który zostanie wyświetlony za
trzydzieści waszych godzin. Gdy to się stanie, zaczną pojawiać się
zejścia na następny poziom. Schody do następnych poziomów pojawią się
bez takiego opóźnienia. W imieniu Korporacji Borant pragnę podziękować
wam za zgłoszenie się na ochotnika do naszej produkcji oraz życzę wam
powodzenia i wesołej przygody!
Dziesięć milionów ludzi. To więcej, niż się spodziewałem. Ale tak czy
inaczej, kolejne trzy miliony ludzi zginęły w ciągu kilku minut. Te
liczby były tak wielkie, że zaczynały tracić wszelkie znaczenie.
Nowe ogłoszenie sprowokowało mnie do myślenia o konstrukcji Lochu.
Odliczanie do końca pięciu dni trwało nadal.
-?Dostaniemy pięć dni przed zniszczeniem każdego poziomu? -?zapytałem.
Mordecai pokręcił głową.
-?Nie -?odparł. -?Im głębszy poziom, tym więcej czasu się zwykle
dostaje. Później będzie to zależeć od wielu różnych czynników, w tym
oglądalności, liczby pozostałych zawodników i tak dalej. Ale zwykle
dodaje się jakieś pięć dni przy każdym poziomie. Więc pewnie dostaniesz
dziesięć dni na drugi poziom i piętnaście na trzeci. Nowe odliczanie nie
rozpocznie się, póki poprzedni poziom się nie zawali.
-?Jak trudno jest znaleźć schody?
-?Może nie być łatwo. Pierwszych kilka poziomów raczej nie sprawi
trudności, ale powinieneś skupić się na znajdowaniu przedmiotów i umiejętności, które pomogą ci dotrzeć do następnego wejścia. Pierwszy
poziom jest ogromny, jak możesz sobie wyobrazić. Jego powierzchnia równa
jest prawie powierzchni waszej planety. Nie powiedzą ci tego, ale składa
się z części, które nie są ze sobą połączone. Podczas wędrówki nie
natkniesz się tutaj na nikogo z Chin. To zmieni się jednak, gdy dotrzesz
do poziomu trzeciego. Zobaczysz, jeśli przetrwasz. Począwszy od
czwartego, każdy poziom będzie miał przydzielony motyw przewodni i będzie obejmował znacznie mniejszą powierzchnię. Zejścia do następnego
poziomu przestaną się pojawiać w przypadkowych lokalizacjach. Będą
strzeżone. Będziecie musieli wypełniać misje albo pokonać bossa, żeby
się do nich dostać. Ja sam ledwo zdołałem przedostać się na poziom
jedenasty. A gdy zobaczyłem, co strzegło drzwi do poziomu dwunastego...
Wiedziałem, że nie warto próbować.
-?Co to było? -?zapytałem.
Mordecai pokręcił głową.
-?To już nieważne. Tutaj i tak będzie inaczej. Za każdym razem jest
inaczej.
Wróciliśmy do szkolenia. Przerobiliśmy menu drużyny. Gdybym wszedł do
Lochu w towarzystwie grupy ludzi, moglibyśmy zarządzać nią właśnie
tutaj. Członkowie drużyny dzielili się punktami doświadczenia i mogli
korzystać z opcji grupowego czatu. Wszyscy, którzy znajdowali się w Lochu w tym samym momencie w czyimś towarzystwie, byli automatycznie
przydzielani do jednej drużyny, w związku z czym znalazłem się w drużynie o dwóch członkach -?Pączuś i ja.
Kotka nadal wylegiwała się przy ogniu. Wyglądało na to, że zasnęła.
-?Jeśli chodzi o mojego kota -?zacząłem -?system dał jej imię zawodnika
i numer. Czy to znaczy, że ona też dostaje te wszystkie osiągnięcia i skrzynki z łupem?
-?Tak. Każda żywa istota powyżej pewnej wagi, która wchodzi do Lochu,
otrzymuje imię i numer. Jednak aby zakwalifikować się do szkolenia,
trzeba mieć Inteligencję o wysokości co najmniej dwóch punktów, a jeśli
nie możesz przejść szkolenia, twój ekwipunek nie zostanie uruchomiony,
co oznacza brak dostępu do skrzynek. Inne istoty zostają uznane za
zwierzęta domowe. Wszystkie pozostałe, jak dzikie zwierzęta, które
weszły tu przypadkiem, rzadko dają radę zejść na drugi poziom. Dojdziemy
do menu zwierzęcia, gdy otworzymy twój ekwipunek, co stanowi nasz
następny krok.
Teraz, skoro minęło dwadzieścia minut od mojej poprzedniej wzmianki o Korporacji Borant, chciałem wrócić do naszej poprzedniej rozmowy.
-?Zanim do tego przejdziemy, mam kilka pytań odnośnie do osób, które
zarządzają tym show.
Mordecai zamarł.
-?Co takiego?
-?Czy oni zawsze nas słuchają?
-?Słuchają, tak. Ale niekoniecznie zwracają uwagę. Oni oczekują pewnych
ilości... zgrzytania zębami pośród zawodników. A my, enpece, musimy
wypowiadać imiona organizatorów wielokrotnie w czasie treningu, więc
zwykle jesteśmy ignorowani. Zwykle. Musisz naprawdę uważać dopiero
wtedy, gdy zaczniesz mieć obserwujących. Oni wiedzą, że są sadystycznymi
gnojkami, ale nie chcą, żebyś mówił to na głos. Bardzo dbają o swoją
reputację.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki