Duma i podejrzenie - Tirzah Price

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

w którym nasza bohaterka kolejny raz zostaje niesprawiedliwie potraktowana i wpada na trop nowej sprawy

Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że każdy błyskotliwy pomysł, na który wpadła młoda inteligentna kobieta i który został z sukcesem wcielony w życie, niewątpliwie zostanie przywłaszczony przez mężczyznę.

Elizabeth Bennet stała pod ścianą biura kancelarii prawniczej jej ojca o jakże optymistycznej nazwie Longbourn i Synowie, mierząc najostrzejszym spojrzeniem, na jakie tylko potrafiła się zdobyć, pana Collinsa, młodszego partnera w firmie. Ten jednak nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, racząc pozostałych pracowników szczegółami jej własnego odkrycia, jakby to on go dokonał.

- Wiedziałem od samego początku, gdy tylko pani Davis powierzyła nam prowadzenie tej sprawy, że coś się nie zgadza w jej zeznaniach. Jej męża oskarżono o malwersacje, a ona, żona zwyczajnego urzędnika, ubiera się jak baronowa? - Parsknął głośnym, zgryźliwym śmiechem, od którego Lizzie momentalnie rozbolała głowa.

Tak naprawdę pan Collins był zbyt pochłonięty upajaniem się własną wyższością, by zwracać uwagę na coś tak "trywialnego" jak kobiece stroje! Gdyby Lizzie poprosiła go, żeby zamknął oczy i powiedział, jakiego koloru jest jej spencer, raczej nie sprostałby temu wyzwaniu. (Tak dla formalności: szmaragdowozielony, z czystego brokatu. Jane, starsza siostra Lizzie, twierdziła, że ten kolor podkreśla głębię jej oczu).

Ojciec Lizzie, pan Bennet, przysłuchiwał się relacji pana Collinsa z cierpliwością człowieka nawykłego do wysłuchiwania rozwlekłych przemów.

- I co wydarzyło się potem?

- Zadałem jej zwyczajowe pytania, ale ciągle nie mogłem się pozbyć wrażenia, że coś ukrywa. Złożyłem pani Davis wizytę trzy dni później, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. W pewnym momencie naszej rozmowy tak się zdenerwowała, że przeprosiła mnie i na chwilę wyszła. W ten sposób trafiła mi się okazja, żeby... ekhm... rzucić okiem na jej sekretarzyk. Miałem nadzieję, że wypatrzę na nim jakiś zapomniany rachunek albo list...

Pan Collins urwał w poszukiwaniu odpowiednich słów, na co Lizzie uniosła brwi.

- O? Doprawdy? - rzuciła z przekąsem.

Nikt nie zwrócił na nią uwagi, a pan Collins wrócił do swojej opowieści:

- Zamiast tego natrafiłem na liścik o dosyć intymnej treści podpisany inicjałami J.A. Wydało mi się to dosyć podejrzane, więc popytałem sąsiadów i dowiedziałem się, że pani Davis wychodzi z domu we wtorkowe i czwartkowe popołudnia, zawsze o tej samej godzinie, nieraz na kilka godzin. Następnego dnia poszedłem ukradkiem za nią i w ten sposób dowiedziałem się, kto kryje się pod inicjałami J.A.: John Alston, szef jej męża!

Charlotte Lucas, serdeczna przyjaciółka Lizzie, westchnęła głośno. Jako sekretarka miała dostęp do wielu smakowitych detali spraw prowadzonych przez ich kancelarię, ale niewiele z nich tak bardzo pachniało skandalem, jak ta. Lizzie zareagowała w identyczny sposób, kiedy udało się jej odkryć - jej! nie panu Collinsowi! - że pani Davis ma romans z człowiekiem, który oskarżył o malwersacje jej męża Jamesa.

- To był przebiegle uknuty spisek! Od tego momentu przekazuję tę sprawę panu, panie adwokacie, żeby udowodnił pan niewinność naszego klienta i zażądał dla niego sprawiedliwości.

Po tych słowach pan Collins ceremonialnym gestem przekazał ojcu listy, które Lizzie osobiście zwędziła z sekretarzyka pani Davis, po czym skłonił się lekko gronu słuchaczy.

Kancelaria Longbourn i Synowie nie była duża - oprócz ojca pracowali w niej: dwudziestoletni gburowaty Collins, trzech innych prawników, dwóch aplikantów i Charlotte - sekretarka. Mimo to Lizzie aż kipiała ze złości, przyglądając się, jak Collins bezczelnie, na oczach wszystkich, przypisuje sobie zdobycie dowodów, które to ona mu dostarczyła.

- Chętnie bym go udusiła - wycedziła pod nosem na tyle głośno, że Charlotte posłała jej zaniepokojone spojrzenie.

- Najważniejsze jest to, że niewinny człowiek niedługo odzyska wolność - zauważyła sekretarka.

- Pewnie tak.

- Lizzie, wiesz, jak jest...

Charlotte urwała, świadoma, że porusza kwestię, o której Lizzie pamiętała aż za dobrze: nie będzie mogła osobiście bronić pana Davisa w sądzie, mimo że marzy o zostaniu adwokatem. Nic z tego, bo nawet gdyby sądy dopuściły do tego zawodu kobiety, musiałaby jeszcze przekonać ojca, że to odpowiednia droga życiowa dla jego ukochanej córeczki.

- Wiem - odparła Lizzie - ale to nie znaczy, że on ma prawo kraść moją pracę!

Collins wymieniał uściski rąk z innymi prawnikami i aplikantami, którzy poklepywali go po plecach i składali mu gratulacje, a w tym czasie pan Bennet przeglądał przekazane mu listy. Gwar w biurze przycichł i wszyscy zastygli w oczekiwaniu na to, co zawyrokuje adwokat.

- Dobra robota, Collins, bardzo dobra. Zaraz pójdę porozmawiać z sędzią pokoju. - Pan Bennet na chwilę zawiesił głos, a potem dodał: - Oczywiście nasz klient wcale nie jest niewinny.

- Ależ tak. Przecież właśnie to panu udowodniłem. - Collins uśmiechnął się do pana Benneta, jak zwykle protekcjonalnie, czego Lizzie serdecznie nie znosiła.

Największym atutem Lizzie był bystry umysł, a największą, wytykaną jej zawsze przez matkę słabością - cięty język.

- Naszym klientem jest pani Davis - zauważyła podniesionym głosem, nie potrafiąc dłużej zachować milczenia. - A ona z całą pewnością jest winna.

Doprawdy, codzienna obecność w tym biurze wymagała od Lizzie niekończących się pokładów cierpliwości.

Collins powinien poczuć zażenowanie z powodu popełnionej gafy, ale niczego takiego nie było po nim widać. Wręcz przeciwnie, nawet nie raczył odwrócić głowy w stronę młodej kobiety, która go poprawiła.

- Pan Davis, pani Davis, co to za różnica. Uważam, że pan Davis będzie nam do tego stopnia wdzięczny za załatwienie mu zwolnienia z więzienia, że z ochotą zapłaci nam sowitą sumkę.

- Nie licz na to. Natura małżeństwa bywa zagadką, a poza tym możliwe, że pan Davis nie ma funduszy. - Pan Bennet westchnął.

- Papo, James Davis jest młodszym siostrzeńcem baroneta! - wtrąciła Lizzie - Poprzez małżeństwo, ale... może baronet będzie nam wdzięczny, że uchronimy jego krewnego przed skandalem.

Lizzie umilkła, pozwalając by jej sugestia dała wszystkim do myślenia i delektując się widokiem wybałuszonych ze zdumienia oczu Collinsa.

- A skąd panienka o tym wie?

- Od pani Davis. Nie wspomniała o tym podczas pańskiej wizyty? - Lizzie wbiła w twarz Collinsa spojrzenie ostre jak sztylet, łudząc się, że dojrzy na niej choć ślad ubolewania czy zawstydzenia, ale na próżno. Odwróciła się więc z powrotem do ojca i dodała: - Niebywałe, czego można się dowiedzieć podczas odwiedzin u panny Lucas.

"Odwiedziny u panny Lucas" były eufemizmem, którego używali z ojcem, kiedy Lizzie przychodziła do biura pomagać mu w pracy. Kancelaria Longbourn i Synowie, choć znana i ciesząca się renomą, nie przynosiła zbyt dużych dochodów. Biorąc pod uwagę fakt, że pan Bennet przedkładał studiowanie prawa nad jego praktykowanie i nie miał zbyt wielkiego pożytku z młodszego partnera, nic dziwnego, że firma ledwo wiązała koniec z końcem, nawet pomimo nieformalnego wsparcia Lizzie.

- Doskonale - powiedział pan Bennet. - Elizabeth, proszę, pozwól do mojego gabinetu.

Lizzie nie posiadała się z radości, mijając poirytowanego Collinsa i znikając za drzwiami gabinetu ojca. Choć panował tu przeraźliwy bałagan, było to jej ulubione miejsce na świecie. Jak zwykle pachniało w nim atramentem i papierem, a w powietrzu unosił się mocny aromat tytoniu fajkowego - w domu żona stanowczo zabraniała panu Bennetowi palić. Blat masywnego dębowego biurka był zasłany książkami, dokumentami i kolekcją opróżnionych do połowy kałamarzy. Choć nieład ten kłócił się z zamiłowaniem Lizzie do porządku, uwielbiała wszystko, co jej zdaniem uosabiał: wiedzę, ciężką pracę, inteligencję, dążenie do sprawiedliwości. Sprawy, których szczegóły wychodziły tu na jaw, były bez porównania bardziej fascynujące niż wszelkie dramaty towarzyskie rozgrywające się na salonach.

- Papo - poskarżyła się, kiedy oboje usiedli. - Pan Collins kolejny raz cię okłamał.

- Ależ wiem. Myślisz, że choć przez chwilę byłbym skłonny uwierzyć, że wpadł na pomysł wizyty u pani Davis? Nie ma w nim ani krzty pomysłowości.

Lizzie uśmiechnęła się do siebie. Świetnie, pójdzie jej łatwiej, niż się spodziewała.

- Nie wolno ci go jednak prowokować w obecności innych, Elizabeth. W przyszłości zostanie ich przełożonym, więc nie powinien się przed nimi kompromitować.

Uśmiech na twarzy Lizzie momentalnie zgasł. Znowu to samo.

- Pan Davis zostałby stracony, a Collins nie zrobiłby nic, żeby temu zapobiec. Musiałam mu powiedzieć, czego się dowiedziałam, bo ty byłeś nieobecny, a jutro ma się odbyć rozprawa w sądzie.

- To na pewno jedyny powód? - spytał ojciec.

Lizzie wbiła wzrok w ciemną plamę na drewnianym blacie biurka - pewnie ojcu znów zabrakło piasku do osuszania atramentu. W drodze powrotnej do domu będzie musiała wstąpić do sklepu z przyborami piśmienniczymi.

- Nie. Kiedy weszłam do biura z dowodami, które udało mi się zdobyć, usłyszałam, jak mówi, że nic nie da się zrobić, więc nie mogłam się powstrzymać. Nie potrafię sobie odmówić przyjemności sprzeciwienia się panu Collinsowi.

- Mieć rację to jedna rzecz - stwierdził pan Bennet - ale ciągle się tym chełpić to całkiem coś innego.

- Każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, domyśliłby się, że pani Davis i pan Alston chcą wrobić nieszczęsnego pana Davisa, pewnie po to, żeby mogli wziąć ślub, kiedy się go pozbędą.

- A ty, jak wszystkim wiadomo, masz znacznie więcej oleju w głowie niż tylko odrobinę.

- Skoro tak uważasz, powinieneś zatrudnić mnie zamiast kogoś obcego.

Lizzie spodziewała się, że jej sugestia zaskoczy ojca, ale on sprawiał wrażenie, jakby spodziewał się takiego obrotu rozmowy.

- Widzę, że rozmawiałaś z Charlotte?

- Sama natknęłam się na wasz anons o pracy - przyznała się Lizzie. - Wybacz, ale jako twoja nieformalna księgowa i asystentka muszę to powiedzieć: zatrudnianie w tym momencie nowej osoby nie jest korzystne finansowo dla kancelarii.

Pan Bennet wziął do ręki plik umów, które Lizzie wcześniej sprawdziła i położyła mu na biurku do akceptacji.

- Jeśli Collins ma za jakiś czas zostać adwokatem i spędzać całe dnie w sądzie, musimy mieć prawnika na jego miejsce w biurze. Lepiej zatrudnić kogoś już teraz, zanim zabraknie nam rąk do pracy.

Lizzie z całych sił zacisnęła zęby, żeby nie powiedzieć na głos tego, co w tej chwili pomyślała: że z Collinsa nie ma żadnego pożytku. Był leniwy i tworzył więcej problemów, niż rozwiązywał. Lizzie i jej ojciec co rusz musieli naprawiać jego błędy i niedopatrzenia. Jej zdaniem jego nieudolność jako prawnika - gdy miał jedynie załatwiać formalności prawne poza salą sądową - nie wróżyła mu sukcesów w karierze adwokackiej, kiedy będzie musiał reprezentować klientów w sądzie.

Nie wiadomo dlaczego, ale ojciec zdawał się tego nie dostrzegać. Zupełnie jakby się spodziewał, że szkolenie na adwokata w Inns of Court zmieni Collinsa w innego człowieka. Może patrzył przez palce na jego nieudolność dlatego, że pan Collins był jedynym spadkobiercą rodzinnej firmy Bennetów i ich znacznie już uszczuplonego majątku. A może dlatego, że był synem jego kuzynki. W każdym razie kiedy Collins zjawił się w ich domu z opowieścią o swej patronce i przyzwoitymi listami polecającymi, ojciec Lizzie przyjął go jak syna, którego nigdy nie miał.

- Skoro już musisz kogoś zatrudnić, dlaczego nie mnie? - nalegała Lizzie. - I tak załatwiam większość spraw kancelarii, a poza tym mogłabym pracować jako stażystka, bez wynagrodzenia, dopóki firma znów nie będzie przynosiła dochodów i...

- Elizabeth - przerwał jej ojciec. - Nie mogę sprzeciwić się woli matki w kwestii twojej przyszłości.

Zarówno ojciec, jak i córka nieznacznie wyprostowali się na krzesłach, jakby sama wzmianka o pani Bennet mogła sprawić, że zmaterializuje się obok nich w gabinecie. Wydawało się to niedorzecznością, ponieważ odkąd Lizzie sięgała pamięcią, noga matki ani razu nie postała w kancelarii Longbourn i Synowie. Już samo przekroczenie jej progu z pewnością wywołałoby u niej atak zawrotów głowy, na które wiecznie się uskarżała.

- Mama ma dobre chęci - stwierdziła oględnie Lizzie, chcąc w ten sposób dać do zrozumienia, że pani Bennet wcale jej nie zna. - Ale ja nie chcę poślubić adwokata, tylko sama nim zostać. I dlatego liczę na twoje wsparcie.

Pan Bennet posłał córce nikły uśmiech zadowolenia. Lizzie była przekonana, że dostrzega nieznaną innym stronę osobowości ojca: pogodną i rozbawioną jej małym buntem.

Nikt nie mówił tego na głos, ale wszyscy wiedzieli, że Lizzie łączy z ojcem wyjątkowa więź. Owszem, jej starsza siostra Jane była czarująca, dobrze wychowana, taktowna i - jak musiała przyznać w duchu Lizzie - jedyna z całej ich gromadki, która nigdy nie przyniesie ojcu wstydu. Jej młodszych sióstr, Mary, Lydii i Kitty, nie interesowało nic oprócz życia salonowego. Lizzie mogłaby się założyć, że ojciec potajemnie żałuje, że nie urodziła się chłopcem. I choć ona sama nie miała nic przeciwko swojej płci, bywały chwile, gdy marzyła, by być kimś innym niż młodą damą.

- Zdaję sobie sprawę, że to dość nietypowa sytuacja - przyznała Lizzie. - Ale jestem już dorosła i gdybym była twoim synem, zaproponowałbyś mi staż w kancelarii bez obiekcji.

Pan Bennet przez dłuższą chwilę milczał i mierzył ją wzrokiem; Lizzie prawie wstrzymała oddech w nadziei, że waży w myślach jej argumenty. Jeśli ustąpi w sprawie pracy, kto wie, może kiedyś pozwoli jej również szkolić się na adwokata? Byłaby gotowa zawstydzać Collinsa na każdym kroku, gdyby tylko w ten sposób mogła przekonać ojca.

- Nie myśl, że nie biorę twoich argumentów pod rozwagę - odezwał się w końcu. - Choć twój sposób perswazji odrobinę zbyt mocno opiera się na patosie.

Lizzie roześmiałaby się na te słowa, gdyby ich rozmowa miała inny charakter. To ojciec jako pierwszy uczył ją o metodach perswazji Arystotelesa: patosie, etosie i logosie. Patos był środkiem odwołującym się do emocji i właśnie w ten sposób starała się wpłynąć na ojca. On zaś jako wytrawny adwokat rzecz jasna od razu go rozpoznał.

- Skoro nie mam autorytetu ani doświadczenia, a zatem nie mogę wykorzystać etosu, zakładam, że wolisz, żebym posłużyła się logosem - stwierdziła.

Pan Bennet się zaśmiał.

- Jeśli zdołasz mnie przekonać, że powinienem cię zatrudnić, opierając się na logice i faktach, obiecuję, że się nad tym zastanowię. Uważam, że to uczciwa propozycja, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę reprymendę, jaką dostanę za to od twojej matki.

Lizzie nie miała pewności, czy ojciec nie próbuje jej jedynie udobruchać, mimo to od razu podjęła rękawicę.

- Rozwiązałam sprawę Davisa! Pan Collins wykorzystał moją pracę i dowody. Jestem od niego lepsza.

- Powierzyłem tę sprawę Collinsowi, nie tobie - zauważył ojciec. - Nie, masz mi udowodnić, że nadajesz się do tej pracy, i nie mieszaj do tego swej pogardy dla Collinsa.

Lizzie rozważała słowa ojca, nie do końca pewna, czy ma się cieszyć ze swojej szansy, czy frustrować, że musi się podwójnie starać i udowadniać, że jest wystarczająco dobra, podczas gdy taki Collins ma wszystko podane na tacy. Wiedziała, że powinna przyjąć jego propozycje - o lepszej nie mogła nawet marzyć - ale powstrzymywało ją jej zacięcie do polemiki.

Zupełnie jakby wyczuł rozterki córki, pan Bennet pochylił się nad swoim niemiłosiernie zabałaganionym biurkiem i dodał:

- Wierz mi, że cię doceniam, a twoja pomoc przy umowach wiele dla nas znaczy. Poza tym, kto wie? Może poślubienie adwokata - oczywiście nie teraz, w przyszłości - nie jest aż tak złym wyjściem?

Lizzie skrzyżowała ramiona na piersi.

- Nie wyjdę za pana Collinsa.

Pomysł ten przeraził nawet samego pana Benneta.

- O, nie! Uchowaj Boże!

* * *

Po drodze do wyjścia Lizzie zatrzymała się przy biurku Charlotte, żeby poprawić czepek i wciągnąć rękawiczki.

- Odesłał cię do domu? - spytała cicho sekretarka.

- Niezupełnie. - Lizzie wiedziała, że ojciec oczekuje, iż właśnie tam wróci. Nigdy go jednak nie przekona, żeby dał jej posadę, jeśli będzie przesiadywać w swoim pokoju i ślęczeć nad robótką. - Powiedział, że mnie zatrudni, jeśli go do tego przekonam, używając logiki.

- Och, to akurat nie powinno ci sprawić trudności - stwierdziła jak zwykle wspierająca ją Charlotte.

Lizzie westchnęła.

- Przytoczyłam mnóstwo argumentów na dowód, że to ja jestem najlepszą kandydatką. Wykonuję większość pracy za Collinsa, wiem, jak funkcjonuje kancelaria, analizuję prawie wszystkie umowy... Co jeszcze miałabym zrobić?

Charlotte rozejrzała się ukradkiem, żeby się upewnić, czy niepodsłuchuje ich któryś z aplikantów, a potem szepnęła:

- A gdybyś rzuciła okiem na nowe sprawy, jeszcze nikomu nie przydzielone?

Po tych słowach otworzyła szufladę, gdzie trzymała zapytania od klientów posegregowane według rodzaju sprawy oraz nazwiska interesantów. Skinęła na Lizzie, żeby weszła za jej biurko i sama poszperała w kartotece.

- Może znajdziesz jakieś średnio skomplikowane sprawy, najlepiej tych klientów, których stać, żeby nam zapłacić...

- Sprytna jesteś - powiedziała Lizzie z aprobatą w głosie i zaczęła przeglądać listy z zapytaniami. - I dlatego taka świetna z ciebie sekretarka.

- Wątpię, żeby twój ojciec mnie zatrudnił dlatego, że potrafię szpiegować - odparła Charlotte.

- Zatrudnił cię, po potrzebował kogoś solidnego i dobrze zorganizowanego. - Lizzie wyjęła dokument, przebiegła wzrokiem jego treść i czym prędzej odłożyła go na miejsce. Sprawy niewiernych małżonków były bezbrzeżnie nudne. - Szkoda, że nie ma zamiaru zastosować tych samych kryteriów wobec własnej córki.

- Nie osądzaj go zbyt surowo. Nie poszłabym do pracy, gdybym nie musiała, a gdybym jeszcze miała takiego ojca jak twój...

- Wiem - przytaknęła Lizzie, rozpoznając nutę tęsknoty w głosie przyjaciółki. Charlotte była córką zamożnego kupca i egzotycznej piękności z Indii Zachodnich. Małżeństwo jej rodziców wywołało skandal, a niedługo po przyjściu Charlotte na świat oboje zmarli. Wychowywał ją wspólnik jej ojca w interesach, przyjaciel pana Benneta. Kiedy nie udało się jej wyjść za mąż przed skończeniem dwudziestu trzech lat, zatrudniła się w kancelarii Longbourn i Synowie. Była nie tylko kompetentna i skrupulatna, lecz także stała się zaufaną powierniczką Lizzie. - Pomyśl tylko, czy nie byłoby cudownie, gdybyśmy pracowały razem?

Charlotte posłała jej nikły uśmiech.

- Rzeczywiście cudownie. Szukaj więc swojej wymarzonej sprawy.

Niestety, ich misterny plan pokrzyżował odgłos chrząknięcia za ich plecami.

- Panno Elizabeth, znów szperamy w kartotece?

Lizzie drgnęła w poczuciu winy i wstała. Collins zrobił krok w przód i z godnym podziwu wysiłkiem próbował spojrzeć na nią z góry, co było dosyć trudne, bo Lizzie była od niego wyższa o dobre trzy cale.

- Panie Collins - odezwała się sucho, wbijając w niego spojrzenie. Zastanawiała się przy tym, czy ten człowiek czuje cokolwiek z powodu tego, jak ją wcześniej potraktował. Zażenowanie? Poczucie winy? Wyrzuty sumienia?

- Czy panienka nie powinna siedzieć teraz w domu i zajmować się szyciem? - spytał drwiącym tonem. Jego pełen satysfakcji uśmieszek powiedział Lizzie wszystko, co chciała wiedzieć na temat jego domniemanej skruchy, a raczej jej braku. - Albo poszukać sobie jakiegoś innego zajęcia odpowiedniejszego dla swojej... pozycji?

Lizzie przekonała się już nieraz, że w złości najrozsądniej było policzyć coś w myślach - cokolwiek z najbliższego otoczenia - do momentu, aż się uspokoi. Tym razem wybór padł na lśniące mosiężne guziki u marynarki Collinsa: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem...

W porządku, teraz mogła mu spokojnie odpowiedzieć.

- A jakaż to jest pozycja? - spytała.

- Dama, na dodatek niezamężna.

- Obawiam się, że moja płeć i stan cywilny to nie pański interes.

- Och, a może jednak? - Collins popatrzył Lizzie w oczy odrobinę dłużej, niż powinien, a wtedy poczuła wielką ochotę rzucić mu w twarz parę niecenzuralnych wyrazów, zasłyszanych podczas detektywistycznej eskapady do dzielnicy portowej. Najpierw zaniedbał swoje obowiązki przy sprawie pani Davis, potem bez słowa wyjaśnienia przywłaszczył sobie zdobyte przez nią dowody, a teraz ma czelność sugerować, że coś mogłoby ich łączyć?

Ostatecznie Lizzie postanowiła obrazić Collinsa cytatem z Szekspira. Uznała, to za elegantsze rozwiązanie.

- Bądźmy sobie tak obcy, ile tylko można* - odparła zimno.

Sens jej słów dotarł do Collinsa dopiero po dłuższej chwili i fałszywa uprzejmość na jego twarzy zmieniła się w otwartą niechęć. Sięgnął za plecy Lizzie i zatrzasnął szufladę z kartoteką. - To są poufne dokumenty kancelarii Longbourn i Synowie, panno Elizabeth!

Lizzie poczuła gorąco na policzkach.

- Mój ojciec...

- O, tak, chodźmy mu powiedzieć, że panienka kolejny raz wtyka nos w sprawy firmy.

I tu ją miał. Ojciec dopiero co zabronił jej zatargów z Collinsem. Jak by to wyglądało, gdyby zaledwie pięć minut później wpadła do jego gabinetu ze skargą, że on znów wszedł jej w drogę? Ach, jak bardzo Lizzie chciałaby teraz powiedzieć Collinsowi coś, co starłoby mu z twarzy ten złośliwy uśmieszek. Ale zanim przyszła jej do głowy jakaś cięta riposta, drzwi biura otworzyły się z impetem i głośnym hukiem.

Lizzie, Collins i Charlotte jak jeden mąż odwrócili głowy ku wejściu, ale... nikogo nie zauważyli. Zaraz, zaraz... Lizzie spojrzała w dół i napotkała spojrzenie małego chłopca usmarowanego jak ulicznik, ale szykownie ubranego w marynarkę i znoszoną czapkę, którą prędko zerwał z głowy.

- Przepraszam panie - wydyszał, z trudem łapiąc powietrze. - Nie chciałem... pań... przestraszyć...

- Wynocha stąd, ale już! - wrzasnął pan Collins. Lizzie pomyślała z przekąsem, że pewnie po raz pierwszy w tym tygodniu ma okazję, by wydawać polecenia komuś niższemu od siebie. - To jest poważna kancelaria!

- Proszę dać mu spokój, panie Collins - odezwała się Lizzie, z najwyższym trudem powstrzymując uśmiech. - On przyszedł do mnie.

- A jakież sprawy może panienka mieć sprawy z ulicznikiem?

- Sprawy, które nie powinny pana obchodzić! - Lizzie kolejny już raz spiorunowała Collinsa wzrokiem, a potem skinęła na chłopaka.

- Wejdź do środka, Fred.

Chłopak nadal ciężko dyszał, kiedy Lizzie prowadziła go do pustego biurka w kącie, więc wskazała mu krzesło i podała szklankę wody. Poznała go kilka miesięcy temu i tak ujęła ją jego spostrzegawczość, że od czasu do czasu zatrudniała go, by zdobywał dla niej informacje, zwłaszcza o dżentelmenach doprowadzanych przez policjantów do sądu pokoju na Bow Street. Kancelaria Longbourn i Synowie potrzebowała klientów, warto było wiedzieć, kogo aresztowano, jeszcze zanim ta nowina trafiała do prasy.

Fred opróżnił szklankę kilkoma szybkimi łykami. Lizzie wiedziała, że zanim zacznie go wypytywać, powinna pozwolić mu ochłonąć, jednak jak dotąd ani razu nie zdarzyło mu się wpaść do kancelarii przez główne drzwi, żeby się z nią zobaczyć. Lizzie poczuła dreszczyk emocji, podobnie jak podczas wizyty u pani Davis, kiedy znalazła list od jej kochanka. Kto wie, może dzięki Fredowi wcale nie będzie musiała myszkować w kartotece Charlotte?

Ale nawet pomimo całej tej ekscytacji Lizzie nigdy w życiu nie przyszłoby do głowy, że gdy chłopak wreszcie odzyska oddech, podniesie na nią wzrok i powie:

- Panienko, zdarzyło się morderstwo.

* William Szekspir, Jak wam się podoba, tłum .S. Barańczak

ROZDZIAŁ DRUGI

w którym Lizzie obmyśla plan

Umysł Lizzie pracował na najwyższych obrotach. Sprawa o morderstwo! To mogło być to, czego potrzebowała...

- W porządku, a teraz opowiedz mi o wszystkim.

- Dziś przed południem, a dokładnie za piętnaście dwunasta, przyprowadzono do sądu dżentelmena o nazwisku Charles Bingley. Był cały zakrwawiony.

- Jakie ma zarzuty? - spytała Lizzie.

- Zabicie szwagra. Człowieka o nazwisku George Hurst. Bingley zeznał, że przyszedł rano z wizytą do Hursta, ale nie czekał, aż ten zejdzie na dół, i poszedł prosto do jego sypialni. Zaraz potem zaczął krzyczeć i kiedy nadbiegł lokaj, zobaczył martwego Hursta i pochylonego nad nim Bingleya.

Lizzie uniosła dłoń, żeby na chwilę uciszyć Freda.

- Podejrzewają, że to właśnie wtedy Bingley go zabił? Byli jacyś świadkowie?

- Kamerdyner i lokaj twierdzą, że to musiał być on, panienko, ale momentu zabójstwa nie widzieli. W sądzie było straszne zamieszanie. Udało mi się jednak podsłuchać, że Hursta ugodzono kosztownym scyzorykiem, który wszyscy uznali za własność Bingleya. Pan Bingley twierdzi, że kiedy wszedł do pokoju, Hurst był już martwy. Próbował ocucić szwagra i dlatego ubrudził się krwią. Ale proszę mi wierzyć, wyglądał naprawdę makabrycznie.

- Wyobrażam sobie - mruknęła Lizzie, której umysł momentalnie zabrał się do analizowania faktów. - I co na to sędzia?

- Ani trochę mu nie uwierzył. Polecił odprowadzić go do Newgate i ogłosił, że konieczna będzie rozprawa.

- Wspaniale - ucieszyła się Lizzie, choć dla pana Bingleya nie była to wcale wspaniała nowina. - A ten cały Bingley? Kojarzysz to nazwisko, Fred? Słyszałam je gdzieś w towarzystwie, ale czym on się zajmuje?

- Handel morski - odparł Fred. - Jest właścicielem całego Netherfield Shipping. Ktoś w sądzie wspomniał, że Hurst pracował dla Bingleya.

Ciekawe... Może interesy poszły nie tak? Albo w grę wchodził jakiś konflikt rodzinny? Nie wiadomo, za mało faktów.

- Świetnie się spisałeś, Fred - pochwaliła go Lizzie i sięgnęła do torebki po sześciopensówkę, a potem wręczyła ją chłopakowi ze słowami: - Zarobisz więcej, jeśli zdobędziesz dla mnie jeszcze jakieś informacje o tej sprawie. Mogą być nawet plotki, wszystko może się przydać.

- Dziękuję, panienko - odparł ucieszony się Fred i wypadł z biura z szerokim uśmiechem na drobnej twarzy.

Lizzie również pośpieszyła do wyjścia i skierowała się prosto do domu. Matka zawsze się upierała, że ma poruszać się po mieście dorożką, ale Lizzie wolała przejść dzielące ją od domu trzy kilometry pieszo, delektując się ciepłem delikatnego wiosennego słońca na twarzy. Zarówno kancelaria, jak i dom Bennetów znajdowały się w Cheapside - gwarnej i ruchliwej dzielnicy Londynu, pełnej kawiarni, sklepów i banków. Lizzie zawsze mogła się spodziewać, że gdy tylko odwiedzi którąś z tutejszych herbaciarni czy przespaceruje się ulicą, spotka kogoś znajomego. Krótko mówiąc, panowała tu dosyć przyjemna wielkomiejska atmosfera, jednak dzielnica należała raczej do tych, które prawdziwie zamożne osoby wolały tylko odwiedzać, a nie wybierać na miejsce zamieszkania. Mimo to pan Bennet nie chciał nawet słyszeć o przeprowadzce do mniej hałaśliwej i bardziej modnej okolicy, choć jego żona ustawicznie go na to namawiała. Wygrywała wygoda - bliskość Centralnego Sądu Kryminalnego i ulubionej księgarni ojca.

W drodze do domu Lizzie intensywnie dedukowała. Zawsze najlepiej się jej rozmyślało podczas spacerów krzywymi i błotnistymi uliczkami Cheapside. Tym razem jednak sprawa była wyjątkowo frapująca. Zgodnie z obowiązującym w kraju prawem należało udowodnić niewinność oskarżonego, jednak Lizzie bardzo często miała poczucie, że powinno się raczej dostarczyć dowody czyjejś winy. W przypadku tego morderstwa bardzo chciała poznać szerszy kontekst sprawy. Co aż tak pilnego miał Bingley do Hursta, że poszedł prosto do jego sypialni? Gdzie w tym czasie przebywała pani Hurst? Jak wyglądały ich relacje rodzinne? Jaką mieli pozycję towarzyską?

Lizzie nie miała oporów przed zadawaniem tego typu pytań. Ojciec, co prawda, chciał, by przekonała go, że zasługuje na posadę w kancelarii, za pomocą logicznych argumentów, ale ona doskonale wiedziała, że gdyby mężczyźni kierowali się wyłącznie logiką, kobiety już dawno zasiadałyby w parlamencie! I dlatego musiała udowodnić nie tylko to, że istnieją racjonalne przesłanki, aby dostała tę pracę, lecz także to, że jest bardziej kompetentna od mężczyzn. A co może jej w tym lepiej pomóc niż rozwikłanie sprawy zabójstwa?

Rodzina Bennetów mieszkała przy Gracechurch Street. Kiedy Lizzie weszła do domu, przy drzwiach czekała już na nią Jane. Wzięła od niej czepek i rękawiczki, a potem spytała:

- I co? Jak ci poszło?

Po chwili oszołomienia do Lizzie dotarło, że siostra pyta o sprawę Davisów, która już dawno wyleciała jej z głowy. Szybko zebrała myśli i odparła:

- Papa dziś po południu przekaże moje dowody sędziemu.

- Cudownie - rzuciła Jane tonem pełnym satysfakcji.

- Tylko że to już nie będą moje dowody.

Na twarzy Jane odmalowało się zrozumienie.

- Pan Collins?

Lizzie pokiwała głową i zdała siostrze szybką relację, a na koniec dodała:

- Nie powinnam była puścić przy nim pary z ust.

- Nie miałaś innego wyjścia. Chodziło o życie człowieka, a Collins zrobił to, co potrafi najlepiej: wszystko spartaczył.

Lizzie się uśmiechnęła.

- Ależ Jane! Damie nie przystoi tak się wyrażać.

- Damie nie przystoi kłamać - oświadczyła Jane sztucznie wyniosłym tonem, którego używała wyłącznie w rozmowach z siostrą. Lizzie uśmiechnęła się, choć tylko przelotnie.

- Papa wie, jak było naprawdę - powiedziała Lizzie, a potem westchnęła. - I tylko to powinno się liczyć. Ale zaraz, Jane! Mam nowiny! Doszło do zabójstwa!

- Dobry Boże! - wykrzyknęła Jane. - Kto zginął? Znamy go?

- Nie. Niejaki pan Hurst - wyjaśniła Lizzie, a potem w kilku zdaniach opowiedziała siostrze, czego udało się jej dowiedzieć o nowej sprawie.

- Coś potwornego - jęknęła Jane. - Współczuję jego rodzinie.

- Tak, ja też - przytaknęła skwapliwie Lizzie. Miała wyrzuty sumienia, bo jej pierwszą reakcją na wieść o zabójstwie było radosne podniecenie, a nie smutek. W przypływie emocji łatwo zapomnieć, że morderstwo to coś więcej niż tylko zagadka do rozwiązania i sprawa, na której ich kancelaria może zarobić. To również żałoba, ceremonia pogrzebowa i przewrócone do góry nogami życie krewnych ofiary.

Dlatego też Lizzie starała się powściągnąć emocje w głosie, kiedy dodała:

- Taka sprawa bez wątpienia wymaga jednak pomocy prawnej... - Po tym wstępie zdradziła siostrze, że ojciec obiecał zastanowić się nad jej zatrudnieniem w kancelarii, o ile udowodni mu, że się do tego nadaje. A to oznaczało, że musi sobie znaleźć odpowiednią sprawę.

- A ty oczywiście uznałaś, że to ma być akurat morderstwo? - spytała z niedowierzaniem Jane. - Jak się ją w ogóle prowadzi?

- Zbiera się informacje - odparła Lizzie stanowczo, co zdziwiło nawet ją samą.

Nie czekała długo, żeby rozpocząć własne śledztwo - zaledwie do obiadu. Pani Bennet demonstracyjnie nie opuszczała swojego pokoju przez całe popołudnie, dopóki nie nadeszła pora, by siadać do stołu.

- Nie będzie pana Collinsa? - zdziwiła się, gdy weszła do jadalni. - Panie Bennet, czy pan w ogóle przekazuje mu moje zaproszenia?

- Nie, moja droga - odparła głowa rodziny. - Spędzam z tym człowiekiem cały dzień w pracy. Nie chcę znosić jego obecności także we własnym domu.

- Czy nie masz ani krzty współczucia dla swoich córek? - żachnęła się pani Bennet, dramatycznie gestykulując. Jane pochyliła głowę, żeby ukryć rozbawiony uśmiech, w przeciwieństwie do Lizzie, która nie miała takich skrupułów. Mary wydawała się lekko znudzona, a Kitty i Lydia szeptały między sobą, zupełnie nie zwracając uwagi na matkę.

- Dajże spokój, kocham swoje córki. I właśnie dlatego nie chcę ich torturować obecnością pana Collinsa.

- Ależ nie, on nie jest całkiem do niczego - zaoponowała Mary. - Lubię obserwować, jak próbuje się domyślić, który widelec do czego służy.

Lizzie wydała z siebie nieprzystające damie rozbawione parsknięcie, które zwróciło uwagę matki.

- Ty, moja droga, powinnaś się starać o jego względy - oznajmiła pani Bennet.

- Z całym szacunkiem, mamo, ale nie mam zamiaru starać się o względy pana Collinsa ani żadnego innego mężczyzny.

- Naprawdę chcecie znaleźć się na ulicy, kiedy wasz ojciec umrze? - zawołała histerycznym tonem pani Bennet, na co Lydia i Kitty zatkały uszy i zaniosły się chichotem.

- Dziewczęta - upomniał je surowym głosem pan Bennet, ale nie podniósł głowy, żeby się przekonać, czy Kitty i Lydia zareagowały na jego przestrogę.

- Planujesz umrzeć w najbliższym czasie, papo? - spytała Lizzie.

- Nie, chyba że ta rozmowa będzie miała ciąg dalszy.

- No właśnie. Mamo, papa obiecał, że nie umrze, jeśli przestaniemy rozmawiać o małżeństwie którejś z nas z panem Collinsem.

- Lizzie nie może poślubić pana Collinsa - stwierdziła z pełną buzią Lydia - dopóki Jane nie wyjdzie za mąż.

Jane, najstarsza, najładniejsza i najbardziej układna z panien Bennet, była dobrą partią, więc matka stawiała kandydatom do jej ręki dosyć wysokie wymagania. Kawalerowie, których majątek nie przekraczał pięciu tysięcy funtów rocznie, w ogóle nie byli przez nią brani pod uwagę. Potencjalny wybranek powinien mieć majątek ziemski, dom w mieście, a najlepiej jeszcze tytuł szlachecki, i rzecz jasna, dobrze wyglądać. Dla młodego mężczyzny były to wyśrubowane kryteria, nic więc dziwnego, że pan Collins nie miał u Jane absolutnie żadnych szans.

- Gdybym była na twoim miejscu, Jane - ciągnęła Lydia - starałabym się zainteresować sobą jakiegoś oficera. Wszyscy wiedzą, że duchowni są za biedni, żeby się żenić, adwokaci za nudni, a kupcy zbyt pospolici. Ale wojskowy...

- Papo - wtrąciła Lizzie, starając się sprowadzić tę rozmowę z powrotem na sensowne tory, zanim sytuacja przy stole wymknie się spod kontroli. - Co wiesz o panu Bingleyu?

Zanim ojciec zdążył jej odpowiedzieć, pani Bennet momentalnie wyprostowała się na krześle.

- Znasz pana Bingleya? Czy Lizzie została mu przedstawiona?

"Jeszcze nie" - pomyślała Lizzie.

Pan Bennet uniósł gwałtownie głowę i przeszył ją wzrokiem. A więc jednak - coś wiedział!

- To nie jest odpowiedni temat do rozmowy przy stole.

Teraz Lizzie miała już pewność. Kiedy wyszła z kancelarii, ojciec zapewne udał się do sądu i musiał usłyszeć najświeższe nowiny!

- O tak, on byłby idealnym mężem dla Jane - perorowała pani Bennet. - Młody dżentelmen, dopiero od niedawna pełnoletni. Owszem, para się handlem, ale za to jest jedynym spadkobiercą swojego wuja. Odziedziczy po nim rezydencję w Derbyshire. Pomyśl, jaki ma majątek, co najmniej cztery albo pięć tysięcy rocznie! Mój drogi, może zaprosisz go do nas na obiad, żeby poznał Jane?

Lizzie skrupulatnie notowała w myślach wszystkie wypowiadane przez matkę informacje, gdy dobiegły ją słowa ojca:

- Pan Bingley jest zajęty.

Pani Bennet zrzedła mina.

- Zajęty? Przez kogo?

- Nie przez młodą damę, jeśli to masz na myśli. Po prostu w najbliższej przyszłości nie będzie miał czasu.

Mówił stanowczo i Lizzie domyśliła się, że ojciec ma nadzieję, iż matka porzuci temat Bingleya, ale nic z tego. Jedyne, co Lizzie miała z nią wspólnego, to niezmordowana ciekawość.

- To gdzie on teraz przebywa? - naciskała pani Bennet.

- W więzieniu Newgate. - A ponieważ nowina ta wcale nie ostudziła zapału w oczach jego żony, dodał: - Oskarżony o morderstwo.

Wszyscy zgromadzeni przy stole, oprócz Lizzie i pana Benneta, wydali okrzyk zdumienia.

Pani Bennet odłożyła głośno widelec na stół.

- Żarty sobie stroisz!

Kitty i Lydia rzuciły się błagać ojca, żeby powiedział coś więcej, a Mary zaczęła mamrotać pod nosem coś o grzesznych występkach. Jane posłała Lizzie ukradkowe spojrzenie mówiące: "Masz, czego chciałaś". Pan Bennet, z wyraźnym ociąganiem, opowiedział im ogólnikowo o całej sprawie przy drugim daniu, ale przyznał, że nie zna jeszcze wszystkich jej szczegółów.

- Jaka szkoda, że siedzi w więzieniu - ubolewała pani Bennet. - Byłby idealnym mężem dla naszej Jane.

Jane się nie odezwała, udając, że całą jej uwagę pochłonęła tarta na talerzu, ale pan Bennet spytał:

- A gdyby był mordercą, ale nie siedział w więzieniu? Też byłby idealnym kawalerem?

- Nadal byłby lepszy od pana Collinsa - mruknęła Lizzie do Jane, która szybko podniosła serwetkę do ust, żeby ukryć uśmiech.

Lizzie wiedziała, że determinacja matki, chcącej jak najszybciej wydać za mąż córki, wypływała z jej strachu i poczucia, że jest nieszczęśliwa. Jej ojciec zmarł nagłą śmiercią, nie zostawiając rodzinie praktycznie żadnych środków do życia. I chociaż jej brat wraz z rodziną miał teraz wysoką pozycję w towarzystwie, w tamtych czasach musiał pracować jako zwykły praktykant w sklepie z porcelaną. Pani Bennet poślubiła pana Benneta głównie dlatego, że oświadczył się jej jako pierwszy, a zawód adwokata wróżył mu świetlaną przyszłość. Wkrótce jednak z rozczarowaniem przekonała się, że życie małżeńskie to nie pasmo przyjęć i fortuna do wydania, ale dom w Cheapside, mąż, który woli książki od ludzi, pięć córek i ani jednego syna. Lizzie współczuła matce, ale nie potrafiła pojąć, dlaczego to, że urodziła się dziewczyną, miałoby uniemożliwić jej decydowanie o własnym życiu.

- Uważam, że sprawa pana Bingleya jest bardzo interesująca - oznajmiła Lizzie, zwracając się do ojca i ignorując surowe spojrzenie matki. - Fred mówił, że...

- Lizzie, myślałam, że przestałaś się zadawać z ulicznikami! - skarciła ją matka.

- Fred nie jest ulicznikiem. Przekazuje informacje i dzięki temu uczciwie zarabia na życie. Ale papo, tak się zastanawiam, jaki pan Bingley mógłby mieć motyw?

Lizzie była zdeterminowana, żeby zdobyć tę sprawę i samodzielnie nad nią pracować, ale zawsze ceniła zdanie ojca i... jego wskazówki. W końcu sam ją nauczył, że prosząc o czyjąś opinię w danej sprawie, często uzyskiwało się więcej informacji, niż pytając o same fakty.

- Trudno powiedzieć, do czego może się posunąć człowiek z desperacji, szczególnie gdy w grę wchodzi jego rodzina - stwierdził ogólnikowo ojciec. Lizzie z trudem ukryła rozczarowanie. Tym razem jego zdanie na niewiele się jej przydało.

- Zbrodnia w afekcie? - spytała Jane, posyłając Lizzie zdezorientowane spojrzenie.

- Słyszałam, że małżeństwo Hurstów nie należało do udanych - pośpieszyła podzielić się z nimi plotką pani Bennet. - Całkiem niedawno, wyobraźcie sobie, pani Hurst odeszła od męża!

Czwórka sióstr wydała z siebie okrzyk zdumienia, jedynie Lizzie pomyślała z lekką irytacją, że wolałaby się dowiedzieć, gdzie matka zdobyła tę informację. Słuchając jej niekończącej się paplaniny, można było umrzeć z nudów, ale od czasu do czasu przynosiła do domu jakieś smakowite nowiny.

- Tylko że moim zdaniem pan Bingley postąpiłby wyjątkowo niemądrze, mordując pana Hursta, gdyby ta plotka okazała się prawdą - myślała na głos Lizzie. - Musiał być świadomy, że w tej sytuacji będzie głównym podejrzanym.

- Głupich nie sieją - zauważył sarkastycznie pan Bennet.

- Pan Bingley nie jest głupi - zaprotestowała pani Bennet. - Głupiec nie byłby tak zamożny... co to w ogóle za pomysł! Mężczyzna taki jak on musi być inteligentny, dobrze wychowany i wytworny. Och, panie Bennet! A gdybyś to ty dowiódł, że on jest niewinny? Może wtedy z wdzięczności poślubiłby Jane!

- Chyba nic z tego, moja duszko. Jak mniemam, tę sprawę zarezerwowała sobie już wcześniej Lizzie - stwierdził pan Bennet, posyłając córce porozumiewawczy uśmiech. - A teraz, jeśli pozwolicie, chciałbym w spokoju dokończyć obiad.

- Ja nigdy nie będę miała spokoju - oświadczyła przygnębionym głosem pani Bennet. - Zwłaszcza gdy moja śliczna Jane nadal nie ma męża, a moja druga córka uparła się, żeby zostać adwokatem.

- To niedorzeczne, moja droga - odparł pan Bennet. - Jane może przebierać wśród kawalerów, a Lizzie nie zdoła się przepchnąć przez tłum prawników pod bramą Newgate, którzy chcą reprezentować w sądzie pana Bingleya.

Przy tej ostatniej uwadze ojciec spojrzał na Lizzie z ukosa. Ona jednak postanowiła nie komentować słów rodziców. Zostanie adwokatem, i to wybitnym. A przy okazji równie wybitnym prawnikiem śledczym. Każdy szanowany prawnik ma oczy i uszy otwarte, żeby nie przegapić okazji do zdobycia nowego klienta, którego potem jako adwokat reprezentuje w sądzie. Musiała jednak przyznać ojcu rację: byłoby dziwne, gdyby więzienia nie szturmowali w tym momencie prawnicy z innych kancelarii, mający nadzieję na widzenie z panem Bingleyem i przekonanie go, żeby został ich klientem.

W tym momencie przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

- Co ma znaczyć ten uśmiech, Lizzie? - zainteresowała się matka. - Nie zamierzasz chyba zrujnować reputacji naszej rodziny?

- Nie zamierzam - uspokoiła ją Lizzie.