Duduś. Prezydent we mgle. Kulisy Pałacu Andrzeja Dudy - Jacek Gądek

Kup ebooka

36.90 zł
29.52 zł (28,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Tę książkę można czy­tać na różne, bie­gu­nowo odmienne spo­soby. W pierw­szym wyłoni nam się obraz czło­wieka chwiej­nego, o sła­bym cha­rak­te­rze, który głów­nie za sprawą swo­ich talen­tów ora­tor­skich oraz licz­nych błę­dów Bro­ni­sława Komo­row­skiego i jego szta­bow­ców został nie­spo­dzie­wa­nie w 2015 roku zwy­cięzcą wybo­rów pre­zy­denc­kich. Będzie to obraz żało­snego "Adriana", wycze­ku­ją­cego godzi­nami na audien­cje przed gabi­ne­tem Jaro­sława Kaczyń­skiego. Czy­ta­jąc tę książkę z takim wła­śnie nasta­wie­niem, znaj­dziemy mnó­stwo przy­kła­dów owej infan­tyl­no­ści pre­zy­denta. Poczy­na­jąc od uczy­nie­nia nie­for­mal­nym doradcą poli­tycz­nym swej gar­de­ro­bia­nej Marianny, przez twit­te­rowe flirty z fan­kami o malow­ni­czych nic­kach, aż po osten­ta­cyjne eks­po­no­wa­nie swej nar­ciar­skiej pasji. W tym obra­zie Andrzej Duda będzie tylko słyn­nym dłu­go­pi­sem Kaczyń­skiego, para­fu­ją­cym bez waha­nia wszyst­kie ustawy przed­kła­dane mu przez PiS-owską więk­szość par­la­men­tarną. Tytu­ło­wym "Dudu­siem", któ­rego nikt wła­ści­wie nie trak­to­wał do końca poważ­nie, w dodatku oto­czo­nym przez rywa­li­zu­ją­cych ze sobą dwo­rzan, nad któ­rymi ni­gdy nie zdo­łał zapa­no­wać.

Andrzej Duda zro­bił bar­dzo wiele, aby wykre­ować taki wła­śnie obraz swej pre­zy­den­tury. Sym­bo­licz­nym wstę­pem było jego wystą­pie­nie w listo­pa­dzie 2015 roku, pod­czas uro­czy­sto­ści desy­gno­wa­nia Beaty Szy­dło na pre­miera, gdy padły takie oto słowa pod adre­sem pre­zesa PiS: "Z całą pew­no­ścią jest pan wiel­kim poli­ty­kiem, wiel­kim stra­te­giem, ale dodam jesz­cze jedno: z całą pew­no­ścią jest pan wiel­kim czło­wie­kiem. Jest pan wiel­kim stra­te­giem, bo pod­jął pan ogromne ryzyko, gdy osta­tecz­nie razem z wła­dzami PiS zde­cy­do­wał pan, że będę kan­dy­da­tem na pre­zy­denta. (...) Trzeba być wiel­kim czło­wie­kiem i patriotą, abso­lut­nie prze­ko­na­nym do reali­za­cji swo­jej idei budowy sil­nej Pol­ski, którą ma PiS, żeby mimo oczy­wi­stych wła­snych ambi­cji oddać pałeczkę wła­dzy w ręce ludzi, z któ­rymi do tej pory pan bli­sko współ­pra­co­wał. Jestem dla pana pełen podziwu". Wpraw­dzie Lechowi Kaczyń­skiemu rów­nież zda­rzały się wypo­wie­dzi wska­zu­jące, że uważa brata bliź­niaka za poli­tyka więk­szego od sie­bie for­matu, ale ni­gdy we wcze­śniej­szych dzie­jach III RP żaden pre­zy­dent nie zło­żył nikomu podob­nego hołdu. Skła­dał je nato­miast w II RP wobec Józefa Pił­sud­skiego wybrany z jego ini­cja­tywy na pre­zy­denta Ignacy Mościcki. Opi­nia publiczna szybko skwi­to­wała to zło­śli­wym wier­szy­kiem: "Tyle znacy, co Ignacy, a Ignacy g... znacy".

Czy jed­nak jest to jedyny obraz Dudy, jaki wyła­nia się z kart tej książki? By­naj­mniej. Można bowiem czy­tać ją też jako por­tret czło­wieka sta­ra­ją­cego się prze­zwy­cię­żyć wła­sne sła­bo­ści i z róż­nym skut­kiem stop­niowo wybi­jać się na poli­tyczną samo­dziel­ność. Co cie­kawe, oka­zuje się, że obok żony być może naj­waż­niej­szym sty­mu­la­to­rem tego pro­cesu było lek­ce­wa­że­nie oka­zy­wane pre­zy­den­towi i człon­kom jego rodziny przez pre­zesa PiS. A w ślad za nim przez naśla­du­ją­cych Kaczyń­skiego róż­nych jego współ­pra­cow­ni­ków i sojusz­ni­ków ze Zbi­gnie­wem Zio­brą na czele. To lek­ce­wa­że­nie zro­dziło weta Andrzeja Dudy wobec ustaw sądo­wych w 2017 roku czy jego póź­niej­szą walkę o usu­nię­cie Jacka Kur­skiego ze sta­no­wi­ska pre­zesa TVP. Z per­spek­tywy rady­kal­nych prze­ciw­ni­ków rzą­dów PiS mogą to być wyda­rze­nia bez zna­cze­nia, ale nawet oni powinni się przez chwilę zasta­no­wić, jak mogłyby wyglą­dać wyniki wybo­rów w 2023 roku, gdyby nie weto Dudy wobec lex TVN. A jak wyglą­da­łyby publiczne szkoły po czyst­kach prze­pro­wa­dzo­nych przez PiS-owskich kura­to­rów upo­waż­nio­nych do tego przez zawe­to­wane przez pre­zy­denta - i to dwu­krot­nie - lex Czar­nek?

Wypada też przy­po­mnieć, że jesz­cze przed wetami wobec Zio­bro­wej deformy sądow­nic­twa pre­zy­dent 3 maja 2017 roku wystą­pił z pro­po­zy­cją prze­pro­wa­dze­nia refe­ren­dum kon­sty­tu­cyj­nego w stu­le­cie nie­pod­le­gło­ści. Póź­niej długo zabie­gał o popar­cie Jaro­sława Kaczyń­skiego dla swo­jej ini­cja­tywy, ale osta­tecz­nie w lipcu 2018 roku for­malny wnio­sek głowy pań­stwa w tej spra­wie odrzu­cił zdo­mi­no­wany przez PiS Senat. To, że Andrzej Duda ni­gdy nie odpo­wie­dział na ten poli­czek ze strony wła­snego obozu poli­tycz­nego, w dużym stop­niu zde­ter­mi­no­wało całą jego póź­niej­szą pre­zy­denturę. Inna rzecz, że zamiast tej spon­ta­nicz­nej ponoć ini­cja­tywy refe­ren­dal­nej mógł zacząć roz­mowy z posłami PSL i Kukiz'15 na temat per­spek­tyw uchwa­le­nia nowej kon­sty­tu­cji. Reak­cja lidera PiS naj­pew­niej byłaby też nega­tywna, ale nie można wyklu­czyć, że w miarę roz­wi­ja­nia się coraz ostrzej­szego sporu wokół wymiaru spra­wiedliwości Kaczyń­ski mógłby z cza­sem zmie­nić w tej spra­wie zda­nie.

Być może gdyby już w pierw­szej kaden­cji towa­rzy­szył pre­zy­den­towi w roli szefa jego gabi­netu poli­tyk tak ambitny jak Mar­cin Masta­le­rek, wów­czas Duda nie kapi­tu­lo­wałby tak łatwo przed pre­ze­sem PiS. Na poziom sku­tecz­no­ści dzia­łań każ­dego pre­zy­denta nie­ba­ga­telny wpływ mają wszak jego współ­pra­cow­nicy. Opisy ich rywa­li­za­cji i spo­rów zaj­mują w tej książce sporo miej­sca, skła­nia­jąc do kon­sta­ta­cji, że Andrzej Duda ni­gdy nie zdo­łał stwo­rzyć wokół sie­bie zgra­nego zespołu odda­nych mu ludzi. Nie mogło być ina­czej, bo Duda nie był ni­gdy cha­ry­zma­tycz­nym lide­rem, pro­wa­dzą­cym do kolej­nych poli­tycz­nych bitew oddaną mu dru­żynę. Ota­czał się głów­nie urzęd­ni­kami, a nie poli­tykami, bo w isto­cie rze­czy nie­mal cała jego kariera przed walką o pre­zy­den­turę była daleko bar­dziej drogą urzęd­nika niż par­tyj­nego dzia­ła­cza. Warto o tym pamię­tać w kon­tek­ście powra­ca­ją­cego pyta­nia o ewen­tu­alną dzia­łal­ność poli­tyczną Andrzeja Dudy po zakoń­cze­niu dru­giej kaden­cji.

Rela­cje kil­ku­na­stu ludzi z oto­cze­nia pre­zy­denta i kie­row­nic­twa PiS ukła­dają się w wartką opo­wieść o ostat­niej deka­dzie dzie­jów poli­tycz­nych Pol­ski. Nie sądzę wpraw­dzie, aby przy­szli histo­rycy nazwali ją "dekadą Dudy", ale nie da się o niej opo­wie­dzieć z pomi­nię­ciem jego postaci. Bo to wła­śnie Andrzej Duda swym nie­ocze­ki­wa­nym zwy­cię­stwem uto­ro­wał Jaro­sła­wowi Kaczyń­skiemu drogę do wła­dzy, jaką nie cie­szył się przed nim żaden poli­tyk w dotych­cza­so­wych dzie­jach III RP. A póź­niej stał się, bez względu na motywy, jakimi się kie­ro­wał, jed­nym z naj­waż­niej­szych gra­czy limi­tu­ją­cych zakres tej wła­dzy. To, że nazwi­sko pre­zesa PiS pada w tym tek­ście nie­mal rów­nie czę­sto co boha­tera książki, nie jest oczy­wi­ście przy­pad­kowe. Jest on bowiem w isto­cie rze­czy jej dru­gim głów­nym boha­te­rem. Pisząc o pre­zy­den­cie pia­stu­ją­cym swój urząd w "deka­dzie Kaczyń­skiego", Jacek Gądek nie miał innego wyboru, ale też dobrze się stało, bo dzięki temu otrzy­ma­li­śmy sporo infor­ma­cji pozwa­la­ją­cych lepiej zro­zu­mieć feno­men tego poli­tyka.

Jest wszakże i trzeci wymiar tej książki, w mojej oce­nie naj­waż­niej­szy dla przy­szłej oceny pre­zy­den­tury Andrzeja Dudy. Doty­czy on jego roli w kształ­to­wa­niu pol­skiej poli­tyki zagra­nicz­nej. Nie był, bo w sytu­acji tak sil­nej domi­na­cji Kaczyń­skiego oczy­wi­ście nie mógł być, jej głów­nym archi­tek­tem. A jed­nak, pomimo wspo­mnia­nego lek­ce­wa­że­nia ze strony pre­zesa PiS, udało mu się na tym polu zdzia­łać cał­kiem sporo. Przede wszyst­kim na polu rela­cji pol­sko-ukra­iń­skich. To, co pre­zy­dent zro­bił dla wspar­cia Kijowa wal­czą­cego z rosyj­ską agre­sją, pozo­sta­nie w mojej opi­nii naj­waż­niej­szą i naj­ja­śniej­szą kartą w dzie­jach jego pre­zy­den­tury. A frag­menty książki doty­czące tych wła­śnie spraw uwa­żam za naj­cie­kaw­sze, nie tylko dla­tego, że wyła­nia się z nich inny wize­ru­nek Andrzeja Dudy niż ten znany z kra­jo­wej poli­tyki. Także dla­tego, że pozna­jemy dzięki nim kulisy spo­rów, jakie towa­rzy­szyły udzie­la­niu Ukra­inie pomocy woj­sko­wej. Zarówno tych wewnątrz obozu rzą­dzą­cego, a nawet w samym oto­cze­niu Dudy, jak i iskrze­nia mię­dzy War­szawą a Waszyng­to­nem, który długo był prze­ciwny prze­ka­zy­wa­niu Ukra­iń­com pol­skich samo­lo­tów. Rów­nie istotne i ści­śle z tym zwią­zane są wypo­wie­dzi roz­mów­ców Jacka Gądka na temat roz­woju rela­cji Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa, które wobec powrotu do wła­dzy tego ostat­niego mają obec­nie zna­cze­nie nie tylko histo­ryczne.

Nie­stety nie udało się u nas stwo­rzyć zwy­czaju wyko­rzy­sty­wa­nia byłych pre­zy­den­tów do misji dyplo­ma­tycz­nych oraz dzia­łań lob­bin­go­wych na rzecz Pol­ski. Przy­kład igno­ro­wa­nego przez kolejne rządy Alek­san­dra Kwa­śniew­skiego jest tu aż nadto wymowny. Tym­cza­sem Andrzej Duda przez dekadę swo­jej pre­zy­den­tury nawią­zał na całym świe­cie cał­kiem sporo kon­tak­tów i zna­jo­mo­ści, które - umie­jęt­nie pod­trzy­my­wane - mogłyby się w przy­szło­ści przy­dać Rze­czy­po­spo­li­tej na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Aby to jed­nak stało się realne, musia­łaby się wyda­rzyć rzecz nad Wisłą nie­wy­obra­żalna, choć będąca stan­dar­dem w wielu innych pań­stwach: wyso­kie zwa­śnione strony musia­łyby uznać, że pra­nie za gra­nicą naszych bru­dów nie jest na dłuż­szą metę korzystne dla żad­nej z nich. Nie­stety obser­wu­jąc rela­cje pre­zy­denta Andrzeja Dudy z rzą­dem Donalda Tuska, w tym zwłasz­cza kom­pro­mi­tu­jący Pol­skę spór o nomi­na­cje amba­sa­do­rów, trudno mieć w tej spra­wie bodaj cień nadziei.

Czy­ta­jąc tę książkę, mia­łem wra­że­nie, że oglą­dam zdję­cie rent­ge­now­skie pre­zy­denta. A wła­ści­wie kilka zdjęć, zro­bio­nych z róż­nej per­spek­tywy. To prze­świe­tle­nie Dudy wyko­nane przy pomocy ano­ni­mo­wych roz­mów­ców może oczy­wi­ście budzić zastrze­że­nia i wąt­pli­wo­ści. A jed­nak w tych miej­scach, w któ­rych mogłem skon­fron­to­wać swoją wie­dzę bada­cza dzie­jów poli­tycz­nych III RP z tym, o czym opo­wia­dają świad­ko­wie tej pre­zy­den­tury, odno­si­łem wra­że­nie ich wia­ry­god­no­ści. Nie­trudno zresztą zauwa­żyć, że autor wie­lo­krot­nie kon­fron­to­wał infor­ma­cje na temat poszcze­gól­nych wyda­rzeń u dwóch, trzech, a cza­sem nawet więk­szej liczby swo­ich roz­mów­ców. W mojej oce­nie pod­nosi to w istotny spo­sób war­tość infor­ma­cyjną książki, choć oczy­wi­ście w swo­jej naiw­no­ści wolał­bym, aby ludzie zaj­mu­jący wyso­kie sta­no­wi­ska w służ­bie publicz­nej mieli wię­cej odwagi i wypo­wia­dali się pod nazwi­skiem. Mam zara­zem świa­do­mość, że w takim przy­padku ta publi­ka­cja byłaby uboż­sza o wiele pikant­nych szcze­gó­łów, o ile w ogóle ujrza­łaby świa­tło dzienne.

Nie wąt­pię, że ta książka znaj­dzie bar­dzo wielu czy­tel­ni­ków. Nie tylko z uwagi na walory poznaw­cze, lecz także lekki styl, w jakim została napi­sana. Chciał­bym jed­nak pole­cić jej lek­turę zwłasz­cza jed­nemu czło­wie­kowi, który może na tym sko­rzy­stać wię­cej niż kto­kol­wiek inny. Tym czy­tel­ni­kiem będzie oczy­wi­ście następca Andrzeja Dudy na sta­no­wi­sku pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. Kto­kol­wiek nim zosta­nie, zde­rzy się z wie­loma pro­ble­mami, z któ­rymi przy­szło się mie­rzyć jego poprzed­ni­kowi. Część z nich wynika bowiem nie z takich czy innych cech pre­zy­denta bądź też jako­ści ludzi two­rzą­cych jego zaple­cze, ale z kon­sty­tu­cyj­nych wad obec­nego ustroju Rze­czy­po­spo­li­tej w zakre­sie orga­ni­za­cji wła­dzy wyko­naw­czej. To dla­tego mamy naprze­mienne koha­bi­ta­cje i "szorst­kie przy­jaź­nie" kolej­nych pre­zy­den­tów i pre­mie­rów, coraz bar­dziej szko­dzące funk­cjo­nal­no­ści całego pań­stwa i jego mię­dzy­na­ro­do­wemu wize­run­kowi.

Pro­fe­sor Antoni Dudek

Doradca pre­zy­denta opo­wiada z wiele mówią­cym uśmie­chem: - Ta histo­ria opo­wia­dana po cza­sie może być lekko zmie­niona. Ale naprawdę była roz­mowa z Lechem, który tłu­ma­czył Andrze­jowi Dudzie i Paw­łowi Wypy­chowi poli­tykę wschod­nią.

* * *

Roz­mowa z bar­dzo zaufa­nym współ­pra­cow­ni­kiem pre­zy­denta

Jacek Gądek: Ten moment się zbli­żał z każ­dym kilo­me­trem?

Zaufany współ­pra­cow­nik pre­zy­denta: - Tak. Jecha­li­śmy już do Kra­kowa. Sam nama­wia­łem wtedy Andrzeja Dudę, żeby przy­to­czył tę histo­rię w prze­mó­wie­niu tuż po tym, jak zosta­nie kan­dy­da­tem PiS na pre­zy­denta. Duda miał wąt­pli­wo­ści. Zasta­na­wiał się, czy wypada - sądził, że to zabrzmi nie­sto­sow­nie.

Andrzej opo­wia­dał ją wcze­śniej, ale tylko w pry­wat­nych roz­mo­wach. To było jedno ze wspo­mnień z cza­sów jego pracy w kan­ce­la­rii pre­zy­denta Lecha Kaczyń­skiego. Brzmi poru­sza­jąco, bo roze­grała się w samo­lo­cie na dwa dni przed kata­strofą smo­leń­ską, a spo­śród boha­te­rów tej histo­rii żyje już tylko Andrzej Duda. Miał wąt­pli­wo­ści, czy sto­sow­nie jest o tym mówić, skoro inni uczest­nicy już nie żyją.

Gdy w Kra­ko­wie Jaro­sław Kaczyń­ski przed­sta­wił Dudę jako kan­dy­data na pre­zy­denta, on ją jed­nak opo­wie­dział. Ale nie odbiła się wtedy żad­nym echem.

Ta scena sprzed śmierci Lecha Kaczyń­skiego jest wręcz fil­mowa.

- Tak.

Inni mówią, że została co naj­mniej pod­ko­lo­ry­zo­wana.

- Nie. Ja ją sły­sza­łem, gdy Duda nie myślał, że będzie kan­dy­da­tem na pre­zy­denta, a ambi­cje miał takie, żeby być kie­dyś mini­strem spra­wie­dli­wo­ści.

Ni­gdy wcze­śniej Duda nie mówił o tym publicz­nie, a mógł wspo­mnieć o tej sce­nie przy naj­róż­niej­szych oka­zjach.

- Po tam­tej wizy­cie w Wil­nie Lech Kaczyń­ski był bar­dzo roz­go­ry­czony. To był powrót na tar­czy po porażce. Może z tego wyni­kała jego melan­cho­lia. No i z tego, że mógł nie wygrać kolej­nych wybo­rów pre­zy­denc­kich, które już się zbli­żały.

* * *

Współ­pra­cow­nik: - Decy­zja, że Duda zosta­nie wtedy w Kra­ko­wie ogło­szony kan­dy­da­tem na pre­zy­denta, była trzy­mana w tajem­nicy. Wcze­śniej nie powia­do­miono o tym mediów ani dzia­ła­czy PiS, któ­rzy byli w hali. Ta impreza to była w ogóle zmar­no­wana szansa.

Bar­dzo zaufany współ­pra­cow­nik Andrzeja Dudy: - Publicz­nie ta scena została przy­wo­łana przez Andrzeja po raz pierw­szy wła­śnie wtedy. 11 listo­pada 2014 roku w hali Sokoła w Kra­ko­wie.

Inny współ­pra­cow­nik: - Ale jak zwe­ry­fi­ko­wać, czy ta sytu­acja rze­czy­wi­ście miała miej­sce? Prze­cież nie spo­sób. Mamy na to tylko słowa samego Andrzeja Dudy.

* * *

Roz­mowa z innym bar­dzo bli­skim współ­pra­cow­ni­kiem

Jacek Gądek: Ta scena ewo­lu­owała. W hali Sokoła Duda opi­sy­wał ją tro­chę ina­czej niż potem 7 lutego 2015 roku na bom­ba­stycz­nej kon­wen­cji w War­sza­wie. Za pierw­szym razem mówił tak: "W samo­lo­cie opo­wia­dał mnie oraz Paw­łowi Wypy­chowi o naj­now­szej histo­rii i dzi­wił się, że nie pamię­tamy pew­nych wyda­rzeń. Powie­dział nam wtedy: "Rze­czy­wi­ście, mogli­by­ście być moimi synami. Ale wy jeste­ście przy­szło­ścią pol­skiej poli­tyki i waszym zada­niem będzie pro­wa­dze­nie pol­skiej poli­tyki"". W tej wer­sji brzmi to tak, jakby Lech Kaczyń­ski zała­my­wał ręce nad igno­ran­cją Dudy i Wypy­cha. Andrzej Duda w 2010 roku opo­wia­dał tę histo­rię w taki spo­sób?

Bar­dzo bli­ski współ­pra­cow­nik: - Ja jej kom­plet­nie nie koja­rzę z tam­tego czasu krótko po Smo­leń­sku. Po raz pierw­szy usły­sza­łem ją w kam­pa­nii przed wybo­rami w 2015 roku. Ale myślę, że ta sytu­acja mogła mieć miej­sce, dla­tego że Lech Kaczyń­ski czę­sto, gdy spo­ty­kał się ze swo­imi współ­pra­cow­ni­kami, to z nimi roz­ma­wiał jak mistrz z uczniami. Miał świa­do­mość, że zmiana poko­le­niowa w pol­skiej poli­tyce jest oczy­wi­sta i będzie nad­cho­dziła.

Kam­pa­nijna wer­sja tej sceny z pro­roc­twem Lecha Kaczyń­skiego ma już inną wymowę. Andrzej Duda 7 lutego 2015 roku w cza­sie naj­więk­szej swo­jej kon­wen­cji wybor­czej opi­sy­wał ją obra­zowo, że oto w salonce Lech spoj­rzał w okno, zamy­ślił się, a potem się odwró­cił i powie­dział do Dudy i Wypy­cha: "Ja już mam swoje lata i moje poko­le­nie będzie powoli odcho­dzić. Ale wtedy, kiedy będzie się to działo, to na was spo­cznie cię­żar pro­wa­dze­nia dalej pol­skich spraw".

Duda opi­sał też swoją reak­cję: "Myśmy się z Paw­łem wtedy zaśmiali: "Panie pre­zy­den­cie, kiedy to będzie?!". Dwa dni póź­niej nie było już pana pre­zy­denta, nie było także Pawła. Kiedy przy­po­mnia­łem sobie o tym, gdy opa­dły naj­więk­sze emo­cje po 10 kwiet­nia, to wtedy zro­zu­mia­łem, że nie ma dla mnie innej drogi. I dla­tego stoję dzi­siaj tutaj przed pań­stwem. Ja".

Czy to jest realna histo­ria, czy wymy­ślona na potrzeby kam­pa­nii, by dodać powagi i zwią­zać Andrzeja Dudę z Lechem Kaczyń­skim?

- Czy się wyda­rzyła? Dobre pyta­nie. Myślę, że to jest w ogóle taka przy­pa­dłość wielu poli­ty­ków - są w sta­nie opo­wia­dać histo­rie, które ni­gdy się nie wyda­rzyły, ale są nie­we­ry­fi­ko­walne.

To jest scena jak z Hol­ly­wood - sce­na­rzy­sta mógłby ją wymy­ślić. A Mar­cin Masta­le­rek, naj­waż­niej­szy współ­pra­cow­nik Dudy i de facto autor tam­tej kam­pa­nii, pisał prze­cież sce­na­riu­sze i krę­cił filmy fabu­larne. Ta histo­ria z pro­roc­twem Lecha aż pach­nie choćby kolo­ry­za­cją. Prawda?

- Myślę, że to, co pan mówi, jest bar­dzo moż­liwe. Sądzę, że to jest histo­ria nie tyle zmy­ślona, bo znam Andrzeja Dudę jako czło­wieka, który nie kon­fa­bu­luje, ile być może nacią­gana albo pod­ra­so­wana na potrzeby kam­pa­nii. By mocno odwo­łać się do spu­ści­zny Lecha Kaczyń­skiego, a to odwo­ła­nie się na samym początku kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej było nie­zbędne. Ta histo­ria z pro­roc­twem - praw­dziwa czy nie albo pod­ra­so­wana - była więc bar­dzo uży­teczna. Zapewne była pod­ko­lo­ry­zo­wana. Jak to w życiu. I poli­tyce.

Pre­zy­dent Lech Kaczyń­ski i pod­se­kre­tarz stanu Andrzej Duda, pałac pre­zy­dencki, 30 stycz­nia 2008 r. Fot. Sła­wo­mir Kamiń­ski/Agen­cja Wybor­cza.pl

Szta­bo­wiec Andrzeja Dudy: - Wspo­mnie­nie o roz­mo­wie z Lechem Kaczyń­skim to był wkład Andrzeja w prze­mó­wie­nie w hali Sokoła. Nie zakła­dam, że wymy­ślił czy pod­krę­cił swoją roz­mowę z Lechem. Zna­jąc Lecha Kaczyń­skiego, jego podej­ście do młod­szego poko­le­nia, jego lubo­wa­nie się w takich pro­fe­sor­skich roz­mo­wach, jestem w sta­nie sobie wyobra­zić, że coś takiego fak­tycz­nie miało miej­sce. Nie wszystko w poli­tyce jest wymy­ślone.

Mini­ster: - Mnie nie opo­wia­dał tej histo­rii. Współ­pra­co­wa­li­śmy i było widać, że Andrzej Duda i Lech Kaczyń­ski są w dość zaży­łej rela­cji. Choć oczy­wi­ście bez prze­sady, bo bra­cia bliź­niacy wobec ludzi z młod­szego poko­le­nia trzy­mali pewien dystans.

Czło­wiek z oto­cze­nia Andrzeja Dudy: - Na Andrzeja mówi­li­śmy "Duduś". Z daw­nych lat miał taką ksywkę. A Lech Kaczyń­ski, gdy kogoś lubił, to pro­sił, by do niego mówić Leszek. Leszek fak­tycz­nie nawet lubił i cenił "Dudu­sia".

Współ­pra­cow­nik: - Andrzej bar­dzo czę­sto wspo­mi­nał Lecha Kaczyń­skiego i się na niego powo­ły­wał. On był dla niego sze­fem, wzo­rem i posta­cią, która ode­grała w jego życiu bar­dzo ważną rolę. Zara­zem to, że Andrzej uważa się za ucznia świę­tej pamięci Lecha, wywo­ły­wało wście­kłość u Jaro­sława Kaczyń­skiego.

Mini­ster: - Po wybo­rach 2015 roku - naj­pierw pre­zy­denc­kich, a potem par­la­men­tar­nych - jeden z poli­ty­ków nawet sobie kie­dyś żar­to­wał z Mar­ci­nem Masta­ler­kiem, że wszy­scy żyjemy w rze­czy­wi­sto­ści wymy­ślo­nej przez "Mastala". Bo on wymy­ślił Dudę na pre­zy­denta, a potem Beatę Szy­dło na sze­fową jego sztabu i przez to na pre­miera.

Szta­bo­wiec: - Masta­le­rek był auto­rem kon­cep­cji, żeby Duda był kan­dy­da­tem na pre­zy­denta.

Szta­bo­wiec: - Znam Andrzeja Dudę od czasu, gdy był wice­mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści u Zbi­gniewa Zio­bry. Duda był odkry­ciem - nie sądzi­łem, że może być tak dobrym mówcą. Był sze­fem sztabu wybor­czego PiS w kam­pa­nii do Par­la­mentu Euro­pej­skiego w 2014 roku. To był hard­core. Ówcze­sny rzecz­nik PiS Adam Hof­man zwal­czał Dudę, a ten począt­kowo kom­plet­nie nie rozu­miał dla­czego - a to była twarda poli­tyka. Trzeba było wytłu­ma­czyć Andrze­jowi, że to tak po pro­stu wygląda.

Zaufany czło­wiek z oto­cze­nia Andrzej Dudy: - Oczy­wi­ście, final­nie decy­zję o wska­za­niu kan­dy­data na pre­zy­denta podej­muje Jaro­sław Kaczyń­ski, ale to był pro­ces. Wcale nie taki krótki i nie taki oczy­wi­sty, jak by się mogło dzi­siaj wyda­wać. Duda wcale nie był oczy­wi­stym kan­dy­da­tem.

Dzi­siaj wielu, któ­rzy nie mają zie­lo­nego poję­cia, jak to wyglą­dało, mówi o tym, że Duda był naj­lep­szy i był wła­ści­wie jedy­nym racjo­nal­nym kan­dy­da­tem. I że Kaczyń­ski od początku na niego sta­wiał. To nie­prawda. Ale nie dla­tego, że Kaczyń­ski go jakoś skre­ślał - po pro­stu pre­zes doj­rze­wał do tej decy­zji.

Szta­bo­wiec z 2015 roku: - Dzi­siaj Kaczyń­ski mówi, że w 2014 roku to był moment wiel­kiej ilu­mi­na­cji1 . To był pro­ces.

Szta­bo­wiec PiS z 2015 roku: - Poten­cjal­nych kan­dy­da­tów w tam­tym cza­sie było sporo. Był na przy­kład Janusz Woj­cie­chow­ski, był też pro­fe­sor Andrzej Nowak - on nawet przez bar­dzo długi czas był fawo­ry­tem, naj­sil­niej­szym kan­dy­da­tem. Śro­do­wi­sko pro­fe­sorsko-kra­kow­skie prze­ko­ny­wało Jaro­sława Kaczyń­skiego, że to jest genialny pomysł. Przy­ja­ciele Jaro­sława, któ­rzy się spo­ty­kają na obia­dach czy kola­cjach, prze­ko­ny­wali, że to genialny pomysł i wyj­ście poza sche­mat. Kaczyń­ski długo uwa­żał, że Nowak byłby naj­lep­szy. Pro­fe­sor do dziś ma zadrę wobec Kaczyń­skiego o to, że nie został kan­dy­da­tem ani pre­zy­den­tem.

Współ­twórca kam­pa­nii Andrzeja Dudy: - Poten­cjal­nym kan­dy­da­tem był też sena­tor PiS Grze­gorz Bie­recki, to wyni­kało z jego potęż­nego zaple­cza finan­so­wego i medial­nego, ale to, że był tak bogaty, było też jego obcią­że­niem.

No i oczy­wi­ście był też pro­fe­sor Piotr Gliń­ski - on był bar­dzo długo brany pod uwagę, zresztą wcze­śniej sam pod­jął gigan­tyczne ryzyko, wycho­dząc ze swo­jego śro­do­wi­ska aka­de­mic­kiego i przy­cho­dząc do PiS. Gliń­ski zro­bił to w eks­tre­mal­nie trud­nym momen­cie, na abso­lut­nym wirażu, na któ­rym PiS mogło wypaść z drogi i się roz­trza­skać. Gliń­ski wła­ści­wie poświę­cił całą swoją karierę aka­de­micką, by być kan­dy­da­tem PiS na pre­miera tech­nicz­nego, ale kan­dy­da­tem na real­nego pre­zy­denta już nie został.

W Gliń­skiego PiS poli­tycz­nie już zain­we­sto­wało bar­dzo dużo, także dużo pie­nię­dzy w niego wło­ży­li­śmy, więc wielu ludziom w naszym obo­zie jawił się jako natu­ralny kan­dy­dat. Dla wybor­ców był nie­oczy­wi­sty, wycho­dził poza sche­mat paź­dzie­rzo­wego PiS-owca. A poza tym już tro­chę bły­snął i mógł być nadzieją PiS na to, żeby prze­bić ten szklany sufit, o któ­rym Jaro­sław Kaczyń­ski mówił nam wie­lo­krot­nie, że bez tego ni­gdy nie wró­cimy do wła­dzy.

Czło­wiek bli­ski Nowo­grodz­kiej: - Janusz Woj­cie­chow­ski był roz­wa­żany przez Kaczyń­skiego dla­tego, że był bar­dzo dobrze znany na wsi - przede wszyst­kim na tym pły­nął. Nawet jeśli dzi­siaj Kaczyń­ski wyrzekł się Woj­cie­chow­skiego2, to wtedy o nim myślał jako kan­dy­da­cie. Bo auten­tycz­nie on był dosko­nale znany wśród zwy­kłych ludzi. O mały włos to Elż­bieta Jawo­ro­wicz, u któ­rej czę­sto wystę­po­wał jako spra­wie­dliwy sędzia, zde­cy­do­wa­łaby o tym, kto jest kan­dy­da­tem PiS na pre­zy­denta.

Czło­wiek z PiS: - Można się z tego śmiać, ale tak wła­śnie było. Jego występy w "Spra­wie dla repor­tera" to był mocny argu­ment za nim. A inny był taki, że par­tia nie musia­łaby budo­wać jego roz­po­zna­wal­no­ści, bo to był poli­tyk z histo­rią, wywo­dzący się z PSL, więc przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie łatwo by mu było prze­ko­nać elek­to­rat ludowy, żeby w poten­cjal­nej dru­giej turze zagło­so­wał wła­śnie na niego, a nie na Bro­ni­sława Komo­row­skiego.

Szta­bo­wiec: - I był w końcu Andrzej Duda, kan­dy­dat zupeł­nie nie­oczy­wi­sty, sze­rzej nie­znany, choć w PiS go gene­ral­nie lubiano. W tam­tym cza­sie był rzecz­ni­kiem PiS, był też sze­fem sztabu par­tii w wybo­rach do PE. Duda był także kan­dy­datem na pre­zy­denta Kra­kowa i posłem na Sejm - takim, o któ­rym nie tylko wśród par­la­men­ta­rzy­stów PiS miano dobre zda­nie. On wycho­dził poza kla­syczne sche­maty PiS-owca czy też "pisiora".

Po pierw­sze Duda potra­fił roz­ma­wiać z ludźmi. Roz­ma­wiał z dzien­ni­ka­rzami - jako jeden z nie­wielu poli­ty­ków PiS nie bał się roz­ma­wiać także z tymi nie­przy­chyl­nymi. Po dru­gie nie był zacie­trze­wiony. A po trze­cie łapał nowo­ści tech­no­lo­giczne, i to bar­dzo szybko. Był jed­nym z pierw­szych użyt­kow­ni­ków Twit­tera w pol­skiej poli­tyce. Duda nie był PiS-owskim dzia­dem.

Czło­wiek bli­ski Nowo­grodz­kiej: - Jako pierw­szy nazwi­sko Dudy rzu­cił Mar­cin Masta­le­rek, który wcze­śniej był jego zastępcą jako rzecz­nika PiS. Pre­zes Kaczyń­ski zle­cił bada­nia: naj­pierw - jak w ogóle ma wyglą­dać kan­dy­dat PiS, póź­niej - kim musi być kontrkan­dy­dat Bro­ni­sława Komo­row­skiego. I jak sobie zde­rzy­li­śmy te wyniki, to wyszło kilka fun­da­men­tal­nych rze­czy. Kan­dy­dat PiS to musi być młody, elo­kwentny, dobrze wyglą­da­jący facet, mający już jakiś wła­sny doro­bek w poli­tyce. A naj­le­piej, żeby jesz­cze pocho­dził z aka­de­mic­kiej rodziny. I miał swoją rodzinę.

Gdy to wszystko zaczę­li­śmy ana­li­zo­wać, to rzu­cało się w oczy, że Duda może być kan­dy­da­tem pasu­ją­cym do ocze­ki­wań wybor­ców. Młody, bo miał w 2014 roku 42 lata, ale był prze­cież uczniem pre­zy­denta Lecha Kaczyń­skiego. Był cie­ka­wym i obie­cu­ją­cym poli­ty­kiem.

Współ­pra­cow­nik: - Duda nie był sze­rzej roz­po­zna­walny. To było naj­więk­sze obcią­że­nie. Beata Szy­dło czę­sto jed­nak pod­kre­ślała, że to jest ogromna zaleta, bo można było tak mode­lo­wać kam­pa­nię, żeby była inna niż poprzed­nie.

Czło­wiek z PiS: - Nie wię­cej niż dwa tygo­dnie przed publicz­nym ogło­sze­niem Kaczyń­ski powie­dział: "To Andrzej będzie kan­dy­da­tem". Real­nie, jak to zresztą bywa w PiS, osta­teczne potwier­dze­nie było kwe­stią dosłow­nie kilku ostat­nich dni, jak nie kil­ku­na­stu godzin przed wyda­rze­niem.

Szta­bo­wiec: - Osta­tecz­nie do Kaczyń­skiego tra­fił argu­ment, że Duda był total­nym zaprze­cze­niem Komo­row­skiego. Celem Kaczyń­skiego, on to nam mówił wie­lo­krot­nie, było w ogóle dopro­wa­dze­nie do dru­giej tury. To już miał być nasz ogromny suk­ces. I Duda miał się tego wyjąt­kowo trud­nego, jeśli nie nie­moż­li­wego, jak uwa­żał Kaczyń­ski, zada­nia pod­jąć.

Współ­pra­cow­nik pre­zy­denta: - Decy­zja, że ogło­sze­nie w ogóle będzie 11 listo­pada 2014 roku, była objęta wielką tajem­nicą. Wie­działo dosłow­nie kilka-kil­ka­na­ście osób.

Czło­wiek bli­ski Nowo­grodz­kiej: - Nawet Adam Hof­man nie wie­dział, że Duda ma być ogło­szony kan­dy­da­tem PiS na pre­zy­denta.

Szta­bo­wiec: - Kaczyń­ski ogło­sił kan­dy­da­turę Dudy w taki nie­po­radny spo­sób, że w sumie nie­wiele osób w hali Sokoła się zorien­to­wało, że wła­śnie dzieje się histo­ria. Pre­zes mówił na tej kon­wen­cji w Kra­ko­wie, że dopiero zwróci się do Rady Poli­tycz­nej PiS, którą zwoła w naj­bliż­szym cza­sie, żeby ta roz­pa­trzyła zare­ko­men­do­waną kan­dy­da­turę Dudy. Ludzie na sali nie od razu zro­zu­mieli, bo Kaczyń­ski mówił strasz­nie zawile. Potem usiadł i było widać po jego twa­rzy, że nie wie­rzy w zwy­cię­stwo swo­jego kan­dy­data.

Współ­pra­cow­nik Jaro­sława Kaczyń­skiego: - Kaczyń­ski abso­lut­nie nie wie­rzył w wygraną Dudy. Kon­tekst wtedy był taki, że Plat­forma Oby­wa­tel­ska rzą­dziła już drugą kaden­cję i wciąż była bar­dzo silna. Ogło­sze­nie kan­dy­da­tury inter­pre­to­wano jako spo­sób na przy­kry­cie "afery madryc­kiej", kiedy to nasi posło­wie pole­cieli sobie balo­wać do Hisz­pa­nii.

Wszy­scy zresztą pisali ze śmie­chem, że Duda jest ska­zany na porażkę. Plat­forma miała swo­jego pre­zy­denta, Bro­ni­sława Komo­row­skiego, który cie­szył się ogrom­nym zaufa­niem spo­łecz­nym. Wygrana Dudy wyglą­dała na mis­sion impos­si­ble.

Poli­tyk PiS: - Nikt nie chciał, żeby wynik Dudy był poni­żej wyniku, jaki PiS uzy­skało w poprzed­nich wybo­rach do Sejmu i nie­daw­nych wybo­rach do Par­la­mentu Euro­pej­skiego3.

Pier­wotne zamie­rze­nie było takie, że Duda prze­gra wybory pre­zy­denc­kie, ale zosta­nie potem kan­dy­da­tem na pre­miera. Jaro­sław Kaczyń­ski sam to Dudzie powie­dział: walka o pre­zy­den­turę jest cenna i w ogóle, buduje pan swoją roz­po­zna­wal­ność, buduje pan popu­lar­ność całego obozu, dzięki temu prze­bi­jamy szklany sufit, ale jeśli pan nie zosta­nie pre­zy­den­tem, to będzie pan naszym kan­dy­da­tem na przy­szłego pre­miera. To padło w roz­mo­wie w cztery oczy Kaczyń­skiego i Dudy.

Szta­bo­wiec: - Były dwie osoby, które wie­rzyły w wygraną: Mar­cin Masta­le­rek i Andrzej Duda.

Czło­wiek z oto­cze­nia Andrzeja Dudy: - Jaro­sław Kaczyń­ski kazał Andrze­jowi schud­nąć, żeby się lepiej pre­zen­to­wał w kam­pa­nii.

Czło­wiek bli­ski Andrze­jowi Dudzie: - Aż trudno sobie wyobra­zić, jak wyglą­da­łaby dzi­siaj poli­tyka, gdyby Kaczyń­ski nama­ścił Gliń­skiego albo kogoś innego niż Duda. Wtedy żyli­by­śmy w innej Pol­sce.

Współ­pra­cow­nik pre­zy­denta: - Gdyby nie Masta­le­rek, nie byłoby pre­zy­denta Dudy? Aż tak nie można powie­dzieć. Oczy­wi­ście, rola Mar­cina w kam­pa­nii była duża i na pewno był czło­wie­kiem, który wie­rzył w pre­zy­den­turę i ostro pra­co­wał. Ale były też obiek­tywne czyn­niki, które nio­sły Andrzeja Dudę: zmę­cze­nie ośmioma latami rzą­dów Plat­formy Oby­wa­tel­skiej, demo­bi­li­za­cja elek­to­ratu pre­zy­denta Bro­ni­sława Komo­row­skiego, świetny wynik Pawła Kukiza4. Plat­forma w 2015 roku to były tłu­ste koty bez przy­wódcy - bez Donalda Tuska, ale ze słabą pre­mier Ewą Kopacz. Dosko­nale wstrze­li­li­śmy się w moment dzie­jowy, a Andrzej Duda zro­bił świetną kam­pa­nię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Szu­ka­jąc kan­dy­data PiS na pre­zy­denta w wybo­rach w 2025 roku, pre­zes PiS Jaro­sław Kaczyń­ski powie­dział: "Przed 10 laty był moment ilu­mi­na­cji, a teraz są bada­nia". [wróć]

Jaro­sław Kaczyń­ski w lutym 2024 roku publicz­nie żądał od Janu­sza Woj­cie­chow­skiego, aby ten zło­żył dymi­sję z funk­cji pol­skiego komi­sa­rza w UE. Powo­dem było obwi­nia­nie Woj­cie­chow­skiego o to, że był współ­au­to­rem Zie­lo­nego Ładu. Zwłasz­cza Koali­cja Oby­wa­tel­ska i PSL wypo­mi­nały mu słowa z 2021 roku: "UE jedzie na mojej fali. Zie­lona reforma wspól­nej poli­tyki rol­nej powstała w War­sza­wie i nazy­wała się naj­pierw pro­gra­mem rol­nym PiS. Reforma WPR jest z tym pro­gra­mem w 100 pro­cen­tach zgodna i bar­dzo dobra dla pol­skich rol­ni­ków". [wróć]

W wybo­rach do Par­la­mentu Euro­pej­skiego w 2014 roku, w któ­rych Andrzej Duda zresztą zdo­był man­dat, PiS uzy­skało 31,78 pro­cent. Z kolei w wybo­rach do Sejmu w 2011 roku PiS uzy­skało 29,89 pro­cent. Tym­cza­sem w pierw­szej turze wybo­rów pre­zy­denc­kich w 2015 roku Andrzej Duda wygrał z wyni­kiem 34,76 pro­cent. [wróć]

Paweł Kukiz w pierw­szej turze wybo­rów pre­zy­denc­kich w 2015 roku zdo­był aż 20,8 pro­cent popar­cia, czyli ponad 3 miliony gło­sów. Już przed pierw­szą turą ude­rzał w ubie­ga­ją­cego się o reelek­cję Bro­ni­sława Komo­row­skiego, prze­ko­ny­wał, żeby "w żad­nym wypadku nie gło­so­wać na czło­wieka, który umac­nia wła­dzę Plat­formy Oby­wa­tel­skiej". A po pierw­szej turze nie wprost, ale popie­rał Andrzeja Dudę: "Oso­bi­ście nie mogę zagło­so­wać na Komo­row­skiego, bo po pro­stu nie wywią­zał się z wcze­śniej­szych obiet­nic. Jako funk­cjo­na­riusz czy - powiedzmy - czło­nek Plat­formy Oby­wa­tel­skiej oraz jako pre­zy­dent RP" (cytat z wywiadu dla "Pol­ska The Times"). Po pierw­szej turze Paweł Kukiz wezwał także Dudę i Komo­row­skiego na debatę, którą miał popro­wa­dzić - sztab Dudy się zgo­dził, sztab Komo­row­skiego się wahał, a gdy już chciał siąść do roz­mów o warun­kach, to Kukiz uznał, że nie ma ofi­cjal­nej odpo­wie­dzi od ludzi Komo­row­skiego. [wróć]