Przedmowa
Tę książkę można czytać na różne, biegunowo odmienne sposoby. W pierwszym wyłoni nam się obraz człowieka chwiejnego, o słabym
charakterze, który głównie za sprawą swoich talentów oratorskich oraz
licznych błędów Bronisława Komorowskiego i jego sztabowców został
niespodziewanie w 2015 roku zwycięzcą wyborów prezydenckich. Będzie to
obraz żałosnego "Adriana", wyczekującego godzinami na audiencje przed
gabinetem Jarosława Kaczyńskiego. Czytając tę książkę z takim właśnie
nastawieniem, znajdziemy mnóstwo przykładów owej infantylności
prezydenta. Poczynając od uczynienia nieformalnym doradcą politycznym
swej garderobianej Marianny, przez twitterowe flirty z fankami o malowniczych nickach, aż po ostentacyjne eksponowanie swej narciarskiej
pasji. W tym obrazie Andrzej Duda będzie tylko słynnym długopisem
Kaczyńskiego, parafującym bez wahania wszystkie ustawy przedkładane mu
przez PiS-owską większość parlamentarną. Tytułowym "Dudusiem", którego
nikt właściwie nie traktował do końca poważnie, w dodatku otoczonym
przez rywalizujących ze sobą dworzan, nad którymi nigdy nie zdołał
zapanować.
Andrzej Duda zrobił bardzo wiele, aby wykreować taki właśnie obraz swej
prezydentury. Symbolicznym wstępem było jego wystąpienie w listopadzie
2015 roku, podczas uroczystości desygnowania Beaty Szydło na premiera,
gdy padły takie oto słowa pod adresem prezesa PiS: "Z całą pewnością
jest pan wielkim politykiem, wielkim strategiem, ale dodam jeszcze
jedno: z całą pewnością jest pan wielkim człowiekiem. Jest pan wielkim
strategiem, bo podjął pan ogromne ryzyko, gdy ostatecznie razem z władzami PiS zdecydował pan, że będę kandydatem na prezydenta. (...)
Trzeba być wielkim człowiekiem i patriotą, absolutnie przekonanym do
realizacji swojej idei budowy silnej Polski, którą ma PiS, żeby mimo
oczywistych własnych ambicji oddać pałeczkę władzy w ręce ludzi, z którymi do tej pory pan blisko współpracował. Jestem dla pana pełen
podziwu". Wprawdzie Lechowi Kaczyńskiemu również zdarzały się wypowiedzi
wskazujące, że uważa brata bliźniaka za polityka większego od siebie
formatu, ale nigdy we wcześniejszych dziejach III RP żaden prezydent nie
złożył nikomu podobnego hołdu. Składał je natomiast w II RP wobec Józefa
Piłsudskiego wybrany z jego inicjatywy na prezydenta Ignacy Mościcki.
Opinia publiczna szybko skwitowała to złośliwym wierszykiem: "Tyle
znacy, co Ignacy, a Ignacy g... znacy".
Czy jednak jest to jedyny obraz Dudy, jaki wyłania się z kart tej
książki? Bynajmniej. Można bowiem czytać ją też jako portret człowieka
starającego się przezwyciężyć własne słabości i z różnym skutkiem
stopniowo wybijać się na polityczną samodzielność. Co ciekawe, okazuje
się, że obok żony być może najważniejszym stymulatorem tego procesu było
lekceważenie okazywane prezydentowi i członkom jego rodziny przez
prezesa PiS. A w ślad za nim przez naśladujących Kaczyńskiego różnych
jego współpracowników i sojuszników ze Zbigniewem Ziobrą na czele. To
lekceważenie zrodziło weta Andrzeja Dudy wobec ustaw sądowych w 2017
roku czy jego późniejszą walkę o usunięcie Jacka Kurskiego ze stanowiska
prezesa TVP. Z perspektywy radykalnych przeciwników rządów PiS mogą to
być wydarzenia bez znaczenia, ale nawet oni powinni się przez chwilę
zastanowić, jak mogłyby wyglądać wyniki wyborów w 2023 roku, gdyby nie
weto Dudy wobec lex TVN. A jak wyglądałyby publiczne szkoły po czystkach
przeprowadzonych przez PiS-owskich kuratorów upoważnionych do tego przez
zawetowane przez prezydenta - i to dwukrotnie - lex Czarnek?
Wypada też przypomnieć, że jeszcze przed wetami wobec Ziobrowej deformy
sądownictwa prezydent 3 maja 2017 roku wystąpił z propozycją
przeprowadzenia referendum konstytucyjnego w stulecie niepodległości.
Później długo zabiegał o poparcie Jarosława Kaczyńskiego dla swojej
inicjatywy, ale ostatecznie w lipcu 2018 roku formalny wniosek głowy
państwa w tej sprawie odrzucił zdominowany przez PiS Senat. To, że
Andrzej Duda nigdy nie odpowiedział na ten policzek ze strony własnego
obozu politycznego, w dużym stopniu zdeterminowało całą jego późniejszą
prezydenturę. Inna rzecz, że zamiast tej spontanicznej ponoć inicjatywy
referendalnej mógł zacząć rozmowy z posłami PSL i Kukiz'15 na temat
perspektyw uchwalenia nowej konstytucji. Reakcja lidera PiS najpewniej
byłaby też negatywna, ale nie można wykluczyć, że w miarę rozwijania się
coraz ostrzejszego sporu wokół wymiaru sprawiedliwości Kaczyński mógłby
z czasem zmienić w tej sprawie zdanie.
Być może gdyby już w pierwszej kadencji towarzyszył prezydentowi w roli
szefa jego gabinetu polityk tak ambitny jak Marcin Mastalerek, wówczas
Duda nie kapitulowałby tak łatwo przed prezesem PiS. Na poziom
skuteczności działań każdego prezydenta niebagatelny wpływ mają wszak
jego współpracownicy. Opisy ich rywalizacji i sporów zajmują w tej
książce sporo miejsca, skłaniając do konstatacji, że Andrzej Duda nigdy
nie zdołał stworzyć wokół siebie zgranego zespołu oddanych mu ludzi. Nie
mogło być inaczej, bo Duda nie był nigdy charyzmatycznym liderem,
prowadzącym do kolejnych politycznych bitew oddaną mu drużynę. Otaczał
się głównie urzędnikami, a nie politykami, bo w istocie rzeczy niemal
cała jego kariera przed walką o prezydenturę była daleko bardziej drogą
urzędnika niż partyjnego działacza. Warto o tym pamiętać w kontekście
powracającego pytania o ewentualną działalność polityczną Andrzeja Dudy
po zakończeniu drugiej kadencji.
Relacje kilkunastu ludzi z otoczenia prezydenta i kierownictwa PiS
układają się w wartką opowieść o ostatniej dekadzie dziejów politycznych
Polski. Nie sądzę wprawdzie, aby przyszli historycy nazwali ją "dekadą
Dudy", ale nie da się o niej opowiedzieć z pominięciem jego postaci. Bo
to właśnie Andrzej Duda swym nieoczekiwanym zwycięstwem utorował
Jarosławowi Kaczyńskiemu drogę do władzy, jaką nie cieszył się przed nim
żaden polityk w dotychczasowych dziejach III RP. A później stał się, bez
względu na motywy, jakimi się kierował, jednym z najważniejszych graczy
limitujących zakres tej władzy. To, że nazwisko prezesa PiS pada w tym
tekście niemal równie często co bohatera książki, nie jest oczywiście
przypadkowe. Jest on bowiem w istocie rzeczy jej drugim głównym
bohaterem. Pisząc o prezydencie piastującym swój urząd w "dekadzie
Kaczyńskiego", Jacek Gądek nie miał innego wyboru, ale też dobrze się
stało, bo dzięki temu otrzymaliśmy sporo informacji pozwalających lepiej
zrozumieć fenomen tego polityka.
Jest wszakże i trzeci wymiar tej książki, w mojej ocenie najważniejszy
dla przyszłej oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Dotyczy on jego roli w kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej. Nie był, bo w sytuacji tak
silnej dominacji Kaczyńskiego oczywiście nie mógł być, jej głównym
architektem. A jednak, pomimo wspomnianego lekceważenia ze strony
prezesa PiS, udało mu się na tym polu zdziałać całkiem sporo. Przede
wszystkim na polu relacji polsko-ukraińskich. To, co prezydent zrobił
dla wsparcia Kijowa walczącego z rosyjską agresją, pozostanie w mojej
opinii najważniejszą i najjaśniejszą kartą w dziejach jego prezydentury.
A fragmenty książki dotyczące tych właśnie spraw uważam za najciekawsze,
nie tylko dlatego, że wyłania się z nich inny wizerunek Andrzeja Dudy
niż ten znany z krajowej polityki. Także dlatego, że poznajemy dzięki
nim kulisy sporów, jakie towarzyszyły udzielaniu Ukrainie pomocy
wojskowej. Zarówno tych wewnątrz obozu rządzącego, a nawet w samym
otoczeniu Dudy, jak i iskrzenia między Warszawą a Waszyngtonem, który
długo był przeciwny przekazywaniu Ukraińcom polskich samolotów. Równie
istotne i ściśle z tym związane są wypowiedzi rozmówców Jacka Gądka na
temat rozwoju relacji Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa, które wobec
powrotu do władzy tego ostatniego mają obecnie znaczenie nie tylko
historyczne.
Niestety nie udało się u nas stworzyć zwyczaju wykorzystywania byłych
prezydentów do misji dyplomatycznych oraz działań lobbingowych na rzecz
Polski. Przykład ignorowanego przez kolejne rządy Aleksandra
Kwaśniewskiego jest tu aż nadto wymowny. Tymczasem Andrzej Duda przez
dekadę swojej prezydentury nawiązał na całym świecie całkiem sporo
kontaktów i znajomości, które - umiejętnie podtrzymywane - mogłyby się w przyszłości przydać Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej. Aby to
jednak stało się realne, musiałaby się wydarzyć rzecz nad Wisłą
niewyobrażalna, choć będąca standardem w wielu innych państwach: wysokie
zwaśnione strony musiałyby uznać, że pranie za granicą naszych brudów
nie jest na dłuższą metę korzystne dla żadnej z nich. Niestety
obserwując relacje prezydenta Andrzeja Dudy z rządem Donalda Tuska, w tym zwłaszcza kompromitujący Polskę spór o nominacje ambasadorów, trudno
mieć w tej sprawie bodaj cień nadziei.
Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że oglądam zdjęcie rentgenowskie
prezydenta. A właściwie kilka zdjęć, zrobionych z różnej perspektywy. To
prześwietlenie Dudy wykonane przy pomocy anonimowych rozmówców może
oczywiście budzić zastrzeżenia i wątpliwości. A jednak w tych miejscach,
w których mogłem skonfrontować swoją wiedzę badacza dziejów politycznych
III RP z tym, o czym opowiadają świadkowie tej prezydentury, odnosiłem
wrażenie ich wiarygodności. Nietrudno zresztą zauważyć, że autor
wielokrotnie konfrontował informacje na temat poszczególnych wydarzeń u dwóch, trzech, a czasem nawet większej liczby swoich rozmówców. W mojej
ocenie podnosi to w istotny sposób wartość informacyjną książki, choć
oczywiście w swojej naiwności wolałbym, aby ludzie zajmujący wysokie
stanowiska w służbie publicznej mieli więcej odwagi i wypowiadali się
pod nazwiskiem. Mam zarazem świadomość, że w takim przypadku ta
publikacja byłaby uboższa o wiele pikantnych szczegółów, o ile w ogóle
ujrzałaby światło dzienne.
Nie wątpię, że ta książka znajdzie bardzo wielu czytelników. Nie tylko z uwagi na walory poznawcze, lecz także lekki styl, w jakim została
napisana. Chciałbym jednak polecić jej lekturę zwłaszcza jednemu
człowiekowi, który może na tym skorzystać więcej niż ktokolwiek inny.
Tym czytelnikiem będzie oczywiście następca Andrzeja Dudy na stanowisku
prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Ktokolwiek nim zostanie, zderzy
się z wieloma problemami, z którymi przyszło się mierzyć jego
poprzednikowi. Część z nich wynika bowiem nie z takich czy innych cech
prezydenta bądź też jakości ludzi tworzących jego zaplecze, ale z konstytucyjnych wad obecnego ustroju Rzeczypospolitej w zakresie
organizacji władzy wykonawczej. To dlatego mamy naprzemienne kohabitacje
i "szorstkie przyjaźnie" kolejnych prezydentów i premierów, coraz
bardziej szkodzące funkcjonalności całego państwa i jego
międzynarodowemu wizerunkowi.
Profesor Antoni Dudek
Doradca prezydenta opowiada z wiele mówiącym uśmiechem:
- Ta historia opowiadana po czasie może być lekko zmieniona. Ale
naprawdę była rozmowa z Lechem, który tłumaczył Andrzejowi Dudzie i Pawłowi Wypychowi politykę wschodnią.
* * *
Rozmowa z bardzo zaufanym współpracownikiem prezydenta
Jacek Gądek: Ten moment się zbliżał z każdym kilometrem?
Zaufany współpracownik prezydenta: - Tak.
Jechaliśmy już do Krakowa. Sam namawiałem wtedy Andrzeja Dudę, żeby
przytoczył tę historię w przemówieniu tuż po tym, jak zostanie
kandydatem PiS na prezydenta. Duda miał wątpliwości. Zastanawiał się,
czy wypada - sądził, że to zabrzmi niestosownie.
Andrzej opowiadał ją wcześniej, ale tylko w prywatnych rozmowach. To
było jedno ze wspomnień z czasów jego pracy w kancelarii prezydenta
Lecha Kaczyńskiego. Brzmi poruszająco, bo rozegrała się w samolocie na
dwa dni przed katastrofą smoleńską, a spośród bohaterów tej historii
żyje już tylko Andrzej Duda. Miał wątpliwości, czy stosownie jest o tym
mówić, skoro inni uczestnicy już nie żyją.
Gdy w Krakowie Jarosław Kaczyński przedstawił Dudę jako kandydata na
prezydenta, on ją jednak opowiedział. Ale nie odbiła się wtedy żadnym
echem.
Ta scena sprzed śmierci Lecha Kaczyńskiego jest wręcz filmowa.
- Tak.
Inni mówią, że została co najmniej podkoloryzowana.
- Nie. Ja ją słyszałem, gdy Duda nie myślał, że będzie kandydatem na
prezydenta, a ambicje miał takie, żeby być kiedyś ministrem
sprawiedliwości.
Nigdy wcześniej Duda nie mówił o tym publicznie, a mógł wspomnieć o tej scenie przy najróżniejszych okazjach.
- Po tamtej wizycie w Wilnie Lech Kaczyński był bardzo rozgoryczony. To
był powrót na tarczy po porażce. Może z tego wynikała jego melancholia.
No i z tego, że mógł nie wygrać kolejnych wyborów prezydenckich, które
już się zbliżały.
* * *
Współpracownik: - Decyzja, że Duda zostanie
wtedy w Krakowie ogłoszony kandydatem na prezydenta, była trzymana w tajemnicy. Wcześniej nie powiadomiono o tym mediów ani działaczy PiS,
którzy byli w hali. Ta impreza to była w ogóle zmarnowana szansa.
Bardzo zaufany współpracownik Andrzeja Dudy: -
Publicznie ta scena została przywołana przez Andrzeja po raz pierwszy
właśnie wtedy. 11 listopada 2014 roku w hali Sokoła w Krakowie.
Inny współpracownik: - Ale jak zweryfikować,
czy ta sytuacja rzeczywiście miała miejsce? Przecież nie sposób. Mamy na
to tylko słowa samego Andrzeja Dudy.
* * *
Rozmowa z innym bardzo bliskim współpracownikiem
Jacek Gądek: Ta scena ewoluowała. W hali Sokoła Duda opisywał ją
trochę inaczej niż potem 7 lutego 2015 roku na bombastycznej konwencji w Warszawie. Za pierwszym razem mówił tak: "W samolocie opowiadał mnie
oraz Pawłowi Wypychowi o najnowszej historii i dziwił się, że nie
pamiętamy pewnych wydarzeń. Powiedział nam wtedy: "Rzeczywiście,
moglibyście być moimi synami. Ale wy jesteście przyszłością polskiej
polityki i waszym zadaniem będzie prowadzenie polskiej polityki"". W tej
wersji brzmi to tak, jakby Lech Kaczyński załamywał ręce nad ignorancją
Dudy i Wypycha. Andrzej Duda w 2010 roku opowiadał tę historię w taki
sposób?
Bardzo bliski współpracownik: - Ja jej
kompletnie nie kojarzę z tamtego czasu krótko po Smoleńsku. Po raz
pierwszy usłyszałem ją w kampanii przed wyborami w 2015 roku. Ale myślę,
że ta sytuacja mogła mieć miejsce, dlatego że Lech Kaczyński często, gdy
spotykał się ze swoimi współpracownikami, to z nimi rozmawiał jak mistrz
z uczniami. Miał świadomość, że zmiana pokoleniowa w polskiej polityce
jest oczywista i będzie nadchodziła.
Kampanijna wersja tej sceny z proroctwem Lecha Kaczyńskiego ma już
inną wymowę. Andrzej Duda 7 lutego 2015 roku w czasie największej swojej
konwencji wyborczej opisywał ją obrazowo, że oto w salonce Lech spojrzał
w okno, zamyślił się, a potem się odwrócił i powiedział do Dudy i Wypycha: "Ja już mam swoje lata i moje pokolenie będzie powoli
odchodzić. Ale wtedy, kiedy będzie się to działo, to na was spocznie
ciężar prowadzenia dalej polskich spraw".
Duda opisał też swoją reakcję: "Myśmy się z Pawłem wtedy zaśmiali:
"Panie prezydencie, kiedy to będzie?!". Dwa dni później nie było już
pana prezydenta, nie było także Pawła. Kiedy przypomniałem sobie o tym,
gdy opadły największe emocje po 10 kwietnia, to wtedy zrozumiałem, że
nie ma dla mnie innej drogi. I dlatego stoję dzisiaj tutaj przed
państwem. Ja".
Czy to jest realna historia, czy wymyślona na potrzeby kampanii, by
dodać powagi i związać Andrzeja Dudę z Lechem Kaczyńskim?
- Czy się wydarzyła? Dobre pytanie. Myślę, że to jest w ogóle taka
przypadłość wielu polityków - są w stanie opowiadać historie, które
nigdy się nie wydarzyły, ale są nieweryfikowalne.
To jest scena jak z Hollywood - scenarzysta mógłby ją wymyślić. A Marcin Mastalerek, najważniejszy współpracownik Dudy i de facto autor
tamtej kampanii, pisał przecież scenariusze i kręcił filmy fabularne. Ta
historia z proroctwem Lecha aż pachnie choćby koloryzacją. Prawda?
- Myślę, że to, co pan mówi, jest bardzo możliwe. Sądzę, że to jest
historia nie tyle zmyślona, bo znam Andrzeja Dudę jako człowieka, który
nie konfabuluje, ile być może naciągana albo podrasowana na potrzeby
kampanii. By mocno odwołać się do spuścizny Lecha Kaczyńskiego, a to
odwołanie się na samym początku kampanii prezydenckiej było niezbędne.
Ta historia z proroctwem - prawdziwa czy nie albo podrasowana - była
więc bardzo użyteczna. Zapewne była podkoloryzowana. Jak to w życiu. I polityce.
Prezydent Lech Kaczyński i podsekretarz stanu Andrzej Duda, pałac
prezydencki, 30 stycznia 2008 r. Fot. Sławomir Kamiński/Agencja
Wyborcza.pl
Sztabowiec Andrzeja Dudy: - Wspomnienie o rozmowie z Lechem Kaczyńskim to był wkład Andrzeja w przemówienie w hali
Sokoła. Nie zakładam, że wymyślił czy podkręcił swoją rozmowę z Lechem.
Znając Lecha Kaczyńskiego, jego podejście do młodszego pokolenia, jego
lubowanie się w takich profesorskich rozmowach, jestem w stanie sobie
wyobrazić, że coś takiego faktycznie miało miejsce. Nie wszystko w polityce jest wymyślone.
Minister: - Mnie nie opowiadał tej historii.
Współpracowaliśmy i było widać, że Andrzej Duda i Lech Kaczyński są w dość zażyłej relacji. Choć oczywiście bez przesady, bo bracia bliźniacy
wobec ludzi z młodszego pokolenia trzymali pewien dystans.
Człowiek z otoczenia Andrzeja Dudy: - Na Andrzeja mówiliśmy
"Duduś". Z dawnych lat miał taką ksywkę. A Lech Kaczyński, gdy kogoś
lubił, to prosił, by do niego mówić Leszek. Leszek faktycznie nawet
lubił i cenił "Dudusia".
Współpracownik: - Andrzej bardzo często
wspominał Lecha Kaczyńskiego i się na niego powoływał. On był dla niego
szefem, wzorem i postacią, która odegrała w jego życiu bardzo ważną
rolę. Zarazem to, że Andrzej uważa się za ucznia świętej pamięci Lecha,
wywoływało wściekłość u Jarosława Kaczyńskiego.
Minister: - Po wyborach 2015 roku - najpierw
prezydenckich, a potem parlamentarnych - jeden z polityków nawet sobie
kiedyś żartował z Marcinem Mastalerkiem, że wszyscy żyjemy w rzeczywistości wymyślonej przez "Mastala". Bo on wymyślił Dudę na
prezydenta, a potem Beatę Szydło na szefową jego sztabu i przez to na
premiera.
Sztabowiec: - Mastalerek był autorem koncepcji,
żeby Duda był kandydatem na prezydenta.
Sztabowiec: - Znam Andrzeja Dudę od czasu, gdy
był wiceministrem sprawiedliwości u Zbigniewa Ziobry. Duda był odkryciem
- nie sądziłem, że może być tak dobrym mówcą. Był szefem sztabu
wyborczego PiS w kampanii do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. To
był hardcore. Ówczesny rzecznik PiS Adam Hofman zwalczał Dudę, a ten
początkowo kompletnie nie rozumiał dlaczego - a to była twarda polityka.
Trzeba było wytłumaczyć Andrzejowi, że to tak po prostu wygląda.
Zaufany człowiek z
otoczenia Andrzej Dudy: - Oczywiście, finalnie
decyzję o wskazaniu kandydata na prezydenta podejmuje Jarosław
Kaczyński, ale to był proces. Wcale nie taki krótki i nie taki
oczywisty, jak by się mogło dzisiaj wydawać. Duda wcale nie był
oczywistym kandydatem.
Dzisiaj wielu, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak to wyglądało, mówi
o tym, że Duda był najlepszy i był właściwie jedynym racjonalnym
kandydatem. I że Kaczyński od początku na niego stawiał. To nieprawda.
Ale nie dlatego, że Kaczyński go jakoś skreślał - po prostu prezes
dojrzewał do tej decyzji.
Sztabowiec z 2015 roku: - Dzisiaj Kaczyński mówi, że w 2014 roku
to był moment wielkiej iluminacji1 . To był proces.
Sztabowiec PiS z 2015 roku: - Potencjalnych kandydatów w tamtym czasie
było sporo. Był na przykład Janusz Wojciechowski, był też profesor
Andrzej Nowak - on nawet przez bardzo długi czas był faworytem,
najsilniejszym kandydatem. Środowisko profesorsko-krakowskie
przekonywało Jarosława Kaczyńskiego, że to jest genialny pomysł.
Przyjaciele Jarosława, którzy się spotykają na obiadach czy kolacjach,
przekonywali, że to genialny pomysł i wyjście poza schemat. Kaczyński
długo uważał, że Nowak byłby najlepszy. Profesor do dziś ma zadrę wobec
Kaczyńskiego o to, że nie został kandydatem ani prezydentem.
Współtwórca kampanii Andrzeja Dudy: -
Potencjalnym kandydatem był też senator PiS Grzegorz Bierecki, to
wynikało z jego potężnego zaplecza finansowego i medialnego, ale to, że
był tak bogaty, było też jego obciążeniem.
No i oczywiście był też profesor Piotr Gliński - on był bardzo długo
brany pod uwagę, zresztą wcześniej sam podjął gigantyczne ryzyko,
wychodząc ze swojego środowiska akademickiego i przychodząc do PiS.
Gliński zrobił to w ekstremalnie trudnym momencie, na absolutnym wirażu,
na którym PiS mogło wypaść z drogi i się roztrzaskać. Gliński właściwie
poświęcił całą swoją karierę akademicką, by być kandydatem PiS na
premiera technicznego, ale kandydatem na realnego prezydenta już nie
został.
W Glińskiego PiS politycznie już zainwestowało bardzo dużo, także dużo
pieniędzy w niego włożyliśmy, więc wielu ludziom w naszym obozie jawił
się jako naturalny kandydat. Dla wyborców był nieoczywisty, wychodził
poza schemat paździerzowego PiS-owca. A poza tym już trochę błysnął i mógł być nadzieją PiS na to, żeby przebić ten szklany sufit, o którym
Jarosław Kaczyński mówił nam wielokrotnie, że bez tego nigdy nie wrócimy
do władzy.
Człowiek bliski Nowogrodzkiej: - Janusz
Wojciechowski był rozważany przez Kaczyńskiego dlatego, że był bardzo
dobrze znany na wsi - przede wszystkim na tym płynął. Nawet jeśli
dzisiaj Kaczyński wyrzekł się Wojciechowskiego2, to
wtedy o nim myślał jako kandydacie. Bo autentycznie on był doskonale
znany wśród zwykłych ludzi. O mały włos to Elżbieta Jaworowicz, u której
często występował jako sprawiedliwy sędzia, zdecydowałaby o tym, kto
jest kandydatem PiS na prezydenta.
Człowiek z PiS: - Można się z tego śmiać, ale tak właśnie było.
Jego występy w "Sprawie dla reportera" to był mocny argument za nim. A inny był taki, że partia nie musiałaby budować jego rozpoznawalności, bo
to był polityk z historią, wywodzący się z PSL, więc przynajmniej
teoretycznie łatwo by mu było przekonać elektorat ludowy, żeby w potencjalnej drugiej turze zagłosował właśnie na niego, a nie na
Bronisława Komorowskiego.
Sztabowiec: - I był w końcu Andrzej Duda,
kandydat zupełnie nieoczywisty, szerzej nieznany, choć w PiS go
generalnie lubiano. W tamtym czasie był rzecznikiem PiS, był też szefem
sztabu partii w wyborach do PE. Duda był także kandydatem na prezydenta
Krakowa i posłem na Sejm - takim, o którym nie tylko wśród
parlamentarzystów PiS miano dobre zdanie. On wychodził poza klasyczne
schematy PiS-owca czy też "pisiora".
Po pierwsze Duda potrafił rozmawiać z ludźmi. Rozmawiał z dziennikarzami
- jako jeden z niewielu polityków PiS nie bał się rozmawiać także z tymi
nieprzychylnymi. Po drugie nie był zacietrzewiony. A po trzecie łapał
nowości technologiczne, i to bardzo szybko. Był jednym z pierwszych
użytkowników Twittera w polskiej polityce. Duda nie był PiS-owskim
dziadem.
Człowiek bliski Nowogrodzkiej: - Jako pierwszy
nazwisko Dudy rzucił Marcin Mastalerek, który wcześniej był jego
zastępcą jako rzecznika PiS. Prezes Kaczyński zlecił badania: najpierw -
jak w ogóle ma wyglądać kandydat PiS, później - kim musi być
kontrkandydat Bronisława Komorowskiego. I jak sobie zderzyliśmy te
wyniki, to wyszło kilka fundamentalnych rzeczy. Kandydat PiS to musi być
młody, elokwentny, dobrze wyglądający facet, mający już jakiś własny
dorobek w polityce. A najlepiej, żeby jeszcze pochodził z akademickiej
rodziny. I miał swoją rodzinę.
Gdy to wszystko zaczęliśmy analizować, to rzucało się w oczy, że Duda
może być kandydatem pasującym do oczekiwań wyborców. Młody, bo miał w 2014 roku 42 lata, ale był przecież uczniem prezydenta Lecha
Kaczyńskiego. Był ciekawym i obiecującym politykiem.
Współpracownik: - Duda nie był szerzej
rozpoznawalny. To było największe obciążenie. Beata Szydło często jednak
podkreślała, że to jest ogromna zaleta, bo można było tak modelować
kampanię, żeby była inna niż poprzednie.
Człowiek z PiS: - Nie więcej niż dwa tygodnie przed publicznym
ogłoszeniem Kaczyński powiedział: "To Andrzej będzie kandydatem".
Realnie, jak to zresztą bywa w PiS, ostateczne potwierdzenie było
kwestią dosłownie kilku ostatnich dni, jak nie kilkunastu godzin przed
wydarzeniem.
Sztabowiec: - Ostatecznie do Kaczyńskiego
trafił argument, że Duda był totalnym zaprzeczeniem Komorowskiego. Celem
Kaczyńskiego, on to nam mówił wielokrotnie, było w ogóle doprowadzenie
do drugiej tury. To już miał być nasz ogromny sukces. I Duda miał się
tego wyjątkowo trudnego, jeśli nie niemożliwego, jak uważał Kaczyński,
zadania podjąć.
Współpracownik prezydenta: - Decyzja, że
ogłoszenie w ogóle będzie 11 listopada 2014 roku, była objęta wielką
tajemnicą. Wiedziało dosłownie kilka-kilkanaście osób.
Człowiek bliski Nowogrodzkiej: - Nawet Adam
Hofman nie wiedział, że Duda ma być ogłoszony kandydatem PiS na
prezydenta.
Sztabowiec: - Kaczyński ogłosił kandydaturę
Dudy w taki nieporadny sposób, że w sumie niewiele osób w hali Sokoła
się zorientowało, że właśnie dzieje się historia. Prezes mówił na tej
konwencji w Krakowie, że dopiero zwróci się do Rady Politycznej PiS,
którą zwoła w najbliższym czasie, żeby ta rozpatrzyła zarekomendowaną
kandydaturę Dudy. Ludzie na sali nie od razu zrozumieli, bo Kaczyński
mówił strasznie zawile. Potem usiadł i było widać po jego twarzy, że nie
wierzy w zwycięstwo swojego kandydata.
Współpracownik Jarosława Kaczyńskiego: -
Kaczyński absolutnie nie wierzył w wygraną Dudy. Kontekst wtedy był
taki, że Platforma Obywatelska rządziła już drugą kadencję i wciąż była
bardzo silna. Ogłoszenie kandydatury interpretowano jako sposób na
przykrycie "afery madryckiej", kiedy to nasi posłowie polecieli sobie
balować do Hiszpanii.
Wszyscy zresztą pisali ze śmiechem, że Duda jest skazany na porażkę.
Platforma miała swojego prezydenta, Bronisława Komorowskiego, który
cieszył się ogromnym zaufaniem społecznym. Wygrana Dudy wyglądała na
mission impossible.
Polityk PiS: - Nikt nie chciał, żeby wynik Dudy
był poniżej wyniku, jaki PiS uzyskało w poprzednich wyborach do Sejmu i niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego3.
Pierwotne zamierzenie było takie, że Duda przegra wybory prezydenckie,
ale zostanie potem kandydatem na premiera. Jarosław Kaczyński sam to
Dudzie powiedział: walka o prezydenturę jest cenna i w ogóle, buduje pan
swoją rozpoznawalność, buduje pan popularność całego obozu, dzięki temu
przebijamy szklany sufit, ale jeśli pan nie zostanie prezydentem, to
będzie pan naszym kandydatem na przyszłego premiera. To padło w rozmowie
w cztery oczy Kaczyńskiego i Dudy.
Sztabowiec: - Były dwie osoby, które wierzyły w wygraną: Marcin Mastalerek i Andrzej Duda.
Człowiek z otoczenia Andrzeja Dudy: - Jarosław Kaczyński kazał
Andrzejowi schudnąć, żeby się lepiej prezentował w kampanii.
Człowiek bliski Andrzejowi Dudzie: - Aż trudno
sobie wyobrazić, jak wyglądałaby dzisiaj polityka, gdyby Kaczyński
namaścił Glińskiego albo kogoś innego niż Duda. Wtedy żylibyśmy w innej
Polsce.
Współpracownik prezydenta: - Gdyby nie
Mastalerek, nie byłoby prezydenta Dudy? Aż tak nie można powiedzieć.
Oczywiście, rola Marcina w kampanii była duża i na pewno był
człowiekiem, który wierzył w prezydenturę i ostro pracował. Ale były też
obiektywne czynniki, które niosły Andrzeja Dudę: zmęczenie ośmioma
latami rządów Platformy Obywatelskiej, demobilizacja elektoratu
prezydenta Bronisława Komorowskiego, świetny wynik Pawła
Kukiza4. Platforma w 2015 roku to były tłuste koty bez przywódcy
- bez Donalda Tuska, ale ze słabą premier Ewą Kopacz. Doskonale
wstrzeliliśmy się w moment dziejowy, a Andrzej Duda zrobił świetną
kampanię.