TRZY
Z góry Izman wyglądał inaczej.
Stałam na parapecie wielkiego domu modlitw i widziałam tłum, który zgromadził się, żeby oglądać próby Sultrima daleko pod nami. Wybraliśmy to miejsce po to, by mieć dobry widok na to, co się dzieje. Na pewno nie dla komfortowych warunków.
Przesunęłam się kawałek dalej, na ile starczyło mi odwagi, żeby mieć lepszy widok na to, co się działo. Zachwiałam się trochę, gdy upomniało się o mnie ziemskie przyciąganie, ale siedzący z prawej strony Jin instynktownie wyciągnął rękę i przytrzymał mnie, żebym nie spadła kilkadziesiąt metrów w dół.
- Nie zniósłbym tego, gdybym stracił także ciebie, Bandytko - powiedział, pomagając mi odzyskać równowagę.
Maz i Izz siedzieli po bokach. O świcie, gdy ludzie zaczęli się gromadzić na placu, przybrali kształt dwóch wielkich Roków i przetransportowali nas na górę. Słońce padające na złocistą kopułę domu modlitw niemal mnie oślepiło, chociaż siedziałam do niego tyłem. Co oznaczało, że oślepi każdego, kto spojrzy w naszą stronę, dzięki czemu ujrzy jedynie iluzje w świetle zamiast naszych sylwetek.
Kiedy chodziłam po ulicach, miasto przypominało kratkę. Ostre rogi, ukryte nisze, niespodziewane ślepe uliczki. Długie ulice gdzieniegdzie poprzekłuwane oknami, z których na zakurzone chodniki wysączały się całe światy. Wąskie przejścia, które były jeszcze ciaśniejsze, ponieważ wzdłuż nich ustawiono stragany, a przez środek sączył się strumień ludzi. Wszystko to zwieńczone kolorowymi baldachimami. Nadal nie udało mi się zrozumieć miasta, chociaż już od prawie miesiąca byłam uwięziona pod kopułą ognia.
W chwili gdy to zobaczyłam, domyśliłam się, że jest to jeden z niezwykłych wynalazków Leyli. Ludzie jednak wyciągnęli podobne wnioski co niegdyś Sara. Sądzili, że to jakaś starodawna magia, taka, której nie było na ziemi od końca Pierwszej Wojny.
Wielu nazywało ją Ścianą Ahmeda. Niektórzy nawet zaczęli się do niej modlić. Tak zwani Akolici Ahmeda, którzy przypalali sobie ubrania, twarze smarowali popiołem i całymi dniami próbowali podejść jak najbliżej bariery ognia, by modlić się do niej, żeby pomogła utrzymać najeźdźców z dala od miasta. Nieważne, ile razy żołnierze Sułtana ich rozpędzali, codziennie wielu wracało. Kilku nawet zmarło, bo podeszli za blisko. Spopielili się jak kamień rzucony przez Jina. Głosili, że Ahmed nas ocali.
Niechętnie musiałam przyznać, ale rzeczywiście bariera mogła nas ocalić. Wiedziałam natomiast, że nie miała nic wspólnego z Ahmedem.
Z miejsca na górze widziałam rzędy niebieskich namiotów z wojskową precyzją otaczających miasto. Czekali. Od tygodni. Niedługo po tym, jak bliźniacy dojrzeli ich na horyzoncie, dotarli na obrzeża miasta. Tam ich inwazja została powstrzymana. Podobnie jak my, Gallanowie też nie mogli się przedostać przez barierę. Ich kule rozpadały się w ogniu. Wkrótce ucichli, ale się nie wycofali. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie zrezygnują tak łatwo.
Gallanowie okupowali naszą pustynię przez prawie dwie dekady. Pomogli Sułtanowi zasiąść na tronie i podstępnie odebrać władzę ojcu i bratu. W zamian on pozwolił im narzucić swoje prawa na naszych ziemiach. Pozwolił, by zgodnie ze swoimi pokręconymi wierzeniami zabijali Półdżiny i Pierwsze Stworzenia. Zmuszali najuboższych do niebezpiecznej pracy, produkowali ogromne ilości broni, żeby wspomóc swoje wojny. Byli wobec nas nieludzcy, stali ponad prawem. Sułtan pozwalał im na to i czekał do chwili, gdy Gallanowie przestali mu być potrzebni. Wówczas próbował ich zgładzić, wykorzystując do tego Noorshama, mojego brata, Półdżina, który mógł zmieść całe miasto z powierzchni ziemi. Mieli przeciwko sobie to, czego najbardziej nienawidzili, czyli magię.
Jednak stanęliśmy Noorshamowi na drodze, zanim ich wykończył. Podobnie jak inni chciałam pozbyć się Gallanów, ale nie pozabijałabym przy tym Mirajańczyków. W końcu jedynym osiągnięciem Sułtana było zmienienie naszych okupantów w swoich wrogów. I oto byliśmy oblężeni przez największe imperium na świecie.
Wydawało się, że chcą nas przeczekać po drugiej stronie ognistej ściany. Wiedziałam co nieco o Sułtanie. Nie grał w żadną grę, jeśli nie był przekonany, że może ją wygrać.
Zastanawiałam się, na ile mirajińskich wsi i miast napadli Gallanowie w drodze na Izman. Ilu ludzi umarło, bo skrzyżowały się ich ścieżki, gdy podążali na wezwanie Sułtana.
Pewnego razu Sułtan powiedział mi, że jego celem jest ochrona kraju. Pragnął uczynić z Miraji potęgę, z którą inni będą musieli się liczyć i której żadna obca armia nigdy nie zdoła sobie podporządkować. Może i tak będzie. Ale każdy krok w tę stronę wyglądał tak, jakby Sułtan zdobywał coraz więcej władzy, idąc po trupach ludzi. Lud Miraji nie godził się na to, by być pionkami w tej grze, którą Sułtan rozgrywał z obcymi najeźdźcami.
Rebelia miała zakończyć tę rozgrywkę. Gdy tylko wykombinujemy, jak, do cholery, wydostać się z miasta.
Sprowadzimy z powrotem Ahmeda. I Rahima. I Shazad. I Delilę. I wszystkich innych, którzy zostali pojmani. I wtedy to zakończymy.
Kropla potu potoczyła się spod mojej szimy, spłynęła po szyi aż pod kurtę.
- Dobrze się czujesz, Bandytko? - zapytał Jin, szepcząc mi wprost do ucha.
Chciałabym umieć skłamać i powiedzieć, że czuję się wyśmienicie, ale skoro nie mogłam tak zrobić, w ogóle nie odpowiedziałam.
- Już czas - rzuciłam. Podniosłam ręce i trzymałam je nad miastem, rozczapierzając palce tak szeroko, jak tylko umiałam. - Przygotujcie się.
Co prawda nie byłam w stanie sięgnąć do wydm rozciągających się za sztuczną barykadą wzniesioną przez Sułtana, ale w mieście było mnóstwo pustynnego piasku. Zalegał w jego kościach. Wypełniał jego duszę.
Pociągnęłam. Od razu poczułam ranę w boku, jakbym naciągała mięsień. Działo się to za każdym razem od chwili, gdy spod mojej skóry wyjęto metal. Blizna na boku bolała tak, jakby pamiętała żelazo i walczyła z moją mocą Półdżina. Z początku tylko lekko kłuła, ale z każdą chwilą robiło się gorzej. Raz czy dwa poczułam, że piasek zaraz mi się wymknie.
Ignorowałam ból, a piach wznosił się nad ulicami w złocistej mgle, niczym strumień wypływający z wanny. Wydobywał się ze szczelin w bruku, załamań tkanin i z liści roślin rosnących w ogrodach na dachach. Wypełniał powietrze, wirował, zbierał się w chmury. Tysiące maleńkich ziarenek, nie ze swojej woli, uniosły się nad miastem i zmieniły w szalejącą burzę.
Gdzieś pod nami w tłumie, który zebrał się, żeby oglądać próby Sultrima, była Hala, owinięta po sam czubek głowy, żeby ciekawskie spojrzenia nie zauważyły jej złotej skóry. Towarzyszyło jej dwóch buntowników, którzy uciekli z nami, Riad i Karam. Ufałam, że zapewnią jej bezpieczeństwo lub ewakuują, kiedy iluzja stanie się dla niej zbyt wielkim obciążeniem.
Hala jeszcze nigdy nie robiła iluzji na tak wielką skalę: Błogosławiona Sultrima ożyła. Moja kuzynka Shira wyglądała identycznie jak w moich koszmarach, miała odciętą głowę, jej oczy wyrażały oskarżenie i ukazała się jednocześnie w głowach tysięcy ludzi, by siać zwątpienie, podważać słowa Sułtana i powstrzymać próby Sultrima.
To było desperackie, ryzykowne posunięcie - wykorzystać moc Hali do granic możliwości. Musieliśmy jednak coś zrobić. Nie mogliśmy pozwolić, by kraj stanął murem za nowym księciem, podczas gdy my próbowaliśmy uratować starego. Jednak przeszkodzenie w próbach Sultrima było drugorzędnym celem.
Hala miała odwrócić uwagę. Ja zapewniałam ochronę.
Tak naprawdę chcieliśmy dostać się do pałacu.
To, co odwraca uwagę, może równocześnie służyć jakiemuś celowi.
Tak powiedziała Shazad, kiedy po raz pierwszy próbowałam się wydostać z haremu, a z nieba spadały ulotki. Dzięki niej wszystko wtedy wydawało się proste.
Dwa cele. Jedna kula. To rozumiałam. Dwa cele. Jeden plan.
Usłyszałam krzyk dochodzący z dołu, gdy iluzja Hali pojawiła się w umysłach osób wokół niej, na ułamek sekundy zostałam wybita z rytmu, moja moc zaczęła się wymykać. A jednocześnie ból w boku zelżał. Cóż to była za ulga - przez chwilę zastanawiałam się, czy sobie nie odpuścić, porzucić burzę i powstrzymać ból. Dać sobie spokój i odpocząć.
Pospiesznie przyciągnęłam do siebie piasek, wraz z nim wrócił ból, więc trudno mi było się skupić. Nie ustawałam, dopóki burza piaskowa nie przykryła placu pod nami i ukryła nas przed spojrzeniami. Wciąż mnie bolało. Poruszyłam się, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, burza niespodziewanie również zmieniła położenie. Już dłużej nie mogłam zwlekać z wydaniem polecenia. Ledwie się trzymałam. Odwróciłam się do Jina i bliźniaków, żeby usłyszeli mnie mimo szalejącego wiatru.
- Teraz - powiedziałam.
Nie trzeba im było powtarzać. Maz od kilku godzin przebierał nogami, co chwilę zmieniał się w inne zwierzę. Nie mógł się doczekać rozkazu.
Teraz uśmiechnął się od ucha do ucha, zrzucił pelerynę, która spadła w dół, wprost w burzę piaskową, i niewiele myśląc, zeskoczył z krawędzi dachu. Przez chwilę był tylko chłopcem lecącym w stronę ziemi, ale zanim się o nią roztrzaskał, jego ciało się zmieniło. Ręce przekształciły się w skrzydła, stopy zmieniły w szpony, na skórze wyrosły pióra. Izz poszedł w jego ślady - zanim skoczył, tobołek z pleców wsadził do ust, gdy te zmieniały się w dziób. Gdyby tłum z dołu mógł to zobaczyć, wyglądałoby to tak, jakby dwa Roki wysiedziane z jakiegoś magicznego jajka właśnie wyleciały wprost ze złotej kopuły domu modlitw. Z gracją unosiły się nad burzą piaskową, która zapewniała im osłonę, i były przeszczęśliwe, że znowu mogą się poruszać.
Jin, w przeciwieństwie do bliźniaków, prawie w ogóle się nie ruszał, odkąd się tu znaleźliśmy. Był w tym dobry - siedział nieruchomo, kiedy wszyscy inni byli niespokojni. Mimo to widziałam, że w środku aż kipi z niecierpliwości i pragnienia włączenia się do akcji. To uczucie dojrzewało w nim od tygodni. Od dnia, gdy zobaczyliśmy Imin ściętą zamiast Ahmeda. Od nocy, gdy okazało się, że jesteśmy tu uwięzieni i nie możemy uwolnić naszych ludzi. Że nie możemy ocalić rodziny, którą chronił od wielu lat. Czasami przyłapywałam go na tym, że otwierał i zaciskał dłoń na mosiężnym kompasie, lecz była to jedyna oznaka tego, że martwi się tak samo jak pozostali.
Teraz posłał mi spojrzenie - nie trwało dłużej niż jedno uderzenie serca, jednak było na tyle długie, żebym skinęła głową, dając znak, że wszystko w porządku. Że dam radę. Nie chciałam mu mówić o bólu promieniującym ze starej rany, który obejmował cały bok i sprawiał, że nie miałam pewności, jak długo podołam.
Jin posłał mi uśmiech, kpiący uśmieszek, zalewie wspomnienie tego uśmiechu, jakim obdarowywał mnie, kiedy życie było prostsze i ktoś inny stał na czele rebelii. Uśmiech, który mówił, że zaraz zaczną się kłopoty. Że już mamy kłopoty.
A potem zrobił krok w przepaść.
Pojawił się Maz i Jin z łatwością opadł na jego grzbiet. Rok jednym machnięciem skrzydeł zmienił kierunek lotu i poleciał w stronę pałacu, gdzie czekał już Izz w swojej niebieskopiórzej chwale.
Westchnęłam, próbując wyrzucić z głowy chęć opuszczenia jednej ręki i złapania się za obolały bok. Musieliśmy przejść przez tę beznadziejną ścianę i wydostać się z Izmanu. Sprawdziliśmy całą, szukając czegokolwiek, jakiejś luki, bramy, szczeliny, przez którą udałoby się nam przecisnąć. Miasto było zamknięte ciasno jak bęben. Co oznaczało, że musieliśmy znaleźć inny sposób. Na przykład dostać się do zarzuconego papierami biurka Sułtana, na którym leżało wszystko: od dokumentów opisujących trasy dostaw dla armii po listy adresowane do zagranicznych władców z zaproszeniem na Auranzeb, obchody rocznicy objęcia władzy przez Sułtana. Kiedy mieszkałam w pałacu, sama zaglądałam w te papiery.
Teraz jednak nie mieliśmy szpiega w pałacu. Musieliśmy więc dostać się do środka, skoro potrzebowaliśmy informacji.
Tym razem wszystko odbywało się zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Najpierw, kilka tygodni temu, Sam próbował przedostać się przez pałacowe ściany. Jego niezwykła albiska magia pozwalała mu przechodzić przez kamień jak przez wodę. Nikt w Miraji nie widział takiego talentu, więc nikt nie wiedział, jak się przed nim chronić.
Jednak zdradziliśmy się, kiedy Sułtan zastawił na nas zasadzkę. Po naszej ryzykownej ucieczce wiedział już, jakie niesamowite moce mamy na podorędziu. Ściany pałacu były teraz wzmocnione od środka drewnianymi panelami, które były nie do przebycia dla Sama.
Co więcej, spodziewali się, że tego wieczoru będziemy próbować.
Gdyby Sam nie przesunął się w ostatniej sekundzie, kula przeszyłaby jego serce. Niestety nie mógł się powstrzymać, musiał rzucić jakiś sarkastyczny komentarz, zajrzał więc przez ścianę w miejsce, gdzie czekaliśmy ukryci za iluzją Hali. Kula trafiła go w ramię. Polało się dużo krwi. Wszędzie. Rozmazała się na kamiennym murze, gdy szarpnęło jego ciałem i spadł na naszą stronę. Na moich rękach, gdy go łapałam, kiedy tracił przytomność. Na koszuli Jina, kiedy pospiesznie go podnosił i zarzucał sobie na ramię. Pobrudziła czystą pościel, gdy w końcu położyliśmy go do łóżka w Tajnym Domu. Nadal oddychał. Ledwie żył.
Uratowanie mu życia niewiele nam dało w szerszej perspektywie.
Wtedy jednak dostaliśmy nauczkę. Musieliśmy czekać na czystszy strzał. Pomimo tego, że każda minuta czekania oznaczała, że więźniowie coraz bardziej się od nas oddalają. Może nawet są torturowani. Może zabijani. A my musieliśmy czekać.
Próby Sultrima były okazją, na którą czekaliśmy. Trzeba ją było wykorzystać. Chociaż było to desperackie posunięcie.
Pod nami Izz rozłożył swoje ogromne, niebieskie skrzydła i leciał wraz z prądem wstępującym burzy piaskowej, za którą odpowiadałam, wzniósł się nad pałacem, jego wielki cień przemknął nad murami i ogrodami haremu, a potem nad szklaną kopułą, która wieńczyła komnaty Sułtana.
Nie mogliśmy przeniknąć przez ściany. Dobrze. Wobec tego spróbujemy czegoś mniej subtelnego.
Izz miał ładunki wybuchowe, które zrzucił na szklany dach. Kopuła eksplodowała, rozpadając się na tysiące kawałków odbijających promienie słoneczne. Jin i Maz wlecieli do pałacu przez nowe wejście, wpadli wprost do komnat Sułtana, a Izz zawrócił po mnie.
Pojawił się pode mną, wzięłam głęboki oddech, starając się nie tracić kontroli nad burzą, chociaż teraz rozdzielałam uwagę. Rozpraszał mnie ból, ale musiałam zaufać, że Izz mnie złapie, kiedy skoczę. Ugięłam więc kolana, odbiłam się i rzuciłam w nicość. Wylądowałam na grzbiecie Izza, upadek pozbawił mnie tchu i sprawił, że zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie poddałam się jednak. Wysiliłam się jeszcze bardziej, żeby utrzymać się na jego grzbiecie i jednocześnie sterować pustynią. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu.
Iluzje Hali powinny zadziałać na lud Izmanu, sprawić, żeby uwierzył w to, że Shira naprawdę powróciła z martwych. Natomiast Sułtan szybko przejrzy nas na wylot. Nie będzie potrzebował zbyt wiele czasu, by domyślić się, że nie chodzi nam tylko o nastawienie ludzi przeciwko niemu i jego synom. Zacznie nas szukać. Moim zadaniem było zapewnienie Jinowi czasu na działanie.
Izz krążył w powietrzu, dopóki nie wznieśliśmy się ponad roztrzaskaną kopułę. Jin i Maz zniknęli nam z oczu, gdy udali się do gabinetu Sułtana. Widziałam jedynie zarys stołu, przy którym niegdyś siedziałam z Sułtanem i jadłam kaczkę, którą zabiłam w jego ogrodzie, podczas gdy on mieszał mi w głowie, próbując skłonić mnie do zwątpienia w Ahmeda.
Teraz leżały na nim odłamki szkła.
Ignorując przeszywający ból w boku, odepchnęłam się od grzbietu Izza, żeby widzieć piasek. Z trudem utrzymywałam równowagę, wiatr łopotał moimi włosami, które smagały mnie po twarzy, i szarpał moje ubrania. Przyciągnęłam do nas piasek, by móc lepiej nim sterować. Podniosłam ręce, jakbym chciała zakończyć burzę, ale zamiast pozwolić piaskowi opaść na ulice Izmanu, utworzyłam trąbę powietrzną i przyciągnęłam ją w naszą stronę.
Piasek przeleciał obok mnie, ledwie mijając skrzydło Izza, jego siła poderwała nas w górę. Nie straciłam koncentracji, gdy Izz machał skrzydłami, desperacko próbując odzyskać kontrolę. Zrzuciłam wszystkie ziarna piasku, które zdołałam zebrać na ulicach Izmanu, przez rozbitą szklaną kopułę w ściśle kontrolowanej kaskadzie, cały czas walcząc z bólem. Skierowałam piasek na korytarz prowadzący do komnat Sułtana, zasypując go, blokując dojście, tak jakbym korkowała butelkę, odcinając żołnierzom dostęp do Jina.
Mogłam teraz odpocząć. Ból trochę zelżał, silne kłucie zmieniło się w tępy ucisk. Położyłam się na grzbiecie Izza i przyglądałam swojej robocie. To nie potrwa zbyt długo. To tylko piasek, w końcu się przez niego przekopią. Ale Jin powinien mieć dość czasu na znalezienie tego, czego potrzebowaliśmy. Jeśli to w ogóle się tam znajdowało.
Izz kilka razy pomachał swoimi potężnymi skrzydłami i wzniósł się ponad zasięg kul. Pałac rozciągał się pod nami jak mały zabawkowy model. Żołnierze już biegli w stronę komnat Sułtana. Kobiety i mężczyźni zgromadzeni na placu padli na kolana, gdy tylko wizja Shiry zniknęła z ich umysłów. Dwunastu książąt nie kryło szoku, jeden stał z wyciągniętym mieczem, ale nie miał z kim walczyć. Inni uciekli przed burzą piaskową, na dźwięk pobliskiej eksplozji oraz widząc nad sobą gigantycznego Roka.
Po chwili zobaczyłam samotną postać w ogrodach haremu, która nie odrywała od nas wzroku. Moją uwagę zwróciło to, że stała bez ruchu. Chociaż była daleko, od razu ją poznałam, ze sposobu, w jaki wiązała włosy, oraz po kształcie ramion. Przypominała posąg, nieruchoma jak jej Abdalsy, zanim ruszyły do zabijania.
Leyla.
Nasza zdradziecka księżniczka.