Duchy przeszłości - Peter Temple

-
Proszę czekać

Cam za­wiózł mnie do biu­ra miesz­czą­ce­go się przy tej sa­mej uli­cy co warsz­tat Char­lie­go. Wi­szą­cy nad drzwia­mi szyld gło­sił: John Irish, ad­wo­kat i rad­ca praw­ny. To ostat­nie tro­chę na wy­rost. Nie li­cząc dziw­nych fuch u Har­ry'ego, za­ra­bia­łem głów­nie na ścią­ga­niu dłu­gów i wy­szu­ki­wa­niu świad­ków. Tak to bywa, gdy czło­wiek rzu­ca cie­płą po­sad­kę ad­wo­ka­ta od spraw kry­mi­nal­nych i za­czy­na wszyst­ko od nowa.

Biu­ro skła­da­ło się z du­że­go po­miesz­cze­nia, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na uli­cę, oraz nie­wiel­kie­go po­ko­iku i ła­zien­ki na za­ple­czu. Kie­dyś zaj­mo­wał je kra­wiec - po­zo­sta­wio­ny przez nie­go stół do kro­je­nia słu­żył mi za biur­ko. Fa­cet ze skle­pu na rogu mó­wił, że kra­wiec lu­bił sia­dać na tym sto­le, za­kła­dać nogę na nogę i zszy­wać ręcz­nie czę­ści ubrań. Usia­dłem, włą­czy­łem kom­pu­ter, wy­cią­gną­łem no­tes i za­czą­łem ob­ra­biać ze­zna­nie świad­ka z Syd­ney.

Kie­dy skoń­czy­łem, po­sze­dłem po ka­nap­kę z sa­ła­tą do po­bli­skie­go skle­pi­ku na rogu, po czym zja­dłem ją ze sma­kiem przy moim sto­le-biur­ku. Na­stęp­nie po­je­cha­łem do biu­ra An­drew Gre­era przy koń­cu Drum­mond Stre­et w Carl­ton - biu­ra, któ­re sam kie­dyś zaj­mo­wa­łem. Do sądu moż­na było stąd dojść na pie­cho­tę, dla­te­go ku­pi­li­śmy ten sta­ry bu­dy­nek i re­mon­to­wa­li­śmy go sami przez wie­le mie­się­cy.

Sa­mo­chód - sta­ry, po­obi­ja­ny saab - An­drew par­ko­wał przed wej­ściem.

Nig­dzie nie do­strze­głem se­kre­tar­ki. Sze­dłem so­bie spo­koj­nie ko­ry­ta­rzem, gdy An­drew nie­po­strze­że­nie po­ja­wił się na pro­gu.

- Nie­zły ga­jer - po­wie­dzia­łem, wska­zu­jąc na jego ciem­no­gra­na­to­wy gar­ni­tur.

Drew spoj­rzał w dół.

- Do­ra­dzi­ła mi go pani De Lil­lo. Od Buc­ka. Wart dzie­więć stów. - A tu­taj - wska­zał na kla­pę - jest plam­ka po rzy­gach. Ale nie wi­dać.

- Z tej od­le­gło­ści i w ciem­nym ko­ry­ta­rzu nie rzu­ca się w oczy - od­par­łem. - Zna­la­złem pa­nię Brier­ley.

- Bra­wo. Co po­wie­dzia­ła?

- W kry­tycz­nym mo­men­cie wi­dzia­ła go­ścia pięć me­trów od nie­bosz­czy­ka. Zna­ła go z wi­dze­nia. Ku­po­wał u niej rybę z fryt­ka­mi.

Pro­mien­ny uśmiech roz­ja­śnił po­cią­głą twarz Drew.

- Bóg oka­zu­je mi­ło­sier­dzie na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym grzesz­ni­kom. Wy­pij­my za to.

- Jest do­pie­ro trze­cia, An­drew.

- Drink przed obia­dem za­ostrza ape­tyt. A poza tym, praw­ni­cy ja­da­ją wcze­śnie.

- Jej ko­chaś obił mnie ki­jem do bejs­bo­la.

- Co? Ale chy­ba nic ci nie zła­mał?

Po­trzą­sną­łem gło­wą.

- Nie.

- To do­brze, bo za cier­pie­nie nie do­pła­cę eks­tra. Na­pij­my się, to ci ulży. Klient sta­wia. Ob­ło­wił się dzię­ki ubez­pie­cze­niu.

Po­sze­dłem za nim w głąb ko­ry­ta­rza do kuch­ni miesz­czą­cej się na ty­łach bu­dyn­ku. Usie­dli­śmy przy kry­tym ce­ra­tą sto­le. An­drew otwo­rzył dwie bu­tel­ki piwa. Po­cią­gną­łem łyk, od­sta­wi­łem bu­tel­kę i wci­sną­łem ręce do kie­sze­ni. Na­wró­ce­ni opo­je wie­dzą, od cze­go się za­czy­na.

- Co z He­len?

An­drew wy­pił jed­ną trze­cią piwa, spoj­rzał na bu­tel­kę pod świa­tło i za­re­cho­tał iro­nicz­nie.

- Zwia­ła. Zwia­ła do El­tham z ja­kimś ma­la­rzy­ną. Zo­sta­wi­ła mi dzie­ci.

- A dom?

- Nie do­sta­nie domu. Chy­ba że po moim tru­pie.

- Py­tam, czy ma­larz zdą­żył go po­ma­lo­wać.

- A skąd. Miał w gło­wie tyl­ko mi­łość. Poza tym to ar­ty­sta. Tyle że nikt o nim nie sły­szał. Na­zy­wa się Bru­ce Seal. Znasz?

- Przy­kro mi to mó­wić, ale owszem.

- Trze­ba było ugryźć się w ję­zyk i po­wie­dzieć, że w ży­ciu o skur­wie­lu nie sły­sza­łeś. - An­drew po­cią­gnął ko­lej­ny łyk piwa i otarł wąsy. - Co o nim wiesz?

- Ko­leś jest z El­tham. Ma wiel­ki ta­lent. Zna pięć ję­zy­ków. Gra na for­te­pia­nie i w gol­fa. Upra­wia ka­ra­te, ma czter­na­sty dan. I pra­wie dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­tro­we­go wac­ka. Dla­cze­go py­tasz?

- Mniej­sza z tym. I tak nie do­cze­kam się od cie­bie współ­czu­cia. - Do­pił piwo i się­gnął po ko­lej­ne.

- A jak Lor­na?

Zer­k­nął na mnie po­dejrz­li­wie. Lor­na była pro­ku­ra­to­rem. Ro­man­so­wa­li ze sobą od lat.

- W po­rząd­ku. Nie ma z tym nic wspól­ne­go. He­len o niej nie wie­dzia­ła.

- Co my­ślą o tym dzie­ci?

Drew uniósł zło­żo­ne dło­nie na wy­so­kość twa­rzy.

- Nie mam po­ję­cia, co my­śli Mi­cha­el, bo zwie­rza się wy­łącz­nie pię­ciu mi­lio­nom użyt­kow­ni­ków In­ter­ne­tu. A Vic­ky się cie­szy, bo była w kla­sie je­dy­ną dziew­czy­ną, któ­rej ro­dzi­ce ze sobą miesz­ka­li.

Po­cią­gną­łem ły­czek piwa.

- Co po­wie­dzia­ła He­len?

Drew zer­k­nął na su­fit.

- Po­wie­dzia­ła, że za­ko­cha­ła się w cu­dow­nym męż­czyź­nie i że to by się nig­dy nie sta­ło, gdy­bym w cią­gu ostat­nich dwu­dzie­stu lat zna­lazł dla niej choć tro­chę cza­su. Jak­bym lu­bił ura­biać so­bie ręce po łok­cie.

- Pew­nie tak wła­śnie my­śla­ła. Jak zresz­tą wszy­scy.

- Nie bądź ku­ta­sem. Po­trze­bu­ję po­cie­chy.

- Jak wi­dać, He­len też jej po­trze­bo­wa­ła. I zna­la­zła, choć za­ło­żę się, że nie na dłu­go. Mó­wią, że Bru­ce jest ra­czej łow­cą niż zbie­ra­czem.

- Wiesz to od swo­ich kum­pli ar­ty­stów?

- To­bie też przy­da­ło­by się bar­dziej zróż­ni­co­wa­ne to­wa­rzy­stwo - mruk­ną­łem. - Na świe­cie są nie tyl­ko praw­ni­cy, gli­nia­rze i prze­stęp­cy. A przy oka­zji, co zro­bi­łeś z mo­imi sta­ry­mi ak­ta­mi? - Po­cią­gną­łem ostat­ni łyk, wsta­łem i wy­la­łem resz­tę piwa do zle­wu.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej zna­la­złem w kar­to­te­ce akta Da­nie­la Pa­tric­ka McKil­lo­pa. Dwu­dzie­ste­go dru­gie­go li­sto­pa­da 1984 roku sta­nął przed są­dem pod za­rzu­tem spo­wo­do­wa­nia wy­pad­ku ze skut­kiem śmier­tel­nym. Zo­stał uzna­ny win­nym. Ofia­ra mia­ła dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Na­zy­wa­ła się Anne El­speth Jep­pe­son. Po­trą­cił ją przy Ar­den­ne Stre­et w Rich­mond, osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku o dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści. Zgi­nę­ła na miej­scu. Świad­ko­wie wi­dzie­li McKil­lo­pa za kół­kiem w kil­ka mi­nut po wy­pad­ku. Zna­le­zio­no go go­dzi­nę póź­niej, śpią­ce­go z gło­wą na kie­row­ni­cy. We krwi miał 0,1 pro­mi­la al­ko­ho­lu. Krew i włók­na na sa­mo­cho­dzie pa­so­wa­ły do pró­bek po­bra­nych z cia­ła Anne.

W tecz­ce zna­la­złem też wy­ci­nek z ga­ze­ty da­to­wa­nej na dwu­dzie­ste­go trze­cie­go li­sto­pa­da 1984 roku. Na­głó­wek gło­sił: Świa­dek po­twier­dza, że Jep­pe­son zgi­nę­ła pod ko­ła­mi auta. Ni­żej moż­na było prze­czy­tać:

Świa­dek we­zwa­ny wczo­raj przed ob­li­cze sądu ze­znał, że trzy prze­czni­ce od miej­sca wy­pad­ku wi­dział pę­dzą­cy z za­wrot­ną szyb­ko­ścią sa­mo­chód, któ­ry kil­ka mi­nut wcze­śniej po­trą­cił śmier­tel­nie Anne Jep­pe­son, dzia­łacz­kę spo­łecz­ną i pra­cow­ni­cę de­par­ta­men­tu bu­dow­nic­twa ko­mu­nal­ne­go. Kie­row­ca, Da­niel Pa­trick McKil­lop, miał we krwi 0,1 pro­mi­la al­ko­ho­lu, co po­twier­dzi­ło ba­da­nie wy­ko­na­ne dwie go­dzi­ny po wy­pad­ku.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni Da­niel McKil­lop, za­miesz­ka­ły w Rich­mond, przy uli­cy Zins­ser Stre­et zo­stał uzna­ny za win­ne­go spo­wo­do­wa­nia wy­pad­ku ze skut­kiem śmier­tel­nym.

Ofia­ra, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia Anne El­speth Jep­pe­son, za­miesz­ka­ła w Rich­mond, przy Ar­den­ne Stre­et, zgi­nę­ła na miej­scu, po­trą­co­na przed swo­im do­mem osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku.

Osiem­na­ste­go czerw­ca 1984 roku o go­dzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej czter­dzie­ści świa­dek, Ro­land Bi­shop, je­chał wzdłuż Fre­eman Stre­et w Rich­mond, gdy zo­ba­czył nad­jeż­dża­ją­cy zyg­za­kiem z na­prze­ciw­ka żół­ty sa­mo­chód.

Oto jego ze­zna­nie: "Omal nie sta­ra­no­wał sa­mo­cho­dów sto­ją­cych na po­bo­czu jezd­ni wzdłuż pasa, któ­rym je­cha­łem, po czym tuż przede mną skrę­cił na­gle na dru­gi pas, znów cu­dem uni­ka­jąc zde­rze­nia ze sto­ją­cy­mi na po­bo­czu au­ta­mi. Kie­row­ca za­ha­mo­wał z ca­łej siły. Wy­glą­da­ło, jak­by stra­cił pa­no­wa­nie nad sa­mo­cho­dem".

Pan Bi­shop wy­raź­nie wi­dział twarz kie­row­cy. Za­pa­mię­tał rów­nież część re­je­stra­cji. Na­tych­miast po po­wro­cie do domu za­wia­do­mił o zaj­ściu po­li­cję.

Star­szy po­ste­run­ko­wy Ivor Wil­kins zna­lazł pana McKil­lo­pa w ga­ra­żu jego domu, śpią­ce­go za kie­row­ni­cą żół­te­go for­da fal­co­na. Auto sta­no­wi­ło wła­sność oskar­żo­ne­go. Pan Bi­shop zi­den­ty­fi­ko­wał go jako kie­row­cę po­jaz­du, któ­ry wi­dział przy Fre­eman Stre­et.

Star­szy po­ste­run­ko­wy Lau­ro Mar­ti­nes z wy­dzia­łu ru­chu dro­go­we­go prze­pro­wa­dził u oskar­żo­ne­go ba­da­nie na za­war­tość al­ko­ho­lu we krwi. W dwie go­dzi­ny po wy­pad­ku wy­no­si­ła ona 0,1 pro­mi­la.

Dok­tor Al­bert Hone z po­li­cyj­ne­go la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go do­ko­nał po­rów­na­nia krwi, tka­nek i włó­kien zna­le­zio­nych na zde­rza­ku auta pana McKil­lo­pa z prób­ka­mi po­bra­ny­mi z cia­ła i ubrań pan­ny Jep­pe­son. Wy­nik ba­da­nia był po­zy­tyw­ny.

Wy­rok w spra­wie pana McKil­lo­pa zo­sta­nie ogło­szo­ny czwar­te­go grud­nia.

Tecz­ka za­wie­ra­ła rów­nież dru­gi wy­ci­nek, da­to­wa­ny na pią­te­go grud­nia 1984 roku. Du­ży­mi li­te­ra­mi gło­sił on: Wy­rok w spra­wie Jep­pe­son: kie­row­ca ska­za­ny na 10 lat.

Z tek­stu wy­ni­ka­ło, że Da­niel McKil­lop od­po­wia­dał już wcze­śniej za jaz­dę pod wpły­wem al­ko­ho­lu i na krót­ko przed wy­pad­kiem od­zy­skał ode­bra­ne mu pra­wo jaz­dy. Wie­czo­rem pił w dwóch ho­te­lo­wych ba­rach i nie pa­mię­tał chwi­li wy­pad­ku. Sę­dzia po­wie­dział spo­ro ostrych słów na te­mat pi­ja­nych kie­row­ców, wy­ra­ził ubo­le­wa­nie z po­wo­du śmier­ci mło­dej ko­bie­ty, któ­ra mia­ła przed sobą całe ży­cie, i po­chwa­lił oby­wa­tel­ską po­sta­wę świad­ka Ro­lan­da Bi­sho­pa. McKil­lop zo­stał ska­za­ny na dzie­sięć lat wię­zie­nia, mimo że jego obroń­ca do­wo­dził, iż jest w tej spra­wie ofia­rą na rów­ni z Anne Jep­pe­son: "Bied­ny chło­pak uwi­kła­ny w roz­licz­ne uza­leż­nie­nia".

Przej­rza­łem hi­sto­rię wąt­pli­wych do­ko­nań Dan­ny'ego. Ich opis zaj­mo­wał mniej wię­cej pół stro­ny, a do­ty­czył głów­nie prze­wi­nień, któ­re McKil­lop po­peł­nił jako nie­let­ni. Dwa razy aresz­to­wa­no go za jaz­dę po pi­ja­ne­mu. Za dru­gim ra­zem ode­bra­no mu pra­wo jaz­dy na dwa lata. Od­zy­skał je na krót­ko przed wy­pad­kiem. Dziw­ne, ale nig­dy nie tra­fił do pu­dła. Sę­dzia wy­na­gro­dził mu to z na­wiąz­ką, wsa­dza­jąc go na dzie­sięć lat, z za­strze­że­niem że o zwol­nie­nie wa­run­ko­we może się ubie­gać do­pie­ro po ośmiu.

Czy­ta­łem te in­for­ma­cje tak, jak­bym ro­bił to po raz pierw­szy. Spoj­rza­łem na datę: li­sto­pad 1984 roku. Po­czą­tek stre­fy za­po­mnie­nia, w któ­rej więk­szość cza­su spę­dzi­łem za­la­ny lub moc­no wsta­wio­ny po śmier­ci żony.

Przej­rza­łem po­zo­sta­łe akta z roku 1984 i po­cząt­ku 1985. Po McKil­lo­pie wzią­łem jesz­cze pięć, sześć spraw. Nie pa­mię­ta­łem żad­nej z nich.

Wró­ci­łem do ga­bi­ne­tu Drew. Czy­tał coś, roz­par­ty za biur­kiem.

- Czy kie­dy za­ła­ma­łem się po śmier­ci Isa­bel, trzy­ma­łeś mnie z dala od sali są­do­wej? - spy­ta­łem.

Zdjął oku­la­ry i prze­tarł oczy.

- Moż­na tak po­wie­dzieć. Pod­pro­wa­dzi­łem ci wszyst­kie spra­wy zwią­za­ne z re­pre­zen­to­wa­niem klien­tów od dnia jej śmier­ci po dzień, w któ­rym od­sze­dłeś. Nie wąt­pi­łem w two­je umie­jęt­no­ści. Ba­łem się jed­nak, że zro­bisz so­bie krzyw­dę.

- I za­szko­dzę fir­mie. - Po­czu­łem, że ogar­nia mnie cie­pła fala wdzięcz­no­ści wo­bec tego wiel­kie­go, po­krę­co­ne­go i zda­wa­ło­by się, wy­zu­te­go z uczuć fa­ce­ta.

Znów wło­żył oku­la­ry i się­gnął po piwo.

- Tym się nie mar­twi­łem. I tak da­li­by­śmy radę.

- McKil­lop mnie szu­ka. Pa­mię­tasz go? - spy­ta­łem, po­da­jąc Drew wy­cią­gnię­te z pu­dła akta.

Przez chwi­lę prze­glą­dał je w mil­cze­niu.

- Nie. Jego nie. Pa­mię­tam za to tę bab­kę. Czę­sto wpa­da­ła na drin­ka do baru w Stan­dar­dzie. - Od­dał mi tecz­kę. - Dan­ny do­stał to, na co za­słu­żył. Szu­ka cię, bo pew­nie znów wpa­ko­wał się w ja­kieś gów­no.

Wy­cho­dzi­łem już, kie­dy na­gle oznaj­mił:

- Chy­ba zaj­mę się Lor­ną na po­waż­nie.

- Naj­pierw sprawdź w słow­ni­ku, co zna­czy sło­wo "urlop". - Po­ło­ży­łem mu rękę na ra­mie­niu. - Mam pro­po­zy­cję. Jedź ze mną w so­bo­tę na mecz.

Skrzy­wił się prze­raź­li­wie.

- Daw­no tego nie ro­bi­li­śmy.

- To praw­da - przy­tak­ną­łem. - Na­zwi­ska za­wod­ni­ków nadal brzmią zna­jo­mo. Choć to już sy­no­wie tych, któ­rym ki­bi­co­wa­li­śmy.

- Mam to gdzieś. Ale zgo­da. Po­tem pój­dzie­my na ste­ki. Do Vla­da. - Uśmiech­nął się. - Albo do jego syna.

* * *

Nie­dzie­lę spę­dzi­łem na słod­kim nie­rób­stwie. Wa­łę­sa­łem się po domu i co ja­kiś czas bez prze­ko­na­nia uża­la­łem się nad sobą. Przez go­dzi­nę pi­sa­łem list do cór­ki miesz­ka­ją­cej w Qu­een­sland. Cla­ire była ku­cha­rzem na ku­trze pły­wa­ją­cym w oko­li­cach Port Do­uglas. Wy­obra­ża­łem ją so­bie jako smu­kłą pięk­ność o kru­chych nad­garst­kach sze­ro­ko­ści mę­skich knyk­ci, oto­czo­ną blon­d­wło­sy­mi, ogo­rza­ły­mi ol­brzy­ma­mi, z ocza­mi zim­ny­mi jak u re­ki­na. Przy­po­mnia­łem so­bie, jak po raz pierw­szy spo­tka­łem jej mat­kę na pla­ży w Bells Be­ach. Wo­kół niej le­że­li na brzu­chach na­pa­ko­wa­ni te­sto­ste­ro­nem sur­fe­rzy, kry­ją­cy w pia­sku po­tęż­ne erek­cje.

Za­nim za­sia­dłem do pi­sa­nia, po raz ko­lej­ny prze­czy­ta­łem ostat­ni list od Cla­ire. Zbyt czę­sto wspo­mi­na­ła w nim o ka­pi­ta­nie ku­tra, Eri­cu. Dla­te­go też pod ko­niec wła­snej epi­sto­ły de­li­kat­nie nad­mie­ni­łem, że nad­mier­na bli­skość za­kłó­ca cza­sem trzeź­wość są­dów. Choć pew­nie nie mia­łem po­wo­dów do na­rze­kań - ten jej Eric za­ła­twił so­bie przy­najm­niej ja­kąś ro­bo­tę.

Po­tem po­sze­dłem do naj­bliż­szej skrzyn­ki wy­słać list. Po­nu­re nie­bo wi­sia­ło cięż­ko nad zie­mią, wiatr szar­pał na­gie drze­wa. W par­ku nie było ży­wej du­szy. Przy sto­le nie­opo­dal pla­cu za­baw sie­dzie­li tyl­ko męż­czy­zna z ja­kimś chłop­cem. Mały jadł coś z pian­ko­we­go pu­deł­ka, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w blat sto­łu. Męż­czy­zna pa­lił pa­pie­ro­sa. W pew­nej chwi­li pod­niósł dłoń i po­gła­dził dziec­ko po wło­sach.

Wró­ci­łem do domu. Czer­wo­ne świa­teł­ko au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki przy­cią­gnę­ło mój wzrok już od pro­gu. Wci­sną­łem gu­zik i cięż­ko opa­dłem na ka­na­pę.

Jack, mówi An­drew. Mam na­dzie­ję, że już wró­ci­łeś. Po­de­sła­łem ci klien­ta. Gość na­zy­wa się An­dro­po­lo­us. Parę razy przy­mknę­li mu ku­zy­na za wy­łu­dze­nie. Andy nie ma nic prze­ciw­ko. Go­tów­ka do ręki. - Pau­za. - A przy oka­zji: He­len zwi­nę­ła ża­gle. Za­dzwoń, gdy do­trzesz do domu. Trzy­maj się. Aha, moja se­kre­tar­ka mó­wi­ła, że szu­kał cię tu ja­kiś fa­cet, McKil­lop. Pew­nie były klient. Na ra­zie.

Głę­bo­ki głos au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki do­rzu­cił: czwar­tek, 23 lip­ca, go­dzi­na osiem­na­sta dwa­dzie­ścia. An­drew Gre­er, były wspól­nik z kan­ce­la­rii.

Jack, sta­ry, mówi Dan­ny McKil­lop. - Pau­za. - Dan­ny. Uciecz­ka z miej­sca wy­pad­ku w 1984. Wy­sze­dłem. Mó­wi­łeś, że jak­by co, mogę wa­lić do cie­bie jak w dym. Mam tro­chę kło­po­tów. Za­dzwoń, pro­szę. Mój nu­mer to: 9419 8432. Ode­zwij się. Naj­le­piej dzi­siaj. Trzy­maj się.

A ma­szy­na do­da­ła: czwar­tek, 23 lip­ca, go­dzi­na dzie­więt­na­sta czter­dzie­ści sie­dem.

Wy­łą­czy­łem se­kre­tar­kę. Dan­ny McKil­lop. Uciecz­ka z miej­sca wy­pad­ku. Nic mi to nie mó­wi­ło. Był moim klien­tem. I po­szedł sie­dzieć. Peł­no ta­kich krę­ci­ło się po mie­ście. Po­now­nie wci­sną­łem gu­zik se­kre­tar­ki.

Jack, mówi Lau­rie Ba­ra­nek. Go­ścia trze­ba tro­chę przy­ci­snąć z ugo­dą, ro­zu­miesz? Po­upie­raj­my się przy paru za­rzu­tach. Musi wie­dzieć, że je­śli się nie do­ga­da­my, wpad­nie po uszy w gów­no. Za­dzwoń do mnie, ale nie do pra­cy. Na ko­mór­kę.

Pią­tek, 24 lip­ca, czter­na­sta dwa­dzie­ścia osiem. Lau­rie Ba­ra­nek, han­del wa­rzy­wa­mi i spe­ku­la­cje na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści.

Jack, tu zno­wu Dan­ny. Dan­ny McKil­lop. Za­dzwoń ko­niecz­nie, o każ­dej po­rze. - Pau­za. - Mam po­waż­ne kło­po­ty. Spo­tkaj­my się w Brun­swick, na par­kin­gu przed ba­rem ho­te­lu Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru. To przy dro­dze do Syd­ney. Może być dziś o siód­mej? Nie wcią­gał­bym cię w to, ale se­rio, nie wiem już, co ro­bić. Na ra­zie.

Głos z se­kre­tar­ki do­rzu­cił, że wia­do­mość na­gra­no w so­bo­tę, dwu­dzie­ste­go pią­te­go lip­ca, o pięt­na­stej czter­dzie­ści sześć.

Wię­cej wia­do­mo­ści nie było, na­gra­ła się tyl­ko ci­sza i kil­ka po­my­łek. Dan­ny McKil­lop... Jego na­zwi­sko nadal z ni­czym mi się nie ko­ja­rzy­ło. Wy­krę­ci­łem jego nu­mer. Nikt nie ode­brał. Włą­czy­łem Mah­le­ra, zro­bi­łem so­bie gu­lasz, otwo­rzy­łem bu­tel­kę wina, za­dzwo­ni­łem do sio­stry, a po­tem de­lek­to­wa­łem się mu­zy­ką przez ja­kieś pół go­dzi­ny. Dzień do­biegł koń­ca.

W po­nie­dzia­łek Ca­me­ron Del­ray, przy­bocz­ny zna­jo­me­go dżo­ke­ja, ode­brał mnie z za­kła­du sto­lar­skie­go Tau­ba w Fit­zroy. Za­kład ten mie­ścił się przy Car­ri­gan's Lane, nie­chluj­nej, jed­no­kie­run­ko­wej ulicz­ce pro­wa­dzą­cej do Smith Stre­et w Col­lin­gwo­od. Pod­jeż­dża­jąc, Cam za­blo­ko­wał ją swo­im king­swo­odem. By­łem na za­ple­czu; pró­bo­wa­łem do­wieść swo­jej przy­dat­no­ści, szli­fu­jąc blat biur­ka. Wy­łą­czy­łem ko­la­nem szli­fier­kę i zdją­łem oku­la­ry ochron­ne.

Cam ski­nął mi gło­wą na po­wi­ta­nie, po czym po­szedł da­lej, do Char­lie­go Tau­ba, któ­ry z ze­gar­mi­strzow­ską pre­cy­zją mo­co­wał za­ci­ski na se­kre­ta­rzy­ku w sty­lu Je­rze­go III.

- Czo­łem, sze­fie - za­ga­ił. - Jak so­bie ra­dzi prak­ty­kant?

- Nie­źle - bąk­nął Char­lie, wyj­mu­jąc z ust dłu­gie cy­ga­ro i pa­trząc na nie z na­my­słem. - Za pięć, sześć lat na­uczy się spa­so­wy­wać me­ble. Wte­dy sprze­dam mu in­te­res i przej­dę na eme­ry­tu­rę.

Zdją­łem swój skó­rza­ny far­tuch i pod­sze­dłem bli­żej w stro­nę Char­lie­go.

- W wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat? - spy­ta­łem. - To zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie. Wte­dy do­pie­ro świat sta­nie przed tobą otwo­rem.

- Obej­dziesz się bez nie­go przez ja­kiś czas? - Cam nadal roz­ma­wiał wy­łącz­nie z Char­liem.

- Spró­bu­ję. Pięć­dzie­siąt lat pra­co­wa­łem sam, więc i te­raz dam radę. - Taub rzu­cił mi tak­su­ją­ce spoj­rze­nie spod si­wych, krza­cza­stych brwi. - Nadal nie mogę so­bie da­ro­wać, że po­zna­łem cię z Har­rym Stran­giem.

- Nie za­drę­czaj się tym. Znam go­ści trzy ty­sią­ce razy gor­szych od Stran­ga - od­par­łem.

- Wy­ści­gi zruj­nu­ją każ­de­go.

- Chęt­nie dał­bym się tak zruj­no­wać jak on - za­śmia­łem się kpią­co. - Ale boję się, że Strang umrze, nim tego do­ko­na.

- Ma mnó­stwo kasy. - Char­lie za­pa­lił cy­ga­ro, za­cią­gnął się i gło­śno za­kasz­lał, roz­pra­sza­jąc dym dło­nią wiel­ką jak ra­kie­ta te­ni­so­wa. - In­a­czej daw­no już po­szedł­by z tor­ba­mi.

W king­swo­odzie Cama uno­sił się lek­ki aro­mat per­fum. Ra­dio było włą­czo­ne. Ktoś pew­nym gło­sem mó­wił:

Pani pre­mier, Mar­cia Saun­ders, pod­trzy­ma­ła dziś de­cy­zję o prze­ka­za­niu sze­ściu­set mi­lio­nów do­la­rów na in­we­sty­cje w za­to­ce Yar­ra.

Przy­ję­cie pro­gra­mu zmie­rza­ją­ce­go do prze­bu­do­wy du­żej czę­ści za­chod­nie­go nad­brze­ża za­to­ki było jed­nym z pierw­szych po­su­nięć no­we­go ga­bi­ne­tu.

We­dług pani Saun­ders za­rów­no ona, jak i inni przed­sta­wi­cie­le jej par­tii jako opo­zy­cjo­ni­ści przez wie­le lat ape­lo­wa­li o wspar­cie dla pro­jek­tów roz­bu­do­wy znacz­nej czę­ści Mel­bo­ur­ne.

Chwi­lę póź­niej w gło­śni­kach za­brzmiał szorst­ki, nie­co pod­nie­sio­ny głos pani pre­mier - głos ko­goś, komu prze­ry­wa się wy­łącz­nie na wła­sne ry­zy­ko.

Po­przed­ni rząd tak bar­dzo nie­na­wi­dził lu­dzi, któ­rzy osią­ga­ją zy­ski i two­rzą nowe miej­sca pra­cy, że do­pro­wa­dził do sta­gna­cji sta­nu.

Ale miesz­kań­cy Vic­to­rii dość już mają ma­ni­pu­la­cji. Obec­ny ga­bi­net pró­bu­je na nowo oży­wić tu­tej­szą go­spo­dar­kę. Szcze­rze po­pie­ra­my plan roz­bu­do­wy na­brze­ża, po­dob­nie jak nasi wy­bor­cy, któ­rzy po­wo­ła­li nas do rzą­dze­nia.

Przy­wód­ca opo­zy­cji Da­vid Kerr utrzy­mu­je jed­nak - wtrą­cił się dzien­ni­karz - że pro­jekt in­we­sty­cji w za­to­ce Yar­ra nie ma żad­nych za­let.

Na do­wód z gło­śni­ków za­brzmiał zgrzy­tli­wy głos Ker­ra:

Rząd naj­chęt­niej od­dał­by cały stan w ręce swo­ich ko­le­si bu­dow­lań­ców. Za­to­ka Yar­ra to za­le­d­wie po­czą­tek.

- Gdzie, u dia­bła, leży ta za­to­ka Yar­ra? - burk­nął Cam.

- Nie wiem, ale na­zwa brzmi eg­zo­tycz­nie - od­par­łem. - Przy­wo­dzi na myśl dziew­czy­ny bez sta­ni­ków tań­czą­ce w spód­nicz­kach z tra­wy.

- Za­czy­na­ją bez sta­ni­ków, a koń­czą bez cyc­ków.

By­li­śmy na John­son Stre­et. Za­mkną­łem oczy, gdy Cam wśli­zgnął się mię­dzy dwa sa­mo­cho­dy, o gru­bość la­kie­ru mi­ja­jąc przód dru­gie­go z nich, by szyb­ciej skrę­cić w King­swo­od. Na szczę­ście się zmie­ścił. Wy­łą­czył wy­wiad z pa­nią pre­mier, na­sta­wia­jąc ra­dio na sta­cję mu­zycz­ną. Po raz pią­ty od śnia­da­nia usły­sza­łem The Way We Were. Cam krzyk­nął, po­iry­to­wa­ny, i znów zmie­nił sta­cję. Tym ra­zem ja­kiś fa­cet glę­dził o trans­por­cie pu­blicz­nym.

Har­ry Strang miesz­kał w Par­kvil­le, w ol­brzy­mim wik­to­riań­skim domu cał­ko­wi­cie ukry­tym za ce­gla­nym mu­rem. Cam wy­chy­lił się z okna, po­wie­dział coś do do­mo­fo­nu i chwi­lę póź­niej bra­ma roz­su­nę­ła się bez­sze­lest­nie przed ma­ską na­sze­go auta. Ru­szy­li­śmy wy­sy­pa­ną żwi­rem alej­ką przez roz­le­gły ogród, któ­rym opie­ko­wa­ło się dwóch ogrod­ni­ków.

Dom stał pięć­dzie­siąt me­trów od bra­my. Do środ­ka wpu­ści­ła nas Lyn Strang, żona Har­ry'ego. Prze­kro­czy­ła już naj­wy­raź­niej czter­dziest­kę. Przy­po­mi­na­ła pie­lę­gniar­kę ze szpi­ta­la w bu­szu. Mia­ła krót­kie wło­sy, za­dar­ty nos, sze­ro­kie sto­py. Ob­raz do­peł­nia­ły duże usta, wiel­kie ręce i umię­śnio­ne łydy. Wcze­śniej była żoną ma­ło­mia­stecz­ko­we­go tre­ne­ra o na­zwi­sku Ron­nie Brau­del. Ron­nie­mu do­pi­sa­ło szczę­ście, bo zna­lazł ko­nia o imie­niu Fie­ry Con­ti­nent, mi­zer­ną szka­pi­nę, któ­ra mia­ła w so­bie tyle szla­chet­nej krwi, co pusz­ka psie­go żar­cia mię­sa. Oka­za­ło się jed­nak, że tra­fił w dzie­siąt­kę, bo koń prze­rósł swo­ich ro­dzi­ców - ta­lent, jaki rzad­ko się tra­fia.

Ron­nie Brau­del miał wy­star­cza­ją­co dużo ole­ju w gło­wie, by trzy­mać dziób na kłód­kę i po­szu­kać ko­goś do po­mo­cy. Jego oj­ciec znał Har­ry'ego Stran­ga, a Har­ry do­sko­na­le wie­dział, co ro­bić z wierz­chow­cem, ta­kim jak Fie­ry Con­ti­nent.

Wspól­nie pra­co­wa­li nie­mal rok, po­tem za­czę­ły się dla Ron­nie­go zło­te dni. Prze­niósł biz­nes do Qu­een­sland, za­bie­ra­jąc ze sobą nową przy­ja­ciół­kę, osiem­na­sto­let­nią Val­mę, wy­so­ko wy­kwa­li­fi­ko­wa­ną ma­ni­cu­rzyst­kę z Wan­ga­rat­ta. Har­ry na­to­miast za­in­te­re­so­wał się po­rzu­co­ną mał­żon­ką wspól­ni­ka, i tak Lyn Brau­del zo­sta­ła czwar­tą pa­nią Strang. Była trzy­dzie­ści lat młod­sza od nie­go i prze­wyż­sza­ła go o gło­wę, ale coś mię­dzy nimi iskrzy­ło.

Har­ry cze­kał na nas w bi­blio­te­ce - po­miesz­cze­niu ide­al­nie pa­su­ją­cym do kla­sycz­nych opi­sów bi­blio­tek w re­zy­den­cjach. Na wprost okna cią­gnę­ły się ma­ho­nio­we re­ga­ły peł­ne ksią­żek, wy­so­kie na ja­kieś pięć i sze­ro­kie na dzie­sięć me­trów. Do­stęp do gór­nych pół­ek gwa­ran­to­wa­ły ma­syw­ne dra­bi­ny wy­ko­na­ne z teku i mo­sią­dzu, po­ru­sza­ją­ce się po szy­nach. Wśród ksią­żek zna­la­zło się chy­ba wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­no o ko­niach i wy­ści­gach kon­nych. Po­zo­sta­łe ścia­ny ob­wie­szo­no ry­sun­ka­mi i ob­ra­za­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi słyn­ne go­ni­twy i czem­pio­nów. Po­mię­dzy du­ży­mi okna­mi wi­sia­ły w orze­cho­wych ra­mach zdję­cia Har­ry'ego z cza­sów, gdy wy­gry­wał wy­ści­gi w An­glii i we Fran­cji, czy­li z prze­ło­mu lat czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Do­wo­dzi­ły, że trium­fo­wał w der­by An­glii i Ir­lan­dii, go­ni­twach kró­la Edwar­da VII i kró­lo­wej Alek­san­dry. Zdo­był też Prix de l'Arc Triom­phe, Grand Prix de De­au­vil­le, Prix de Dia­ne i Grand Prix de Sa­int Clo­ud.

Nadal mógł­by star­to­wać w tej sa­mej ka­te­go­rii wa­go­wej co wów­czas. Był dość wy­so­ki jak na dżo­ke­ja, a wy­da­wał się jesz­cze wyż­szy dzię­ki wy­pro­sto­wa­nej po­sta­wie i wiecz­nie unie­sio­ne­mu pod­bród­ko­wi. Wciąż miał gę­ste, ciem­ne wło­sy, tyl­ko gdzie­nieg­dzie po­prze­ty­ka­ne srebr­ny­mi nit­ka­mi, i nie­mal ide­al­nie gład­ką twarz. Dziś wło­żył twe­edo­wy gar­ni­tur, kre­mo­wą ko­szu­lę i ciem­no­zie­lo­ny je­dwab­ny kra­wat, a do tego rdza­we pół­bu­ty. Nie mo­głem ode­rwać od nich wzro­ku. Po­nie­waż w skle­pach nie ma ręcz­nie ro­bio­nych pół­bu­tów dla dzie­się­cio­lat­ków, zro­bił je na za­mó­wie­nie Lobb's z Lon­dy­nu - kosz­to­wa­ły czte­ry stó­wy każ­dy.

- Jack, Cam... Usiądź­cie - za­pro­sił dwor­nie Har­ry. Lu­bił roz­da­wać kar­ty.

Sko­rzy­sta­li­śmy z za­pro­sze­nia, sia­da­jąc w skó­rza­nych fo­te­lach. Har­ry za­jął miej­sce za biur­kiem, kla­sycz­nym me­blem w sty­lu Eu­ge­ne'a Ha­rvil­la, po­cho­dzą­cym z warsz­ta­tu Char­lie­go Tau­ba. Wła­ści­wie wszyst­kie me­ble w tym po­ko­ju wy­ko­nał albo od­no­wił Char­lie.

Har­ry po­ło­żył ręce pła­sko na biur­ku. Wy­glą­da­ły na dło­nie ko­goś o po­ło­wę od nie­go młod­sze­go i przy­najm­niej dwa razy więk­sze­go: kwa­dra­to­we, opa­lo­ne, moc­ne. Wi­dać było, że jest z nich dum­ny.

- Nadal do­skwie­ra ci ra­mię, Jack? - spy­tał.

- Tyl­ko gdy je nad­we­rę­żę - od­par­łem, nie­świa­do­mie do­ty­ka­jąc kon­tu­zjo­wa­nej ręki.

- Na­cie­raj je trzy razy dzien­nie. - Har­ry po­ki­wał mą­drze gło­wą. - A te­raz do rze­czy. Ko­leś, z któ­rym od lat krę­cę in­te­re­sy, ma dla nas coś eks­tra. - Lata spę­dzo­ne w Eu­ro­pie nie wy­mio­tły nie­ste­ty z ję­zy­ka Har­ry'ego ma­ło­mia­stecz­ko­wych zwro­tów i in­to­na­cji.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. We­szła sta­ra pani Al­drid­ge, któ­ra pro­wa­dzi­ła Har­ry'emu dom od po­nad trzy­dzie­stu lat, a za nią Lyn Strang z tacą peł­ną fi­li­ża­nek i srebr­nym dzban­kiem do kawy. Przy sto­le ko­men­dę ob­ję­ła pani Al­drid­ge, fuk­nię­ciem wy­pra­sza­jąc Lyn z po­ko­ju. Każ­de­mu z nas wrę­czy­ła po fi­li­żan­ce czar­nej, dia­bel­nie moc­nej kawy oraz po jed­nym cze­ko­la­do­wym bisz­kop­cie, po czym wy­szła ener­gicz­nie z bi­blio­te­ki.

- Ko­leś na­zy­wa się Tie. Rex Tie - pod­jął Har­ry. - Ho­du­je w bu­szu kro­wy.

- Rex Czas Na­gli? - mruk­nął Cam.

- Zga­dza się.

- Nadal się z nim ba­wisz?

- Było, mi­nę­ło. Chcę spraw­dzić, czy Rex nadal zna się na rze­czy. W przy­szłym ty­go­dniu po­je­dzie­my do nie­go na wieś. Pa­su­je ci, Jack?

Ski­ną­łem gło­wą.

- To do­brze. - Har­ry uśmiech­nął się sze­ro­ko. - Wo­bec tego za­pra­szam na film.

Po­szli­śmy wszy­scy do wy­ło­żo­ne­go drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi kina Har­ry'ego i za­pa­dli­śmy w ob­szer­ne fo­te­le. Cam wsu­nął do od­twa­rza­cza ka­se­tę, któ­rą mu da­łem, wci­snął parę przy­ci­sków na pi­lo­cie i na roz­wi­ja­nym ekra­nie po­ja­wi­ło się mo­kre od desz­czu Pa­kenhm. Był tam też Har­ry. Stał z tyłu, tuż przy ba­rier­ce. Wy­glą­dał jak zwy­kle. Miał zie­lo­ny fil­co­wy ka­pe­lusz, pro­sty płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy i lor­net­kę. Pod­sta­wo­wa za­sa­da brzmia­ła: na wy­ści­gach nie zbli­żać się do Har­ry'ego ani nie roz­ma­wiać z Ca­mem. Moje za­da­nie było pro­ste. Mia­łem sfil­mo­wać go­ni­twę w New Ni­ne­vah war­tą dwa­dzie­ścia pa­ty­ków małą ka­me­rą. Za­pła­co­no mi za to i kil­ka po­rad praw­nych.

- Puść start w zwol­nio­nym tem­pie, Cam - za­ko­men­de­ro­wał Har­ry.

Oglą­da­li­śmy w mil­cze­niu.

- Jesz­cze raz.

Go­ni­twę trwa­ją­cą mi­nu­tę, dwa­dzie­ścia czte­ry se­kun­dy i dwa­dzie­ścia set­nych oglą­da­li­śmy po­nad dzie­sięć mi­nut. Kie­dy Cam za­pa­lił wresz­cie świa­tło, Har­ry spoj­rzał na mnie i spy­tał:

- Uda­ło się, czy nie?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- Jak dla mnie, to pró­bo­wał. Tym ra­zem nie opóź­nił star­tu.

- Fakt. Przy­najm­niej pod­jął wal­kę. Cam?

- Dla mnie spra­wa jest pro­sta. - Cam na­kle­ił na ka­se­tę kart­kę z opi­sem. - Nie lubi mok­nąć.

- Chy­ba że znów źle tra­fi­li­śmy - burk­nął Har­ry, pod­no­sząc się cięż­ko z fo­te­la. We­pchnął ręce do kie­sze­ni, sta­nął przy oknie i wyj­rzał na ze­wnątrz. - Mam wąt­pli­wo­ści - wes­tchnął. - To wszyst­ko na dziś. Spo­tka­my się w śro­dę w Bal­lard. Znów zmro­zi nam tył­ki. Wpad­nij­cie koło dzie­wią­tej na śnia­da­nie, zgo­da? Jack, Cam cię od­wie­zie. Ma do za­ła­twie­nia kil­ka spraw. Po­tem musi też oczy­ścić ryn­ny i po­przy­ci­nać róże.

- A na ko­niec wło­żę wa­to­wa­ny gar­ni­tur i po­ka­żę psom, jak się szczu­je ban­dzio­rów - do­rzu­cił Cam.

- Ra­cja. Za­po­mnia­łem o nich. Wy­szły tro­chę z wpra­wy.

* * *

Zna­la­złem Edwar­da Dol­le­ry'ego, lat czter­dzie­ści sie­dem, księ­go­we­go z za­ka­zem wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du, roz­rzut­ni­ka i nie­go­dziw­ca, w domu wy­na­ję­tym na na­zwi­sko Ca­rol Pick. Był to je­den z tych no­wych, po­kry­tych klin­kie­rem bu­dyn­ków, wy­bu­do­wa­nych na pa­stwi­sku po wschod­niej stro­nie mia­sta. Bu­dyn­ków dziw­nie ci­chych, ma­ją­cych nie wię­cej niż dwa­na­ście lat, ku­pio­nych z wy­sił­kiem na kre­dyt.

Twarz Ed­die­go nie wy­glą­da­ła do­brze. Kil­ka­krot­nie ska­le­czył się przy go­le­niu, a drob­ne, krwa­wią­ce ran­ki za­le­pił strzęp­ka­mi pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, na któ­rych te­raz lśni­ły pur­pu­ro­we ro­ze­tki. Resz­ta też nie pre­zen­to­wa­ła się naj­le­piej. Krót­ki, pę­ka­ty kor­pus opi­na­ła wy­mię­ta, wczo­raj­sza ko­szu­la w prąż­ki, ze­sta­wio­na z wi­śnio­wy­mi spodnia­mi od pi­ża­my. Ca­łość, o ja­kiej le­piej szyb­ko za­po­mnieć.

- Tak? - spy­tał po­iry­to­wa­nym to­nem ko­goś, komu prze­rwa­no lek­tu­rę w sa­mo­lo­cie le­cą­cym do To­kio, Zu­ry­chu albo Me­dio­la­nu. Ręce trzy­mał za ple­ca­mi, pod­trzy­mu­jąc opa­da­ją­ce spodnie.

- Ma­ri­na­ra, tak? - Wska­za­łem pal­cem kie­szon­kę ko­szu­li, na któ­rej zdą­żył już za­schnąć wspo­mnia­ny sos.

Po­pa­trzył na mój pa­lec, a po­tem spoj­rzał mi w oczy. Już wie­dział. W ką­ci­ku jego ust po­ja­wił się czu­bek ję­zy­ka. Wi­dać Ed za­mie­rzał ob­li­zać gór­ną war­gę, ale się za­wsty­dził i roz­my­ślił.

- Pro­szę wejść - rzekł dużo ła­god­niej­szym to­nem. Cof­nął się w głąb hal­lu. Wy­cią­gnął zza ple­ców pra­wą rękę i wy­ce­lo­wał pi­sto­let w mój roz­po­rek. - Właź albo od­strze­lę ci jaja.

Za­sko­czo­ny, zer­k­ną­łem na broń. Wy­glą­da­ła na al­bań­ską. Gru­chot, któ­ry w każ­dej chwi­li mógł wy­strze­lić, ot tak.

- Pan Sab­ba­ti­ni? Pan Mi­cha­el Sab­bat­ni? - spy­ta­łem. - Przy­sze­dłem w spra­wie de­be­tu na pań­skiej kar­cie.

- Właź. - I znów mach­nął pi­sto­le­tem.

Prze­su­nął się, ro­biąc mi miej­sce, a po­tem ru­szył za mną w głąb domu. Przez ni­ja­ki ko­ry­tarz prze­szli­śmy do sa­lo­ni­ku za­pcha­ne­go skó­rza­ny­mi me­bla­mi w pa­ste­lo­wych ko­lo­rach.

Ed­die za­trzy­mał się na środ­ku po­ko­ju. Ja też sta­ną­łem i od­wró­ci­łem się twa­rzą do nie­go. Przez chwi­lę pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu.

- Cho­dzi wy­łącz­nie o pie­nią­dze. Ce­lu­je pan w przed­sta­wi­cie­la fir­my win­dy­ka­cyj­nej. Gro­zi za to kara wię­zie­nia. Je­śli nie ży­czy pan so­bie oma­wiać wa­run­ków spła­ty, z przy­jem­no­ścią po­in­for­mu­ję o tym mo­ich pra­co­daw­ców.

Ed­die po­trzą­snął lek­ko gło­wą.

- Jak mnie zna­la­złeś?

Za­mru­ga­łem, uda­jąc zdzi­wie­nie.

- Nie szu­ka­łem pana, pa­nie Sab­ba­ti­ni. Mamy pań­ski ad­res. Przy­sy­ła­my panu wy­cią­gi z kon­ta.

Ed­die prze­su­nął tu­pe­cik i po­dra­pał się w ły­si­nę. Za­uwa­ży­łem na niej kil­ka prze­rze­dzo­nych kę­pek wsz­cze­pio­nych wło­sów.

- Mu­szę cię za­mknąć - uznał po chwi­li. - Ręce na gło­wę.

Po­słusz­nie wy­ko­na­łem po­le­ce­nie.

- Idź przed sie­bie. Już.

Trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Kie­dy do­tar­łem do drzwi ku­chen­nych, był do­bre pół­to­ra me­tra za mną. Wo­kół wa­la­ły się pu­ste bu­tel­ki po szam­pa­nie - Per­rier Jo­uët, Moët et Chan­don, Pol Ro­ger, Krug... Żad­ne­go przy­wią­za­nia do mar­ki ani sza­cun­ku dla bu­dże­tu oj­czy­zny. Na bla­cie po mo­jej pra­wej za­uwa­ży­łem bu­tel­kę Pi­pe­ra.

- Ob­róć się w pra­wo - za­ko­men­de­ro­wał Ed­die.

Wy­peł­ni­łem po­le­ce­nie, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji. Le­d­wie Ed­die prze­stą­pił próg kuch­ni, wzią­łem sze­ro­ki za­mach i rąb­ną­łem go flasz­ką Pi­pe­ra pro­sto w szczę­kę. Al­bań­ski gru­chot wy­pa­lił Panu Bogu w okno, czy­niąc przy tym nie wię­cej ha­ła­su niż za­mknię­te z trza­skiem drzwi. Ed­die wy­pu­ścił go z dło­ni, żeby zła­pać się za twarz. Chwy­ci­łem go za ko­szu­lę, ob­ró­ci­łem i wbi­łem mu pra­we ko­la­no w krę­go­słup, chwy­ta­jąc za reszt­ki wło­sów i od­gi­na­jąc do tyłu. Zwa­lił się cięż­ko na pod­ło­gę. Już mia­łem go kop­nąć dla przy­kła­du, kie­dy na­gle spły­nę­ła na mnie fala spo­ko­ju i po­sta­no­wi­łem mu tego oszczę­dzić.

Ed­die stę­kał i ję­czał, ale prze­cież od bu­tel­ki po szam­pa­nie nikt jesz­cze nie umarł. Zła­pa­łem go za nogi, wy­cią­gną­łem z kuch­ni i za­mkną­łem w ła­zien­ce po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza.

- Hej, ko­leś! - Do­biegł po ja­kimś cza­sie zza drzwi jego sła­by głos. - Po­wiesz mi, jak się na­zy­wasz?

- Po­peł­ni­łeś błąd, Dol­le­ry. Gdzie for­sa?

- Za­cze­kaj. Daj mi chwi­lę.

W lo­dów­ce zna­la­złem je­dze­nie na ja­kieś dwa, trzy ty­go­dnie. Głów­nie mro­żon­ki i go­to­we da­nia. De­se­ry z Ko­lum­bii. Na pod­ło­dze sy­pial­ni i przy­le­ga­ją­cej do niej ła­zien­ki mnó­stwo brud­nych ko­szul i gaci. W sza­fie z prze­suw­ny­mi lu­strza­ny­mi drzwia­mi - trzy gar­ni­tu­ry, dwie twe­edo­we ma­ry­nar­ki oraz kil­ka par spodni w jed­nym roz­mia­rze. Na ko­lej­nych wie­sza­kach far­tu­szek pie­lę­gniar­ki, uni­form Sal­ly z Ar­mii Zba­wie­nia, ko­stium po­ko­jów­ki i coś, co wy­glą­da­ło na mun­dur ga­lo­wy ko­bie­ty ofi­ce­ra Waf­fen SS. Obok czar­na bie­li­zna, w tym kil­ka sztuk skó­rza­nej, oraz czer­wo­ny pas do poń­czoch. Mój sza­cu­nek do pani Pick, kwia­ciar­ki i sy­gna­ta­riusz­ki aktu wy­naj­mu domu, rósł z każ­dą chwi­lą. Wi­dać było wy­raź­nie, że ko­bie­ta ma do­brą rękę. Pew­nie do ro­ślin też.

Kie­dy mi­ja­łem ła­zien­kę, wra­ca­jąc z pral­ni, w któ­rej przej­rza­łem sto­sy brud­nej bie­li­zny, zza drzwi znów do­biegł mnie głos Ed­die­go.

- Słu­chaj, ko­leś. Nie chciał­byś być bo­ga­ty?

Słuch mia­łem świet­ny. Przy­sta­ną­łem.

- Kon­takt z ludź­mi ta­ki­mi jak ty, Dol­le­ry, do­sta­tecz­nie wzbo­ga­ca moje wnę­trze.

- Nie pi­cuj. Na­praw­dę to zro­bisz?

- Co?

- Wy­koń­czysz mnie?

Jak na by­łe­go księ­go­we­go, nie grze­szył zbyt bo­ga­tym słow­nic­twem.

- Nie tra­gi­zuj. Za dużo śnie­gu ostat­nio wcią­gną­łeś.

- Jezu! Dasz mi jesz­cze szan­sę?

Usia­dłem w sa­lo­nie i za­dzwo­ni­łem do Be­lve­de­re In­ve­st­ments, mo­je­go tym­cza­so­we­go pra­co­daw­cy. Pani Da­ven­port obie­ca­ła, że Wo­ot­ton wkrót­ce do mnie od­dzwo­ni. Za­nim zo­sta­ła jego se­kre­tar­ką, spę­dzi­ła dwa­dzie­ścia lat w re­cep­cji przy­chod­ni we­ne­ro­lo­gicz­nej. John Ed­gar Ho­over1 wie­dział znacz­nie mniej niż ona.

Cze­ka­jąc na obie­ca­ny te­le­fon, ro­zej­rza­łem się tro­chę po domu. Po­tem usia­dłem przy te­le­fo­nie i za­pa­trzy­łem się w okno z wi­do­kiem na Mab­ber­ley Co­urt. Pust­ka. Ani śla­du ru­chu. Ką­tem oka za­uwa­ży­łem tyl­ko drgnię­cie za­słon w domu na­prze­ciw­ko, tak ste­ryl­nie czy­stym i oto­czo­nym tak za­dba­nym traw­ni­kiem, że rów­nie do­brze mógł być Gro­bem Nie­zna­ne­go Miesz­kań­ca Przed­mieść.

Roz­legł się dzwo­nek te­le­fo­nu.

- Jack, chłop­cze, obyś miał do­bre wie­ści. Mów śmia­ło. - Wo­ot­ton sie­dział chy­ba w pu­bie.

- Dol­le­ry my­śli, że przy­sze­dłem go za­bić.

- Zna­la­złeś go? To świet­nie.

- Mo­głeś mnie ostrzec, że ma broń, Cy­ri­lu. I że czu­je się osa­czo­ny. Do­li­czę do staw­ki pięć pro­cent eks­tra za wstrząs, ja­kie­go do­zna­łem, gdy wy­ce­lo­wał we mnie lufę pi­sto­le­tu.

Wo­ot­ton za­śmiał się chra­pli­wie.

- Ed­die to ośli­zgły mały krę­tacz, ale nie skrzyw­dził­by mu­chy. Tacy jak on za­wsze spo­dzie­wa­ją się naj­gor­sze­go, bez prze­rwy mają wy­rzu­ty su­mie­nia i po kry­jo­mu wcią­ga­ją cu­kier pu­der za­miast koki. Zna­la­złeś coś cie­ka­we­go?

- Dam­skie fa­ta­łasz­ki.

Wo­ot­ton znów się ro­ze­śmiał.

- To jed­na z jego sła­bo­ści. Pew­nie miał je też na so­bie.

Mab­ber­ley Co­urt zwil­got­nia­ła od desz­czu. Na gan­ku ide­al­ne­go domu na­prze­ciw­ko po­ja­wił się wiel­ki bia­ły kot.

Wy­cho­dząc, za­trzy­ma­łem się przy drzwiach ła­zien­ki, by po­ga­dać z Ed­diem. Mimo wszyst­ko czu­łem nie­chęt­ny sza­cu­nek do fa­ce­ta, któ­ry za­kła­da kwia­ciar­nię po to tyl­ko, żeby prze­bie­rać się w sta­re mun­du­ry Ilse Koch i za­kła­dać pod nie skó­rza­ne figi z dziu­rą w kro­ku.

- Dol­le­ry! - za­wo­ła­łem. - Ra­dzę ci chęt­niej współ­pra­co­wać z ludź­mi, któ­rym krad­niesz for­sę. Nie strasz wię­cej pu­kaw­ką ich wy­słan­ni­ków.

- Za­cze­kaj! Nie od­chodź! - od­krzyk­nął. - Od­daj mi splu­wę, to po­wiem ci, gdzie leży dzie­sięć ka­wał­ków. Przejdź od tyłu i po­daj mi ją przez okno. Dzie­sięć ka­wał­ków, sta­ry. Go­tów­ką. W uży­wa­nych bank­no­tach.

- I tak wiem, gdzie zna­leźć te dzie­sięć ka­wał­ków. Tacy jak ty trzy­ma­ją je w zmy­war­kach. A sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy upy­cha­ją w otwo­rach wen­ty­la­cyj­nych. Wo­ot­ton wy­li­czył, że je­steś mu wi­nien dwa­dzie­ścia ka­wał­ków. Wsu­nę pod drzwi kwit na osiem­dzie­siąt i dłu­go­pis. Pod­pisz.

Przez chwi­lę w ła­zien­ce pa­no­wa­ła ci­sza.

- Po­wiedz mu, że od­dam co do cen­ta - za­skom­lił wresz­cie Ed­die.

- Sam mu to po­wiedz. Pod­pisz.

Po­słu­chał i prze­pchnął pa­pier na ko­ry­tarz.

- Jesz­cze dłu­go­pis.

Ko­lej­ny ruch pod drzwia­mi.

- Dzię­ku­ję i do wi­dze­nia, pa­nie Dol­le­ry.

Krzy­czał coś, gdy za­my­ka­łem fron­to­we drzwi, ale nim do­sze­dłem do auta, wrza­ski uci­chły. Bia­ły kot przy­glą­dał mi się z dru­gie­go koń­ca uli­cy. Ru­szy­łem Mab­ber­ley Co­urt. Dwie go­dzi­ny póź­niej sie­dzia­łem już na try­bu­nach toru wy­ści­go­we­go w Pa­ken­ham, ob­ser­wu­jąc ko­nia o imie­niu New Ni­ne­vah, któ­ry w swo­jej pierw­szej go­ni­twie był siód­my.

Na­stęp­ne­go dnia po­le­cia­łem do Syd­ney, żeby po­ga­dać z kimś, kto praw­do­po­dob­nie wi­dział tra­gicz­ną w skut­kach awan­tu­rę na par­kin­gu przed cen­trum han­dlo­wym w Mel­ton. Li­czy­łem, że uwi­nę się w góra sześć go­dzin. Za­ję­ło mi to dwa dni. I obe­rwa­łem, bo fa­cet omal nie roz­wa­lił mi le­we­go ra­mie­nia ki­jem bejs­bo­lo­wym. Alu­mi­nio­wym, na ja­poń­skiej li­cen­cji. Kie­dyś nig­dy by mi się to nie przy­tra­fi­ło. Do­stał­bym naj­wy­żej drew­nia­nym ki­jem do kry­kie­ta, owi­nię­tym czar­ną ta­śmą izo­la­cyj­ną. Albo i to nie, bo po pro­stu daw­niej nie wziął­bym ta­kiej ro­bo­ty.

* * *

Po­wi­nie­nem był wziąć tę cho­ler­ną pacz­kę, Jack - po­wie­dział star­szy sier­żant Bar­ry Tre­ge­ar.

Sie­dzie­li­śmy w moim wo­zie na par­kin­gu przed McDo­nal­dem w Ken­sing­ston i je­dli­śmy big maki. Bar­ry wziął do swo­je­go jesz­cze dwie duże por­cje fry­tek i dużą colę. Był po­tęż­nym fa­ce­tem o gło­wie w kształ­cie grusz­ki i si­wie­ją­cej czu­pry­nie ja­snych wło­sów. Za­wsze wy­da­wał się tłu­sty, na­wet wte­dy, gdy spo­tka­li­śmy się w Wiet­na­mie, kie­dy się jed­nak po­ru­szał, jego cia­ło nie trzę­sło się jak u gru­ba­sów.

- Po­wi­nie­neś był wró­cić do Hay - od­par­łem.

Bar­ry wy­cho­wał się po­śród nie­zmie­rzo­nej pust­ki wo­kół mia­sta o na­zwie Hay w No­wej Po­łu­dnio­wej Wa­lii. Jego oj­ciec nie wró­cił z eu­ro­pej­skie­go fron­tu dru­giej woj­ny świa­to­wej, po­dob­nie zresz­tą jak po­ło­wa oj­ców dzie­cia­ków, z któ­ry­mi Bar­ry cho­dził do szko­ły.

- Pie­przyć Hay - burk­nął. - Je­den ko­leś pro­po­no­wał mi kie­dyś po­ło­wę mo­te­lu pod Li­smo­re. By­li­śmy ra­zem w Li­cen­sing, ale po­tem on rzu­cił szko­łę. Sprze­dał in­te­res za po­dwój­ną cenę kil­ka mie­się­cy temu. A ja nadal jeż­dżę w kół­ko w stru­gach desz­czu, na­le­żę za to do eli­tar­nej gru­py wy­róż­nio­nych po­li­cjan­tów. Nu­mer ósmy na li­ście dzie­się­ciu naj­lep­szych. I gdzie tu spra­wie­dli­wość? - Wgryzł się wście­kle w ka­nap­kę.

Kie­dyś Bar­ry na­pę­dzał mi spo­ro klien­tów. Naj­pierw pra­co­wał w oby­cza­jów­ce, póź­niej w wy­dzia­le do spraw prze­stępstw zor­ga­ni­zo­wa­nych. Wte­dy było to sie­dli­sko twar­dych fa­ce­tów, nie­wie­le róż­nią­cych się od prze­stęp­ców, któ­rych ści­ga­li. Czę­sto zda­rza­ło mi się sły­szeć, że ko­le­sie Bar­ry'ego spu­ści­li ko­muś so­lid­ny ło­mot.

- W Mi­ni­ster­stwie ds. Po­li­cji urzę­du­je te­raz były gli­niarz - za­uwa­ży­łem. - Nie za­po­mniał chy­ba o sta­rych kum­plach.

Bar­ry we­pchnął do ust garść fry­tek i przez chwi­lę prze­żu­wał je w mil­cze­niu.

- Garth Bru­ce to fiut. I ma wy­biór­czą pa­mięć. Sły­sza­łeś te jego pie­przo­ne bzde­ty o tym, że trze­ba po­zbyć się z sze­re­gów po­li­cji sta­rej gwar­dii o nie naj­lep­szych na­wy­kach? - Znów się­gnął po fryt­ki. - Na­le­żę do tej gwar­dii i je­stem z tego dum­ny - do­rzu­cił po chwi­li z peł­ny­mi usta­mi.

- Co zna­czy ta "sta­ra gwar­dia"?

- Paru sta­rych gli­nia­rzy, trzy­ma­ją­cych się stoł­ka od cza­sów, gdy ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, skąd wzią­łeś dzie­sięć do­lców, by­le­byś po­sta­wił za nie piwo kum­plom. Z cza­sów, kie­dy wy­star­czy­ło obić paru dra­ni, żeby prze­go­nić ich z uli­cy w imię do­bra ogó­łu. Dziś tyl­ko my, sta­re pry­ki, uwa­ża­my, że śmie­cio­wi, któ­ry do­no­si na kum­pli do Wy­dzia­łu Spraw We­wnętrz­nych, na­le­żą się so­lid­ne baty. To wła­śnie jest sta­ra gwar­dia.

- A po­zo­sta­li uwa­ża­ją was za ban­dę uzbro­jo­nych gang­ste­rów - pod­su­ną­łem do­myśl­nie.

Bar­ry do­koń­czył fryt­ki, do­pił colę, po­zbie­rał kar­to­ni­ki i ku­bek do brą­zo­wej pa­pie­ro­wej tor­by, za­mknął ją sta­ran­nie, po czym otwo­rzył okno i wy­rzu­cił ją na par­king.

- I li­czą, że wresz­cie obe­rwie­my kul­kę - pod­su­mo­wał. - Nie mie­ści­my się już w ra­mach zre­for­mo­wa­ne­go sys­te­mu. Poza tym kie­dyś, gdy za­czy­na­łem ro­bo­tę w po­li­cji, do gli­nia­rzy strze­la­li je­dy­nie naj­więk­si twar­dzie­le. Te­raz mie­rzy w nas byle chły­stek. We łbach im się prze­wra­ca od tego, co wcią­ga­ją i co ła­du­ją so­bie w żyłę. I to jest, we­dług mnie, przy­czy­na wszyst­kich pro­ble­mów.

Zer­k­nął na ze­ga­rek.

- Szlag! Pora się zbie­rać. Co cię ob­cho­dzi ten McKil­lop?

- Bro­ni­łem go kie­dyś. Po­noć mó­wił żo­nie, że ktoś chce go sprząt­nąć.

Bar­ry wes­tchnął, a po­tem czknął.

- Jezu - bąk­nął. - Mam dość. Po­wiem krót­ko. Qu­inn z nar­ko­ty­ków do­stał w so­bo­tę przed siód­mą te­le­fon, że przed Tra­fal­ga­rem o dzie­więt­na­stej doj­dzie do za­ku­pu pro­chów. Zor­ga­ni­zo­wał eki­pę, a tro­chę trwa­ło, nim się uwi­nę­li, więc do­je­cha­li na miej­sce kwa­drans po.

Zno­wu czknął i prze­szu­kał kie­sze­nie.

- Nig­dy nie mam cze­goś na zga­gę - jęk­nął. - W każ­dym ra­zie na par­kin­gu nie było ni­ko­go, po­my­śle­li więc, że pta­szek od­fru­nął. Za­czę­li przy­glą­dać się sa­mo­cho­dom. Wte­dy zja­wił się ten mały fiu­tek i wy­ce­lo­wał trzy­dziest­kę­ó­sem­kę w Mar­ti­na. Qu­inn stał za nim, to­też nie na­my­śla­jąc się dłu­go, wy­cią­gnął splu­wę i wła­do­wał w go­ścia czte­ry kul­ki. Po­ło­żył go tru­pem na miej­scu. W jego au­cie zna­lazł póź­niej to­war za pięć stów. Ko­niec hi­sto­rii.

- A McKill­lop?

- Był win­ny.

- Nie do koń­ca.

- Gów­no zo­sta­nie gów­nem.

- Żona w to nie wie­rzy. Miał dziec­ko i pra­cę. Po­noć był ab­so­lut­nie pra­wo­rząd­ny.

Bar­ry par­sk­nął wzgar­dli­wie i po­ma­so­wał so­bie żo­łą­dek.

- To samo mó­wi­ła żona Eich­man­na.

- A co, je­śli Qu­inn go za­ła­twił, a po­tem pod­rzu­cił mu broń i pro­chy?

Bar­ry przez chwi­lę pa­trzył na mnie w mil­cze­niu, a po­tem po­trzą­snął gło­wą. Miał ja­sno­zie­lo­ne oczy z ciem­niej­szy­mi plam­ka­mi na tę­czów­kach.

- Qu­inn jest ofi­ce­rem, Jack. Słu­ży w po­li­cji od szes­na­stu lat. Ro­zu­miesz?

- Nie.

Bar­ry wy­siadł z auta, oparł łok­cie na da­chu i po­chy­lił się do okna.

- Mógł za­ła­twić McKil­lo­pa w ja­kiejś ciem­nej ulicz­ce. Gdzieś, gdzie nie by­ło­by świad­ków. Mu­szę le­cieć. Obe­rwę, je­śli nie do­trę do mia­sta za pięć mi­nut.

- Ode­zwę się jesz­cze. Je­stem ci wi­nien drin­ka.

Bar­ry znów wsa­dził gło­wę w okno.

- Nie pieprz. Na­le­ży­my do sta­rej gwar­dii.

Dan­ny nie żyje - po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka przez szpa­rę w drzwiach. - Coś pan za je­den?

Sta­łem na prze­cie­ka­ją­cym gan­ku po­kry­te­go si­din­giem domu w Rich­mond. Ad­res do­sta­łem od straż­ni­ka wię­zien­ne­go, któ­re­go po­zna­łem w cza­sach, gdy od­wie­dza­łem więź­niów w Pen­trid­ge. W wię­zien­nych ak­tach Dan­ny'ego zna­la­zła się wzmian­ka o jego naj­bliż­szej krew­nej - ciot­ce, pani Mary McKil­lop. Od­szu­ka­łem jej na­zwi­sko w książ­ce te­le­fo­nicz­nej. Wy­szło na to, że to jej nu­mer zo­sta­wił mi na se­kre­tar­ce Dan­ny. Sue McKil­lop nie wie­dzia­ła, że ciot­ka męża żyje. Nie mia­ła po­ję­cia, jak od­na­leźć jego ku­zy­nów.

- Pani Mary McKil­lop? - spy­ta­łem.

- On nie żyje - po­wtó­rzy­ła. - Cze­go pan chce?

- Je­stem praw­ni­kiem. Po­roz­ma­wiaj­my o Dan­nym.

- Dan­ny nie żyje. Od­pieprz się pan.

Uchy­lo­ne drzwi za­trza­snę­ły się tuż przed moim no­sem. Przez chwi­lę ga­pi­łem się tępo na ob­ła­żą­cą z nich zie­lo­ną far­bę. Za­sta­na­wia­łem się, czy war­to pod­jąć ko­lej­ną pró­bę. W smu­dze za­pa­chów są­czą­cych się ze szcze­li­ny, jaką zo­sta­wi­ła ciot­ka Dan­ny'ego, gdy roz­ma­wia­li­śmy, czu­łem za­sta­ły smród go­to­wa­nej ka­pu­sty, ko­cich siuś­ków i bu­twie­ją­ce­go drew­na ciek­ną­cych su­fi­tów. To prze­wa­ży­ło. Le­d­wie się od­wró­ci­łem, drzwi uchy­li­ły się na mi­li­metr.

- Spró­buj pan obok.

I znów trzask.

Za­pu­ka­łem do drzwi domu po pra­wej. Otwo­rzy­ła ko­bie­ta koło czter­dziest­ki o cien­kich, zma­to­wia­łych wło­sach. Za­mru­ga­ła, jak­by po­ra­zi­ło ją świa­tło dnia.

- Mam kil­ka py­tań na te­mat Dan­ny'ego McKil­lo­pa - oświad­czy­łem.

Dłu­go pa­trzy­ła na mnie w mil­cze­niu, po czym wsa­dzi­ła ręce do kie­sze­ni ró­żo­wej po­dom­ki i bez­na­mięt­nym to­nem od­par­ła:

- Nie żyje. Pi­sa­li o tym w ga­ze­tach.

- Szu­kam jego ku­zy­na.

Mil­cze­nie.

- Cho­dzi o wy­pa­dek, z po­wo­du któ­re­go Dan­ny tra­fił za krat­ki. Być może nie­słusz­nie.

Nadal nic. Wi­dać ko­bie­ta cze­ka­ła na ko­lej­ne re­we­la­cje.

- Moż­na się sta­rać o od­szko­do­wa­nie.

- Pro­szę po­ga­dać z Vi­nem. - Od­chrząk­nę­ła. - To ku­zyn Dan­ny'ego. Nie ma go tu­taj.

- Na­zy­wa się Vin McKil­lop?

Ski­nę­ła gło­wą.

- Wie pani, gdzie go znaj­dę?

Przez chwi­lę się za­sta­na­wia­ła.

- Pew­nie jest w ro­bo­cie. Tyl­ko wte­dy wsta­je przed po­łu­dniem. Den­nis Sha­na­han z Edge Stre­et bę­dzie wie­dzia­ła gdzie.

Zna­la­złem nu­mer Den­nis Shan­na­han w książ­ce te­le­fo­nicz­nej. Bez opo­rów po­wie­dzia­ła mi, że Vin roz­bie­ra bu­dy­nek przy Jo­seph Stre­et w Ab­bot­sord.

Na miej­scu za­sta­łem trzech fa­ce­tów w śred­nim wie­ku, na­sto­lat­ka i uwią­za­ne­go na smy­czy psa z kol­czat­ką na szyi. Wi­dzia­łem ich z dro­gi jak na dło­ni. Je­den z ro­bot­ni­ków sie­dział w ka­bi­nie cię­ża­rów­ki sto­ją­cej za szkie­le­tem pię­tro­we­go bu­dyn­ku, dru­gi wy­wa­żał ło­mem ramę okna, trze­ci na­to­miast pa­lił drew­nia­ne bel­ki w rogu bu­dyn­ku. Na­sto­la­tek roz­wa­lał ce­gły mło­tem albo dłu­tem. Pies pil­no­wał ich wszyst­kich. Prze­no­śne ra­dio sto­ją­ce po­śród ruin gra­ło na cały re­gu­la­tor.

Prze­sze­dłem przez uli­cę i idąc wzdłuż de­sek wy­zna­cza­ją­cych gra­ni­ce od­sło­nię­tych pły­tek pod­ło­go­wych, do­tar­łem do cze­goś, co wcze­śniej było drzwia­mi bu­dyn­ku. Wo­kół uno­sił się smród bie­dy: sta­re­go tłusz­czu, nie­my­tych stóp, przy­pa­lo­nych de­sek do pra­so­wa­nia i za­tka­nych rur.

- Szu­kam Vina! - za­wo­ła­łem do go­ścia, któ­ry mo­co­wał się z oknem.

Nie obej­rzał się na­wet, ale wska­zał kciu­kiem gdzieś za sie­bie.

Po­dej­rze­wa­łem, że szef tego ba­ła­ga­nu sie­dzi w cię­ża­rów­ce, pod­sze­dłem więc do fa­ce­ta przy ogni­sku. Za­trzy­ma­łem się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, w któ­rej żar nie wy­da­wał się już nie do znie­sie­nia. Ko­leś nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Był ni­ski i krę­py. Miał ciem­ne, krę­co­ne wło­sy oraz gru­be bacz­ki, pa­mię­ta­ją­ce pew­nie cza­sy Elvi­sa. Po­dob­nie zresz­tą jak jego spodnie oraz smar na rę­kach i brud pod pa­znok­cia­mi. Spłasz­czo­ny, krzy­wo zro­śnię­ty nos oraz brak pra­wie po­ło­wy pra­wej brwi świad­czy­ły o burz­li­wej prze­szło­ści.

- Vin McKil­lop? - spy­ta­łem.

Znie­ru­cho­miał z gru­bą bel­ką w pra­wej dło­ni. Zer­k­nął na mnie po­dejrz­li­wie. Miał małe, by­stre oczka bok­se­ra.

- A kto pyta?

- Je­stem praw­ni­kiem. - Pod­sze­dłem nie­co bli­żej. - Cho­dzi o Dan­ny'ego McKil­lo­pa. Wiem, że nie żyje, ale szu­kam ko­goś, kto go znał.

Vin wrzu­cił bel­kę do ognia.

- Po co? - spy­tał.

- Zbie­ram in­for­ma­cje o wy­pad­ku, w któ­rym zgi­nę­ła ko­bie­ta.

Się­gnął po ko­lej­ną bel­kę.

- Od­sie­dział swo­je - rzu­cił.

- Za­sta­na­wiam się, czy słusz­nie.

Przez chwi­lę pa­trzył w pło­mie­nie.

- A co ci do tego, czy słusz­nie, czy nie?

- To dość skom­pli­ko­wa­ne. Daj mi chwi­lę. Za­pła­cę ci staw­kę dla świad­ka.

- Je­stem w pra­cy.

- Weź wol­ną go­dzin­kę. Wy­rów­nam ci stra­ty.

Vin McKil­lop uło­żył sta­ran­nie bel­kę w ogni­sku, po czym po­dra­pał się pal­cem pod no­sem.

- Za ro­giem jest pub - burk­nął w koń­cu. - Cze­kaj tam na mnie. To cię bę­dzie kosz­to­wać dwie dy­chy.

Pub był pu­sty, je­śli nie li­czyć dwóch sta­rusz­ków sie­dzą­cych przy sto­le i pa­trzą­cych pu­sto w prze­strzeń. Ciem­ne po­miesz­cze­nie cuch­nę­ło skwa­śnia­łym pi­wem i kar­bo­lem. Za­mó­wi­łem dwa piwa i usia­dłem bli­sko wyj­ścia. Po chwi­li zja­wił się Vin. Po­ma­sze­ro­wał pro­sto do drzwi z na­pi­sem "Dla pa­nów". Kie­dy wy­szedł, sta­nął przy ba­rze i po­pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co. Wzią­łem piwa i pod­sze­dłem.

- Na zdro­wie - po­wie­dzia­łem, po­da­jąc mu ku­fel.

Nie od­po­wie­dział. Wziął jed­nak na­czy­nie i wy­chy­lił trzy czwar­te jego za­war­to­ści.

- Ile da­jesz tym swo­im świad­kom?

W kie­sze­ni mia­łem już na­szy­ko­wa­ny pięć­dzie­się­cio­do­la­ro­wy bank­not. Wy­ją­łem go i po­ło­ży­łem na ba­rze.

Vin scho­wał go do kie­sze­ni ko­szu­li. Z tej sa­mej kie­sze­ni wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i pla­sti­ko­wą za­pal­nicz­kę. Za­pa­lił. Za­cią­gnął się moc­no, po czym wy­pu­ścił dym no­sem. Mia­łem ocho­tę po­pro­sić, by mnie po­czę­sto­wał.

- Ty je­steś Jack - ra­czej stwier­dził, niż za­py­tał.

- Nie. - Wy­ją­łem wi­zy­tów­kę i przy­trzy­ma­łem mu ją przed no­sem. Spoj­rzał obo­jęt­nie.

- Nie mam oku­la­rów. Co tu jest na­pi­sa­ne?

- Że je­stem praw­ni­kiem. - Zda­łem so­bie spra­wę, że Vin nie umie czy­tać.

- Dan­ny nie po­trze­bu­je już praw­ni­ków.

- Ale jego żona i cór­ka owszem. Kie­dy wi­dzia­łeś go po raz ostat­ni?

- Krót­ko po tym, jak wy­szedł z pier­dla. Nie po­zna­łem go. Zgu­bił z pięć­dzie­siąt kilo.

- Czym się zaj­mo­wał, za­nim po­szedł sie­dzieć?

- Ni­czym. - Vin do­pił piwo i ski­nął na bar­ma­na wiel­kim, brud­nym pa­lu­chem.

- By­łeś za­sko­czo­ny, że wje­chał w tę bab­kę?

Za­cią­gnął się po raz ostat­ni i rzu­cił nie­do­pa­łek na pod­ło­gę. Na­wet go nie przy­dep­nął. Za­pa­lił ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

- Na­wet bar­dzo za­sko­czo­ny. - Oparł dłoń z pa­pie­ro­sem na ba­rze i za­bęb­nił kciu­kiem w drew­no.

- Dla­cze­go?

- A co za róż­ni­ca. I tak żrą go te­raz ro­ba­le.

- To waż­ne. Dla­cze­go by­łeś za­sko­czo­ny?

Osu­szył po­ło­wę ku­fla, po czym otarł usta rę­ka­wem ko­szu­li.

- Trzy­mał się z dala od kół­ka. Stra­cił praw­ko za jaz­dę po pi­ja­ku. Do­pie­ro mu je od­da­li. Bał się jak cho­le­ra, że na­stęp­nym ra­zem pój­dzie sie­dzieć.

- Uchlał się i za­po­mniał o stra­chu.

Vin po­dra­pał się pod pa­chą.

- Niby praw­da, ale w so­bo­tę za­lał się w pest­kę w Punt Road i spadł z krze­sła kwa­drans po je­de­na­stej. Po­wiedz, ja­kim cu­dem zdą­żył­by w pół go­dzi­ny wy­trzeź­wieć tak, żeby wró­cić do domu, wsiąść do auta, prze­je­chać trzy­dzie­ści prze­cznic i stuk­nąć ja­kąś la­skę?

- Nie po­wie­dział o tym sę­dzie­mu.

- Że­byś, kuź­wa, wie­dział.

- Skąd wiesz, gdzie był kwa­drans po je­de­na­stej?

- Wi­dział go mój kum­pel.

- I nie po­wie­dział o tym gli­nom?

- Usły­szał o spra­wie do­pie­ro, gdy Dan­ny już sie­dział.

- I da­lej mil­czał?

Vin znów wy­dmu­chał dym przez nos.

- Li­czył, że Dan­ny po­sie­dzi dłu­żej. Mój ku­zyn był ka­pu­siem. Wie­lu li­czy­ło, że straż­ni­kom za­wie­ru­szy się gdzieś klucz do jego celi.

- Dla kogo ka­po­wał?

- Dla tych z nar­ko­ty­ków. Do­no­sił na fiut­ków, któ­rzy zgry­wa­li po knaj­pach waż­nia­ków. Je­den gli­niarz od­pa­lał mu za to dział­ki.

- He­ro­iny?

- Cze­go po­pa­dło.

Do pubu we­szło dwóch ro­bot­ni­ków w wa­cia­kach i weł­nia­nych czap­kach. Vin zlu­stro­wał ich uważ­nie, po czym do­pił piwo.

Za­mó­wi­łem ko­lej­ne dwa ku­fle.

- Z jed­nym z tych swo­ich ko­le­si ga­dał przed pu­bem w tam­tą so­bo­tę.

- Skąd wiesz?

- Też od kum­pla. Wi­dział Dan­ny'ego w au­cie Scul­li­na. Po­tem ku­zy­nek wró­cił do knaj­py. Sza­stał for­są i pił whi­sky. Co parę mi­nut bie­gał do ki­bla. W koń­cu padł. Wy­ko­pa­li go krót­ko po je­de­na­stej. Kum­pel wi­dział go na ław­ce z ko­lej­ną flasz­ką.

- Kwa­drans po je­de­na­stej?

- Mniej wię­cej.

- Czy twój kum­pel po­ga­dał­by ze mną za staw­kę dla świad­ka?

- Nie.

- Dla­cze­go?

- Nie żyje. Przedaw­ko­wał.

- Gli­niarz na­zy­wa się Scul­lin?

- Nie pa­mię­tam.

- Gdzie Dan­ny trzy­mał auto?

- W ga­ra­żu za do­mem bab­ci.

- Przy Col­lett Stre­et?

- Tak.

- Ka­wał dro­gi od Cli­fton Hill.

- Że­byś wie­dział. - Jed­nym hau­stem do­pił piwo. - Mu­szę się zbie­rać.

- Dzię­ki za po­moc.

- Nic ci nie po­wie­dzia­łem. Ja­sne?

- Ja­sne.

Za­nim wy­szedł, obej­rzał się jesz­cze przez ra­mię. Jego oczka bok­se­ra nie zmie­ni­ły wy­ra­zu, ale wie­dzia­łem, że do­brze za­pa­mię­ta moją twarz.

Nig­dy nie czu­łem się win­ny śmier­ci żony. Ani wte­dy, ani te­raz. Zgi­nę­ła na pod­ziem­nym par­kin­gu przy La Tro­be Stre­et, za­strze­lo­na przez jed­ne­go z mo­ich by­łych klien­tów, Way­ne'a Way­lo­na Mi­lo­vi­cha. Kie­dy sko­na­ła, drań przy­kle­ił jej do czo­ła ko­per­tę z li­stem do mnie, po czym wsiadł do swo­je­go for­da fal­co­na z 1974 roku ob­cią­żo­ne­go stu trzy­na­sto­ma man­da­ta­mi za złe par­ko­wa­nie i zde­to­no­wał dwie czy trzy la­ski dy­na­mi­tu, któ­re trzy­mał na ko­la­nach. List brzmiał tak: Pa­nie ad­wo­ka­cie Ju­da­szu, czy wiesz co zro­bi­łeś? Żona ode mnie ucie­kła. Za­bra­ła dzie­ci, bo gni­łem w pu­dle. Tra­fi­łem tam przes cie­bie, bo nie słu­cha­łeś, ćwo­ku, co do cie­bie mu­wię.

Nie­zrów­no­wa­że­ni psy­chicz­nie klien­ci. Ry­zy­ko za­wo­do­we. Isa­bel o tym wie­dzia­ła. Sama była praw­ni­kiem, spe­cem od pra­wa ro­dzin­ne­go. Więk­szość jej klien­tów zdra­dza­ła ob­ja­wy obłę­du.

Nie czu­łem się win­ny jej śmier­ci. By­łem wście­kły na los, ale nie umia­łem tego ni­ko­mu wy­ja­śnić. Ze­wsząd sły­sza­łem, że mu­szę prze­stać się tor­tu­ro­wać. Wszy­scy chcie­li, że­bym miał wy­rzu­ty su­mie­nia. A ja upi­ja­łem się, pła­ka­łem w ba­rach i cią­gle wda­wa­łem się w bój­ki z nie­zna­jo­my­mi nie dla­te­go, że ob­wi­nia­łem się o śmierć Isa­bel, lecz dla­te­go że go­to­wa­łem się z wście­kło­ści. Stra­ci­łem ko­goś, kto roz­ja­śniał mi ży­cie. Mia­łem pra­wo do po­czu­cia stra­ty. Nie­na­wi­ści. Bra­ku na­dziei i sen­su. Z tego sta­nu wy­cią­gnąć mnie mo­gło je­dy­nie zmar­twych­wsta­nie żony.

Isa­bel i ja bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li­śmy. Jej dzie­ciń­stwo wy­glą­da­ło zu­peł­nie in­a­czej niż moje. Do­ra­sta­ła w gro­nie roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków, do sza­leń­stwa ko­cha­nych przez ro­dzi­ców, mu­zy­ka i ma­lar­kę. Jej świat pe­łen był twór­cze­go cha­osu, ra­do­ści, go­rącz­ko­we­go po­śpie­chu, ma­rzeń i ogrom­nej wraż­li­wo­ści. Ko­cha­ła lu­dzi i ob­da­rza­ła ich tro­ską jak nie­bo zie­mię cie­płym, let­nim desz­czem. Wtar­gnę­ła w sza­rzy­znę mo­je­go ży­cia i prze­pę­dzi­ła ją swo­im za­raź­li­wym śmie­chem.

Po jej śmier­ci na wie­le mie­się­cy stra­ci­łem kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Naj­chęt­niej zło­żył­bym Way­ne'a ka­wa­łek po ka­wał­ku z po­wro­tem do kupy tyl­ko po to, by po­tem roz­szar­pać go zę­ba­mi i pa­zu­ra­mi. Nie po­tra­fi­łem sie­dzieć bez­czyn­nie, słu­chać mu­zy­ki, czy­tać ani za­mie­niać z kimś wię­cej niż kil­ka słów. Za­sy­pia­łem tyl­ko wów­czas, gdy za­la­łem się w tru­pa. Bu­dzi­łem się po kil­ku mi­nu­tach, zla­ny zim­nym po­tem. Je­dze­nie sma­ko­wa­ło jak proch, nie ja­dłem więc ty­go­dnia­mi. Któ­re­goś dnia wy­sze­dłem z kan­ce­la­rii i znik­ną­łem na kil­ka mie­się­cy. Jeź­dzi­łem bez celu albo pi­łem na umór z miej­sco­wy­mi mę­ta­mi w za­tę­chłych pu­bach, a po­tem bu­dzi­łem się sku­lo­ny na sie­dze­niu sa­mo­cho­du albo w ja­kimś po­dej­rza­nym mo­te­lu. W koń­cu aresz­to­wa­no mnie w za­po­mnia­nej przez Boga i lu­dzi dziu­rze w Qu­een­sland o na­zwie Ever­ton. Ktoś przej­rzał mój port­fel i za­dzwo­nił do An­drew Gre­era. Drew po­cią­gnął za kil­ka sznur­ków, po­ga­dał z ku­zy­nem, mi­ni­strem tam­tej­sze­go ga­bi­ne­tu, i wy­cią­gnął mnie z pu­dła bez po­sta­wie­nia za­rzu­tów. Moje auto nie­ste­ty znik­nę­ło; wró­ci­li­śmy do domu sa­mo­lo­tem. Spę­dzi­łem za krat­ka­mi sześć dni bez kro­pli al­ko­ho­lu. Naj­gor­sze mia­łem za sobą. Po po­wro­cie za­mkną­łem się w domu na kil­ka ty­go­dni. Wy­cho­dzi­łem wy­łącz­nie po je­dze­nie. Z cza­sem przy­wy­kłem do tego, co na­zy­wa się nor­mal­nym ży­ciem.

Sie­dząc w biu­rze, wspar­ty łok­cia­mi o stół kra­wiec­ki, my­śla­łem o Dan­nym McKil­lo­pie i o tym, że wró­cił do mnie z mro­ku tam­tych dni. Nie prze­bo­la­łem stra­ty żony. Nig­dy jej nie prze­bo­le­ję. Isa­bel nada­wa­ła sens mo­je­mu ży­ciu. Bez niej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Ból, jaki czu­łem, wie­dząc, że już jej nie ma, spra­wiał, że cza­sem wzdy­cha­łem mi­mo­wol­nie i po­trzą­sa­łem gło­wą jak pies, by otrzą­snąć się z cier­pie­nia.

Dan­ny McKil­lop zgi­nął przed wej­ściem do pubu, w któ­rym miał na­dzie­ję się ze mną spo­tkać. Po­wi­nie­nem był o nim za­po­mnieć, i to jak naj­szyb­ciej, ale choć o tym wie­dzia­łem, nie po­tra­fi­łem się na to zdo­być. W naj­gor­szych chwi­lach swo­je­go ży­cia Dan­ny po­trze­bo­wał trzeź­we­go ad­wo­ka­ta. Do­stał mnie. Po wie­lu la­tach znów się do mnie zwró­cił, a ja nie od­po­wie­dzia­łem na we­zwa­nie. Przy­je­cha­łem do domu kwa­drans przed dzie­więt­na­stą. Czy po­je­chał­bym Pod Bo­ha­te­ra Tra­fal­ga­ru, gdy­bym od­słu­chał wia­do­mo­ści na se­kre­tar­ce, za­miast od razu kłaść się do łóż­ka? Pew­nie tak. Klął­bym jak szewc, ale do­tarł­bym do pubu przed dzie­więt­na­stą. W so­bot­ni wie­czór dro­ga nie trwa­ła­by dłu­żej niż kil­ka mi­nut.

Za­dzwo­nił te­le­fon. To był Drew.

- Wi­dzia­łeś "He­ral­da"?

- Nie.

- Na­pi­sa­li o McKil­lo­pie.

Ku­pi­łem ga­ze­tę z skle­pie na rogu i na trze­ciej stro­nie od­na­la­złem wia­do­mość.

Po­li­cja zi­den­ty­fi­ko­wa­ła męż­czy­znę za­strze­lo­ne­go w so­bo­tę wie­czo­rem przez jed­ne­go z de­tek­ty­wów na par­kin­gu przed ho­te­lem Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru w Brun­swick. Za­bi­ty to Da­niel Pa­trick McKil­lop z Nor­th­co­te.

Aspi­rant szta­bo­wy Mar­tin Doy­le za­pew­nił, że strzał od­da­no po tym, jak pan McKil­lop wy­mie­rzył broń w po­li­cjan­tów, któ­rzy zwró­ci­li uwa­gę na po­dej­rza­ne­go męż­czy­znę krę­cą­ce­go się w po­bli­żu ho­te­lo­we­go par­kin­gu.

Do­cho­dze­nie w tej spra­wie trwa, aspi­rant Doy­le za­pew­nił jed­nak, że jak na ra­zie nie ma pod­staw, by po­dej­rze­wać po­li­cjan­tów o prze­kro­cze­nie upraw­nień. Naj­praw­do­po­dob­niej zde­cy­do­wa­li się na strzał w oba­wie o wła­sne ży­cie.

Pan McKil­lop kil­ka lat temu od­sia­dy­wał wy­rok za spo­wo­do­wa­nie wy­pad­ku ze skut­kiem śmier­tel­nym, w któ­rym zgi­nę­ła mło­da ko­bie­ta. Zwol­nio­no go za do­bre spra­wo­wa­nie po ośmiu la­tach kary.

Nie mia­łem in­ne­go wyj­ścia. Mu­sia­łem spo­tkać się z wdo­wą.

Sue McKil­lop była pulch­na i sym­pa­tycz­na. Mia­ła krót­kie ciem­ne wło­sy oraz okrą­głą bu­zię stwo­rzo­ną do uśmie­chu. Za­czer­wie­nio­ne oczy zdra­dza­ły, że pła­ka­ła. Roz­cią­gnię­ty zie­lo­ny dres do­da­wał jej lat.

- Przejdź­my do kuch­ni - po­wie­dzia­ła, gdy już wy­mie­ni­li­śmy uprzej­mo­ści. - Przy­go­to­wu­ję ko­la­cję dla Kir­sty.

Ru­szy­łem za nią przez wą­ski ko­ry­tarz do du­że­go, cie­płe­go po­ko­ju, w któ­rym sta­ły fo­te­le oraz te­le­wi­zor. W głę­bi do­strze­głem wej­ście do kuch­ni. Na ka­na­pie sie­dzia­ła dziew­czyn­ka w pi­ża­mie w drob­ne ró­życz­ki. Oglą­da­ła te­le­tur­niej.

- Kir­sty, to pan Irish. Przy­wi­taj się.

Mała speł­ni­ła po­le­ce­nie, po­szli­śmy więc da­lej.

Usia­dłem przy so­sno­wym sto­le i ob­ser­wo­wa­łem, jak Sue McKil­lop kroi to­sty na mniej­sze kwa­dra­ty, a po­tem wy­kła­da na nie z pa­tel­ni ja­jecz­ni­cę.

Po­grze­ba­ła w szu­fla­dzie, wy­ję­ła z niej mały wi­de­lec i za­nio­sła ko­la­cję do po­ko­ju.

- Po­zwa­lam ci dziś zjeść przed te­le­wi­zo­rem, słon­ko - po­wie­dzia­ła do cór­ki, sta­wia­jąc przed nią ta­lerz. Cmok­nę­ła ją w czo­ło i wró­ci­ła do kuch­ni.

Usia­dła na­prze­ciw­ko mnie.

- Mój oj­ciec przy­jeż­dża dziś z Qu­een­sland - oznaj­mi­ła. - Ma osiem­dzie­siąt lat. Pro­si­łam, żeby tego nie ro­bił, ale się uparł. Bez nie­go też da­ły­by­śmy so­bie radę.

- Co z ro­dzi­ną Dan­ny'ego?

Sue uśmiech­nę­ła się bla­do.

- Miał tyl­ko nas. Wy­cho­wa­ła go bab­cia. Zmar­ła, kie­dy sie­dział. Zo­sta­li mu je­dy­nie da­le­cy ku­zy­ni.

- Dan­ny zo­sta­wił mi wia­do­mość. Pro­sił, że­bym spo­tkał się z nim w so­bo­tę na par­kin­gu ho­te­lu Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru. Od­słu­cha­łem ją do­pie­ro w nie­dzie­lę. Wie pani, dla­cze­go chciał się ze mną zo­ba­czyć?

- Bał się. - Sue ob­li­za­ła usta. - W czwar­tek wie­czo­rem cze­ka­li na nie­go przed do­mem. Na szczę­ście za­par­ko­wał za ro­giem i za­uwa­żył ich, idąc w tę stro­nę.

- Kim są ci "oni"?

- Nie wiem. Ja­cyś lu­dzie. Mie­li coś wspól­ne­go z tym wy­pad­kiem sprzed lat, ale Dan­ny nie wta­jem­ni­czył mnie w szcze­gó­ły.

- Z wy­pad­kiem, przez któ­ry tra­fił do wię­zie­nia?

- Tak. Był nie­win­ny.

- Skąd ta pew­ność?

Sue wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Ktoś mu po­wie­dział, że go wro­bi­li.

- Wie pani kto?

- Nie. Ja­kaś ko­bie­ta. Dan­ny po­wie­dział kie­dyś, że stra­ci­ła męża.

- Kie­dy to było?

- Ja­kiś mie­siąc temu. Bar­dzo się wte­dy zmie­nił. Szyb­ko wpa­dał w złość. Dla­cze­go pan pyta?

- Mógł­bym spró­bo­wać się cze­goś do­wie­dzieć - za­pro­po­no­wa­łem po chwi­li wa­ha­nia.

- Po co? Nic już nie da się zro­bić. Nie wró­ci mu pan ży­cia.

- Po­wie­dzia­ła pani, że zo­stał za­mor­do­wa­ny.

- Nig­dy nie miał bro­ni. A na­wet gdy­by ją zdo­był, nie wy­ce­lo­wał­by jej w po­li­cjan­ta.

- Może nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia.

Prze­cze­sa­ła pal­ca­mi wło­sy.

- Gli­niarz, któ­rzy po­wia­do­mił mnie o jego śmier­ci, po­wie­dział, że go uprze­dzi­li.

- Po wyj­ściu nie miał już kło­po­tów z pra­wem?

Spoj­rza­ła mi pro­sto w oczy.

- Nie był prze­stęp­cą. W wię­zie­niu zro­bił ma­tu­rę. Pra­co­wał z moim ko­le­gą w Mar­ston. Tak go po­zna­łam. Han­dlo­wa­li czę­ścia­mi do sa­mo­cho­dów.

- Lu­bił za­glą­dać do kie­lisz­ka.

- W po­przed­nim ży­ciu. Przy mnie nie wy­pi­jał wię­cej jak dwa piwa.

Wie­rzy­łem jej. Praw­ni­cy mają szó­sty zmysł, dzię­ki któ­re­mu po­tra­fią od­róż­nić praw­dę od kłam­stwa.

- Co zro­bił, gdy zo­ba­czył tych lu­dzi przed wa­szym do­mem? - spy­ta­łem.

- Po­szedł do naj­bli­żej bud­ki te­le­fo­nicz­nej i za­dzwo­nił do na­sze­go są­sia­da Cola Mul­len­sa, a ten do mnie.

- Dla­cze­go nie za­dzwo­nił wprost tu­taj?

- Nie wiem.

- Co po­wie­dział?

- Że nie wró­cił do domu, bo ktoś go ob­ser­wo­wał. Zna­lazł so­bie ja­kiś noc­leg i do­cze­kał do piąt­ku. Bał się. Sły­sza­łam to w jego gło­sie.

- Dla­cze­go nie zgło­sił tego po­li­cji?

Po­trzą­snę­ła gło­wą i wy­ję­ła z rę­ka­wa wy­mię­tą chu­s­tecz­kę.

- Po­dej­rze­wał, że ktoś z po­li­cji ma­czał w tym pal­ce. - Wy­dmu­cha­ła nos. - Tyl­ko gli­niarz mógł go wro­bić w wy­pa­dek. Wie­dział pan, że przed pro­ce­sem fa­sze­ro­wa­li go ta­blet­ka­mi? Mó­wił, że nie zda­wał so­bie na­wet spra­wy, co się dzie­je.

- Nie wie­dzia­łem. Czy przed wa­szym do­mem też cze­ka­li po­li­cjan­ci?

- Tak my­ślę.

- Nie po­wie­dział tego?

- Nie.

- Po­wie­dzia­ła pani o tym po­li­cji?

- Tak. W pią­tek, kie­dy tu przy­szli.

Do kuch­ni we­szła dziew­czyn­ka z pu­stym ta­le­rzem.

- Te­raz lody - po­pro­si­ła, pa­trząc na mnie spod oka.

Sue wsta­ła, wy­ję­ła z za­mra­żal­ni­ka pu­deł­ko z lo­da­mi, prze­ło­ży­ła dwie gał­ki do mi­ski i po­da­ła ją cór­ce.

- Chce pan? - spy­ta­ła mała, wy­cią­ga­jąc na­czy­nie w moją stro­nę.

- Nie, dzię­ku­ję. Nie ja­dłem jesz­cze ko­la­cji.

Kir­sty ski­nę­ła gło­wą ze zro­zu­mie­niem i wró­ci­ła przed te­le­wi­zor.

- Prze­pra­szam, że ni­czym pana nie po­czę­sto­wa­łam - pod­ję­ła Sue.

- Nie ma spra­wy. Co zro­bił Dan­ny po tym, jak za­dzwo­ni­ła ta ko­bie­ta z in­for­ma­cją, że wro­bio­no go w wy­pa­dek?

- Po­sta­no­wił do­pro­wa­dzić do po­now­ne­go wsz­czę­cia śledz­twa. Po­dob­no ist­nia­ły do­wo­dy.

- Zna­lazł je?

- Chy­ba nie. Nie wiem. Dan­ny nie­wie­le mó­wił. Zwy­kle dłu­go coś pla­no­wał, ob­my­ślał wszyst­kie ewen­tu­al­no­ści, a po­tem za­czy­nał dzia­łać i nie prze­sta­wał, póki nie do­pro­wa­dził spra­wy do koń­ca. - Ro­zej­rza­ła się wo­kół z wy­raź­ną dumą. - Sam od­no­wił kuch­nię. Wziął dwa ty­go­dnie urlo­pu i za­brał się do dzie­ła. Wcze­śniej nie wie­dzia­łam na­wet, że umie wbi­jać gwoź­dzie.

- Do­brze się spi­sał - po­chwa­li­łem. - Czy te cy­fry coś pani mó­wią? - Po­ka­za­łem jej nu­mer, któ­ry po­dał mi Dan­ny.

- Nie. Nie znam tego nu­me­ru.

Mia­łem jesz­cze mnó­stwo py­tań, ale na­gle za­pra­gną­łem wy­do­stać się z przy­tul­nej kuch­ni, któ­rą Dan­ny McKil­lop urzą­dził dla swo­jej ro­dzi­ny, i ode­tchnąć rześ­kim po­wie­trzem wie­czo­ru. Zo­sta­wi­łem wi­zy­tów­kę i wy­sze­dłem. Kie­dy by­łem już na ze­wnątrz, Kir­sty pod­bie­gła do fron­to­wych drzwi, żeby po­ma­chać mi na po­że­gna­nie.

* * *

Wró­ci­łem do Mel­bo­ur­ne w so­bo­tę o 17.30. Po dro­dze z lot­ni­ska wy­słu­cha­łem pod­su­mo­wa­nia wy­ni­ków roz­gry­wek fut­bo­lo­wych. Dru­ży­na Fit­zroy roz­po­czę­ła se­zon spek­ta­ku­lar­ną po­raż­ką, oznaj­mił ko­men­ta­tor. Mia­łem ocho­tę go wy­łą­czyć. In­te­re­so­wał mnie wy­łącz­nie wy­nik dzi­siej­sze­go me­czu! Od­po­wiedź na­de­szła znacz­nie póź­niej: Fit­zroy prze­gra­ło sie­dem­dzie­siąt osiem do stu czter­na­stu.

Skrę­ci­łem w Roy­al Park, ob­je­cha­łem uni­we­rek i Carl­ton Stre­et i do­je­cha­łem do pubu Ksią­żę Pru­ski. Był to je­den z nie­wie­lu pu­bów w Fit­zroy, któ­ry nadal utrzy­my­wał się wy­łącz­nie ze sprze­da­ży piwa. Więk­szość po­zo­sta­łych daw­no już zmie­nio­no w knajp­ki taj­skie lub wło­skie z ko­lo­ro­wy­mi na­dru­ka­mi z menu na szy­bach.

Za­par­ko­wa­łem auto prze­czni­cę wcze­śniej, sta­jąc dwo­ma ko­ła­mi na chod­ni­ku, po czym pie­szo do­sze­dłem do pubu. Pro­wa­dzi­ła mnie do nie­go smuż­ka nie­da­ją­ce­go się z ni­czym po­my­lić za­pa­chu: kwa­śny odór roz­le­wa­ne­go przez set­ki lat piwa. Pi­ja­li tu mój dzia­dek i oj­ciec. Śnia­da twarz tego ostat­nie­go, za­sty­gła w wy­ra­zie sku­pie­nia, pa­trzy­ła na mnie z wy­bla­kłych fo­to­gra­fii dru­ży­ny fut­bo­lo­wej Fit­zroy z lat czter­dzie­stych, wi­szą­cych obok drzwi z na­pi­sem "Dla pa­nów".

Dziś już nie­wie­lu ki­bi­ców Fit­zroy pa­mię­ta­ło mo­je­go ojca, a je­śli go pa­mię­ta­li, od­no­si­li się do mnie z po­gar­dą, uwa­ża­jąc, że do pięt mu nie do­ra­stam. Przy ba­rze sie­dzia­ło trzech ta­kich we­te­ra­nów, po­grą­żo­nych we wspo­mnie­niach nad szkla­necz­ką zło­ci­ste­go pły­nu. Kie­dy sta­ną­łem w drzwiach, strze­pu­jąc z rę­ka­wów kro­ple desz­czu, pa­trzy­li na mnie tak, jak­bym oso­bi­ście od­po­wia­dał za trzy­dzie­sto­sze­ścio­punk­to­wą po­raż­kę Fit­zroy w me­czu z Carl­ton.

- Trzy prze­ję­cia z rzę­du - mruk­nął Eric Tan­ner, któ­ry sie­dział naj­bli­żej drzwi. - Gra­li jak ostat­nie cio­ty. Gdzieś ty się, u dia­bła, po­dzie­wał?

- Przy­kro mi. Mia­łem ro­bo­tę.

Wszy­scy pa­no­wie, któ­rych łącz­ny wiek prze­kra­czał pew­nie ze dwie­ście dwa­dzie­ścia lat, spoj­rze­li na mnie jak na ko­men­dę z tym sa­mym wy­ra­zem oczu. Tak pa­trzą kum­ple na chło­pa­ka, któ­ry stoi i gada z dziew­czy­ną, pod­czas gdy inni mę­czą się na bo­isku.

- Po­le­cia­łem do Syd­ney za­ła­twić pil­ną spra­wę. - Rów­nie do­brze mo­głem po­wie­dzieć, że wy­sze­dłem ze świ­nią szu­kać tru­fli, bo i tak nie za­szczy­ci­li mnie uwa­gą.

- Szko­da, że nie wzią­łeś ze sobą chło­pa­ków z dru­ży­ny - oznaj­mił Wil­bur Ong.

- Czy ja­ka­kol­wiek ro­bo­ta jest pil­niej­sza od roz­gry­wek? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Norm O'Ne­ill. Dla sie­dzą­cych przy ba­rze we­te­ra­nów fut­bo­lu wy­jazd z Mel­bo­ur­ne pod­czas so­bot­nich me­czów był mniej wię­cej tak samo ku­szą­cy jak kur­sy sa­mo­do­sko­na­le­nia się w pra­cy.

Zer­k­ną­łem na bar­ma­na Sta­na. Stał w przej­ściu pro­wa­dzą­cym do kuch­ni i pod­nie­sio­nym to­nem roz­ma­wiał z żoną, Liz. Ze swo­je­go miej­sca wi­dzia­łem tyl­ko po­ło­wę jej twa­rzy i iro­nicz­ny gry­mas skrzy­wio­nych z nie­sma­kiem ust. Stan rzu­cił jesz­cze jed­no sło­wo, po czym po­że­glo­wał ma­je­sta­tycz­nie za bar. Był wiel­kim fa­ce­tem o rzed­ną­cych wło­sach i ma­łym, okrą­głym no­sku, do­kle­jo­nym do mię­si­stej twa­rzy jak­by przy­pad­kiem. Pub na­le­żał do jego ojca, Mor­ri­sa, któ­ry miał już osiem­dzie­siąt sześć lat, ale nie chciał sprze­dać sy­no­wi lo­ka­lu, a co gor­sza, ku wiecz­ne­mu obu­rze­niu Liz, nie miał naj­mniej­szej ocho­ty umrzeć w porę.

- Chłop­cy za tobą tę­sk­ni­li - za­gad­nął.

- Po­wie­dzie­li mi na­wet, jak bar­dzo - od­par­łem. - Wy­czy­ści­łeś już rury? - do­da­łem, bo jego piwo od kil­ku ty­go­dni mia­ło dziw­ny smak.

Spoj­rzał na mnie z po­li­to­wa­niem.

- Przez te rury moż­na by kar­mić nie­mow­lę. Ka­za­łem je prze­czy­ścić parą pod ci­śnie­niem. Fa­cet, któ­ry to zro­bił, mó­wił, że nic z nich nie wy­cie­kło, co nie prze­szko­dzi­ło mu ze­drzeć ze mnie za usłu­gę. - Po­sta­wił na ba­rze pierw­szą peł­ną szklan­kę. - Dzwo­nił ten twój An­gol, Wo­ot­ton. Pro­sił, że­byś się ode­zwał, gdy wró­cisz.

- Taki z nie­go An­gol, jak i z cie­bie. Jego sta­ry uczył ob­rób­ki me­ta­lu w Pre­ston Tech.

- Szko­da że mój też nie uczył w Pre­ston Tech - burk­nął Stan z iro­nią. - Nie mu­siał­bym tu ster­czeć i go­dzi­na­mi wy­słu­chi­wać glę­dze­nia sta­ru­chów o ja­kichś pie­kiel­nych me­czach sprzed sześć­dzie­się­ciu lat.

Za­dzwo­ni­łem do Wo­ot­to­na z klit­ki za­pcha­nej sta­ry­mi ra­chun­ka­mi, ulot­ka­mi i pocz­tą, któ­rą Stan na­zy­wał szum­nie swo­im biu­rem. Pod te­le­fo­nem zna­la­złem biu­le­tyn pi­wo­wa­rów z 1954 roku.

- Pan Wo­ot­ton wie­lo­krot­nie pró­bo­wał się dziś z pa­nem skon­tak­to­wać - oznaj­mi­ła pani Da­ven­port. - Spraw­dzę, czy jest wol­ny. Pro­szę za­cze­kać.

- Wol­ny ni­czym ptak po­śród chmur - rzu­ci­łem, nie wie­dzieć po co.

- Słu­cham? - spy­ta­ła pani Da­ven­port, nie oka­zu­jąc zdzi­wie­nia.

- To cy­tat z wier­sza pew­ne­go ame­ry­kań­skie­go po­ety, E.A. Pre­sleya.

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki za­pa­dła sta­ran­nie od­mie­rzo­na chwi­la ci­szy, do­wo­dzą­ca, że moja lek­ce­wa­żą­ca po­sta­wa zo­sta­ła od­no­to­wa­na. Po­tem na­gle ode­zwał się Wo­ot­ton:

- Po co ci au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, sko­ro i tak nie od­dzwa­niasz? By­łem tak zde­spe­ro­wa­ny, że za­dzwo­ni­łem do spe­lu­ny, w któ­rej pi­jesz.

- Wła­śnie z tej spe­lu­ny dzwo­nię.

- Wy­peł­zniesz z niej do po­nie­dział­ku, żeby za­ła­twić małe zle­ce­nie?

- Czyż­bym wy­czu­wał w two­im to­nie iry­ta­cję sze­fa na le­ni­we­go pra­cow­ni­ka? Może naj­pierw po­dzię­kuj mi za pacz­kę, któ­rą po­de­sła­łem ci w czwar­tek. Po­tem do­pie­ro po­mó­wi­my o ko­lej­nym za­da­niu.

- Dzię­ku­ję - od­parł to­nem po­zba­wio­nym bo­daj odro­bi­ny wdzięcz­no­ści. - Są­dzę, że hoj­na za­pła­ta wy­na­gro­dzi ci wszel­kie nie­do­god­no­ści.

- Usta­lo­na staw­ka nie do­ty­czy­ła star­cia z mi­ło­śni­kiem la­tek­su uzbro­jo­nym w wiel­ki re­wol­wer. Wy­ja­śni­łem ci to przez te­le­fon.

- Nie­szko­dli­wy z nie­go gru­bas.

- Nie­szko­dli­we gru­ba­sy nie no­szą w ga­ciach bro­ni.

Prze­ko­ma­rza­li­śmy się tak jesz­cze przez ja­kiś czas. Po­tem wró­ci­łem do baru, wy­pi­łem piwo i zja­dłem za­pie­ka­ną ka­nap­kę z se­rem, wy­cza­ro­wa­ną przez zręcz­ne ręce Liz z tro­cin i pla­sti­ku. By­łem już przy drzwiach, gdy Stan na­gle o czymś so­bie przy­po­mniał.

- W czwar­tek szu­kał cię tu jesz­cze je­den gość. Po­wie­dział, że zaj­rzy do biu­ra.

- Jak się na­zy­wał?

- Nie mó­wił, a ja nie py­ta­łem. Są­dzi­łem, że jesz­cze wró­ci.

- Jak wy­glą­dał?

Stan za­my­ślił się na chwi­lę, marsz­cząc czo­ło.

- Mały. I nie­bez­piecz­ny.

- Jak po­ło­wa lu­dzi, któ­rych znam.

Wró­ci­łem do domu pach­ną­ce­go sta­ry­mi książ­ka­mi. Ich za­pach prze­niósł mnie w prze­szłość do cza­sów, gdy za­czy­na­łem ka­rie­rę i mu­sia­łem czę­sto grze­bać w ak­tach upchnię­tych w kar­to­nach usta­wio­nych je­den przy dru­gim jak trum­ny w kryp­cie. Zo­sta­wi­łem tor­bę w sy­pial­ni i otwo­rzy­łem okna w sa­lo­nie. Ziąb wpadł do środ­ka jak żywa isto­ta. Przy koń­cu uli­cy z szu­mem prze­my­ka­ły sa­mo­cho­dy. W świe­tle ulicz­nych la­tar­ni stru­gi desz­czu wy­glą­da­ły tak, jak­by wy­ra­sta­ły z chod­ni­ka w ko­lo­rze re­ki­nie­go grzbie­tu.

Zro­bi­łem so­bie drin­ka z whi­sky, lodu i wody z kra­nu. Opa­dłem na sofę przy te­le­fo­nie. Ma­leń­ka czer­wo­na lamp­ka au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki mi­go­ta­ła nie­spo­koj­nie w mro­ku. Wy­cią­gną­łem rękę, by od­two­rzyć wia­do­mo­ści, ale zmie­ni­łem zda­nie. Co mi tam! Za­cze­kam z tym do ju­tra.

Do­pi­łem whi­sky, zro­bi­łem so­bie ka­kao i po­sze­dłem z nim do łóż­ka. Czu­łem się zmę­czo­ny i sa­mot­ny. Po­trze­bo­wa­łem aż sze­ściu stron bo­li­wij­skiej po­wie­ści psy­cho­lo­gicz­nej, by wresz­cie od­pły­nąć w sen.

* * *

Dla­cze­go Dan­ny McKil­lop tak roz­pacz­li­wie mnie szu­kał? Po­now­nie wy­krę­ci­łem nu­mer, któ­ry zo­sta­wił na mo­jej au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce. Te­le­fon dzwo­nił i dzwo­nił, nim ja­kaś ko­bie­ta pod­nio­sła słu­chaw­kę. Po­pro­si­łem o roz­mo­wę z Dan­nym. Za­pa­dło dłu­gie, krę­pu­ją­ce mil­cze­nia. W tle sły­sza­łem od­głos ja­dą­cych sa­mo­cho­dów.

- Nie ma go - rzu­ci­ła wresz­cie i odło­ży­ła słu­chaw­kę. Po­now­nie wy­bra­łem ten sam nu­mer. Tym ra­zem ode­bra­ła na­tych­miast.

- Dan­ny do mnie dzwo­nił. - Po­wie­dzia­łem szyb­ko, żeby się nie roz­my­śli­ła. - Zo­sta­wił ten nu­mer. Czy ze­chce mu pani prze­ka­zać wia­do­mość?

Przez ja­kiś czas znów sły­sza­łem tyl­ko war­kot sa­mo­cho­dów.

- Dan­ny nie żyje. Pro­szę wię­cej nie dzwo­nić. - Stuk od­kła­da­nej słu­chaw­ki.

Pod­sze­dłem do okna i za­pa­trzy­łem się na ko­bie­ty z pra­so­wal­ni miesz­czą­cej się po dru­giej stro­nie uli­cy. Zro­bi­ły so­bie prze­rwę na pa­pie­ro­sa. Sta­ły pod ścia­ną, roz­ma­wia­ły, śmia­ły się gło­śno i głę­bo­ko za­cią­ga­ły dy­mem. Się­gną­łem po książ­kę te­le­fo­nicz­ną i od­szu­ka­łem na­zwi­sko McKil­lop. D.P. McKil­lop miesz­kał w Nor­th­co­te, przy Win­der­me­re Stre­et. Kil­ka razy wy­cią­ga­łem rękę, żeby wy­krę­cić jego nu­mer, ale za każ­dym ra­zem re­zy­gno­wa­łem. Dan­ny McKil­lop wy­chy­nął z mro­ków prze­szło­ści, szu­kał mnie wszę­dzie, a kil­ka dni póź­niej już nie żył. Znów otwo­rzy­łem tecz­kę, któ­rą za­bra­łem od Drew. Dan­ny do­bie­gał­by te­raz czter­dziest­ki. Cie­ka­we, na co zmarł.

Kie­dy w koń­cu wy­bra­łem nu­mer, słu­chaw­kę pod­nio­sło dziec­ko, czte­ro-, może pię­cio­let­nia dziew­czyn­ka.

- Mówi Kir­sty McKil­lop - oznaj­mi­ła wy­raź­nie. - Mama nie może po­dejść, bo zmy­wa ta­le­rze.

- Mimo to chciał­bym z nią po­roz­ma­wiać. Po­proś ją.

- Pro­szę za­cze­kać. Za­wo­łam ją. - Odło­ży­ła chy­ba słu­chaw­kę na sto­lik, po czym za­wo­ła­ła gło­śno: - Ma­mu­siu, ja­kiś pan do cie­bie.

Ko­bie­ta, któ­ra po­de­szła do te­le­fo­nu, dy­sza­ła cięż­ko, jak­by bie­gła.

- Halo, mówi Sue McKil­lop.

- Prze­pra­szam, że pa­nią nie­po­ko­ję, ale czy do­dzwo­ni­łem się do domu Da­nie­la Pa­tric­ka McKil­lo­pa?

Przez dłuż­szą chwi­lę w słu­chaw­ce sły­sza­łem tyl­ko jej cięż­ki od­dech.

- Dan­ny nie żyje - ode­zwa­ła się wresz­cie szorst­kim, wy­zu­tym z emo­cji gło­sem. - Zgi­nął w pią­tek wie­czo­rem.

- Bar­dzo mi przy­kro. Je­stem Jack Irish. By­łem kie­dyś jego ad­wo­ka­tem. Pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać, ale wy­je­cha­łem, więc...

- Cóż... Wo­bec tego dzię­ku­ję, że pan za­dzwo­nił.

- Pro­szę wy­ba­czyć, że py­tam, ale jak...

Nie po­zwo­li­ła mi do­koń­czyć.

- Za­strze­lił go po­li­cjant. Za­mor­do­wał go - do­da­ła po chwi­li, jak­by chcia­ła roz­wiać wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści.

- Gdzie to się sta­ło? - spy­ta­łem me­cha­nicz­nie, czu­jąc, że prze­cho­dzi mnie zim­ny dreszcz.

- Na par­kin­gu przed pu­bem w Brun­swick.

- Jak się ten pub nazy...?

- Pod Bo­ha­te­rem Tra­fal­ga­ru.

* * *