Duchy przeszłości - Peter Temple

Reflow text when sidebars are open.
Cam zawiózł mnie do biura mieszczącego się przy tej samej ulicy co warsztat Charliego. Wiszący nad drzwiami szyld głosił: John Irish, adwokat i radca prawny. To ostatnie trochę na wyrost. Nie licząc dziwnych fuch u Harry'ego, zarabiałem głównie na ściąganiu długów i wyszukiwaniu świadków. Tak to bywa, gdy człowiek rzuca ciepłą posadkę adwokata od spraw kryminalnych i zaczyna wszystko od nowa.
Biuro składało się z dużego pomieszczenia, którego okna wychodziły na ulicę, oraz niewielkiego pokoiku i łazienki na zapleczu. Kiedyś zajmował je krawiec - pozostawiony przez niego stół do krojenia służył mi za biurko. Facet ze sklepu na rogu mówił, że krawiec lubił siadać na tym stole, zakładać nogę na nogę i zszywać ręcznie części ubrań. Usiadłem, włączyłem komputer, wyciągnąłem notes i zacząłem obrabiać zeznanie świadka z Sydney.
Kiedy skończyłem, poszedłem po kanapkę z sałatą do pobliskiego sklepiku na rogu, po czym zjadłem ją ze smakiem przy moim stole-biurku. Następnie pojechałem do biura Andrew Greera przy końcu Drummond Street w Carlton - biura, które sam kiedyś zajmowałem. Do sądu można było stąd dojść na piechotę, dlatego kupiliśmy ten stary budynek i remontowaliśmy go sami przez wiele miesięcy.
Samochód - stary, poobijany saab - Andrew parkował przed wejściem.
Nigdzie nie dostrzegłem sekretarki. Szedłem sobie spokojnie korytarzem, gdy Andrew niepostrzeżenie pojawił się na progu.
- Niezły gajer - powiedziałem, wskazując na jego ciemnogranatowy garnitur.
Drew spojrzał w dół.
- Doradziła mi go pani De Lillo. Od Bucka. Wart dziewięć stów. - A tutaj - wskazał na klapę - jest plamka po rzygach. Ale nie widać.
- Z tej odległości i w ciemnym korytarzu nie rzuca się w oczy - odparłem. - Znalazłem panię Brierley.
- Brawo. Co powiedziała?
- W krytycznym momencie widziała gościa pięć metrów od nieboszczyka. Znała go z widzenia. Kupował u niej rybę z frytkami.
Promienny uśmiech rozjaśnił pociągłą twarz Drew.
- Bóg okazuje miłosierdzie nawet najbardziej zatwardziałym grzesznikom. Wypijmy za to.
- Jest dopiero trzecia, Andrew.
- Drink przed obiadem zaostrza apetyt. A poza tym, prawnicy jadają wcześnie.
- Jej kochaś obił mnie kijem do bejsbola.
- Co? Ale chyba nic ci nie złamał?
Potrząsnąłem głową.
- Nie.
- To dobrze, bo za cierpienie nie dopłacę ekstra. Napijmy się, to ci ulży. Klient stawia. Obłowił się dzięki ubezpieczeniu.
Poszedłem za nim w głąb korytarza do kuchni mieszczącej się na tyłach budynku. Usiedliśmy przy krytym ceratą stole. Andrew otworzył dwie butelki piwa. Pociągnąłem łyk, odstawiłem butelkę i wcisnąłem ręce do kieszeni. Nawróceni opoje wiedzą, od czego się zaczyna.
- Co z Helen?
Andrew wypił jedną trzecią piwa, spojrzał na butelkę pod światło i zarechotał ironicznie.
- Zwiała. Zwiała do Eltham z jakimś malarzyną. Zostawiła mi dzieci.
- A dom?
- Nie dostanie domu. Chyba że po moim trupie.
- Pytam, czy malarz zdążył go pomalować.
- A skąd. Miał w głowie tylko miłość. Poza tym to artysta. Tyle że nikt o nim nie słyszał. Nazywa się Bruce Seal. Znasz?
- Przykro mi to mówić, ale owszem.
- Trzeba było ugryźć się w język i powiedzieć, że w życiu o skurwielu nie słyszałeś. - Andrew pociągnął kolejny łyk piwa i otarł wąsy. - Co o nim wiesz?
- Koleś jest z Eltham. Ma wielki talent. Zna pięć języków. Gra na fortepianie i w golfa. Uprawia karate, ma czternasty dan. I prawie dwudziestopięciocentymetrowego wacka. Dlaczego pytasz?
- Mniejsza z tym. I tak nie doczekam się od ciebie współczucia. - Dopił piwo i sięgnął po kolejne.
- A jak Lorna?
Zerknął na mnie podejrzliwie. Lorna była prokuratorem. Romansowali ze sobą od lat.
- W porządku. Nie ma z tym nic wspólnego. Helen o niej nie wiedziała.
- Co myślą o tym dzieci?
Drew uniósł złożone dłonie na wysokość twarzy.
- Nie mam pojęcia, co myśli Michael, bo zwierza się wyłącznie pięciu milionom użytkowników Internetu. A Vicky się cieszy, bo była w klasie jedyną dziewczyną, której rodzice ze sobą mieszkali.
Pociągnąłem łyczek piwa.
- Co powiedziała Helen?
Drew zerknął na sufit.
- Powiedziała, że zakochała się w cudownym mężczyźnie i że to by się nigdy nie stało, gdybym w ciągu ostatnich dwudziestu lat znalazł dla niej choć trochę czasu. Jakbym lubił urabiać sobie ręce po łokcie.
- Pewnie tak właśnie myślała. Jak zresztą wszyscy.
- Nie bądź kutasem. Potrzebuję pociechy.
- Jak widać, Helen też jej potrzebowała. I znalazła, choć założę się, że nie na długo. Mówią, że Bruce jest raczej łowcą niż zbieraczem.
- Wiesz to od swoich kumpli artystów?
- Tobie też przydałoby się bardziej zróżnicowane towarzystwo - mruknąłem. - Na świecie są nie tylko prawnicy, gliniarze i przestępcy. A przy okazji, co zrobiłeś z moimi starymi aktami? - Pociągnąłem ostatni łyk, wstałem i wylałem resztę piwa do zlewu.
Dwadzieścia minut później znalazłem w kartotece akta Daniela Patricka McKillopa. Dwudziestego drugiego listopada 1984 roku stanął przed sądem pod zarzutem spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Został uznany winnym. Ofiara miała dwadzieścia siedem lat. Nazywała się Anne Elspeth Jeppeson. Potrącił ją przy Ardenne Street w Richmond, osiemnastego czerwca 1984 roku o dwudziestej trzeciej czterdzieści. Zginęła na miejscu. Świadkowie widzieli McKillopa za kółkiem w kilka minut po wypadku. Znaleziono go godzinę później, śpiącego z głową na kierownicy. We krwi miał 0,1 promila alkoholu. Krew i włókna na samochodzie pasowały do próbek pobranych z ciała Anne.
W teczce znalazłem też wycinek z gazety datowanej na dwudziestego trzeciego listopada 1984 roku. Nagłówek głosił: Świadek potwierdza, że Jeppeson zginęła pod kołami auta. Niżej można było przeczytać:
Świadek wezwany wczoraj przed oblicze sądu zeznał, że trzy przecznice od miejsca wypadku widział pędzący z zawrotną szybkością samochód, który kilka minut wcześniej potrącił śmiertelnie Anne Jeppeson, działaczkę społeczną i pracownicę departamentu budownictwa komunalnego. Kierowca, Daniel Patrick McKillop, miał we krwi 0,1 promila alkoholu, co potwierdziło badanie wykonane dwie godziny po wypadku.
Dwudziestoczteroletni Daniel McKillop, zamieszkały w Richmond, przy ulicy Zinsser Street został uznany za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.
Ofiara, dwudziestosiedmioletnia Anne Elspeth Jeppeson, zamieszkała w Richmond, przy Ardenne Street, zginęła na miejscu, potrącona przed swoim domem osiemnastego czerwca 1984 roku.
Osiemnastego czerwca 1984 roku o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści świadek, Roland Bishop, jechał wzdłuż Freeman Street w Richmond, gdy zobaczył nadjeżdżający zygzakiem z naprzeciwka żółty samochód.
Oto jego zeznanie: "Omal nie staranował samochodów stojących na poboczu jezdni wzdłuż pasa, którym jechałem, po czym tuż przede mną skręcił nagle na drugi pas, znów cudem unikając zderzenia ze stojącymi na poboczu autami. Kierowca zahamował z całej siły. Wyglądało, jakby stracił panowanie nad samochodem".
Pan Bishop wyraźnie widział twarz kierowcy. Zapamiętał również część rejestracji. Natychmiast po powrocie do domu zawiadomił o zajściu policję.
Starszy posterunkowy Ivor Wilkins znalazł pana McKillopa w garażu jego domu, śpiącego za kierownicą żółtego forda falcona. Auto stanowiło własność oskarżonego. Pan Bishop zidentyfikował go jako kierowcę pojazdu, który widział przy Freeman Street.
Starszy posterunkowy Lauro Martines z wydziału ruchu drogowego przeprowadził u oskarżonego badanie na zawartość alkoholu we krwi. W dwie godziny po wypadku wynosiła ona 0,1 promila.
Doktor Albert Hone z policyjnego laboratorium kryminalistycznego dokonał porównania krwi, tkanek i włókien znalezionych na zderzaku auta pana McKillopa z próbkami pobranymi z ciała i ubrań panny Jeppeson. Wynik badania był pozytywny.
Wyrok w sprawie pana McKillopa zostanie ogłoszony czwartego grudnia.
Teczka zawierała również drugi wycinek, datowany na piątego grudnia 1984 roku. Dużymi literami głosił on: Wyrok w sprawie Jeppeson: kierowca skazany na 10 lat.
Z tekstu wynikało, że Daniel McKillop odpowiadał już wcześniej za jazdę pod wpływem alkoholu i na krótko przed wypadkiem odzyskał odebrane mu prawo jazdy. Wieczorem pił w dwóch hotelowych barach i nie pamiętał chwili wypadku. Sędzia powiedział sporo ostrych słów na temat pijanych kierowców, wyraził ubolewanie z powodu śmierci młodej kobiety, która miała przed sobą całe życie, i pochwalił obywatelską postawę świadka Rolanda Bishopa. McKillop został skazany na dziesięć lat więzienia, mimo że jego obrońca dowodził, iż jest w tej sprawie ofiarą na równi z Anne Jeppeson: "Biedny chłopak uwikłany w rozliczne uzależnienia".
Przejrzałem historię wątpliwych dokonań Danny'ego. Ich opis zajmował mniej więcej pół strony, a dotyczył głównie przewinień, które McKillop popełnił jako nieletni. Dwa razy aresztowano go za jazdę po pijanemu. Za drugim razem odebrano mu prawo jazdy na dwa lata. Odzyskał je na krótko przed wypadkiem. Dziwne, ale nigdy nie trafił do pudła. Sędzia wynagrodził mu to z nawiązką, wsadzając go na dziesięć lat, z zastrzeżeniem że o zwolnienie warunkowe może się ubiegać dopiero po ośmiu.
Czytałem te informacje tak, jakbym robił to po raz pierwszy. Spojrzałem na datę: listopad 1984 roku. Początek strefy zapomnienia, w której większość czasu spędziłem zalany lub mocno wstawiony po śmierci żony.
Przejrzałem pozostałe akta z roku 1984 i początku 1985. Po McKillopie wziąłem jeszcze pięć, sześć spraw. Nie pamiętałem żadnej z nich.
Wróciłem do gabinetu Drew. Czytał coś, rozparty za biurkiem.
- Czy kiedy załamałem się po śmierci Isabel, trzymałeś mnie z dala od sali sądowej? - spytałem.
Zdjął okulary i przetarł oczy.
- Można tak powiedzieć. Podprowadziłem ci wszystkie sprawy związane z reprezentowaniem klientów od dnia jej śmierci po dzień, w którym odszedłeś. Nie wątpiłem w twoje umiejętności. Bałem się jednak, że zrobisz sobie krzywdę.
- I zaszkodzę firmie. - Poczułem, że ogarnia mnie ciepła fala wdzięczności wobec tego wielkiego, pokręconego i zdawałoby się, wyzutego z uczuć faceta.
Znów włożył okulary i sięgnął po piwo.
- Tym się nie martwiłem. I tak dalibyśmy radę.
- McKillop mnie szuka. Pamiętasz go? - spytałem, podając Drew wyciągnięte z pudła akta.
Przez chwilę przeglądał je w milczeniu.
- Nie. Jego nie. Pamiętam za to tę babkę. Często wpadała na drinka do baru w Standardzie. - Oddał mi teczkę. - Danny dostał to, na co zasłużył. Szuka cię, bo pewnie znów wpakował się w jakieś gówno.
Wychodziłem już, kiedy nagle oznajmił:
- Chyba zajmę się Lorną na poważnie.
- Najpierw sprawdź w słowniku, co znaczy słowo "urlop". - Położyłem mu rękę na ramieniu. - Mam propozycję. Jedź ze mną w sobotę na mecz.
Skrzywił się przeraźliwie.
- Dawno tego nie robiliśmy.
- To prawda - przytaknąłem. - Nazwiska zawodników nadal brzmią znajomo. Choć to już synowie tych, którym kibicowaliśmy.
- Mam to gdzieś. Ale zgoda. Potem pójdziemy na steki. Do Vlada. - Uśmiechnął się. - Albo do jego syna.
* * *
Niedzielę spędziłem na słodkim nieróbstwie. Wałęsałem się po domu i co jakiś czas bez przekonania użalałem się nad sobą. Przez godzinę pisałem list do córki mieszkającej w Queensland. Claire była kucharzem na kutrze pływającym w okolicach Port Douglas. Wyobrażałem ją sobie jako smukłą piękność o kruchych nadgarstkach szerokości męskich knykci, otoczoną blondwłosymi, ogorzałymi olbrzymami, z oczami zimnymi jak u rekina. Przypomniałem sobie, jak po raz pierwszy spotkałem jej matkę na plaży w Bells Beach. Wokół niej leżeli na brzuchach napakowani testosteronem surferzy, kryjący w piasku potężne erekcje.
Zanim zasiadłem do pisania, po raz kolejny przeczytałem ostatni list od Claire. Zbyt często wspominała w nim o kapitanie kutra, Ericu. Dlatego też pod koniec własnej epistoły delikatnie nadmieniłem, że nadmierna bliskość zakłóca czasem trzeźwość sądów. Choć pewnie nie miałem powodów do narzekań - ten jej Eric załatwił sobie przynajmniej jakąś robotę.
Potem poszedłem do najbliższej skrzynki wysłać list. Ponure niebo wisiało ciężko nad ziemią, wiatr szarpał nagie drzewa. W parku nie było żywej duszy. Przy stole nieopodal placu zabaw siedzieli tylko mężczyzna z jakimś chłopcem. Mały jadł coś z piankowego pudełka, wbijając spojrzenie w blat stołu. Mężczyzna palił papierosa. W pewnej chwili podniósł dłoń i pogładził dziecko po włosach.
Wróciłem do domu. Czerwone światełko automatycznej sekretarki przyciągnęło mój wzrok już od progu. Wcisnąłem guzik i ciężko opadłem na kanapę.
Jack, mówi Andrew. Mam nadzieję, że już wróciłeś. Podesłałem ci klienta. Gość nazywa się Andropolous. Parę razy przymknęli mu kuzyna za wyłudzenie. Andy nie ma nic przeciwko. Gotówka do ręki. - Pauza. - A przy okazji: Helen zwinęła żagle. Zadzwoń, gdy dotrzesz do domu. Trzymaj się. Aha, moja sekretarka mówiła, że szukał cię tu jakiś facet, McKillop. Pewnie były klient. Na razie.
Głęboki głos automatycznej sekretarki dorzucił: czwartek, 23 lipca, godzina osiemnasta dwadzieścia. Andrew Greer, były wspólnik z kancelarii.
Jack, stary, mówi Danny McKillop. - Pauza. - Danny. Ucieczka z miejsca wypadku w 1984. Wyszedłem. Mówiłeś, że jakby co, mogę walić do ciebie jak w dym. Mam trochę kłopotów. Zadzwoń, proszę. Mój numer to: 9419 8432. Odezwij się. Najlepiej dzisiaj. Trzymaj się.
A maszyna dodała: czwartek, 23 lipca, godzina dziewiętnasta czterdzieści siedem.
Wyłączyłem sekretarkę. Danny McKillop. Ucieczka z miejsca wypadku. Nic mi to nie mówiło. Był moim klientem. I poszedł siedzieć. Pełno takich kręciło się po mieście. Ponownie wcisnąłem guzik sekretarki.
Jack, mówi Laurie Baranek. Gościa trzeba trochę przycisnąć z ugodą, rozumiesz? Poupierajmy się przy paru zarzutach. Musi wiedzieć, że jeśli się nie dogadamy, wpadnie po uszy w gówno. Zadzwoń do mnie, ale nie do pracy. Na komórkę.
Piątek, 24 lipca, czternasta dwadzieścia osiem. Laurie Baranek, handel warzywami i spekulacje na rynku nieruchomości.
Jack, tu znowu Danny. Danny McKillop. Zadzwoń koniecznie, o każdej porze. - Pauza. - Mam poważne kłopoty. Spotkajmy się w Brunswick, na parkingu przed barem hotelu Pod Bohaterem Trafalgaru. To przy drodze do Sydney. Może być dziś o siódmej? Nie wciągałbym cię w to, ale serio, nie wiem już, co robić. Na razie.
Głos z sekretarki dorzucił, że wiadomość nagrano w sobotę, dwudziestego piątego lipca, o piętnastej czterdzieści sześć.
Więcej wiadomości nie było, nagrała się tylko cisza i kilka pomyłek. Danny McKillop... Jego nazwisko nadal z niczym mi się nie kojarzyło. Wykręciłem jego numer. Nikt nie odebrał. Włączyłem Mahlera, zrobiłem sobie gulasz, otworzyłem butelkę wina, zadzwoniłem do siostry, a potem delektowałem się muzyką przez jakieś pół godziny. Dzień dobiegł końca.
W poniedziałek Cameron Delray, przyboczny znajomego dżokeja, odebrał mnie z zakładu stolarskiego Tauba w Fitzroy. Zakład ten mieścił się przy Carrigan's Lane, niechlujnej, jednokierunkowej uliczce prowadzącej do Smith Street w Collingwood. Podjeżdżając, Cam zablokował ją swoim kingswoodem. Byłem na zapleczu; próbowałem dowieść swojej przydatności, szlifując blat biurka. Wyłączyłem kolanem szlifierkę i zdjąłem okulary ochronne.
Cam skinął mi głową na powitanie, po czym poszedł dalej, do Charliego Tauba, który z zegarmistrzowską precyzją mocował zaciski na sekretarzyku w stylu Jerzego III.
- Czołem, szefie - zagaił. - Jak sobie radzi praktykant?
- Nieźle - bąknął Charlie, wyjmując z ust długie cygaro i patrząc na nie z namysłem. - Za pięć, sześć lat nauczy się spasowywać meble. Wtedy sprzedam mu interes i przejdę na emeryturę.
Zdjąłem swój skórzany fartuch i podszedłem bliżej w stronę Charliego.
- W wieku dziewięćdziesięciu lat? - spytałem. - To zdecydowanie za wcześnie. Wtedy dopiero świat stanie przed tobą otworem.
- Obejdziesz się bez niego przez jakiś czas? - Cam nadal rozmawiał wyłącznie z Charliem.
- Spróbuję. Pięćdziesiąt lat pracowałem sam, więc i teraz dam radę. - Taub rzucił mi taksujące spojrzenie spod siwych, krzaczastych brwi. - Nadal nie mogę sobie darować, że poznałem cię z Harrym Strangiem.
- Nie zadręczaj się tym. Znam gości trzy tysiące razy gorszych od Stranga - odparłem.
- Wyścigi zrujnują każdego.
- Chętnie dałbym się tak zrujnować jak on - zaśmiałem się kpiąco. - Ale boję się, że Strang umrze, nim tego dokona.
- Ma mnóstwo kasy. - Charlie zapalił cygaro, zaciągnął się i głośno zakaszlał, rozpraszając dym dłonią wielką jak rakieta tenisowa. - Inaczej dawno już poszedłby z torbami.
W kingswoodzie Cama unosił się lekki aromat perfum. Radio było włączone. Ktoś pewnym głosem mówił:
Pani premier, Marcia Saunders, podtrzymała dziś decyzję o przekazaniu sześciuset milionów dolarów na inwestycje w zatoce Yarra.
Przyjęcie programu zmierzającego do przebudowy dużej części zachodniego nadbrzeża zatoki było jednym z pierwszych posunięć nowego gabinetu.
Według pani Saunders zarówno ona, jak i inni przedstawiciele jej partii jako opozycjoniści przez wiele lat apelowali o wsparcie dla projektów rozbudowy znacznej części Melbourne.
Chwilę później w głośnikach zabrzmiał szorstki, nieco podniesiony głos pani premier - głos kogoś, komu przerywa się wyłącznie na własne ryzyko.
Poprzedni rząd tak bardzo nienawidził ludzi, którzy osiągają zyski i tworzą nowe miejsca pracy, że doprowadził do stagnacji stanu.
Ale mieszkańcy Victorii dość już mają manipulacji. Obecny gabinet próbuje na nowo ożywić tutejszą gospodarkę. Szczerze popieramy plan rozbudowy nabrzeża, podobnie jak nasi wyborcy, którzy powołali nas do rządzenia.
Przywódca opozycji David Kerr utrzymuje jednak - wtrącił się dziennikarz - że projekt inwestycji w zatoce Yarra nie ma żadnych zalet.
Na dowód z głośników zabrzmiał zgrzytliwy głos Kerra:
Rząd najchętniej oddałby cały stan w ręce swoich kolesi budowlańców. Zatoka Yarra to zaledwie początek.
- Gdzie, u diabła, leży ta zatoka Yarra? - burknął Cam.
- Nie wiem, ale nazwa brzmi egzotycznie - odparłem. - Przywodzi na myśl dziewczyny bez staników tańczące w spódniczkach z trawy.
- Zaczynają bez staników, a kończą bez cycków.
Byliśmy na Johnson Street. Zamknąłem oczy, gdy Cam wślizgnął się między dwa samochody, o grubość lakieru mijając przód drugiego z nich, by szybciej skręcić w Kingswood. Na szczęście się zmieścił. Wyłączył wywiad z panią premier, nastawiając radio na stację muzyczną. Po raz piąty od śniadania usłyszałem The Way We Were. Cam krzyknął, poirytowany, i znów zmienił stację. Tym razem jakiś facet ględził o transporcie publicznym.
Harry Strang mieszkał w Parkville, w olbrzymim wiktoriańskim domu całkowicie ukrytym za ceglanym murem. Cam wychylił się z okna, powiedział coś do domofonu i chwilę później brama rozsunęła się bezszelestnie przed maską naszego auta. Ruszyliśmy wysypaną żwirem alejką przez rozległy ogród, którym opiekowało się dwóch ogrodników.
Dom stał pięćdziesiąt metrów od bramy. Do środka wpuściła nas Lyn Strang, żona Harry'ego. Przekroczyła już najwyraźniej czterdziestkę. Przypominała pielęgniarkę ze szpitala w buszu. Miała krótkie włosy, zadarty nos, szerokie stopy. Obraz dopełniały duże usta, wielkie ręce i umięśnione łydy. Wcześniej była żoną małomiasteczkowego trenera o nazwisku Ronnie Braudel. Ronniemu dopisało szczęście, bo znalazł konia o imieniu Fiery Continent, mizerną szkapinę, która miała w sobie tyle szlachetnej krwi, co puszka psiego żarcia mięsa. Okazało się jednak, że trafił w dziesiątkę, bo koń przerósł swoich rodziców - talent, jaki rzadko się trafia.
Ronnie Braudel miał wystarczająco dużo oleju w głowie, by trzymać dziób na kłódkę i poszukać kogoś do pomocy. Jego ojciec znał Harry'ego Stranga, a Harry doskonale wiedział, co robić z wierzchowcem, takim jak Fiery Continent.
Wspólnie pracowali niemal rok, potem zaczęły się dla Ronniego złote dni. Przeniósł biznes do Queensland, zabierając ze sobą nową przyjaciółkę, osiemnastoletnią Valmę, wysoko wykwalifikowaną manicurzystkę z Wangaratta. Harry natomiast zainteresował się porzuconą małżonką wspólnika, i tak Lyn Braudel została czwartą panią Strang. Była trzydzieści lat młodsza od niego i przewyższała go o głowę, ale coś między nimi iskrzyło.
Harry czekał na nas w bibliotece - pomieszczeniu idealnie pasującym do klasycznych opisów bibliotek w rezydencjach. Na wprost okna ciągnęły się mahoniowe regały pełne książek, wysokie na jakieś pięć i szerokie na dziesięć metrów. Dostęp do górnych półek gwarantowały masywne drabiny wykonane z teku i mosiądzu, poruszające się po szynach. Wśród książek znalazło się chyba wszystko, co kiedykolwiek napisano o koniach i wyścigach konnych. Pozostałe ściany obwieszono rysunkami i obrazami przedstawiającymi słynne gonitwy i czempionów. Pomiędzy dużymi oknami wisiały w orzechowych ramach zdjęcia Harry'ego z czasów, gdy wygrywał wyścigi w Anglii i we Francji, czyli z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Dowodziły, że triumfował w derby Anglii i Irlandii, gonitwach króla Edwarda VII i królowej Aleksandry. Zdobył też Prix de l'Arc Triomphe, Grand Prix de Deauville, Prix de Diane i Grand Prix de Saint Cloud.
Nadal mógłby startować w tej samej kategorii wagowej co wówczas. Był dość wysoki jak na dżokeja, a wydawał się jeszcze wyższy dzięki wyprostowanej postawie i wiecznie uniesionemu podbródkowi. Wciąż miał gęste, ciemne włosy, tylko gdzieniegdzie poprzetykane srebrnymi nitkami, i niemal idealnie gładką twarz. Dziś włożył tweedowy garnitur, kremową koszulę i ciemnozielony jedwabny krawat, a do tego rdzawe półbuty. Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Ponieważ w sklepach nie ma ręcznie robionych półbutów dla dziesięciolatków, zrobił je na zamówienie Lobb's z Londynu - kosztowały cztery stówy każdy.
- Jack, Cam... Usiądźcie - zaprosił dwornie Harry. Lubił rozdawać karty.
Skorzystaliśmy z zaproszenia, siadając w skórzanych fotelach. Harry zajął miejsce za biurkiem, klasycznym meblem w stylu Eugene'a Harvilla, pochodzącym z warsztatu Charliego Tauba. Właściwie wszystkie meble w tym pokoju wykonał albo odnowił Charlie.
Harry położył ręce płasko na biurku. Wyglądały na dłonie kogoś o połowę od niego młodszego i przynajmniej dwa razy większego: kwadratowe, opalone, mocne. Widać było, że jest z nich dumny.
- Nadal doskwiera ci ramię, Jack? - spytał.
- Tylko gdy je nadwerężę - odparłem, nieświadomie dotykając kontuzjowanej ręki.
- Nacieraj je trzy razy dziennie. - Harry pokiwał mądrze głową. - A teraz do rzeczy. Koleś, z którym od lat kręcę interesy, ma dla nas coś ekstra. - Lata spędzone w Europie nie wymiotły niestety z języka Harry'ego małomiasteczkowych zwrotów i intonacji.
Rozległo się pukanie do drzwi. Weszła stara pani Aldridge, która prowadziła Harry'emu dom od ponad trzydziestu lat, a za nią Lyn Strang z tacą pełną filiżanek i srebrnym dzbankiem do kawy. Przy stole komendę objęła pani Aldridge, fuknięciem wypraszając Lyn z pokoju. Każdemu z nas wręczyła po filiżance czarnej, diabelnie mocnej kawy oraz po jednym czekoladowym biszkopcie, po czym wyszła energicznie z biblioteki.
- Koleś nazywa się Tie. Rex Tie - podjął Harry. - Hoduje w buszu krowy.
- Rex Czas Nagli? - mruknął Cam.
- Zgadza się.
- Nadal się z nim bawisz?
- Było, minęło. Chcę sprawdzić, czy Rex nadal zna się na rzeczy. W przyszłym tygodniu pojedziemy do niego na wieś. Pasuje ci, Jack?
Skinąłem głową.
- To dobrze. - Harry uśmiechnął się szeroko. - Wobec tego zapraszam na film.
Poszliśmy wszyscy do wyłożonego drewnianymi panelami kina Harry'ego i zapadliśmy w obszerne fotele. Cam wsunął do odtwarzacza kasetę, którą mu dałem, wcisnął parę przycisków na pilocie i na rozwijanym ekranie pojawiło się mokre od deszczu Pakenhm. Był tam też Harry. Stał z tyłu, tuż przy barierce. Wyglądał jak zwykle. Miał zielony filcowy kapelusz, prosty płaszcz przeciwdeszczowy i lornetkę. Podstawowa zasada brzmiała: na wyścigach nie zbliżać się do Harry'ego ani nie rozmawiać z Camem. Moje zadanie było proste. Miałem sfilmować gonitwę w New Ninevah wartą dwadzieścia patyków małą kamerą. Zapłacono mi za to i kilka porad prawnych.
- Puść start w zwolnionym tempie, Cam - zakomenderował Harry.
Oglądaliśmy w milczeniu.
- Jeszcze raz.
Gonitwę trwającą minutę, dwadzieścia cztery sekundy i dwadzieścia setnych oglądaliśmy ponad dziesięć minut. Kiedy Cam zapalił wreszcie światło, Harry spojrzał na mnie i spytał:
- Udało się, czy nie?
Wzruszyłem ramionami.
- Jak dla mnie, to próbował. Tym razem nie opóźnił startu.
- Fakt. Przynajmniej podjął walkę. Cam?
- Dla mnie sprawa jest prosta. - Cam nakleił na kasetę kartkę z opisem. - Nie lubi moknąć.
- Chyba że znów źle trafiliśmy - burknął Harry, podnosząc się ciężko z fotela. Wepchnął ręce do kieszeni, stanął przy oknie i wyjrzał na zewnątrz. - Mam wątpliwości - westchnął. - To wszystko na dziś. Spotkamy się w środę w Ballard. Znów zmrozi nam tyłki. Wpadnijcie koło dziewiątej na śniadanie, zgoda? Jack, Cam cię odwiezie. Ma do załatwienia kilka spraw. Potem musi też oczyścić rynny i poprzycinać róże.
- A na koniec włożę watowany garnitur i pokażę psom, jak się szczuje bandziorów - dorzucił Cam.
- Racja. Zapomniałem o nich. Wyszły trochę z wprawy.
* * *
Znalazłem Edwarda Dollery'ego, lat czterdzieści siedem, księgowego z zakazem wykonywania zawodu, rozrzutnika i niegodziwca, w domu wynajętym na nazwisko Carol Pick. Był to jeden z tych nowych, pokrytych klinkierem budynków, wybudowanych na pastwisku po wschodniej stronie miasta. Budynków dziwnie cichych, mających nie więcej niż dwanaście lat, kupionych z wysiłkiem na kredyt.
Twarz Eddiego nie wyglądała dobrze. Kilkakrotnie skaleczył się przy goleniu, a drobne, krwawiące ranki zalepił strzępkami papieru toaletowego, na których teraz lśniły purpurowe rozetki. Reszta też nie prezentowała się najlepiej. Krótki, pękaty korpus opinała wymięta, wczorajsza koszula w prążki, zestawiona z wiśniowymi spodniami od piżamy. Całość, o jakiej lepiej szybko zapomnieć.
- Tak? - spytał poirytowanym tonem kogoś, komu przerwano lekturę w samolocie lecącym do Tokio, Zurychu albo Mediolanu. Ręce trzymał za plecami, podtrzymując opadające spodnie.
- Marinara, tak? - Wskazałem palcem kieszonkę koszuli, na której zdążył już zaschnąć wspomniany sos.
Popatrzył na mój palec, a potem spojrzał mi w oczy. Już wiedział. W kąciku jego ust pojawił się czubek języka. Widać Ed zamierzał oblizać górną wargę, ale się zawstydził i rozmyślił.
- Proszę wejść - rzekł dużo łagodniejszym tonem. Cofnął się w głąb hallu. Wyciągnął zza pleców prawą rękę i wycelował pistolet w mój rozporek. - Właź albo odstrzelę ci jaja.
Zaskoczony, zerknąłem na broń. Wyglądała na albańską. Gruchot, który w każdej chwili mógł wystrzelić, ot tak.
- Pan Sabbatini? Pan Michael Sabbatni? - spytałem. - Przyszedłem w sprawie debetu na pańskiej karcie.
- Właź. - I znów machnął pistoletem.
Przesunął się, robiąc mi miejsce, a potem ruszył za mną w głąb domu. Przez nijaki korytarz przeszliśmy do saloniku zapchanego skórzanymi meblami w pastelowych kolorach.
Eddie zatrzymał się na środku pokoju. Ja też stanąłem i odwróciłem się twarzą do niego. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
- Chodzi wyłącznie o pieniądze. Celuje pan w przedstawiciela firmy windykacyjnej. Grozi za to kara więzienia. Jeśli nie życzy pan sobie omawiać warunków spłaty, z przyjemnością poinformuję o tym moich pracodawców.
Eddie potrząsnął lekko głową.
- Jak mnie znalazłeś?
Zamrugałem, udając zdziwienie.
- Nie szukałem pana, panie Sabbatini. Mamy pański adres. Przysyłamy panu wyciągi z konta.
Eddie przesunął tupecik i podrapał się w łysinę. Zauważyłem na niej kilka przerzedzonych kępek wszczepionych włosów.
- Muszę cię zamknąć - uznał po chwili. - Ręce na głowę.
Posłusznie wykonałem polecenie.
- Idź przed siebie. Już.
Trzymał się w bezpiecznej odległości. Kiedy dotarłem do drzwi kuchennych, był dobre półtora metra za mną. Wokół walały się puste butelki po szampanie - Perrier Jouët, Moët et Chandon, Pol Roger, Krug... Żadnego przywiązania do marki ani szacunku dla budżetu ojczyzny. Na blacie po mojej prawej zauważyłem butelkę Pipera.
- Obróć się w prawo - zakomenderował Eddie.
Wypełniłem polecenie, korzystając z okazji. Ledwie Eddie przestąpił próg kuchni, wziąłem szeroki zamach i rąbnąłem go flaszką Pipera prosto w szczękę. Albański gruchot wypalił Panu Bogu w okno, czyniąc przy tym nie więcej hałasu niż zamknięte z trzaskiem drzwi. Eddie wypuścił go z dłoni, żeby złapać się za twarz. Chwyciłem go za koszulę, obróciłem i wbiłem mu prawe kolano w kręgosłup, chwytając za resztki włosów i odginając do tyłu. Zwalił się ciężko na podłogę. Już miałem go kopnąć dla przykładu, kiedy nagle spłynęła na mnie fala spokoju i postanowiłem mu tego oszczędzić.
Eddie stękał i jęczał, ale przecież od butelki po szampanie nikt jeszcze nie umarł. Złapałem go za nogi, wyciągnąłem z kuchni i zamknąłem w łazience po drugiej stronie korytarza.
- Hej, koleś! - Dobiegł po jakimś czasie zza drzwi jego słaby głos. - Powiesz mi, jak się nazywasz?
- Popełniłeś błąd, Dollery. Gdzie forsa?
- Zaczekaj. Daj mi chwilę.
W lodówce znalazłem jedzenie na jakieś dwa, trzy tygodnie. Głównie mrożonki i gotowe dania. Desery z Kolumbii. Na podłodze sypialni i przylegającej do niej łazienki mnóstwo brudnych koszul i gaci. W szafie z przesuwnymi lustrzanymi drzwiami - trzy garnitury, dwie tweedowe marynarki oraz kilka par spodni w jednym rozmiarze. Na kolejnych wieszakach fartuszek pielęgniarki, uniform Sally z Armii Zbawienia, kostium pokojówki i coś, co wyglądało na mundur galowy kobiety oficera Waffen SS. Obok czarna bielizna, w tym kilka sztuk skórzanej, oraz czerwony pas do pończoch. Mój szacunek do pani Pick, kwiaciarki i sygnatariuszki aktu wynajmu domu, rósł z każdą chwilą. Widać było wyraźnie, że kobieta ma dobrą rękę. Pewnie do roślin też.
Kiedy mijałem łazienkę, wracając z pralni, w której przejrzałem stosy brudnej bielizny, zza drzwi znów dobiegł mnie głos Eddiego.
- Słuchaj, koleś. Nie chciałbyś być bogaty?
Słuch miałem świetny. Przystanąłem.
- Kontakt z ludźmi takimi jak ty, Dollery, dostatecznie wzbogaca moje wnętrze.
- Nie picuj. Naprawdę to zrobisz?
- Co?
- Wykończysz mnie?
Jak na byłego księgowego, nie grzeszył zbyt bogatym słownictwem.
- Nie tragizuj. Za dużo śniegu ostatnio wciągnąłeś.
- Jezu! Dasz mi jeszcze szansę?
Usiadłem w salonie i zadzwoniłem do Belvedere Investments, mojego tymczasowego pracodawcy. Pani Davenport obiecała, że Wootton wkrótce do mnie oddzwoni. Zanim została jego sekretarką, spędziła dwadzieścia lat w recepcji przychodni wenerologicznej. John Edgar Hoover1 wiedział znacznie mniej niż ona.
Czekając na obiecany telefon, rozejrzałem się trochę po domu. Potem usiadłem przy telefonie i zapatrzyłem się w okno z widokiem na Mabberley Court. Pustka. Ani śladu ruchu. Kątem oka zauważyłem tylko drgnięcie zasłon w domu naprzeciwko, tak sterylnie czystym i otoczonym tak zadbanym trawnikiem, że równie dobrze mógł być Grobem Nieznanego Mieszkańca Przedmieść.
Rozległ się dzwonek telefonu.
- Jack, chłopcze, obyś miał dobre wieści. Mów śmiało. - Wootton siedział chyba w pubie.
- Dollery myśli, że przyszedłem go zabić.
- Znalazłeś go? To świetnie.
- Mogłeś mnie ostrzec, że ma broń, Cyrilu. I że czuje się osaczony. Doliczę do stawki pięć procent ekstra za wstrząs, jakiego doznałem, gdy wycelował we mnie lufę pistoletu.
Wootton zaśmiał się chrapliwie.
- Eddie to oślizgły mały krętacz, ale nie skrzywdziłby muchy. Tacy jak on zawsze spodziewają się najgorszego, bez przerwy mają wyrzuty sumienia i po kryjomu wciągają cukier puder zamiast koki. Znalazłeś coś ciekawego?
- Damskie fatałaszki.
Wootton znów się roześmiał.
- To jedna z jego słabości. Pewnie miał je też na sobie.
Mabberley Court zwilgotniała od deszczu. Na ganku idealnego domu naprzeciwko pojawił się wielki biały kot.
Wychodząc, zatrzymałem się przy drzwiach łazienki, by pogadać z Eddiem. Mimo wszystko czułem niechętny szacunek do faceta, który zakłada kwiaciarnię po to tylko, żeby przebierać się w stare mundury Ilse Koch i zakładać pod nie skórzane figi z dziurą w kroku.
- Dollery! - zawołałem. - Radzę ci chętniej współpracować z ludźmi, którym kradniesz forsę. Nie strasz więcej pukawką ich wysłanników.
- Zaczekaj! Nie odchodź! - odkrzyknął. - Oddaj mi spluwę, to powiem ci, gdzie leży dziesięć kawałków. Przejdź od tyłu i podaj mi ją przez okno. Dziesięć kawałków, stary. Gotówką. W używanych banknotach.
- I tak wiem, gdzie znaleźć te dziesięć kawałków. Tacy jak ty trzymają je w zmywarkach. A siedemdziesiąt tysięcy upychają w otworach wentylacyjnych. Wootton wyliczył, że jesteś mu winien dwadzieścia kawałków. Wsunę pod drzwi kwit na osiemdziesiąt i długopis. Podpisz.
Przez chwilę w łazience panowała cisza.
- Powiedz mu, że oddam co do centa - zaskomlił wreszcie Eddie.
- Sam mu to powiedz. Podpisz.
Posłuchał i przepchnął papier na korytarz.
- Jeszcze długopis.
Kolejny ruch pod drzwiami.
- Dziękuję i do widzenia, panie Dollery.
Krzyczał coś, gdy zamykałem frontowe drzwi, ale nim doszedłem do auta, wrzaski ucichły. Biały kot przyglądał mi się z drugiego końca ulicy. Ruszyłem Mabberley Court. Dwie godziny później siedziałem już na trybunach toru wyścigowego w Pakenham, obserwując konia o imieniu New Ninevah, który w swojej pierwszej gonitwie był siódmy.
Następnego dnia poleciałem do Sydney, żeby pogadać z kimś, kto prawdopodobnie widział tragiczną w skutkach awanturę na parkingu przed centrum handlowym w Melton. Liczyłem, że uwinę się w góra sześć godzin. Zajęło mi to dwa dni. I oberwałem, bo facet omal nie rozwalił mi lewego ramienia kijem bejsbolowym. Aluminiowym, na japońskiej licencji. Kiedyś nigdy by mi się to nie przytrafiło. Dostałbym najwyżej drewnianym kijem do krykieta, owiniętym czarną taśmą izolacyjną. Albo i to nie, bo po prostu dawniej nie wziąłbym takiej roboty.
* * *
Powinienem był wziąć tę cholerną paczkę, Jack - powiedział starszy sierżant Barry Tregear.
Siedzieliśmy w moim wozie na parkingu przed McDonaldem w Kensingston i jedliśmy big maki. Barry wziął do swojego jeszcze dwie duże porcje frytek i dużą colę. Był potężnym facetem o głowie w kształcie gruszki i siwiejącej czuprynie jasnych włosów. Zawsze wydawał się tłusty, nawet wtedy, gdy spotkaliśmy się w Wietnamie, kiedy się jednak poruszał, jego ciało nie trzęsło się jak u grubasów.
- Powinieneś był wrócić do Hay - odparłem.
Barry wychował się pośród niezmierzonej pustki wokół miasta o nazwie Hay w Nowej Południowej Walii. Jego ojciec nie wrócił z europejskiego frontu drugiej wojny światowej, podobnie zresztą jak połowa ojców dzieciaków, z którymi Barry chodził do szkoły.
- Pieprzyć Hay - burknął. - Jeden koleś proponował mi kiedyś połowę motelu pod Lismore. Byliśmy razem w Licensing, ale potem on rzucił szkołę. Sprzedał interes za podwójną cenę kilka miesięcy temu. A ja nadal jeżdżę w kółko w strugach deszczu, należę za to do elitarnej grupy wyróżnionych policjantów. Numer ósmy na liście dziesięciu najlepszych. I gdzie tu sprawiedliwość? - Wgryzł się wściekle w kanapkę.
Kiedyś Barry napędzał mi sporo klientów. Najpierw pracował w obyczajówce, później w wydziale do spraw przestępstw zorganizowanych. Wtedy było to siedlisko twardych facetów, niewiele różniących się od przestępców, których ścigali. Często zdarzało mi się słyszeć, że kolesie Barry'ego spuścili komuś solidny łomot.
- W Ministerstwie ds. Policji urzęduje teraz były gliniarz - zauważyłem. - Nie zapomniał chyba o starych kumplach.
Barry wepchnął do ust garść frytek i przez chwilę przeżuwał je w milczeniu.
- Garth Bruce to fiut. I ma wybiórczą pamięć. Słyszałeś te jego pieprzone bzdety o tym, że trzeba pozbyć się z szeregów policji starej gwardii o nie najlepszych nawykach? - Znów sięgnął po frytki. - Należę do tej gwardii i jestem z tego dumny - dorzucił po chwili z pełnymi ustami.
- Co znaczy ta "stara gwardia"?
- Paru starych gliniarzy, trzymających się stołka od czasów, gdy nikogo nie obchodziło, skąd wziąłeś dziesięć dolców, bylebyś postawił za nie piwo kumplom. Z czasów, kiedy wystarczyło obić paru drani, żeby przegonić ich z ulicy w imię dobra ogółu. Dziś tylko my, stare pryki, uważamy, że śmieciowi, który donosi na kumpli do Wydziału Spraw Wewnętrznych, należą się solidne baty. To właśnie jest stara gwardia.
- A pozostali uważają was za bandę uzbrojonych gangsterów - podsunąłem domyślnie.
Barry dokończył frytki, dopił colę, pozbierał kartoniki i kubek do brązowej papierowej torby, zamknął ją starannie, po czym otworzył okno i wyrzucił ją na parking.
- I liczą, że wreszcie oberwiemy kulkę - podsumował. - Nie mieścimy się już w ramach zreformowanego systemu. Poza tym kiedyś, gdy zaczynałem robotę w policji, do gliniarzy strzelali jedynie najwięksi twardziele. Teraz mierzy w nas byle chłystek. We łbach im się przewraca od tego, co wciągają i co ładują sobie w żyłę. I to jest, według mnie, przyczyna wszystkich problemów.
Zerknął na zegarek.
- Szlag! Pora się zbierać. Co cię obchodzi ten McKillop?
- Broniłem go kiedyś. Ponoć mówił żonie, że ktoś chce go sprzątnąć.
Barry westchnął, a potem czknął.
- Jezu - bąknął. - Mam dość. Powiem krótko. Quinn z narkotyków dostał w sobotę przed siódmą telefon, że przed Trafalgarem o dziewiętnastej dojdzie do zakupu prochów. Zorganizował ekipę, a trochę trwało, nim się uwinęli, więc dojechali na miejsce kwadrans po.
Znowu czknął i przeszukał kieszenie.
- Nigdy nie mam czegoś na zgagę - jęknął. - W każdym razie na parkingu nie było nikogo, pomyśleli więc, że ptaszek odfrunął. Zaczęli przyglądać się samochodom. Wtedy zjawił się ten mały fiutek i wycelował trzydziestkęósemkę w Martina. Quinn stał za nim, toteż nie namyślając się długo, wyciągnął spluwę i władował w gościa cztery kulki. Położył go trupem na miejscu. W jego aucie znalazł później towar za pięć stów. Koniec historii.
- A McKilllop?
- Był winny.
- Nie do końca.
- Gówno zostanie gównem.
- Żona w to nie wierzy. Miał dziecko i pracę. Ponoć był absolutnie praworządny.
Barry parsknął wzgardliwie i pomasował sobie żołądek.
- To samo mówiła żona Eichmanna.
- A co, jeśli Quinn go załatwił, a potem podrzucił mu broń i prochy?
Barry przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, a potem potrząsnął głową. Miał jasnozielone oczy z ciemniejszymi plamkami na tęczówkach.
- Quinn jest oficerem, Jack. Służy w policji od szesnastu lat. Rozumiesz?
- Nie.
Barry wysiadł z auta, oparł łokcie na dachu i pochylił się do okna.
- Mógł załatwić McKillopa w jakiejś ciemnej uliczce. Gdzieś, gdzie nie byłoby świadków. Muszę lecieć. Oberwę, jeśli nie dotrę do miasta za pięć minut.
- Odezwę się jeszcze. Jestem ci winien drinka.
Barry znów wsadził głowę w okno.
- Nie pieprz. Należymy do starej gwardii.
Danny nie żyje - powiedziała staruszka przez szparę w drzwiach. - Coś pan za jeden?
Stałem na przeciekającym ganku pokrytego sidingiem domu w Richmond. Adres dostałem od strażnika więziennego, którego poznałem w czasach, gdy odwiedzałem więźniów w Pentridge. W więziennych aktach Danny'ego znalazła się wzmianka o jego najbliższej krewnej - ciotce, pani Mary McKillop. Odszukałem jej nazwisko w książce telefonicznej. Wyszło na to, że to jej numer zostawił mi na sekretarce Danny. Sue McKillop nie wiedziała, że ciotka męża żyje. Nie miała pojęcia, jak odnaleźć jego kuzynów.
- Pani Mary McKillop? - spytałem.
- On nie żyje - powtórzyła. - Czego pan chce?
- Jestem prawnikiem. Porozmawiajmy o Dannym.
- Danny nie żyje. Odpieprz się pan.
Uchylone drzwi zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Przez chwilę gapiłem się tępo na obłażącą z nich zieloną farbę. Zastanawiałem się, czy warto podjąć kolejną próbę. W smudze zapachów sączących się ze szczeliny, jaką zostawiła ciotka Danny'ego, gdy rozmawialiśmy, czułem zastały smród gotowanej kapusty, kocich siuśków i butwiejącego drewna cieknących sufitów. To przeważyło. Ledwie się odwróciłem, drzwi uchyliły się na milimetr.
- Spróbuj pan obok.
I znów trzask.
Zapukałem do drzwi domu po prawej. Otworzyła kobieta koło czterdziestki o cienkich, zmatowiałych włosach. Zamrugała, jakby poraziło ją światło dnia.
- Mam kilka pytań na temat Danny'ego McKillopa - oświadczyłem.
Długo patrzyła na mnie w milczeniu, po czym wsadziła ręce do kieszeni różowej podomki i beznamiętnym tonem odparła:
- Nie żyje. Pisali o tym w gazetach.
- Szukam jego kuzyna.
Milczenie.
- Chodzi o wypadek, z powodu którego Danny trafił za kratki. Być może niesłusznie.
Nadal nic. Widać kobieta czekała na kolejne rewelacje.
- Można się starać o odszkodowanie.
- Proszę pogadać z Vinem. - Odchrząknęła. - To kuzyn Danny'ego. Nie ma go tutaj.
- Nazywa się Vin McKillop?
Skinęła głową.
- Wie pani, gdzie go znajdę?
Przez chwilę się zastanawiała.
- Pewnie jest w robocie. Tylko wtedy wstaje przed południem. Dennis Shanahan z Edge Street będzie wiedziała gdzie.
Znalazłem numer Dennis Shannahan w książce telefonicznej. Bez oporów powiedziała mi, że Vin rozbiera budynek przy Joseph Street w Abbotsord.
Na miejscu zastałem trzech facetów w średnim wieku, nastolatka i uwiązanego na smyczy psa z kolczatką na szyi. Widziałem ich z drogi jak na dłoni. Jeden z robotników siedział w kabinie ciężarówki stojącej za szkieletem piętrowego budynku, drugi wyważał łomem ramę okna, trzeci natomiast palił drewniane belki w rogu budynku. Nastolatek rozwalał cegły młotem albo dłutem. Pies pilnował ich wszystkich. Przenośne radio stojące pośród ruin grało na cały regulator.
Przeszedłem przez ulicę i idąc wzdłuż desek wyznaczających granice odsłoniętych płytek podłogowych, dotarłem do czegoś, co wcześniej było drzwiami budynku. Wokół unosił się smród biedy: starego tłuszczu, niemytych stóp, przypalonych desek do prasowania i zatkanych rur.
- Szukam Vina! - zawołałem do gościa, który mocował się z oknem.
Nie obejrzał się nawet, ale wskazał kciukiem gdzieś za siebie.
Podejrzewałem, że szef tego bałaganu siedzi w ciężarówce, podszedłem więc do faceta przy ognisku. Zatrzymałem się w bezpiecznej odległości, w której żar nie wydawał się już nie do zniesienia. Koleś nie zwrócił na mnie uwagi. Był niski i krępy. Miał ciemne, kręcone włosy oraz grube baczki, pamiętające pewnie czasy Elvisa. Podobnie zresztą jak jego spodnie oraz smar na rękach i brud pod paznokciami. Spłaszczony, krzywo zrośnięty nos oraz brak prawie połowy prawej brwi świadczyły o burzliwej przeszłości.
- Vin McKillop? - spytałem.
Znieruchomiał z grubą belką w prawej dłoni. Zerknął na mnie podejrzliwie. Miał małe, bystre oczka boksera.
- A kto pyta?
- Jestem prawnikiem. - Podszedłem nieco bliżej. - Chodzi o Danny'ego McKillopa. Wiem, że nie żyje, ale szukam kogoś, kto go znał.
Vin wrzucił belkę do ognia.
- Po co? - spytał.
- Zbieram informacje o wypadku, w którym zginęła kobieta.
Sięgnął po kolejną belkę.
- Odsiedział swoje - rzucił.
- Zastanawiam się, czy słusznie.
Przez chwilę patrzył w płomienie.
- A co ci do tego, czy słusznie, czy nie?
- To dość skomplikowane. Daj mi chwilę. Zapłacę ci stawkę dla świadka.
- Jestem w pracy.
- Weź wolną godzinkę. Wyrównam ci straty.
Vin McKillop ułożył starannie belkę w ognisku, po czym podrapał się palcem pod nosem.
- Za rogiem jest pub - burknął w końcu. - Czekaj tam na mnie. To cię będzie kosztować dwie dychy.
Pub był pusty, jeśli nie liczyć dwóch staruszków siedzących przy stole i patrzących pusto w przestrzeń. Ciemne pomieszczenie cuchnęło skwaśniałym piwem i karbolem. Zamówiłem dwa piwa i usiadłem blisko wyjścia. Po chwili zjawił się Vin. Pomaszerował prosto do drzwi z napisem "Dla panów". Kiedy wyszedł, stanął przy barze i popatrzył na mnie wyczekująco. Wziąłem piwa i podszedłem.
- Na zdrowie - powiedziałem, podając mu kufel.
Nie odpowiedział. Wziął jednak naczynie i wychylił trzy czwarte jego zawartości.
- Ile dajesz tym swoim świadkom?
W kieszeni miałem już naszykowany pięćdziesięciodolarowy banknot. Wyjąłem go i położyłem na barze.
Vin schował go do kieszeni koszuli. Z tej samej kieszeni wyciągnął papierosa i plastikową zapalniczkę. Zapalił. Zaciągnął się mocno, po czym wypuścił dym nosem. Miałem ochotę poprosić, by mnie poczęstował.
- Ty jesteś Jack - raczej stwierdził, niż zapytał.
- Nie. - Wyjąłem wizytówkę i przytrzymałem mu ją przed nosem. Spojrzał obojętnie.
- Nie mam okularów. Co tu jest napisane?
- Że jestem prawnikiem. - Zdałem sobie sprawę, że Vin nie umie czytać.
- Danny nie potrzebuje już prawników.
- Ale jego żona i córka owszem. Kiedy widziałeś go po raz ostatni?
- Krótko po tym, jak wyszedł z pierdla. Nie poznałem go. Zgubił z pięćdziesiąt kilo.
- Czym się zajmował, zanim poszedł siedzieć?
- Niczym. - Vin dopił piwo i skinął na barmana wielkim, brudnym paluchem.
- Byłeś zaskoczony, że wjechał w tę babkę?
Zaciągnął się po raz ostatni i rzucił niedopałek na podłogę. Nawet go nie przydepnął. Zapalił kolejnego papierosa.
- Nawet bardzo zaskoczony. - Oparł dłoń z papierosem na barze i zabębnił kciukiem w drewno.
- Dlaczego?
- A co za różnica. I tak żrą go teraz robale.
- To ważne. Dlaczego byłeś zaskoczony?
Osuszył połowę kufla, po czym otarł usta rękawem koszuli.
- Trzymał się z dala od kółka. Stracił prawko za jazdę po pijaku. Dopiero mu je oddali. Bał się jak cholera, że następnym razem pójdzie siedzieć.
- Uchlał się i zapomniał o strachu.
Vin podrapał się pod pachą.
- Niby prawda, ale w sobotę zalał się w pestkę w Punt Road i spadł z krzesła kwadrans po jedenastej. Powiedz, jakim cudem zdążyłby w pół godziny wytrzeźwieć tak, żeby wrócić do domu, wsiąść do auta, przejechać trzydzieści przecznic i stuknąć jakąś laskę?
- Nie powiedział o tym sędziemu.
- Żebyś, kuźwa, wiedział.
- Skąd wiesz, gdzie był kwadrans po jedenastej?
- Widział go mój kumpel.
- I nie powiedział o tym glinom?
- Usłyszał o sprawie dopiero, gdy Danny już siedział.
- I dalej milczał?
Vin znów wydmuchał dym przez nos.
- Liczył, że Danny posiedzi dłużej. Mój kuzyn był kapusiem. Wielu liczyło, że strażnikom zawieruszy się gdzieś klucz do jego celi.
- Dla kogo kapował?
- Dla tych z narkotyków. Donosił na fiutków, którzy zgrywali po knajpach ważniaków. Jeden gliniarz odpalał mu za to działki.
- Heroiny?
- Czego popadło.
Do pubu weszło dwóch robotników w waciakach i wełnianych czapkach. Vin zlustrował ich uważnie, po czym dopił piwo.
Zamówiłem kolejne dwa kufle.
- Z jednym z tych swoich kolesi gadał przed pubem w tamtą sobotę.
- Skąd wiesz?
- Też od kumpla. Widział Danny'ego w aucie Scullina. Potem kuzynek wrócił do knajpy. Szastał forsą i pił whisky. Co parę minut biegał do kibla. W końcu padł. Wykopali go krótko po jedenastej. Kumpel widział go na ławce z kolejną flaszką.
- Kwadrans po jedenastej?
- Mniej więcej.
- Czy twój kumpel pogadałby ze mną za stawkę dla świadka?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie żyje. Przedawkował.
- Gliniarz nazywa się Scullin?
- Nie pamiętam.
- Gdzie Danny trzymał auto?
- W garażu za domem babci.
- Przy Collett Street?
- Tak.
- Kawał drogi od Clifton Hill.
- Żebyś wiedział. - Jednym haustem dopił piwo. - Muszę się zbierać.
- Dzięki za pomoc.
- Nic ci nie powiedziałem. Jasne?
- Jasne.
Zanim wyszedł, obejrzał się jeszcze przez ramię. Jego oczka boksera nie zmieniły wyrazu, ale wiedziałem, że dobrze zapamięta moją twarz.
Nigdy nie czułem się winny śmierci żony. Ani wtedy, ani teraz. Zginęła na podziemnym parkingu przy La Trobe Street, zastrzelona przez jednego z moich byłych klientów, Wayne'a Waylona Milovicha. Kiedy skonała, drań przykleił jej do czoła kopertę z listem do mnie, po czym wsiadł do swojego forda falcona z 1974 roku obciążonego stu trzynastoma mandatami za złe parkowanie i zdetonował dwie czy trzy laski dynamitu, które trzymał na kolanach. List brzmiał tak: Panie adwokacie Judaszu, czy wiesz co zrobiłeś? Żona ode mnie uciekła. Zabrała dzieci, bo gniłem w pudle. Trafiłem tam przes ciebie, bo nie słuchałeś, ćwoku, co do ciebie muwię.
Niezrównoważeni psychicznie klienci. Ryzyko zawodowe. Isabel o tym wiedziała. Sama była prawnikiem, specem od prawa rodzinnego. Większość jej klientów zdradzała objawy obłędu.
Nie czułem się winny jej śmierci. Byłem wściekły na los, ale nie umiałem tego nikomu wyjaśnić. Zewsząd słyszałem, że muszę przestać się torturować. Wszyscy chcieli, żebym miał wyrzuty sumienia. A ja upijałem się, płakałem w barach i ciągle wdawałem się w bójki z nieznajomymi nie dlatego, że obwiniałem się o śmierć Isabel, lecz dlatego że gotowałem się z wściekłości. Straciłem kogoś, kto rozjaśniał mi życie. Miałem prawo do poczucia straty. Nienawiści. Braku nadziei i sensu. Z tego stanu wyciągnąć mnie mogło jedynie zmartwychwstanie żony.
Isabel i ja bardzo się od siebie różniliśmy. Jej dzieciństwo wyglądało zupełnie inaczej niż moje. Dorastała w gronie rozwrzeszczanych dzieciaków, do szaleństwa kochanych przez rodziców, muzyka i malarkę. Jej świat pełen był twórczego chaosu, radości, gorączkowego pośpiechu, marzeń i ogromnej wrażliwości. Kochała ludzi i obdarzała ich troską jak niebo ziemię ciepłym, letnim deszczem. Wtargnęła w szarzyznę mojego życia i przepędziła ją swoim zaraźliwym śmiechem.
Po jej śmierci na wiele miesięcy straciłem kontakt z rzeczywistością. Najchętniej złożyłbym Wayne'a kawałek po kawałku z powrotem do kupy tylko po to, by potem rozszarpać go zębami i pazurami. Nie potrafiłem siedzieć bezczynnie, słuchać muzyki, czytać ani zamieniać z kimś więcej niż kilka słów. Zasypiałem tylko wówczas, gdy zalałem się w trupa. Budziłem się po kilku minutach, zlany zimnym potem. Jedzenie smakowało jak proch, nie jadłem więc tygodniami. Któregoś dnia wyszedłem z kancelarii i zniknąłem na kilka miesięcy. Jeździłem bez celu albo piłem na umór z miejscowymi mętami w zatęchłych pubach, a potem budziłem się skulony na siedzeniu samochodu albo w jakimś podejrzanym motelu. W końcu aresztowano mnie w zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze w Queensland o nazwie Everton. Ktoś przejrzał mój portfel i zadzwonił do Andrew Greera. Drew pociągnął za kilka sznurków, pogadał z kuzynem, ministrem tamtejszego gabinetu, i wyciągnął mnie z pudła bez postawienia zarzutów. Moje auto niestety zniknęło; wróciliśmy do domu samolotem. Spędziłem za kratkami sześć dni bez kropli alkoholu. Najgorsze miałem za sobą. Po powrocie zamknąłem się w domu na kilka tygodni. Wychodziłem wyłącznie po jedzenie. Z czasem przywykłem do tego, co nazywa się normalnym życiem.
Siedząc w biurze, wsparty łokciami o stół krawiecki, myślałem o Dannym McKillopie i o tym, że wrócił do mnie z mroku tamtych dni. Nie przebolałem straty żony. Nigdy jej nie przeboleję. Isabel nadawała sens mojemu życiu. Bez niej wszystko się zmieniło. Ból, jaki czułem, wiedząc, że już jej nie ma, sprawiał, że czasem wzdychałem mimowolnie i potrząsałem głową jak pies, by otrząsnąć się z cierpienia.
Danny McKillop zginął przed wejściem do pubu, w którym miał nadzieję się ze mną spotkać. Powinienem był o nim zapomnieć, i to jak najszybciej, ale choć o tym wiedziałem, nie potrafiłem się na to zdobyć. W najgorszych chwilach swojego życia Danny potrzebował trzeźwego adwokata. Dostał mnie. Po wielu latach znów się do mnie zwrócił, a ja nie odpowiedziałem na wezwanie. Przyjechałem do domu kwadrans przed dziewiętnastą. Czy pojechałbym Pod Bohatera Trafalgaru, gdybym odsłuchał wiadomości na sekretarce, zamiast od razu kłaść się do łóżka? Pewnie tak. Kląłbym jak szewc, ale dotarłbym do pubu przed dziewiętnastą. W sobotni wieczór droga nie trwałaby dłużej niż kilka minut.
Zadzwonił telefon. To był Drew.
- Widziałeś "Heralda"?
- Nie.
- Napisali o McKillopie.
Kupiłem gazetę z sklepie na rogu i na trzeciej stronie odnalazłem wiadomość.
Policja zidentyfikowała mężczyznę zastrzelonego w sobotę wieczorem przez jednego z detektywów na parkingu przed hotelem Pod Bohaterem Trafalgaru w Brunswick. Zabity to Daniel Patrick McKillop z Northcote.
Aspirant sztabowy Martin Doyle zapewnił, że strzał oddano po tym, jak pan McKillop wymierzył broń w policjantów, którzy zwrócili uwagę na podejrzanego mężczyznę kręcącego się w pobliżu hotelowego parkingu.
Dochodzenie w tej sprawie trwa, aspirant Doyle zapewnił jednak, że jak na razie nie ma podstaw, by podejrzewać policjantów o przekroczenie uprawnień. Najprawdopodobniej zdecydowali się na strzał w obawie o własne życie.
Pan McKillop kilka lat temu odsiadywał wyrok za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, w którym zginęła młoda kobieta. Zwolniono go za dobre sprawowanie po ośmiu latach kary.
Nie miałem innego wyjścia. Musiałem spotkać się z wdową.
Sue McKillop była pulchna i sympatyczna. Miała krótkie ciemne włosy oraz okrągłą buzię stworzoną do uśmiechu. Zaczerwienione oczy zdradzały, że płakała. Rozciągnięty zielony dres dodawał jej lat.
- Przejdźmy do kuchni - powiedziała, gdy już wymieniliśmy uprzejmości. - Przygotowuję kolację dla Kirsty.
Ruszyłem za nią przez wąski korytarz do dużego, ciepłego pokoju, w którym stały fotele oraz telewizor. W głębi dostrzegłem wejście do kuchni. Na kanapie siedziała dziewczynka w piżamie w drobne różyczki. Oglądała teleturniej.
- Kirsty, to pan Irish. Przywitaj się.
Mała spełniła polecenie, poszliśmy więc dalej.
Usiadłem przy sosnowym stole i obserwowałem, jak Sue McKillop kroi tosty na mniejsze kwadraty, a potem wykłada na nie z patelni jajecznicę.
Pogrzebała w szufladzie, wyjęła z niej mały widelec i zaniosła kolację do pokoju.
- Pozwalam ci dziś zjeść przed telewizorem, słonko - powiedziała do córki, stawiając przed nią talerz. Cmoknęła ją w czoło i wróciła do kuchni.
Usiadła naprzeciwko mnie.
- Mój ojciec przyjeżdża dziś z Queensland - oznajmiła. - Ma osiemdziesiąt lat. Prosiłam, żeby tego nie robił, ale się uparł. Bez niego też dałybyśmy sobie radę.
- Co z rodziną Danny'ego?
Sue uśmiechnęła się blado.
- Miał tylko nas. Wychowała go babcia. Zmarła, kiedy siedział. Zostali mu jedynie dalecy kuzyni.
- Danny zostawił mi wiadomość. Prosił, żebym spotkał się z nim w sobotę na parkingu hotelu Pod Bohaterem Trafalgaru. Odsłuchałem ją dopiero w niedzielę. Wie pani, dlaczego chciał się ze mną zobaczyć?
- Bał się. - Sue oblizała usta. - W czwartek wieczorem czekali na niego przed domem. Na szczęście zaparkował za rogiem i zauważył ich, idąc w tę stronę.
- Kim są ci "oni"?
- Nie wiem. Jacyś ludzie. Mieli coś wspólnego z tym wypadkiem sprzed lat, ale Danny nie wtajemniczył mnie w szczegóły.
- Z wypadkiem, przez który trafił do więzienia?
- Tak. Był niewinny.
- Skąd ta pewność?
Sue wzruszyła ramionami.
- Ktoś mu powiedział, że go wrobili.
- Wie pani kto?
- Nie. Jakaś kobieta. Danny powiedział kiedyś, że straciła męża.
- Kiedy to było?
- Jakiś miesiąc temu. Bardzo się wtedy zmienił. Szybko wpadał w złość. Dlaczego pan pyta?
- Mógłbym spróbować się czegoś dowiedzieć - zaproponowałem po chwili wahania.
- Po co? Nic już nie da się zrobić. Nie wróci mu pan życia.
- Powiedziała pani, że został zamordowany.
- Nigdy nie miał broni. A nawet gdyby ją zdobył, nie wycelowałby jej w policjanta.
- Może nie wiedział, z kim ma do czynienia.
Przeczesała palcami włosy.
- Gliniarz, którzy powiadomił mnie o jego śmierci, powiedział, że go uprzedzili.
- Po wyjściu nie miał już kłopotów z prawem?
Spojrzała mi prosto w oczy.
- Nie był przestępcą. W więzieniu zrobił maturę. Pracował z moim kolegą w Marston. Tak go poznałam. Handlowali częściami do samochodów.
- Lubił zaglądać do kieliszka.
- W poprzednim życiu. Przy mnie nie wypijał więcej jak dwa piwa.
Wierzyłem jej. Prawnicy mają szósty zmysł, dzięki któremu potrafią odróżnić prawdę od kłamstwa.
- Co zrobił, gdy zobaczył tych ludzi przed waszym domem? - spytałem.
- Poszedł do najbliżej budki telefonicznej i zadzwonił do naszego sąsiada Cola Mullensa, a ten do mnie.
- Dlaczego nie zadzwonił wprost tutaj?
- Nie wiem.
- Co powiedział?
- Że nie wrócił do domu, bo ktoś go obserwował. Znalazł sobie jakiś nocleg i doczekał do piątku. Bał się. Słyszałam to w jego głosie.
- Dlaczego nie zgłosił tego policji?
Potrząsnęła głową i wyjęła z rękawa wymiętą chusteczkę.
- Podejrzewał, że ktoś z policji maczał w tym palce. - Wydmuchała nos. - Tylko gliniarz mógł go wrobić w wypadek. Wiedział pan, że przed procesem faszerowali go tabletkami? Mówił, że nie zdawał sobie nawet sprawy, co się dzieje.
- Nie wiedziałem. Czy przed waszym domem też czekali policjanci?
- Tak myślę.
- Nie powiedział tego?
- Nie.
- Powiedziała pani o tym policji?
- Tak. W piątek, kiedy tu przyszli.
Do kuchni weszła dziewczynka z pustym talerzem.
- Teraz lody - poprosiła, patrząc na mnie spod oka.
Sue wstała, wyjęła z zamrażalnika pudełko z lodami, przełożyła dwie gałki do miski i podała ją córce.
- Chce pan? - spytała mała, wyciągając naczynie w moją stronę.
- Nie, dziękuję. Nie jadłem jeszcze kolacji.
Kirsty skinęła głową ze zrozumieniem i wróciła przed telewizor.
- Przepraszam, że niczym pana nie poczęstowałam - podjęła Sue.
- Nie ma sprawy. Co zrobił Danny po tym, jak zadzwoniła ta kobieta z informacją, że wrobiono go w wypadek?
- Postanowił doprowadzić do ponownego wszczęcia śledztwa. Podobno istniały dowody.
- Znalazł je?
- Chyba nie. Nie wiem. Danny niewiele mówił. Zwykle długo coś planował, obmyślał wszystkie ewentualności, a potem zaczynał działać i nie przestawał, póki nie doprowadził sprawy do końca. - Rozejrzała się wokół z wyraźną dumą. - Sam odnowił kuchnię. Wziął dwa tygodnie urlopu i zabrał się do dzieła. Wcześniej nie wiedziałam nawet, że umie wbijać gwoździe.
- Dobrze się spisał - pochwaliłem. - Czy te cyfry coś pani mówią? - Pokazałem jej numer, który podał mi Danny.
- Nie. Nie znam tego numeru.
Miałem jeszcze mnóstwo pytań, ale nagle zapragnąłem wydostać się z przytulnej kuchni, którą Danny McKillop urządził dla swojej rodziny, i odetchnąć rześkim powietrzem wieczoru. Zostawiłem wizytówkę i wyszedłem. Kiedy byłem już na zewnątrz, Kirsty podbiegła do frontowych drzwi, żeby pomachać mi na pożegnanie.
* * *
Wróciłem do Melbourne w sobotę o 17.30. Po drodze z lotniska wysłuchałem podsumowania wyników rozgrywek futbolowych. Drużyna Fitzroy rozpoczęła sezon spektakularną porażką, oznajmił komentator. Miałem ochotę go wyłączyć. Interesował mnie wyłącznie wynik dzisiejszego meczu! Odpowiedź nadeszła znacznie później: Fitzroy przegrało siedemdziesiąt osiem do stu czternastu.
Skręciłem w Royal Park, objechałem uniwerek i Carlton Street i dojechałem do pubu Książę Pruski. Był to jeden z niewielu pubów w Fitzroy, który nadal utrzymywał się wyłącznie ze sprzedaży piwa. Większość pozostałych dawno już zmieniono w knajpki tajskie lub włoskie z kolorowymi nadrukami z menu na szybach.
Zaparkowałem auto przecznicę wcześniej, stając dwoma kołami na chodniku, po czym pieszo doszedłem do pubu. Prowadziła mnie do niego smużka niedającego się z niczym pomylić zapachu: kwaśny odór rozlewanego przez setki lat piwa. Pijali tu mój dziadek i ojciec. Śniada twarz tego ostatniego, zastygła w wyrazie skupienia, patrzyła na mnie z wyblakłych fotografii drużyny futbolowej Fitzroy z lat czterdziestych, wiszących obok drzwi z napisem "Dla panów".
Dziś już niewielu kibiców Fitzroy pamiętało mojego ojca, a jeśli go pamiętali, odnosili się do mnie z pogardą, uważając, że do pięt mu nie dorastam. Przy barze siedziało trzech takich weteranów, pogrążonych we wspomnieniach nad szklaneczką złocistego płynu. Kiedy stanąłem w drzwiach, strzepując z rękawów krople deszczu, patrzyli na mnie tak, jakbym osobiście odpowiadał za trzydziestosześciopunktową porażkę Fitzroy w meczu z Carlton.
- Trzy przejęcia z rzędu - mruknął Eric Tanner, który siedział najbliżej drzwi. - Grali jak ostatnie cioty. Gdzieś ty się, u diabła, podziewał?
- Przykro mi. Miałem robotę.
Wszyscy panowie, których łączny wiek przekraczał pewnie ze dwieście dwadzieścia lat, spojrzeli na mnie jak na komendę z tym samym wyrazem oczu. Tak patrzą kumple na chłopaka, który stoi i gada z dziewczyną, podczas gdy inni męczą się na boisku.
- Poleciałem do Sydney załatwić pilną sprawę. - Równie dobrze mogłem powiedzieć, że wyszedłem ze świnią szukać trufli, bo i tak nie zaszczycili mnie uwagą.
- Szkoda, że nie wziąłeś ze sobą chłopaków z drużyny - oznajmił Wilbur Ong.
- Czy jakakolwiek robota jest pilniejsza od rozgrywek? - spytał z niedowierzaniem Norm O'Neill. Dla siedzących przy barze weteranów futbolu wyjazd z Melbourne podczas sobotnich meczów był mniej więcej tak samo kuszący jak kursy samodoskonalenia się w pracy.
Zerknąłem na barmana Stana. Stał w przejściu prowadzącym do kuchni i podniesionym tonem rozmawiał z żoną, Liz. Ze swojego miejsca widziałem tylko połowę jej twarzy i ironiczny grymas skrzywionych z niesmakiem ust. Stan rzucił jeszcze jedno słowo, po czym pożeglował majestatycznie za bar. Był wielkim facetem o rzednących włosach i małym, okrągłym nosku, doklejonym do mięsistej twarzy jakby przypadkiem. Pub należał do jego ojca, Morrisa, który miał już osiemdziesiąt sześć lat, ale nie chciał sprzedać synowi lokalu, a co gorsza, ku wiecznemu oburzeniu Liz, nie miał najmniejszej ochoty umrzeć w porę.
- Chłopcy za tobą tęsknili - zagadnął.
- Powiedzieli mi nawet, jak bardzo - odparłem. - Wyczyściłeś już rury? - dodałem, bo jego piwo od kilku tygodni miało dziwny smak.
Spojrzał na mnie z politowaniem.
- Przez te rury można by karmić niemowlę. Kazałem je przeczyścić parą pod ciśnieniem. Facet, który to zrobił, mówił, że nic z nich nie wyciekło, co nie przeszkodziło mu zedrzeć ze mnie za usługę. - Postawił na barze pierwszą pełną szklankę. - Dzwonił ten twój Angol, Wootton. Prosił, żebyś się odezwał, gdy wrócisz.
- Taki z niego Angol, jak i z ciebie. Jego stary uczył obróbki metalu w Preston Tech.
- Szkoda że mój też nie uczył w Preston Tech - burknął Stan z ironią. - Nie musiałbym tu sterczeć i godzinami wysłuchiwać ględzenia staruchów o jakichś piekielnych meczach sprzed sześćdziesięciu lat.
Zadzwoniłem do Woottona z klitki zapchanej starymi rachunkami, ulotkami i pocztą, którą Stan nazywał szumnie swoim biurem. Pod telefonem znalazłem biuletyn piwowarów z 1954 roku.
- Pan Wootton wielokrotnie próbował się dziś z panem skontaktować - oznajmiła pani Davenport. - Sprawdzę, czy jest wolny. Proszę zaczekać.
- Wolny niczym ptak pośród chmur - rzuciłem, nie wiedzieć po co.
- Słucham? - spytała pani Davenport, nie okazując zdziwienia.
- To cytat z wiersza pewnego amerykańskiego poety, E.A. Presleya.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła starannie odmierzona chwila ciszy, dowodząca, że moja lekceważąca postawa została odnotowana. Potem nagle odezwał się Wootton:
- Po co ci automatyczna sekretarka, skoro i tak nie oddzwaniasz? Byłem tak zdesperowany, że zadzwoniłem do speluny, w której pijesz.
- Właśnie z tej speluny dzwonię.
- Wypełzniesz z niej do poniedziałku, żeby załatwić małe zlecenie?
- Czyżbym wyczuwał w twoim tonie irytację szefa na leniwego pracownika? Może najpierw podziękuj mi za paczkę, którą podesłałem ci w czwartek. Potem dopiero pomówimy o kolejnym zadaniu.
- Dziękuję - odparł tonem pozbawionym bodaj odrobiny wdzięczności. - Sądzę, że hojna zapłata wynagrodzi ci wszelkie niedogodności.
- Ustalona stawka nie dotyczyła starcia z miłośnikiem lateksu uzbrojonym w wielki rewolwer. Wyjaśniłem ci to przez telefon.
- Nieszkodliwy z niego grubas.
- Nieszkodliwe grubasy nie noszą w gaciach broni.
Przekomarzaliśmy się tak jeszcze przez jakiś czas. Potem wróciłem do baru, wypiłem piwo i zjadłem zapiekaną kanapkę z serem, wyczarowaną przez zręczne ręce Liz z trocin i plastiku. Byłem już przy drzwiach, gdy Stan nagle o czymś sobie przypomniał.
- W czwartek szukał cię tu jeszcze jeden gość. Powiedział, że zajrzy do biura.
- Jak się nazywał?
- Nie mówił, a ja nie pytałem. Sądziłem, że jeszcze wróci.
- Jak wyglądał?
Stan zamyślił się na chwilę, marszcząc czoło.
- Mały. I niebezpieczny.
- Jak połowa ludzi, których znam.
Wróciłem do domu pachnącego starymi książkami. Ich zapach przeniósł mnie w przeszłość do czasów, gdy zaczynałem karierę i musiałem często grzebać w aktach upchniętych w kartonach ustawionych jeden przy drugim jak trumny w krypcie. Zostawiłem torbę w sypialni i otworzyłem okna w salonie. Ziąb wpadł do środka jak żywa istota. Przy końcu ulicy z szumem przemykały samochody. W świetle ulicznych latarni strugi deszczu wyglądały tak, jakby wyrastały z chodnika w kolorze rekiniego grzbietu.
Zrobiłem sobie drinka z whisky, lodu i wody z kranu. Opadłem na sofę przy telefonie. Maleńka czerwona lampka automatycznej sekretarki migotała niespokojnie w mroku. Wyciągnąłem rękę, by odtworzyć wiadomości, ale zmieniłem zdanie. Co mi tam! Zaczekam z tym do jutra.
Dopiłem whisky, zrobiłem sobie kakao i poszedłem z nim do łóżka. Czułem się zmęczony i samotny. Potrzebowałem aż sześciu stron boliwijskiej powieści psychologicznej, by wreszcie odpłynąć w sen.
* * *
Dlaczego Danny McKillop tak rozpaczliwie mnie szukał? Ponownie wykręciłem numer, który zostawił na mojej automatycznej sekretarce. Telefon dzwonił i dzwonił, nim jakaś kobieta podniosła słuchawkę. Poprosiłem o rozmowę z Dannym. Zapadło długie, krępujące milczenia. W tle słyszałem odgłos jadących samochodów.
- Nie ma go - rzuciła wreszcie i odłożyła słuchawkę. Ponownie wybrałem ten sam numer. Tym razem odebrała natychmiast.
- Danny do mnie dzwonił. - Powiedziałem szybko, żeby się nie rozmyśliła. - Zostawił ten numer. Czy zechce mu pani przekazać wiadomość?
Przez jakiś czas znów słyszałem tylko warkot samochodów.
- Danny nie żyje. Proszę więcej nie dzwonić. - Stuk odkładanej słuchawki.
Podszedłem do okna i zapatrzyłem się na kobiety z prasowalni mieszczącej się po drugiej stronie ulicy. Zrobiły sobie przerwę na papierosa. Stały pod ścianą, rozmawiały, śmiały się głośno i głęboko zaciągały dymem. Sięgnąłem po książkę telefoniczną i odszukałem nazwisko McKillop. D.P. McKillop mieszkał w Northcote, przy Windermere Street. Kilka razy wyciągałem rękę, żeby wykręcić jego numer, ale za każdym razem rezygnowałem. Danny McKillop wychynął z mroków przeszłości, szukał mnie wszędzie, a kilka dni później już nie żył. Znów otworzyłem teczkę, którą zabrałem od Drew. Danny dobiegałby teraz czterdziestki. Ciekawe, na co zmarł.
Kiedy w końcu wybrałem numer, słuchawkę podniosło dziecko, cztero-, może pięcioletnia dziewczynka.
- Mówi Kirsty McKillop - oznajmiła wyraźnie. - Mama nie może podejść, bo zmywa talerze.
- Mimo to chciałbym z nią porozmawiać. Poproś ją.
- Proszę zaczekać. Zawołam ją. - Odłożyła chyba słuchawkę na stolik, po czym zawołała głośno: - Mamusiu, jakiś pan do ciebie.
Kobieta, która podeszła do telefonu, dyszała ciężko, jakby biegła.
- Halo, mówi Sue McKillop.
- Przepraszam, że panią niepokoję, ale czy dodzwoniłem się do domu Daniela Patricka McKillopa?
Przez dłuższą chwilę w słuchawce słyszałem tylko jej ciężki oddech.
- Danny nie żyje - odezwała się wreszcie szorstkim, wyzutym z emocji głosem. - Zginął w piątek wieczorem.
- Bardzo mi przykro. Jestem Jack Irish. Byłem kiedyś jego adwokatem. Próbował się ze mną skontaktować, ale wyjechałem, więc...
- Cóż... Wobec tego dziękuję, że pan zadzwonił.
- Proszę wybaczyć, że pytam, ale jak...
Nie pozwoliła mi dokończyć.
- Zastrzelił go policjant. Zamordował go - dodała po chwili, jakby chciała rozwiać wszystkie moje wątpliwości.
- Gdzie to się stało? - spytałem mechanicznie, czując, że przechodzi mnie zimny dreszcz.
- Na parkingu przed pubem w Brunswick.
- Jak się ten pub nazy...?
- Pod Bohaterem Trafalgaru.
* * *