Droga za widnokres
W sali, gdzie spało ponad pięćdziesięciu bezdomnych, było duszno, ale przynajmniej ciepło. I choć był środek nocy, nie było cicho. W kącie ktoś chrapał. Kilka łóżek dalej inny pojękiwał przez sen. Po prawej stary mężczyzna dyszał, jakby właśnie skończył bieg maratoński.
Zasłonka nie była dociągnięta do ściany, dlatego mógł w szparze zobaczyć rozgwieżdżony kawałek nieba. A każda gwiazda to jedno życie. Ktoś kiedyś, dawno temu, tak mu powiedział. Nie pamiętał kto.
Czy gwiazdy tych, którzy nic o sobie nie wiedzą wciąż jaśnieją na niebie?
Już nie próbował dowiedzieć się, kim jest i skąd się tu wziął. Pogodził się ze stratą pamięci. Czasami tylko wracały kilkusekundowe obrazy i strzępki słów, których nie potrafił złożyć w całość. Najczęściej słyszał zapłakany głos kobiety (skądś wiedział, że ma na imię Magda), która prosiła, żeby anioł mu pomógł... Dlaczego on miałby potrzebować pomocy? Widział też wystraszone twarze starych ludzi, błagających go, żeby tego nie robił. Czego? Ale tak naprawdę nie chciał znać odpowiedzi. Czuł, że by mu się nie spodobała.
Jego wspomnienia zaczynały się dwanaście miesięcy temu, w chwili, gdy zorientował się, że stoi na chodniku. Był głodny. Nieopodal zobaczył pozostawionego na ławce niedojedzonego hamburgera. Ruszył do siedziska, ale uprzedził go jakiś obdartus, który triumfalnie chwycił bułkę. Z poczuciem przegranej zamierzał się odwrócić i odejść, gdy bezdomny przytrzymał go za rękaw. Potem przełamał bułkę na pół i podzielił się z nim zdobyczą.
Jakiś czas później usłyszał, że biedni, którzy niewiele mają, potrafią być najhojniejsi. Czy on miał kiedyś dużo? Na to wskazywał jego elegancki ciepły płaszcz, którym się okrywał, zanim w schronisku ktoś mu go ukradł wiele miesięcy temu.
Wczoraj w południe stał na ulicy i gapił się na kolorową choinkę. Dokąd powinien iść? Co zrobić? Jaki jest jego cel? Czuł, że zagubił się na drodze życia. Gardło ścisnęły żal, tęsknota i lęk. Skądś doleciały dźwięki kolędy o aniołach, co to opiekują się ludźmi. Anioły... bajka, w którą wierzą biedni i nieszczęśliwi. Tacy jak jego znajomi ze schroniska, którzy podają sobie z ust do ust opowieści o człowieku, który pojawił się wśród najbardziej potrzebujących.
- I dlatego te-en gość przychodzi do ta-akich biedaków jak my - mówił Bezręki, zacinając się z lekka. - Nie takich przy fo-orsie, co to mają sto złotych i zastanawiają się, jaki tu ba-ankiet za to urządzić, ale takich prawdziwych golasów. No i daje co im potrzeba, na chleb, parę groszy na gorącą herba-atę, papierosa. Albo też pomaga znaleźć buty, gdy w twoich przetarła się podeszwa. Wczoraj, jak leżałem w bramie na Żurawiej, podobno obok mnie prze-eszedł.
- I dał ci coś? - spytał jeden z przysłuchujących się bezdomnych.
- Nie, bo spałem, a to kulturalny czło-owiek i nie będzie drugiego wyrywał ze snu, jak wie, że taki ma trudności z zasypia-aniem. A ja mam.
Pomyślał, że przydałby mu się taki anioł. Miał przecież mniej niż inni. Stracił nawet samego siebie.
Rozgwieżdżone niebo w okiennej szparze przysłoniła ciemna chmura. Przed oczami znów pojawił się kilkusekundowy błysk z przeszłości. Siedział za kierownicą samochodu. Jechał drogą między domami. Na środku szosy pojawił się mężczyzna. Gwałtownie wcisnął hamulec. Co było dalej? Nie wie. Usłyszał płacz małej dziewczynki. Na mgnienie zobaczył załzawione oczy. Z jakiego powodu mała patrzyła tak żałośnie?
- Dlaczego coś dręczy mnie co noc? - Parę miesięcy temu zapytał kulawego Tadzika, który po tym, jak podzielił się z nim bułką, został jego kumplem.
- Pytasz, dlaczego coś cię dręczy i nie daje spać? - Zapytany schował za pazuchę opróżnioną butelkę po alpadze. - Na każdego przychodzi taka chwila, że pytania, niczym drogowskazy, prowadzą go za widnokres. Jeśli tam dojdziesz i zrozumiesz, jakie błędy popełniłeś, będziesz mógł wrócić i naprawić swoje życie.
- Ty tam byłeś?
- Właśnie tam razem idziemy.
Chmura zniknęła i rozgwieżdżone niebo znów rozbłysło w szparze zasłonki. Jutro Wigilia, pomyślał ze smutkiem i tęsknotą. Zamknął oczy i zasnął.
NA ŚNIADANIE zjadł suchy chleb. Kiedy przekładał między palcami ostatnią skibkę, pojął, że po dwunastu miesiącach bezdomności pogodził się z własnym losem. Stracił pamięć, ale już nie zamierzał odnaleźć dawnego siebie. Przez rok błąkał się po ulicach wielkiego miasta, aż parę dni temu kilka puzzli pamięci połączyło się ze sobą. W jednym olśnieniu zrozumiał, że był złym człowiekiem. To było jak smagnięcie biczem. Przestraszył się, że tamten zły może wrócić i ponownie zawładnąć jego myślami.
Zwierzył się z przerażenia Tadzikowi. Był wigilijny wieczór, szli pustą ulicą miasta, które szykowało się na przyjście Dzieciątka. Za oknami mijanych domów płonęły światła na choinkach. Gdzieś rozlegały się tony dzwoneczków, jakby za moment miały pojawić się sanie w zaprzęgu reniferów ze Świętym Mikołajem. W oczach zaszkliły mu się łzy.
- Jeśli już wiesz, jakim byłeś człowiekiem, to znaczy, że wróciłeś z dalekiej drogi za widnokres - powiedział łagodnie kumpel.
- Ale ja nigdzie nie poszedłem.
- Czasami nie trzeba iść setek kilometrów, żeby trafić do celu. Dobro zjawia się w nas, gdy pokuta zostaje spełniona. A to znaczy, że jesteś gotów zacząć życie od nowa.
Zatrzymali się przed jednopiętrowym domem. Przez duże okno zobaczył w salonie małą dziewczynkę, która z trzydziestoletnią kobietą stroiła choinkę.
To było tak, jakby ktoś gwałtownie odsunął zasłonę z jego pamięci. Kobieta miała na imię Magda i była jego żoną. Kiedyś ją krzywdził, ale teraz wiedział, że tamto już nie wróci. Dziewczynka obok była jego córeczką. Zacisnął dłonie w pięści. Nigdy już nie pozwoli, żeby przez niego płakała.
Tamtego feralnego dnia pędził autem od klientów, których zlicytował. Starzy ludzie prosili o prolongatę długu, ale był bezlitosny. W pewnej chwili na ulicę, wprost pod samochód, wszedł jakiś mężczyzna. W świetle reflektorów dokładnie przyjrzał się jego rysom. Teraz już wiedział - to był Tadzik.
W oszołomieniu odwrócił się do przyjaciela. Obok nie było nikogo. Jedynie śnieżny wir samotnie kręcił się pośrodku jezdni.
Z domu napłynęły pierwsze tony kolędy o wybaczeniu grzechu i radości nadchodzących świat. Wyprostował się, wszedł na ganek. Chwilę się wahał, ale w końcu nacisnął dzwonek.