2. Warszawa, 1981
- Jak się czujesz, kochanie? - zapytała Eulalia piąty raz tego dnia i chyba tysięczny, odkąd wyszedł ze szpitala. Już od jakiegoś czasu funkcjonował w miarę normalnie, chociaż paskudna blizna niekiedy go swędziała i bywała po prostu dokuczliwa.
Mimo irytacji ciągłym nagabywaniem go przez żonę ani razu jej nie odburknął, ani też nie czynił wyrzutów, że wciąż pyta go o to samo.
- Dobrze, skarbie - odpowiedział machinalnie.
- Niedługo proces... - westchnęła.
- Wiem, tak samo, jak to, że ty wciąż myślisz o tym, co ja. - Uśmiechnął się smutno.
Uratował Markowi zdrowie, a może nawet życie, i oboje z Eulalią zastanawiali się, czy to będzie miało wpływ na zeznania Bażyńskiego przed sądem. Krzysiek nie liczył na to zanadto, bo przecież Marek musiałby przyznać, że podczas przesłuchania na milicji po prostu skłamał. Mógł to zrobić właściwie bez żadnych negatywnych konsekwencji, ale czy wiedział o tym? Odwiedził go raz w szpitalu, podziękował kurtuazyjnie, a potem przestał się do nich odzywać. Może czuł się niezręcznie ze świadomością, że zamierzał pogrążyć człowieka, który stanął w jego obronie, o mały włos nie przypłacając tego życiem?
- Bo wiesz, to już byłoby świństwo z jego strony. Dużo ryzykowałeś - powiedziała Eulalia.
- To był odruch, kochanie. Nie zastanawiałem się, jakie mógłbym odnieść z tego korzyści. Muszę ci się jednak do czegoś przyznać... Przez chwilę pomyślałem sobie, że jeśli ci bandyci zabiją Marka, nasze problemy się skończą. Ale to był dosłownie moment, bo potem rzuciłem mu się na pomoc. Rodzice jednak dobrze mnie wychowali. - Uśmiechnął się do żony.
- Jesteś dobrym człowiekiem. I dzięki tobie ja stałam się lepsza. Tylko niekiedy się zastanawiam, czy to jest takie korzystne dla nas. Były czasy, gdy myślałam jedynie o sobie. Jeśli czegoś chciałam, parłam przed siebie, nie oglądając się na innych. Teraz odnoszę wrażenie, że ciągle dostaję po głowie. Od ciebie również. Może gdybym nadal była zimną suką, bardziej liczyłbyś się ze mną?
Krzysztof popatrzył na żonę. Naprawdę się zmieniła i za to kochał ją najbardziej. Nie chciał żyć, jak to określiła, z zimną suką. I wcale nie sądził, by dawała sobą pomiatać.
- Nie, skarbie. Wtedy parłbym do rozwodu, jak zmęczone konie do wodopoju.
- Ale sam przyznasz, że tęskniłbyś za naszymi harcami w łóżku. - Zachichotała, a po chwili spoważniała i dodała: - Martwię się, że nie mogę zajść w ciążę.
- Może nie jestem zdolny do tego, żeby spłodzić dziecko - mruknął. - Bo przecież z tobą jest wszystko w porządku.
- Nie mów tak, Krzysiu - szepnęła. - Może tak ma być. Może musimy poczekać, aż to wszystko się skończy. Chociaż wolałabym wiedzieć, że cokolwiek się wydarzy, nadal będziemy rodziną.
- Jesteśmy nią i będziemy, bez względu na wszystko.
Krzysztof przytulił żonę, a potem wsunął dłoń pod jej bluzkę. Eulalia wciąż go podniecała, mimo że od ich zaaranżowanego ślubu minęło już kilka ładnych lat. Ich miłosne igraszki przerwał dźwięk telefonu.
- Niech idą do diabła - zamruczała.
- Odbiorę. Może to adwokat. - Z żalem odsunął się od żony i sięgnął po słuchawkę.
Rzeczywiście, dzwonił mecenas Piszczatowski, którego znalazł dla niego ojciec. Eulalia miała innego adwokata, równie dobrego, chociaż jej nie groziło więzienie, a jedynie wyrok w zawieszeniu. Sądził, że przyjaciel ojca dzwoni do niego z jakimiś pokrzepiającymi informacjami, ale niestety, pomylił się.
- Jak to nowy świadek? Przecież tam, do cholery, nikogo nie było. I jak, na Boga, odnalazł się w cudowny sposób po tylu latach? - zirytował się Krzysztof.
- Podejrzewam, że wypadki, które miały miejsce w zeszłym roku, spowodowały, iż prokurator postanowił nie skupiać się jedynie na osobach Bogdana Krzywickiego, który, jak wiadomo, nie jest zbyt wiarygodnym świadkiem, i Marka Bażyńskiego, bo uratowałeś mu życie. Prokurator Lipko to ambitny drań. Nie zależy mu na sprawiedliwości, ale na wynikach.
- I nagle wyciągnął świadka z kapelusza. - Krzysztof aż zazgrzytał zębami i zapytał: - Coś o nim wiadomo? No o tym nowym świadku?
- Na razie nie, ale oczywiście zanim proces się rozpocznie, będę posiadał taką wiedzę. Martwię się jedynie, że uzyskam tę informację tuż przed rozprawą i nie zdążymy się przygotować. Lipko oczywiście robi to specjalnie. Nie dlatego, że żywi do mnie urazę... To znaczy on po prostu nie lubi wszystkich adwokatów. Ale nie martw się, wykluczyłbym możliwość, że będzie to naoczny świadek.
- Czy ma pan dla mnie jeszcze jakieś wieści? - zapytał z westchnieniem.
- Prokurator wezwał na świadka Kaszycową. Zapewne po to, by wzbudzić w sędzim współczucie - mruknął Piszczatowski.
- Niech to szlag! - syknął Krzysztof. - Nie jest dobrze, panie mecenasie, prawda?
Ostatnie pytanie zadał z rezygnacją w głosie. Sprawa naprawdę zaczynała wyglądać paskudnie. Jeśli Kaszycowa opowie o jego wizycie w Nieporęcie, żaden sąd nie uwierzy, że Krzysztof znalazł się tam przypadkiem. Zwłaszcza że ów kolega, którego wówczas rzekomo odwoził, po prostu nie istniał, po co więc do niej pojechał i wypytywał, jak jej się wiedzie bez męża. Gdyby przyznał się do popełnionego czynu, podobne zachowanie zadziałałoby na jego korzyść, ale oboje z Eulalią po konsultacji z rodzicami nie zamierzali wyznać, co zrobili tamtej nocy. Mimo że chodziło mu to po głowie, w pewnej chwili doszedł do wniosku, iż już poniósł karę za to, co uczynił. Nieprzespane noce, życie w ciągłym lęku, nękające go wyrzuty sumienia... Tak, to była sroga kara za popełniony przez niego błąd. Nie chciał nikogo skrzywdzić, a tym bardziej zabić, do wypadku doszło, bo był głupi i nieodpowiedzialny, ale nie było dnia, żeby sobie tego nie wyrzucał. Co dałoby mu więzienie? Co stałoby się z jego rodziną, karierą zawodową, całym jego życiem? Jego ojciec, człowiek na wskroś prawy i dobry, pewnego dnia stanął przed podobnym wyborem. Dzisiaj tego żałował, ale nie miał pojęcia, jaki los czekałby Szymona Wielopolskiego i jego bliskich, gdyby postawił się SB.
Od chwili gdy postawiono ich w stan oskarżenia, starali się żyć normalnie i usiłowali się cieszyć, że ich nie aresztowano i będą mogli odpowiadać z wolnej stopy. Nie byli już tak podenerwowani i spanikowani jak przedtem. I nie dlatego, że wierzyli w wygraną, ale historia, która spotkała Krzysztofa, coś im uświadomiła - to, że mogli stracić o wiele więcej. Gdyby zginął, już nic nie miałoby znaczenia, a Eulalia mogłaby odwiedzać go jedynie na cmentarzu. Tak, w takiej sytuacji ich priorytety się zmieniły. Kiedy spotykało go coś przykrego, czym zadręczał się bezustannie, rodzice usiłowali mu wytłumaczyć, że kiedy człowiekowi codziennie grozi utrata życia, inne sprawy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie i wydają się zaledwie głupstewkami. Nie rozumiał tego i nawet się wściekał, że nie traktują poważnie jego egzaminów na studia, które nie zapewniły mu miejsca na uczelni, chociaż zdał je zupełnie przyzwoicie. Potem, gdy doszło do tej dramatycznej nocy, kiedy to potrącił śmiertelnie człowieka, studia wydały mu się błahostką. Podobnie było z jego małżeństwem, podszytym ciągłą nieufnością do żony. Nie potrafił docenić ani Eulalii, ani tego, że stworzyli rodzinę. Do chwili, gdy w ich życiu pojawił się Krzywicki i zaczął ich szantażować. Po prostu pojawiały się inne problemy, dużo poważniejsze, którymi zagryzał się każdego dnia.
I kolejny raz los nakazał mu zweryfikować poglądy na pewne sprawy. Balansował na granicy życia i śmierci, a w każdym razie tak mu się wydawało, gdy tracił przytomność. W tych momentach jedyne, o czym marzył, to zobaczyć raz jeszcze Eulalię, Łukaszka czy rodziców. Oddałby wolność, wszystkie pieniądze, wykształcenie i każdą rzecz, którą posiadał, byle tylko jeszcze kiedyś przytulić swoją żonę. Może więc dlatego czekał na proces dziwnie spokojny i denerwowały go jedynie niespodziewane telefony od adwokata.
- Ilu jeszcze świadków zaserwuje nam prokurator? - zapytała z ironią Eulalia, gdy odłożył słuchawkę.
- A kto go tam wie? - Uśmiechnął się i dodał: - Ale najbardziej mnie wkurza, że mecenas przerwał nam w takim miłym momencie.
- Zawsze możemy powrócić do tej chwili. - Podeszła do niego i tym razem to ona wsunęła mu dłoń pod koszulę.
Zerknął na zegarek i delikatnie odsunął żonę. Cmoknął w usta i powiedział z westchnieniem:
- Nie mamy czasu, skarbie. Obiecaliśmy mamie, że odbierzemy Łukaszka przed siedemnastą. Ale nasz synek chodzi wcześniej spać, więc...
- Racja. Czasami zapominam o całym świecie. Wiesz... Nigdy się tak nie bałam, jak wtedy gdy zobaczyłam cię po tym całym wypadku. Wtedy zakochałam się w tobie po raz drugi. - Uśmiechnęła się słodko.
Jego piękna, kochana żona. Żadna kobieta nie mogła jej dorównać. Teraz był jej pewny bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
***
Rozmowę na Sadybie zdominowało pojawienie się kartek na mięso i wędliny, które wprowadził rząd, oraz wybór Jaruzelskiego na premiera.
- Może on coś zaradzi i sytuacja gospodarcza się polepszy - powiedziała z nadzieją w głosie Zofia Wielopolska.
- Kochanie, to pachołek Moskwy. Jedyne, co się może zmienić, to ten powiew wolności, który wywalczyliśmy w zeszłym roku. Za chwilę ów powiew może zamienić się w śmierdzący zaduch - powiedział Szymon.
- Myślisz o radzieckiej interwencji? - zapytał Krzysztof.
- Myślę, że to możliwe... Niezadowolenie rośnie, a wpływ Solidarności na życie społeczne wbrew obietnicom zaczyna maleć. To nie skończy się dobrze, a drugi raz Sierpień się nie powtórzy. W każdym razie Jaruzelski do tego nie dopuści.
- Ojciec jak zwykle nasłuchał się BBC i Wolnej Europy. A tam tylko nas straszą. - Matka machnęła ręką.
- Kochanie, gdy dojdzie do najgorszego, pójdę siedzieć - odparł Szymon Wielopolski.
- Możliwe, że obaj trafimy za kraty, tato - ze śmiechem stwierdził Krzysztof.
Matka spojrzała na niego spanikowana.
- Nawet tak nie mów, synku. Nawet tak nie mów...
- Mamuś, ale ja to zrobiłem. Nie jestem święty. - Wzruszył ramionami.
- Ale jesteś moim dzieckiem. Znam cię lepiej niż samą siebie i wiem, że nie zrobiłeś tego celowo. I nigdy więcej nie dopuścisz do podobnej sytuacji. Niech zamykają prawdziwych morderców - wycedziła.
Uśmiechnął się do niej. Jego matka nawet nie miała pojęcia, jak wiele znaczą dla niego podobne słowa.