2. Warszawa, 1976
Eulalia Wielopolska położyła siatkę na kuchennym stole i powiedziała do siedzącego przy nim Krzysztofa:
- Kupiłam żeberka i trochę salcesonu. Coraz marniejsze to zaopatrzenie...
- Powinnaś być wdzięczna ojcu, że nie musisz stać w tych gigantycznych kolejkach, jak inni - burknął pod nosem.
Od prawie trzech lat byli małżeństwem i wychowywali wspólnie małego Łukasza, którego Eulalia spłodziła nie wiadomo z kim. Być może ona doskonale to wiedziała, ale nigdy nie podzieliła się tą informacją ani z mężem, ani chyba też ze swoimi rodzicami.
Żyli osobno, sypiali w różnych łóżkach, a Krzysztof jedynie udawał męża i ojca. Nie traktował chłopca źle, w końcu to nie była jego wina, że matka puszczała się na prawo i lewo, ale nie okazywał mu przesadnej czułości. Tylko czasami, gdy dzieciak lgnął do niego, brał go na kolana albo siadał z nim na dywanie i bawił się klockami. Pozę dobrego i oddanego męża przybierał, gdy razem wychodzili do Kesslingów, jego rodziców albo do znajomych. Ten dziwny małżeński kontrakt miał trwać co najmniej pięć lat i Krzysztof odliczał dni, kiedy w końcu będzie mógł wystąpić o rozwód. Taką umowę zawarł nie ze starym Kesslingiem, ale z Eulalią, która zdawała się męczyć z nim równie mocno, co on z nią.
W dniu ich ślubu, gdy stanęła przed nim w długiej białej sukience i welonie, wyglądała przepięknie. Miał wrażenie, że za chwilę pęknie mu serce, bo gdyby Eulalia miała inny charakter i kochała go, jak przystało na pannę młodą, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Tymczasem miał zostać zakładnikiem rodziny Kesslingów zamiast radosnym małżonkiem.
- Przepraszam, Krzysiu - powiedziała cicho.
Popatrzył na nią. Broda zaczęła jej drżeć, a w oczach pojawiły się łzy.
- Przestań, rozmażesz się - mruknął wówczas, chociaż nawet mu trochę żal zrobiło się tej dziewczyny. Ona także musiała pójść do urzędu stanu cywilnego i przyrzekać mężczyźnie, którego nie lubiła, a nawet którym chyba trochę pogardzała.
- Posłuchaj, będziesz mógł mieć romans z Gosią... Wiem, że chciałeś do niej wrócić. Słowa nie powiem - wyszeptała drżącym głosem.
- Ona nie jest taka wyzwolona jak ty - warknął. - Zresztą twój stary obdarłby mnie ze skóry.
- Krzysiu, wytrzymaj chociaż kilka lat. Obroń dyplom, a potem coś wymyślę, żebyśmy mogli się rozwieść. Potraktuj to jako szansę na spokojne studiowanie, aplikację... Będę dla ciebie dobra. - Eulalia chyba dopiero w tym momencie zrozumiała, jak wielką krzywdę mu zrobiła.
Dotrzymała słowa. Mógł robić, co chciał, a ona bez szemrania dbała o niego i dom. Tylko niekiedy, gdy patrzył na nią, a ona tego nie widziała, dostrzegał, jak bardzo gaśnie w oczach. Z radosnej, żywiołowej dziewczyny stała się zgorzkniałą młodą kobietą, której życie wywróciło się do góry nogami. Skończyły się imprezy, beztroska egzystencja, a pojawiły się obowiązki i małżonek, który jej nienawidził. Właściwie to nie była prawda, nie potrafił jej nienawidzić, chociażby z uwagi na to, co kiedyś razem przeżyli, ale nigdy nie zdobył się, by powiedzieć jej coś miłego. Albo zaprzeczyć, gdy mówiła mu o tym, że rozumie jego złość i pogardę do niej. Czuł jednak tak ogromny żal do swojej żony, że nie potrafił okazać jej sympatii, nawet gdy widział, jak bardzo się stara.
Kiedy wprowadzili się do ich nowego mieszkanka, za które niejedna para dałaby się pokroić, Eulalia nie miała pojęcia ani o gotowaniu, ani też o innych zajęciach w domowym gospodarstwie, bowiem dotychczas we wszystkim wyręczała ją matka albo gosposia. Ona jednak nakupiła sobie książek kucharskich, jak również poradnik Gumowskiej - ABC dobrego wychowania, z którego uczyła się, jak zostać idealną panią domu.
- Od prawie trzech lat nie robię nic innego, tylko jestem wdzięczna. Tobie, bo się ze mną ożeniłeś, ojcu, że nas utrzymuje, matce, bo pomaga mi przy dziecku, sąsiadowi, ponieważ codziennie znosi mi wózek na parter, i Adelci, że udziela mi telefonicznych porad, jak zrobić galantynę albo klarowny rosół! - krzyczała Eulalia. - Ale ani razu nikt się nie zastanowił, co ja czuję. Niczego nie widzisz, chociaż codziennie masz obiad podstawiony pod nos, a twoje koszule w tajemniczy sposób lądują w szafie uprane i wyprasowane. Nie martw się, twoje więzienie niedługo się skończy i myślę sobie, że łatwiej byłoby nam przez to wszystko przejść, gdybyśmy chociaż odrobinę się lubili. Nie wiem, jak jeszcze mogłabym ci wynagrodzić to, co się stało... Jeśli ty masz jakiś pomysł, powiedz mi o tym.
Zostawiła nierozpakowaną siatkę i zdziwionego wybuchem matki Łukaszka, po czym uciekła do pokoju, który dzieliła z synem, i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Mówiła prawdę. Oprócz dnia, w którym się pobrali, Krzysztof ani razu nie pomyślał o jej uczuciach. Uznał, że Kesslingowie zbudowali im złotą klatkę, w której Eulalia musi się odnaleźć, chociaż zapewne nie jest to życie, o jakim marzyła.
Spojrzał na Łukasza, który chyba wystraszył się krzyków, i wziął go na ręce. Zaczął przechadzać się z nim po pokoju i jakby dopiero teraz dostrzegł panujący wokół porządek, gustowne bibeloty, dobry telewizor i połyskujące w słońcu meble, na których próżno było szukać chociażby pyłku. Nawet gdy od czasu do czasu odwiedzali ich znajomi z jego uczelni i zachwycali się mieszkaniem, nie potrafił tego wszystkiego docenić. Nagle dotarło do niego, że właściwie Eulalia mogłaby uchodzić za wzór małżonki. I miała rację, jeśli będą podchodzili do siebie z sympatią i szacunkiem, łatwiej im będzie znieść ich niechciane małżeństwo.
Chłopiec był chyba zmęczony, bo po kilku minutach zaczął trzeć oczy. Krzysztof otworzył cicho drzwi do małego pokoju i ułożył Łukasza w łóżeczku. Zerknął na tapczan. Eulalia leżała i przytulała do siebie poduszkę, jakby chciała w tym miękkim przedmiocie odnaleźć odrobinę ciepła. Usiadł przy niej i powiedział:
- Masz rację. Jeśli się polubimy, nasze życie może być całkiem przyjemne.
Odwróciła się do niego plecami.
- Dzisiaj nie będzie obiadu - mruknęła.
- Nie szkodzi. Gdy mały wstanie, możemy pójść coś zjeść do baru... Albo wiesz, co, zaproszę was do restauracji. Nigdzie razem nie wychodzimy. Co ty na to?
Eulalia zerwała się z tapczanu i zaczęła się rozglądać po pokoju.
- Coś się stało? - zapytał zdziwiony.
- No masz! Przecież muszę włosy umyć i wysuszyć... I wyprasować sukienkę. Pójdę w tej niebieskiej... Albo nie, w żółtej. Dzisiaj jest taka piękna pogoda.
Uśmiechnął się do niej.
- To leć do łazienki, a ja zajmę się małym, gdyby się obudził.
Cmoknęła go w policzek.
- Kochany jesteś - powiedziała, a potem wybiegła z pokoju.
Kiedy wyszli z domu, postanowił, że to on będzie prowadził wózek, Eulalia zaś ma trzymać go pod rękę. Zgodziła się bez wahania i posłała mu pełny wdzięczności uśmiech. A on poczuł się jak ostatnia świnia, bo jego żonie tak niewiele było trzeba, by szczęście odmalowało się na jej twarzy, on zaś robił wszystko, by nie była szczęśliwa ani przez chwilę. Stwierdził także, że swoim chłodnym zachowaniem karał nie tylko swoją małżonkę, ale również siebie, każdego dnia powtarzając sobie, jak wielką krzywdę mu uczyniono. I nie chodziło o Gosię, bo po kilku miesiącach już nawet o niej nie myślał, ale o to, że ktoś zmusił go do niechcianego małżeństwa i wychowywania cudzego syna.
Niemal każdy mężczyzna zerkał na Eulalię pożądliwym wzrokiem. Może dlatego, że jego żona była naprawdę piękną kobietą. Ona jednak zdawała się tego nie zauważać, koncentrując na zdawkowej rozmowie z Krzysztofem. W pewnej chwili powiedziała:
- Wiesz, odkąd jesteśmy małżeństwem, z nikim nie spałam.
- Po co mi to mówisz? - burknął, bo on także postanowił być wierny Eulalii. I nie dlatego, że czuł się do tego zobowiązany, ale najnormalniej w świecie bał się starego Kesslinga. Gdyby przespał się z jakąś dziewczyną, a jego teść dowiedziałby się o tym, z pewnością miałby ogromne kłopoty. Jednak Eulalia wcale nie musiała o tym wiedzieć.
- Bo brakuje mi tego. - Zmarszczyła nos.
- Uwodzisz mnie? - W końcu się roześmiał.
- No wiesz! Minęło dwa i pół roku, a ty dopiero to zauważyłeś - westchnęła.
- W łóżku jest najpiękniej, kiedy dwoje ludzi się kocha. - Spoważniał.
- Kiedyś się kochaliśmy, możemy sobie wyobrazić, że to dopiero nasz pierwszy raz...
- Zdradzałaś mnie - odparł zupełnie spokojnie.
- Byłam głupia.
- Ale nadal mnie nie kochasz.
- Ty mnie też nie, więc jesteśmy kwita. A właściwie dokąd idziemy?
- Zapraszam cię, moja piękna żono, do Soplicy.
- Do hotelu Forum? - zdziwiła się i zapytała przewrotnie: - Piękna żono? Od kiedy?
- Piękna zawsze byłaś, tylko charakter masz paskudny. - Roześmiał się.
Doszedł do wniosku, że może sobie pozwolić na takie szaleństwo, zwłaszcza iż nigdy nie zabrał Eulalii w podobne miejsce. Noc poślubną jego żona przepłakała, a on przesiedział na krześle, upijając się do nieprzytomności. Podróż poślubna także nie odbyła się, bo oboje mieli zajęcia na uczelni. Tylko że on studiował nadal, ona zaś wzięła urlop dziekański, potem zaś na studia już nie wróciła.
Zajęli stolik. I tutaj, w luksusowej restauracji, podobnie jak to było na ulicy, widział spojrzenia mężczyzn. Patrzyli na jego żonę z zachwytem, a na niego z zazdrością. Dawno nie czuł się tak dobrze i pomyślał, że poprawne relacje z Eulalią mogą wpłynąć na jego nastrój, a ostatnio był mocno przygnębiony. I nie tylko z uwagi na udawane małżeństwo, ale także zagryzał się wciąż faktem, że potrącił człowieka i uciekł z miejsca wypadku, tym samym skazując go na śmierć.
- Eulalia, Krzysiek! - Usłyszeli głos jednego z ich znajomych.
Odkąd przestali bywać na szalonych imprezach dzieci dygnitarzy partyjnych czy szefów zjednoczenia, nie mieli kontaktu z nikim z tego towarzystwa.
- Cześć, miło cię widzieć, Marek - powiedział Krzysztof.
- Jesteście nam winni imprezkę, w końcu tak po cichu się hajtnęliście, że nawet nie było kiedy tego opić. A ty, Krzychu, nawet żeś kawalerskiego nie zorganizował - wytknął mu.
- W ciąży nie nadawałam się do niczego. - Eulalia machnęła ręką.
- Wyglądasz jak milion baksów, Eulalio. Małżeństwo i macierzyństwo wyraźnie ci służą. Jakbyś się nudziła, to wiesz, gdzie możesz mnie znaleźć.
- Nie nudzę się. - Uśmiechnęła się promiennie. - Przy takim brzdącu to po prostu niemożliwe. Jeśli jednak będziemy mieli z Krzysiem jakąś wolną sobotę i wyślemy małego do dziadków, to może się odezwiemy.
Markowi zniknął uwodzicielski uśmiech z twarzy. W końcu swoje zaproszenie skierował jedynie do Eulalii, ta jednak podkreśliła, że w jej życiu coś się jednak zmieniło. Krzysztof był jej za to wdzięczny, bo nie lubił uchodzić za rogacza i frajera, nawet jeśli jego małżeństwo z Eulalią funkcjonowało jedynie na papierze.
- Pewnie - bąknął pod nosem Marek, po czym pożegnał się pośpiesznie i wrócił do stolika, który dzielił z kilkoma kompanami.
Eulalia dotknęła dłoni Krzysztofa i powiedziała:
- Przepraszam, nie powinnam wypowiadać się za ciebie, ale chciałam, żeby już sobie poszedł. To nasz dzień.
- Nie przepraszaj. To ja powinienem ci podziękować... Za lojalność.
- Widzisz, nie jestem taka zła. - Puściła do niego oko.
***
Krzysztof Wielopolski nie miał pojęcia, czy sprawiła to romantyczna atmosfera czy też uciążliwy celibat, ale tego dnia, gdy zabrał Eulalię do hotelu Forum, zapragnął się z nią kochać. Nie tylko dlatego, że wyglądała - jak to określił jej znajomy - jak milion dolarów, ale okazała się całkiem fajnym kompanem. Dziewczyna naprawdę się zmieniła. Nie była już rozkapryszonym, roszczeniowym dzieciakiem bogatego ojca, ale młodą kobietą, która próbowała odnaleźć się w niezwykle trudnej sytuacji.
Kiedy wracali do domu, zdecydował po raz pierwszy zadać jej pytanie, które od czasu do czasu go nurtowało.
- A ojciec Łukasza nie wyraża chęci, by się z nim widywać?
- Ojciec Łukasza jest draniem i ma w nosie mojego synka. Ma swoją rodzinę, od mojej niech lepiej trzyma się z daleka - wycedziła.
- Ale wie, że to jego syn?
Eulalia pokiwała głową.
- Powiedziałam mu... Ale jemu wygodniej sądzić, że ojcem jest ktoś inny. Musiałabym wypowiedzieć mu wojnę, ale nie chcę tego. Łukaszek po prostu nie będzie miał ojca, a w papierach ty nim jesteś. Nie wiem, co mu powiem, jak podrośnie - westchnęła. - Chyba prawdę, bo jakże mu wytłumaczę, że rozstałeś się nie tylko ze mną, ale także z nim?
- Twój synek nie jest winny temu, że obaj jego ojcowie to dranie. - Uśmiechnął się smutno i dodał: - Eulalio, naprawdę staram się go pokochać, ale ta cała sytuacja... To jest dla mnie za trudne.
- Wiem, że się starasz. Widzę to i doceniam, ale nie mogę mieć do ciebie pretensji, że nie okazujesz mu tyle czułości, ile bym chciała. W końcu on nie jest twój.
- Ale fajny z niego dzieciak. I bardzo mądry jak na swój wiek. - Uśmiechnął się, by jakoś pocieszyć Eulalię.
- Po mamusi, bo przecież po kim innym by taki był. - Zmarszczyła nos.
Wrócili wtedy do domu w doskonałych nastrojach i chyba pierwszy raz, odkąd się pobrali, spędzili wieczór razem. Siedzieli na kanapie w dużym pokoju, która była jego miejscem do spania, i oglądali telewizję, od czasu do czasu zajmując się na zmianę Łukaszkiem. A kiedy ten w końcu zasnął, Eulalia zapytała:
- Mogę się do ciebie przytulić? Jak do męża?
- Pewnie, w końcu nim jestem. Trochę wybrakowanym, ale jednak.
- Jedyną twoją wadą jest to, że mnie nie kochasz, z resztą jakoś sobie poradzę - powiedziała i oparła głowę o jego ramię.
Objął ją i poczuł zapach szamponu, którego Eulalia używała, odkąd sięgał pamięcią. Od razu przypomniał sobie ich szalone noce i rzeczy, jakich nigdy wcześniej ani później nie robił z żadną dziewczyną. Pomyślał, że jest kompletnym idiotą, bo miał przy boku idealną kochankę, z którą nie chciał przez prawie trzy lata figlować tylko dlatego, iż czuł się urażony i wykorzystany.
- Zrzuć z siebie tę elegancką sukienkę, Eulalio - szepnął.
- Musisz wiedzieć, że mam rozstępy po ciąży, a moje piersi nie są tak jędrne, jak kiedyś - jęknęła.
- Za to masz fajniejszy charakter, przy którym twoje rozstępy nic nie znaczą - powiedział.
- Ja jedynie próbuję być szczęśliwa...
- Spróbujmy więc tego razem. Zobacz, ile młodych par może pochwalić się własnym mieszkaniem, samochodem i zagranicznymi ciuchami? Niewiele... Cieszmy się, że nie musimy borykać się z problemami, które są udziałem wielu innych ludzi. Zwłaszcza że za dwa lata minie nasz termin ważności.
- Właśnie - wtrąciła. - Wykorzystajmy te dwa lata najlepiej jak potrafimy.
Po chwili zdjęła z siebie sukienkę i pozostała w samej bieliźnie. I jak zawsze wyglądała bajecznie.
***
Nazajutrz rano, zaraz po przebudzeniu, Krzysztof Wielopolski zadzwonił do swoich rodziców. Była sobota, więc miał nadzieję, że zastanie któreś z nich w domu.
- Mamo... - powiedział, gdy usłyszał w słuchawce głos Zofii Wielopolskiej. - Mogę dzisiaj przywieźć do was Łukaszka? Muszę nadrobić zaległości, a pierwszy egzamin mam we wtorek.
Matka zgodziła się bez wahania. Uwielbiała Łukasza, żyjąc w przekonaniu, że jest jej prawdziwym wnukiem. Zaakceptowała także Eulalię, w przeciwieństwie do ojca, który nigdy nie nazywał jej synową, ale "córką partyjnego kacyka". Oczywiście gdy ta nie słyszała. Krzysztof nigdy nie bronił żony, ponieważ nie traktował jej w ten sposób. I nie zamierzał, nawet jeśli od czasu do czasu spędzą ze sobą noc.
- Naprawdę będziesz się uczył? - zapytała zaspanym głosem Eulalia, gdy skończył rozmowę z matką. - Przecież bez przerwy siedzisz nad książkami...
- Nie takie zaległości miałem na myśli. - Zaśmiał się i przyciągnął do siebie żonę.
- Zaraz wstanie Łukasz. - Ziewnęła.
- Może zdążymy - szepnął.
Uśmiechnęła się i przytuliła do niego. Po chwili usłyszeli głos Łukasza wołającego mamę. Dziewczyna westchnęła i sięgnęła po szlafrok.
- Weź mamie te żeberka, co wczoraj kupiłam. I kilka konserw turystycznych. Ona na pewno nie ma czasu stać w ogonkach.
- Ucieszy się, ale dzisiaj razem do nich pojedziemy. Nie chcę, żeby myśleli, że między nami jest coś nie tak.
- Twój ojciec mnie nie cierpi - westchnęła.
- No cóż, twoi starzy też za mną nie przepadają, chociaż sami wybrali mnie na zięcia.
Zofia Wielopolska rzeczywiście ucieszyła się, gdy synowa wręczyła jej siatkę z wiktuałami. Do mięsa i puszek Eulalia dorzuciła jeszcze kawałek szynki konserwowej i pętko kiełbasy podwawelskiej. Kobieta przytknęła szynkę do nosa i wymruczała:
- Nie pamiętam, kiedy jadłam szynkę. Zanim w ogonku przyjdzie moja kolej, zostają tylko jakieś ochłapy.
- Towary ze sklepu z żółtymi firankami - mruknął Szymon Wielopolski, nawiązując do miejsc, w których zaopatrywali się dygnitarze partyjni i wojskowi i gdzie nigdy nie brakowało towarów dla zwykłych śmiertelników zazwyczaj niedostępnych bez kolejki.
Wielopolska szturchnęła go łokciem i żeby uciszyć małżonka, zaprosiła Krzysztofa i Eulalię do pokoju i poczęstowała ciastem drożdżowym.
- Wyglądacie jak dwa gołąbki - powiedziała czule. - Aż miło popatrzyć.
- Nic dziwnego, skoro nie mają żadnych zmartwień - burknął Szymon.
- Naprawdę wolałbyś, żebyśmy je mieli, tato? - obruszył się Krzysztof.
- Nie, synu, ale to nie jest prawdziwe życie. Jak macie nauczyć się walczyć o byt, jeśli Kesslingowie wszystko podstawiają wam pod nos?
- Tylko na czas studiów i aplikacji Krzysia - bąknęła niepewnie Eulalia.
- Boję się, moja droga, że wtedy wasza piękna miłość się skończy, bo na początku Krzysiek będzie zarabiał grosze, a ty nie nawykłaś do skromnego życia - odparł zupełnie spokojnie Szymon.
Eulalia zerknęła na męża, bo jej teść był bliski prawdy. Jednak ich rozstanie miało nie mieć nic wspólnego z sytuacją materialną.
- Trochę optymizmu, tato - powiedział Krzysztof bez przekonania. - Może nie będzie tak źle.
Stary Wielopolski już nic więcej nie dodał, ale chyba tylko dlatego, że kolejny raz oberwał kuksańca od swojej żony. A Krzysiek poczuł się, jakby ojciec w niego nie wierzył. Może słusznie, bo on i matka musieli wychowywać dziecko, mieszkając w ciasnym pokoju w akademiku i wyżyć ze stypendium. On miał o niebo lepiej, a jednak chwilami miałby wielką ochotę znaleźć się w sytuacji swoich rodziców. Może byli biedni i musieli ciężko pracować na każdą łyżkę czy talerz, bo nie mieli nikogo, kto mógłby ich wesprzeć, ale przynajmniej posiadali coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze. Miłość.