Duchy, których nie chcemy zapomnieć - Mason Deaver

Kup ebooka

40.90 zł
32.72 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: The Ghosts We Keep

Copyright ? 2021 Mason Deaver

All rights reserved.

 

Copyright ? for the Polish translation by Artur Łuksza, 2023

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktor inicjujący: Łukasz Chmara

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

 

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Agata Polte, Małgorzata Tarnowska

Skład i łamanie: Grzegorz Kalisiak

Projekt oryginalnej okładki: Maeve Norton

Ilustracje na okładce: Sarah Maxwell

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Daria Górecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67551-59-5

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

Środa, 3 lipca 2019

 

po wypadku

 

 

Latem po śmierci mojego brata rodzice zmusili mnie do pracy w budce z mrożonym jogurtem.

Nietrudno było nauczyć się, jak wszystko działa. Problemem było użeranie się z klientami. Gdy nakładałom za mało posypki, narzekali, że z nich zdzieram. Gdy jednak nałożyłom za dużo, narzekali, że robię to po to, żeby wyrównać na wadze za małą ilość jogurtu.

Nikt, jak się zdawało, nigdy nie odczuł, że dostał odpowiednią ilość posypki.

Budka stała w mieście, praktycznie w samym centrum Kinston, i tak się również złożyło, że to lato było jednym z najgorętszych w historii, więc nigdy nie miałośmy spokoju. Czasem budka była otwarta do dwudziestej trzeciej, co niespecjalnie podobało się mamie.

Praca nie była wcale zła, strój w porządku, współpracownicy w większości też. Polubiłom Julie, z którą zazwyczaj byłom na zmianie. Z drugiej strony jeden z menedżerów, Henry, traktował mrożony jogurt zdecydowanie zbyt poważnie - tymczasem ja traktowałom mrożony jogurt zupełnie niepoważnie. Praca spełniła jednak swoje zadanie. Wyciągnęła mnie z domu i sprawiła, że przestałom myśleć o Ethanie.

Oprócz momentów, gdy jednak o nim myślałom.

Mama mnie odbierała, kiedy kończyłom zmianę. Dzisiaj czekała na parkingu przez dwadzieścia minut, czytając książkę.

- Pa, Liam! - Julie pomachała do mnie, odchodząc w stronę swojego samochodu.

Odmachałom.

- Jak ci minął dzień? - spytała mama, zaraz gdy wsiadłom do samochodu i zapięłom pasy. To pytanie padało zawsze, jakby zostało zaprogramowane.

Próbowała ukryć książkę, rzucając ją na tylne siedzenie, ale wiedziałom, że to była jedna z tych, które pomagają poradzić sobie z żałobą.

- Pracowicie - odpowiedziałom, podając jej kubeczek jogurtu. Przysługiwała nam jedna darmowa porcja dziennie. Zawsze brałom waniliowy z gorącym toffi i chrupiącą posypką z m&m'sów.

Dokładnie taki zestaw, jaki brał Ethan za każdym razem, gdy tu przyjeżdżałośmy.

- Ach tak? - Mama nabrała pełną łyżkę. Zjada darmowy jogurt za mnie, bo już po dwóch tygodniach się nimi zmęczyłom. - To pewnie oznacza niezłe napiwki.

- Nie zawsze. Dzisiaj jednak było nieźle. Trzydzieści dolarów.

- No proszę. - Mama wrzuciła wsteczny i wyjechała z miejsca parkingowego. Kubeczek jogurtu odłożyła do uchwytu na napoje.

Droga do domu upłynęła głównie w ciszy; przerywał ją jedynie głos prezentera pogody mówiącego o prognozowanej na weekend burzy. Majowe deszcze najwyraźniej przeciągnęły się aż do wczesnego lipca.

Nie zawsze było między nami tak cicho. Po kilku sesjach terapii rodzinnej sprawy się polepszyły, ale nadal nie wróciłośmy do normy. Albo przynajmniej nie czułom, żeby tak było.

Mama przestała lubić muzykę. Razem z tatą słuchali jej bez przerwy, tańczyli przy gotowaniu, jej nogi podrygiwały przy czytaniu, jego palce stukały o kierownicę, gdy dokądś jechałośmy.

Teraz w kółko leciała prognoza pogody.

Kiedy wróciłośmy do domu, poszłom do swojego pokoju i rzuciłom czapkę, nieodłączny element jogostroju, w głąb szafy. Wiedziałom, że powinnom się umyć - śmierdziałom jak krowa wykąpana w wanilii.

Powinnom było się umyć, ale teraz leżałom w łóżku, nie chcąc się ruszać. Stopy mnie bolały, a dłonie nadal wydawały się zimne. Rozprostowałom i zgięłom palce parę razy, próbując przywrócić w nich krążenie.

Wtedy spojrzałom na swój telefon.

Przez chwilę rozważałom napisanie do Joela lub Vanessy, by opowiedzieć im, jak mi minął dzień; to kwestia pamięci mięśniowej.

Stoczyłom się z łóżka, walcząc z koszulką, bo nagle ubrania, które miałom na sobie, zrobiły się zbyt ciężkie. Skóra świerzbiła mnie nawet od wewnątrz, jakby była zbyt rozciągnięta na moich mięśniach, i nieważne, jak poruszyłom ciałem, wszystko było zbyt ściśnięte.

Chciałom się wyrwać, drapać, aż przestałobym czuć swędzenie.

Rozległo się pukanie do drzwi. Tata.

- Hej, idziemy spać.

- Dobranoc. - Rzuciłom koszulkę w stronę kosza w otwartej szafie. Następnego dnia miałom wolne, więc będę mogło ją wyprać. Miałom nadzieję, że uda mi się wywabić odór wanilii.

Odeszłom od łóżka i poszłom korytarzem do łazienki. Ustawiłom temperaturę wody na możliwie najwyższą, włączyłom muzykę i przez chwilę stałom pod prysznicem. Wzięłom myjkę i próbowałom zmyć ze skóry zapach jogurtu. Żel pachniał kokosem i zastanawiałom się, czy wyszłom na tym lepiej, czy też nie. Cały czas podrygiwałom i nuciłom do rytmu miksu synthów.

Byłom zdziwione, że żadne z rodziców nie zapukało do drzwi, mówiąc mi, żebym ściszyło muzykę.

Powąchałom nadgarstek, bardziej wyczuwając kokos niż wanilię, więc stwierdziłom, że jestem wystarczająco czyste.

Chciałom iść spać.

Powoli wracałom korytarzem, wpatrując się w drzwi do pokoju Ethana. Rodzice nie byli w nim od jakiegoś czasu. Wcześniej zaczęli już letnie porządki, uprzątając to i owo, piorąc trochę niepotrzebnych ubrań i oddając je do darmowych sklepów, ale wszystko inne pozostało nietknięte.

Albo przynajmniej tak myśleli. Pewne rzeczy zniknęły. Takie, z których istnienia nawet nie zdawali sobie sprawy.

Będąc już w pokoju, wyłączyłom lampkę na stoliku nocnym i wgramoliłom się pod kołdrę. Za każdym razem, gdy zamykałom oczy, myślałom o budce z jogurtem. Nadal czułom wanilię.

Pewnie powinnom było myśleć teraz o ważniejszych sprawach, jak dostanie się na dobre studia, mimo że zaczęłom wysyłać podania dopiero tamtej jesieni. Po tym wszystkim, co się stało, końcówka mojego przedostatniego roku w szkole była naprawdę okropna. Przez pierwszy miesiąc lata musiałom nadrabiać lekcje.

Zawiodłom.

Współczucie nauczycieli nie mogło wszystkiego naprawić. Z nadejściem sierpnia wrócę z innymi do szkoły i wspólnie rozpoczniemy klasę maturalną, ale straciłom wszystkie asy, które zgromadziłom w rękawie. Byłom wściekłe na to, jak szkoła zrzuciła na mnie całą tę sytuację, i nawet wścieklejsze na siebie, że nieomal pozwoliłom, by wszystko wymknęło mi się z rąk.

Albo może powinnom było przejmować się tym, że straciłom najbliższych przyjaciół i nie wiedziałom, jak ich odzyskać.

Albo może powinnom było martwić się o rodziców. Gdzieś czytałom, że siedemdziesiąt pięć procent małżeństw rozpada się po śmierci dziecka.

Zamiast tego wszystkiego chciałom przejmować się budką z mrożonym jogurtem. Chciałom zajmować myśli tym, żeby zrobić co trzeba przed wyjściem z pracy, upewniać się, że umyłom podłogi. Chciałom stresować się tym, czy pamiętałom o przygotowaniu polew dla porannej zmiany. Chciałom denerwować się wciskaniem klientom smaku pumpkin spice, bo z niewiadomych przyczyn jakiś kretyński dyrektor stwierdził, że lipiec jest idealnym momentem na sprzedawanie mrojo o smaku pumpkin spice.

Próbowałom się oszukiwać, a jeśli ostatnie miesiące czegokolwiek mnie nauczyły, to właśnie tego, że byłom niewyobrażalnie dobre w oszukiwaniu sameno siebie. Prawda i tak zawsze mnie dopadała. Nieważne, jak mocno próbowałom zdławić jej obrzydliwe oblicze, zawsze udawało się jej powrócić.

Zawsze.

I nie pachniała wanilią.

Nadal dużo łatwiej rozmawiało mi się o mrożonym jogurcie niż o moim zmarłym bracie.

 

 

 

 

 

Poniedziałek, 25 marca 2019

 

po wypadku

 

 

Ethan umarł w niedzielę.

Asystent koronera powiedział nam, że zginął między dziewiętnastą trzydzieści a dziewiętnastą czterdzieści pięć. Nie byli w stanie stwierdzić dokładnej godziny.

Nie zasnęłom aż do czwartej w nocy (albo w sumie nad ranem). Rodzice błagali mnie, żebym poszło spać, mówili, że muszę odpocząć. Już wtedy zaczęli planować pogrzeb.

Chciałom na nich krzyczeć, zapytać ich, jak mogą tak od razu wybierać nagrobek, kiedy ciało Ethana było w szpitalu, zaledwie parę kilometrów stąd. Ledwie ciepłe, samotne.

Chciałom być tam przy nim, żeby tylko kogoś miał.

Chociaż nie potrzebował już nikogo.

W łóżku było ciepło, a ulica, na której jeszcze kilka godzin temu stało wiele aut, była pusta. Mnóstwo ludzi przyjechało do nas, po czym zaczęli sprzątać w naszym domu zaledwie godzinę po śmierci Ethana. Pocieszali rodziców, odkurzali dywan i stoły, sprzątali lodówkę z przeterminowanego jedzenia i przywozili nowe.

Nawet dzisiaj nie jestem pewne, czy to jakiś południowy zwyczaj - zajmowanie się domem, gdy ktoś umrze - czy też wszyscy to robią.

Mrugnęłom, a kiedy znów otworzyłom oczy, była dziewiąta. Czułom się okropnie, nawet gorzej, niż gdy spałom u Vanessy i wspólnie podkradłośmy trochę whiskey jej ojca. Pragnęłośmy być jak dorośli z filmu, który oglądałośmy.

Tamtej nocy wymiotowałom i bolał mnie żołądek, a gdy następnego ranka się obudziłom, wszystko było mętne.

Tylko że tym razem nie było mętności, nie było niejasności. Dokładnie wiedziałom, co się wydarzyło; widziałom obraz wypalony po wewnętrznej stronie powiek za każdym razem, gdy odważyłom się je zamknąć.

Vanessa.

Przekręciłom się w łóżku, sięgając po telefon. Wysłałom jej krótką wiadomość z pytaniem, czy może jutro przyjść. A potem już tylko tak leżałom.

Dom znów był pusty, jakby całym sobą pogrążony w żałobie.

Było cicho, do momentu aż w ogrodzie rozległ się odgłos kosiarki.

Na chwilę zalała mnie nadzieja.

Koszenie trawy było obowiązkiem Ethana.

Oboje z tatą byłośmy uczuleni na trawę, więc gdy tylko Ethan podrósł na tyle, by sięgnąć pedałów, siedząc na kosiarce, ta odpowiedzialność spadła na niego. Tata płacił mu trzydzieści dolarów za każdym razem, gdy to robił.

W ten sposób zebrał pieniądze na swoje playstation 4.

Znalazłom mamę na tarasie, gdzie markiza chroniła ją przed porannym słońcem.

- Dzień dobry - powiedziałom, siadając na krześle obok niej.

- Dobry - odpowiedziała, zaciągając się papierosem. Mama paliła tylko wtedy, gdy była zestresowana, albo przez szkołę, albo przez długie godziny spędzone w pracy, które musiała odreagować.

To był pierwszy raz, gdy robiła to przy mnie, jakby już nie czuła się zawstydzona.

Nie przypuszczałom, że zdaje sobie sprawę, że o tym wiem.

Niemal poprosiłom ją o papierosa, ale nie byłom w nastroju na pogadankę.

Za popielniczkę służył jej ten przeklęty notes o żółtych kartkach, na których zapisywało się wszystkie wydarzenia nadchodzącego tygodnia.

- Zadzwoniłam do szkoły dziś rano i powiedziałam im, że przez jakiś czas będziesz nieobecne.

No tak, szkoła. Chciałom zapytać, co znaczy "jakiś czas", ale miałom wrażenie, że nawet mama nie znała odpowiedzi.

Dziś rano nie obudził mnie budzik. Nie musiałom ścigać się z Ethanem, żeby wziąć prysznic jako pierwsze i cieszyć się cennymi strumieniami gorącej wody. Nie byłom zmuszone robić cokolwiek innego oprócz leżenia w łóżku, gapienia się na okropne wykończenie sufitu w kształcie popcornu i odliczania sekund do momentu, gdy musiałom wstać, bo leżenie stawało się fizycznie bolesne.

Nie myślałom jeszcze o tym, jak śmierć Ethana może rozregulować rutynę.

Myślałom o tym teraz.

- Cały tydzień? - zapytałom.

Mama pokiwała głową.

- Ustaliliśmy pogrzeb na środę.

- Okej.

- Będziesz musiało dopasować swój garnitur - powiedziała. - Ledwo na ciebie pasował już na pogrzebie Barneya, a od tamtego czasu urosłoś.

Barney był dla babci... chłopakiem? Mężem? Można by pomyśleć, że ludzie po osiemdziesiątce czują, że randkowanie jest czymś, czego nie powinni już robić. Nigdy nie nazwałobym ich relacji romantyczną. Bardziej pasożytniczą. Mieszkał w jej domu, spał w jej łóżku. W jakiś sposób byli sobie bliscy, ale babcia nawet nie płakała, gdy umarł. To był ostatni pogrzeb, na który musiałośmy jechać.

- Mamo, kupiłośmy ten garnitur, gdy miałom czternaście lat - przypomniałom jej. - Nie będzie pasował, obojętnie ile pracy się w to włoży.

- Racja. - Przez chwilę coś rozważała. - Dam ci moją kartę i możesz pojechać po nowy. - Patrzyłom, jak wyciąga kolejnego papierosa i odpala go przed odezwaniem się: - Przyjeżdża twoja ciocia, Donna.

- Myślę, że Vanessa również - powiedziałom.

Poprzedniego wieczora, gdy wysiadałośmy z jej samochodu, podniosła mnie, gdy upadłom na ziemię. Objęła mnie, słuchała, jak płaczę, pocierała moje plecy, prosiła, żebym ścisnęło jej dłonie, tak by wiedziała, że ją słyszę, i próbowała uspokoić mój oddech, kiedy myślała, że zaczęłom hiperwentylować.

- Może byście pojechali po garnitur razem? Wyrwalibyście się z domu.

- Może - odpowiedziałom.

Vanessa musiałaby prowadzić. Ja nie mam prawa jazdy.

- Gdzie tata? - zapytałom, patrząc na wolno sunącą kosiarkę. To był pan Dixon z naprzeciwka. Jechał swoją kosiarką, nie naszą nowiutką, pomarańczową.

- Musiał pojechać do szpitala.

- Po co?

- Nie wiem. - Mama brzmiała, jakby była podenerwowana. - Po prostu musiał jechać. Zadzwonili po niego.

- Ale czemu?

- Nie wiem, Liam! Po prostu poprosili o jedno z nas na miejscu, a ja nie mogłam... - Opadła na oparcie krzesła. - Nie mogłam się do tego zebrać.

- Okej. Przepraszam.

Mama nic nie odpowiedziała; pozwoliła mi wrócić do domu i do pokoju z nudnościami w żołądku. To wszystko wydawało się nierzeczywiste, nawet mimo tego, że stojąc na krawężniku, patrzyłom, jak wkładali Ethana do karetki.

Spojrzałom na telefon i pierwszym, co zobaczyłom, była moja wiadomość do Joela, oznaczona "Przeczytano", ale pozostawiona bez odpowiedzi.

Zdaje się, że nie wiedział, co robić, gdy jego najlepsze przyjacioło napisało, że zginął jeno starszy brat.

Vanessa jednak odpisała.

 

VANESSA: już jadę <3

 

Po tym jak spędziłom przy biurku dwadzieścia minut i scrollowałom wszystkie nowe posty na Instagramie, na których Ethan został otagowany "ku jego pamięci" przez swoich znajomych z klasy, poszłom pod prysznic, nawet nie przejmując się myciem włosów; pozwalałom wodzie płynąć po rękach i spływać po palcach. Nie potrafiłom się nawet porządnie umyć. Po prostu nie miałom na to siły.

Nie mogłom w to uwierzyć.

Nie chciałom w to wierzyć.

A jednak wszechświat miał gdzieś to, czego chciałom ja. Zabrał Ethana bez cienia wstydu czy żalu. Bezlitośnie nie zważając na to, co mogę przez to czuć. Wtedy to poczułom: brak mojego brata. I wiedziałom, że będę to czuło przez resztę życia. Poszukując ubrań do włożenia przed przyjazdem Vanessy, znalazłom koszulkę, którą miałom na sobie poprzedniego wieczoru. Była biała, z napisem DZISIAJ BĘDZIE ŚWIETNY DZIEŃ... A OTO DLACZEGO! z musicalu Drogi Evanie Hansenie. Dostałom ją zeszłego roku na święta, wraz z winylem z muzyką broad­wayowego przedstawienia, którego nigdy nie odważyłom się odtworzyć, bo nie chciałom, żeby się porysował lub zużył.

To była jedna z moich ulubionych koszulek. Teraz jednak, pokryta świeżo wyschniętymi czerwono-brązowymi plamami, przyprawiała mnie o mdłości, więc zwinęłom ją w kulkę i rzuciłom w najdalszy róg garderoby.

Vanessa weszła po schodach parę chwil później, oparła się o framugę drzwi i tak na siebie patrzyłośmy.

- Hej - powiedziała w końcu.

Wpatrywałom się w jej brązową skórę, worki pod oczami, lokowane czarne włosy w nieładzie i oversize'ową ­flanelową koszulę, którą nałożyła na swoją ulubioną koszulkę z Paramore.

- Hej.

- Jak spałoś? - zapytała.

- Prawie wcale - odpowiedziałom.

- Powinnoś odpocząć - stwierdziła.

- Mhm. - Tylko na tyle mogłom się zdobyć.

Usiadła przy biurku, kładąc palce na klawiszach key­boardu, który był nie podłączony, więc nie dobył się żaden dźwięk.

Znałośmy się od przedszkola; była pierwszą osobą, którą spotkałom pierwszego dnia, i wsparła mój protest, kiedy zażądałom, by przedszkolanka dokończyła czytanie Tam, gdzie żyją dzikie stwory w porze na opowieści.

Nie było takich czasów, gdy nie byłośmy najlepszymi przyjaciółmi, ale w tamtym momencie nie miałom pojęcia, jak z nią rozmawiać.

- Mama chce, żebym pojechało po nowy garnitur - powiedziałom w końcu.

- Mhm... Myślę, że będziesz go potrzebowało. - Obróciła się w moim krześle, spoglądając na sufit tak, że włosy opadły jej z twarzy.

- Pojedziesz ze mną? Nie mam pojęcia, jak to się robi.

Spojrzenie Vanessy padło na mnie.

- Oczywiście. Ale skąd pomysł, że mam jakiekolwiek pojęcie, jeśli chodzi o wybór garnituru?

- Wyjdzie w praniu. No i z nas dwojga to ty masz prawo jazdy.

- A ty mogłoś to zmienić w dowolnym momencie przez ostatni rok!

- Wiesz, że mnie to stresuje.

Przez jej twarz przebiegł ulotny cień uśmiechu. Wystarczył, bym na moment zapomniało o wszystkim innym. Jeden wspaniały, bezcenny moment.

- Rozmawiałaś dzisiaj z Joelem? - zapytałom.

- Nie, dzisiaj nie.

- A wczoraj wieczorem?

- Tak, przez chwilę.

- Okej... - Urwałom. Właściwie nie byłom pewne, czy chciałom, by Joel jechał z nami. Zapowiadał się długi dzień i wiedziałom, że nie będzie łatwo w moim towarzystwie. Nie byłom również pewne, czy chciałom, by teraz Joel i Vanessa trzymali się za ręce i całowali w mojej obecności. Chciałom jedynie, żeby mnie wspierali.

- Chcesz, żeby pojechał z nami? - zapytała Vanessa.

- Niekoniecznie - odpowiedziałom.

- No dobrze - wyszeptała.

Chciałom jej tyle powiedzieć. O Joelu, Ethanie, nowym wszechświecie, którego częścią się nagle stałośmy. Wiedziałom, że by mnie wysłuchała, ale czyby zrozumiała? Czy byłom w stanie opisać, jak się czułom, kiedy samo nie potrafiłom tego uchwycić?

Zamiast tego poszłom na dół za Vanessą i nie powiedziałom ani słowa.