Poniedziałek, 25 marca 2019
po wypadku
Ethan umarł w niedzielę.
Asystent koronera powiedział nam, że zginął między dziewiętnastą trzydzieści a dziewiętnastą czterdzieści pięć. Nie byli w stanie stwierdzić dokładnej godziny.
Nie zasnęłom aż do czwartej w nocy (albo w sumie nad ranem). Rodzice błagali mnie, żebym poszło spać, mówili, że muszę odpocząć. Już wtedy zaczęli planować pogrzeb.
Chciałom na nich krzyczeć, zapytać ich, jak mogą tak od razu wybierać nagrobek, kiedy ciało Ethana było w szpitalu, zaledwie parę kilometrów stąd. Ledwie ciepłe, samotne.
Chciałom być tam przy nim, żeby tylko kogoś miał.
Chociaż nie potrzebował już nikogo.
W łóżku było ciepło, a ulica, na której jeszcze kilka godzin temu stało wiele aut, była pusta. Mnóstwo ludzi przyjechało do nas, po czym zaczęli sprzątać w naszym domu zaledwie godzinę po śmierci Ethana. Pocieszali rodziców, odkurzali dywan i stoły, sprzątali lodówkę z przeterminowanego jedzenia i przywozili nowe.
Nawet dzisiaj nie jestem pewne, czy to jakiś południowy zwyczaj - zajmowanie się domem, gdy ktoś umrze - czy też wszyscy to robią.
Mrugnęłom, a kiedy znów otworzyłom oczy, była dziewiąta. Czułom się okropnie, nawet gorzej, niż gdy spałom u Vanessy i wspólnie podkradłośmy trochę whiskey jej ojca. Pragnęłośmy być jak dorośli z filmu, który oglądałośmy.
Tamtej nocy wymiotowałom i bolał mnie żołądek, a gdy następnego ranka się obudziłom, wszystko było mętne.
Tylko że tym razem nie było mętności, nie było niejasności. Dokładnie wiedziałom, co się wydarzyło; widziałom obraz wypalony po wewnętrznej stronie powiek za każdym razem, gdy odważyłom się je zamknąć.
Vanessa.
Przekręciłom się w łóżku, sięgając po telefon. Wysłałom jej krótką wiadomość z pytaniem, czy może jutro przyjść. A potem już tylko tak leżałom.
Dom znów był pusty, jakby całym sobą pogrążony w żałobie.
Było cicho, do momentu aż w ogrodzie rozległ się odgłos kosiarki.
Na chwilę zalała mnie nadzieja.
Koszenie trawy było obowiązkiem Ethana.
Oboje z tatą byłośmy uczuleni na trawę, więc gdy tylko Ethan podrósł na tyle, by sięgnąć pedałów, siedząc na kosiarce, ta odpowiedzialność spadła na niego. Tata płacił mu trzydzieści dolarów za każdym razem, gdy to robił.
W ten sposób zebrał pieniądze na swoje playstation 4.
Znalazłom mamę na tarasie, gdzie markiza chroniła ją przed porannym słońcem.
- Dzień dobry - powiedziałom, siadając na krześle obok niej.
- Dobry - odpowiedziała, zaciągając się papierosem. Mama paliła tylko wtedy, gdy była zestresowana, albo przez szkołę, albo przez długie godziny spędzone w pracy, które musiała odreagować.
To był pierwszy raz, gdy robiła to przy mnie, jakby już nie czuła się zawstydzona.
Nie przypuszczałom, że zdaje sobie sprawę, że o tym wiem.
Niemal poprosiłom ją o papierosa, ale nie byłom w nastroju na pogadankę.
Za popielniczkę służył jej ten przeklęty notes o żółtych kartkach, na których zapisywało się wszystkie wydarzenia nadchodzącego tygodnia.
- Zadzwoniłam do szkoły dziś rano i powiedziałam im, że przez jakiś czas będziesz nieobecne.
No tak, szkoła. Chciałom zapytać, co znaczy "jakiś czas", ale miałom wrażenie, że nawet mama nie znała odpowiedzi.
Dziś rano nie obudził mnie budzik. Nie musiałom ścigać się z Ethanem, żeby wziąć prysznic jako pierwsze i cieszyć się cennymi strumieniami gorącej wody. Nie byłom zmuszone robić cokolwiek innego oprócz leżenia w łóżku, gapienia się na okropne wykończenie sufitu w kształcie popcornu i odliczania sekund do momentu, gdy musiałom wstać, bo leżenie stawało się fizycznie bolesne.
Nie myślałom jeszcze o tym, jak śmierć Ethana może rozregulować rutynę.
Myślałom o tym teraz.
- Cały tydzień? - zapytałom.
Mama pokiwała głową.
- Ustaliliśmy pogrzeb na środę.
- Okej.
- Będziesz musiało dopasować swój garnitur - powiedziała. - Ledwo na ciebie pasował już na pogrzebie Barneya, a od tamtego czasu urosłoś.
Barney był dla babci... chłopakiem? Mężem? Można by pomyśleć, że ludzie po osiemdziesiątce czują, że randkowanie jest czymś, czego nie powinni już robić. Nigdy nie nazwałobym ich relacji romantyczną. Bardziej pasożytniczą. Mieszkał w jej domu, spał w jej łóżku. W jakiś sposób byli sobie bliscy, ale babcia nawet nie płakała, gdy umarł. To był ostatni pogrzeb, na który musiałośmy jechać.
- Mamo, kupiłośmy ten garnitur, gdy miałom czternaście lat - przypomniałom jej. - Nie będzie pasował, obojętnie ile pracy się w to włoży.
- Racja. - Przez chwilę coś rozważała. - Dam ci moją kartę i możesz pojechać po nowy. - Patrzyłom, jak wyciąga kolejnego papierosa i odpala go przed odezwaniem się: - Przyjeżdża twoja ciocia, Donna.
- Myślę, że Vanessa również - powiedziałom.
Poprzedniego wieczora, gdy wysiadałośmy z jej samochodu, podniosła mnie, gdy upadłom na ziemię. Objęła mnie, słuchała, jak płaczę, pocierała moje plecy, prosiła, żebym ścisnęło jej dłonie, tak by wiedziała, że ją słyszę, i próbowała uspokoić mój oddech, kiedy myślała, że zaczęłom hiperwentylować.
- Może byście pojechali po garnitur razem? Wyrwalibyście się z domu.
- Może - odpowiedziałom.
Vanessa musiałaby prowadzić. Ja nie mam prawa jazdy.
- Gdzie tata? - zapytałom, patrząc na wolno sunącą kosiarkę. To był pan Dixon z naprzeciwka. Jechał swoją kosiarką, nie naszą nowiutką, pomarańczową.
- Musiał pojechać do szpitala.
- Po co?
- Nie wiem. - Mama brzmiała, jakby była podenerwowana. - Po prostu musiał jechać. Zadzwonili po niego.
- Ale czemu?
- Nie wiem, Liam! Po prostu poprosili o jedno z nas na miejscu, a ja nie mogłam... - Opadła na oparcie krzesła. - Nie mogłam się do tego zebrać.
- Okej. Przepraszam.
Mama nic nie odpowiedziała; pozwoliła mi wrócić do domu i do pokoju z nudnościami w żołądku. To wszystko wydawało się nierzeczywiste, nawet mimo tego, że stojąc na krawężniku, patrzyłom, jak wkładali Ethana do karetki.
Spojrzałom na telefon i pierwszym, co zobaczyłom, była moja wiadomość do Joela, oznaczona "Przeczytano", ale pozostawiona bez odpowiedzi.
Zdaje się, że nie wiedział, co robić, gdy jego najlepsze przyjacioło napisało, że zginął jeno starszy brat.
Vanessa jednak odpisała.
VANESSA: już jadę <3
Po tym jak spędziłom przy biurku dwadzieścia minut i scrollowałom wszystkie nowe posty na Instagramie, na których Ethan został otagowany "ku jego pamięci" przez swoich znajomych z klasy, poszłom pod prysznic, nawet nie przejmując się myciem włosów; pozwalałom wodzie płynąć po rękach i spływać po palcach. Nie potrafiłom się nawet porządnie umyć. Po prostu nie miałom na to siły.
Nie mogłom w to uwierzyć.
Nie chciałom w to wierzyć.
A jednak wszechświat miał gdzieś to, czego chciałom ja. Zabrał Ethana bez cienia wstydu czy żalu. Bezlitośnie nie zważając na to, co mogę przez to czuć. Wtedy to poczułom: brak mojego brata. I wiedziałom, że będę to czuło przez resztę życia. Poszukując ubrań do włożenia przed przyjazdem Vanessy, znalazłom koszulkę, którą miałom na sobie poprzedniego wieczoru. Była biała, z napisem DZISIAJ BĘDZIE ŚWIETNY DZIEŃ... A OTO DLACZEGO! z musicalu Drogi Evanie Hansenie. Dostałom ją zeszłego roku na święta, wraz z winylem z muzyką broadwayowego przedstawienia, którego nigdy nie odważyłom się odtworzyć, bo nie chciałom, żeby się porysował lub zużył.
To była jedna z moich ulubionych koszulek. Teraz jednak, pokryta świeżo wyschniętymi czerwono-brązowymi plamami, przyprawiała mnie o mdłości, więc zwinęłom ją w kulkę i rzuciłom w najdalszy róg garderoby.
Vanessa weszła po schodach parę chwil później, oparła się o framugę drzwi i tak na siebie patrzyłośmy.
- Hej - powiedziała w końcu.
Wpatrywałom się w jej brązową skórę, worki pod oczami, lokowane czarne włosy w nieładzie i oversize'ową flanelową koszulę, którą nałożyła na swoją ulubioną koszulkę z Paramore.
- Hej.
- Jak spałoś? - zapytała.
- Prawie wcale - odpowiedziałom.
- Powinnoś odpocząć - stwierdziła.
- Mhm. - Tylko na tyle mogłom się zdobyć.
Usiadła przy biurku, kładąc palce na klawiszach keyboardu, który był nie podłączony, więc nie dobył się żaden dźwięk.
Znałośmy się od przedszkola; była pierwszą osobą, którą spotkałom pierwszego dnia, i wsparła mój protest, kiedy zażądałom, by przedszkolanka dokończyła czytanie Tam, gdzie żyją dzikie stwory w porze na opowieści.
Nie było takich czasów, gdy nie byłośmy najlepszymi przyjaciółmi, ale w tamtym momencie nie miałom pojęcia, jak z nią rozmawiać.
- Mama chce, żebym pojechało po nowy garnitur - powiedziałom w końcu.
- Mhm... Myślę, że będziesz go potrzebowało. - Obróciła się w moim krześle, spoglądając na sufit tak, że włosy opadły jej z twarzy.
- Pojedziesz ze mną? Nie mam pojęcia, jak to się robi.
Spojrzenie Vanessy padło na mnie.
- Oczywiście. Ale skąd pomysł, że mam jakiekolwiek pojęcie, jeśli chodzi o wybór garnituru?
- Wyjdzie w praniu. No i z nas dwojga to ty masz prawo jazdy.
- A ty mogłoś to zmienić w dowolnym momencie przez ostatni rok!
- Wiesz, że mnie to stresuje.
Przez jej twarz przebiegł ulotny cień uśmiechu. Wystarczył, bym na moment zapomniało o wszystkim innym. Jeden wspaniały, bezcenny moment.
- Rozmawiałaś dzisiaj z Joelem? - zapytałom.
- Nie, dzisiaj nie.
- A wczoraj wieczorem?
- Tak, przez chwilę.
- Okej... - Urwałom. Właściwie nie byłom pewne, czy chciałom, by Joel jechał z nami. Zapowiadał się długi dzień i wiedziałom, że nie będzie łatwo w moim towarzystwie. Nie byłom również pewne, czy chciałom, by teraz Joel i Vanessa trzymali się za ręce i całowali w mojej obecności. Chciałom jedynie, żeby mnie wspierali.
- Chcesz, żeby pojechał z nami? - zapytała Vanessa.
- Niekoniecznie - odpowiedziałom.
- No dobrze - wyszeptała.
Chciałom jej tyle powiedzieć. O Joelu, Ethanie, nowym wszechświecie, którego częścią się nagle stałośmy. Wiedziałom, że by mnie wysłuchała, ale czyby zrozumiała? Czy byłom w stanie opisać, jak się czułom, kiedy samo nie potrafiłom tego uchwycić?
Zamiast tego poszłom na dół za Vanessą i nie powiedziałom ani słowa.