Duchy. Korespondencje z Kambodży - Tiziano Terzani

Reflow text when sidebars are open.
Kambodża była wielką miłością Tiziana i jak każda miłość - źródłem cierpień. Lata, które tam spędził, były najważniejsze w jego życiu, a dramatyczne wydarzenia w niedawnej tamtejszej historii stały się dlań symbolem zła, jakie polityka może wyrządzić człowiekowi. W Kambodży odkrył harmonijną cywilizację - tuż przed jej zniknięciem - opartą na godnych uwagi tradycjach. W czasie wojny domowej dostrzegł w ruinach świątyń w Angkor wielkość człowieka, ale też barbarzyństwo, do jakiego jest on zdolny. Po nastaniu władzy Czerwonych Khmerów marzenia o socjalizmie, z którymi przyjechał do Azji, przemieniły się w koszmar. Zważywszy na to, że jego praca dalekowschodniego korespondenta zaczęła się w Kambodży, a ćwierć wieku później dobiegła w niej końca, ta osobista historia zdaje się zbiegać z historią kraju, obie bowiem potoczyły się tą samą krętą drogą.
Żyliśmy jeszcze w epoce zimnej wojny, która podzieliła świat na dwa bloki: wolny Zachód pod egidą Stanów Zjednoczonych i kraje socjalistyczne za żelazną kurtyną, gdzie rządził Związek Radziecki. Były to również czasy końca kolonializmu, wyzwalania się krajów Afryki i Azji spod władzy Zachodu.
W 1954 roku, po długiej walce z Francuzami, Wietnam, Laos i Kambodża, trzy kraje wchodzące w skład Indochin, uzyskały niepodległość. Konferencja genewska położyła kres pierwszej wojnie indochińskiej, lecz Wietnam został podzielony na komunistyczną północ ze stolicą w Hanoi i prezydentem Ho Chi Minhem oraz proamerykańskie południe ze stolicą w Sajgonie. Wojna między tymi dwiema częściami, dążącymi do zjednoczenia kraju - każda pod swoim przywództwem - rozpoczęła się już pod koniec lat pięćdziesiątych i przemieniła w wojnę amerykańską, kiedy w 1965 roku prezydent Johnson wysłał swoich pierwszych marines do Wietnamu Południowego, żeby powstrzymać "rozprzestrzenianie się komunizmu na świecie".
Ta druga wojna indochińska, zwana na ogół wojną w Wietnamie, choć począwszy od 1970 roku były w nią zaangażowane również dwa sąsiadujące kraje, Laos i Kambodża, stała się zasadniczym doświadczeniem naszego pokolenia. Podobnie jak wielu studentów, robotników i intelektualistów w ówczesnej Europie i Ameryce, my również byliśmy lewicowi i jak wszyscy ci, co wierzyli w prawo narodów do niepodległości, maszerowaliśmy i protestowaliśmy przeciwko tej wojnie. I tak pod koniec swojego stażu w mediolańskim dzienniku "Il Giorno" Tiziano uznał, że chce się zająć konfliktem w Indochinach. A ponieważ żadna gazeta nie była skłonna wysłać go do Azji, postanowiliśmy pojechać tam na własny rachunek.
Przyjechaliśmy do Singapuru na początku 1972 roku z dwójką małych dzieci i czterema walizkami. Znaleźliśmy umeblowany dom w parku, należący niegdyś do angielskich oficerów. Stare kolonialne wille były białe, znajdowały się w dużej odległości jedna od drugiej; nie było łatwo znosić równikowy upał, z ołowianego nieba często padał deszcz. Żaby, świerszcze i cykady koncertowały cały dzień, ale noce były ciemne i ciche. Żaden samochód nie przejeżdżał alejami parku, żaden pies nie szczekał. Kiedy Tiziano był w podróży, nasz Doggy (nazwany tak, by dzieci nauczyły się pierwszego słowa po angielsku) nie zdołałby nas obronić przed żadnym napastnikiem. Na szczęście w Singapurze nikt na nas nie napadł.
Mieszkało się w tym domu po spartańsku, bez klimatyzacji, ale z wentylatorem, którego duże łopaty obracały się powoli, a codzienny plusk deszczu docierał na nieoszkloną werandę. Tiziano zaczął zbierać książki na temat tego regionu Azji, a dla mnie kupił stary fortepian. Wśród żywopłotów z bambusów albo hibiskusa można było dostrzec białe podkoszulki kabun zamiatających liście. Regularny szelest, zawsze ten sam ruch ramion i pleców, pełne skupienia ciemne profile pochylone nad miotłami napełniały spokojem nasze wczesne ranki. Popołudniami w ogrodzie przechodzącym w park pijaliśmy herbatę pod drzewem o płomiennie czerwonych kwiatach.
Po przeniesieniu się na Daleki Wschód Tiziano stał się, jak powiadali dowcipni Anglicy, pierwszym włoskim dziennikarzem East of Aden, na wschód od Adenu. Żadna gazeta jednak nie zatrudniła go na stałe jako korespondenta. Otrzymał wprawdzie przed wyjazdem kilka obietnic współpracy ze strony włoskiej i zagranicznej prasy, do której drzwi wówczas stukał, ale tylko niemiecki tygodnik "Der Spiegel" podpisał z nim niewielką umowę: miał dla nich pisać, a oni mieli mu płacić za każdy opublikowany artykuł. Oprócz tego wypłacali mu niewielką stałą sumę. W wieku trzydziestu trzech lat musiał jeszcze się ubiegać o pozycję w zawodzie, o uznanie redakcji i czytelników. Wszyscy bacznie go obserwowali.
Ale konflikt w Wietnamie niemal od razu się zaostrzył i obecność Tiziana na miejscu okazała się opatrznościowa, dlatego jeszcze przed końcem roku "Der Spiegel" mianował go swoim korespondentem na południowo-wschodnią część kontynentu. Skromne biuro w Singapurze stało się w ten sposób pierwszą azjatycką siedzibą wielkiego niemieckiego tygodnika. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęła się współpraca Tiziana z "Il Giorno" i "L'Espresso".
Możliwość pisania po włosku sprawiała mu prawdziwą radość. Dla Niemców należało pisać artykuły i reportaże budowane z faktów, informacji, cyfr i wywiadów ze świadkami; to były reportaże właśnie, nigdy analizy ani komentarze - te pisał naczelny albo autor wstępniaków - i często pozostawały bez podpisu. Styl również nie był dowolny: miał być syntetyczny, bez ozdobników, trafiający w sedno. Wymagało to bystrego oka, dobrego słuchu i wyczucia dziennikarskiego sznytu, jaki trzeba było przydać opowiadanej historii, ale tego, jak twierdzili koledzy, Tizianowi nie brakowało. Z biegiem czasu nabył węchu godnego psa myśliwskiego, który wyczuwa zwierzynę. Węszył i już po chwili odnajdywał miejsce zbrodni: studnię pełną szkieletów, ukrytą za pagodą; spotykał dyrektora fabryki, który wydał rozkaz zabijania. Niekiedy czekał całymi dniami, aż ktoś wypowie przy nim zdanie streszczające wszystko, jak to, które zamyka jego reportaż z 1980 roku o holokauście w Kambodży.
Gdy zaś pisał dla Włochów, mógł sobie pozwolić na polityczne komentarze, na których zawsze mu zależało. Ale i w tym wypadku dokładność w przedstawianiu faktów, oryginalność wiadomości i sprawdzanie nawet najdrobniejszej informacji, jak ceny warzyw, ryb czy ryżu na targu, nie były dlań nigdy czymś drugorzędnym.
W tamtych odległych dniach, kiedy nie wynaleziono jeszcze faksu, komputera ani telefonu komórkowego i trzeba było godzin, a czasami i dni, żeby uzyskać połączenie międzynarodowe, korespondent porozumiewał się ze swoją gazetą za pomocą telegramu albo w lakonicznym języku teleksu za pośrednictwem agencji prasowej. W Singapurze ktoś z Reutersa zawiadamiał Tiziana: "Wiadomość z Hamburga dla ciebie!" - i czytał mu przez telefon: "Masz jechać natychmiast do Phnom Penh. Przyślij sto pięćdziesiąt linijek przed czwartkiem wieczór". Tiziano szalał z radości i pakował torbę. Zawsze ubrany na biało - żeby odróżnić się od amerykańskich wojskowych w mundurach koloru khaki - ze starą maszyną do pisania Olivetti Lettera 22, z czystymi kartkami papieru i aparatem fotograficznym zatrzymywał się w Bangkoku, żeby uzyskać wizę. Stamtąd, trzęsącą się caravelle należącą do Air France, leciał w kierunku Kambodży.
"W 1970 roku Kambodża była małym i nic nieznaczącym krajem, z sześcioma milionami mieszkańców. Krajem żyjącym w pokoju, rządzonym przez błyskotliwego i przebiegłego księcia Sihanouka, feudalnego pana uważającego Kambodżę za swoją własność, a Kambodżan za swoje "dzieci"" - niemal dwadzieścia lat później Tiziano przedstawiał źródła wojny, jak gdyby opowiadał jakąś bajkę. "Przez lata Sihanouk zdołał utrzymać neutralność Kambodży i nie zaangażować się w wojnę, która ogarnęła kraje ościenne, Laos i Wietnam. Formuła była prosta: pozwalał w tajemnicy Wietnamczykom z północy i ich partyzantce przechodzić Szlakiem Ho Chi Minha przez peryferyjne rejony swojego kraju, a Amerykanom, również w tajemnicy, by ich bombardowali swoimi B-52. Taka umowa trwała przez jakiś czas. Potem, w marcu 1970 roku, kiedy Sihanouk przebywał z oficjalną wizytą w Moskwie i w Pekinie, pierwszy minister Lon Nol przejął władzę, zrezygnował z neutralności i opowiedział się po stronie Amerykanów i Wietnamczyków z południa oraz ich krucjaty przeciwko indochińskiemu komunizmowi. Pucz nastąpił oczywiście przy poparciu Waszyngtonu, więc Sihanouk oddał się pod opiekę Chin i sprzymierzył z Czerwonymi Khmerami, którzy byli wówczas grupką partyzantów zbliżonych do komunistów, liczącą nie więcej niż dwa tysiące ludzi"1.
W 1970 roku za zgodą swego nowego sojusznika, marszałka Lon Nola, stojącego obecnie na czele rządu w Phnom Penh, Amerykanie zaczęli bombardować również długi kambodżański odcinek Szlaku Ho Chi Minha: owego tajemnego traktu, którym Hanoi transportowała broń i zaopatrzenie dla partyzantki z południa, zwanej Wietkongiem, walczącej z reżimem w Sajgonie. Aby uciec przed bombardowaniami, a z pewnością i po to, by ukarać Phnom Penh za nagłą zmianę frontu, wietnamscy żołnierze weszli głębiej do Kambodży i dotarli aż na obrzeża stolicy, zajmując rozległe tereny, ze starodawnym kompleksem świątyń w Angkor, symbolem narodu Khmerów włącznie. Obok nich walczyli Czerwoni Khmerzy i wierni Sihanoukowi zwolennicy monarchii, którzy po puczu przeciwko księciu poszli do partyzantki i stworzyli wspólnie Front Narodowy razem z republikanami Son Sanna.
Aby bronić władzy nowego sojusznika, Amerykanie ścigali jego wrogów wszędzie, bombardując bez litości. Wojna w Kambodży tak właśnie się zaczęła, od nielegalnych ataków.
W tamtym okresie o Czerwonych Khmerach wiedziało się mało albo nic. W latach sześćdziesiątych opuścili Phnom Penh, żeby uniknąć prześladowań ze strony Sihanouka, i założyli bazy w odległych górskich rejonach. Zrobiło się o nich cicho i rząd oświadczył, że wyginęli. Jednak Tiziano wspominał o nich już w 1972 roku, podczas jednej ze swoich pierwszych podróży do Kambodży.
"Ostatnio dziwne fotografie krążą po Kambodży i za granicą, przedstawiające Khieu Samphana, Hou Youna i Hu Nima, trzech bardzo popularnych i szanowanych przywódców pierwszej komunistycznej organizacji, która zwalczała Sihanouka. Wszyscy trzej zniknęli w tajemniczych okolicznościach w 1967 roku i zostali uznani za zabitych z rozkazu samego Sihanouka, a teraz stanęli podobno na czele partyzantki wchodzącej w skład Frontu Narodowego, gdzieś w Kambodży. Trzy fotografie wyglądają na fałszywe, ale już samo podejrzenie, że ci trzej żyją, skłaniało do zadawania pytań. Przede wszystkim należy zauważyć, że szybko rosnący w siłę ruch partyzancki, jak to się dzieje w tym wypadku, może być kontrolowany przez Sihanouka tylko wtedy, kiedy nie ma alternatywnego politycznego przywództwa, które mogłoby przypaść w udziale tym "trzem duchom""2.
Jakie tam duchy! Wiele lat później wyszło na jaw, że ci trzej nie tylko byli wówczas cali i zdrowi, cokolwiek by mówili Lon Nol i Amerykanie, lecz także zdołali już znacznie wzmocnić swe oddziały, do których wstępowały tysiące chłopów wrogo usposobionych do reżimu Lon Nola z powodu amerykańskich bombardowań niszczących ich wsie.
Waszyngton nie wypowiedział nigdy wojny Kambodży i przyznanie, że w kraju istnieje szybko rozwijający się ruch komunistyczny, nie było w jego interesie, a tym bardziej w interesie Phnom Penh. Dla Amerykanów wrogiem, również w Kambodży, byli Wietnamczycy i Wietkong, ukrywający się w kambodżańskich "twierdzach", cenzura w Phnom Penh czuwała więc, aby korespondenci nie wspominali nigdy o "Czerwonych Khmerach". Ponieważ żadnemu dziennikarzowi nie udało się skontaktować z tymi fantomowymi partyzantami, porozmawiać z nimi i powrócić żywym, przez jakiś czas prasa, z braku dokładnych informacji, pisała o zbrojnych oddziałach Frontu w sposób ogólnikowy, jako o zwolennikach Sihanouka i komunistycznych bojownikach.
Po zamachu stanu w Kambodży sprawy przybrały zły obrót i bezradny, skorumpowany, niepopularny rząd Lon Nola przeszedłby już w ręce partyzantów, gdyby nie Waszyngton, który zasilał niemal w całości jego budżet.
Jedynie miasta pozostawały jeszcze w rękach sił rządowych, lecz nie można było do nich dotrzeć drogami krajowymi wychodzącymi gwiaździście ze stolicy. W promieniu trzydziestu-czterdziestu kilometrów od Phnom Penh dziennikarze poruszali się jeszcze samochodami, ale do takich kambodżańskich miasteczek, jak Batdambang, Siem Reab czy Takev mogli się dostać jedynie na pokładzie zdezelowanych małych samolotów pilotowanych przez byłych wojskowych.
To była wojna, z której Stany Zjednoczone od dawna usiłowały się wycofać. Wreszcie, w styczniu 1973 roku, po miesiącach rokowań, Kissinger i Le Duc Tho, jeden w imieniu Waszyngtonu, drugi - Hanoi, podpisali w Paryżu porozumienie zobowiązujące Amerykanów do zakończenia bombardowania Indochin, a Wietnamczyków z północy do wycofania się z Laosu i Kambodży. Stany Zjednoczone przeniosły swoje dowództwo wojskowe do Tajlandii, by stamtąd kierować operacjami wojskowymi - a także je finansować - rządów w Sajgonie, Wientianie i Phnom Penh, które pozostawały pod ich opieką, podczas gdy Hanoi w dalszym ciągu miało pomagać tamtejszej partyzantce. Inaczej mówiąc, wojna trwała, tylko że toczyła się już bezpośrednio w terenie między wojskiem rządowym a komunistycznymi partyzantami.
Kiedy na początku 1973 roku Tiziano zaczął pisać korespondencje z Kambodży również dla włoskiej prasy, amerykańskie bombowce chroniły Phnom Penh, otaczając je pierścieniem ognia. Czerwoni Khmerzy bowiem, nie bacząc na porozumienie w Paryżu, w którym zresztą nie brali udziału, nadal przeprowadzali ataki na stolicę i Amerykanie zaczęli ponownie bombardować ich bazy w całym kraju. Z fortecy, w jaką przemieniła się ambasada Stanów Zjednoczonych, Tom Enders, chargé d'affaires czy też "prokonsul", jak go nazywano, kierował przez radiostację atakami myśliwców F-111 i nalotami bombowców B-52 na kryjówki partyzantów ujawniane przez małe samoloty szpiegowskie. Całe wsie zostały zrównane z ziemią i tysiące chłopów uciekło do stolicy. Wiosną 1973 roku przybyło do niej ponad siedemset tysięcy zdesperowanych uciekinierów i liczba mieszkańców Phnom Penh się podwoiła, lecz mimo to miasto czuło się bezpiecznie dzięki amerykańskiej obecności i życie toczyło się w nim nadal.
Tiziano zakochał się w Phnom Penh, najpiękniejszej z trzech stolic zbudowanych przez Francuzów w Indochinach, położonej na rozległej, zasobnej w wodę nizinie w dopływie trzech rzek: Mekongu, ogromnej i świetlistej rzeki, której źródło leży daleko stąd i po której nieustannie pływają małe promy przewożące ludzi na drugi odległy brzeg; Basak, mieszającej muliste wody z wodami Mekongu i jego nurtem o magicznych barwach; Sab, na której pulsujących życiem brzegach rozłożyły się targowiska. Miasto przecinały szerokie aleje ocienione drzewami dżakarandy czy tamaryndowca. W pałacu Chamkamun na wpół sparaliżowany premier Lon Nol otaczał się astrologami i chiromantami, by zasięgać u nich porad w sprawach polityki, ale to opustoszały królewski pałac Sihanouka, z kolorowymi dachami, na których sterczały pozłacane szpice, wciąż jeszcze stanowił centrum życia stolicy. W sąsiednim Muzeum Archeologicznym, gromadzącym najpiękniejsze posągi z Angkor, ludzie owijali ciemnożółtą chustą ogromny tors Buddy albo wkładali mu w dłonie ryżowe sajgonki: żywili posągi Buddy, jak żywili co rano trzydzieści tysięcy zajmujących się nim bonzów.
Jeśli Wietnam był nieustępliwy, uparty i wojowniczy, Kambodża wydawała się zagubiona niczym we śnie. Postępowała zgodnie z odmienną logiką, nie-logiką mitycznego "khmerskiego uśmiechu". "Żołnierze ruszający na miejsce operacji z wizerunkiem Buddy w zębach albo z głową przewiązaną kolorową szmatą mającą chronić ich przed kulami nikogo tu nie dziwią" - pisał Tiziano3. Sam zamówił sobie złoty łańcuszek, na którym zawiesił ząb tygrysa, mały miedziany medalik, który dostał ode mnie, i malutkiego Buddę z kości słoniowej. Poprosił bonzę z Phnom, najstarszej pagody na wzgórzu w centrum Phnom Penh, o błogosławieństwo przeciw kulom i potem nosił te talizmany do końca życia. W Kambodży pojął, że znaczna część życia Dalekiego Wschodu nam umyka, ponieważ nie bierzemy pod uwagę jego więzi ze światem, który postrzegamy jako nierzeczywisty.
Podczas podróży Tiziana zostawałam z dziećmi w Singapurze. Ale już pod koniec lutego 1973 roku dostałam telegram z instrukcjami: "Czekam. Przyjeżdżaj natychmiast". Poleciałam do Bangkoku, spędziłam dzień w hotelu Oriental w oczekiwaniu na wizę i udałam się do Kambodży. Wraz ze mną podróżowali francuski plantator kierujący ostatnią plantacją kauczuku, jakaś samotna kobieta - les Asiates, jak Francuzi nazywają tych, co gubią się w Azji i tam żyją - oraz, w większości, nowo przybyli: amerykański przedsiębiorca, kilku dziennikarzy, kilku dyplomatów, agentów CIA. Trudno mi było sobie wyobrazić, że ta harmonijna geometria pól ryżowych, palm i pagód, o której tyle mi opowiadał Tiziano i którą teraz oglądałam przez okienko w samolocie, została już opanowana przez komunistycznych bojowników, że te małe wioski w słońcu mogą zniknąć w jednej chwili pod niespodziewanym deszczem bomb, że kraj jest śmiertelnie ranny.
Jak zwykle w podróży prowadziłam dziennik.
"3 marca 1973 roku. Przylatuję do Phnom Penh w porze największego upału, około południa. Tiziano jest jeszcze poza miastem, a stary hotel Royal, obecnie Le Phnom, jak te majestatyczne wielkie hotele z epoki francuskiego kolonializmu, drzemie w słońcu z przymkniętymi oczami. Hibiskus płonie, frangipani wyciąga do mnie białe gwiazdy na szarych geometrycznych gałęziach bez jednego liścia, trawa usycha w upale. W hotelu zamknięte okiennice przepuszczają trochę światła. Wchodzę szerokimi schodami na trzecie piętro. Na końcu korytarza z podłogą w czarno-białą szachownicę czekają służący. Jeden z nich wręcza mi klucze.
Pokój Tiziana ma dwa wąskie łóżka, prostą szafę z dużym lustrem, bardzo wysoki sufit, po którym nocą przesuwają się cienie samochodów jadących ulicą. Patrzę na nie przed zapadnięciem w głęboki sen, myśląc o wszystkich tych kochankach, którzy tutaj się spotykali, leżeli w półmroku, czując się jak w wiejskim domu, tak odległym od zgiełku świata, że wydaje się oazą, a świat pustynią. W rzeczywistości jednak świat jest czymś całkiem innym.
Oczekuję Tiziana przy słynnym basenie, w jasnym cieniu palmy. Wszystko jest tu rozłożyste jak korony wielkich drzew tropikalnych. Wszystko jest niskie, milczące, powolne, podobnie jak powolni są Kambodżanie w kolorowych sarongach przechodzący przez ulicę. Od czasu do czasu zagaduje do mnie pewien Amerykanin. Buduje szpital w Phnom Penh, ale przyjechał z Alabamy, żeby zablokować dalszą budowę. "Ludzie chcą powrotu Sihanouka, a Sihanouk nienawidził Amerykanów. Mówił o nich: świnie. Jeśli wróci, nie wiem, czy wrócę ja". Tymczasem rządzi Lon Nol, kasa państwa świeci pustkami i ludzie siedzą przy świecach.
Tiziano zjawia się z gromadą dziennikarzy, są z nim Henry Kamm i Sydney Schanberg z "New York Timesa", Elisabeth Becker z "Washington Post", Jean-Claude Pomonti z "Le Monde" i od razu wyruszamy w drogę.
Ulice Phnom Penh są szerokie, zieleni jest niewiele, panuje upał. Wśród palm kokosowych stoją pagody albo wat. Nieliczne drzewa są o wiele wyższe od domów kryjących się pod ich koronami. Koncertują świerszcze i cykady, słońce pali i odbija się od asfaltu, od białego piasku między drzewami. Również niebo jest białe, jego błękit rozbielony. Po raz pierwszy słyszę gorący, spokojny rytm, w którym kołysze się życie w tropikach, całkiem różne od naszego życia na równiku.
Kantylena języka Khmerów pobrzmiewa w języku francuskim, we "francuszczyźnie z Indochin", jak mówi Tiziano, który jest nią zachwycony. Madame jolie beaucoup, moi tr?s pauvre, mais moi toujours gentille. Moi donner cadeau pour vous - powiada kobieta sprzedająca małe srebrne szkatułki w kształcie słonia, koguta, królika, tygrysa, zwierząt chińskiego zodiaku; stare khmerskie kobiety trzymają w nich korzeń betelu, który żują całymi dniami. Tiziano zaczął zbierać te szkatułki. Delikatność w obyciu i powolność charakteryzują wszystkie spotkania z ludźmi, którzy na znak pozdrowienia podnoszą złożone dłonie na wysokość twarzy.
Noc oddziela dzień jednym zdecydowanym cięciem. Jedziemy osobno. Światła nielicznych samochodów wydobywają z mroku naszych dwóch cyclopousse, którzy pedałują pod wiatr w ciemności długą aleją Monivong. Rozparci na fotelach, odpoczywamy od upału i światła. Jesteśmy zaproszeni na kolację do niemieckiego ambasadora Waltera von Marshall-Biedersteina. Do jego domu prowadzi ciemna nieasfaltowana uliczka, służący w białej liberii wybiega nam naprzeciw, przy blasku świecy idziemy za nim na taras. Wdycham intensywny zapach jaśminu, słucham głośnego koncertu cykad, rozglądam się wokół. Walter von M.-B. jest okrąglutki, wrażliwy, pełen romantycznego szacunku dla innych cywilizacji. Pozostała dwójka gości to Tom Enders, amerykański "prokonsul", oraz jego włoska żona.
Gaetana Enders jest niska, ubrana na jaskrawożółto, nosi metalowe naszyjniki, żywa, tłuściutka, jak kobiety z basenu Morza Śródziemnego. Wpatruje się we mnie współczującym spojrzeniem, macha rękami, przyciska je do piersi i opowiada mi, jak troszczy się o uchodźców. "Uczymy ich, że kultura jest dobrą rzeczą, że należy się myć, utrzymywać czystość. Dajemy im codziennie witaminy, a kiedy o tym zapomnimy, przychodzą i proszą: Madame, médicine, a kiedy dostaną, mówią: Madame, merci. Nauczyli się. Dajemy im mleko w puszce i uczymy, by kąpali swoje dzieci w wanience. Uczymy ich postępu, bo jest naszym obowiązkiem pozwolić im uczestniczyć w naszej kulturze".
Gaetana Enders być może nie pamięta, że te kobiety żyłyby dzisiaj nie w cuchnących slumsach Phnom Penh, tylko w swoich ślicznych wiejskich domkach na palach, że karmiłyby swoje dzieci własnym mlekiem, gdyby ból po stracie męża, zabitego, rannego lub zaginionego, nie sprawił, że utraciły pokarm. Kąpałyby dzieci w rzece, jedynej czystej wodzie, gdyby Amerykanie nie pojawili się w Kambodży, by rozpętać wojnę. "Musimy bombardować ten kraj, żeby go uratować" - jak powiedział pewien amerykański pułkownik w Wietnamie, i wygląda na to, że również Gaetana uczyniła to stwierdzenie swoją dewizą.
Mąż, olbrzym liczący ponad dwa metry, ubrany na biało, włącznie ze skarpetkami i butami, jak zaleca ostatni numer "Vogue'a", jest Amerykaninem ze Wschodniego Wybrzeża, ma gładkie jasne włosy i arogancję bogatych młodych ludzi, którzy odebrali staranne wykształcenie na dobrych uniwersytetach. Wygląda na to, że czuje się zakłopotany hipokryzją żony. Być może i jemu, jeśli ma choć odrobinę poczucia humoru, przychodzi do głowy, że najlepszym sposobem, na jaki mogłaby wpaść Gaetana, by zaradzić trudnej sytuacji uchodźców, byłoby przeciwstawienie się decyzjom męża i porzucenie go za to, że zniszczył życie kobiet, o które ona się troszczy.
Pan domu prowadzi nas do stołu, na którym stoją świece, pięknie nakrytego białą porcelaną z Nymphenburga, podaje tradycyjną khmerską kolację, a do picia chianti ze swojej słynnej piwniczki. Enders rozmawia z Tizianem o bombowcach, o B-52, o wojnie, o Czerwonych Khmerach, o oporze na wsi, o skorumpowanym rządowym wojsku. Późnym wieczorem odwożą nas do hotelu swoją czarną kuloodporną limuzyną, która już raz ocaliła życie Endersowi, człowiekowi szczególnie znienawidzonemu przez bojowników. Żołnierz, który siedzi z karabinem obok szofera, wyszedł z tego zamachu nieco zaburzony, opowiada Enders, "ale jeszcze umie strzelać". Inne samochody z uzbrojonymi ludźmi jadą za nami.
4 marca. Gdziekolwiek się udasz, gdziekolwiek się zatrzymasz, pojawiają się cyclopousse. W czarnych okularach, niczym ptaki o wielkich czarnych oczach, siedzące na gałęziach, właściciele trójkolorowych pojazdów czekają, by zawieźć swoją zdobycz do celu.
Ruszamy na południe, w kierunku Neak Luong, ja, Tiziano i tłumacz. Pola są bardzo żyzne, intensywnie uprawiane niczym w Toskanii i niczym w Toskanii - latem wyleniałe, bezbarwne, pokryte warstwą kurzu, pradawne i piękne. Domy na palach wyglądają jak kokony jedwabników wśród bananowców. Stoją na bardzo wysokich podporach, które w porze deszczowej znikają w wezbranej wodzie Mekongu. Chude bawoły pasą się na czerwonej ziemi w poszukiwaniu źdźbła trawy. Kwiaty lotosu w stawach, pagody, fabryczka, cała otoczona drutem kolczastym. Nasza droga prowadzi wzdłuż tamy, od której odchodzą na prawo i lewo, w głąb terenu, tamy mniejsze, aż do ukwieconych bram plantacji albo pagody.
Trochę dalej znany nam pejzaż uległ już zniszczeniu. Zwęglone bananowce, spalone domy na palach, pagody podziurawione kulami z karabinów maszynowych. Krajobraz jest identyczny jak ten, przez który dopiero co przejechaliśmy, gdzie rosły akacje, pomarańczowe lub żółte kwiaty, czerwone hibiskusy, jaskrawoczerwone drzewa, palmy, gdzie były pola ryżowe i stawy pełne kwiatów lotosu: ale ten pejzaż jest czarny. Zaledwie jakieś trzy kilometry stąd są partyzanci. Kiedy zbliżają się do drogi, interweniuje amerykańskie lotnictwo i ich bombarduje. Chłopi, jeśli zdążą, uciekają w kierunku Phnom Penh z pomocą cyclopousse gotowych ich przewieźć.
Podczas gdy patrzymy jeszcze na ten poczerniały pejzaż, karabin maszynowy zaczyna strzelać. Na Mekongu, za nadbrzeżnymi zaroślami, widać przesuwający się maszt dużego statku, który z Sajgonu płynie w górę rzeki z aprowizacją dla Phnom Penh. Stolica, atakowana przez bojowników z przeciwległego brzegu, broni się i jest broniona za pomocą karabinów maszynowych w rękach żołnierzy sił rządowych, których posterunki są położone wzdłuż brzegu, gdzie znaleźliśmy się i my.
Jedziemy do następnego posterunku. Obdarci żołnierze, półnadzy, często z jednym karabinem na dwóch, nierzadko z żonami, które noszą za nimi broń, kręcą się nad rzeką. Rodziny przykucnęły wokół małych ognisk, dzieci pokryte wrzodami śpią w cieniu jakiejś szmaty zawieszonej w klasztorze. Bonzowie uciekli, a drewniane budynki zarekwirował dowódca regionu, upasiony młodzieniec w kombinezonie w barwach ochronnych, który wyskakuje ze swojego jeepa i zaprasza nas na herbatę. "Wszystko spokojnie. Ja jestem dowódca. Ja jestem pułkownik. Ja jestem odpowiedzialny za tę strefę: jest bezpieczna. Dopiero co wezwałem lotnictwo".
Droga prowadzi dalej, ruszamy. Napotykamy kobiety żołnierki i kobiety towarzyszące żołnierzom, rodziny biwakujące razem ze swymi mężczyznami na froncie niczym w cygańskich obozowiskach, pijanych żołnierzy, którzy nas zatrzymują, celują do nas z karabinu, budząc strach swoim szaleństwem, zamiast uspokajać obecnością. "Gdzie jest Sihanouk?" - pytają groźnie ci, z którymi zaczynam rozmowę. "Z Sihanoukiem pokój; Sihanouk wyjechać, wojna!" Tiziano odciąga mnie, przerażony. Mówi, że Kambodżanie są zdolni do bestialstwa. Nie biorą nigdy jeńców, tylko ich zabijają. W pierwszych latach wojny gazety publikowały fotografie żołnierzy wojsk rządowych, którzy pokazywali dziennikarzom plastikowe worki pełne głów obciętych Czerwonym Khmerom, roztrzaskanych czaszek, rozprutych brzuchów. Taki nagły wybuch okrucieństwa jest jedną z mrocznych stron khmerskiego narodu.
Na pola powrócił spokój, słychać śpiew świerszczy, pięknie tu jak w raju. Jedynie niezliczone ciężarówki jadące z naprzeciwka, wypełnione po brzegi uciekinierami, zdradzają, jak bardzo sytuacja na wsi jest niebezpieczna. Ciężarówki z buddyjskimi bonzami w strojach w kolorze szafranu, z ogolonymi głowami; ciężarówki z eleganckimi meblami, które bogaty właściciel ziemski zabrał ze sobą, uciekając z wiejskiej posiadłości; ciężarówki pełne chłopów z koszami i klatkami, w których trzymają kurczaki.
Trochę dalej zaczyna się makia. Droga jest pusta, cisza całkowita. W tej makii w czasie trzech lat wojny zniknęło trzydziestu jeden dziennikarzy uznanych za zaginionych.
Wreszcie docieramy do bardzo szerokiego zakola Mekongu. Po drugiej stronie leży miasteczko Neak Luong. W czasach pokoju samochody przewożono promem przez rzekę, aby mogły jechać dalej w kierunku Sajgonu. Dwa dni po naszej wizycie wszystko przeszło ponownie w ręce Czerwonych Khmerów i już niczego nie zdołalibyśmy zobaczyć.
Wracamy do Phnom Penh zmęczeni, zgrzani, zakurzeni. Statek dotarł do portu uszkodzony, ale udało mu się dobić. Tiziano idzie pisać nocną korespondencję. Kiedy wraca, pijemy przy basenie citron pressé. Po naszej podróży wzdłuż Mekongu dobra francuska kolacja wydaje mi się czymś nierealnym: bardzo zadbane, eleganckie francuskie kobiety w wieczorowych sukniach w hotelowym ogrodzie, kelnerzy obsługujący gości w blasku świec. Alternatywne do tych dni wydają mi się jedynie noce, a nie światowe życie. Zaraz po wypiciu kawy Tiziano szepcze do ucha przyjaciół jakąś wymówkę i wychodzimy.
Jest godzina policyjna, ale wsiadamy mimo wszystko do taksówki, której wnętrze jest oświetlone, aby było widać, że w środku siedzą biali. Wstrzymujemy oddech, kiedy musimy się zatrzymywać w każdym punkcie kontroli, pozwolić się zrewidować żołnierzom nieodmiennie pijanym i podnieconym. Ale tropikalne noce są ciepłe, pachnące i ta jazda, trochę niepokojąca, ciemnymi alejami Phnom Penh, gdzie francuskie wille drzemią w egzotycznych ogrodach, ma niezapomniany urok".
Tak kończy się mój kambodżański dziennik.
Chodziliśmy do starej restauracji La Taverne, "na cichym i spokojnym placu de la Poste, niezmienionym od 1890 roku, jakby to były dekoracje w starym teatrze francuskim", napisał Tiziano, który tak dojmująco odczuwał obecność przeszłości4. Zaraz obok był hotel Manolis, gdzie zatrzymywał się Malraux z żoną Clarą podczas pełnych przygód wypraw do Angkor, o czym opowiedział w fascynującej książce Droga królewska (La Voie royale). Z Angkor wywiózł duży kawałek fryzu, była to kradzież, za którą we Francji został skazany na więzienie, książę Sihanouk powiedział jednak kiedyś Tizianowi, że nie była to kradzież, lecz "porwanie podyktowane miłością".
Korespondenci przebywali całymi dniami poza miastem. Po śniadaniu przy hotelowym basenie wyruszali z tłumaczem, usiłując zrozumieć wojnę, ponieważ jej przebieg zaciemniały pogłoski, nieustanne i sprzeczne "tajne informacje", których wiarygodność trudno było ocenić.
W tamtych czasach w Ameryce panowała cudowna wolność prasy. Dziennikarzowi lub fotografowi akredytowanemu w Kambodży, niezależnie od narodowości i płci, dowództwo USA nadawało stopień majora. Pozwalało to między innymi latać samolotami wojskowymi i mieć pierwszeństwo stosowne do rangi. Żaden funkcjonariusz i żaden wojskowy nie śmiałby otwarcie utrudniać korespondentowi pracy, nawet jeśli jej rezultaty mogły być kompromitujące dla Waszyngtonu. To przecież amerykańscy dziennikarze prasowi i telewizyjni wywołali oburzenie opinii publicznej wojną w Wietnamie i w 1969 roku zmusili prezydenta Lyndona B. Johnsona ("LBJ") do rezygnacji z ponownego ubiegania się o urząd (Hey, hey, LBJ, how many kids did you kill today? - i my skandowaliśmy w młodości na manifestacjach w Nowym Jorku), a Nixona, jego następcę, w 1973 roku do zaprzestania bombardowań w Indochinach.
Mile widziani jako goście na dyplomatycznych kolacjach, dziennikarze bywali też atakowani z powodu swoich poglądów na temat skutków wojny, na ogół o wiele bardziej pesymistycznych niż oficjalne stanowiska. Nie dawali się jednak zastraszyć. Pamiętam pewien wieczór w rezydencji niemieckiego ambasadora w Sajgonie, kiedy to ambasador - siedziałam po jego prawej stronie - rzekł rozzłoszczony, że przestanie kupować "Der Spiegel", a Tiziano z przeciwnej strony stołu odpowiedział mu: - Panie ambasadorze, "Der Spiegel" obejdzie się bez pańskiej półtorej marki...
Jeszcze w 1973 roku, na wiosnę, Kissinger i Le Duc Tho podjęli na nowo rokowania w Paryżu. Wojna w Kambodży, na którą Kongres nigdy nie wydał zgody, stawiała amerykańskiego prezydenta w trudnej sytuacji, kosztowała dużo i nic nie zapowiadało, że Stany Zjednoczone ją wygrają. Przez pierwsze osiem miesięcy Amerykanie zrzucili na Kambodżę ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy bomb, półtora raza więcej niż na Japonię podczas II wojny światowej, wszystko, czego nie mogli już zrzucić na Laos i Wietnam. A jednak partyzanci atakowali wciąż stolicę, co więcej, toczyli walki na jej rogatkach.
Kiedy rokowania ponownie utknęły w miejscu, Kongres stracił cierpliwość i uchwalił, by 15 sierpnia przerwać bombardowania. Dziesiątki dziennikarzy i fotografów popędziło do Phnom Penh, żeby być w stolicy, kiedy wpadnie ona w ręce bojowników. Gdy nadszedł 15 sierpnia, warkot bombowców ustał, ale rakiety Czerwonych Khmerów spadały dalej na miasto i nic innego się nie działo.
- Będą czekać, aż stolica sama upadnie - powiedział Tizianowi pewien dyplomata. - Nowa fala uchodźców to przyspieszy.
Przez jakiś czas dziennikarze czekali. W hotelu Le Phnom Bernardo Valli, ekspert wojenny, czytał w łóżku Trzech muszkieterów, podczas gdy Tiziano, nowicjusz w tym zawodzie, biegał tam i z powrotem, żeby mu donieść, dokąd sięga ostrzał: do lotniska, stadionu, targu, sto pięćdziesiąt metrów od hotelu... Znaleźli także sposób na oszukanie cenzury: wysyłali korespondencje rejsowymi lotami Air France bezpośrednio do Bangkoku, gdzie pewna młoda Tajka odbierała je i niosła do stanowiska z teleksem.
- Świetnie się bawiliśmy - opowiadał Valli.
Panowała niepewność, ale nie czuliśmy strachu. Nie czuła go nawet ludność Phnom Penh, przeciwnie, oczekiwała Czerwonych Khmerów z pewną sympatią. Rząd Lon Nola był do tego stopnia znienawidzony, że wzbudził wśród mieszkańców, a także wśród dziennikarzy, poczucie solidarności z Czerwonymi Khmerami, którzy walczyli tak dzielnie na polach ryżowych, uzbrojeni głównie w swój fanatyczny światopogląd. "Już nadchodzą..." - mówili Kambodżanie, których politycy doprowadzali do wściekłości; spodziewali się po tym nadejściu nieco uczciwszego rządu, a przede wszystkim - pokoju.
- Wszyscy byliśmy zwolennikami Czerwonych Khmerów - wspomina Bernardo Valli. - Panował mit bojownika.
Co mieli w głowach Czerwoni Khmerzy, tego nikt nie wiedział. Nie dbali o public relations, w czym mistrzami byli partyzanci Wietkongu. Walczyli w milczeniu. Dezerterzy i chłopi opowiadali czasami o niesłychanie okrutnych metodach, za pomocą których Czerwoni Khmerzy opanowywali wioski. Rząd wykorzystywał te opowieści i natychmiast je rozpowszechniał. Właśnie dlatego ludzie nie zamierzali w nie wierzyć, podobnie jak nie wierzyli prasie. Wydawało się, że wymyślano je specjalnie na użytek propagandy Lon Nola.
We wrześniu, na początku wielkich deszczy, bojownicy wycofali się z pól ryżowych, zniknęli również dziennikarze.
Po każdej swej "wyprawie" Tiziano wracał do Singapuru, kończył pisać, zaczynał następną relację. Odwiedzali nas korespondenci przyjeżdżający, by odpocząć, niekiedy wybitne osobowości, którzy widzieli już wiele wojen - wojnę w Korei, pierwszą wojnę indochińską, wojny w Afryce i na Bliskim Wschodzie; wysłuchiwanie ich opowieści było zawsze czymś fascynującym. Rozmawiali o polityce, o krajach, które można jeszcze odkryć, o krążących pogłoskach, nadziejach, snuli przypuszczenia na temat wielkich konfliktów. Nigdy nie mówili o Japonii. Wiadomo było, że Japończycy zaczęli zalewać nasze kraje tanimi gadżetami, lecz to nie była interesująca historia i korespondenci nigdy się nią nie zajmowali. Tego, że za kilka lat wszystko stanie się kwestią rynków i inwestycji, kupna i sprzedaży, ani Tiziano, ani nikt inny sobie nie wyobrażał.
Dla Tiziana, mającego łatwość zawierania przyjaźni, były to szczęśliwe lata, naznaczone jego caméraderie z najlepszymi korespondentami tamtego okresu, od których uczył się zawodu. W Singapurze nie było innych rozrywek. Niekiedy, gdy zapadała kolejna, zawsze taka sama, równikowa noc, pachnąca i ciemna, szliśmy z Bernardem Vallim - który stał się wielkim przyjacielem Tiziana, odkąd zamieszkał na wyspie jako korespondent "Corriere della Sera" - na kolację do hotelu Goodwood, jedynego, w którym można było zjeść przy świecach australijski stek, albo patrzyłam, jak grają w bilard w starym Raffles. Opowiadali zawsze tak barwne i zabawne historie, że nie zdawałam sobie sprawy z niezliczonych zagrożeń, jakie niosły z sobą niejasne podziały charakterystyczne dla wojen domowych.
Telegramy przychodziły zewsząd i wysyłane były w najróżniejszych kierunkach.
Wojna w Kambodży jedynie z pozoru była wojną nieskomplikowaną, jakby toczoną w rytmie monsunów. Gdy nadchodziły wielkie deszcze, zaczynające się między lipcem a wrześniem i podtapiające niziny, bojownicy wycofywali się w góry; gdy nastawała pora sucha, która trwała od stycznia aż do lata, wyruszali znowu w kierunku miast i rozpoczynali ofensywę. W tym samym rytmie pojawiali się i znikali dziennikarze.
Rok 1974 również minął w ten sposób i pod koniec, po miesiącach nudy, z braku ważnych wydarzeń gazety straciły zainteresowanie Indochinami i wycofały swoich korespondentów i wysłanników. Świat, jak zwykle po okresie żywego zaangażowania w historię, której zakończenie się odwleka, zmęczył się Kambodżą i skierował uwagę gdzie indziej. Bernardo Valli został wezwany do Europy; przyjaciel Pomonti z "Le Monde" wybierał się do Afryki, Tiziano został, lecz zaczął się interesować innymi krajami południowo-wschodniej Azji.
Pod koniec roku wrócił do Phnom Penh. Wojna w Kambodży wciąż była pod każdym względem wojną amerykańską. "Za każdy karabin, działo, samolot, jakimi posługuje się wojsko republikańskie, za każdą zrzuconą bombę, wystrzelony pocisk, za każdy nabój płacą Stany Zjednoczone; podobnie jak za benzynę, którą zużywa wojsko, za ryż, który jedzą ludzie. Amerykańskie samoloty odrzutowe, stacjonujące w Tajlandii, latają nad terytorium kontrolowanym przez partyzantów i wskazują cele lotnictwu Lon Nola. Samoloty transportowe należące do USA przewożą oddziały rządowe i zaopatrzenie na pola bitew i do oblężonych garnizonów. Grupa osiemdziesięciu amerykańskich oficerów pełni funkcję "konsultantów" w terenie, chociaż oficjalnie są w Kambodży tylko po to, by przekonać się o prawidłowym wykorzystaniu wyposażenia wojskowego; ambasador USA kieruje osobiście ze swojego gabinetu najważniejszymi akcjami wojskowymi"5.
A jednak bojownicy posuwali się do przodu.
Styczeń 1975 roku. Bojownicy otoczyli Phnom Penh; od stolicy dzielił ich tylko kilometr; przeniknęli do miasta. Oba brzegi Mekongu były w ich rękach, nie przypływały już wielkie statki z zaopatrzeniem - ryżem i jarzynami, a przecież jeszcze niedawno przybijały do portu, pilotowane przez koreańskich albo filipińskich śmiałków, którzy nie mieli nic do stracenia.
Począwszy od 6 lutego Phnom Penh utrzymywał przy życiu jedynie most powietrzny, którym z baz USA w Tajlandii dostarczano amunicję, paliwo i jedzenie.
"Tiziano krąży między Kambodżą a Wietnamem, krajami, które wkrótce wpadną w ręce komunistów. Bieg historii jest czymś niezwykłym. Czas Amerykanów się skończył. Nadchodzi czas niepodległości i socjalizmu. Tak długo jednak żywiliśmy nadzieję i traciliśmy ją, że teraz jesteśmy zmęczeni i historia, która dokonuje się na naszych oczach, musi się obyć bez naszego aplauzu. Brakuje wielu dziennikarzy i rychły upadek Wietnamu i Kambodży, który wcześniej zapełniłby całe strony gazet, teraz nie pojawia się nawet w agencyjnych wiadomościach w "Il Messaggero". Nadszedł moment arabskich szejków i ich ropy naftowej" - zanotowałam w dzienniku 20 marca 1975 roku.
Nagle zdarzenia przyspieszyły. Bojownicy zacisnęli pętlę wokół Phnom Penh i ostrzeliwali rakietami lotnisko. To koniec. Kongres przerwał most powietrzny, ambasady ledwie zdążyły ewakuować swoich obywateli i 17 kwietnia, już bez jednego wystrzału, Czerwoni Khmerzy weszli do kambodżańskiej stolicy.
Ludność oczekiwała ich z zaciekawieniem.
Ostatnie dni wojny w Indochinach były dla Tiziana dramatyczne. Po wyrzuceniu z Sajgonu, z powodu artykułu na temat korupcji, który obrażał prezydenta Thieu, wrócił do Phnom Penh i czekał na upadek rządu - 14 kwietnia przypadła mu rola "gołębia pocztowego": zawoził do biura z teleksem w Bangkoku artykuły dziennikarzy pozostałych w Kambodży. Ale jego samolot odbył ostatni rejs między obiema stolicami i nie mógł już wrócić do Kambodży. "Tiziano zjawił się w domu zmęczony, z poczuciem przegranej, zagubiony - zanotowałam w tamtych dniach - i po niecałej dobie, na wieść o bliskim upadku Phnom Penh, był już z powrotem w Tajlandii".
Nie odchodząc od radia w ambasadzie Kambodży w Bangkoku, 17 kwietnia słuchał o wkroczeniu Czerwonych Khmerów do Phnom Penh. "Tę chwilę, tak oczekiwaną, tak długo wyobrażaną jako kulminacyjny moment jego pobytu w południowo-wschodniej Azji, zepsuły rozmaite okoliczności".
Wówczas właśnie Tiziano popełnił jedno ze swoich rzadkich szaleństw. Samochodem należącym do hotelu Oriental pokonał trzysta kilometrów z Bangkoku do Paoypet, pierwszego kambodżańskiego miasta za tajlandzką granicą, żeby być obecnym przy wkroczeniu Czerwonych Khmerów, żeby zobaczyć wreszcie ich twarze. Udało mu się, choć o mało co nie został rozstrzelany.
Artykuł o wyzwoleniu Paoypet, który napisał 19 kwietnia dla "L'Espresso", został przedrukowany przez gazety i odczytany w radiu. Tylko Tiziano mógł bowiem opowiadać wówczas o wejściu Czerwonych Khmerów. Sydney Schanberg i inni dziennikarze, którzy w oczekiwaniu na nich zostali w Phnom Penh, musieli się schronić w ambasadzie francuskiej i przeżywali dramatyczne chwile, usiłując negocjować z Czerwonymi Khmerami bezpieczne opuszczenie Kambodży. A jednak, kiedy Tiziano wrócił do Singapuru, nie był ani trochę zadowolony. "Nasz dom jaśniał w ciemności nocy. Paliły się wszystkie lampy, oświetlając obicia, maty, drobne figurki, które Tiziano zbierał w Kambodży. Przypominał pałac królewski, pełen kwiatów i ozdób, gotowy na świętowanie. Ale Tiziano nie miał nastroju do świętowania. Nie widział upadku Phnom Penh, a teraz miał upaść Sajgon, on zaś nie mógł tam pojechać".
Krążył po domu jak chory lew, który stracił orientację. Spróbować dostać się do Wietnamu bez wizy? Ryzyko było duże: mogli go aresztować Wietnamczycy z południa albo nowi zwycięzcy wziąć za szpiega. Zachęcałam go, by jechał tak czy owak - nic innego nie mogłam zrobić - i 27 kwietnia odwiozłam na lotnisko. Miał szczęście. Jego samolot wylądował w Sajgonie jako ostatni, kontrolerzy już zdezerterowali i lotnisko zostało zamknięte.
Tiziano przybył do Sajgonu, wiedząc, że przez jakiś czas nie będzie mógł go opuścić. Zapewniał mnie, że w razie niebezpieczeństwa poprosi o pomoc Czerwony Krzyż. Ale 30 kwietnia 1975 roku stał na ulicy wraz z tysiącami Wietnamczyków z południa, którzy obserwowali spokojne wkroczenie Wietkongu. Chwila była historyczna i Tiziano postanowił zostać w Wietnamie.
"To cudowny moment, przepiękny, kiedy widzimy, jak zwycięża sprawiedliwa wojna" - notowałam tamtego dnia. To była ostatnia wojna, z którą się utożsamialiśmy.
"Święto było spontaniczne, ludowe. Nikt nie wydał żadnych poleceń. Pierwszego maja obchodziły bez oficjalnych programów tysiące osób, które ze wszystkich dzielnic miasta, samochodami, na hondach, pieszo dotarły do centrum, żeby "zobaczyć rewolucję"" - opisywał później Tiziano obchody wyzwolenia Sajgonu w książce Giai Phong!.
W tych samych dniach nad Kambodżą zapadła niepokojąca "kurtyna milczenia".
Co się działo za tymi zamkniętymi granicami? Kim byli nowi przywódcy? Jaki mieli program? Przez następne trzy-cztery lata podobne pytania dręczyły analityków i korespondentów. Nazywano ich Indochina watchers, obserwatorami Indochin, na wzór China watchers, i podobnie jak ci ostatni, usiłowali zrozumieć, co się dzieje w komunistycznych reżimach zabarykadowanych we własnych krajach.
Po zakończeniu wojny również Bangkok zniknął ze sceny. Miasto nie stało się jeszcze popularnym celem turystów, jakim jest dziś, i nieliczne hotele szybko opustoszały. Amerykańskie oddziały opuściły swoje bazy w Tajlandii, bary i hotele, gdzie żołnierze zażywali R&R - relaksu i rekreacji. Wyjechali korespondenci z rodzinami i my również wyjechaliśmy z Singapuru, żeby oczekiwać w Hongkongu, aż Chiny, największy i najbardziej tajemniczy z krajów komunistycznych, zgodzą się nas wpuścić.
W swojej ambasadzie w Bangkoku, gdzie całe jedno piętro zajmowała CIA, Amerykanie założyli skomplikowany elektroniczny system podsłuchów, "na który składały się szpiegowskie okręty, satelity, komputery i gigantyczne anteny ustawione w rejonie"; miały one wychwytywać informacje dochodzące z nowych krajów socjalistycznych. Aby zrozumieć, co dzieje się w Indochinach, trzeba było tam wrócić, i Tiziano powracał wielokrotnie. Aperitif o zachodzie słońca nad którąś z wielkich azjatyckich rzek stał się jedną z jego ulubionych form obserwowania mijającego życia i kiedy przed ostatecznym opuszczeniem tych stron zatrzymaliśmy się powtórnie w Bangkoku, usiedliśmy na pustym tarasie hotelu Oriental i patrzyliśmy, jak płynie żółta mulista Chao Phraya. Skończyła się pewna epoka.
Tamtego lata, po trzech miesiącach spędzonych w zjednoczonym Wietnamie, Tiziano skończył pisać Giai Phong! i w październiku 1975 roku zamieszkaliśmy z dwójką dzieci na najwyższym wzgórzu wyspy Hongkong. Połyskujące morze z punkcikami malutkich wysp sięgało południowych wybrzeży Chin, ale nie można było wjechać do Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie rewolucja kulturalna dopiero się kończyła. Prasa miała wszędzie do czynienia z krajami otoczonymi wielką tajemnicą, za którą krył się w mniejszym lub większym stopniu cień Związku Radzieckiego, nieprzeniknionego, lecz nieodmiennie przytłaczającego swoją obecnością i wpływającego na międzynarodową grę sił.
W Hongkongu czas mijał na nasłuchiwaniu, łączeniu strzępków wiadomości, które docierały tu i ówdzie z nadajników radiowych i które udawało się złapać. Tiziano zaczął się spotykać z różnymi zaufanymi ludźmi Pekinu, aby dać do zrozumienia, że pragniemy zamieszkać w Chinach; bywał też u ojca Ladanyiego - nader wykształconego starego węgierskiego jezuity, który analizował audycje radiowe w rozmaitych chińskich dialektach i przekazywał to, czego się dowiedział, Watykanowi - chciał się bowiem od niego dowiedzieć, jak będzie wyglądała przyszłość.
Już jednak w styczniu 1976 roku Tiziano był znowu w Aranyaprathet, ostatnim tajlandzkim miasteczku przed granicą kambodżańską. W Aranyi, jak je nazywali, dziennikarze założyli bazę w drewnianej rozwalającej się ruderze, jedynym miejscu, w którym mogli przebywać. Należała do niskiej i bardzo grubej Tajki i nazywana była Hotelem Ciężarnej Karlicy.
Z Aranyi droga biegła przez teren całkowicie pozbawiony drzew i dochodziła do ogromnego bananowca. Dalej był żelazny most przechodzący przez granicę i prowadzący do kambodżańskiego miasta Paoypet, tego, w którym dziewięć miesięcy wcześniej Tiziana postawiono pod ścianą. Tiziano często patrzył na to miasto za mostem, będące jedną plątaniną drutu kolczastego, jak gdyby chciał się przekonać, czy miejsce, które mogło się stać miejscem jego rozstrzelania, istnieje naprawdę.
A za Paoypet zaczynała się dżungla.
Z tej dżungli wychodzili pojedynczo pierwsi Kambodżanie, ci, którym udało się uciec, jeszcze zanim Czerwoni Khmerzy zajęli cały kraj. Nie było łatwo ich spotkać, bo przemieszkiwali na placach wokół wiejskich pagód, na chłopskich polach wzdłuż setek kilometrów granicy. Pod koniec roku jednak, zanim Czerwoni Khmerzy zaminowali granice, pojawiła się niespodziewanie nowa fala uchodźców. CIA, która miała tam swoich tłumaczy i tajnych agentów, gromadziła przerażające opowieści o ewakuowanych miastach, masowych egzekucjach, przymusowej kolektywizacji... Nikt z uciekinierów nie wiedział, kto jest u władzy, nikt nie słyszał nazwisk nowych przywódców. W nowej Kambodży nie było politycznej indoktrynacji ani kultu Wielkiego Przewodniczącego, niemal obowiązkowego w ustroju socjalistycznym. Wszyscy wiedzieli tylko, że trzeba słuchać Angkar, tajemniczej Organizacji, albo Angkar Loeu, Najwyższej Organizacji, jeśli nie chce się przepaść bez śladu. Ktoś słyszał nowe nazwisko: Pol Pot. Ale dopiero we wrześniu 1977 roku
Pol Pot ujawni swoją tożsamość: to on był Salothem Sarem, mitycznym przywódcą bojowników, o którym słuch zaginął; to on był szefem rządu w Phnom Penh, a Angkar była komunistyczną partią Czerwonych Khmerów.
Historie uchodźców były straszliwe, dramatyczne. Dziennikarze nie chcieli najpierw w nie wierzyć, ponieważ miały usprawiedliwiać ucieczkę opowiadających, a rozpowszechnianie ich leżało w interesie Amerykanów. Tiziano okazał się jeszcze bardziej nieufny niż pozostali. W grę wchodziły jego poglądy polityczne, ideologia, której zaufał we wczesnej młodości. Był skłonny wierzyć, że Amerykanie, dopiero co pokonani przez komunistów, usiłują za pomocą tych "świadectw" dowieść, iż mieli rację, chcąc "zatrzymać rozprzestrzenianie się komunizmu na świecie".
Pamiętam niezliczoną liczbę spotkań w FCC Hong Kong, klubie zagranicznych korespondentów, wieczorów w domach dyplomatów lub dziennikarzy, gdzie mówiło się jedynie o tym, co dzieje się w Kambodży. Tiziano, zawsze w centrum żywych dyskusji, był jednym z najbardziej sceptycznych rozmówców, a Anthony Paul, konserwatywny australijski dziennikarz, który pracował dla "Reader's Digest" i na podstawie dokumentów CIA przygotowywał książkę (pod tymczasowym tytułem Bloodbath) o sytuacji w Kambodży, dostał od niego ksywę Krwawa Łaźnia, za jego zdaniem nieprawdopodobne i przesadne tezy. W domu jednak widziałam, że czytał wszystko, co wychodziło na ten temat, i że dręczyły go wątpliwości: historie, które opowiadali uchodźcy, z jakiejkolwiek części Kambodży by pochodzili, okazywały się w końcu zawsze takie same. Odzwierciedlały wyraźnie pewien system; nie mogły być wszystkie nieprawdziwe.
W maju 1976, rok po wyzwoleniu, Hanoi zaprosiło Tiziana, by wrócił do Wietnamu. Z wielkimi nadziejami wyruszył w podróż po kraju, którego walkę podziwiał, żeby zobaczyć, jak teraz "buduje on socjalizm". To, co odkrył, wprawiło go w konfuzję: obozy pracy, obozy reedukacyjne, strach, żadnej wolności. A polityczna obietnica pojednania gdzie się podziała? W odpowiedzi na jego krytyczne reportaże Hanoi oskarżyło go, że zdradził ich przyjaźń, i umieściło na czarnej liście.
Tiziano nie potrafił już uwolnić się od wątpliwości. Chciał poznać prawdę, również w odniesieniu do Kambodży. W 1977 roku dowiedział się, że Ieng Sary, jeden z przywódców Czerwonych Khmerów, oddelegowany do kontaktów z zagranicą, przebywa wyjątkowo w Singapurze i ma lecieć do Malezji. "Wyruszyłem do Singapuru i udało mi się kupić bilet pierwszej klasy, a nawet usiąść obok niego - opowiadał w 1985 roku w wywiadzie dla telewizji RAI. - To była krótka podróż, z Singapuru do Kuala Lumpur, dokąd Ieng Sary leciał na konferencję. Kiedy tylko usiedliśmy, zacząłem z nim rozmawiać, pytać, co się dzieje w Kambodży. Był bardzo zaskoczony, że znalazł się obok dziennikarza, a ja czułem się bardzo zmieszany w obecności kogoś, kto był jak Adolf Hitler, a przecież był też wielkim rewolucjonistą. W trakcie tej krótkiej, lecz ważnej dla mnie podróży, z owych sprzecznych uczuć wyłoniła się pewność..."6 Nie miał już wątpliwości, że coś strasznego dzieje się w Kambodży.
Zaledwie kilka miesięcy po wyzwoleniu Kambodża zaatakowała Wietnam z powodu sporu granicznego. Ambicja Wietnamu, by odgrywać główną rolę w Indochinach, była wszak znacznie wcześniejsza i Pol Pot, zagorzały nacjonalista, usiłował odebrać utracone niegdyś tereny. Starcia przemieniły się w prawdziwą wojnę, pierwszą, jaką kiedykolwiek stoczyły ze sobą dwa kraje socjalistyczne, wojnę niszczącą ich wzajemne relacje, która kosztowała dziesiątki tysięcy ofiar i rozpętała nowe krwawe czystki w Kambodży, kiedy khmerscy wojskowi z rejonów wschodnich, graniczących z Wietnamem, podważyli sensowność zbrojnego konfliktu. Siedem milionów Kambodżan nie mogło pokonać pięćdziesięciu milionów Wietnamczyków, lecz Pol Pot uznał, że jego władza jest zagrożona i zwrócił się przeciwko dawnym towarzyszom broni. Krzyki "zaginionych", bestialsko masakrowanych kijami w dżungli, mroziły krew w żyłach i mieszkańcy całych kambodżańskich wiosek uchodzili do Wietnamu. Wietnamczycy wcielali mężczyzn do swojego wojska i szykowali się do kontrataku.
Z zewnątrz nie było łatwo zrozumieć, co naprawdę się dzieje. Po tym, jak poprosił o możliwość pojechania na granicę z Kambodżą, Tiziano zdołał wiosną 1978 roku wrócić do Wietnamu. Tym razem kraj budził w nim wzruszenie. Przejeżdżając samochodem wzdłuż granicy ciągnącej się od Zatoki Tajlandzkiej aż do Niziny Trzcin i Dzioba Kaczki, widział dewastację i zabitych, których Czerwoni Khmerzy zostawili za sobą. Trzecia wojna indochińska wydawała się nieunikniona.
Jesienią sytuacja stała się dramatyczna. Wietnamczycy, jak powiadano, "zaciskali wokół Kambodży pętlę". Przez następne tygodnie nic się nie działo i dziennikarze czekający na ich przybycie w tej co zawsze ruderze w Aranyi śpiewali ostatnią ułożoną przez siebie piosenkę: We cover the hangman' noose war - from the pregnant dwarf's hotel..., albo, w wersji włoskiej, do tej samej muzyki i w przekładzie Giuliana Zinconego z "Corriere della Sera", który spotykał się w tym miejscu z Tizianem: "Zarzucimy pętlę na wojnę kata - z Hotelu Ciężarnej Karlicy...". Dla Tiziana ta rudera na końcu świata oznaczała przygodę, istotę życia, był przekonany, że to on wynalazł jej nazwę. Ale nie ma co do tego pewności.
Pod koniec roku Wietnamczycy zaczęli działać szybko. Podczas błyskawicznej operacji ich dywizje przekroczyły granicę i 7 stycznia 1979 roku weszły do Phnom Penh. Pol Potowi wraz z większością wiernych towarzyszy udało się uciec w Góry Kardamonowe przy granicy z Tajlandią i tam, w pobliżu miasteczka Pailin, założyć niedostępną bazę.
W ten sposób z inicjatywy Wietnamczyków, i dzięki nim, upadł jeden z najstraszliwszych reżimów w historii ludzkości, "najbardziej radykalna rewolucja, jaka prawdopodobnie kiedykolwiek się wydarzyła" - jak określił ją kiedyś Tiziano. Ale wielkie potęgi potępiły wietnamską inwazję jako ingerencję w sprawy innego państwa i pogwałcenie jego niezawisłości, i przez następne jedenaście lat uznawały Pol Pota ukrywającego się w dżungli za jedynego prawowitego przedstawiciela rządu Kambodży.
Zdezelowany statek z dwoma tysiącami siedmiuset wietnamskich uchodźców kołysał się w tamtych dramatycznych dniach poza wodami terytorialnymi Hongkongu.
"Na pokładzie nieopisany tłum, który na widok [naszej] dżonki krzyczy i rzuca do morza karteczki, mimo że nie możemy ich wyłowić. Na białych prześcieradłach zawieszonych między masztami napis, czarnym atramentem, po angielsku i chińsku: "Prosimy o zrozumienie". "Jesteśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Co na to świat?". "Prosimy rząd w Hongkongu jedynie o tymczasowy azyl"" - opowiadał Tiziano 1 stycznia 1979 roku na łamach "La Repubblica". Ale władze kolonialne uparcie odmawiały uciekinierom zejścia na ląd. I tak "co wieczór tradycyjna, widowiskowa iluminacja Hongkongu się powtarzała, robiąc w tych dniach jeszcze większe wrażenie swoimi różnobarwnymi neonowymi dekoracjami, za pomocą których rozmaite banki i smukłe wysokościowce życzyły nam "Wesołych świąt". Słabe światło "Huey Fong" kołyszące się na atramentowoczarnym morzu wydawało się jeszcze bardziej żałosne i rozpaczliwe".
"Huey Fong" sygnalizował światu, że rozpoczął się wielki exodus z trzech krajów socjalistycznych Indochin. Uciekali od lat, ale nigdy tak jak wówczas, w 1979 roku, kiedy również głód zaczął stukać do bram ich krajów. Narażając się na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa, wietnamscy boat people wyruszyli w morze na starych łodziach; Laotańczycy przepływali Mekong, Kambodżanie, kiedy tylko uwolnili się od Czerwonych Khmerów, korzystali z zamieszania podczas zmiany rządu, żeby przekroczyć pieszo zaminowane granice. Uciekali również sami Czerwoni Khmerzy, tysiącami, bojąc się prześladowań.
Oblicza się, że co najmniej połowa wszystkich tych, którzy wyruszyli z Indochin, nigdy nie dotarła do celu. Jeśli nie zginęli z powodu tajfunu, malezyjscy piraci atakowali ich łodzie, rzucali na pożarcie rekinom mężczyzn i dzieci, gwałcili kobiety; Kambodżanie wylatywali na minach wzdłuż granic albo byli zapędzani z powrotem do dżungli. Nikt ich nie chciał, mowa była o "inwazji". Ale oni, półprzytomni, chorzy lub umierający, wędrowali dalej setkami tysięcy, aby tylko wydostać się z tego ogromnego więzienia, jakim stały się ich kraje.
- Wraki po naszej katastrofie w Indochinach - powiedział cynicznie Tizianowi pewien amerykański dyplomata.
Również w Chinach po śmierci Mao coś się zmieniło, pojawił się jakiś ruch po niemal trzydziestu latach reżimu Wielkiego Sternika. Otworzyła się możliwość przekroczenia granic i Tiziano dołączył do delegacji handlowej, by dotrzeć do Szanghaju właśnie w dniach, kiedy aresztowano bandę czworga, z wdową po Mao na czele. Nadeszła pekińska wiosna; Deng Xiaoping, opoka demokracji, zyskał na znaczeniu. Kiedy Hua Guofeng został przewodniczącym i następcą Mao, udzielił pierwszego wywiadu tygodnikowi "Der Spiegel", co odczytaliśmy jako długo oczekiwany sygnał: już w lutym 1980 roku Tiziano mógł wylecieć do Pekinu i otworzyć pierwsze biuro niemieckiego tygodnika w Chinach.
W marcu, kiedy byłam jeszcze z dziećmi w Hongkongu, a Tiziano już w Pekinie, gdzie zastanawiał się, jak pomieścić cztery osoby i psa oraz biuro z tłumaczem i kierowcą w dwuipółpokojowym apartamencie w hotelu Quianmen, otrzymał wizę pozwalającą mu wrócić do Kambodży. Wyjechał wraz z Nayanem Chandą z "Far Eastern Economic Review", swoim częstym towarzyszem wypraw do Indochin, i byli jednymi z pierwszych dziennikarzy na świecie, którzy mogli zobaczyć Kambodżę po holokauście.
Z tego doświadczenia Tiziano wyciągnął wnioski, które odmieniły najbliższe lata jego życia.
"Jedna rzecz zrobiła na mnie większe wrażenie niż wszystkie inne. Słyszałem o niej wielokrotnie od wielu osób. Za rządów Czerwonych Khmerów ludzie bali się dzieci. I myśl, że powstał reżim, w którym dzieci budzą strach i nienawiść, to było coś, muszę powiedzieć... Naprawdę przekraczało to wszelkie wyobrażenie grozy. Nie można sobie wyobrazić nic straszliwszego. A to była Kambodża Czerwonych Khmerów"7.
Mając na uwadze również to swoje ostatnie odkrycie, Tiziano rozpoczął w 1981 roku pracę korespondenta w Chinach.
Jeśli dotąd nie wierzył w informacje Amerykanów, chyba że zweryfikował je osobiście, a sam ufał lewicy, teraz nie ufał już nikomu. Kiedy żył w ustroju totalitarnym - i to jednym z bardziej wyrafinowanych - ze wszystkich sił starał się demaskować kłamstwa, które, o czym był przekonany, również ten reżim socjalistyczny rozpowszechniał. W Chinach wymykał się swoim strażnikom, ubierał się jak Chińczyk, szedł do ludzi, rozmawiał z nimi bezpośrednio, wysłuchiwał tych, którzy wracali z obozów pracy i reedukacji, tych, co wierzyli w Mao, lecz nie zostali doń dopuszczeni, bo pochodzili z "niewłaściwych" rodzin. Wszyscy ci, którzy czuli się wysłuchani, traktowani poważnie, szanowali Tiziana, pamiętam jednak dyskomfort, niepokój, jaki budziły we mnie jego kpiące riposty, bezlitosne detektywistyczne dociekania, jakimi reagował na wszelkie opowieści partyjnych funkcjonariuszy. Ja również byłam pewna, że nie mówią mu prawdy, wiedziałam jednak, jak niebezpieczne jest przeciwstawianie się policyjnemu reżimowi, jak nieprzewidziane może to mieć konsekwencje. Tiziano tymczasem stawał się odważny, niemal zuchwały w obliczu policjantów, jakiejkolwiek by byli narodowości, i chińscy funkcjonariusze, nieprzyzwyczajeni do podobnych śmiałych zachowań, aresztowali go, a w lutym 1984 roku wyrzucili z Chin po czterech latach jego podróży po kraju oraz serii przejmujących reportaży.
Chiny były jedynym krajem, który swoją wielkością i swoim okrucieństwem zmusił Tiziana do próby sił, a on gotów był nawet ją przegrać. Konieczność wyjazdu sprawiła mu ból, który dopiero z czasem złagodniał.