Cienie nabierają kształtu
Strzał ostrzegawczy przed dziobem skłonił szypra japońskiego kutra
rybackiego "Fukuma Maru" do zatrzymania silnika. Na tych wodach
podzwrotnikowych, w różowym świetle szybko jaśniejącego poranku, kadłub
statku ledwie odcinał się od szarych fal. Ale dowódca holenderskiej
kanonierki patrolowej miał widocznie wszelkie powody, żeby interesować
się kutrami japońskimi, które ostatnio pojawiły się w znacznej liczbie
na wodach Pacyfiku w pobliżu Moluków. Papiery kutra były w porządku,
natomiast liczebność załogi i jej marsowy wygląd nie bardzo spodobały
się porucznikowi. Szczególną uwagę oficera zwróciła radiostacja
rybackiej łupiny. Takim aparatem można było nadawać depesze na drugi
koniec świata. Szyper oświadczył jednak, że jego firma założyła na
wszystkich statkach radiowe stacje. Dodał wyzywająco: "Najwidoczniej im
się to opłaca".
Nie było powodu, żeby aresztować podejrzaną łajbę japońską. Natomiast w raporcie z rajdu patrolowego komendant kanonierki wyliczył kilkadziesiąt
nazw zatrzymanych bądź zaobserwowanych statków japońskich uwijających
się w jego sektorze.
We wszystkich raportach morskich owych dni pod koniec listopada 1941
roku powtarzały się te same informacje. Doświadczeni marynarze zaklinali
się, że tylko patrzeć, a dojdzie do walki z Japonią. Również wywiady
wojsk lądowych amerykańskich, angielskich i holenderskich podkreślały
wzmożoną działalność "cieni". Francuzi na pograniczu Indochin mieli już
do czynienia nie z "cieniami", lecz z normalnymi oddziałami wojskowymi,
które najbezczelniej w świecie nie dostrzegały znaków granicznych i przy
lada okazji ostrzeliwały rozmaite obiekty.
Nie ulegało wątpliwości: to już nie była robota normalnych "cieni"
japońskich, czyli ogromnej armii szpiegów, którzy w najrozmaitszy sposób
służyli cesarskiemu wywiadowi wojskowemu. To były wyraźne przygotowania
do agresji. Najwidoczniej kierunek południowy brał górę w aktualnej
polityce japońskiej. Dziwić mogło tylko to, że rząd amerykański jak
gdyby nie zwracał uwagi na wszystkie sygnały. W Waszyngtonie bawiła
właśnie specjalna misja japońska. Dostawy amerykańskie dla Japonii nawet
wzrastały. Dawało to pewnym ludziom wiele do myślenia, zwracało uwagę
specjalistów na najwyższym szczeblu. Oczy świata wpatrzone były
tymczasem w wydarzenia rozgrywające się na europejskim froncie
wschodnim. Szybkie postępy wojsk niemieckich w Rosji zdawały się raczej
zapowiadać jakieś działania japońskie na północy. Istniał przecież pakt
Berlin-Tokio-Rzym.
Chociaż, prawdę mówiąc, na wysokich szczeblach też nie było pełnego
rozeznania. Ot, na przykład, wywiad amerykański przechwycił szyfrówkę
japońską do ambasadora w Berlinie z dnia 30 listopada. Nakazywano w niej
japońskiemu dyplomacie udać się natychmiast do Hitlera i ministra spraw
zagranicznych Ribbentropa. "Proszę im powiedzieć - donosiła instrukcja -
że ostatnio Anglia i Stany Zjednoczone zajęły stanowisko prowokacyjne.
Należy oświadczyć, że planują one akcje wojskowe w rozmaitych punktach
Azji Wschodniej i że wobec tego będziemy musieli z konieczności
przeciwstawić im nasze siły zbrojne... Proszę dodać, że moment wybuchu
wojny może nastąpić wcześniej, aniżeli można by się spodziewać".
I cóż? Wiadomo, że rozmaite placówki amerykańskie ostrzegały od kilku
miesięcy o niebezpieczeństwie zagrażającym Pearl Harbor, głównej bazie
floty amerykańskiej na Pacyfiku. Najwidoczniej jednak na szczeblu
najwyższym nie przykładano wielkiej wagi do tych informacji. W Białym
Domu, gdzie urzędował prezydent Franklin Roosevelt, nie okazywano
większego niepokoju. Również w Sztabie Generalnym pracującym pod
kierownictwem generała Georga Marshalla nie odczuwało się jakiejś
specjalnej gorączki. To prawda, że większe jednostki amerykańskiej Floty
Pacyfiku były na morzu, i to na Atlantyku. Pruło tam fale pięć
największych pancerników amerykańskich. Toteż gdy nagle, 7 grudnia 1941
roku rano spadły na amerykańską bazę bomby japońskie, straty były
wprawdzie dotkliwe, ale bynajmniej nie do naprawienia. Społeczeństwo
amerykańskie ogarnęła fala oburzenia i przeciwnicy bezpośredniego
udziału Stanów Zjednoczonych w wojnie umilkli. Roosevelt pisał w swoim
orędziu:
"Nagły i zbrodniczy napad Japończyków doprowadził do przełomu po
dziesięcioleciu owładającej światem niemoralności. Potężni,
rozporządzający znacznymi zasobami gangsterzy sprzymierzyli się
przeciwko rodzajowi ludzkiemu...".
W Azji Południowo-Wschodniej japońskie "cienie" nabrały kształtów.
Stratedzy japońscy, w przeciwieństwie do generałów niemieckich, nigdy
nie chcieli angażować zbyt wielkiej liczby żołnierzy w walkach. Owszem,
używali floty, wierzyli w wielkie jednostki morskie i budowali je, ale
na przykład potężna japońska armia lądowa nie występowała od czasu wojny
z Rosją nigdy w zbyt wielkiej masie. Armia japońska penetrująca od lat
ogromne Chiny nie przekraczała 250 tysięcy ludzi. Również po
sprowokowaniu wojny z Ameryką główne zadanie przypisywali Japończycy
flocie morskiej. Opanowanie Indonezji z jej wielkimi bogactwami
naturalnymi, jak ropa naftowa i kauczuk, przecięcie i kontrolowanie dróg
komunikacyjnych na Pacyfiku i na Oceanie Indyjskim, a tym samym odcięcie
Chin od dostaw alianckich, było ich pierwszym celem. Zdawało się, że
zostanie on stosunkowo łatwo osiągnięty.
W odwrocie
Drogą przebitą przez dżunglę posuwają się oddziały wojskowe. Strudzeni
żołnierze śpią po prostu w marszu. Ich poszarzałe, zaostrzone z wyczerpania twarze, ich wyschnięte wargi, zaczerwienione z niewyspania i kurzu oczy, ich obszarpane i przepocone koszule świadczą o najwyższym
wysiłku. 17 Dywizja Indyjska, mająca w swoim herbie zadziornego kocura z podniesioną kitą, stoczyła ciężką, czterodniową bitwę z przeważającymi
siłami nieprzyjaciela, a obecnie maszeruje już 24 godziny, cofając się
równolegle do wybrzeża na zachód. Manierki żołnierzy są tak suche, jak
ich wyschnięte gardła, a co gorsza, karabiny są prawie pozbawione
amunicji.
Przed nimi jeszcze jedna przynajmniej bitwa. Będzie to bój o życie,
walka o możliwie jak najdłuższe utrzymanie przyczółka mostowego i samego
mostu na rzece Sittang. 12-przęsłowy most kolejowy o jednym tylko torze
nie jest przystosowany do przepuszczania pojazdów mechanicznych. Czynni
są właśnie saperzy, którzy gorączkowo pracują nad przystosowaniem
nawierzchni do przyjęcia aut i ciągników. Ale oto już widać pierwsze
wybuchy japońskich bomb na przedmościu, już odzywają się pierwsze salwy
dział i szczeka coraz bliżej broń maszynowa...
Sytuacja jest beznadziejna. Stolica Burmy, Rangun, najbliższy cel
inwazji japońskich sił zbrojnych, oddalona jest wprawdzie jeszcze o mniej więcej 100 mil, lecz jedyna właściwie dywizja stanowiąca osłonę
Rangunu znajduje się już od 22 dni w odwrocie. Jej dowódca, wytrwały
żołnierz, generał major J.G. Smyth, stoi w obliczu niezmiernie ważkich
decyzji, które trzeba będzie podjąć lada chwila. Generał lęka się dwóch
rzeczy: ogarnia go przerażenie na myśl, że saperzy gotowi nie zdążyć na
czas z mostem lub że Japończycy przetną jedyną drogę odwrotu jego
śmiertelnie strudzonym żołnierzom. Na wszelki wypadek pułk dzielnych
Gurkhów skierowany zostaje na brzeg zachodni, żeby zlikwidować
ewentualny desant spadochroniarzy japońskich.
O godzinie szóstej wieczorem zameldowano gen. Smythowi, że port w Rangunie obsadziła 7 Brygada Pancerna, znana jako jedna z najlepszych
jednostek brytyjskich. Jednocześnie nadeszła wiadomość od saperów, że
nawierzchnia mostu kolejowego jest gotowa. Generał odetchnął, lecz za
wcześnie. Gwałtowny prąd wozów z rannymi i sprzętem wpadł w tej chwili
na wąską kładkę i chaos powiększył się jeszcze bardziej. Nad ranem
przybyła wieść hiobowa. Na drodze powstał niesamowity korek. Tuż przed
mostem wybuchła nagle gwałtowna bitwa i powstał niesłychany zamęt, wśród
którego trudno było odróżnić swoich od obcych. Wywiązał się niezwykle
krwawy bój, a Gurkhowie ruszali kilkakrotnie do ataku na bagnety. Nacisk
dwóch nacierających dywizji japońskich wzrastał tymczasem z minuty na
minutę.
W tej dramatycznej sytuacji dowódca ochrony mostu zameldował - było to o godzinie 4.30 nad ranem - że może utrzymać przeprawę najwyżej jeszcze
przez godzinę. To już nie był dramat, była to tragedia! Należało podjąć
tzw. żołnierską decyzję, a taka decyzja oznacza prawie zawsze dodatkowe
ofiary. Po godzinie potężny grzmot wybuchu wzbił się ponad odgłosy
bitwy, po nim nastąpiła śmiertelna cisza. Most został wysadzony w powietrze. Wkrótce dały się słyszeć rozpaczliwe krzyki na brzegu
wschodnim. Ludzie stracili panowanie nad sobą i dwie brygady, porzucając
broń i ekwipunek, poczęły w zupełnym już popłochu przeprawiać się na
drugi brzeg szerokiej rzeki. A brzeg był bardzo błotnisty, brakowało
środków przeprawy, nie było ani sampanów, ani łódek. Żołnierze wymazani
błotem i mułem przepływali na zaimprowizowanych z nędznych bambusów i rozbitych skrzyń tratwach. Okazało się przy tym, że Anglicy są na ogół
raczej złymi pływakami.
Na skutek wysadzenia mostu nad Sittangiem Japończycy utracili jednak
impet, a nawet zatrzymali się tu na prawie dwa tygodnie. Decyzja była
zatem słuszna, tylko że 17 Dywizja uległa wprost zdziesiątkowaniu.
Pozostało w niej tylko 3350 ludzi i 1420... karabinów.
Mapa Burmy przypomina jak gdyby palec olbrzymiej ręki, której przegub
leży gdzieś w masywach Dachu Świata, Himalajów. Trzy wielkie rzeki,
spływające na południe wzdłuż grubych, pokrytych szczeciną bambusowej
dżungli fałd górskich, stanowią naturalne linie obrony. A cała Burma to
tarcza chroniąca Indie, naturalna tama dla inwazji od wschodu.
Uderzenie japońskie było nie tylko niespodziane, ale po prostu wściekłe,
a jednocześnie wspierało się na nowoczesnych środkach walki, zwłaszcza
na atakach lotniczych. Już w tydzień po napaści na bazę amerykańskiej
Floty Pacyfiku w Pearl Harbor, a więc około 14 grudnia 1941 r., wpadły
pierwsze oddziały japońskie do Burmy. Uderzały one wzdłuż
południowo-wschodnich granic Syjamu, natrafiając na dość nikły opór
słabych wojsk brytyjskich i chińskich. Właściwa akcja rozpoczęła się
jednak dopiero 20 stycznia. Masywne uderzenia wojsk lądowych w połączeniu z działaniami lotnictwa, desantami morskimi, desantami wojsk
spadochronowych i działaniami sympatyzujących z Japończykami partyzantów
burmańskich szybko rozdrobniły zaimprowizowaną obronę. Niepełne bowiem
dwie dywizje miały obronić terytorium wielkości Niemiec, o sieci
komunikacyjnej równej jednej setnej sieci niemieckiej. Około 7 tysięcy
Anglików, 20 tysięcy Hindusów i trochę Burmańczyków miało stawić czoło
świetnie uzbrojonym i upojonym zwycięstwami Japończykom.
Los tych wojsk był z góry przesądzony. Dzielność w takim wypadku nie
wystarcza. Wojska anglo-hindusko-chińskie przeżyły w styczniu i lutym
1942 roku dokładnie to samo, co wojska polskie we wrześniu 1939 lub
wojska francusko-brytyjskie w roku 1940. Mimo nadludzkich wysiłków nie
zdołały one powstrzymać uderzeń japońskich. Na szczęście miały się dokąd
wycofać, bo posiadały ogromne zaplecze - Indie.
W drugiej połowie maja 1942 roku armia brytyjska w Burmie praktycznie
przestała istnieć. Ostatecznie jednak do obrony Indii ustaliły się na
pograniczu Burmy trzy fronty. Na południu od strony wybrzeża, wśród
wzgórz, bagien i dżungli Arakanu powstała linia, na której Anglicy
bronili dostępu do Kalkuty. Kalkuta była po utracie Rangunu głównym
portem przyjmującym ożywczy prąd dostaw anglo-amerykańskich dla Indii i Chin. Tzw. Front Centralny bronił dostępu do gór Assam i do niezmiernie
ważnych strategicznie dróg komunikacyjnych prowadzących doliną
Bramaputry w głąb Bengalu. Najbardziej wysunięty na wschód był Front
Północny w Burmie. Bronił on lewego skrzydła wojsk anglo-indyjskich,
północnej Burmy i dostępu do chińskiej prowincji Junnan.
Linie obronne przebiegały w górach pokrytych dżunglą. Pomiędzy głównymi
frontami, wśród wzniesień, kotlin i błotnistych dolin toczyły się
mordercze zapasy drobniejszych sił regularnych i partyzanckich obu
stron.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki