Duchy dżungli - D.J. Hope

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cienie nabierają kształtu

Strzał ostrze­gaw­czy przed dzio­bem skło­nił szy­pra japoń­skiego kutra rybac­kiego "Fukuma Maru" do zatrzy­ma­nia sil­nika. Na tych wodach pod­zwrot­ni­ko­wych, w różo­wym świe­tle szybko jaśnie­ją­cego poranku, kadłub statku led­wie odci­nał się od sza­rych fal. Ale dowódca holen­der­skiej kano­nierki patro­lo­wej miał widocz­nie wszel­kie powody, żeby inte­re­so­wać się kutrami japoń­skimi, które ostat­nio poja­wiły się w znacz­nej licz­bie na wodach Pacy­fiku w pobliżu Molu­ków. Papiery kutra były w porządku, nato­miast liczeb­ność załogi i jej mar­sowy wygląd nie bar­dzo spodo­bały się porucz­ni­kowi. Szcze­gólną uwagę ofi­cera zwró­ciła radio­sta­cja rybac­kiej łupiny. Takim apa­ra­tem można było nada­wać depe­sze na drugi koniec świata. Szy­per oświad­czył jed­nak, że jego firma zało­żyła na wszyst­kich stat­kach radiowe sta­cje. Dodał wyzy­wa­jąco: "Najwidocz­niej im się to opłaca".

Nie było powodu, żeby aresz­to­wać podej­rzaną łajbę japoń­ską. Nato­miast w rapor­cie z rajdu patro­lo­wego komen­dant kano­nierki wyli­czył kil­ka­dzie­siąt nazw zatrzy­ma­nych bądź zaob­ser­wo­wa­nych stat­ków japoń­skich uwi­ja­ją­cych się w jego sek­to­rze.

We wszyst­kich rapor­tach mor­skich owych dni pod koniec listo­pada 1941 roku powta­rzały się te same infor­ma­cje. Doświad­czeni mary­na­rze zakli­nali się, że tylko patrzeć, a doj­dzie do walki z Japo­nią. Rów­nież wywiady wojsk lądo­wych ame­ry­kań­skich, angiel­skich i holen­der­skich pod­kre­ślały wzmo­żoną dzia­łal­ność "cieni". Fran­cuzi na pogra­ni­czu Indo­chin mieli już do czy­nie­nia nie z "cie­niami", lecz z nor­mal­nymi oddzia­łami woj­sko­wymi, które naj­bez­czel­niej w świe­cie nie dostrze­gały zna­ków gra­nicz­nych i przy lada oka­zji ostrze­li­wały roz­ma­ite obiekty.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści: to już nie była robota nor­mal­nych "cieni" japoń­skich, czyli ogrom­nej armii szpie­gów, któ­rzy w naj­roz­ma­it­szy spo­sób słu­żyli cesar­skiemu wywia­dowi woj­sko­wemu. To były wyraźne przy­go­to­wa­nia do agre­sji. Naj­wi­docz­niej kie­ru­nek połu­dniowy brał górę w aktu­al­nej poli­tyce japoń­skiej. Dzi­wić mogło tylko to, że rząd ame­ry­kań­ski jak gdyby nie zwra­cał uwagi na wszyst­kie sygnały. W Waszyng­to­nie bawiła wła­śnie spe­cjalna misja japoń­ska. Dostawy ame­ry­kań­skie dla Japo­nii nawet wzra­stały. Dawało to pew­nym ludziom wiele do myśle­nia, zwra­cało uwagę spe­cja­li­stów na naj­wyż­szym szcze­blu. Oczy świata wpa­trzone były tym­cza­sem w wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się na euro­pej­skim fron­cie wschod­nim. Szyb­kie postępy wojsk nie­miec­kich w Rosji zda­wały się raczej zapo­wia­dać jakieś dzia­ła­nia japoń­skie na pół­nocy. Ist­niał prze­cież pakt Ber­lin-Tokio-Rzym.

Cho­ciaż, prawdę mówiąc, na wyso­kich szcze­blach też nie było peł­nego roze­zna­nia. Ot, na przy­kład, wywiad ame­ry­kań­ski prze­chwy­cił szy­frówkę japoń­ską do amba­sa­dora w Ber­li­nie z dnia 30 listo­pada. Naka­zy­wano w niej japoń­skiemu dyplo­ma­cie udać się natych­miast do Hitlera i mini­stra spraw zagra­nicz­nych Rib­ben­tropa. "Pro­szę im powie­dzieć - dono­siła instruk­cja - że ostat­nio Anglia i Stany Zjed­no­czone zajęły sta­no­wi­sko pro­wo­ka­cyjne. Należy oświad­czyć, że pla­nują one akcje woj­skowe w roz­ma­itych punk­tach Azji Wschod­niej i że wobec tego będziemy musieli z koniecz­no­ści prze­ciw­sta­wić im nasze siły zbrojne... Pro­szę dodać, że moment wybu­chu wojny może nastą­pić wcze­śniej, ani­żeli można by się spo­dzie­wać".

I cóż? Wia­domo, że roz­ma­ite pla­cówki ame­ry­kań­skie ostrze­gały od kilku mie­sięcy o nie­bez­pie­czeń­stwie zagra­ża­ją­cym Pearl Har­bor, głów­nej bazie floty ame­ry­kań­skiej na Pacy­fiku. Naj­wi­docz­niej jed­nak na szcze­blu naj­wyż­szym nie przy­kła­dano wiel­kiej wagi do tych infor­ma­cji. W Bia­łym Domu, gdzie urzę­do­wał pre­zy­dent Fran­klin Roose­velt, nie oka­zy­wano więk­szego nie­po­koju. Rów­nież w Szta­bie Gene­ral­nym pra­cu­ją­cym pod kie­row­nic­twem gene­rała Geo­rga Mar­shalla nie odczu­wało się jakiejś spe­cjal­nej gorączki. To prawda, że więk­sze jed­nostki ame­ry­kań­skiej Floty Pacy­fiku były na morzu, i to na Atlan­tyku. Pruło tam fale pięć naj­więk­szych pan­cer­ni­ków ame­ry­kań­skich. Toteż gdy nagle, 7 grud­nia 1941 roku rano spa­dły na ame­ry­kań­ską bazę bomby japoń­skie, straty były wpraw­dzie dotkliwe, ale by­naj­mniej nie do napra­wie­nia. Spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie ogar­nęła fala obu­rze­nia i prze­ciw­nicy bez­po­śred­niego udziału Sta­nów Zjed­no­czo­nych w woj­nie umil­kli. Roose­velt pisał w swoim orę­dziu:

"Nagły i zbrod­ni­czy napad Japoń­czy­ków dopro­wa­dził do prze­łomu po dzie­się­cio­le­ciu owła­da­ją­cej świa­tem nie­mo­ral­no­ści. Potężni, roz­po­rzą­dza­jący znacz­nymi zaso­bami gang­ste­rzy sprzy­mie­rzyli się prze­ciwko rodza­jowi ludz­kiemu...".

W Azji Połu­dniowo-Wschod­niej japoń­skie "cie­nie" nabrały kształ­tów. Stra­te­dzy japoń­scy, w prze­ci­wień­stwie do gene­ra­łów nie­miec­kich, ni­gdy nie chcieli anga­żo­wać zbyt wiel­kiej liczby żoł­nie­rzy w wal­kach. Ow­szem, uży­wali floty, wie­rzyli w wiel­kie jed­nostki mor­skie i budo­wali je, ale na przy­kład potężna japoń­ska armia lądowa nie wystę­po­wała od czasu wojny z Rosją ni­gdy w zbyt wiel­kiej masie. Armia japoń­ska pene­tru­jąca od lat ogromne Chiny nie prze­kra­czała 250 tysięcy ludzi. Rów­nież po spro­wo­ko­wa­niu wojny z Ame­ryką główne zada­nie przy­pi­sy­wali Japoń­czycy flo­cie mor­skiej. Opa­no­wa­nie Indo­ne­zji z jej wiel­kimi bogac­twami natu­ral­nymi, jak ropa naf­towa i kau­czuk, prze­cię­cie i kon­tro­lo­wa­nie dróg komu­ni­ka­cyj­nych na Pacy­fiku i na Oce­anie Indyj­skim, a tym samym odcię­cie Chin od dostaw alianc­kich, było ich pierw­szym celem. Zda­wało się, że zosta­nie on sto­sun­kowo łatwo osią­gnięty.

W odwrocie

Drogą prze­bitą przez dżun­glę posu­wają się oddziały woj­skowe. Stru­dzeni żoł­nie­rze śpią po pro­stu w mar­szu. Ich posza­rzałe, zaostrzone z wyczer­pa­nia twa­rze, ich wyschnięte wargi, zaczer­wie­nione z nie­wy­spa­nia i kurzu oczy, ich obszar­pane i prze­po­cone koszule świad­czą o naj­wyż­szym wysiłku. 17 Dywi­zja Indyj­ska, mająca w swoim her­bie zadzior­nego kocura z pod­nie­sioną kitą, sto­czyła ciężką, czte­ro­dniową bitwę z prze­wa­ża­ją­cymi siłami nie­przy­ja­ciela, a obec­nie masze­ruje już 24 godziny, cofa­jąc się rów­no­le­gle do wybrzeża na zachód. Manierki żoł­nie­rzy są tak suche, jak ich wyschnięte gar­dła, a co gor­sza, kara­biny są pra­wie pozba­wione amu­ni­cji.

Przed nimi jesz­cze jedna przy­naj­mniej bitwa. Będzie to bój o życie, walka o moż­li­wie jak naj­dłuż­sze utrzy­ma­nie przy­czółka mosto­wego i samego mostu na rzece Sit­tang. 12-przę­słowy most kole­jowy o jed­nym tylko torze nie jest przy­sto­so­wany do prze­pusz­cza­nia pojaz­dów mecha­nicz­nych. Czynni są wła­śnie sape­rzy, któ­rzy gorącz­kowo pra­cują nad przy­sto­so­wa­niem nawierzchni do przy­ję­cia aut i cią­gni­ków. Ale oto już widać pierw­sze wybu­chy japoń­skich bomb na przed­mo­ściu, już odzy­wają się pierw­sze salwy dział i szczeka coraz bli­żej broń maszy­nowa...

Sytu­acja jest bez­na­dziejna. Sto­lica Burmy, Ran­gun, naj­bliż­szy cel inwa­zji japoń­skich sił zbroj­nych, odda­lona jest wpraw­dzie jesz­cze o mniej wię­cej 100 mil, lecz jedyna wła­ści­wie dywi­zja sta­no­wiąca osłonę Ran­gunu znaj­duje się już od 22 dni w odwro­cie. Jej dowódca, wytrwały żoł­nierz, gene­rał major J.G. Smyth, stoi w obli­czu nie­zmier­nie waż­kich decy­zji, które trzeba będzie pod­jąć lada chwila. Gene­rał lęka się dwóch rze­czy: ogar­nia go prze­ra­że­nie na myśl, że sape­rzy gotowi nie zdą­żyć na czas z mostem lub że Japoń­czycy prze­tną jedyną drogę odwrotu jego śmier­tel­nie stru­dzo­nym żoł­nierzom. Na wszelki wypa­dek pułk dziel­nych Gur­khów skie­ro­wany zostaje na brzeg zachodni, żeby zli­kwi­do­wać ewen­tu­alny desant spa­do­chro­nia­rzy japoń­skich.

O godzi­nie szó­stej wie­czo­rem zamel­do­wano gen. Smy­thowi, że port w Ran­gu­nie obsa­dziła 7 Bry­gada Pan­cerna, znana jako jedna z naj­lep­szych jed­no­stek bry­tyj­skich. Jed­no­cze­śnie nade­szła wia­do­mość od sape­rów, że nawierzch­nia mostu kole­jo­wego jest gotowa. Gene­rał ode­tchnął, lecz za wcze­śnie. Gwał­towny prąd wozów z ran­nymi i sprzę­tem wpadł w tej chwili na wąską kładkę i chaos powięk­szył się jesz­cze bar­dziej. Nad ranem przy­była wieść hio­bowa. Na dro­dze powstał nie­sa­mo­wity korek. Tuż przed mostem wybu­chła nagle gwał­towna bitwa i powstał nie­sły­chany zamęt, wśród któ­rego trudno było odróż­nić swo­ich od obcych. Wywią­zał się nie­zwy­kle krwawy bój, a Gur­kho­wie ruszali kil­ka­krot­nie do ataku na bagnety. Nacisk dwóch nacie­ra­ją­cych dywi­zji japoń­skich wzra­stał tym­cza­sem z minuty na minutę.

W tej dra­ma­tycz­nej sytu­acji dowódca ochrony mostu zamel­do­wał - było to o godzi­nie 4.30 nad ranem - że może utrzy­mać prze­prawę naj­wy­żej jesz­cze przez godzinę. To już nie był dra­mat, była to tra­ge­dia! Nale­żało pod­jąć tzw. żoł­nier­ską decy­zję, a taka decy­zja ozna­cza pra­wie zawsze dodat­kowe ofiary. Po godzi­nie potężny grzmot wybu­chu wzbił się ponad odgłosy bitwy, po nim nastą­piła śmier­telna cisza. Most został wysa­dzony w powie­trze. Wkrótce dały się sły­szeć roz­pacz­liwe krzyki na brzegu wschod­nim. Ludzie stra­cili pano­wa­nie nad sobą i dwie bry­gady, porzu­ca­jąc broń i ekwi­pu­nek, poczęły w zupeł­nym już popło­chu prze­pra­wiać się na drugi brzeg sze­ro­kiej rzeki. A brzeg był bar­dzo błot­ni­sty, bra­ko­wało środ­ków prze­prawy, nie było ani sam­pa­nów, ani łódek. Żoł­nie­rze wyma­zani bło­tem i mułem prze­pły­wali na zaim­pro­wi­zo­wa­nych z nędz­nych bam­bu­sów i roz­bi­tych skrzyń tra­twach. Oka­zało się przy tym, że Anglicy są na ogół raczej złymi pły­wa­kami.

Na sku­tek wysa­dze­nia mostu nad Sit­tan­giem Japoń­czycy utra­cili jed­nak impet, a nawet zatrzy­mali się tu na pra­wie dwa tygo­dnie. Decy­zja była zatem słuszna, tylko że 17 Dywi­zja ule­gła wprost zdzie­siąt­ko­wa­niu. Pozo­stało w niej tylko 3350 ludzi i 1420... kara­bi­nów.

Mapa Burmy przy­po­mina jak gdyby palec olbrzy­miej ręki, któ­rej prze­gub leży gdzieś w masy­wach Dachu Świata, Hima­la­jów. Trzy wiel­kie rzeki, spły­wa­jące na połu­dnie wzdłuż gru­bych, pokry­tych szcze­ciną bam­bu­so­wej dżun­gli fałd gór­skich, sta­no­wią natu­ralne linie obrony. A cała Burma to tar­cza chro­niąca Indie, natu­ralna tama dla inwa­zji od wschodu.

Ude­rze­nie japoń­skie było nie tylko nie­spo­dziane, ale po pro­stu wście­kłe, a jed­no­cze­śnie wspie­rało się na nowo­cze­snych środ­kach walki, zwłasz­cza na ata­kach lot­ni­czych. Już w tydzień po napa­ści na bazę ame­ry­kań­skiej Floty Pacy­fiku w Pearl Har­bor, a więc około 14 grud­nia 1941 r., wpa­dły pierw­sze oddziały japoń­skie do Burmy. Ude­rzały one wzdłuż połu­dniowo-wschod­nich gra­nic Syjamu, natra­fia­jąc na dość nikły opór sła­bych wojsk bry­tyj­skich i chiń­skich. Wła­ściwa akcja roz­po­częła się jed­nak dopiero 20 stycz­nia. Masywne ude­rze­nia wojsk lądo­wych w połą­cze­niu z dzia­ła­niami lot­nic­twa, desan­tami mor­skimi, desan­tami wojsk spa­do­chro­no­wych i dzia­ła­niami sym­pa­ty­zu­ją­cych z Japoń­czy­kami par­ty­zan­tów bur­mań­skich szybko roz­drob­niły zaim­pro­wi­zo­waną obronę. Nie­pełne bowiem dwie dywi­zje miały obro­nić tery­to­rium wiel­ko­ści Nie­miec, o sieci komu­ni­ka­cyj­nej rów­nej jed­nej set­nej sieci nie­miec­kiej. Około 7 tysięcy Angli­ków, 20 tysięcy Hin­du­sów i tro­chę Bur­mań­czy­ków miało sta­wić czoło świet­nie uzbro­jo­nym i upo­jo­nym zwy­cię­stwami Japoń­czy­kom.

Los tych wojsk był z góry prze­są­dzony. Dziel­ność w takim wypadku nie wystar­cza. Woj­ska anglo-hin­du­sko-chiń­skie prze­żyły w stycz­niu i lutym 1942 roku dokład­nie to samo, co woj­ska pol­skie we wrze­śniu 1939 lub woj­ska fran­cu­sko-bry­tyj­skie w roku 1940. Mimo nad­ludz­kich wysił­ków nie zdo­łały one powstrzy­mać ude­rzeń japoń­skich. Na szczę­ście miały się dokąd wyco­fać, bo posia­dały ogromne zaple­cze - Indie.

W dru­giej poło­wie maja 1942 roku armia bry­tyj­ska w Bur­mie prak­tycz­nie prze­stała ist­nieć. Osta­tecz­nie jed­nak do obrony Indii usta­liły się na pogra­ni­czu Burmy trzy fronty. Na połu­dniu od strony wybrzeża, wśród wzgórz, bagien i dżun­gli Ara­kanu powstała linia, na któ­rej Anglicy bro­nili dostępu do Kal­kuty. Kal­kuta była po utra­cie Ran­gunu głów­nym por­tem przyj­mu­ją­cym ożyw­czy prąd dostaw anglo-ame­ry­kań­skich dla Indii i Chin. Tzw. Front Cen­tralny bro­nił dostępu do gór Assam i do nie­zmier­nie waż­nych stra­te­gicz­nie dróg komu­ni­ka­cyj­nych pro­wa­dzą­cych doliną Bra­ma­pu­try w głąb Ben­galu. Naj­bar­dziej wysu­nięty na wschód był Front Pół­nocny w Bur­mie. Bro­nił on lewego skrzy­dła wojsk anglo-indyj­skich, pół­noc­nej Burmy i dostępu do chiń­skiej pro­win­cji Jun­nan.

Linie obronne prze­bie­gały w górach pokry­tych dżun­glą. Pomię­dzy głów­nymi fron­tami, wśród wznie­sień, kotlin i błot­ni­stych dolin toczyły się mor­der­cze zapasy drob­niej­szych sił regu­lar­nych i par­ty­zanc­kich obu stron.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki