Rozdział 1 - Problem niezdrowej emocjonalnie duchowości
Coś tutaj poszło nie tak
Chrześcijańska duchowość może być zabójcza, gdy nie powiąże się jej ze zdrowiem emocjonalnym. Może zniszczyć ciebie, twoją relację z Bogiem oraz otaczającymi cię ludźmi. Wiem to. Żyłem w ten sposób przez połowę swojego dorosłego życia i mam więcej przykładów, niż jestem w stanie przytoczyć.
Tego, o którym opowiem, wolałbym nie pamiętać.
Faith i basen
Johna i Susan poznałem, kiedy przemawiałem w innym kościele. Byli podekscytowani i entuzjastyczni na myśl o wizycie w New Life Fellowship w Queens, gdzie byłem pastorem. W pewną gorącą i parną lipcową niedzielę podjęli długą i mozolną podróż z Connecticut, by przesiedzieć wszystkie trzy nabożeństwa. W przerwie pomiędzy drugim i trzecim John zabrał mnie na stronę i powiedział, że mieli nadzieję na rozmowę ze mną i Geri.
Byłem wykończony. Bardziej jednak martwiłem się tym, co pomyśli mój przyjaciel, a ich pastor. Co by mu powiedzieli, gdybym odprawił ich z kwitkiem? Co powiedzieliby o mnie?
Więc skłamałem.
- Oczywiście! Z radością zaproszę was na obiad, na pewno Geri się ucieszy!
Kiedy zadzwoniłem, Geri w swoim pragnieniu bycia dobrą żoną pastora zgodziła się na obiad, chociaż wolałaby odmówić. John, Susan i ja przybyliśmy do domu około trzeciej po południu i w ciągu kilku minut zasiedliśmy we czworo do stołu.
Potem John zaczął mówić, mówić... i mówić. Susan nie wtrąciła nawet słowa.
Geri i ja spoglądaliśmy na siebie co jakiś czas. Czuliśmy, że musimy dać mu chwilę. Ale jak długą?
A John mówił dalej, dalej... i dalej.
Nie byłem w stanie mu przerwać. Z taką intensywnością opowiadał o Bogu, o swoim życiu, o nowych możliwościach w pracy. Boże, chcę być kochający i miły, ale kiedy to się skończy? Rozmyślałem o tym, udając, że słucham. Byłem wściekły. Potem dopadło mnie poczucie winy z powodu złości. Chciałem, by John i Susan zobaczyli, że Geri i ja jesteśmy gościnni i łaskawi. Ale dlaczego nie dał szansy dojść do głosu swojej żonie? Ani nam?
W końcu Susan musiała wyjść do toalety. John przeprosił i powiedział, że musi zadzwonić. Geri odezwała się w końcu, kiedy byliśmy sami.
- Pete, nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś - wymamrotała głosem pełnym złości. - Nie widziałam cię, dzieci cię nie widziały.
Spuściłem głowę i skuliłem ramiona w nadziei, że moja pokorna postawa wzbudzi w niej litość.
Nie wzbudziła.
Susan wróciła z łazienki, a John nadal opowiadał. Nie mogłem znieść siedzenia przy tym kuchennym stole.
- Mam nadzieję, że nie mówię za dużo - powiedział, niczego nie podejrzewając.
- Nie, oczywiście, że nie - skłamałem w imieniu nas obojga i zapewniłem: - Cieszymy się, że możemy was gościć.
Geri siedziała obok mnie w ciszy. Nie chciałem na nią spojrzeć.
Po jakiejś godzinie wtrąciła się w jednej z rzadkich pauz.
- Nie słyszę, co robi Faith.
Faith to nasza córka, miała wtedy trzy lata.
John nadawał dalej, jakby Geri nic nie powiedziała. Wymieniliśmy się spojrzeniami i udawaliśmy, że słuchamy, rozglądając się poza pokój.
Z pewnością wszystko jest w porządku - przekonywałem siebie samego.
Po Geri zaczęło być widać zdenerwowanie. Jej twarz wyrażała napięcie, niepokój, zniecierpliwienie. Mogłem poznać po niej, że zastanawia się, gdzie też może być Faith.
W domu było zdecydowanie za cicho. John mówił dalej.
W końcu Geri odeszła od stołu, przepraszając tonem, który zdradzał złość.
- Muszę iść poszukać córki.
Przebiegła przez piwnicę. Ani śladu Faith. Sypialnie. Ani śladu Faith. Salon i jadalnię. Ani śladu Faith.
Wbiegła do kuchni i gorączkowo rzuciła:
- Pete! Mój Boże, nie mogę jej znaleźć. Nigdzie jej nie ma.
Strach złapał nas za serce, kiedy przez setną sekundy spojrzeliśmy sobie w oczy, a nasze umysły przeszyła myśl: "Basen!".
Mieszkaliśmy wówczas w ciasnym bliźniaku, mieliśmy jednak na podwórku rozkładany basen, żeby móc się ochłodzić podczas gorącego nowojorskiego lata. Wybiegliśmy do ogrodu, a nasze najgorsze przeczucia właśnie się zmaterializowały.
Plecami do nas na środku basenu stała Faith. Nasza trzylatka, nago, ledwo dotykając dna koniuszkami palców. Woda sięgała jej do brody, niemal wlewała się do ust.
Poczuliśmy się, jakbyśmy sami znowu mieli pięć lat.
- Faith, nie ruszaj się! - krzyknęła Geri, gdy pędziliśmy, by wyciągnąć ją z wody.
W jakiś sposób Faith udało się pokonać drabinkę bez poślizgnięcia i stała tak na palcach w basenie nie wiadomo jak długo!
Gdyby się zachłysnęła, wyprawialibyśmy pogrzeb naszej córki. Byliśmy potwornie wstrząśnięci - przez wiele dni. Nawet dziś na myśl o tym wydarzeniu przechodzi mnie dreszcz.
Smutna prawda związana z tym incydentem jest taka, że nic w naszych wnętrzach nie uległo zmianie. Zmiana wymagała pięciu kolejnych lat, znacznie więcej bólu i kilka sytuacji, z których cudem wyszliśmy cało.
Jak z Geri mogliśmy być tak nieodpowiedzialni? Patrzę wstecz z zażenowaniem, myśląc o tym, jak nieszczerze i niedojrzale zachowałem się w stosunku do Johna i Susan, Boga i siebie samego! To nie John stanowił problem; ja nim byłem. Z pozoru byłem uprzejmy, cierpliwy i pełen gracji, ale wewnątrz mnie wszystko się kotłowało. Tak bardzo chciałem przedstawić wypolerowany obraz siebie jako dobrego chrześcijanina, że odcinałem się od tego, co działo się w moim wnętrzu. Podświadomie myślałem: Mam nadzieję, że jestem dość dobrym chrześcijaninem. Czy ta para nas polubi? Czy będą uważali, że jesteśmy w porządku? Czy John przedstawi nas w dobrym świetle w rozmowie ze swoim pastorem, a moim przyjacielem?
Udawanie było łatwiejsze niż szczerość i otwartość.
W rzeczywistości moje uczniostwo i duchowość nie odnosiły się do głębokich wewnętrznych zranień i schematów grzechu - szczególnie tych paskudnych, które miały miejsce za zamkniętymi drzwiami podczas prób, różnicy zdań, konfliktów czy niepowodzeń.
Utknąłem na poziomie niedojrzałej duchowości oraz niedojrzałego rozwoju emocjonalnego, a sposób, w jaki wiodłem swoje ówczesne chrześcijańskie życie, nie wpływał na głębsze obszary mojego życia.
Właśnie z tego względu Faith omal nie straciła życia. Coś było okropnie nie tak z moją duchowością - ale co?
Dorastanie emocjonalnie niedojrzałych
Bardzo niewiele osób opuszcza swoje rodzinne domy jako w pełni zdrowi i dojrzali. We wczesnych latach mojej służby wierzyłem, że moc Chrystusa może złamać wszelkie przekleństwo, więc nie zastanawiałem się zbyt dużo nad tym, jak może mnie kształtować dom, w którym dorastałem, po jego opuszczeniu. W końcu Paweł w Drugim Liście do Koryntian 5,17 uczył, że kiedy zostajesz chrześcijaninem, to, co stare, przemija, a wszystko staje się nowe. Jednak kryzys nauczył mnie, że muszę zrobić krok wstecz i zrozumieć, co należy do tych starych rzeczy, aby zaczęły one przemijać.
Moja amerykańsko-włoska rodzina, jak wszystkie rodziny, była połamana na kawałki. Rodzice byli dziećmi emigrantów. Poświęcili się dla czwórki swoich dzieci, aby mogły cieszyć się amerykańskim snem. Mój tato, z zawodu piekarz, pracował bez końca, początkowo we włoskiej cukierni mojego dziadka w Nowym Jorku, a potem dla dużego dostawcy pieczywa. Jego nadrzędnym celem było wysłanie nas na studia, byśmy zdobyli tytuł i "byli kimś".
Moja mama zmagała się z kliniczną depresją i niedostępnym emocjonalnie mężem. Wychowana przez znieważającego ojca, dusiła się pod presją, jaką stwarzało wychowanie czwórki dzieci. Jej małżeństwo, podobnie jak jej dzieciństwo, naznaczone było smutkiem i samotnością.
Moje rodzeństwo i ja wyrośliśmy w tym środowisku na osoby pełne strachu. Emocjonalnie byliśmy niedorozwinięci i desperacko pragnęliśmy czułości i uwagi. Wszyscy wyjechaliśmy z domu na studia, bezskutecznie próbując nie oglądać się wstecz.
Z zewnątrz nasz dom - jak wiele innych - wydawał się w porządku. Na tle domów moich znajomych rysował się nawet lepiej. Niczym domek z kart zaczął się jednak sypać, kiedy miałem szesnaście lat. Mój brat złamał niepisaną zasadę, sprzeciwiając się ojcu i rzucając studia. Co gorsza, ogłosił, że wielebny Moon wraz z żoną - założyciele Kościoła Zjednoczeniowego - byli prawdziwymi rodzicami ludzkości. Przez kolejnych dziesięć lat traktowaliśmy go, jakby nie żył - nie mógł nas więcej odwiedzać. Moi rodzice byli załamani i pogrążeni we wstydzie. Wycofali się z relacji rodzinnych i przyjacielskich. Presja i stres związane z jego dramatycznym odejściem odsłoniły duże kratery w funkcjonowaniu naszej rodziny. Zaczęliśmy się od siebie oddalać.
Potrzebowaliśmy dwudziestu lat, żeby zacząć proces uzdrowienia.
Jedna z potencjalnie najbardziej tragicznych części tej historii związana jest z tym, że duchowość mojego ojca i jego wierne zaangażowanie w Kościele (ojciec był jedyną osobą w mojej rodzinie z jakąkolwiek krztą duchowości) miały bardzo ograniczony wpływ na jego małżeństwo i wychowanie dzieci. Życie mojego taty świadczyło bardziej o jego pochodzeniu w sensie kultury i rodziny niż o związku z nową rodziną w Jezusie.
Moja rodzina z pewnością różni się od twojej. Natomiast jedną rzeczą, jakiej się nauczyłem, pracując przez trzydzieści lat z rodzinami tego pokroju, jest to, że wszystkie rodziny są dotknięte konsekwencjami nieposłuszeństwa naszych pierwszych rodziców (zob. Rdz 3). Wstyd, sekrety, kłamstwa, zdrady, kryzysy w relacjach, rozczarowania i niezaspokojone pragnienie bezwarunkowej miłości spoczywają pod cienką otoczką pozorów nawet najbardziej szanowanych rodzin.
Przyjście do wiary w Chrystusa
Pozbawiony złudzeń i niepewny istnienia Boga, odszedłem z Kościoła, zanim skończyłem trzynaście lat, w przekonaniu, że nie ma on znaczenia dla "prawdziwego życia". Podczas chrześcijańskiego koncertu w małym kościele i uczestnictwa w studium biblijnym na uniwersyteckim kampusie dzięki Bożej łasce zostałem chrześcijaninem. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Ogrom Bożej miłości w Chrystusie zupełnie mną zawładnął. Natychmiast rozpocząłem pełną pasji wyprawę, której celem było dowiedzieć się więcej o tym Jezusie, który mi się objawił.
Przez kolejne siedemnaście lat zanurzyłem się w swoją nowo odnalezioną ewangeliczną i charyzmatyczną tradycję, wchłaniając każdą kroplę uczniostwa i duchowości. Modliłem się i czytałem Biblię. Pochłaniałem chrześcijańskie książki. Brałem udział w spotkaniach grupy domowej i regularnie chodziłem do kościoła. Poznawałem duchowe zasady. Chętnie służyłem, jak tylko mogłem. Hojnie oddawałem pieniądze. Dzieliłem się wiarą z każdym, kto chciał mnie słuchać.
Po ukończeniu college'u przez rok uczyłem angielskiego w szkole średniej, a następnie przez trzy lata pracowałem w InterVarsity Christian Fellowship, chrześcijańskiej organizacji działającej pośród studentów. To zaprowadziło mnie do seminariów teologicznych w Princeton oraz Gordon-Conwell. Wyjechałem też na rok na Kostarykę, by nauczyć się hiszpańskiego i założyć wielonarodowościowy Kościół w Queens, dzielnicy Nowego Jorku.
Przez te siedemnaście lat oddanej służby Jezusowi emocjonalny aspekt mojego człowieczeństwa niestety pozostawał przeważnie nieporuszony. Rzadko mówiło się na te tematy na zajęciach szkółki niedzielnej, spotkaniach grupy domowej czy kursach dla liderów. W zasadzie sama fraza "emocjonalny aspekt mojego człowieczeństwa" pasowała bardziej do słownika doradcy biznesowego niż kościelnego.
Próbując różnych podejść do uczniostwa
Kiedy zasięg mojego przywództwa w służbie zdawał się osiągać pełny rozmach, moja żona Geri powoli zaczęła protestować i dawać mi do zrozumienia, że coś jest nie w porządku. Nie w porządku zarówno ze mną, jak i z Kościołem. Wiedziałem, że może mieć rację, więc próbowałem kłaść nacisk na różne aspekty uczniostwa, co w jakimś stopniu pomagało. Konwersacja w mojej głowie przebiegała mniej więcej tak:
- Więcej studiowania Biblii, Pete. To zmieni ludzi. Ich umysły ulegną odnowieniu. A za tym pójdzie zmiana życia.
- Nie. Chodzi o życie jako Ciało Chrystusa. Niech wszyscy tworzą głębsze poziomy społeczności. To zadziała!
- Pete, pamiętaj, głębokie przemiany wymagają mocy Ducha Świętego. To może przyjść jedynie przez modlitwę. Spędzaj więcej czasu na modlitwie, ty i cały Kościół New Life. Bóg się nie porusza, jeśli się nie modlisz.
- Nie, to kwestia wojny duchowej. Ludzie się nie zmieniają, bo nie stawiasz czoła demonicznym mocom w nich oraz wokół nich. Weź Słowo i módl się w autorytecie Jezusa, by uwolnić ludzi spod opresji złego.
- Pamiętasz słowa Jezusa z Mateusza 25,4. Spotykamy Jezusa, kiedy darmo dajemy tym najmniejszym braciom i siostrom, chorym, zapomnianym czy uwięzionym. Niech ludzie angażują się w pracę wśród ubogich, to ich zmieni.
- Ależ Pete. Ludzie potrzebują usłyszeć Boga w nadzwyczajny sposób; potrzebują proroczego wglądu. To zerwie ich niewidzialne łańcuchy.
- Dość tego, Pete. Ludzie nie rozumieją łaski Boga objawionej w Ewangelii. Nasza pozycja przed Bogiem opiera się na osiągnięciach Jezusa, nie na naszych. Na Jego sprawiedliwości, nie naszej! Wbijaj im to do głowy codziennie, jak mówił Luter, a oni się zmienią!
W każdym z tych ujęć jest biblijna prawda. Wierzę, że na każdą z tych rzeczy jest miejsce w naszej duchowej podróży i naszym rozwoju. Bez wątpienia i ty doświadczyłeś Boga i Jego obecności przez jedną lub kilka z tych rzeczy na swojej drodze z Chrystusem.
Problem jednak polega na tym, że odkryjesz niechybnie - jak i mnie się to przydarzyło - że nadal czegoś brakuje. Prawdę mówiąc, większość modeli uczniostwa często tylko dokłada dodatkową warstwę chroniącą ludzi przed emocjonalną dojrzałością. Kiedy ludzie doświadczają czegoś autentycznego - jak uwielbienie, modlitwa, studiowanie Biblii czy poczucie wspólnoty - błędnie wierzą, że mają się dobrze, nawet jeśli relacje w ich życiu są w ruinie, a ich wewnętrzny świat pogrążony jest w chaosie. Ich zauważalne "postępy" zapewniają duchowy powód do niezajmowania się ciężką pracą nad dojrzewaniem emocjonalnym.
Są zwiedzeni.
Wiem. Żyłem w ten sposób przez siedemnaście lat. Z powodu widocznego rozwoju duchowego w niektórych aspektach mojego życia oraz życia osób, które mnie otaczały, ignorowałem znaki emocjonalnej niedojrzałości.
W naszych najszczerszych chwilach wielu z nas przyzna, że podobnie jak góra lodowa składamy się z wielu warstw, które istnieją głęboko poniżej poziomu naszej codziennej świadomości. Jak pokazuje poniższa ilustracja, jedynie około dziesięć procent góry lodowej jest dla nas widoczne. To dziesięć procent symbolizuje sposób, w jaki się zachowujemy, i zmiany, jakich dokonujemy, które mogą być widoczne dla innych. Jesteśmy milsi, bardziej poważani. Chodzimy do kościoła i wykazujemy się zaangażowaniem. "Porządkujemy" nasze życie, rozprawiając się z problemem alkoholowym czy narkotykami, potem bierzemy się za swój język i potajemne zachowania itd. Zaczynamy się modlić i dzielić Jezusem z innymi.
MODEL GÓRY LODOWEJ
Co kryje się pod powierzchnią?
Jednak korzenie tego, kim jesteśmy, pozostają niezmienione i nieporuszone.
Dzisiejsze modele duchowej formacji i uczniostwa odnoszą się do jakiejś części tych dziewięćdziesięciu procent ukrytych pod powierzchnią. Problemem jest jednak to, że znaczna część (zob. przerywaną linię) pozostaje nietknięta przez Jezusa, dopóki nie pojawi się szczere zaangażowanie w to, co nazywam duchowością zdrową emocjonalnie.
Chwytając moją uwagę pomimo bólu
Trzy rzeczy w końcu zmusiły mnie, krzyczącego i kopiącego, abym otworzył się na koncept zdrowej emocjonalnie duchowości.
Po pierwsze nie doświadczałem radości i zadowolenia, które Pismo Święte obiecuje w Chrystusie. Byłem nieszczęśliwy, sfrustrowany, przepracowany i udręczony. Bóg przekonał mnie do chrześcijaństwa swoją ofertą: "Moje jarzmo jest wygodne, a brzemię - lekkie" (Mt 11,30) - zaproszeniem do wolnego i obfitego życia. Sęk w tym, że go nie doświadczałem.
Jarzmo w starożytnej Palestynie było wykonane z drewna, ręcznie, żeby dokładnie dopasować je do karku zwierząt jucznych i uniknąć otarć lub zranień. W ten sposób zapewnienie Jezusa o lekkim i wygodnym jarzmie można rozumieć następująco: "Własnoręcznie przygotowałem dla ciebie życie - twoje jarzmo - które idealnie pasuje do tego, kim jesteś. Będzie ono lekkie i wygodne, obiecuję". Jednak rzeczywistość wyglądała tak, że po wielu latach aktywnego życia chrześcijańskiego byłem wykończony i potrzebowałem odpocząć. Moje życie było raczej reakcją na to, co robili inni ludzie lub co mogli zrobić, co myśleli lub mogli o mnie pomyśleć. Na poziomie głowy wiedziałem, że mam wieść życie, które cieszy Boga. Wprawienie tego w czyn to jednak zupełnie inna kwestia. Brzemię Jezusa zdawało się mi ciążyć.
Po drugie byłem wściekły, zgorzkniały i pogrążony w depresji. Przez pięć lat starałem się wykonywać pracę dwóch lub trzech osób. Mieliśmy dwa nabożeństwa po angielsku o poranku, a potem jedno po hiszpańsku po południu. Głosiłem na wszystkich. Kiedy mój współpracownik pociągnął za sobą dwustu z dwustu pięćdziesięciu hiszpańskich członków Kościoła, by założyć własny, odkryłem w sobie nienawiść do niego. Bezskutecznie starałem się mu wybaczyć.
Doświadczałem rosnącego napięcia związanego z prowadzeniem podwójnego życia. Głosiłem miłość i przebaczenie w niedzielę, a w poniedziałek kląłem w samochodzie. Przepaść pomiędzy moją wiarą i doświadczeniem objawiała się z zastraszającą jaskrawością.
Po trzecie Geri była samotna i zmęczona funkcjonowaniem jako samotna matka z czterema córkami. Chciała od naszego małżeństwa czegoś więcej i była coraz bardziej sfrustrowana, aż wreszcie doszło do konfrontacji. Dotarła do punktu, w którym nie tolerowała już moich wyjaśnień, spóźnień czy unikającego zachowania. Nie miała już nic do stracenia.
Późnym wieczorem któregoś dnia siedziałem na łóżku, czytając książkę, kiedy Geri weszła do pokoju i spokojnie poinformowała mnie: "Pete, byłabym szczęśliwsza, będąc sama, niż będąc w związku z tobą. Wysiadam z tej karuzeli. Kocham cię, ale nie chcę dłużej tak żyć. Czekałam... Próbowałam z tobą rozmawiać, ale ty nie słuchasz. Nie mogę cię zmienić. Tylko ty możesz to zrobić. Mam zamiar zrobić kolejny krok w swoim życiu".Była stanowcza: "A tak przy okazji - odchodzę z Kościoła, w którym jesteś pastorem. Twoje przywództwo nie jest warte, by za nim podążać".
Przez krótką chwilę zrozumiałem, dlaczego ludzie mordują osoby, które kochają. Geri odkryła moją nagość. Jakaś część mnie miała ochotę ją udusić. Czułem się głęboko zawstydzony. Dla mojego słabego ego to było niemalże nie do udźwignięcia.
Pomimo to wiem, że to był jeden z największych przejawów miłości, jakimi Geri obdarowała mnie w naszym małżeństwie. Choć w tym momencie nie potrafiła tego wyartykułować, uświadomiła sobie coś niezwykle ważnego: zdrowie emocjonalne i dojrzałość duchowa nie dają się od siebie oddzielić. Nie można być dojrzałym duchowo człowiekiem, pozostając niedojrzałym emocjonalnie.
Szczerze kochałem Jezusa i wierzyłem w wiele prawd na Jego temat, a jednocześnie pozostawałem duchowym niemowlakiem, niechętnym do przyjrzenia się swojej niedojrzałości.
Odejście Geri z Kościoła zmusiło mnie do zajrzenia pod powierzchnię mojej góry lodowej, do głębokości, która do tej pory była zbyt przerażająca, by o niej myśleć. Ból ma niezwykłą siłę pokazywania nam prawdy, która do tej pory nie była dla nas dostępna, i popychania nas do przodu. W końcu musiałem pogodzić się z bolesną rzeczywistością: olbrzymia część mojego życia (czy góry lodowej) pozostawała nieporuszona przez Chrystusa. Moja wiedza biblijna, przywódcza pozycja, wykształcenie w seminarium, doświadczenie i umiejętności nie zmieniły wstydliwej prawdy.
Byłem zaangażowany w to, co dziś nazywam duchowością niezdrową emocjonalnie. Byłem starszym pastorem, ale pragnąłem uciec i dołączyć do osób, które odchodzą z Kościoła.
Szanując całe twoje człowieczeństwo
Bóg stworzył nas jako kompletnych ludzi, na swój obraz (Rdz 1,27). Ten obraz uwzględnia sferę fizyczną, duchową, emocjonalną, intelektualną i społeczną. Spójrz na tę ilustrację.
Ignorancja względem jakiegokolwiek aspektu tego, kim jesteśmy jako ludzie stworzeni na obraz Boga, zawsze skutkuje wyniszczającymi konsekwencjami - w naszej relacji z Bogiem, z innymi, a nawet z samymi sobą. Jeśli spotkasz kogoś, kto jest na przykład fizycznie lub mentalnie niesprawny, to jego wybrakowanie od razu staje się oczywiste. Autystyczne dziecko na placu zabaw, które godzinami stoi, z nikim się nie bawiąc, od razu przyciąga uwagę.
Inaczej jest z niedorozwojem emocjonalnym. Nie jest on tak oczywisty, kiedy spotykamy ludzi. Dopiero z czasem, kiedy poznajemy ich bliżej, te braki stają się dostrzegalne.
Przez siedemnaście lat ignorowałem "komponent emocjonalny" w moim poszukiwaniu Boga. Duchowe nauczanie, jakiego doświadczyłem w Kościołach i służbach, które mnie kształtowały, nie dysponowały językiem, teologią i wyszkoleniem odpowiednim dla tej sfery. Wszytkie książki, które przyczytałem, i seminaria, na które poszedłem, dotyczyły pozostałych sfer: fizycznej, społecznej, intelektualnej i duchowej. Pozostałbym emocjonalnym niemowlakiem, gdyby ta sfera mojego życia nie została odkryta i dotknięta mocą Jezusa Chrystusa. Duchowy fundament, na jakim dotąd budowałem swoje życie (i o którym nauczałem innych), był niepełny. Nie dało się tego ukryć przed najbliższymi mi osobami.
Kiedy wreszcie odkryłem związek pomiędzy dojrzałością duchową i dojrzałością emocjonalną, zaczęła się dla mnie rewolucja - nie dało się już zawrócić. Nie używam słowa "rewolucja" lekkomyślnie. Duchowa droga opisana w tej książce jest radykalna. Dociera do korzeni wszystkich spraw w naszym życiu, włączywszy w to nasze podejście do podążania za Jezusem.
Zrozumienie związku pomiędzy duchową i emocjonalną dojrzałością odmieniło moją osobistą relację z Jezusem, moje małżeństwo, rodzicielstwo i ostatecznie wpłynęło na nasz Kościół: New Life Fellowship. Jeśli przyjmiesz zaproszenie do tej podróży, to samo przydarzy się tobie, a rewolucja w sposobie, w jaki podążasz za Jezusem, przyniesie głęboką i trwałą zmianę w twoim życiu. Bez tego rodzaju zmiany istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że popadniesz w pułapkę duchowej rutyny, podobną do tej, jaką opisał mi kiedyś Jay - członek naszego Kościoła: "Byłem chrześcijaninem przez dwadzieścia dwa lata. Jednak zamiast być chrześcijaninem z dwudziestodwuletnim stażem, dwadzieścia dwa lata powtarzałem pierwszy rok. Popełniałem wciąż te same błędy".
Diagnoza problemu: dziesięć symptomów duchowości niedojrzałej emocjonalnie.
Jakie są wskaźniki czy symptomy duchowości niedojrzałej emocjonalnie? Zanim zgłębimy prawdy, które prowadzą do dojrzałości emocjonalnej, kluczowe jest zidentyfikowanie objawów duchowości niezdrowej emocjonalnie - schematy myśli i zachowań, które tworzą koleiny, w które wpadamy, a następnie sieją spustoszenie w naszym życiu i Kościele.
Oto krótka lista dziesięciu najważniejszych objawów emocjonalnie chorej duchowości:
Wykorzystywanie Boga, by uciec od Niego; Ignorowanie złości, smutku i strachu; Umieranie dla niewłaściwych rzeczy; Zaprzeczanie wpływowi przeszłości na teraźniejszość; Dzielenie życia na przedziały "duchowe" i "nie-duchowe"; Robienie rzeczy dla Boga zamiast bycia z Bogiem; Uduchawianie sytuacji konfliktowych; Przykrywanie słabości i porażek; Życie bez stawiania granic; Ocenianie duchowej drogi innych osób. Wykorzystywanie Boga, by uciec od Niego
Niewiele jest śmiertelnych wirusów, które trudniej rozpoznać niż ten. Pozornie wydaje się, że wszystko jest dobrze, ale tak nie jest. Ten wirus czai się w niekończących się godzinach spędzonych na czytaniu chrześcijańskiej literatury, zaangażowaniu w rozmaite aktywności i obowiązki chrześcijańskie poza domem, godzinach poświęconych na modlitwę i studiowanie Biblii. Możesz zastanawiać się, w jaki sposób wszystkie te rzeczy mogą szkodzić twojej duszy. Owe chrześcijańskie aktywności stają się krzywdzące, kiedy używamy ich, próbując w ten sposób uciec od bólu.
Wykorzystywanie Boga, by od Niego uciec, ma miejsce za każdym razem, kiedy podejmuje się działanie zwiazane z Bogiem tylko po to, by uniknąć trudnych sfer swojego życia, które Bóg chce zmienić. Wiem, że mam problem, jeśli:
wykonuję pracę dla Boga, chcąc zaspokoić siebie, a nie Jego;robię w Jego imieniu rzeczy, o które On nigdy nie prosił;modlę się, by Bóg wypełnił moją wolę, zamiast poddać się Jemu;demonstruję "chrześcijańskie zachowania", aby ważni ludzie dobrze o mnie myśleli;skupiam się na jakichś teologicznych zagadnieniach ze strachu lub z powodu nierozwiązanych problemów emocjonalnych, a nie ze względu na pragnienie zrozumienia Bożych prawd;korzystam z prawd biblijnych, aby osądzać i dewaluować innych;przerysowuję moje osiągnięcia dla Boga, aby subtelnie pokazać swoją wyższość;wygłaszam stwierdzenia takie jak: "Bóg mi powiedział, żebym tak postąpił", gdy w rzeczywistości nie jestem tego pewny; wykorzystuję Biblię, by usprawiedliwiać grzeszne postępowanie mojej rodziny, grzeszne wartości kulturowe, politykę państwa itd., zamiast oceniać je przez pryzmat Bożego panowania; chowam się za wywodami o Bogu, unikając światła reflektorów, które obnażyłyby moje wewnętrzne pęknięcia albo wyeksponowałyby moje niepowodzenia;wykorzystuję wybiórczo biblijne prawdy, aby unikać wszystkiego, co wymaga ode mnie wprowadzenia znaczących zmian w życiu.
Za przykład posłuży nam John. Wykorzystuje on Boga do potwierdzania swoich zdecydowanych opinii dotyczących takich spraw jak długość kobiecych spódnic w kościele, wybór właściwych kandydatów partii politycznych, role płciowe i nieumiejętność porozumienia się ze swoim współpracownikiem - niewierzącym menedżerem. Nie słucha innych, nie weryfikuje też niezliczonych założeń na ich temat. Z łatwością wyciąga wnioski. Jego przyjaciele, rodzina i współpracownicy odbierają go jako protekcjonalnego i niepewnego.
John jest jednak przekonany, że spełnia Bożą wolę, i tłumaczy taki stan rzeczy, błędnie odnosząc do siebie fragmenty Pisma Świętego: "Oczywiście, że ta osoba nie może mnie znieść" - wyjaśnia. "- Wszyscy, którzy pragną być wierni Bogu, będą znosić prześladowanie". Ostatecznie jednak wykorzystuje Boga, by od Niego uciekać.
Ignorowanie złości, smutku i strachu
Wielu chrześcijan wierzy całym sercem, że złość, smutek i strach to grzechy i należy ich unikać. Kiedy przeżywamy te emocje, jesteśmy przekonani, że coś jest nie w porządku z naszym życiem duchowym. Złość jest niebezpieczna i pozbawiona miłości wobec innych. Smutek wskazuje na brak wiary w Boże obietnice. Depresja to już jasny wskaźnik życia z dala od Bożej woli. A strach? Biblia pełna jest nakazów mówiących "przestańcie martwić się o cokolwiek" oraz "nie bój się" (Flm 4,6 oraz Iz 41,10).
Co zatem robimy? Nadymamy się fałszywą odwagą, aby sprawić, że te uczucia ustąpią. Pojawiają się i znikają i tłumaczymy sobie, że są ostatnią rzeczą, na której powinniśmy skupiać uwagę w naszym duchowym życiu. To prawda, że niektórzy chrześcijanie nadmiernie podążają za swoimi uczuciami w niezdrowy, niebiblijny sposób. Częściej jednak spotykamy chrześcijan, którzy nie wierzą, że mogą przyznać się do swoich uczuć lub wyrazić je otwarcie. To odnosi się szczególnie do tak trudnych uczuć jak strach, smutek, wstyd, złość, zranienie czy ból. Lecz jak mamy słuchać tego, co mówi do nas Bóg, i jak mamy odnieść się do tego, co dzieje się w naszym wnętrzu, jeśli odcinamy się od naszych emocji?
Odczuwanie jest częścią bycia człowiekiem. Minimalizując odczuwanie lub zaprzeczając temu, co czujemy, umniejszamy znaczenie tego, że jesteśmy Bożym obrazem. Pozostajemy niepełni w swojej umiejętności miłowania Boga, innych, a nawet siebie samych w takim stopniu, w jakim nie potrafimy wyrazić naszych emocji. Dlaczego? Ponieważ nasze uczucia są częścią tego, co oznacza być stworzonym na obraz Boga. Odrzucenie ich to odcięcie żywotnej części naszego człowieczeństwa.
Chcąc poprzeć swoje błędne postrzeganie Boga i własnych uczuć, niewłaściwie stosowałem poniższą ilustrację3.
Wierzyłem, że moje duchowe życie powinno zmierzać po torach, napędzane przez lokomotywę faktów, czyli tego, co powiedział Bóg. Kiedy czułem złość, musiałem zacząć od faktów: "Co cię tak zezłościło, Pete? A więc ten człowiek oszukał cię i zdradził. Bóg zasiada na tronie. Jezus także był zdradzony i oszukany. Przestań się gniewać".
Po rozważeniu Bożej prawdy zastanawiałem się nad moją wiarą - kwestią tego, do czego chcę być przekonany. Czy dokonałem wyboru, by moją wiarę złożyć w Bożym Słowie? Czy może podążałem za moimi uczuciami i "cielesnymi" pożądaniami, którym nie można ufać?
Na końcu składu znajdował się wagon mieszkalny dla załogi pociągu - miejsce, w stosunku do którego zaufanie jest absolutnie niewskazane - moje emocje: "Pete, pod żadnym pozorem nie polegaj na swoich uczuciach. Zdradliwe jest serce, bardziej niż wszystko inne, nieuleczalnie chore, kto zdoła je poznać? (zob. Jr 17,9). To doprowadzi cię jedynie do grzechu".
Kiedy spojrzymy na to globalnie, praktyczne skutki takiego niezrównoważonego i wąskiego systemu wierzeń są, jak zobaczymy później, ogromne. A jest to dewaluacja bycia jednocześnie człowiekiem i stworzonym na podobieństwo Boże. Niestety nasze wykrzywione chrześcijańskie przekonania i wymagania są w stanie - jak to ujął Thomas Merton - "jedynie uśmiercić nasze człowieczeństwo, zamiast pomóc mu bogato rozkwitnąć w pełni jego możliwości pod wpływem łaski"4.
Umieranie dla niewłaściwych rzeczy
Święty Ireneusz wiele stuleci temu powiedział, że "Bożą chwałą jest, gdy człowiek żyje w pełni".
Jezus z kolei powiedział: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, bierze swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie (Łk 9,23)". Ale jeśli bezpośrednio zastosujemy ten wers, bez uwzględnienia reszty Pisma Świętego, to doprowadzi nas to do przeciwieństwa tego, co Bóg dla nas zaplanował. Rezultatem będzie ograniczona i wypaczona teologia, która głosi: "Im bardziej jesteś nieszczęśliwy, im bardziej cierpisz, tym bardziej Bóg cię kocha. Zapomnij o swoim indywidualizmie, nie ma na niego miejsca w Bożym Królestwie".
Musimy umrzeć dla grzesznych części tego, kim jesteśmy, takich jak nadwrażliwość na krytykę, obojętność wobec innych, arogancja, zawziętość, hipokryzja, osąd i brak wrażliwości, oraz dla innych oczywistych grzechów, jak np.: nie morduj, nie kradnij, nie składaj fałszywego świadectwa (zob. Wj 20,13-16; Ef 4,25).
Bóg nie wzywa nas, abyśmy umarli dla tego, co w nas "dobre". Bóg nigdy nie oczekiwał, że umrzemy dla zdrowych pragnień i przyjemności życia, takich jak: przyjaźń, radość, sztuka, muzyka, piękno, odpoczynek, śmiech czy natura. Bóg zaszczepił w naszych sercach pragnienia, abyśmy się o nie troszczyli i je pielęgnowali. Często te pragnienia i pasje są zaproszeniem od Boga, darami od Niego. Jednak czasem czujemy się nieswojo, rozpakowując te prezenty.
Kiedy proszę ludzi: "Opowiedz mi o swoich życzeniach, nadziejach i marzeniach", często brak im słów.
"Dlaczego o to pytasz?" - odpowiadają. "- Czy moim największym marzeniem, życzeniem i pragnieniem nie powinno być służenie Jezusowi?"
Niezupełnie. Bóg nie chciał nigdy unicestwić naszej osobowości. Nie mamy stać się "nieludźmi", kiedy zostajemy chrześcijanami. W zasadzie to jest dokładnie odwrotnie. Bóg pragnie, aby nasza głębsza, prawdziwa osobowość, którą On stworzył, rozkwitała, gdy będziemy za Nim podążać. Bóg obdarzył każdego z nas indywidualnymi cechami, które odzwierciedlają i wyrażają nas w unikalny sposób. Tak naprawdę kluczową częścią procesu uświęcenia jest to, by pozwolić Duchowi Świętemu na oczyszczenie nas z fałszywych konstruktów, które nagromadziliśmy, aby nasza prawdziwa tożsamość w Chrystusie mogła się ujawnić.
Zaprzeczanie wpływowi przeszłości na teraźniejszość
Kiedy przychodzimy do wiary w Jezusa, czy jesteśmy dziećmi, nastolatkami, czy dorosłymi, mówiąc dramatycznym językiem Biblii - "rodzimy się na nowo" (J 3,3). Apostoł Paweł opisuje to w ten sposób: "Stare przeminęło - i nastało nowe!" (2 Kor 5,17).
Jednak te dwa wersety i ich znaczenie często bywają rozumiane opacznie. Tak, prawdą jest, że kiedy przychodzimy do Jezusa, nasze grzechy zostają wybaczone, otrzymujemy nowe imię, nową tożsamość, nową przyszłość i nowe życie. To prawdziwy cud. Zostajemy nazwani sprawiedliwymi przed Bogiem dzięki życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa (Flm 3,9-10). Wieczny Święty Bóg wszechświata nie jest już naszym sędzią, jest naszym Ojcem. To wspaniałe przesłanie Ewangelii. To jednak nie oznacza, że nasza przeszłość nie będzie na nas miała wpływu w przeróżny sposób. Przez lata ulegałem złudzeniu, że skoro przyjąłem Jezusa, moje stare życie nie jest już częścią mnie. Moja przeszłość bez Chrystusa była bolesna. Chciałem o niej zapomnieć. Nie chciałem patrzeć wstecz. Życie było dużo lepsze, odkąd był w nim Jezus.
Myślałem, że jestem wolny.
Geri, spędziwszy ze mną dziewięć lat małżeństwa, wiedziała lepiej. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz robiliśmy genogram - to rodzaj drzewa genealogicznego, który pokazuje pewne schematy w rodzinie. Nasz terapeuta spędził z nami około godziny, zadając pytania dotyczące relacji pomiędzy członkami naszych rodzin, prosił też, żebyśmy napisali po dwa lub trzy przymiotniki określające relacje naszych rodziców i ich związek.
Kiedy terapeuta skończył, zapytał nas: "Czy widzicie jakieś podobieństwa między waszym małżeństwem a małżeństwami waszych rodziców?".
Obydwoje siedzieliśmy oszołomieni.
Byliśmy ewangelicznymi chrześcijanami. Oddanymi i stabilnymi. Nasze priorytety i wybory życiowe znacząco odbiegały od decyzji naszych rodziców. Mimo to pod powierzchnią nasze małżeństwo było rażąco podobne do ich związków. Role płciowe, sposoby na radzenie sobie z gniewem, konfliktem i wstydem; to, jak definiowaliśmy sukces; nasze poglądy na temat rodziny, dzieci, odpoczynku, przyjemności, seksualności i rozpaczy oraz nasza relacja z przyjaciółmi zostały ukształtowane w rodzinach, z których pochodziliśmy, i przez naszą kulturę.
Tego dnia u terapeuty, siedząc zawstydzeni stanem naszego małżeństwa, otrzymaliśmy lekcję, której nigdy nie zapomnimy: pomimo że byliśmy wówczas od dwudziestu lat oddanymi chrześcijanami, nasze relacje w większej mierze były lustrzanym odbiciem naszych rodzin niż odbiciem tego, co Bóg zamyślił dla nas jako nowej rodziny w Chrystusie.
Praca związana z wzrastaniem w Jezusie (niektórzy nazywają to uświęceniem) nie oznacza, że nie wracamy do przeszłości, kiedy brniemy wprzód za tym, co Bóg dla nas przeznaczył. Właściwie to wymaga powrotu, aby wyrwać się z niezdrowych, destrukcyjnych schematów, które przeszkadzają nam kochać siebie samych i kochać innych, tak jak Bóg to zaprojektował.
Dzielenie życia na przedziały "duchowe" i "nieduchowe"
Istoty ludzkie posiadają niepokojącą umiejętność prowadzenia podzielonego, podwójnego życia.
Frank chodzi do kościoła, gdzie śpiewa o Bożej miłości. Wracając autem do domu, życzy śmierci innemu kierowcy. Dla Franka niedziela to dzień dla Boga, od poniedziałku do soboty jest czas na pracę.
Jane wrzeszczy na męża, krytykując jego brak duchowego przywództwa w życiu dzieci. On odchodzi zbity i wypompowany, ona - z przekonaniem, że dzielnie walczyła dla Boga.
Ken jest zdyscyplinowany w swojej praktyce spędzania czasu z Bogiem przed pracą, ale potem nawet o Nim nie myśli - ani w pracy, ani po powrocie do domu, kiedy ma czas dla żony i dzieci.
Judith zalewa się łzami w kościele podczas piosenek o Bożej miłości i łasce. Po wyjściu regularnie narzeka i obwinia innych za trudności i próby w swoim życiu.
Bardzo łatwo wprowadzić do swojego życia przedziały, a Boga zamknąć w tym przeznaczonym na "chrześcijańskie aktywności". Wówczas ograniczamy Go jedynie do sfery naszej duchowości i kościoła, ale nie myślimy o Nim w naszym małżeństwie, w wychowaniu dzieci, w wydawaniu pieniędzy, w spędzaniu wolnego czasu czy podczas nauki do egzaminów. Według badań firmy Gallup i socjologów jednym z największych skandali jest to, że "ewangeliczni chrześcijanie często przyjmują styl życia równie hedonistyczny, materialistyczny, skupiony na sobie i niemoralny seksualnie jak świat"5. Statystyki są porażające:
członkowie Kościoła rozwodzą się tak często, jak ich niewierzący sąsiedzi,członkowie Kościoła biją żony równie często, jak niewierzący mężowie,schematy dawania wskazują, że członkowie Kościoła są tak materialistyczni, jak niechrześcijanie,biali chrześcijanie ewangeliczni są grupą najbardziej skłonną do obiekcji względem sąsiadów o innym kolorze skóry,pośród "zaangażowanych" ewangelicznych chrześcijan szybko rośnie grupa młodych ludzi, którzy sądzą, że wspólne mieszkanie przed ślubem jest do zaakceptowania6.
Ron Sider w swojej książce Skandal Ewangelicznego Sumienia (org. The Scandal of Evangelical Conscience) podsumowuje: "Czy problemem jest małżeństwo i seksualność, czy pieniądze i troska o ubogich, ewangeliczni chrześcijanie wiodą dziś skandalicznie niebiblijne życie... Dane sugerują, że w wielu kluczowych sferach życia chrześcijanie nie żyją inaczej od swoich niewierzących sąsiadów"7. Jednak, aby to stwierdzić, nie potrzebujemy statystyk. Zapytajcie tylko Angelę, nową członkinię naszego Kościoła, która odpowiedziała pytaniem na moje pytanie, dlaczego pięć lat temu zrezygnowała z chodzenia do kościoła: "Dlaczego tak wielu chrześcijan jest tak fatalnymi ludźmi?".
Przełożenie negatywnych konsekwencji tego postępowania na skuteczność naszego świadczenia o Jezusie jest nie do oszacowania - ani dla nas, ani dla świata, który nas otacza. Umyka nam prawdziwa radość życia z Jezusem, którą On obiecuje (J 15,11). A świat patrzy i kręci głową, niedowierzając, jak możemy być tak ślepi na rozbieżności pomiędzy naszymi deklaracjami a codziennym życiem.
Robienie rzeczy dla Boga zamiast bycie z Bogiem
Bycie produktywnym i domykanie spraw ma wysoki priorytet w zachodniej kulturze. Modlitwa i rozkoszowanie się Bogiem, które są celem samym w sobie - to luksus. Ktoś mi kiedyś powiedział, że będziemy się Nim rozkoszować, kiedy pójdziemy do nieba. Póki co jest za dużo do zrobienia. Ludzie są zagubieni. Świat pogrążony jest w głębokich problemach. W tym wszystkim Bóg powierzył nam obowiązek szerzenia Ewangelii.
Przez większość mojego chrześcijańskiego życia zastanawiałem się, czy mnisi faktycznie są chrześcijanami. Ich styl życia wydawał mi się eskapistyczny. Z pewnością nie pełnią woli Boga. Co oni właściwie robią dla rozpowszechniania Ewangelii w świecie umierającym bez Chrystusa? Co z tymi wszystkimi owcami, które są zagubione? Czy oni nie wiedzą, że robotników do żniwa jest mało (Mt 9,37)?
Rozumowałem w ten sposób:
Robienie wielu rzeczy dla Boga to jasny objaw duchowego wzrostu.Wszystko zależy ode mnie, więc jak długo żyję na ziemi, praca nie będzie miała końca. Bóg nie może się poruszać, jeśli się nie modlę.Jestem odpowiedzialny, by dzielić się Jezusem z każdym, inaczej ludzie pójdą do piekła. Wszystko zacznie się sypać, jeśli nie będę uparcie dążył do celu i trzymał swoich spraw w ryzach.
Czy wszystkie te przekonania są prawdziwe? Nie. Praca dla Boga, która nie jest odżywiana głębokim życiem z Bogiem, w końcu zostanie skażona ludzkim ego, władzą, potrzebą uznania ze strony innych i przyjmowaniem niewłaściwej definicji sukcesu albo niewłaściwego poglądu, że nie może nam się nie powieść. Kiedy pracujemy dla Boga z któregoś z tych powodów, nasze osobiste doświadczanie Ewangelii usuwa się w cień. Stajemy się ludzkimi robotami, nie ludzkimi istotami. Poziom naszej samooceny i wartości przestaje wynikać z bezwarunkowej miłości Bożej w Chrystusie i zaczyna zależeć od naszej pracy i jej wyników. Radość z obecności Jezusa stopniowo zanika, podczas gdy nasza działalność dla Boga może wynikać jedynie z naszego życia z Nim.
Nie można ofiarować czegoś, czego się nie posiada. Wykonywanie działań proporcjonalnie do przebywania z Najwyższym to jedyna droga do czystego serca i dostrzegania Boga (Mt 5,8).
Uduchawianie sytuacji konfliktowych
Nikt nie lubi konfliktów. Pomimo to znajdziemy je wszędzie - od sal sądowych po miejsca pracy, od szkolnych klas po osiedla, od małżeństwa po rodzicielstwo, od bliskich przyjaźni po sytuacje, w których ktoś potraktował nas niewłaściwie. Istnieje pewien destrukcyjny mit, który zadomowił się w chrześcijańskich społecznościach, a mówi on o tym, że wygładzanie niezgody lub "zamiatanie nieporozumień pod dywan" jest częścią tego, co nazywamy podążaniem za Jezusem. Z tego powodu Kościoły, grupy domowe, zespoły w służbie, całe denominacje i społeczności doświadczają bólu nierozwiązanych konfliktów.
Naprawdę niewielu z nas pochodzi z rodzin, w których konflikt był rozwiązywany w dojrzały, zdrowy sposób. Większość z nas grzebie swoje napięcia i idzie dalej. Kiedy zostałem chrześcijaninem, stałem się także wielkim orędownikiem pokoju. Robiłem, co w mojej mocy, by zachować jedność i miłość w Kościele, moim małżeństwie i mojej rodzinie. Postrzegałem konflikt jako coś, co należy jak najszybciej rozwiązać i zażegnać. Widziałem go jako radioaktywne odpady z elektrowni jądrowej, które należy szybko opanować, w przeciwnym razie doprowadzą do ogromnych szkód.
Robiłem więc to, co większość chrześcijan - okłamywałem siebie samego i innych.
Co robisz, kiedy musisz stawić czoła napięciom i bałaganowi spowodowanemu przez nieporozumienia? Niektórzy z nas:
mówią jedno ludziom w twarz, a co innego za ich plecami,składają obietnice, których nie mają zamiaru spełnić,obwiniają innych,atakują,stosują "ciche dni",są sarkastyczni,poddają się z obawy przed byciem znielubionym,"wylewają" gniew poprzez wysłanie maila z niezbyt delikatną krytyką,opowiadają półprawdy, ponieważ fakty mogłyby zranić kogoś bliskiego,mówią "tak", gdy myślą "nie",unikają, wycofują się i zrywają kontakt,szukają osoby niezaangażowanej w konflikt, z którą mogą się podzielić problemami, aby sobie ulżyć.
Jezus pokazuje nam, że zdrowi chrześcijanie nie powinni unikać konfliktów. Jego życie pełne było sytuacji konfliktowych! Był On aktywnie skonfliktowany z religijną elitą, z tłumem, z uczniami - nawet z własną rodziną. Chcąc przynieść prawdziwy pokój, Jezus burzył fałszywy pokój, gdziekolwiek się udawał. Nie zgadzał się na uduchawianie unikania konfliktu.
Przykrywanie słabości i porażek
Presja zaprezentowania się jako silni i zdrowi duchowo ludzie prześladuje większość z nas. Czujemy się winni, gdy nie spełniamy pokładanych w nas oczekiwań. Zapominamy, że nie ma osób doskonałych i wszyscy jesteśmy grzesznikami. Zapominamy, że Dawid, jeden z najbliższych przyjaciół Boga, dopuścił się cudzołóstwa z Batszebą i zamordował jej męża. To dopiero skandal! Ilu z nas nie usunęłoby wzmianki o tym wydarzeniu ze wszystkich książek do historii, byle tylko Boże imię nie zostało zniesławione?
Dawid tego nie zrobił. Zamiast tego skorzystał ze swojej królewskiej władzy, żeby jego gigantyczne przewinienie nie uszło niczyjej uwadze i zostało opublikowane we wszystkich podręcznikach historii dla przyszłych pokoleń. Dawid napisał nawet pieśń o swojej porażce, która trafiła do żydowskiego podręcznika uwielbienia, Księgi Psalmów, i była śpiewana na nabożeństwach. (Mam nadzieję, że najpierw zapytał Batszebę o pozwolenie!) Dawid wiedział: "Ofiarą miłą Bogu jest duch pełen skruchy, sercem skruszonym, przejętym własnym stanem, nie pogardzisz, o Boże" (Ps 51,19).
Inny wielki Boży mąż - apostoł Paweł, napisał o Bogu, który nie odpowiada na jego modlitwy, i o "kolcu w swoim ciele". Dziękował Bogu za swoje słabości, przypominając swoim czytelnikom, że "w słabości doskonali się moc" Chrystusa (2 Kor 12,7-10). Ilu znasz chrześcijan, którzy dzisiaj postąpiliby podobnie?
Biblia nie snuje opowieści na temat wad i słabości swoich bohaterów. Mojżesz był mordercą. Żona Ozeasza prostytutką. Piotr napominał Boga! Noe się upił. Jonasz był rasistą. Jakub - kłamcą. Jan Marek porzucił Pawła. Eliasz przeszedł wypalenie. Jeremiasz miał depresję i myśli samobójcze. Tomasz był niewierny. Mojżesz potrafił się wściec. Tymoteusz miał wrzody na żołądku. Wszyscy ci ludzie wysyłają jasny przekaz: każdy człowiek na ziemi, pomimo licznych zalet i silnych stron, jest słaby, podatny na zranienia i zależny od Boga i innych.
Całymi latami obserwowałem niezwykle utalentowanych ludzi, którzy osiągali świetne wyniki - czy to w sztuce, sporcie, przywództwie, nauce, rodzicielstwie czy w Kościele. Zastanawiałem się wówczas, w jaki sposób udało im się uniknąć plagi słabości, podczas gdy innym to nie wychodziło. Dziś już wiem, że wcale im się nie udało. Wszyscy mamy wady i słabości. Bez wyjątków.
Życie bez stawiania granic
Nauczono mnie, że dobry chrześcijanin stale daje i chętnie skłania się ku potrzebom innych. Nie powinienem odmawiać, kiedy nadarza się możliwość pomocy, jednocześnie nie powinienem prosić o pomoc, bo jest to samolubne.
Niektórzy chrześcijanie są samolubni. Wierzą w Boga i w Jezusa Chrystusa, ale prowadzą życie w taki sposób, jakby Boga nie było. Nie myślą i nie przejmują się kochaniem i służeniem innym poza swoją rodziną czy przyjaciółmi. To tragedia.
Spotykam jednak znacznie więcej osób, które noszą w sobie winę, ponieważ nie robią dość dużo. "Pete, spędziłem dwie godziny, słuchając go, ale to nie wystarczy" - pożalił się niedawno mój znajomy. "- Czasem mam ochotę uciec".
To poczucie winy często prowadzi do zniechęcenia. Ono zaś prowadzi chrześcijan do braku zaangażowania i izolacji od "potrzebujących", ponieważ nie wiedzą, co więcej mogliby zrobić.
Duchowy trzon tego problemu odnosi się do naszych ograniczeń i naszego człowieczeństwa. Nie jesteśmy Bogiem. Nie możemy usłużyć każdemu. Jesteśmy ludźmi. Paweł powiedział: "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie" (Flp 4,13), a kontekst tej wypowiedzi był taki, żeby nauczyć się bycia zadowolonym niezależnie od okoliczności. Siła, jaką otrzymywał od Chrystusa, nie służyła zmianie, wyparciu okoliczności czy zaprzeczeniu im, ta siła uzdalniała go do tego, aby w każdej sytuacji cieszyć się i poddawać woli kochającego Ojca (Flp 4,10-13).
Jezus dał nam przykład tego, będąc w ludzkiej postaci - w pełni Bogiem, a zarazem w pełni człowiekiem. Nie uzdrowił każdego chorego w Palestynie. Nie wskrzesił z martwych każdego zmarłego. Nie nakarmił każdego głodnego żebraka ani nie otworzył centrów pomocy społecznej dla wszystkich biednych w Jerozolimie.
Nie uczynił tego, więc i my nie powinniśmy czuć się winni, skoro tego nie robimy. A jednak tak się czujemy. Dlaczego nie troszczymy się o siebie we właściwy sposób? Dlaczego tak wielu chrześcijan przypomina ludzi naszej kultury - wyczerpanych, zabieganych, przeładowanych obowiązkami i żyjących w pośpiechu?
Zbyt mało chrześcijan łączy miłość bliźniego z miłością do siebie. Smutne jest to, gdy tak wielu z nas wierzy, że troska o własny dobrostan to grzech, "psychologizowanie" Ewangelii zaczerpnięte z naszej egocentrycznej kultury. Sam uważałem tak przez wiele lat.
Prawdą jest, że powinniśmy innych uważać za ważniejszych od siebie (Flp 2,3). Zostaliśmy wezwami do złożenia swojego życia za innych (1 J 3,16). Pamiętaj jednak, że najpierw musisz mieć życie, by je oddać.
Jak powiedział Parker Palmer: "Troska o siebie nie jest aktem samolubstwa - to po prostu dobre zarządzanie jedynym darem, jaki mam, darem, którym mam dzielić się z innymi. Za każdym razem, gdy możemy wsłuchać się w nasze prawdziwe "ja" i zapewnić sobie troskę, jakiej potrzebujemy, nie robimy tego tylko dla siebie, ale dla wielu innych osób, których życia dotkniemy"8.
Ocenianie duchowej drogi innych osób
Pewien ojciec pustyni (ojcowie pustyni to wczesnochrześcijańscy mnisi żyjący w ascezie i odosobnieniu, głównie na pustyni, od końca III w. n.e. - przyp. tłum.) powiedział: "Mnisi muszą umrzeć dla swojego bliźniego i nigdy nie oceniać go za jego sposób życia w żaden sposób". Kontynuując, dodał: "Jeśli jesteś zajęty własnymi słabościami, nie masz czasu na zajmowanie się słabościami bliźniego"9.
Zostałem nauczony, aby osoby żyjące w zwiedzeniu czy grzechu napominać, aby zawsze doradzać osobom pogubionym duchowo. Z tego powodu czułem się winny, kiedy zauważyłem coś podejrzanego, a nie wytknąłem tego jasno. Czułem się jeszcze bardziej winny, kiedy czułem, że moim zadaniem jest pomóc komuś w rozwiązaniu problemu, a musiałem przyznać, że nie wiem jak albo że nie wiem, co powiedzieć. Czy nie otrzymałem nakazu, aby być zawsze gotowym "do obrony przed każdym, kto zechce, byście mu wyjaśnili, dlaczego żyjecie nadzieją" (1 P 3,15)?
Oczywiście wielu z nas nie ma najmniejszych problemów w udzielaniu porad albo wytykaniu błędów. Spędzamy na tym tyle czasu, że kończymy zwiedzeni i przekonani, że mamy wiele do zaoferowania, a niewiele do przyjęcia od innych. W końcu to przecież my mamy rację, czyż nie? Taka postawa często prowadzi do niezdolności do przyjmowania czegokolwiek od normalnych ludzi, mniej dojrzałych od nas. Przyjmujemy cokolwiek jedynie od ekspertów i profesjonalistów.
To zawsze było jednym z największych zagrożeń chrześcijaństwa. Postrzegamy rzeczywistość na zasadzie "my kontra oni". W czasach Jezusa w grupie tych "lepszych" znajdowali się faryzeusze, którzy przestrzegali Bożych przykazań. Ci gorsi, wyłączeni, to grupa składająca się wówczas z grzeszników, poborców podatków i prostytutek.
Z przykrością stwierdzam, że my również zamieniamy nasze różnice na moralną wyższość czy cnotę. Obserwuję to cały czas. Oceniamy ludzi ze względu na muzykę, której słuchają (zbyt łagodna lub za głośna). Oceniamy ich poprzez zbyt eleganckie lub zbyt luźne ubrania, filmy, jakie oglądają, czy samochody, jakimi jeżdżą. Tworzymy coraz to nowe grupy, żeby delikatnie podzielić ludzi na kategorie:
- "Ci artyści i muzycy. Są tacy nieogarnięci".
- "Inżynierzy to mózgowcy. Są zimni jak ryba".
- "Mężczyźni są idiotami. Są społecznie infantylni".
- "Kobiety są zbyt wrażliwe i emocjonalne".
- "Bogaci są egoistyczni i zbytnio sobie pobłażają".
- "Biedni są zwyczajnie leniwi".
Osądzamy prezbiterian za zbytnie uporządkowanie. Zielonoświątkowców za brak struktury. Kościół episkopalny za ich świece i spisane modlitwy. Osądzamy Kościół katolicki za jego postrzeganie Wieczerzy, a prawosławnych za ich dziwną kulturę i miłość do ikon.
Nie zgadzając się na to, by inni mogli być sobą przed Bogiem i poruszać się za Nim w swoim własnym tempie, przerzucamy na nich nasz własny dyskomfort spowodowany tym, że dokonali wyboru, aby żyć inaczej niż my. Koniec końców eliminujemy ich w naszych umysłach. Wolelibyśmy, by przypominali nas, więc odrzucamy ich albo wdajemy się w obojętność: "Kogo to obchodzi?". Pod niektórymi względami cicha obojętność może być nawet gorsza niż niechęć czy nienawiść. Tak jak powiedział Jezus, jeśli nie wyjmę ze swojego oka belki, która sprawia, że nie widzę spraw jak należy, pozostaję niebezpieczny. Muszę dostrzec to, jakie zniszczenia spowodował w moim życiu grzech - zarówno w moich emocjach, intelekcie, ciele, woli, jak i duchu. Dopiero gdy to zrobię, mogę spróbować wyciągnąć drzazgę z oka kogoś innego (Mt 7,1-5).
Rewolucyjne antidotum
Droga do uwolnienia przemieniającej mocy Jezusa, która uzdrowi nasze duchowe życie, wiedzie poprzez połączenie zdrowia emocjonalnego oraz kontemplacyjnej duchowości. (Definicję zdrowia emocjonalnego oraz kontemplacyjnej duchowości znajdziesz w Dodatku B, gdzie wyjaśniam też dlaczego oba elementy są potrzebne).
Pozwól, że zaproszę cię w ekscytującą podróż po siedmiu ścieżkach duchowości zdrowej emocjonalnie. Zaczniemy od kluczowego pierwszego kroku: musisz poznać siebie, aby móc poznać Boga.
Boże, gdy rozważam ten rozdział, jedyne, co mogę powiedzieć, to: "Panie Jezu Chryste, miej miłosierdzie dla mnie grzesznego". Dziękuję Ci, że stoję przed Tobą w sprawiedliwości Jezusa, przez wzgląd na Jego nieskazitelne życie i wyniki służby - nie moje. Modlę się nie tylko, abyś usunął objawy tego, co w moim życiu niewłaściwe, lecz także chirurgicznie usunął wszystko we mnie, co od Ciebie nie pochodzi. Kiedy będę rozważał to, co przeczytałem, wypełnij światłem ukryte miejsca, Panie. Chcę widzieć wyraźnie, jak czule trzymasz mnie w swoich dłoniach. W imieniu Jezusa, amen.