Duchowość ateistyczna. Wprowadzenie do duchowości bez Boga - André Comte-Sponville

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adam Adusz­kie­wicz

A jeśli nie religia...

Kilka uwag na mar­gi­ne­sie Ducho­wo­ści ate­istycz­nej André Comte'a-Spo­nville'a:

Dla wielu ludzi poję­cie ducho­wo­ści ate­istycz­nej jest nazna­czone nie­usu­walną sprzecz­no­ścią. "To jak­byś opo­wia­dał o drew­nia­nym kamie­niu", rzu­cił mi pewien uczony kolega, gdy usły­szał o książce André Comte'a-Spo­nville'a. W świe­cie, w któ­rym reli­gia i teo­lo­gia nie mają już żad­nych szans w kon­fron­ta­cji z naukową wie­dzą, ducho­wość jawi się jako ostatni sza­niec, w któ­rym reli­gia nie tylko może czuć się bez­piecz­nie, lecz także zacho­wuje pozy­cję nie­wzru­szo­nego auto­ry­tetu.

A co z ate­izmem? W Pol­sce w cza­sach PRL-u ate­izm mógł koja­rzyć się po pro­stu z ser­wi­li­zmem. Z reli­gij­nej per­spek­tywy ate­izm czę­sto jawi się jako kom­bi­na­cja życio­wego prag­ma­ty­zmu i spe­cy­ficz­nej odmiany racjo­na­li­zmu nie­świa­do­mego wła­snych gra­nic, zadu­fa­nego, głu­chego i śle­pego na miste­ryjny wymiar świata i ludz­kiego losu. Cza­sem ktoś napi­sze o szcze­gól­nym hero­izmie moral­nym ludzi, któ­rzy mimo że w Boga nie wie­rzą (!), docho­wują wier­no­ści waż­nym ogól­no­ludz­kim war­to­ściom.

Oczy­wi­ście wszystko jest ina­czej. Ani ate­izm nie ozna­cza zamknię­cia na ducho­wość, ani reli­gia, jaką znamy w naszym zachod­nim świe­cie, nie ma na nią wyłącz­no­ści. Książka André Comte'a-Spo­nville'a jest ważną lek­turą zarówno dla nie­wie­rzą­cych, jak i dla wie­rzą­cych.

Dla nie­wie­rzą­cych dla­tego, że porząd­kuje argu­menty, pomaga roz­po­znać szlaki, któ­rymi w swoim życiu ducho­wym poru­szają się ludzie nie­re­li­gijni. Sta­wia wyzwa­nie: ate­izm to wbrew ste­reo­ty­powi wytwo­rzo­nemu przez drugą stronę wysu­bli­mo­wana ducho­wość i wyma­ga­jący pro­gram na życie. Jeśli ktoś wybiera drogę ate­istyczną, musi temu wyzwa­niu spro­stać.

Ludzi reli­gii książka sta­wia wobec fun­da­men­tal­nego pyta­nia o to, co wyróż­nia ich postawę. Moral­ność? Doświad­cze­nie tajem­nicy, mistyka? Żadna z tych rze­czy, pisze Comte-Spo­nville.

Nie chcę tu powta­rzać argu­men­ta­cji autora. Ale zasta­nówmy się. Czy istot­nie reli­gia jest szkołą moral­no­ści? Straż­niczką pod­sta­wo­wych war­to­ści, bez któ­rych ludz­kość pogrą­ży­łaby się w bar­ba­rzyń­stwie i cha­osie? Nie, moral­ność bez reli­gii ma się dobrze, a cza­sem nawet lepiej niż razem z nią. Przy­kła­dów zbrodni popeł­nia­nych w imię reli­gii jest bez liku. Czy w Euro­pie, zanim poja­wiło się chrze­ści­jań­stwo, bra­kło wyra­fi­no­wa­nej reflek­sji moral­nej i żywych do dziś wzo­rów postę­po­wa­nia? Oczy­wi­ście nie. Jedna z naj­do­nio­ślej­szych zasad chrze­ści­jań­stwa - miłość bliź­niego - w zna­nej nam postaci jest dzie­dzic­twem sta­ro­żyt­nej filo­zo­fii: cynic­kiej i sto­ic­kiej. Chrze­ści­jań­stwo niczym mor­ska fala zagar­nęło i ponio­sło dalej (chwała mu za to) to, co naj­cen­niej­sze w grec­kiej i rzym­skiej reflek­sji i prak­tyce moral­nej, ale nie musiało wiele od sie­bie doda­wać.

Czy przed­sta­wi­ciele innych niż zachod­nie chrze­ści­jań­stwo reli­gii nie zacho­wują się etycz­nie? Albo czy wyznawcy innych reli­gii, np. bud­dy­zmu, hin­du­izmu czy islamu, mają prawo twier­dzić, że chrze­ści­ja­nie nie wie­dzą, co to praw­dziwa moral­ność? To bez sensu. Świa­do­mość moralna, zdol­ność do zacho­wań powszech­nie postrze­ga­nych jako "ludz­kie" czy "moralne" jest czymś bar­dziej fun­da­men­tal­nym niż jaka­kol­wiek reli­gia.

Może więc o wyjąt­ko­wo­ści reli­gii decy­duje coś innego? Reli­gia, powie­dzą jej zwo­len­nicy, wnosi w ludz­kie życie szcze­gólną, ożyw­czą per­spek­tywę, jaką sta­nowi otwar­cie na trans­cen­den­cję, które wypro­wa­dza ludz­kiego ducha poza opłotki cia­snego, prag­ma­tycz­nego racjo­na­li­zmu. Czyżby? Comte-Spo­nville roz­wiewa także to złu­dze­nie. Głę­bo­kie doświad­cze­nie tajem­nicy ist­nie­nia, "Wszyst­kiego", które w swej zło­żo­no­ści i bez­kre­sie nie­skoń­cze­nie prze­kra­cza gra­nice pozna­nia (ale nie ogra­ni­cza ludz­kiego rozumu w jego poszu­ki­wa­niach), jest nie­za­leżne od wyzna­wa­nych prze­ko­nań reli­gij­nych.

Roz­wa­ża­nia na temat doświad­cze­nia mistycz­nego to bodaj naj­cie­kaw­szy wątek książki Comte'a-Spo­nville'a. Z jed­nej strony przy­po­mina on znane skąd­inąd przy­kłady dra­ma­tycz­nych napięć mię­dzy zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­waną reli­gią a wiel­kimi misty­kami, z dru­giej opi­suje wła­sne doświad­cze­nia, któ­rych nie zna­lazł w reli­gii, lecz poza nią. Doświad­cze­nie tajem­nicy bytu, zachwyt nad pięk­nem i bez­mia­rem świata, poczu­cie jed­no­ści z nim są udzia­łem ludzi o róż­nych poglą­dach na świat i nie są w żaden spo­sób zwią­zane z wyzna­wa­niem tej lub innej reli­gii ani od niego zależne. Powo­dze­nie, jakim od dzie­się­cio­leci cie­szy się w świe­cie zachod­nim bud­dyzm zen, do któ­rego Spo­nville rów­nież się odwo­łuje, jest dowo­dem na doj­rze­wa­nie świa­do­mo­ści, że życie bez ducho­wo­ści jest jałowe, ale że nie trzeba za nią pła­cić ceny, jaką jest zamknię­cie w murach i struk­tu­rach kościel­nych. Ducho­wość ate­istyczna nie jest oksy­mo­ro­nem. Ducho­wość jest czymś bar­dziej fun­da­men­tal­nym niż znane nam reli­gie.

Co więc jest spe­cy­ficzne dla reli­gii? Idąc za myślą Comte'a-Spo­nville'a, wypada powie­dzieć, że jest to głę­bo­kie, oso­bi­ste prze­świad­cze­nie o ist­nie­niu Boga oso­bo­wego. O ist­nie­niu kogoś, kto wycho­dzi czło­wie­kowi naprze­ciw, gdy on sam prze­kra­cza gra­nice wła­snego ja. Kogoś, dzięki komu poza sko­rupą ego czło­wiek nie czuje się zupeł­nie sam. To prze­świad­cze­nie jed­nak nie przy­nosi odpo­wie­dzi na żadne z waż­nych pytań, jakie nie­sie ludz­kie życie. Albo raczej, na każde można odpowie­dzieć bez niego. Pozo­staje tym, czym jest: oso­bi­stym wybo­rem, odpo­wie­dzią na ważną potrzebę ludz­kiego serca. Nie ma powodu, żeby kwe­stio­no­wać war­tość tej odpo­wie­dzi w wymia­rze indy­wi­du­al­nym. Trzeba jed­nak jasno okre­ślić jej sta­tus i nie pozwo­lić na depre­cjo­no­wa­nie innych odpo­wie­dzi.

Muszę przy­znać, że jed­nak czy­ta­łem książkę Comte'a-Spo­nville'a z nie­po­ko­jem. Więc jak to, wspa­niałe litur­gie pie­lę­gno­wane w róż­nych Kościo­łach, sztuka, prze­ni­kliwe roz­wa­ża­nia na temat ludz­kiego losu, doświad­cze­nie wspól­noty z innymi ludźmi nie mają zna­cze­nia dla nikogo innego prócz "człon­ków klubu", ludzi, któ­rzy z waż­nych tylko dla nich powo­dów chcą trwać w jakimś Kościele, tra­dy­cji i oby­cza­jo­wo­ści? Otóż nie! Reli­gia, ten wielki świat myśli, sym­boli, gestów, oby­cza­jów, tro­pów utrwa­lo­nych w dzie­łach sztuki, litur­gii, wyra­fi­no­wa­nych tek­stach i pro­stych opo­wie­ściach, jest dzie­dzic­twem, od któ­rego nie można się bez­kar­nie odciąć. Wszy­scy, gdy czy­tamy przy­po­wie­ści o chrze­ści­jań­skich ojcach pustyni, opo­wie­ści cha­sy­dów, histo­rie sufich czy para­dok­salne wypo­wie­dzi mistrzów zen, korzy­stamy z tego bogac­twa, nie­za­leż­nie od tego, czy wie­rzymy w Boga, czy nie.

Co wię­cej, ta tra­dy­cja, w Euro­pie chrze­ści­jań­ska, two­rzy naszą kul­tu­rową toż­sa­mość, jest waż­nym spo­iwem wspól­noty, do któ­rej nale­żymy, wresz­cie dla wielu z nas była pierw­szą szkołą reflek­sji o świe­cie i wła­snym losie. Jedna z naj­waż­niej­szych tez, jakie sta­wia Comte-Spo­nville, mówi o tym, że można nie wie­rzyć w Boga i jed­no­cze­śnie kul­ty­wo­wać kon­kretną, ważną dla sie­bie tra­dy­cję reli­gijną i z tego powodu uczest­ni­czyć w życiu wspól­noty reli­gij­nej. Można rów­nież po pro­stu pod­trzy­my­wać zwy­czaje ważne dla spo­łecz­no­ści, do któ­rej nale­żymy, naro­do­wej, euro­pej­skiej, i w ten spo­sób razem z nią prze­cho­dzić przez poszcze­gólne etapy życia. Nie ma nic dziw­nego w tym, że ate­iści albo nie­chrze­ści­ja­nie obcho­dzą w Pol­sce Boże Naro­dze­nie, ozda­biają cho­inki i spo­ty­kają przy wigi­lij­nej kola­cji. Odci­na­nie się od tra­dy­cji chrze­ści­jań­skiej, od pew­nego kodu kul­tu­ro­wego, dzięki któ­remu w Pol­sce, we Fran­cji, na Litwie czy w Por­tu­ga­lii uwa­żamy się za Euro­pej­czy­ków, byłoby nie­mą­dre i szko­dliwe. Jestem "wier­nym" ate­istą, pisze o sobie Comte-Spo­nville.

Ale czy­ta­jąc Comte'a-Spo­nville'a, trudno nie zadać sobie pyta­nia, czy tra­dy­cja reli­gijna to tylko pewien kod kul­tu­rowy i spo­iwo, które wiąże ludz­kie wspól­noty. Gdy zda­rzy mi się, że gdzieś w Beski­dzie, w sta­rej cer­kwi w zapo­mnia­nej doli­nie wraz z garstką wier­nych uczest­ni­czę w pra­daw­nej litur­gii, myślę, że tak samo otwiera ona na trans­cen­den­cję, jak otwiera na nią medy­ta­cja, kon­tem­pla­cja przy­rody czy kon­takt z wielką sztuką. Nie, reli­gia nie jest mar­twa, nie tylko ze względu na histo­ryczne zako­rze­nie­nie, lecz rów­nież dla­tego, że jest jedną z waż­nych ście­żek ducho­wych, na któ­rych ludzie spo­ty­kają się z tajem­nicą ist­nie­nia. Lek­tura Ducho­wo­ści ate­istycz­nej pomaga jed­nak zro­zu­mieć, że pro­blem z reli­gią polega na tym, iż z reli­gij­nego punktu widze­nia trudny do przy­ję­cia jest pogląd trak­tu­jący reli­gię jako tylko "jedną z dróg", a nie jedyną. Inna trud­ność wiąże się z tym, że kapłani i uczeni w piśmie róż­nych reli­gii nie tylko nie mają mono­polu na prawdę i dość czę­sto po ludzku błą­dzą, lecz także, uda­jąc, że znają tajem­nicę, zamie­niają tę wie­dzę we wła­dzę i odbie­rają tajem­nicy to, co sta­nowi o jej war­to­ści. Można odnieść wra­że­nie, że reli­gia traci zwią­zek z ducho­wo­ścią za sprawą swych orga­ni­za­cji i przy­wód­ców, ale czy można wyobra­zić sobie reli­gię bez orga­ni­za­cji i przy­wódz­twa? W reli­gii tkwi imma­nentna pułapka i wielu reli­gij­nych ludzi, raz w nią wpadł­szy, miota się bez­sil­nie mię­dzy poczu­ciem lojal­no­ści i pra­gnie­niem ducho­wej wol­no­ści.

Kon­klu­zja, do któ­rej pro­wa­dzi lek­tura książki Comte'a-Spo­nville'a, brzmi więc nastę­pu­jąco: nie ma sprzecz­no­ści mię­dzy ducho­wo­ścią i ate­izmem, bo nie ma związku mię­dzy wiarą w ist­nie­nie oso­bo­wego Boga a roz­wi­ja­niem w sobie świa­do­mo­ści moral­nej i doświad­cza­niem tajem­nicy ist­nie­nia. Co wię­cej, nie­od­parta skłon­ność lide­rów reli­gij­nych do przej­mo­wa­nia rządu dusz spra­wia, że zarówno moral­ność, jak i otwar­tość na trans­cen­den­cję mają się lepiej poza tra­dy­cyj­nymi reli­giami.

Jak jed­nak pułapką jest życie duchowe uwi­kłane w mean­dry kościel­nych poli­tyk i walk o wła­dzę, tak samo pułapką może stać się poszu­ki­wa­nie drogi na wła­sną rękę. Wszy­scy w ciągu życia musimy odpo­wie­dzieć sobie na serię gra­nicz­nych pytań o miłość, przy­jaźń, wol­ność, odpo­wie­dzial­ność, musimy skon­fron­to­wać się z cier­pie­niem i śmier­cią. Reli­gia ofe­ruje receptę na każdą z tych sytu­acji. A co poza reli­gią? Na tar­go­wi­sku idei nie brak tan­dety i szar­la­ta­ne­rii. Jak im nie ulec, gdy już odbiło się od bez­piecz­nej, kościel­nej przy­stani? Trzeba mieć się na bacz­no­ści, żeby swego ate­izmu nie spro­wa­dzić do wzgar­dli­wego odrzu­ce­nia reli­gij­nej tra­dy­cji i codzien­nego cyni­zmu. Przede wszyst­kim jed­nak ducho­wość ate­istyczna, o jakiej pisze Comte-Spo­nville, wymaga inte­lek­tu­al­nego tre­ningu, dys­cy­pliny, uważ­no­ści i języka, w któ­rym znaj­dzie dla sie­bie wyraz. Gdzie można je zna­leźć?

W filo­zo­fii. Roz­wa­ża­nia Comte'a-Spo­nville'a są zanu­rzone w tra­dy­cji filo­zo­ficz­nej w jej naj­star­szym, naj­bar­dziej poważ­nym zna­cze­niu. Czym jest filo­zo­fia, albo czym była i może być? Pierre Hadot w swej sław­nej książce Filo­zo­fia jako ćwi­cze­nie duchowe pisze: "W sta­ro­żyt­no­ści filo­zo­fia była ćwi­cze­niem każ­dej chwili. Zachę­cała do sku­pie­nia się na każ­dym momen­cie życia, do uświa­do­mie­nia sobie nie­skoń­czo­nej war­to­ści każ­dej chwili bie­żą­cej, gdy ją prze­nieść w wymiar kosmosu. Pod­czas gdy czło­wiek pospo­lity utra­cił kon­takt ze świa­tem i postrzega świat nie jako świat, lecz jako śro­dek słu­żący do zaspo­ko­je­nia jego pra­gnień, duchowi mędrca wciąż towa­rzy­szy Całość". Czym więc jest filo­zo­fia? "Filo­zo­fia to kon­wer­sja, prze­kształ­ce­nie spo­sobu bycia, poszu­ki­wa­nie mądro­ści". Mniej­sza o histo­ryczne roz­wa­ża­nia o tym, jak to się stało, że w świe­cie zachod­nim chrze­ści­jań­stwo pozba­wiało filo­zo­fię roli nauczy­cielki życia (może nie zupeł­nie, ale dziś w powszech­nej świa­do­mo­ści filo­zof to raczej aka­de­mik niż ktoś, kto poznał i urze­czy­wist­nił jakąś wer­sję sztuki życia). Istotne jest, że książka Comte'a-Spo­nville'a przy­po­mina o tej sta­ro­żyt­nej tra­dy­cji nie jako o histo­rycznej cie­ka­wo­stce, lecz jako o naj­bliż­szej współ­cze­snemu czy­tel­ni­kowi prak­tyce ducho­wej. Ktoś, kto nie podziela prze­ko­nań reli­gij­nych i zachę­cony przez lek­turę Ducho­wo­ści ate­istycz­nej się­gnie do tek­stów sto­ików, Mon­ta­igne'a, Spi­nozy, Wit­t­gen­ste­ina i innych, odkryje, że nie musi słu­chać kościel­nych guru, żeby zna­leźć nauczy­cieli, od któ­rych można się dowie­dzieć, jak mądrze żyć. Dowie się rów­nież, że swą ducho­wość może i powi­nien roz­wi­jać nie tyle przez kościelne prak­tyki, ile przez ćwi­cze­nie się w myśle­niu, dzia­ła­nie na rzecz innych i kon­tem­pla­cję ota­cza­ją­cego świata.

Przedmowa

Powrót do reli­gii przy­brał w ostat­nich latach spek­ta­ku­larne, nie­rzadko nie­po­ko­jące roz­miary. Mam na myśli przede wszyst­kim kraje muzuł­mań­skie. Ale wiele wska­zuje na to, że Zachód, oczy­wi­ście na swój spo­sób, nie pozo­stał na mar­gi­ne­sie tego zja­wi­ska. Powrót ducho­wo­ści? Tylko pogra­tu­lo­wać. Powrót wiary? Nie ma pro­blemu. To jed­nak, z czym mamy do czy­nie­nia, to powrót dogma­ty­zmu, nazbyt czę­sto powią­za­nego z obsku­ran­ty­zmem i fun­da­men­ta­li­zmem, a cza­sami fana­ty­zmem. Oddać im pole byłoby błę­dem. Walka o oświe­ce­nie toczy się na­dal, rzadko kiedy była tak paląca jak teraz, gdy stała się walką o wol­ność.

Walka z reli­gią? To byłoby błędne roz­po­zna­nie prze­ciw­nika. Jest to bój o tole­ran­cję, o laic­kość, o wol­ność wiary lub nie­wiary. Duch nie należy do nikogo. Wol­ność rów­nież nie.

Zosta­łem wycho­wany w reli­gii chrze­ści­jań­skiej. Nie żywię wobec niej ani żalu, ani gniewu, wręcz prze­ciw­nie. Tej reli­gii (w tym wypadku kato­li­cy­zmowi), a więc rów­nież temu Kościo­łowi, zawdzię­czam istotną część tego, kim jestem albo kim pró­buję być. Moja moral­ność pozo­stała taka sama jak w cza­sach, gdy byłem reli­gijny. Moja wraż­li­wość podob­nie. Nawet mój spo­sób bycia ate­istą został nazna­czony wiarą mojego dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Dla­czego miał­bym się tego wsty­dzić? Dla­czego miał­bym się temu dzi­wić? To jest moja histo­ria, lub raczej nasza histo­ria. Czym byłby Zachód bez chrze­ści­jań­stwa? Czym byłby świat bez swo­ich bogów? Mój ate­izm nie może uspra­wie­dli­wiać amne­zji. Czło­wie­czeń­stwo sta­nowi jed­ność, jakąś jego czę­ścią jest reli­gia, inną nie­re­li­gij­ność, jed­nak nie spro­wa­dza się ono do żad­nej z nich.

Nie cier­pię obsku­ran­ty­zmu, fana­ty­zmu i zabo­bonu. Tym bar­dziej jed­nak nie lubię nihi­li­zmu i gnu­śno­ści. Ducho­wość jest rze­czą zbyt ważną, by zosta­wić ją na pastwę fun­da­men­ta­li­stów. Tole­ran­cja to dobro zbyt cenne, by mylić ją z obo­jęt­no­ścią lub ospa­ło­ścią. Nie może nam się przy­tra­fić nic gor­szego niż sta­nię­cie twa­rzą w twarz ze śmier­cio­no­śnym fana­ty­zmem jed­nych - bez względu na to, na jaką reli­gię się powo­łują - i nihi­li­zmem dru­gich. Lepiej zwal­czać obie te skraj­no­ści, nie myląc ich ze sobą i nie popa­da­jąc we wła­ściwe im dzi­wac­twa. Laic­kość sta­nowi nazwę tej walki. Ate­istom nie pozo­staje nic innego, jak odkryć ducho­wość, która będzie do tej walki paso­wała. Temu celowi ma słu­żyć moja książka. Roz­myśl­nie chcia­łem, by była krótka i przy­stępna - by szyb­ciej dotrzeć do tego, co naj­istot­niej­sze, i zwró­cić się do jak naj­więk­szej liczby ludzi. Wyda­wało mi się, że sprawa jest pilna. Eru­dy­cja i spory eks­per­tów mogą pocze­kać, wol­ność ducha nie.

Co było dla mnie naj­istot­niej­sze? Jeśli cho­dzi o ducho­wość, zale­żało mi na trzech zagad­nie­niach. Czy można się obyć bez reli­gii? Czy Bóg ist­nieje? Jaką ducho­wość można zapro­po­no­wać ate­istom? Pozo­staje tylko odpo­wie­dzieć na te pyta­nia. Taki jest cel mojej książki. Ate­iści nie mają mniej ducha niż inni. Dla­czego wła­śnie oni mie­liby się inte­re­so­wać życiem ducho­wym mniej niż inni ludzie?

I

Czy można się obyć bez religii

Zacznijmy od tego, co naj­ła­twiej­sze. Bóg nas prze­ra­sta, z defi­ni­cji. Reli­gie nie. Są ludz­kie - zbyt ludz­kie, powie­dzą nie­któ­rzy - i jako takie dostępne pozna­niu i kry­tyce.

Bóg, jeśli ist­nieje, jest trans­cen­dentny. Reli­gie sta­no­wią część histo­rii, spo­łe­czeń­stwa, świata (są imma­nentne).

Boga uważa się za dosko­na­łego. Żadna reli­gia nie jest w sta­nie osią­gnąć dosko­na­ło­ści.

Ist­nie­nie Boga jest wąt­pliwe (to będzie temat dru­giego roz­działu). Ist­nie­nie reli­gii nie budzi wąt­pli­wo­ści. Doty­czące ich pyta­nia mają cha­rak­ter nie tyle onto­lo­giczny, ile socjo­lo­giczny lub egzy­sten­cjalny. Nie cho­dzi o to, by usta­lić, czy reli­gie ist­nieją (cza­sami nie­stety można odnieść wra­że­nie, że ist­nieją aż za bar­dzo!), lecz czym są i czy można się bez nich obyć. Zwłasz­cza to dru­gie pyta­nie jest dla mnie ważne. Jed­nak nie spo­sób się z nim zmie­rzyć, nie odpo­wia­da­jąc, choćby krótko, na pierw­sze.

Czym jest religia

Poję­cie reli­gii jest na tyle sze­ro­kie, na tyle róż­no­rodne, że trudno jest podać jego cał­ko­wi­cie satys­fak­cjo­nu­jącą defi­ni­cję. Co ma bowiem wspól­nego sza­ma­nizm z bud­dy­zmem, ani­mizm z juda­izmem, tao­izm z isla­mem, kon­fu­cja­nizm z chrze­ści­jań­stwem? Czyż­by­śmy się mylili, uży­wa­jąc w tych wszyst­kich przy­pad­kach słowa "reli­gia"? Ku takiemu myśle­niu się skła­niam. Wydaje mi się, że wiele z tych wie­rzeń, szcze­gól­nie orien­tal­nych, jest bar­dziej mie­sza­niną ducho­wo­ści, moral­no­ści i filo­zo­fii niż reli­gią w tym zna­cze­niu, które zazwy­czaj nada­jemy temu słowu na Zacho­dzie. Odno­szą się one nie tyle do Boga, ile do czło­wieka i do natury. Są bliż­sze medy­ta­cji niż wie­rze. Ich prak­tyki to nie tyle rytu­ały, ile ćwi­cze­nia i reguły. Ich adepci nie two­rzą Kościo­łów, lecz raczej szkoły życia czy też szkoły mądro­ści. Doty­czy to zwłasz­cza bud­dy­zmu, tao­izmu czy kon­fu­cja­nizmu, przy­naj­mniej w ich czy­stej lub oczysz­czo­nej for­mie, to zna­czy wol­nej od zabo­bo­nów, które, w każ­dym kraju, dołą­czają do zasad­ni­czej dok­tryny, aż z cza­sem trudno ją roz­po­znać. Mówi się, że są to reli­gie ate­istyczne lub agno­styc­kie. Wyra­że­nie, które w naszych uszach, w uszach ludzi Zachodu, brzmi para­dok­sal­nie, nie jest pozba­wione pew­nego sensu. Budda, Laozi czy Kon­fu­cjusz nie są bogami ani też nie rosz­czą pre­ten­sji do żad­nej bosko­ści, nie powo­łują się na obja­wie­nie, na oso­bo­wego czy trans­cen­dent­nego Stwórcę. Są po pro­stu wol­nymi i wyzwo­lo­nymi ludźmi, mędr­cami i nauczy­cie­lami ducho­wymi.

Ale zostawmy to. Nie jestem etno­lo­giem ani histo­ry­kiem reli­gii. Jako filo­zof zadaję sobie pyta­nie o to, czy można dobrze żyć bez reli­gii. Żeby to usta­lić, trzeba wie­dzieć, o czym się mówi. Potrze­bu­jemy choćby przy­bli­żo­nej i pro­wi­zo­rycz­nej defi­ni­cji. Czę­sto cyto­wana jest defi­ni­cja, którą podał Dur­kheim w pierw­szym roz­dziale Ele­men­tar­nych form życia reli­gij­nego, ponie­waż wiele wyja­śnia: "Reli­gia jest sys­te­mem powią­za­nych ze sobą wie­rzeń i prak­tyk odno­szą­cych się do rze­czy świę­tych, to zna­czy rze­czy wyod­ręb­nio­nych i zaka­za­nych, wie­rzeń i prak­tyk łączą­cych wszyst­kich wyznaw­ców w jedną wspól­notę moralną zwaną Kościo­łem"1. O nie­któ­rych ele­men­tach tej defi­ni­cji można dys­ku­to­wać (sacrum jest nie tylko zaka­zane czy oddzie­lone, lecz także czczone, wspól­nota wie­rzą­cych nie­ko­niecz­nie two­rzy Kościół itd.), ale ogólny kie­ru­nek wydaje mi się do przy­ję­cia. Warto zwró­cić uwagę, że nie mówi ona ani o jed­nym, ani o wielu bogach. Cho­dzi o to, że nie wszyst­kie reli­gie ich czczą. Tak jest w przy­padku dżi­ni­zmu2, który jest ate­istyczny, lub bud­dy­zmu, który jest "moral­no­ścią bez Boga i ate­izmem bez Natury" (wyra­że­nie cyto­wane przez Dur­khe­ima pocho­dzi od Eug?ne'a Bur­no­ufa, wiel­kiego XIX-wiecz­nego znawcy hin­du­izmu). Każdy teizm jest reli­gijny, ale nie każda reli­gia jest teistyczna.

To, co przed­sta­wia defi­ni­cja Dur­khe­ima, skon­cen­tro­wana na poję­ciach sacrum i wspól­noty, możemy okre­ślić jako sze­ro­kie, socjo­lo­giczne lub etno­lo­giczne zna­cze­nie słowa "reli­gia". Wpi­su­jąc się w mono­te­istyczne uni­wer­sum, zwłasz­cza w pole filo­zo­fii zachod­niej, która sta­nowi moje wła­sne dzie­dzic­two, wolę węż­sze zna­cze­nie tego słowa, nie tyle etno­lo­giczne, ile teo­lo­giczne i meta­fi­zyczne, które zawiera się w tym pierw­szym. A mia­no­wi­cie reli­gia, w naszej czę­ści świata, to pra­wie zawsze wiara w jedno lub wiele bóstw. Jeśli, zgod­nie z inten­cją zawartą w języku, zwią­żemy ze sobą oba te zna­cze­nia, w taki jed­nak spo­sób, żeby ich nie pomy­lić, otrzy­mamy nastę­pu­jącą defi­ni­cję, która nawią­zuje do defi­ni­cji Dur­khe­ima i roz­wija ją: Nazy­wam reli­gią zor­ga­ni­zo­waną całość wie­rzeń i rytu­ałów doty­czą­cych rze­czy świę­tych, nad­przy­ro­dzo­nych i trans­cen­dent­nych (to jest sze­ro­kie zna­cze­nie słowa), zwłasz­cza jed­nego lub wielu bogów (to jest sens zawę­żony), wie­rzeń i rytu­ałów łączą­cych w jedną wspól­notę moralną lub duchową tych, któ­rzy się z nimi iden­ty­fi­kują lub je prak­ty­kują.

Czy pier­wotny bud­dyzm był reli­gią w tym zna­cze­niu? Nie jestem tego pewien. Budda nie gło­sił, że ist­nieją jakie­kol­wiek bóstwa, i wąt­pliwe, czy dla niego i dla naj­mniej zabo­bon­nych spo­śród jego adep­tów słowa "święty", "nad­przy­ro­dzony" lub "trans­cen­dentny" miały odnie­sie­nie do jakiej­kol­wiek rze­czy­wi­sto­ści. Oczy­wi­ście histo­ryczny bud­dyzm, w róż­nych jego odła­mach, stał się reli­gią, ze swo­imi świą­ty­niami, dogma­tami, rytu­ałami, modli­twami, kul­to­wymi i rze­komo nad­przy­ro­dzonymi przed­mio­tami. Podob­nie jest w przy­padku tao­izmu lub kon­fu­cja­ni­zmu: nie­wiele bra­kuje, by prze­kształ­ciły się one w reli­gie. Ile mądro­ści na początku! Z cza­sem jak wiele prze­są­dów! Pra­wie wszę­dzie potrzeba wiary bie­rze górę nad pra­gnie­niem wol­no­ści.

Można powie­dzieć co naj­mniej tyle, że Zachód nie unik­nął tego losu. Także on miał swoje szkoły mądro­ści. Jed­nak te szkoły szybko obro­sły reli­gij­no­ścią, którą przez pewien czas pró­bo­wały trzy­mać na dystans. Wiara i rozum, mythos i logos współ­ist­nieją i to wła­śnie nazy­wamy cywi­li­za­cją. Przez całe wieki nasze szkoły mądro­ściowe kar­miły się trans­cen­den­cją. Jak mogłyby unik­nąć jej piętna? W naszych kra­jach ani­mizm jest mar­twy. Poli­te­izm jest mar­twy. W ogóle za nimi nie tęsk­nię, wręcz prze­ciw­nie! To jest pierw­szy krok, jak poka­zuje Max Weber, w stronę racjo­na­li­za­cji rze­czy­wi­sto­ści. Natura zostaje jakby opróż­niona z bogów: "pozo­staje próż­nia pustyni", jak to ujął Alain, oraz "wspa­niała wszech­obecna nie­obec­ność". Jest ona bar­dzo żywotna. Zgod­nie z moją defi­ni­cją juda­izm, chrze­ści­jań­stwo i islam są oczy­wi­ście reli­giami sensu stricto. W naszym świe­cie reli­gia to przede wszyst­kim trzy naj­waż­niej­sze wer­sje mono­te­izmu.

Osobiste świadectwo

Czy można się obyć bez reli­gii? Zależy to oczy­wi­ście od tego, o kim się mówi. Kto ma się obyć bez reli­gii?

Czy cho­dzi o jed­nostki? W tym przy­padku mogę przed­sta­wić swoje wła­sne świa­dec­two: jeśli o mnie cho­dzi, dosko­nale oby­wam się bez reli­gii!

Wiem, o czym mówię, w każ­dym razie mogę porów­ny­wać. Nie tylko zosta­łem wycho­wany w reli­gii chrze­ści­jań­skiej, lecz także wie­rzy­łem w Boga żar­liwą, cho­ciaż prze­ty­kaną wąt­pli­wo­ściami wiarą, aż ukoń­czy­łem osiem­na­ście lat. Potem stra­ci­łem wiarę i było to jak wyzwo­le­nie: wszystko stało się prost­sze, lżej­sze, bar­dziej otwarte, moc­niej­sze! Jak­bym wydo­sta­wał się z dzie­ciń­stwa, z jego snów i stra­chów, z jego zadu­chu i ospa­ło­ści, jak­bym wresz­cie wkra­czał w rze­czy­wi­sty świat, świat doro­słych, świat dzia­ła­nia, świat prawdy bez lito­ści i bez Opatrz­no­ści. Co za wol­ność! Co za odpo­wie­dzial­ność! Co za radość! Od chwili gdy zosta­łem ate­istą, mam uczu­cie, że żyję lepiej - bar­dziej świa­do­mie, z więk­szą swo­bodą, inten­syw­niej. Nie można jed­nak trak­to­wać tego doświad­cze­nia jako powszech­nej reguły. Wielu nawró­co­nych mogłoby dawać prze­ciwne świa­dec­two, twier­dząc, że od chwili gdy uwie­rzyli, żyją lepiej; podob­nie wiele osób, które zawsze wie­rzyły i podzie­lają wiarę swo­ich rodzi­ców, mogłoby zaświad­czyć, że zawdzię­czają jej to, co naj­lep­sze w ich życiu. Jaki stąd wnio­sek? Tylko taki, że jeste­śmy różni. Mnie ten świat wystar­cza: jestem ate­istą i jestem z tego zado­wo­lony. Ale inni, z pew­no­ścią licz­niejsi, są nie mniej zado­wo­leni z tego, że mają wiarę. Być może Bóg jest im potrzebny, bo dzięki niemu znaj­dują pocie­chę lub odwagę albo uni­kają (taki jest u Kanta sens "postu­la­tów prak­tycz­nego rozumu") poczu­cia absurdu i roz­pa­czy, albo po pro­stu zacho­wują inte­gral­ność wła­snego życia, ponie­waż reli­gia odpo­wiada ich naj­wyż­szemu doświad­cze­niu, czy to emo­cjo­nal­nemu, czy to ducho­wemu, a także ich wraż­li­wo­ści, edu­ka­cji, histo­rii, myśli, rado­ści, miło­ści... Wszyst­kie te powody są godne sza­cunku. "Nie spo­sób zaspo­koić naszej potrzeby pocie­sze­nia", powie­dział Stig Dager­man. W rów­nej mie­rze doty­czy to naszej potrzeby miło­ści i naszej potrzeby bez­pie­czeń­stwa, w któ­rych obli­czu każdy radzi sobie jak może. Wszy­scy zasłu­gują na miło­sier­dzie.

Żałoba i rytuały

Co jest naj­więk­szą siłą reli­gii? Wbrew temu, co się czę­sto mówi, nie jest to pocie­cha, jaką nie­sie ona wie­rzą­cym w obli­czu śmierci. Per­spek­tywa pie­kła jest bar­dziej nie­po­ko­jąca niż per­spek­tywa nico­ści. Był to skąd­inąd naj­waż­niej­szy argu­ment, jaki wysu­wał Epi­kur prze­ciwko reli­giom swo­ich cza­sów: nadają śmierci real­ność, któ­rej ona nie posiada, w absur­dalny spo­sób zamy­ka­jąc żywych w stra­chu przed czy­sto fan­ta­sma­go­rycz­nym nie­bez­pie­czeń­stwem (pie­kło), które ma tylko taki sens, że psuje wszystko, łącz­nie z przy­jem­no­ściami życia. Epi­kur prze­ciw­sta­wiał reli­gii dok­trynę, zgod­nie z którą "śmierć jest niczym" zarówno dla żywych, ponie­waż nie ma jej, dopóki żyją, jak i dla mar­twych, ponie­waż ich już nie ma. Bać się śmierci to bać się niczego. Takie podej­ście nie uwal­nia od lęku (który współ­cze­śni psy­cho­lo­go­wie okre­ślają jako strach bez real­nego przed­miotu), lecz sytu­uje go we wła­ści­wym miej­scu i pomaga go prze­zwy­cię­żyć. Boi się nasza wyobraź­nia. A rozum pocie­sza. Nicość, jeśli myślimy tylko o niej, z defi­ni­cji niczym nam nie zagraża. A z dru­giej strony, co jest bar­dziej prze­ra­ża­jące niż per­spek­tywa wiecz­nego potę­pie­nia? To prawda, że wielu chrze­ści­jan prze­stało w nie wie­rzyć. Pie­kło stało się meta­forą, tylko raj jest brany na serio. Nie zatrzyma się postępu.

Ate­iści nie mają takich pro­ble­mów. Akcep­tują jak mogą swoją śmier­tel­ność i sta­rają się oswoić nicość. Czy im się to udaje? Nie mar­twią się o to zbyt­nio. Śmierć zabie­rze wszystko, nawet lęki, które ich tra­pią. Życie na ziemi jest dla nich waż­niej­sze i wystar­cza im.

Pozo­staje śmierć innych, która jest na swój spo­sób rze­czy­wi­sta, na swój spo­sób bole­sna, na swój spo­sób nie do znie­sie­nia. W takiej chwili ate­ista jest zupeł­nie ogo­ło­cony. Śmierć zabiera mu osobę, którą naj­bar­dziej kochał: dziecko, rodzica, mał­żonka, naj­lep­szego przy­ja­ciela. Jak mógłby nie cier­pieć? Nie ma dla niego pocie­chy ani rekom­pen­saty, cza­sem odro­binę uko­je­nia przy­nosi myśl, że bli­ski czło­wiek przy­naj­mniej nie będzie już cier­piał, że nie musi już zno­sić potwor­no­ści, roz­dar­cia i okro­pieństw. Upły­nie dużo czasu, zanim ból osłab­nie, zanim powoli sta­nie się zno­śny, zanim wspo­mnie­nie tego, kogo się utra­ciło, otwarta rana prze­mieni się w nostal­gię, następ­nie w łagod­ność, wdzięcz­ność, wresz­cie pra­wie w szczę­ście... Mówi­li­śmy sobie: "Jakie to straszne, że już go nie ma!". Póź­niej, po latach, mówimy: "Jak to dobrze, że żył, że spo­tka­li­śmy się, pozna­li­śmy, poko­cha­li­śmy". Żałoba działa: pra­cują czas i pamięć, akcep­ta­cja i wier­ność. Ale bez­po­śred­nio po czy­jejś śmierci jest to oczy­wi­ście nie­moż­liwe. Jeste­śmy prze­ra­żeni, cier­piący, nie­po­cie­szeni. Jak bar­dzo chcia­łoby się wtedy wie­rzyć w Boga! Jak momen­tami zazdro­ścimy tym, któ­rzy w niego wie­rzą! Przy­znajmy: jest to mocny punkt wszyst­kich reli­gii, w tym są pra­wie nie do pobi­cia. Czy jest to powód, żeby wie­rzyć? Dla nie­któ­rych z pew­no­ścią tak. Dla innych, do któ­rych należę, byłby to raczej powód, żeby odrzu­cić wiarę, ponie­waż ten argu­ment jest, jak to się mówi, zbyt gru­bymi nićmi szyty, lub po pro­stu z dumy, z wście­kło­ści, z roz­pa­czy. Tacy ludzie, mimo bólu, umac­niają się w swoim ate­izmie. W obli­czu tego, co naj­gor­sze, bunt wydaje im się bar­dziej odpo­wiedni niż modli­twa. Prze­ra­że­nie praw­dziw­sze niż pocie­sze­nie. Pokój nadej­dzie dla nich póź­niej. Żałoba to nie wyścigi.

Jest coś jesz­cze, co nie wcho­dzi już w zakres myśle­nia, lecz dzia­ła­nia, a w każ­dym razie w zakres gestów i pew­nego spo­sobu wspól­nego ich wyko­ny­wa­nia. Gdy stra­cimy uko­chaną osobę, reli­gia daje nam nie tylko pocie­sze­nie, lecz także nie­zbędny rytuał, cere­mo­nię, nawet wolną od prze­py­chu, jakby ostat­nią uprzej­mość w obli­czu śmierci dru­giej osoby, poma­ga­jącą sta­wić jej czoło, przy­jąć ją (zarówno z psy­cho­lo­gicz­nego, jak i spo­łecz­nego punktu widze­nia), zaak­cep­to­wać, skoro musiało do niej dojść, a w każ­dym razie ją prze­żyć. Czu­wa­nie przy zmar­łym, mowa pogrze­bowa, śpiewy, modli­twy, sym­bole, zacho­wa­nia, rytu­ały, sakra­menty... To bez wąt­pie­nia potrzebny spo­sób na oswo­je­nie dozna­nej potwor­no­ści, uczy­nie­nie jej bar­dziej ludzką, ucy­wi­li­zo­wa­nie jej. Nie cho­wamy czło­wieka jak zwie­rzę­cia. Nie palimy go jak polana. Rytuał wska­zuje na tę róż­nicę, pod­kre­śla ją, potwier­dza i to wła­śnie spra­wia, że jest nie­mal nie­zbędny. Takie zna­cze­nie ma ślub dla ludzi, któ­rzy uwa­żają go za konieczny, gdy w grę wcho­dzi miłość lub seks. Podobną funk­cję speł­nia pogrzeb w obli­czu śmierci.

Nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby ate­iści szu­kali ekwi­wa­lentu reli­gij­nego pogrzebu, i rze­czy­wi­ście to robią. To samo dzieje się już od dawna, z róż­nym skut­kiem, w dzie­dzi­nie ślu­bów. Ślub cywilny, jeśli nie jest byle jaki, sta­nowi dający się zaak­cep­to­wać zamien­nik. Cho­dzi o nada­nie urzę­do­wej formy temu, co naj­in­tym­niej­sze, naj­bar­dziej dys­kretne, naj­bar­dziej dzi­kie, i powią­za­nie z tą oka­zją rodziny, przy­ja­ciół, samej spo­łecz­no­ści. Mero­stwo może do tego celu wystar­czyć. Potem można zor­ga­ni­zo­wać wesele. Jak jed­nak postą­pić w przy­padku śmierci? Zda­rzają się z pew­no­ścią pogrzeby czy­sto cywilne. Pochó­wek lub kre­ma­cja same w sobie nie wyma­gają reli­gii. Chwila sku­pie­nia mogłaby wystar­czyć. Cisza i łzy mogłyby wystar­czyć. Trzeba jed­nak przy­znać, że rzadko tak się dzieje: w naszym laic­kim pochówku pra­wie zawsze jest coś ubo­giego, pła­skiego, sztucz­nego; jest jak kopia, która nie pozwala zapo­mnieć o ory­gi­nale. Być może to kwe­stia czasu. Nie da się w jed­nej chwili zastą­pić dwóch tysięcy lat emo­cji i wyobraźni. Ale jest bez wąt­pie­nia coś wię­cej. W takich chwi­lach reli­gia jest silna naszą sła­bo­ścią, którą ujaw­niamy w obli­czu nico­ści. Z tego powodu dla wielu ludzi reli­gia jest nie­zbędna. Mogliby się od biedy obyć bez nadziei dla samych sie­bie. Lecz nie pora­dzą sobie bez pocie­sze­nia i rytu­ałów, gdy dotknie ich zbyt trudna do unie­sie­nia żałoba. Dla­tego potrzebne są im Kościoły. I dla­tego nie­prędko znikną. "Wie­rzę w Boga - powie­działa mi kie­dyś czy­tel­niczka - ponie­waż ina­czej byłoby zbyt smutno". Choćby nie był to mocny argu­ment ("może tak być, że prawda jest smutna", jak powie­dział Renan), trzeba go wziąć pod uwagę. Miał­bym sobie za złe, gdy­bym spra­wił, że wiarę stra­ci­liby ci, któ­rzy jej potrze­bują lub po pro­stu dzięki niej żyją lepiej. Wielu jest takich ludzi. Niektó­rzy są godni podziwu (przy­znajmy, że jest wię­cej świę­tych wśród wie­rzą­cych niż wśród ate­istów; to niczego nie dowo­dzi, jeśli cho­dzi o ist­nie­nie Boga, lecz wła­śnie dla­tego nie wolno nam pogar­dzać reli­gią). Więk­szość to ludzie godni sza­cunku. Ich wiara w niczym mi nie prze­szka­dza. Dla­czego miał­bym ją zwal­czać? Nie upra­wiam ate­istycz­nego pro­ze­li­ty­zmu. Pró­buję tylko wyja­śnić swoje sta­nowisko, przed­sta­wić argu­menty, bar­dziej z miło­ści do filo­zo­fii niż z nie­na­wi­ści do reli­gii. Wolne umy­sły można spo­tkać w obu obo­zach. To wła­śnie do nich się zwra­cam. Pozo­sta­łych, zarówno wie­rzą­cych, jak i ate­istów, pozo­sta­wiam ich wła­snym prze­ko­na­niom.

Czy można się obyć bez reli­gii? Widać, że z indy­wi­du­al­nego punktu widze­nia odpo­wiedź jest jed­no­cze­śnie pro­sta i zniu­an­so­wana. Są ludzie - sam się do nich zali­czam - któ­rzy świet­nie sobie radzą bez reli­gii zarówno w życiu codzien­nym, jak i wtedy, gdy dotknie ich żałoba. Nie ozna­cza to, że wszy­scy mogą lub powinni postę­po­wać w ten spo­sób. Ate­izm nie jest ani powin­no­ścią, ani koniecz­no­ścią. Reli­gia też nie. Pozo­staje nam zaak­cep­to­wać nasze róż­nice. Jedyną satys­fak­cjo­nu­jącą odpo­wie­dzią na tak posta­wione pyta­nie jest tole­ran­cja.

Żadne społeczeństwo nie może się obyć bez duchowej więzi...

Lecz owo "można" w pyta­niu o to, czy można się obyć bez reli­gii, mogłoby też wska­zy­wać wspól­notę, spo­łe­czeń­stwo, a nawet ludz­kość jako całość. Kwe­stia nabiera wtedy innego zna­cze­nia, nie tyle indy­wi­du­al­nego, ile spo­łecz­nego. Spro­wa­dza się do pyta­nia, czy spo­łe­czeń­stwo może obyć się bez reli­gii.

W takim uję­ciu wszystko zależy nie od tego, o kim, lecz o czym się mówi, czyli co rozu­miemy przez "reli­gię". Jeśli rozu­miemy to poję­cie w zachod­nim, zawę­żo­nym zna­cze­niu, jako wiarę w Boga oso­bo­wego i stwórcę, wów­czas pyta­nie ma już swoje histo­ryczne roz­strzy­gnię­cie: spo­łe­czeń­stwo może obyć się bez reli­gii. Kon­fu­cja­nizm, tao­izm i bud­dyzm już dawno dowio­dły, że mogą być źró­dłem inspi­ra­cji dla wiel­kich spo­łecz­no­ści i god­nych podziwu cywi­li­za­cji, od naj­star­szych po te, które ist­nieją współ­cze­śnie, od naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych z ducho­wego punktu widze­nia po takie, które nie uznają Boga oso­bo­wego w żad­nej postaci.

Jeśli nato­miast ujmiemy poję­cie reli­gii w jego sze­ro­kim, etno­lo­gicz­nym zna­cze­niu, wtedy kwe­stia pozo­staje otwarta. Histo­ria, jak głę­boko się­gnąć w prze­szłość, nie zna spo­łecz­no­ści, która byłaby cał­ko­wi­cie pozba­wiona reli­gii. Dwu­dzie­sty wiek nie sta­nowi wyjątku. Nazizm powo­ły­wał się na Boga (Gott mit uns). Przy­kłady komu­ni­stycz­nych sys­te­mów ZSRR, Alba­nii czy Chin są co naj­mniej mało prze­ko­nu­jące, a ponadto nie­po­zba­wione czyn­nika mesjań­skiego lub bał­wo­chwal­czego (nie bez racji mówiono o nich jako o "reli­gii Histo­rii"). A ponie­waż, koniec koń­ców, nie trwały na tyle długo, żeby fak­tycz­nie stwo­rzyć cywi­li­za­cję, a nawet - na szczę­ście! - by znisz­czyć doszczęt­nie cywi­li­za­cje, które je zro­dziły, musimy stwier­dzić, że nie znamy wiel­kiej cywi­li­za­cji bez mitów, rytu­ałów, sacrum, bez wie­rzeń w jakieś nie­wi­dzialne lub nad­przy­ro­dzone siły, krótko mówiąc, bez reli­gii, w sze­ro­kim czy etno­lo­gicz­nym zna­cze­niu słowa. Czy trzeba z tego wycią­gać wnio­sek, że zawsze tak będzie? Byłaby to zbyt daleko idąca lub nazbyt pospieszna kon­klu­zja. Z ducho­wo­ścią jest tro­chę tak jak z kur­sem gieł­do­wym: wcze­śniej­sze wyniki nie prze­są­dzają o przy­szłych. Na razie skła­niam się do tezy, że za kilka kolej­nych stu­leci, powiedzmy w roku 3000, na­dal będą ist­niały reli­gie i na­dal będą ate­iści. W jakich pro­por­cjach? Kto to może wie­dzieć? Zresztą nie to jest naj­waż­niej­sze. Cho­dzi nie tyle o prze­wi­dy­wa­nie, ile o rozu­mie­nie.

W tym przy­padku pomoże nam ety­mo­lo­gia, nie­za­leż­nie od wąt­pli­wo­ści, jakie w nas budzi, a może wła­śnie dla­tego, że jest nie­pewna.

Jakie jest wspólne dla więk­szo­ści języ­ków zachod­nich pocho­dze­nie słowa "reli­gia"? W histo­rii myśli kon­ku­rują ze sobą dwie odpo­wie­dzi i z tego co wiem, współ­cze­snej lin­gwi­styce nie udało się niczego roz­strzy­gnąć. Żadna z dwóch hipo­tez nie jest pewna. Obie coś wno­szą, a naj­wię­cej wnosi waha­nie mię­dzy jedną a drugą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki