Adam Aduszkiewicz
A jeśli nie religia...
Kilka uwag na marginesie Duchowości ateistycznej André
Comte'a-Sponville'a:
Dla wielu ludzi pojęcie duchowości ateistycznej jest naznaczone
nieusuwalną sprzecznością. "To jakbyś opowiadał o drewnianym kamieniu",
rzucił mi pewien uczony kolega, gdy usłyszał o książce André
Comte'a-Sponville'a. W świecie, w którym religia i teologia nie mają już
żadnych szans w konfrontacji z naukową wiedzą, duchowość jawi się jako
ostatni szaniec, w którym religia nie tylko może czuć się bezpiecznie,
lecz także zachowuje pozycję niewzruszonego autorytetu.
A co z ateizmem? W Polsce w czasach PRL-u ateizm mógł kojarzyć się po
prostu z serwilizmem. Z religijnej perspektywy ateizm często jawi się
jako kombinacja życiowego pragmatyzmu i specyficznej odmiany
racjonalizmu nieświadomego własnych granic, zadufanego, głuchego i ślepego na misteryjny wymiar świata i ludzkiego losu. Czasem ktoś
napisze o szczególnym heroizmie moralnym ludzi, którzy mimo że w Boga
nie wierzą (!), dochowują wierności ważnym ogólnoludzkim wartościom.
Oczywiście wszystko jest inaczej. Ani ateizm nie oznacza zamknięcia na
duchowość, ani religia, jaką znamy w naszym zachodnim świecie, nie ma na
nią wyłączności. Książka André Comte'a-Sponville'a jest ważną lekturą
zarówno dla niewierzących, jak i dla wierzących.
Dla niewierzących dlatego, że porządkuje argumenty, pomaga rozpoznać
szlaki, którymi w swoim życiu duchowym poruszają się ludzie
niereligijni. Stawia wyzwanie: ateizm to wbrew stereotypowi wytworzonemu
przez drugą stronę wysublimowana duchowość i wymagający program na
życie. Jeśli ktoś wybiera drogę ateistyczną, musi temu wyzwaniu
sprostać.
Ludzi religii książka stawia wobec fundamentalnego pytania o to, co
wyróżnia ich postawę. Moralność? Doświadczenie tajemnicy, mistyka? Żadna
z tych rzeczy, pisze Comte-Sponville.
Nie chcę tu powtarzać argumentacji autora. Ale zastanówmy się. Czy
istotnie religia jest szkołą moralności? Strażniczką podstawowych
wartości, bez których ludzkość pogrążyłaby się w barbarzyństwie i chaosie? Nie, moralność bez religii ma się dobrze, a czasem nawet lepiej
niż razem z nią. Przykładów zbrodni popełnianych w imię religii jest bez
liku. Czy w Europie, zanim pojawiło się chrześcijaństwo, brakło
wyrafinowanej refleksji moralnej i żywych do dziś wzorów postępowania?
Oczywiście nie. Jedna z najdonioślejszych zasad chrześcijaństwa - miłość
bliźniego - w znanej nam postaci jest dziedzictwem starożytnej
filozofii: cynickiej i stoickiej. Chrześcijaństwo niczym morska fala
zagarnęło i poniosło dalej (chwała mu za to) to, co najcenniejsze w greckiej i rzymskiej refleksji i praktyce moralnej, ale nie musiało
wiele od siebie dodawać.
Czy przedstawiciele innych niż zachodnie chrześcijaństwo religii nie
zachowują się etycznie? Albo czy wyznawcy innych religii, np. buddyzmu,
hinduizmu czy islamu, mają prawo twierdzić, że chrześcijanie nie wiedzą,
co to prawdziwa moralność? To bez sensu. Świadomość moralna, zdolność do
zachowań powszechnie postrzeganych jako "ludzkie" czy "moralne" jest
czymś bardziej fundamentalnym niż jakakolwiek religia.
Może więc o wyjątkowości religii decyduje coś innego? Religia, powiedzą
jej zwolennicy, wnosi w ludzkie życie szczególną, ożywczą perspektywę,
jaką stanowi otwarcie na transcendencję, które wyprowadza ludzkiego
ducha poza opłotki ciasnego, pragmatycznego racjonalizmu. Czyżby?
Comte-Sponville rozwiewa także to złudzenie. Głębokie doświadczenie
tajemnicy istnienia, "Wszystkiego", które w swej złożoności i bezkresie
nieskończenie przekracza granice poznania (ale nie ogranicza ludzkiego
rozumu w jego poszukiwaniach), jest niezależne od wyznawanych przekonań
religijnych.
Rozważania na temat doświadczenia mistycznego to bodaj najciekawszy
wątek książki Comte'a-Sponville'a. Z jednej strony przypomina on znane
skądinąd przykłady dramatycznych napięć między zinstytucjonalizowaną
religią a wielkimi mistykami, z drugiej opisuje własne doświadczenia,
których nie znalazł w religii, lecz poza nią. Doświadczenie tajemnicy
bytu, zachwyt nad pięknem i bezmiarem świata, poczucie jedności z nim są
udziałem ludzi o różnych poglądach na świat i nie są w żaden sposób
związane z wyznawaniem tej lub innej religii ani od niego zależne.
Powodzenie, jakim od dziesięcioleci cieszy się w świecie zachodnim
buddyzm zen, do którego Sponville również się odwołuje, jest dowodem na
dojrzewanie świadomości, że życie bez duchowości jest jałowe, ale że nie
trzeba za nią płacić ceny, jaką jest zamknięcie w murach i strukturach
kościelnych. Duchowość ateistyczna nie jest oksymoronem. Duchowość jest
czymś bardziej fundamentalnym niż znane nam religie.
Co więc jest specyficzne dla religii? Idąc za myślą Comte'a-Sponville'a,
wypada powiedzieć, że jest to głębokie, osobiste przeświadczenie o istnieniu Boga osobowego. O istnieniu kogoś, kto wychodzi człowiekowi
naprzeciw, gdy on sam przekracza granice własnego ja. Kogoś, dzięki komu
poza skorupą ego człowiek nie czuje się zupełnie sam. To przeświadczenie
jednak nie przynosi odpowiedzi na żadne z ważnych pytań, jakie niesie
ludzkie życie. Albo raczej, na każde można odpowiedzieć bez niego.
Pozostaje tym, czym jest: osobistym wyborem, odpowiedzią na ważną
potrzebę ludzkiego serca. Nie ma powodu, żeby kwestionować wartość tej
odpowiedzi w wymiarze indywidualnym. Trzeba jednak jasno określić jej
status i nie pozwolić na deprecjonowanie innych odpowiedzi.
Muszę przyznać, że jednak czytałem książkę Comte'a-Sponville'a z niepokojem. Więc jak to, wspaniałe liturgie pielęgnowane w różnych
Kościołach, sztuka, przenikliwe rozważania na temat ludzkiego losu,
doświadczenie wspólnoty z innymi ludźmi nie mają znaczenia dla nikogo
innego prócz "członków klubu", ludzi, którzy z ważnych tylko dla nich
powodów chcą trwać w jakimś Kościele, tradycji i obyczajowości? Otóż
nie! Religia, ten wielki świat myśli, symboli, gestów, obyczajów, tropów
utrwalonych w dziełach sztuki, liturgii, wyrafinowanych tekstach i prostych opowieściach, jest dziedzictwem, od którego nie można się
bezkarnie odciąć. Wszyscy, gdy czytamy przypowieści o chrześcijańskich
ojcach pustyni, opowieści chasydów, historie sufich czy paradoksalne
wypowiedzi mistrzów zen, korzystamy z tego bogactwa, niezależnie od
tego, czy wierzymy w Boga, czy nie.
Co więcej, ta tradycja, w Europie chrześcijańska, tworzy naszą kulturową
tożsamość, jest ważnym spoiwem wspólnoty, do której należymy, wreszcie
dla wielu z nas była pierwszą szkołą refleksji o świecie i własnym
losie. Jedna z najważniejszych tez, jakie stawia Comte-Sponville, mówi o tym, że można nie wierzyć w Boga i jednocześnie kultywować konkretną,
ważną dla siebie tradycję religijną i z tego powodu uczestniczyć w życiu
wspólnoty religijnej. Można również po prostu podtrzymywać zwyczaje
ważne dla społeczności, do której należymy, narodowej, europejskiej, i w ten sposób razem z nią przechodzić przez poszczególne etapy życia. Nie
ma nic dziwnego w tym, że ateiści albo niechrześcijanie obchodzą w Polsce Boże Narodzenie, ozdabiają choinki i spotykają przy wigilijnej
kolacji. Odcinanie się od tradycji chrześcijańskiej, od pewnego kodu
kulturowego, dzięki któremu w Polsce, we Francji, na Litwie czy w Portugalii uważamy się za Europejczyków, byłoby niemądre i szkodliwe.
Jestem "wiernym" ateistą, pisze o sobie Comte-Sponville.
Ale czytając Comte'a-Sponville'a, trudno nie zadać sobie pytania, czy
tradycja religijna to tylko pewien kod kulturowy i spoiwo, które wiąże
ludzkie wspólnoty. Gdy zdarzy mi się, że gdzieś w Beskidzie, w starej
cerkwi w zapomnianej dolinie wraz z garstką wiernych uczestniczę w pradawnej liturgii, myślę, że tak samo otwiera ona na transcendencję,
jak otwiera na nią medytacja, kontemplacja przyrody czy kontakt z wielką
sztuką. Nie, religia nie jest martwa, nie tylko ze względu na
historyczne zakorzenienie, lecz również dlatego, że jest jedną z ważnych
ścieżek duchowych, na których ludzie spotykają się z tajemnicą
istnienia. Lektura Duchowości ateistycznej pomaga jednak zrozumieć, że
problem z religią polega na tym, iż z religijnego punktu widzenia trudny
do przyjęcia jest pogląd traktujący religię jako tylko "jedną z dróg", a nie jedyną. Inna trudność wiąże się z tym, że kapłani i uczeni w piśmie
różnych religii nie tylko nie mają monopolu na prawdę i dość często po
ludzku błądzą, lecz także, udając, że znają tajemnicę, zamieniają tę
wiedzę we władzę i odbierają tajemnicy to, co stanowi o jej wartości.
Można odnieść wrażenie, że religia traci związek z duchowością za sprawą
swych organizacji i przywódców, ale czy można wyobrazić sobie religię
bez organizacji i przywództwa? W religii tkwi immanentna pułapka i wielu
religijnych ludzi, raz w nią wpadłszy, miota się bezsilnie między
poczuciem lojalności i pragnieniem duchowej wolności.
Konkluzja, do której prowadzi lektura książki Comte'a-Sponville'a, brzmi
więc następująco: nie ma sprzeczności między duchowością i ateizmem, bo
nie ma związku między wiarą w istnienie osobowego Boga a rozwijaniem w sobie świadomości moralnej i doświadczaniem tajemnicy istnienia. Co
więcej, nieodparta skłonność liderów religijnych do przejmowania rządu
dusz sprawia, że zarówno moralność, jak i otwartość na transcendencję
mają się lepiej poza tradycyjnymi religiami.
Jak jednak pułapką jest życie duchowe uwikłane w meandry kościelnych
polityk i walk o władzę, tak samo pułapką może stać się poszukiwanie
drogi na własną rękę. Wszyscy w ciągu życia musimy odpowiedzieć sobie na
serię granicznych pytań o miłość, przyjaźń, wolność, odpowiedzialność,
musimy skonfrontować się z cierpieniem i śmiercią. Religia oferuje
receptę na każdą z tych sytuacji. A co poza religią? Na targowisku idei
nie brak tandety i szarlatanerii. Jak im nie ulec, gdy już odbiło się od
bezpiecznej, kościelnej przystani? Trzeba mieć się na baczności, żeby
swego ateizmu nie sprowadzić do wzgardliwego odrzucenia religijnej
tradycji i codziennego cynizmu. Przede wszystkim jednak duchowość
ateistyczna, o jakiej pisze Comte-Sponville, wymaga intelektualnego
treningu, dyscypliny, uważności i języka, w którym znajdzie dla siebie
wyraz. Gdzie można je znaleźć?
W filozofii. Rozważania Comte'a-Sponville'a są zanurzone w tradycji
filozoficznej w jej najstarszym, najbardziej poważnym znaczeniu. Czym
jest filozofia, albo czym była i może być? Pierre Hadot w swej sławnej
książce Filozofia jako ćwiczenie duchowe pisze: "W starożytności
filozofia była ćwiczeniem każdej chwili. Zachęcała do skupienia się na
każdym momencie życia, do uświadomienia sobie nieskończonej wartości
każdej chwili bieżącej, gdy ją przenieść w wymiar kosmosu. Podczas gdy
człowiek pospolity utracił kontakt ze światem i postrzega świat nie jako
świat, lecz jako środek służący do zaspokojenia jego pragnień, duchowi
mędrca wciąż towarzyszy Całość". Czym więc jest filozofia? "Filozofia to
konwersja, przekształcenie sposobu bycia, poszukiwanie mądrości".
Mniejsza o historyczne rozważania o tym, jak to się stało, że w świecie
zachodnim chrześcijaństwo pozbawiało filozofię roli nauczycielki życia
(może nie zupełnie, ale dziś w powszechnej świadomości filozof to raczej
akademik niż ktoś, kto poznał i urzeczywistnił jakąś wersję sztuki
życia). Istotne jest, że książka Comte'a-Sponville'a przypomina o tej
starożytnej tradycji nie jako o historycznej ciekawostce, lecz jako o najbliższej współczesnemu czytelnikowi praktyce duchowej. Ktoś, kto nie
podziela przekonań religijnych i zachęcony przez lekturę Duchowości
ateistycznej sięgnie do tekstów stoików, Montaigne'a, Spinozy,
Wittgensteina i innych, odkryje, że nie musi słuchać kościelnych guru,
żeby znaleźć nauczycieli, od których można się dowiedzieć, jak mądrze
żyć. Dowie się również, że swą duchowość może i powinien rozwijać nie
tyle przez kościelne praktyki, ile przez ćwiczenie się w myśleniu,
działanie na rzecz innych i kontemplację otaczającego świata.
I
Czy można się obyć bez religii
Zacznijmy od tego, co najłatwiejsze. Bóg nas przerasta, z definicji.
Religie nie. Są ludzkie - zbyt ludzkie, powiedzą niektórzy - i jako
takie dostępne poznaniu i krytyce.
Bóg, jeśli istnieje, jest transcendentny. Religie stanowią część
historii, społeczeństwa, świata (są immanentne).
Boga uważa się za doskonałego. Żadna religia nie jest w stanie osiągnąć
doskonałości.
Istnienie Boga jest wątpliwe (to będzie temat drugiego rozdziału).
Istnienie religii nie budzi wątpliwości. Dotyczące ich pytania mają
charakter nie tyle ontologiczny, ile socjologiczny lub egzystencjalny.
Nie chodzi o to, by ustalić, czy religie istnieją (czasami niestety
można odnieść wrażenie, że istnieją aż za bardzo!), lecz czym są i czy
można się bez nich obyć. Zwłaszcza to drugie pytanie jest dla mnie
ważne. Jednak nie sposób się z nim zmierzyć, nie odpowiadając, choćby
krótko, na pierwsze.
Czym jest religia
Pojęcie religii jest na tyle szerokie, na tyle różnorodne, że trudno
jest podać jego całkowicie satysfakcjonującą definicję. Co ma bowiem
wspólnego szamanizm z buddyzmem, animizm z judaizmem, taoizm z islamem,
konfucjanizm z chrześcijaństwem? Czyżbyśmy się mylili, używając w tych
wszystkich przypadkach słowa "religia"? Ku takiemu myśleniu się
skłaniam. Wydaje mi się, że wiele z tych wierzeń, szczególnie
orientalnych, jest bardziej mieszaniną duchowości, moralności i filozofii niż religią w tym znaczeniu, które zazwyczaj nadajemy temu
słowu na Zachodzie. Odnoszą się one nie tyle do Boga, ile do człowieka i do natury. Są bliższe medytacji niż wierze. Ich praktyki to nie tyle
rytuały, ile ćwiczenia i reguły. Ich adepci nie tworzą Kościołów, lecz
raczej szkoły życia czy też szkoły mądrości. Dotyczy to zwłaszcza
buddyzmu, taoizmu czy konfucjanizmu, przynajmniej w ich czystej lub
oczyszczonej formie, to znaczy wolnej od zabobonów, które, w każdym
kraju, dołączają do zasadniczej doktryny, aż z czasem trudno ją
rozpoznać. Mówi się, że są to religie ateistyczne lub agnostyckie.
Wyrażenie, które w naszych uszach, w uszach ludzi Zachodu, brzmi
paradoksalnie, nie jest pozbawione pewnego sensu. Budda, Laozi czy
Konfucjusz nie są bogami ani też nie roszczą pretensji do żadnej
boskości, nie powołują się na objawienie, na osobowego czy
transcendentnego Stwórcę. Są po prostu wolnymi i wyzwolonymi ludźmi,
mędrcami i nauczycielami duchowymi.
Ale zostawmy to. Nie jestem etnologiem ani historykiem religii. Jako
filozof zadaję sobie pytanie o to, czy można dobrze żyć bez religii.
Żeby to ustalić, trzeba wiedzieć, o czym się mówi. Potrzebujemy choćby
przybliżonej i prowizorycznej definicji. Często cytowana jest definicja,
którą podał Durkheim w pierwszym rozdziale Elementarnych form życia
religijnego, ponieważ wiele wyjaśnia: "Religia jest systemem
powiązanych ze sobą wierzeń i praktyk odnoszących się do rzeczy
świętych, to znaczy rzeczy wyodrębnionych i zakazanych, wierzeń i praktyk łączących wszystkich wyznawców w jedną wspólnotę moralną zwaną
Kościołem"1. O niektórych elementach tej definicji można
dyskutować (sacrum jest nie tylko zakazane czy oddzielone, lecz także
czczone, wspólnota wierzących niekoniecznie tworzy Kościół itd.), ale
ogólny kierunek wydaje mi się do przyjęcia. Warto zwrócić uwagę, że nie
mówi ona ani o jednym, ani o wielu bogach. Chodzi o to, że nie wszystkie
religie ich czczą. Tak jest w przypadku dżinizmu2, który jest
ateistyczny, lub buddyzmu, który jest "moralnością bez Boga i ateizmem
bez Natury" (wyrażenie cytowane przez Durkheima pochodzi od Eug?ne'a Burnoufa, wielkiego XIX-wiecznego znawcy hinduizmu). Każdy teizm jest
religijny, ale nie każda religia jest teistyczna.
To, co przedstawia definicja Durkheima, skoncentrowana na pojęciach
sacrum i wspólnoty, możemy określić jako szerokie, socjologiczne lub
etnologiczne znaczenie słowa "religia". Wpisując się w monoteistyczne
uniwersum, zwłaszcza w pole filozofii zachodniej, która stanowi moje
własne dziedzictwo, wolę węższe znaczenie tego słowa, nie tyle
etnologiczne, ile teologiczne i metafizyczne, które zawiera się w tym
pierwszym. A mianowicie religia, w naszej części świata, to prawie
zawsze wiara w jedno lub wiele bóstw. Jeśli, zgodnie z intencją zawartą
w języku, zwiążemy ze sobą oba te znaczenia, w taki jednak sposób, żeby
ich nie pomylić, otrzymamy następującą definicję, która nawiązuje do
definicji Durkheima i rozwija ją: Nazywam religią zorganizowaną całość
wierzeń i rytuałów dotyczących rzeczy świętych, nadprzyrodzonych i transcendentnych (to jest szerokie znaczenie słowa), zwłaszcza jednego
lub wielu bogów (to jest sens zawężony), wierzeń i rytuałów łączących w jedną wspólnotę moralną lub duchową tych, którzy się z nimi identyfikują
lub je praktykują.
Czy pierwotny buddyzm był religią w tym znaczeniu? Nie jestem tego
pewien. Budda nie głosił, że istnieją jakiekolwiek bóstwa, i wątpliwe,
czy dla niego i dla najmniej zabobonnych spośród jego adeptów słowa
"święty", "nadprzyrodzony" lub "transcendentny" miały odniesienie do
jakiejkolwiek rzeczywistości. Oczywiście historyczny buddyzm, w różnych
jego odłamach, stał się religią, ze swoimi świątyniami, dogmatami,
rytuałami, modlitwami, kultowymi i rzekomo nadprzyrodzonymi
przedmiotami. Podobnie jest w przypadku taoizmu lub konfucjanizmu:
niewiele brakuje, by przekształciły się one w religie. Ile mądrości na
początku! Z czasem jak wiele przesądów! Prawie wszędzie potrzeba wiary
bierze górę nad pragnieniem wolności.
Można powiedzieć co najmniej tyle, że Zachód nie uniknął tego losu.
Także on miał swoje szkoły mądrości. Jednak te szkoły szybko obrosły
religijnością, którą przez pewien czas próbowały trzymać na dystans.
Wiara i rozum, mythos i logos współistnieją i to właśnie nazywamy
cywilizacją. Przez całe wieki nasze szkoły mądrościowe karmiły się
transcendencją. Jak mogłyby uniknąć jej piętna? W naszych krajach
animizm jest martwy. Politeizm jest martwy. W ogóle za nimi nie tęsknię,
wręcz przeciwnie! To jest pierwszy krok, jak pokazuje Max Weber, w stronę racjonalizacji rzeczywistości. Natura zostaje jakby opróżniona z bogów: "pozostaje próżnia pustyni", jak to ujął Alain, oraz "wspaniała
wszechobecna nieobecność". Jest ona bardzo żywotna. Zgodnie z moją
definicją judaizm, chrześcijaństwo i islam są oczywiście religiami
sensu stricto. W naszym świecie religia to przede wszystkim trzy
najważniejsze wersje monoteizmu.
Osobiste świadectwo
Czy można się obyć bez religii? Zależy to oczywiście od tego, o kim się
mówi. Kto ma się obyć bez religii?
Czy chodzi o jednostki? W tym przypadku mogę przedstawić swoje własne
świadectwo: jeśli o mnie chodzi, doskonale obywam się bez religii!
Wiem, o czym mówię, w każdym razie mogę porównywać. Nie tylko zostałem
wychowany w religii chrześcijańskiej, lecz także wierzyłem w Boga
żarliwą, chociaż przetykaną wątpliwościami wiarą, aż ukończyłem
osiemnaście lat. Potem straciłem wiarę i było to jak wyzwolenie:
wszystko stało się prostsze, lżejsze, bardziej otwarte, mocniejsze!
Jakbym wydostawał się z dzieciństwa, z jego snów i strachów, z jego
zaduchu i ospałości, jakbym wreszcie wkraczał w rzeczywisty świat, świat
dorosłych, świat działania, świat prawdy bez litości i bez Opatrzności.
Co za wolność! Co za odpowiedzialność! Co za radość! Od chwili gdy
zostałem ateistą, mam uczucie, że żyję lepiej - bardziej świadomie, z większą swobodą, intensywniej. Nie można jednak traktować tego
doświadczenia jako powszechnej reguły. Wielu nawróconych mogłoby dawać
przeciwne świadectwo, twierdząc, że od chwili gdy uwierzyli, żyją
lepiej; podobnie wiele osób, które zawsze wierzyły i podzielają wiarę
swoich rodziców, mogłoby zaświadczyć, że zawdzięczają jej to, co
najlepsze w ich życiu. Jaki stąd wniosek? Tylko taki, że jesteśmy różni.
Mnie ten świat wystarcza: jestem ateistą i jestem z tego zadowolony. Ale
inni, z pewnością liczniejsi, są nie mniej zadowoleni z tego, że mają
wiarę. Być może Bóg jest im potrzebny, bo dzięki niemu znajdują pociechę
lub odwagę albo unikają (taki jest u Kanta sens "postulatów praktycznego
rozumu") poczucia absurdu i rozpaczy, albo po prostu zachowują
integralność własnego życia, ponieważ religia odpowiada ich najwyższemu
doświadczeniu, czy to emocjonalnemu, czy to duchowemu, a także ich
wrażliwości, edukacji, historii, myśli, radości, miłości... Wszystkie te
powody są godne szacunku. "Nie sposób zaspokoić naszej potrzeby
pocieszenia", powiedział Stig Dagerman. W równej mierze dotyczy to
naszej potrzeby miłości i naszej potrzeby bezpieczeństwa, w których
obliczu każdy radzi sobie jak może. Wszyscy zasługują na miłosierdzie.
Żałoba i rytuały
Co jest największą siłą religii? Wbrew temu, co się często mówi, nie
jest to pociecha, jaką niesie ona wierzącym w obliczu śmierci.
Perspektywa piekła jest bardziej niepokojąca niż perspektywa nicości.
Był to skądinąd najważniejszy argument, jaki wysuwał Epikur przeciwko
religiom swoich czasów: nadają śmierci realność, której ona nie posiada,
w absurdalny sposób zamykając żywych w strachu przed czysto
fantasmagorycznym niebezpieczeństwem (piekło), które ma tylko taki sens,
że psuje wszystko, łącznie z przyjemnościami życia. Epikur
przeciwstawiał religii doktrynę, zgodnie z którą "śmierć jest niczym"
zarówno dla żywych, ponieważ nie ma jej, dopóki żyją, jak i dla
martwych, ponieważ ich już nie ma. Bać się śmierci to bać się niczego.
Takie podejście nie uwalnia od lęku (który współcześni psychologowie
określają jako strach bez realnego przedmiotu), lecz sytuuje go we
właściwym miejscu i pomaga go przezwyciężyć. Boi się nasza wyobraźnia. A rozum pociesza. Nicość, jeśli myślimy tylko o niej, z definicji niczym
nam nie zagraża. A z drugiej strony, co jest bardziej przerażające niż
perspektywa wiecznego potępienia? To prawda, że wielu chrześcijan
przestało w nie wierzyć. Piekło stało się metaforą, tylko raj jest brany
na serio. Nie zatrzyma się postępu.
Ateiści nie mają takich problemów. Akceptują jak mogą swoją śmiertelność
i starają się oswoić nicość. Czy im się to udaje? Nie martwią się o to
zbytnio. Śmierć zabierze wszystko, nawet lęki, które ich trapią. Życie
na ziemi jest dla nich ważniejsze i wystarcza im.
Pozostaje śmierć innych, która jest na swój sposób rzeczywista, na swój
sposób bolesna, na swój sposób nie do zniesienia. W takiej chwili
ateista jest zupełnie ogołocony. Śmierć zabiera mu osobę, którą
najbardziej kochał: dziecko, rodzica, małżonka, najlepszego przyjaciela.
Jak mógłby nie cierpieć? Nie ma dla niego pociechy ani rekompensaty,
czasem odrobinę ukojenia przynosi myśl, że bliski człowiek przynajmniej
nie będzie już cierpiał, że nie musi już znosić potworności, rozdarcia i okropieństw. Upłynie dużo czasu, zanim ból osłabnie, zanim powoli stanie
się znośny, zanim wspomnienie tego, kogo się utraciło, otwarta rana
przemieni się w nostalgię, następnie w łagodność, wdzięczność, wreszcie
prawie w szczęście... Mówiliśmy sobie: "Jakie to straszne, że już go nie
ma!". Później, po latach, mówimy: "Jak to dobrze, że żył, że spotkaliśmy
się, poznaliśmy, pokochaliśmy". Żałoba działa: pracują czas i pamięć,
akceptacja i wierność. Ale bezpośrednio po czyjejś śmierci jest to
oczywiście niemożliwe. Jesteśmy przerażeni, cierpiący, niepocieszeni.
Jak bardzo chciałoby się wtedy wierzyć w Boga! Jak momentami zazdrościmy
tym, którzy w niego wierzą! Przyznajmy: jest to mocny punkt wszystkich
religii, w tym są prawie nie do pobicia. Czy jest to powód, żeby
wierzyć? Dla niektórych z pewnością tak. Dla innych, do których należę,
byłby to raczej powód, żeby odrzucić wiarę, ponieważ ten argument jest,
jak to się mówi, zbyt grubymi nićmi szyty, lub po prostu z dumy, z wściekłości, z rozpaczy. Tacy ludzie, mimo bólu, umacniają się w swoim
ateizmie. W obliczu tego, co najgorsze, bunt wydaje im się bardziej
odpowiedni niż modlitwa. Przerażenie prawdziwsze niż pocieszenie. Pokój
nadejdzie dla nich później. Żałoba to nie wyścigi.
Jest coś jeszcze, co nie wchodzi już w zakres myślenia, lecz działania,
a w każdym razie w zakres gestów i pewnego sposobu wspólnego ich
wykonywania. Gdy stracimy ukochaną osobę, religia daje nam nie tylko
pocieszenie, lecz także niezbędny rytuał, ceremonię, nawet wolną od
przepychu, jakby ostatnią uprzejmość w obliczu śmierci drugiej osoby,
pomagającą stawić jej czoło, przyjąć ją (zarówno z psychologicznego, jak
i społecznego punktu widzenia), zaakceptować, skoro musiało do niej
dojść, a w każdym razie ją przeżyć. Czuwanie przy zmarłym, mowa
pogrzebowa, śpiewy, modlitwy, symbole, zachowania, rytuały, sakramenty...
To bez wątpienia potrzebny sposób na oswojenie doznanej potworności,
uczynienie jej bardziej ludzką, ucywilizowanie jej. Nie chowamy
człowieka jak zwierzęcia. Nie palimy go jak polana. Rytuał wskazuje na
tę różnicę, podkreśla ją, potwierdza i to właśnie sprawia, że jest
niemal niezbędny. Takie znaczenie ma ślub dla ludzi, którzy uważają go
za konieczny, gdy w grę wchodzi miłość lub seks. Podobną funkcję spełnia
pogrzeb w obliczu śmierci.
Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ateiści szukali ekwiwalentu
religijnego pogrzebu, i rzeczywiście to robią. To samo dzieje się już od
dawna, z różnym skutkiem, w dziedzinie ślubów. Ślub cywilny, jeśli nie
jest byle jaki, stanowi dający się zaakceptować zamiennik. Chodzi o nadanie urzędowej formy temu, co najintymniejsze, najbardziej dyskretne,
najbardziej dzikie, i powiązanie z tą okazją rodziny, przyjaciół, samej
społeczności. Merostwo może do tego celu wystarczyć. Potem można
zorganizować wesele. Jak jednak postąpić w przypadku śmierci? Zdarzają
się z pewnością pogrzeby czysto cywilne. Pochówek lub kremacja same w sobie nie wymagają religii. Chwila skupienia mogłaby wystarczyć. Cisza i łzy mogłyby wystarczyć. Trzeba jednak przyznać, że rzadko tak się
dzieje: w naszym laickim pochówku prawie zawsze jest coś ubogiego,
płaskiego, sztucznego; jest jak kopia, która nie pozwala zapomnieć o oryginale. Być może to kwestia czasu. Nie da się w jednej chwili
zastąpić dwóch tysięcy lat emocji i wyobraźni. Ale jest bez wątpienia
coś więcej. W takich chwilach religia jest silna naszą słabością, którą
ujawniamy w obliczu nicości. Z tego powodu dla wielu ludzi religia jest
niezbędna. Mogliby się od biedy obyć bez nadziei dla samych siebie. Lecz
nie poradzą sobie bez pocieszenia i rytuałów, gdy dotknie ich zbyt
trudna do uniesienia żałoba. Dlatego potrzebne są im Kościoły. I dlatego
nieprędko znikną. "Wierzę w Boga - powiedziała mi kiedyś czytelniczka -
ponieważ inaczej byłoby zbyt smutno". Choćby nie był to mocny argument
("może tak być, że prawda jest smutna", jak powiedział Renan), trzeba go
wziąć pod uwagę. Miałbym sobie za złe, gdybym sprawił, że wiarę
straciliby ci, którzy jej potrzebują lub po prostu dzięki niej żyją
lepiej. Wielu jest takich ludzi. Niektórzy są godni podziwu (przyznajmy,
że jest więcej świętych wśród wierzących niż wśród ateistów; to niczego
nie dowodzi, jeśli chodzi o istnienie Boga, lecz właśnie dlatego nie
wolno nam pogardzać religią). Większość to ludzie godni szacunku. Ich
wiara w niczym mi nie przeszkadza. Dlaczego miałbym ją zwalczać? Nie
uprawiam ateistycznego prozelityzmu. Próbuję tylko wyjaśnić swoje
stanowisko, przedstawić argumenty, bardziej z miłości do filozofii niż z nienawiści do religii. Wolne umysły można spotkać w obu obozach. To
właśnie do nich się zwracam. Pozostałych, zarówno wierzących, jak i ateistów, pozostawiam ich własnym przekonaniom.
Czy można się obyć bez religii? Widać, że z indywidualnego punktu
widzenia odpowiedź jest jednocześnie prosta i zniuansowana. Są ludzie -
sam się do nich zaliczam - którzy świetnie sobie radzą bez religii
zarówno w życiu codziennym, jak i wtedy, gdy dotknie ich żałoba. Nie
oznacza to, że wszyscy mogą lub powinni postępować w ten sposób. Ateizm
nie jest ani powinnością, ani koniecznością. Religia też nie. Pozostaje
nam zaakceptować nasze różnice. Jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią na
tak postawione pytanie jest tolerancja.
Żadne społeczeństwo nie może się obyć bez duchowej więzi...
Lecz owo "można" w pytaniu o to, czy można się obyć bez religii, mogłoby
też wskazywać wspólnotę, społeczeństwo, a nawet ludzkość jako całość.
Kwestia nabiera wtedy innego znaczenia, nie tyle indywidualnego, ile
społecznego. Sprowadza się do pytania, czy społeczeństwo może obyć się
bez religii.
W takim ujęciu wszystko zależy nie od tego, o kim, lecz o czym się mówi,
czyli co rozumiemy przez "religię". Jeśli rozumiemy to pojęcie w zachodnim, zawężonym znaczeniu, jako wiarę w Boga osobowego i stwórcę,
wówczas pytanie ma już swoje historyczne rozstrzygnięcie: społeczeństwo
może obyć się bez religii. Konfucjanizm, taoizm i buddyzm już dawno
dowiodły, że mogą być źródłem inspiracji dla wielkich społeczności i godnych podziwu cywilizacji, od najstarszych po te, które istnieją
współcześnie, od najbardziej wyrafinowanych z duchowego punktu widzenia
po takie, które nie uznają Boga osobowego w żadnej postaci.
Jeśli natomiast ujmiemy pojęcie religii w jego szerokim, etnologicznym
znaczeniu, wtedy kwestia pozostaje otwarta. Historia, jak głęboko
sięgnąć w przeszłość, nie zna społeczności, która byłaby całkowicie
pozbawiona religii. Dwudziesty wiek nie stanowi wyjątku. Nazizm
powoływał się na Boga (Gott mit uns). Przykłady komunistycznych
systemów ZSRR, Albanii czy Chin są co najmniej mało przekonujące, a ponadto niepozbawione czynnika mesjańskiego lub bałwochwalczego (nie bez
racji mówiono o nich jako o "religii Historii"). A ponieważ, koniec
końców, nie trwały na tyle długo, żeby faktycznie stworzyć cywilizację,
a nawet - na szczęście! - by zniszczyć doszczętnie cywilizacje, które je
zrodziły, musimy stwierdzić, że nie znamy wielkiej cywilizacji bez
mitów, rytuałów, sacrum, bez wierzeń w jakieś niewidzialne lub
nadprzyrodzone siły, krótko mówiąc, bez religii, w szerokim czy
etnologicznym znaczeniu słowa. Czy trzeba z tego wyciągać wniosek, że
zawsze tak będzie? Byłaby to zbyt daleko idąca lub nazbyt pospieszna
konkluzja. Z duchowością jest trochę tak jak z kursem giełdowym:
wcześniejsze wyniki nie przesądzają o przyszłych. Na razie skłaniam się
do tezy, że za kilka kolejnych stuleci, powiedzmy w roku 3000, nadal
będą istniały religie i nadal będą ateiści. W jakich proporcjach? Kto to
może wiedzieć? Zresztą nie to jest najważniejsze. Chodzi nie tyle o przewidywanie, ile o rozumienie.
W tym przypadku pomoże nam etymologia, niezależnie od wątpliwości, jakie
w nas budzi, a może właśnie dlatego, że jest niepewna.
Jakie jest wspólne dla większości języków zachodnich pochodzenie słowa
"religia"? W historii myśli konkurują ze sobą dwie odpowiedzi i z tego
co wiem, współczesnej lingwistyce nie udało się niczego rozstrzygnąć.
Żadna z dwóch hipotez nie jest pewna. Obie coś wnoszą, a najwięcej wnosi
wahanie między jedną a drugą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki