ROZDZIAŁ 2
PRZEZ PALARNIĘ TEŻ SIĘ NIE DA
Na parapecie, tuż pod tabliczką ogłaszającą "Zakaz palenia wyrobów tytoniowych na terenie całego szpitala", stała puszka po niebieskiej kawie Prima. Wydawało się, że już żaden niedopałek się w niej nie zmieści, a jednak zawsze udawało się dopchnąć kolejny.
Andrzej miał dziś opuścić szpital i wrócić do domu. Dał się jeszcze zaprosić Mundkowi, koledze z sali, na "pożegnalną fajeczkę". Nie skorzystał wprawdzie z wyciągniętej w jego stronę paczki, bo jednak leki i serce, ale chętnie zgodził się towarzyszyć w wyjściu na klatkę schodową, łączącą na poziomie trzeciego piętra oddziały pediatrii i wewnętrzny. Gdy Mundek palił, Andrzej obserwował w oknie ich odbicie. Piżama kolegi ledwie pamiętała lepsze czasy, a broda od dawna nie spotkała się z grzebieniem. Andrzej, drobny osiemdziesięciodwulatek w starannie wyprasowanym szlafroku, sięgał mu do ramienia.
Znali się od dwóch dni. Andrzej pojawił się w sali 7B Oddziału Chorób Wewnętrznych poprzedniej nocy o pierwszej trzydzieści sześć. Mundek mimo późnej pory siedział na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, oparty plecami o ścianę. Przy swoim wzroście i szerokich barach wyglądał, jakby przez nieuwagę przydzielono mu dziecięce łóżeczko. Pielęgniarka przywiozła Andrzeja na wózku, pomogła mu przesiąść się na łóżko i zdematerializowała się razem ze szpitalnym pojazdem.
- Mundek. - Wskazał na siebie mężczyzna.
- Dobry wieczór - odrzekł słabo nowo przybyły. - Nazywam się Andrzej...
- Za co siedzisz, Andrzejku? - przerwał mu Mundek.
Andrzej nie zrozumiał pytania, tym bardziej że wciąż nie do końca do niego docierało, co się z nim dzieje i gdzie się znajduje.
Kolega z sali przyjrzał mu się uważnie.
- Ty, Andrzejku, blady jesteś jak śmierć. Co ci te łapiduchy zrobiły? Całą krew z ciebie utoczyły?
- Chyba wręcz przeciwnie...
Mundek zszedł zwinnie z łóżka, sięgnął do wielkiej kraciastej torby z polipropylenu i wyciągnął z niej owiniętą w papier kanapkę i butelkę wody.
- Masz. - Podał drugiemu pacjentowi. - Przegapiłeś porę karmienia. Posiłki tu dają w pojebanych porach, kolację gdzieś koło południa. Kiedyś trafiłem wieczorem i musiałem się ratować tymi małymi gównami z automatu. A drogie to i się tym człowiek nie naje, chyba że niemowlak. Ale nic się nie martw, Andrzejku, teraz się przygotowałem i ze mną ty też nie ugłodniejesz.
Andrzej próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadł. To chyba było śniadanie w domu. Nie, potem jadł coś u swojej siostry Wiesi. A może nie? Wydarzenia z całego dnia mieszały mu się w pamięci, ale na widok kanapki poczuł wyraźny głód. Wyglądało, że Mundek nie zrezygnuje, jeśli nie wciśnie mu poczęstunku, więc zdusił wyrzuty sumienia, że pozbawia kompana prowiantu.
- Dziękuję. Bardzo dobra - powiedział, bo faktycznie dawno nic mu tak nie smakowało, jak ta kanapka po wielu godzinach głodu.
- Sarna - odrzekł z zadowoleniem Mundek. - Dar lasu! Zaplątała się w siatkę za domem i psy ją dopadły. Comberek upiekłem, chude mięsko, w sam raz dla chorego. Resztę psy dostały, zasłużyły.
- Co to za oddział?
- Wewnętrzny. Jak nie wiedzą, co z tobą zrobić, to cię zawsze wjebią na wewnętrzny. Ja mam mieć jutro kolonoskopię. Po ludzku to znaczy kamerkę w dupę. Wcześniej pijesz pół dnia gówno, żeby z siebie wypłukać gówno. Nie chciałem na to iść, ale moja doktor rodzinna już mnie tak ochrzaniła, że nie miałem wyjścia. Muszę się jej słuchać, bo to mądra kobitka. I śliczna, mówię ci. Ale nie tak śliczna, jak pani Helenka! - zawołał na widok wchodzącej pielęgniarki.
- Panie Wójcik, proszę się zachowywać ciszej. Inni pacjenci chcą spać.
- Pani Helenko kochana, nie wierzę, że ktoś może spać, jak pani się tu kręci! Tak mi się ciśnienie podnosi przy pani, że się wcale nie da spać! I nie tylko ciśnienie!
- Słyszałam to milion razy i nawet za pierwszym nie było zabawne. Jak pan się czuje? - zwróciła się do Andrzeja pielęgniarka.
- Dobrze - odpowiedział odruchowo, zanim miał czas się zastanowić.
- Andrzejek czuje się świetnie - potwierdził Mundek. - Nie ugłodniał dzięki mnie. Ja mu nie dam zdechnąć w tym szpitalu. Może by mi za to pani zdradziła, gdzie tu można wyjść na fajkę?
- Nigdzie. Zakaz palenia na terenie całego szpitala.
- Niech pani nie będzie taka, pani Helenko! Na pewno macie jakieś swoje sekretne miejsce.
- Zakaz palenia, panie Wójcik.
Andrzej chciał jeszcze o coś zapytać. Co się z nim właściwie stało? Pamiętał, że jechał do swojej siostry po chleb. A może już od niej z chlebem? Kot wyskoczył pod koła, Andrzej próbował go ominąć. Potem mała Iza od Wietechów stała nad nim i krzyczała. Przybiegli jej rodzice. Pomogli mu usiąść i zobaczył, że utytłał się w krwi. Nie rozumiał, skąd ta cała krew. Zbiegło się jeszcze kilka osób. Wszyscy coś gadali. Jedni chcieli, żeby odchylał głowę, inni, żeby ją pochylił do przodu. Zaczął wymiotować krwią, którą wcześniej połknął, znowu się zrobiło zamieszanie. Ostatnie, co pamiętał wyraźnie sprzed przyjazdu karetki, to wielkie oczy małej Izy, trzymającej na rękach tego kota. Odetchnął z ulgą - nie rozjechał dziecku zwierzaka.
Później przyjechała karetka. Ratownicy położyli go na noszach. Zapomniał zapytać, co z rowerem, czy bardzo się potłukł? W karetce coś mu wsadzali do nosa. Kojarzył coraz mniej, świat się rozmywał. Serce biło tak szybko... Zaczął się pocić. Ciągle go pytali o leki, które bierze, ale nie pamiętał nazw. Mierzyli mu ciśnienie.
W szpitalu było jeszcze więcej krwi. Powiedzieli, że to z nosa. Ale czy można aż tak krwawić z nosa? Pojawiali się i znikali jacyś ludzie w medycznych strojach. Nikt się nie przedstawiał, ale ciągle ktoś zadawał mu pytanie, czy bierze leki na rozrzedzanie krwi, choć już wcześniej to potwierdził. Z lewej ręki pobierali mu krew i pomyślał głupio, że mogliby po prostu podstawić te probówki pod nos. Pod rękę prawą podsunęli dokumenty. Czuł się słabo, dłoń mu drżała i nie mógł sobie poradzić z podpisem. Wysoki mężczyzna postukał palcem w kartkę i powiedział, że na razie chociaż ten jeden, że to zgoda na przetoczenie krwi.
Potem już nic nie pamiętał.
Obudził się w sali, gdzie stały cztery łóżka, a przy długiej ladzie pielęgniarka przyglądała się kilku ekranom. Jakieś monitory i maszyny otaczały również pacjentów. Kolejne godziny zlały się w jedno. Andrzej czuł się zdezorientowany, sam w nieznanym miejscu. Chyba przez większość czasu spał. Z dnia zrobiła się noc. Wystąpił jeszcze jeden krwotok, ale już mniejszy, udało się go łatwo zatamować. Zmienili mu leki na inne. Nie wiedział na jakie, ale tak powiedzieli: "zmieniamy leki na inne". Łykał, co kazali.
W tym obcym łóżku, z barierkami jak dla niemowlaka, wśród pikania monitorów, poczuł się bardzo stary i jakiś taki mało jak on. Stare niemowlaki w pozostałych łóżkach wyglądały podobnie. Upodabniały je do siebie kable i ekrany, białe pościele, barierki, pomiary temperatury, potrzeba wsparcia się na czymś lub na kimś, żeby dojść do toalety, o ile w ogóle miało się komfort chodzenia, a nie zmienianych pieluch. To miejsce odbierało nie tylko siły, ale też jasność myślenia.
Obudził się w środku nocy, gdy pielęgniarz delikatnie potrząsał za jego ramię ze słowami, że przenoszą go na normalną salę, bo trzeba zwolnić łóżko. Andrzej nie wiedział, w jaki sposób sala, w której przebywał dotychczas, była nienormalna, ale nie oponował. Mężczyzna pomógł mu wsiąść na wózek, a potem przekazał innej pielęgniarce. Może nawet tej, którą jego współlokator nazwał Heleną i która zapytała, jak się czuje, a on odpowiedział z biegu, że dobrze. I zanim zdążył wszystkie wątpliwości ubrać w słowa, zapytać, co się właściwie z nim działo, czy to groźne, ile czasu tu zostanie, pielęgniarki już nie było.
Mundek westchnął, spoglądając na drzwi, które za sobą zamknęła.
- Jaka elegancka kobitka, ta Helenka. Z taką to bym mógł sam wiesz co, Andrzejku. Diabli, znowu mnie bierze. Wybacz, ale nie trafiłeś najlepiej, jeśli będziesz potrzebował dziś skorzystać z kibla.
Andrzej obawiał się, że nie zaśnie przy dźwiękach dobiegających z toalety, ale zasnął i spał jak dziecko.
Obudziły go dźwięki poranka na szpitalnym oddziale. Stukanie butów o posadzkę, uderzanie łyżek o talerze. Te wszystkie "cześć" i "dzień dobry" zmieniających się pracowników.
Mundek też musiał się na chwilę zdrzemnąć, bo właśnie podnosił się z łóżka i przecierał oczy. Kolejna pielęgniarka weszła do ich sali.
- Pan Rajmund Wójcik? Zapraszam pana na badanie.
- Trzymaj za mnie kciuki, Andrzejku! Niech mi nie znajdą w dupie nic złego - rzucił pacjent i wyszedł.
W porze śniadania odwiedziła go Lidzia. Andrzej pamiętał ją z czasów, gdy jako dziecko razem z babcią przychodziła w odwiedziny do jego siostry. Aż trudno uwierzyć, że tamta mała dziewczynka z warkoczykami, śpiewająca piosenkę o jamniczku, który wyturlał się z koszyczka, jest teraz poważną panią doktor.
- Dzień dobry - przywitała się, stawiając przy jego łóżku dwie reklamówki. - Przyniosłam rzeczy od pani Wiesi i coś do jedzenia. Jak się pan czuje?
- Dobrze. Niepotrzebnie sobie robiłaś kłopot, Lidzia.
- Żaden kłopot. Wszyscy się o pana martwią. We wsi już mówią, że się pan wykrwawił na śmierć na progu Wietechów. Pani Wiesia piekli się strasznie, że kto jeszcze raz tak powie, nie dostanie już nigdy jej chleba. Tu pan ma telefon i ładowarkę, pani Wiesia prosiła, żeby pan dał znać, jak się czuje. Muszę iść na odprawę, ale koło południa zajrzę.
Andrzej zadzwonił do siostry, żeby ją uspokoić. Potem zapadł w drzemkę. Obudziła go wizyta lekarska, z której, zaspany, nie zrozumiał wiele. Po niedługim czasie na salę wrócił Mundek. Przez pół godziny kolega dochodził do siebie po znieczuleniu, a gdy oprzytomniał, zabrał się za zostawione na szafce śniadanie. Właśnie kończył jeść, kiedy przyniesiono obiad.
- Mówiłem ci, Andrzejku - szepnął konspiracyjnie. - Karmią tu o pojebanych porach. Myślę, że to jakiś eksperyment. Ile wytrzymają dorośli faceci na dwóch kromkach chleba i dupce z ogórka? I skąd mają tyle dupek? Gdzie się podziały wszystkie środki? Dlatego zawsze lepiej być o swoim. A jakie mają plany na ciebie?
- Trudno powiedzieć. Byli tu wcześniej lekarze na wizycie, ale nie bardzo zrozumiałem, co mówili.
- Bo oni gadają między sobą medycznym chińskim, żeby nikt nic nie rozumiał. Mnie specjalnie nic nie mówią, bo coś knują. Zresztą zanim odpłynąłem i mi wsadzili tę kamerkę, cały czas gadali o jakiejś dziewczynie, co wczoraj umarła. Chyba ich bardziej interesują ci, co umierają, od tych, co żyją. Tobie też nic nie mówią, ale to dlatego, że nic ci nie będzie i cię mają gdzieś.
Andrzej znalazł w paczce od siostry dwie butelki jakiegoś zielonego soku i podał jedną koledze.
- Jutro wychodzimy, Andrzejku, choćby skały srały - powiedział z należytą powagą Mundek i lekko stuknął szkłem o jego szkło.
W południe znów zjawiła się Lidzia. Spytała, czy Andrzej czegoś potrzebuje. Najpierw chciał swoim zwyczajem powiedzieć, że nie, żeby jej nie robić kłopotu, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.
- Właściwie tak... - zaczął nieśmiało.
Potrzebował wiedzieć, co się z nim działo, dzieje i będzie działo. Poprosił Lidzię, żeby zapytała o to doktorów z jego oddziału. Jej powiedzą pewnie wszystko, bo była lekarką z ich szpitala i rozumiała medyczny chiński.
Wróciła parę minut później i wyjaśniła Andrzejowi, że zwykle krwotoki z nosa nie przebiegają tak poważnie, ale on miał mocny uraz po tym upadku z roweru, brał leki przeciwkrzepliwe i przez to się pokomplikowało. Stracił dużo krwi, musieli mu ją przetoczyć. Robili też tomografię głowy, ale na szczęście nie wykazała nic złego. Lidzia mówiła wiele rzeczy, a on słuchał coraz bardziej zdziwiony, że tak mało z własnej historii zapamiętał.
Myślał, że taki ważny dzień, gdy się człowiek prawie wykrwawił na śmierć, powinno się pamiętać ze szczegółami.
- Słucham tego jak nowości, Lidziu. Taki się jakiś czuję skołowany.
- Trafił pan znienacka w obce miejsce, w dodatku po dużym krwotoku. Może się panu mieszać w głowie, ale proszę się nie martwić, to minie - wyjaśniła lekarka i mu ulżyło. - Zostaje pan na obserwacji i jeśli nie wydarzy się nic niepokojącego, jutro pana wypiszą. Mam dziś dyżur, proszę dzwonić, gdyby pan czegoś potrzebował. Wpisałam do telefonu swój numer.
Lidzia wyszła, a Mundek cmoknął z uznaniem.
- No, no, Andrzejku, ty to masz znajomości. Żeby ci takie młode ślicznotki dawały numery telefonu. To twoja kobitka?
- Wnuczka znajomej. Pracuje jako lekarka na oddziale dziecięcym.
- Same w tym szpitalu śliczne dziewczyny. Z takimi ślicznotkami to bym chętnie nawojował. Najbardziej to lubię...
Ku uldze rozmówcy odezwał się dzwonek telefonu i Mundek zerwał się na baczność. Zerknął na numer i wyszedł z sali. Nie odszedł daleko, więc Andrzej, chcąc nie chcąc, słyszał fragmenty rozmowy.
"Tylko do jutra".
"Jutro już na pewno, ani dnia dłużej".
"Tak, na pewno zapłacę".
Mundek wrócił zdenerwowany.
- Patrz, jaki wóz, Andrzejku - mruknął bez wcześniejszej energii, przyklejając czoło do okna. - Chciałbyś się takim wozić?
Andrzej podążył za spojrzeniem kolegi. Samochód chyba faktycznie robił wrażenie na ludziach, na których robią wrażenie samochody. Był większy niż inne. Bardziej czarny. Bardziej lśniący. Cały jakiś bardziej.
- Nie - odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Ja też nie. O, patrz na niego. Dyrektor albo doktor, widać po furze. Patrz na niego, Andrzejku. Wydaje ci się dzięki temu szczęśliwy?
Wskazany mężczyzna w eleganckiej koszuli kroczył przez parking, jakby mu ktoś wyjął baterie. Podszedł do samochodu i przez kilka sekund stał bez ruchu obok drzwi kierowcy, zanim wsiadł do środka.
- Wiesz, kiedy ja jestem szczęśliwy, Andrzejku?
Andrzej obawiał się, że usłyszy tyradę o dziewczęcych udach, ale kolega go zaskoczył.
- Jak chodzę do moich pszczół. Jak sprawdzam ramki, ile w nich urobku. Jadłeś kiedyś taki miód prosto z ramki? Niebo w gębie, słodkie jak kobieca... Sam wiesz co. A jak ul otworzysz i patrzysz, Andrzejku, to tam jest wszystko przemyślane. Nic tam nie ma głupiego, nie to co u ludzi. - Znów spojrzał przez okno. - Myślę, że jakby prezesowi kazać iść parę razy do pszczół, to by nie szedł do amerykańskiego karawanu jak przebita dętka. - Poderwał się nagle z wyrazem triumfu na twarzy. - Wiedziałem! Chodź!
Stanął w drzwiach i machał niecierpliwie na Andrzeja, póki kolega nie wsunął stóp w pantofle i nie narzucił szlafroka, znalezionego w reklamówce od Wiesi. Szlafrok był nowy, odprasowany i mężczyzna poczuł się w nim dziwnie. W domu nigdy nie nosił szlafroków, siostra go musiała kupić specjalnie.
Andrzej uważał, że szlafroki istnieją właśnie na wypadek przyjęcia do szpitala, żeby nie zaznać wstydu przed ludźmi, ale już niczego nie był pewien, bo zobaczył na korytarzu, że młodsi pacjenci wcale nie noszą piżam ani szlafroków, tylko wygodne dresy. Na szczęście Mundek również nosił szpitalną piżamę, więc Andrzej nie czuł się całkiem osamotniony w tej sytuacji. Tym bardziej że jego towarzysz wyglądał, jakby dokładnie wiedział, dokąd zmierza w tym korytarzu i w ogóle. Gdyby zatrzymać życie ludzi takich jak Mundek na pojedynczej klatce, zawsze zajmowaliby pierwszy plan.
Kolega pospieszał Andrzeja, który próbował nadążyć za nim w swoich szurających pantoflach. Wreszcie dotarli na koniec oddziału, do nowocześnie wyglądających drzwi z napisem "WYJŚCIE EWAKUACYJNE". Andrzej nie uważał, że to sytuacja ewakuacyjna, ale nie sądził też, że Mundka to powstrzyma. Faktycznie, pacjent wymknął się na klatkę schodową i przytrzymał drzwi Andrzejowi, poganiając go wymownym spojrzeniem.
Na klatce panowała cisza. Od całego świata oddzielały ich drzwi na Oddział Chorób Wewnętrznych, kolejne prowadzące na schody i chyba na inny oddział na tym samym piętrze. Byli tylko oni dwaj, zakaz palenia na ścianie i puszka po kawie Prima, wypełniona niedopałkami. Mundek wygrzebał z kieszeni na piersi paczkę papierosów, zapalił jednego i zaciągnął się z wyraźną ulgą. Podsunął paczkę w stronę kolegi.
- Dziękuję, nie palę.
- No co ty?!
- Biorę leki na serce.
- Andrzejku, Andrzejku. Człowiek dostał jedno życie nie po to, żeby nic nie było można! Palić nie można, pić nie można, gwizdać na dziewczyny na ulicy też nie. Już nic dzisiaj nie można! Kiedy ostatnio paliłeś, co?
Andrzej pomyślał o bladych porankach na dworcu kolejowym przy Tunelowej. Poczuł zapach świeżego chleba z piekarni przy stacji. O tej porze jeszcze nie była otwarta, ale pukał do okienka od zaplecza, bo koleżanka z podwórka często pracowała na pierwszą zmianę i sprzedawała mu dwie sznytki na drogę. Na miejscu czekali już Heniek i Zyzio, którzy robili w tym samym zakładzie, tylko na innych halach - on na silnikach turbinowych, chłopaki na turbosprężarkach. Witali się uściskiem ręki, a potem, zanim pociąg pojawił się na peronie, mieli akurat tyle czasu, żeby wypalić po jednym Sporcie.
Pewnego dnia okazało się, że czterdzieści sześć lat pracy minęło; Andrzej zjadł kawałek pożegnalnego sernika z rosą, uścisnął dłoń kolegom i po raz ostatni odbił kartę zakładową. Nie miał już po co chodzić na stację, a nigdy nie palił sam.
Mundek spoglądał wyczekująco na kolegę z wyciągniętą paczką papierosów, póki ten nie sięgnął po jednego. Poklepał go z zadowoleniem po plecach i podał mu zapalniczkę.
Papieros smakował jakoś inaczej niż dawniej.
A może to Andrzej był już inny, nie papieros.
Resztę dnia spędzili zwyczajnie. Mundek komentował na bieżąco wszystko, co widział i co mu przychodziło do głowy - przede wszystkim rozlazłość lekarzy, odkąd na wieczornym obchodzie otrzymał informację, że jeszcze nie są pewni, kiedy go wypiszą. W przypadku Andrzeja wszystko wskazywało na to, że nazajutrz obserwacja się zakończy i mężczyzna wróci do domu.
Tego ranka, gdy mieli się pożegnać, Mundek znów wyciągnął Andrzeja na klatkę schodową, ale kiedy kolega odmówił palenia, tym razem go nie namawiał.
- Słyszałeś, co mi ten konował wieczorem powiedział? - spytał, upychając niedopałek między setką wcześniejszych. - Że jeszcze nie wiedzą, czy mnie dziś wypiszą, bo zależy od terminu tomografii. W dupie mam ich tomografię! Co mnie obchodzi, że coś znaleźli tą kamerką? Oni myślą, że człowiek nie ma w życiu nic innego do roboty? Nie stać mnie, żeby tu siedzieć i czekać, aż się łapiduchy nastroją. Ty wychodzisz i ja wychodzę!
Otworzyły się drzwi od tego drugiego oddziału. Na klatkę schodową wyszła Lidzia. Zerknęła na puszkę z petami, a potem na Andrzeja, który zawstydził się pod tym spojrzeniem.
- Dzień dobry - przywitała się.
- Dzień dobry, pani doktor kochana! - zawołał Mundek. - Andrzejek to ma szczęście, że się nim takie przystojne panny opiekują. Papieroska?
Andrzejowi wydawało się, że usłyszał krótki chrobot od strony drzwi, przez które weszli. Taki, jaki wydawały myszy biegające w zimie za ścianami w jego rodzinnym domu. Zaraz podobny dźwięk dobiegł od strony schodów. Zdawało się, że nikt inny nie zwrócił na nie uwagi, więc mężczyzna pomyślał, że chyba jeszcze nie wszystko dobrze z jego głową po tym wypadku.
- Nie palę i pan Andrzej też nie powinien - odpowiedziała surowo lekarka. - Ale teraz mniejsza o to.
Podeszła do drzwi oddzielających klatkę od schodów prowadzących na niższe piętra. Szarpnęła, ale te ani drgnęły - tak samo te prowadzące na oddział wewnętrzny.
Lekarka zaklęła tak, jak się po niej Andrzej nie spodziewał, a duch z ulgą opadł na parapet koło staruszka. Zdążył w ostatniej chwili!
Wyglądało na to, że jedyne otwierające się bez problemu drzwi prowadziły z powrotem na oddział dziecięcy. To zainteresowało Mundka. Zaczął szarpać za klamkę drzwi do ich oddziału, ale to nic nie dało.
- Ki diabeł?! - zdziwił się. - Pięć minut temu działały!
- Zamknięte - stwierdziła ponuro Lidzia i Andrzej zasmucił się jej zmartwieniem. - Wszystko zamknięte.
Z oddziału dziecięcego wyjrzała pielęgniarka. Miała około sześćdziesięciu lat i biały fartuch wyprasowany starannie jak szlafrok Andrzeja.
- Nie da się? - spytała, jakby innej odpowiedzi i tak się nie spodziewała.
- Nie da się! - potwierdziła ze złością Lidzia. - Nie da się wyjść ani tędy, ani przez izbę, ani przez główne drzwi oddziału.
- Pan da jednego - mruknęła pielęgniarka na widok papierosów w dłoni Mundka.
- Oczywiście, bardzo proszę! I ogień dla szanownej pani. A co z tymi drzwiami?
- Coś się popsuło - wyjaśniła. - Wiecznie się w tym szpitalu coś psuje.
- Nie wygląda pani na zmartwioną - zauważył nieśmiało Andrzej.
- A czym tu się martwić? Kończę o dziewiętnastej, do tego czasu nas uwolnią. A póki się nie da otworzyć drzwi, to nie przyjdą nowi pacjenci, więc dla nas mniej pracy. - Zaciągnęła się papierosem. - Tylko jak nam kuchnia śniadanie przywiezie?
- Dupki od ogórka i te plastry salcesonu to się i w szparze pod drzwiami zmieszczą - orzekł Mundek. - Ale mnie dziś żadne drzwi nie zatrzymają!
Po minucie szarpania klamką okazało się, że owszem, zatrzymają.
Jedyne, co mężczyzna osiągnął, to zwabienie personelu oddziału wewnętrznego.
- Co to za hałasy?! - zawołał kobiecy głos po drugiej stronie drzwi.
- Tu Ilona z dziecięcego - odpowiedziała pielęgniarka. - Mamy tu dwóch od was. A wszystkie drzwi się zatrzasnęły. Te, co dopiero co wymieniali i miały być takie nowoczesne.
- Jak się mogły wszystkie naraz popsuć?
- Bo te nowe to nic niewarte. Poprzednie wstawiali, gdy jeszcze Gienka była oddziałową, a zepsuły się kiedy? Jak było dobrze, to po co zmieniać.
- Pewnie jak zawsze najtańsze z przetargu brali. Tylko gdzie będziemy palić? Będzie trzeba chodzić aż koło prosektorium.
- Zabierzemy waszych pacjentów do siebie, aż nie otworzymy drzwi! - zawołała ze zrezygnowaniem Lidzia.
- A którzy to?
- Mundek i Andrzejek! - krzyknął Mundek.
- Panie Wójcik, pan ma dzisiaj w południe tomografię, trzeba wrócić przed dwunastą. I niech pan tam nic nie je.
- I tak nie będzie jedzenia, jak nie otworzą drzwi - przypomniała spokojnie Ilona i dopchała swój niedopałek do cmentarzyska innych.
- Ilona, a słyszałaś, że ta dziewczyna z Krakowa, co im umarła w środę na ginekologii, to córka Ireny Uram?
- No co ty mówisz! Kasia od Ireny?! - Pielęgniarka wyraźnie się ożywiła.
- No mówię ci, że Kasia od Ireny, tylko po mężu się inaczej nazywa, tośmy się od razu nie zorientowały.
- Chyba z dwadzieścia lat Ireny nie widziałam, odkąd się wyprowadzili ze Szkolnej. Jezu Chryste, ile nieszczęść na jednego człowieka może spaść! Jedyna córka i to jeszcze w ciąży!
- Panie Andrzeju, pan i kolega chodźcie ze mną - zarządziła Lidzia, widocznie zirytowana wymienianiem plotek w takich okolicznościach. - Zaczekacie w świetlicy. Dam znać, gdy się czegoś dowiem od szefowej - dodała, zwracając się do pielęgniarki.
Ilona jednak jej nie słuchała - była zbyt zajęta wymienianiem z koleżanką kolejnych informacji.
- Maryśka Furtek z ginekologii mówiła, że krwotok na całą salę, jak w rzeźni. Krwi w banku brakło, nie mieli co przetoczyć. Lato, to ludzie na wakacjach, mało oddaje. Zanim zdążyli zorganizować transport z innego krwiodawstwa, już było po dziewczynie. Mówiła, że im jeszcze w trakcie na salę wpadł...
Dalszej części historii Andrzej nie usłyszał, bo jedyne działające drzwi zamknęły się za nim, oddzielając klatkę schodową od oddziału dziecięcego.
Rozejrzał się po długim, jasnym korytarzu ze ścianami ozdobionymi postaciami z bajek. Bolek i Lolek kręcili globusem, wybierając cel kolejnej wyprawy, a Alicja z Krainy Czarów piła herbatę z Kapelusznikiem.
- Dzisiaj wychodzę, choćbym miał wyskoczyć oknem - szepnął Mundek.