Rozdział 1
Duch, który porządkuje chaos
Stworzenie świata (Rdz 1,2)
Nie znajdziemy w księgach Starego Testamentu określenia "Duch Święty". Izrael nie znał Go jako osoby, a tym bardziej jako Trzeciej Osoby Bożej. Bóg skupiał ich wówczas na pokazaniu siebie jako Jedynego, jako Stwórcy i Ojca. W taki sposób się objawiał i tak widzieli Go autorzy natchnieni - jako Ducha Bożego, ożywiające tchnienie Boga czy moc, siłę Boga. Piszą o Nim jako o Ruah - "tchnieniu", "powietrzu", "wietrze", a więc jako o niewidzialnym, którego działanie można zobaczyć po skutkach; o niedającym się sterować, zamknąć ani powstrzymać4. Boży Ruah istniał odwiecznie i brał udział w stwarzaniu i porządkowaniu świata5, co zaznaczono już w pierwszych słowach Biblii, w Księdze Rodzaju: "Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży [hebr. Ruah Ha Kodesh] unosił się nad wodami" (Rdz 1,1-26).
Może nas zaskakiwać pewna "suchość" pierwszego zdania: "Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię". Winić możemy za to jedynie pewną ubogość języka polskiego w porównaniu z językiem hebrajskim. Użyty czasownik bara rzeczywiście oznacza "stworzył", "uczynił", ale np. w dialektach południowoarabskich spółgłoskowy rdzeń tego wyrażenia (dbr), charakterystyczny dla języków semickich, tworzy słowo oznaczające "rodzić"7. Na podstawie tego lingwistycznego badania można więc pokusić się i o taką interpretację, w której Bóg nie jest jedynie Genialnym Konstruktorem, Architektem i Wykonawcą swojego dzieła, ale także Rodzącym. W tym znaczeniu Jego dzieło jest "jakąś częścią Jego samego, a zarazem istnieje osobno, choć nie bez Niego"8.
W pierwszym etapie stwarzania świata ziemia przypominała więc mroczne, bezładne, puste, bezkresne rozlewisko, gdzie żadne życie nie miało możliwości zaistnienia i rozwoju. Była tylko chaos i ciemność. Była nicość. I nad tym wszystkim unosił się Duch Boży. Po hebrajsku to słowo brzmi merahefet; obrazuje ono latanie, unoszenie się nad czymś, krążenie, trzepotanie, drganie, trzęsienie się, na przykład ruch orła unoszącego się i trzepoczącego, poruszającego skrzydłami nad gniazdem z pisklętami: "Jak orzeł, co gniazdo swoje ożywia, nad pisklętami swoimi krąży, rozwija swe skrzydła i bierze je, na sobie samym je nosi" (Pwt 32,11). Natomiast w języku syryjskim słowo to oddano przez merahep, co można tłumaczyć jako "inkubować", czyli stwarzać najlepsze, wyjątkowo dogodne warunki do powstania czegoś; również ogrzewać kogoś (także swoim ciałem) aż do czasu osiągnięcia możliwości samodzielnego życia9. Duch Boży jest więc mocą opiekuńczą, życzliwą, troskliwą - wręcz matczyną10 - i, co najważniejsze, ożywiającą. I właśnie taki Duch Boży unosił się nad chaosem różnego rodzaju materii, która w kolejnych aktach stwórczych została doprowadzona do harmonii, uporządkowana.
Taka jest właśnie rola Ducha Świętego. Przez wiele naszych niebożych decyzji popadamy w duchowy chaos, ciemność i pustkę. Sam doświadczałem tego wiele razy, ale nigdy nie przyszło mi do głowy - nikt o tym nie mówił, nie uczył, nie podpowiadał (ani na katechezie, ani w seminarium) - żeby właśnie wtedy wzywać Ducha Bożego. Przecież doskonale poradził sobie z uporządkowaniem wszechświata, więc nie mniej doskonale jest w stanie opanować to, co tkwi w nas i nas dręczy - niekiedy latami. My tymczasem - przynajmniej ja tak miewałem - kiedy już mamy dość piekła, które sami sobie zgotowaliśmy przez własne wybory i głupotę, popadamy w rozpacz albo w złość, albo w jeszcze większe grzechy. I nadal nie ma w tym żadnej przestrzeni, naszej zgody na to, by ów chaos i ciemność przez Ducha Bożego zostały uporządkowane. Ojciec Luis Alonso Schökel SJ, świetny hiszpański biblista, napisał kiedyś, że "chrześcijanina można porównać do Namiotu Spotkania na pustyni. Nosząc w sobie Ducha Świętego, uświęcamy ten świat, który bez Boga jest pustynią"11.
Ruah oznacza również "tchnienie". W Rdz 2,7 napisano: "Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą". Nieco więcej dopowiada Hiob: "I mnie też stworzył duch Boży, tchnienie Wszechmocnego i mnie uczyniło" (Hi 33,4). Człowiek powstał więc dzięki tchnieniu Ducha Bożego. Ono jest światłem Pana, które przenika wszelkie zakątki wnętrza (Prz 20,27), czyniąc z człowieka istotę rozumną i myślącą (Hi 32,8).
To tchnięcie (hebr. napah) obrazuje czynność intensywnego dmuchania koniecznego do rozniecenia ognia - jak na przykład w proroctwie Izajasza: "Oto Ja stworzyłem kowala, który dmie [tchnie - przyp. aut.] na ogień rozżarzonych węgli" (Iz 54,16) - albo do wzniecenia życia: "I powiedział On do mnie: "Prorokuj do ducha, prorokuj, o synu człowieczy, i mów do ducha: Tak powiada Pan Bóg: Z czterech wiatrów przybądź, duchu, i tchnij po tych pobitych, aby ożyli"" (Ez 37,9).
W momencie poczęcia Bóg tchnął w nas tchnienie życia. Zaczęliśmy istnieć. Być. W tym sensie każde ludzkie życie jest święte - jest darem Przenajświętszego. Nawet kiedy to istnienie pochodzi z gwałtu, nawet gdy jest fizycznie i psychicznie zdeformowane, otrzymuje od Stwórcy tchnienie życia. Dlatego dla chrześcijan aborcja nie jest "zabiegiem", lecz zniszczeniem życia osoby bezbronnej i podeptaniem Bożego tchnienia. Dla osób niewierzących ten aspekt nie będzie miał żadnego znaczenia. Ale przecież życie jeszcze nienarodzonych, a już istniejących, przerywa mnóstwo ochrzczonych - nawet nieświadomie. Ile chrześcijanek zna sposób działania pigułek antykoncepcyjnych, które stosują? Czy one zapobiegają możliwości poczęcia przez czasową niepłodność, czy eliminują zapłodnioną komórkę jajową - a więc nowe życie?
Ożywcze tchnięcie ma miejsce również w czasie chrztu. Poprzez sakrament Bóg rozpala w nas nowe życie12. Myślę, że ciągle jeszcze za mało sobie to uświadamiamy jako chrześcijanie. Ja również za rzadko sobie to uświadamiam. Chrzest czyni nas dziećmi i dziedzicami Boga: "Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Boga. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, aby się znowu pogrążyć w bojaźni. Ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze! Sam Duch daje świadectwo naszemu duchowi, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami, dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa" (Rz 8,14-17a). Podobnie mówi apostoł Paweł w Liście do Galatów: "Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej" (Ga 4,4-7). Gdybym naprawdę każdego dnia gorąco wierzył, że jestem dziedzicem nieba, królestwa Boga, promieniałbym i z dumy, i z radości, promieniałbym wiarą niczym Mojżesz po spotkaniu z Panem.
W bierzmowaniu - umocnieniu w łasce i w skutkach chrztu oraz w mężnym wyznawaniu wiary - zostajemy rozpaleni Duchem Bożym, Duchem Świętym13. Teoretycznie tak. Tkwi bowiem w wielu kandydatach do bierzmowania, a może bardziej w ich rodzicach, bezrefleksyjne przekonanie o konieczności przyjęcia tego sakramentu - bez względu na to, czy wierzą, są gotowi, posiadają choćby podstawową wiedzę o Tym, w którego wierzą chrześcijanie. Gdybym udawał aptekarza, zamiast pomagać w przywracaniu zdrowia narażałbym ludzi na jego utratę, a nawet na śmierć. Jeżeli będę udawał wierzącego, gotuję duchową śmierć i sobie, i innym: księża - wiernym, katecheci - uczniom, rodzice - swoim dzieciom. Czy to nie jest przypadkiem zadanie diabła, który "przychodzi, aby kraść, zabijać i niszczyć" (J 10,10), aby człowiek nie spotkał żywego Boga? Jest. Udając więc wierzących, kontynuujemy robotę diabła.
Co z tym możemy zrobić? Podpowiedź znajdziemy w historii uwięzionych w Filippi Pawła i Sylasa, opisanej w Dz 16,25-34: "O północy Paweł i Sylas modlili się, śpiewając hymny Bogu. A więźniowie im się przysłuchiwali. Nagle powstało silne trzęsienie ziemi, tak że zachwiały się fundamenty więzienia. Natychmiast otwarły się wszystkie drzwi i ze wszystkich opadły kajdany. Gdy strażnik zerwał się ze snu i zobaczył drzwi więzienia otwarte, dobył miecza i chciał się zabić, sądząc, że więźniowie uciekli. "Nie czyń sobie nic złego, bo jesteśmy tu wszyscy!" - krzyknął Paweł na cały głos. Wtedy [tamten] zażądał światła, wskoczył [do lochu] i przypadł drżący do stóp Pawła i Sylasa. A wyprowadziwszy ich na zewnątrz, rzekł: "Panowie, co mam czynić, aby się zbawić?". "Uwierz w Pana Jezusa - odpowiedzieli mu - a zbawisz siebie i swój dom". Opowiedzieli więc naukę Pana jemu i wszystkim jego domownikom. Tej samej godziny w nocy wziął ich z sobą, obmył rany i natychmiast przyjął chrzest wraz z całym swym domem. Wprowadził ich też do swego mieszkania, zastawił stół i razem z całym domem cieszył się bardzo, że uwierzył Bogu". Przerażony całą sytuacją strażnik pyta o to, co ma zrobić, aby zostać - tłumacząc dosłownie - ocalonym, uratowanym (gr. sodzo). Na jego pytanie pada prosta odpowiedź: "Uwierz w Pana Jezusa". Co zrobili Paweł i Sylas, by on uwierzył i został ocalony? "Opowiedzieli więc naukę Pana jemu i wszystkim jego domownikom". Jaki był efekt? "Tej samej godziny w nocy wziął ich z sobą, obmył rany i natychmiast przyjął chrzest wraz z całym swym domem". Dzięki modlitwie Pawła i Sylasa, a potem opowiadaniu o Jezusie strażnik i jego dom zostali uratowani. Dzięki mojej i twojej modlitwie, mojemu i twojemu opowiadaniu o Jezusie od piekła może zostać ocalona nasza parafia, ja, ty i nasze rodziny.
Masowość i powierzchowność wiary katolickiej bardzo upośledziła nam umiejętność osobistego rozeznawania oraz indywidualnego towarzyszenia w wierze. Taki stan rzeczy wymusza na przygotowujących do sakramentu bierzmowania tzw. dzienniczki obecności. Stają się one jedynym "dowodem obrony" przed atakiem rodziców w przypadku niedopuszczenia ich dziecka do przyjęcia tego sakramentu. Podobnie jest zresztą podczas przygotowywania dzieci do pierwszej spowiedzi i komunii. Wprowadzanie dzienniczków jest znakiem niewiary większości rodzin chcących dla dzieci kolejnych sakramentów. Najwidoczniej doszliśmy już niestety do jakiegoś duchowego dna.
Sądzę, że obecne młode pokolenie ma niesamowite szczęście żyć w czasach, gdy tchnienie Boga jest tak bardzo widoczne i coraz świadomiej przyjmowane (albo odrzucane - ale również świadomie). Naprawdę dobrze, że kończy się epoka chrztów, bierzmowań i "chodzenia na religię" wynikających z rodzinnej tradycji. I dobrze, że coraz mniej sakramentalnych małżeństw zawieranych jest przez niewierzących bądź wierzących dziecinnie, a niekiedy magicznie.
Kościół czeka jeszcze batalia o indywidualne pierwsze spowiedzi i komunie. Warto ją jednak stoczyć. Pandemia koronawirusa pokazała mi, że należy iść właśnie w tym kierunku. Skromne, a jednak ważne chwile, odarte ze stresu czytań mszalnych, śpiewu psalmu i deklamowania przez dzieciaki wierszyków, pozbawione rodzicielskich deklaracji trwania w wierze (gdy często im z wiarą nie po drodze), wolne od rozkazów, by spojrzeć w obiektyw aparatu, pozwalają dzieciom i rodzinie skupić się na Najważniejszym - na Chrystusie, przejąć się Nim do głębi serca i zapłonąć.
Duch Boga, Duch Święty jako Ruah kieruje naszą uwagę na własną kondycję duchową. Ile w niej bezładu, chaosu, nędzy, ciemności, zatopionych obszarów, w które nie dopuszczamy Stwórcy?
Któregoś dnia napisał do mnie młody człowiek z mojej parafii, że chwilowo znalazł się w trudnej sytuacji i prosi o pożyczenie kilku stów. Za kilka dni dostanie wypłatę, więc odda. Nie ma problemu - pożyczyłem. Następnego dnia znowu pisze z prośbą, czy mógłbym pożyczyć jeszcze kilka stów, bo musi opłacić jakieś ubezpieczenie auta, a to jego źródło utrzymania. Za trzy dni wypłata, więc zaraz otrzymam kasę z powrotem. Pożyczyłem - wiadomo, różnie to w życiu bywa. Dwa dni po terminie zwrotu - cisza. Kolejne trzy dni - ni gościa, ni pieniędzy. Piszę do niego, delikatnie przypominając o długu. Po dwóch dniach przychodzą przeprosiny i tłumaczenie, że coś wypadło, pilny wyjazd, ale za dwa dni sprawa będzie załatwiona. Mijają kolejne dni, termin oddania znów jest przesuwany i nic z tego się nie spełnia. Wkurzyłem się, zezłościłem, było mi przykro. I nie dlatego, że nie otrzymałem tych pieniędzy, ale że zostałem oszukany, że nie dotrzymano danego mi słowa. Dodatkowo zaczęły się pojawiać we mnie negatywne myśli o tej osobie. Owszem, odganiałem je, wołałem do Boga: "Nie chcę o nim tak myśleć, błogosławię go!", ale one wracały. Wysłałem dwie wiadomości, stanowczo domagając się zwrotu pieniędzy. Modliłem się za niego i za siebie. I któregoś dnia, podczas takiej modlitwy, pojawiły się we mnie słowa: "Jeżeli pożyczyłeś, oczekując zwrotu, to jaki z ciebie chrześcijanin?"14. Poczułem się, jakby ktoś dał mi w pysk. Bóg mnie otrzeźwił. Wiem, że nie byłoby takiej refleksji, gdyby Pan nie tchnął w moje serce, gdyby nie było tego napah - intensywnego dmuchnięcia rozniecającego ogień. Każdego dnia wołam przecież bardzo świadomie: "Rozpal mnie!". Przyszedł więc i rozpalił... aż się zagotowało. Pamiętam, że wówczas pomodliłem się: "Panie, nie zgadzam się na tę sytuację. Jest mi z tym źle, ale wiem, że to są Twoje pieniądze - nie moje - i pewnie mój brat w Chrystusie tak bardzo ich potrzebuje. Błogosławię go z całego serca i wyrzekam się wszelkiej złości i pretensji, i złych myśli na jego temat. Za nie wszystkie - przepraszam Cię". Niedługo później dostałem wiadomość z kolejnym terminem oddania kasy i już z wolnym od złości serduchem napisałem: "OK". Moje kości - mówiąc za Ezechielem (37,9) - pod wpływem napah Boga zostały ożywione. Ja zostałem ożywiony!
Wróćmy jeszcze na chwilę do cytowanego wcześniej obrazu z Księgi Powtórzonego Prawa (32,11), w którym Bóg krąży nad swymi pisklętami niczym orzeł i na sobie samym je nosi. On nas ożywia. Jego obecność nas ożywia, Jego łaska nas ożywia. Jesteśmy Jego, bo On jest "nad swoimi". Czyż to nie jest Dobra Nowina? Bill Newman w książce Szybuj z orłami świetnie pokazuje, w jaki sposób orły uczą się latać: "Ciągle jeszcze w gnieździe, orlątko zaczyna przeskakiwać z jednego brzegu na drugi, a następnie rozkłada skrzydła i nieporadnie nimi trzepie. Na koniec podskoki zamieniają się w prawdziwe skoki, czasami nawet cztery metry nad gniazdem. W wyniku tych wszystkich przygotowań orlątko niemal zawsze odnosi sukces, przelatując za pierwszym razem prawie dwa kilometry.
Większość orłów [...] zaczyna wylatywać z gniazda między dziesiątym a piętnastym tygodniem życia. Jeśli jednak jakieś oporne orlątko postanawia pozostać w gnieździe, rodzice przestają mu dostarczać pożywienie. Nie przynoszą mu go do dzioba, lecz pozostawiają na pobliskiej gałęzi. W końcu głód zmusza ptaka do pierwszego lotu. [...] A jeśli młody orzeł nadal się wzbrania przed opuszczeniem domostwa, [...] rodzice zaczną wyciągać z gniazda kłaczki wełny i pióra, aby uczynić je mniej wygodnym [...]"15.
Bóg postępuje z nami podobnie. Jest w naszym życiu czas siedzenia w gnieździe wiary, religijności, pobożności, karmienia i wzrastania. Przychodzi jednak moment, kiedy potrzeba czegoś więcej niż pacierz czy "chodzenie" na mszę i do spowiedzi. To jest czas, w którym Bóg zaprasza do wyjścia w świat i naśladowania Go w tym świecie. Nie tylko w gnieździe, nie tylko w swoim pokoju, nie tylko w swoim rodzinnym gniazdku, ale na zewnątrz. Czym jest to "więcej"? Zamiast pacierza - modlitwa, szczera rozmowa z Bogiem, własnymi słowami i tekstami z Biblii. Zamiast "chodzenia" na mszę - świadome uczestnictwo we wspólnocie wierzących, w Eucharystii - uczcie i ofierze Jezusa Chrystusa. Zamiast "chodzenia" do spowiedzi - świadome wyznanie wszystkich grzechów podczas sakramentalnego spotkania z Miłosiernym. Zamiast znaku krzyża tylko w domu czy w kościele - także poza nimi.
Dopóki jesteś mały, leżysz w łóżeczku, jesteś karmiony, przewijany, kąpany. Powoli jednak dorastasz, mija czas pampersów i spodnie wkładasz już sobie sam i kąpiesz się sam, i jesz sam, i łóżko masz większe. Podobnie jest z życiem z Bogiem, życiem wiarą, gdy kończy się czas prowadzenia przez innych za rączkę do kościoła, do spowiedzi, a zaczyna się czas budowania osobistej relacji z Przenajświętszym. Ona winna być zbudowana na miłości. Dlatego tak ważne jest, by wzywać Ducha Świętego, który umacnia miłość, który pozwala nam jej doświadczyć. Największym problemem w relacjach z Bogiem jest brak doświadczenia, że jestem przez Niego kochany. Sprawia to, że z czasem Bóg staje mi się obojętny, że powoli przestaje mnie z Nim cokolwiek łączyć. Kiedy jednak wzywam Ducha Świętego, by tę miłość, by te więzi z Bogiem ożywiał i wzmacniał, nie znudzi mnie, nie porzucę Go. On bowiem jest tym, który "inkubuje" - rozgrzewa i daje najkorzystniejsze warunki do rozwoju i życia.
Z biblijnej relacji stwarzania wynika, iż tchnienie życia było celowym działaniem Boga - człowiek stał się nie tylko "jakąś" istotą, ale istotą żyjącą, ożywioną. Dzięki Duchowi Świętemu stajemy się dziećmi Bożymi: "Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: "Abba, Ojcze!". Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale" (Rz 8,14-17). Doświadczenie dziecięctwa Bożego, które zarazem jest doświadczeniem kochającego mnie Ojca, pochodzi od Ducha Świętego. On wspiera mnie w przekonaniu, kim jestem dla Boga - ukochanym synem/córką, Jego dzieckiem - i kim dla mnie jest Bóg - kochającym ojcem, Abbą, tzn. Tatą, Tatusiem. Bóg obdarzył nas taką właśnie godnością, ludzi tak wywyższył spośród innych stworzeń, że możemy, mamy prawo mówić do Niego "Tato", a więc tak samo, jak czynił to Chrystus. Nie jesteś sierotą, a synem/córką. Nie jesteś niewolnikiem, a dziedzicem Bożej obietnicy, którą jest szczęśliwa wieczność po śmierci. Dlatego módl się często i do Ducha Świętego, byś tej świadomości nie stracił, by ci jej diabeł nie wykradł, by nie spowodował zapomnienia o tym.
Pismo Święte mówi, że człowiek został stworzony "na obraz i Boże podobieństwo" (Rdz 1,26). Jesteśmy ikonami Boga, Jego obrazem, mamy więc w sobie Ducha Bożego - Ducha Świętego, który, jak wyznajemy, "od Ojca i Syna pochodzi".
***
Duchu Święty, wierzę, że jesteś moim Panem i Ożywicielem; wierzę, że jesteś darem Ojca i Syna. Rozpal we mnie miłość do Przenajświętszej Trójcy, odnów we mnie świadomość, że jestem ukochanym dzieckiem Boga. Pomóż mi codziennie wołać: mój Ojcze, mój kochany Tato. Zstąp na mnie, Duchu Święty. Ożyw moje serce, Duchu Święty. Uporządkuj panujący w nim chaos, rozjaśnij jego ciemności, rozpal żar bezinteresownej miłości wobec braci i sióstr. Chcę być zawsze Bożą ikoną, w której inni rozpoznają Ciebie - Jedynego i prawdziwego Boga. Amen.