Część I. O cnocie i o doskonałości w ogóle
I. Na czym zależy cnota
Dosyć pospolitym błędem między nami jest mniemanie, że posiadamy pewne cnoty, ponieważ nie dostrzegamy w sobie przeciwnych im występków. Wiele nawet pobożnych osób spoczywa na tym zdradliwym wezgłowiu, na którym nikt bezkarnie usnąć nie może. Cnotami moralnymi nazywamy pewne usposobienia i skłonności duszy, nabyte jedynie przez ciągle powtarzające się czyny, tym cnotom odpowiednie.
Być np. łagodnym wtedy, kiedy nikt się nam nie sprzeciwia, nie gniewa nas, nie drażni, nie jest bynajmniej osobliwością; przeciwnie, byłoby to bardzo dziwnym, gdybyśmy mieli być kwaśni i gniewliwi dla tych, którzy nam chętnie ulegają i starają się nam dogodzić. Nawet zwierzęta dzikie dają się oswoić tym, którzy się z nimi obchodzą łagodnie. Niewielką jest rzeczą, mawiał św. Grzegorz, być dobrym z dobrymi; ale być dobrym ze złymi, czynić dobrze tym, którzy nas prześladują, mówić łagodnie i z miłością o tych, którzy szarpią naszą sławę: jest to stać się wyższym nad namiętności i być podobnym do wyniosłych szczytów górskich, które sięgają poza granice burz i nawałnic.
Ci, którzy mówią tak pięknie o łagodności np. i cierpliwości, a sami ledwie ze skóry nie wyskoczą, za najmniejsze słowo obrażające, albo się na nie gorzko przed innymi skarżą, okazują dowodnie, że cnoty te na ustach tylko a nie w sercu mają.
Cnoty męstwa, i mocy cnoty, mówił nasz Święty, nie nabywamy nigdy w czasie pokoju, tj. dopóki nie jesteśmy doświadczani przez pokusę przeciwną cnocie. Ci, co są bardzo łagodni, nie doznając żadnych przeciwności, i którzy nie nabyli tej cnoty przez zwalczanie siebie samych, mogą być zapewne bardzo wzorowi i budujący; ale gdy przyjdzie czas próby, ujrzymy ich natychmiast wzburzonych, co dowodzi, że ta ich łagodność nie była cnotą doświadczoną i mężną; była ona raczej urojoną, niż rzeczywistą. Zupełnie jest co innego przestać popełniać jakiś występek, a mieć cnotę mu przeciwną. Wielu ludzi wydaje się nam cnotliwymi, a przecież nie mają oni wcale prawdziwej cnoty, bo jej nie nabyli przez usilną nad sobą pracę. Zdarza się często, że namiętności nasze pozostają uśpione i przytłumione; ale jeżeli w czasie tego spoczynku nie uzbrajamy się w siłę do odparcia i zwalczenia ich, gdy się obudzą i powstaną przeciwko nam, w walce z nimi pokonani będziemy.
Dlatego, bądźmy zawsze pokornymi i nie sądźmy też, że posiadamy cnoty, chociażbyśmy nie popełniali nawet dobrowolnie i z rozmysłem przeciwnych im występków.
II. Jakie cnoty nad inne przekładać należy
Oto w jaki sposób nasz Święty oceniał cnoty:
1. Wolał On zawsze te cnoty, do których pełnienia częściej zdarza się nam sposobność, jak inne, które rzadziej wykonywać możemy.
2. Wymagał, aby nie sądzono o wartości nadprzyrodzonej cnoty z zewnętrznego jej wykonania. Wobec Boga, mówił On, cenę naszym cnotom nadaje tylko stopień miłości, który towarzyszy ich wykonaniu, nie zaś blask, jaki je otacza. Któż nie widzi, że liczne drobne czyny cnotliwe więcej podnoszą chwałę Boga, niż inne rzadkie świetniejsze wprawdzie, ale mniej ożywione miłością Bożą?
3. Wynosił cnoty ogólne, to jest takie, które wpływają na większą ilość czynów, nad te których wpływ jest ograniczony. I tak: wyjąwszy miłość, jako królowę wszystkich cnót, stawił On na pierwszym miejscu modlitwę, która jest pochodnią innych; pobożność, która poświęca wszystkie nasze czyny służbie Bożej; pokorę, która nas uczy mało cenić siebie samych i własne czyny; łagodność, która raczej ustępuje niż się opiera; cierpliwość, która znosi wszystko bez szemrania: Święty stawił te cnoty przed wielkodusznością, szczodrobliwością, umartwieniem, czystością, prostotą, ponieważ te ostatnie mają prawie wyłącznie jeden oznaczony przedmiot na celu.
4. Cnoty świetne i rozgłośne miał trochę w podejrzeniu. Ich rozgłos, mówił On, jest niebezpieczny, bo podnieca próżność, tę prawdziwą truciznę cnoty.
5. Ganił tych, którzy w ocenieniu cnót, stosowali się do sądu ogółu, złego w podobnym przedmiocie sędziego. ˝Wyliczajcie, mówi On w swojej Filotei, cnoty najlepsze, a nie najokazalsze˝. Jeżeli do trafnego ocenienia dzieł sztuki, potrzeba nam koniecznie iść za sądem znawców, czyż rozsądnym jest, mierzyć szacunek swój dla cnót, miarą opinii w tym względzie świata, tego świata tak nieumiejętnego w nauce świętych, tak pełnego złości, żądz i pychy?
6. Święty Biskup ganił również i to, gdy chciano ćwiczyć się w ulubionych sobie cnotach więcej jak w tych, do których zobowiązywały: urząd, powołanie i obowiązek. Znaczyło to, mówił, służyć Panu, nie według czcigodnej Jego woli, ale według natchnień własnej natury. Bogu, dodawał On, podoba się tylko to, co się czyni w duchu wiary, wyrzeczenia się siebie i dla podobania się Jemu; On odrzuca nasze dzieła, jeżeli źródłem ich jest własne upodobanie lub interes osobisty.
III. O małych cnotach
Lubo nasz św. Biskup posiadał najwznioślejsze cnoty, niemniej jednak miał szczególne upodobanie i w takich, które wydają się najmniejszymi w oczach ludzi.
Każdy, mówił On, chce posiadać cnoty świetne, przywiązane do szczytu krzyża, bo te z daleka widzieć i uwielbiać można; ale mało jest takich, którzy by lubili zbierać te drobne kwiateczki, rosnące w cieniu u stóp drzewa Żywota: a jednak one są najbardziej pachnące i najlepiej zroszone krwią Jezusa Chrystusa.
Sposobności do wykonywania wielkich cnót zdarzają się rzadko; ale w zwykłych cnotach ćwiczyć się można zawsze i wszędzie. Zaiste, nagromadzilibyśmy dla siebie wielkie skarby duchowe, gdybyśmy używali każdej chwili życia na służenie Bogu w pokorze i w gorącej miłości. Naśladujmy w tym względzie roztropność oszczędnego człowieka, który zbierając skrzętnie skromny, codzienny zarobek, staje się w końcu właścicielem ogromnego majątku.
Przypomnijmy jeszcze tutaj, że mało są warte dzieła wielkich cnót, jeżeli ich nie spełniamy z wielką miłością. Sama tylko miłość nadaje, wobec Boga, wartość naszym czynom. Z nią, kubek zimnej wody, podany bliźniemu, zasługuje na żywot wieczny; z nią dwa pieniążki wdowy ewangelicznej miały większą wartość, wedle wyroku Samego Zbawiciela, jak znakomite dary bogaczów w świątyni jerozolimskiej.
Znosić chętnie zły humor i niedoskonałości bliźniego, a nawet wzgardę innych i własną nędzę, cierpieć z radością małe niesprawiedliwości, upokorzenia, wyrzuty niezasłużone, natrętność; spełniać czynności pośledniejsze od swego stanu, odpowiadać uprzejmie na słowa pełne goryczy albo uszczypliwości; nie gniewać się za odmowę spełnienia nam danej usługi a z wszelką przyjmować wdzięcznością od innych usługę; uniżać się przed równymi i niższymi a z podwładnymi i sługami obchodzić się z dobrocią: wszystko to wydaje się małym dla tych, którzy szukają rozgłosu i chwały.
Tego rodzaju ludziom trzeba cnót, że tak powiemy, wspaniałych, aby jednały sławę; ale nie one to czynią nas Bogu miłymi. Kto chce być sługą Chrystusa, nie dba zupełnie o przypodobanie się ludziom, i wnet stanie się Jego nieprzyjacielem, jeżeli zapragnie przyjaźni świata, jego oklasków i zaszczytów.
IV. Magdalena u stóp krzyża
Nasz Święty miał szczególne upodobanie w obrazach przedstawiających św. Magdalenę u stóp krzyża. Nazywał On je swoją księgą, swoją biblioteką.
Widząc raz podobne malowidło w moim domu, mówi Biskup Bellejski: ˝O, zawołał On, jakąż ta pokutnica korzystną zrobiła dla siebie zamianę! Ona wylała łzy swoje na stopy Jezusa Chrystusa, a stopy te odpłaciły jej krwią - ale krwią, która zmyła wszystkie jej winy. O! jak powinniśmy cenić sobie, dodał, te drobne cnoty, które rosną u stóp krzyża, ponieważ zroszone są najdroższą krwią Syna Boskiego˝.
- A któreż to są owe cnoty, spytałem?
- Oto pokora, odpowiedział mi, cierpliwość, łagodność, łaskawość, znoszenie ułomności bliźniego, pobłażliwość, słodycz serca, dobroduszność, serdeczność, współczucie, przebaczanie uraz, prostota, szczerość i tym podobne. Cnoty te są jako fiołki, co się lubują świeżością cienia, co karmią się rosą, co chociaż nie odznaczają się świetnością, pociągają jednak wszystkich swą miłą wonią.
- A znajdująż się jeszcze inne, pytam, na wierzchołku krzyża?
- I owszem, odpowiedział mi, jest ich jeszcze wiele, i cnoty te są wielkiej zasługi, jeżeli im towarzyszy wielka miłość. Te zaś są: roztropność, sprawiedliwość, wspaniałość, żarliwość, hojność, jałmużna, męstwo, czystość, umartwienia zewnętrzne, posłuszeństwo, bogomyślność, stałość, wzgarda bogactw i zaszczytów i inne tego rodzaju. Cnoty te same przez się są świetniejsze nad inne, i jeżeli je ożywia duch miłości, mają także wartość nadprzyrodzoną bardzo wysoką; lecz niestety! zwykle nie tak się dzieje w praktyce; są one wyżej nad inne cenione, głównie dlatego, że są rozgłośne i jednają poważanie ludzi. A jednak powinny być one uprawiane jedynie dlatego, że się więcej Bogu podobają i że podają nam sposobność do okazania Mu większej miłości.
V. Często pożytecznym jest ukrywać swe cnoty
Pewien prałat odwiedził raz św. Biskupa i był przez niego przyjęty, według zwyczaju, ze wszelką uprzejmością i ugaszczany przez dni kilka. W piątek, Święty udał się do pokoju swego gościa i prosił go do stołu na wieczerzę. Na wieczerzę! odpowiedział gość, o nie! dziś nie jest dzień wieczerzy; tak mało robimy dobrego, że dobrze jest przynajmniej raz w tydzień, w piątek, przepościć. Święty zostawiwszy mu swobodę, posłał do jego pokoju lekki posiłek, a sam poszedł do stołu wraz ze swoim otoczeniem i z kapelanami onego prałata. Gdy już wieczerzali, kapelani ci, mówiąc o swoim prałacie, zapewniali, że on tak był ścisłym w wykonywaniu ćwiczeń pobożnych i umartwień, iż nigdy nie dozwalał sobie żadnych zwolnień. Jeśli przyjął, na przykład, jakieś zaproszenie na dzień, w którym dobrowolny post sobie naznaczył, siadał wprawdzie do stołu, ale tak się posilał, ile mu na to pozwalały ścisłe prawidła postu.
Raz, kiedyśmy rozmawiali o świętej wolności dzieci Bożych, błogosławiony Biskup wspomniał mi tę historię, co podało mu sposobność do zrobienia następujących uwag. Uprzejmość, mówił On, jest córką miłości. Zresztą, jak posłuszeństwo czasem lepsze jest od ofiary, tak samo, w pewnych okolicznościach, lepszą od postu będzie ochotna względność na wymagania gościnności.
Nie należy tak przywiązywać się do ćwiczeń, choćby najpobożniejszych, żebyśmy ich czasem nie mogli przerwać, dla słusznych przyczyn. Zdarzyć się bowiem łatwo może, że pod pozorem stałości umysłu zakrada się miłość własna, która sprawia, że więcej przywiązujemy się do środków, jakimi są praktyki pobożne, niż do celu, jakim jest Bóg, do którego one prowadzić powinny.
A co się tyczy przedmiotu, o którym mówimy, dorzucił św. Biskup, to gdyby w takiej okoliczności, ten jeden post piątkowy był przerwany, ukryłby wiele innych postów ściśle zachowanych. Zaiste, ukrycie przed okiem ludzi dzieł tego rodzaju, nie mniejszą ma zasługę, jak ją mają same te dzieła. Bóg jest Bogiem ukrytym, i chce aby Mu w skrytości służono (Mt. VI.). Prałat ten mógł umartwienie swoje odłożyć na sobotę albo na dzień inny. Wreszcie, mógł je zupełnie opuścić, bo do tego nie był obowiązany ślubem, albo zastąpić wykonaniem jakiej innej cnoty, nie mniej, w tej okoliczności, godnej zasługi, np. cnoty uprzejmości.
VI. Cnota nie przeszkadza sprawiedliwemu upadać siedemkroć dziennie (Przypow. XXIV, 16. ); wyjaśnienie tych słów
Pewna pobożna dusza rozmyślając nad tym ustępem ksiąg świętych i trzymając się zbyt litery, popadła w nadzwyczajne udręczenie. Jeżeliż tak jest ze sprawiedliwym; mówiła ona, ileż razy muszę ja upadać, która nie jestem sprawiedliwą! I gdy w rachunku sumienia, który czyniła co wieczór z największą pilnością, zdarzyło się jej często nie dorachować siedmiu błędów, stawało się to jej źródłem niepokoju i niewymownego zamieszania ducha.
Dla pozbycia się tego zmartwienia udała się ona po radę do naszego św. Biskupa, i oto co On jej odpowiedział:
˝Nie powiedziano, w tym miejscu Pisma św., które mi przytaczasz, że sprawiedliwy widzi i czuje, jakoby siedem razy na dzień upadał; ale tylko że upada siedem razy. A zatem on i powstaje siedem razy, nie wiedząc o tych powstaniach. Nie martw się więc tym bynajmniej, ale idź z pokorą i wyznaj coś w sobie spostrzegła; to zaś czegoś nie spostrzegła, poleć miłosierdziu Tego, który podkłada rękę swoją pod tych, którzy upadają bez złej woli, aby się nie rozbili, i tak ich prędko i z lekka podnosi, iż się nawet nie spostrzegają, że upadli, bo ręka Boska podźwignęła ich z upadku, ani że powstali, bo ona ich podniosła tak szybko, że nawet o tym nie pomyśleli˝.
Znajdują się takie dusze, które nie mają dosyć baczności na siebie, i przecie nigdy nie rozważają postępków swoich; inne znów nazbyt o tym myślą i upadają w nieznośne zamieszanie. Należy unikać obu tych ostateczności, zarówno niebezpiecznych. ˝Jest to pewnym, mówi ten Święty, że póki otoczeni jesteśmy tym ciałem tak ociężałym i tak skazitelnym, zawsze nam na czymś zbywa. Nie wiem, czym ci kiedyś nadmienił: że potrzeba mieć cierpliwość dla wszystkich, a najpierw względem siebie samych, gdyż sami siebie bardziej niecierpliwimy, jak ktokolwiek inny, odkąd umiemy rozeznawać między starym a nowym Adamem, między wewnętrznym a zewnętrznym człowiekiem˝.
Tęż samę naukę zaznacza On w swojej Filotei, gdzie powiada, że najlepszym sposobem ćwiczenia się w łagodności jest znosić cierpliwie nasze własne niedoskonałości, (wszelako bez podchlebiania sobie) pracując nad poprawą z energią ale bez niepokoju, stale, ale ze spokojem duszy.
VII. Po czym możemy poznawać postęp nasz w cnocie
Pomiędzy środkami, które mogą służyć do poznania, czy robimy postęp w cnocie, nasz Święty stawia na pierwszym miejscu upodobanie w napomnieniach. Jak bowiem jest znakiem dobrego żołądka, kiedy trawi łatwo grube potrawy i twarde mięsa, tak też równie jest znakiem zdrowia duchowego, kiedy możemy mówić z Prorokiem: Sprawiedliwy będzie mię karał miłosiernie i będzie mię strofował, lecz olejek grzesznika (pochlebcy) niechaj nie tłuści głowy mojej (Ps. 140, 5).
Podobne usposobienie dowodzi, że wady, w które popadamy, zachodzą raczej z prędkości, z nieuwagi, z ułomności, a nie ze złości i rozmysłu. Kto kocha napomnienia, kocha cnotę, przeciwną błędowi, o który go strofują. Chory, pragnący zdrowia, przyjmuje mężnie, a nawet z radością, lekarstwa, jakie mu podają, chociażby najbardziej przykre i gorzkie; podobnie i ten, kto pragnie cnoty, (tego prawdziwego zdrowia duszy), uznaje wszystko łatwym, co służy do jej nabycia, lub do odzyskania jej.
Inny sposób poznawania, czy robimy postęp w cnocie, jest korzystanie z każdej sposobności do ćwiczenia się w pokorze.
Te zaś sposobności są dwojakiego rodzaju: jedne czynne, kiedy my sami upokarzamy się; drugie bierne, kiedy nas inni upokarzają. Pierwsze przyjmujemy zwykle ochotnie, drugie z oburzeniem odtrącamy. Chcemy się upokarzać, ale nie znosimy, aby nas upokarzano. A jednak jest to pewnym, że nawet upokorzenie lekkie, jakieś małoznaczące upomnienie, czynione nam ze strony innych, nierównie jest dla nas pożyteczniejszym, jak to, które pochodzi od nas samych, choćby ono było daleko surowsze. Nasz własny wybór psuje zwykle najlepsze nasze czyny. Często, kiedy uczynki nasze mamy za owoce pełne soku łaski, są one podobne do jabłek rosnących na brzegach morza martwego, co choć na zewnątrz piękne i pociągające, wewnątrz mieszczą tylko proch i popiół.
VIII. O różnych rodzajach uczynków
Nasze uczynki, ze względu na zbawienie mogą być czworakie, a mianowicie: żywe, martwe, zamarłe i ożywione.
Uczynki żywe są te, które będąc dokonane w stanie łaski poświęcającej i z pobudek nadprzyrodzonych, mają w sobie pierwiastek życia wiecznego i zasługują na niebo.
Uczynki martwe nie mają w sobie tego pierwiastku życia, ponieważ dokonane były w grzechu śmiertelnym. Uczynki te, jakkolwiek moralne i ze swej natury dobre, nie są jednak takimi ze względów nadprzyrodzonych; są one jako gałęzie bezpłodne, które nie mogą wydać żadnego owocu dla nieba, ponieważ nie są zapłodnione miłością.
Uczynki zamarłe są te, które będąc spełnione w stanie łaski i z pobudek wiary, były żywymi i mającymi zasługi dla zbawienia, lecz zostały następnie sparaliżowane przez jakiś grzech śmiertelny, późniejszy i straciły wszelką wartość nadprzyrodzoną; pozostają one w tym stanie śmierci, dopókąd łaska poświęcająca nie wyprowadzi ich z niego i nie przywróci im pierwotnego życia.
Uczynki ożywione są te, które poprzednio były zamarłe, a następnie zostały ożywione i jakby wskrzeszone, przez powrót duszy grzesznika do życia łaski. Gdy się to nawrócenie dokona wszystkie dzieła święte, spełnione przed upadkiem, ożywiają się, nabierają znów w oczach Boga, wartości pierwotnej i odzyskują moc swej zasługi i uświęcenia. Były one podobne do drzew, których siły żywotne ubezwładniła srogość zimy; ale zaledwie ogrzało je ciepło wiosennego słońca, znów one kwitną, wydają liście i owoce, bo odżył w nich pierwiastek życia, który był dłużej lub krócej zmartwiał przez ostre zimna.
Co się tyczy uczynków dobrych, dokonanych w stanie łaski poświęcającej, ale nie z pobudek nadprzyrodzonych, te choć są zupełnie dobrymi, nie mają jednak żadnej istotnej wartości dla zbawienia. Bóg obiecał nagrodę wieczną za te tylko czyny, które z pobudek nadprzyrodzonych spełniamy.
IX. Ślub podnosi zasługę czynów cnotliwych
Nie ulega wątpliwości, że post na przykład ślubowany, doskonałym jest i większej zasługi aniżeli post do którego nie jesteśmy wcale zobowiązani ślubem. Oto powody tego, według nauki Doktora anielskiego.
1. Ślub, jako akt pobożności, która jest jedną z najpierwszych cnót moralnych, więcej znaczy ze swej natury aniżeli post. Ta zacność cnoty pobożności dodana do zacności postu, powiększa jego wartość i nadaje mu doskonałość, jakiej nie miał sam przez się.
2. Kto pości zobowiązany do tego ślubem, ofiaruje nie tylko owoc ale i drzewo samo. On nie tylko że pości, ale co więcej przez ślub, zrzekł się swobody nieposzczenia.
3. Ślub dodaje ścisły obowiązek do aktu postu, obowiązek, od którego zwolnić może tylko dyspensa, albo bardzo ważna przyczyna. Tym sposobem, ślub krępując wolę, dodaje jej siły i czyni ją stalszą i pewniejszą w wykonaniu przedsięwzięcia.
4. Nasz św. Biskup dodaje, iż dobro jedno przyłączone do drugiego dobra, musi je jeszcze lepszym uczynić.
Ale nie zapominajmy, że przed Bogiem tylko miłość nadaje rzeczywistą cenę naszym czynom; pościć więc, nie będąc do tego obowiązanym ślubem, ale z gorącą miłością Boga, jest dziełem większej zasługi, niż gdyby się to czyniło wskutek ślubu, ale z mniejszą miłością. To właśnie powinno zniewalać osoby pełniące dobre uczynki ślubowane, aby się starały wykonywać je w miłości i z miłości, jeżeli nie chcą stracić zasługi za nie przed Bogiem.
X. Należy pragnąć doskonałości
Nasz Święty bardzo cenił dobre pragnienia. Od dobrego ich kierunku, mówił On, zależy nasz postęp na drodze zbawienia.
W rzeczy samej, ażeby postępować w miłości Bożej, która całą naszą doskonałość stanowi, trzeba mieć ustawiczne pragnienie kochania Boga coraz bardziej; trzeba stać się podobnym do tych ptaków tajemniczych, widzianych przez proroka Ezechiela, które leciały ciągle naprzód, nie zwracając się nigdy poza siebie, albo do wielkiego Apostoła, który postępował bezustannie ku wytkniętemu celowi, nie oglądając się wcale na przebytą już przestrzeń. W rzeczach bowiem duchowych, nade wszystko zaś w miłości Bożej, jakikolwiek zrobilibyśmy postęp tu na ziemi, nie dojdziemy nigdy do zupełnej doskonałości.
Miłość może i powinna zawsze postępować wyżej, bo ona dosięgnie szczytu tej świętej drabiny aż dopiero w niebie!
Święty Biskup lubił powtarzać te słowa św. Bernarda: Amo quia amo, amo ut amem. Kocham Boga, ponieważ Go kocham, i kocham, abym Go kochał (1).
Nie dość mocno kocha Boga ten, kto nie pragnie kochać Go jeszcze coraz więcej.
Wielkie dusze nie zadawalniają się tym, że kochają Boga, z całego serca, ponieważ wiedząc, że On jest godzien być kochanym nieskończenie więcej, aniżeli może ich serce, chciałyby mieć jak największą zdolność kochania, aby Go kochać jak najbardziej.
XI. Dalszy ciąg tego samego przedmiotu
Pomiędzy pragnieniami ziemskimi a pragnieniami niebiańskimi, zachodzi tak wielka różnica, jaka jest pomiędzy czasem a wiecznością. Daniel, Dawid i wszyscy święci byli mężami pragnień, ale pragnień niebiańskich. Tych pragnień nie możemy mieć nigdy dosyć; one to są skrzydłami, które nas podnoszą do Boga, owymi skrzydłami gołębicy, o jakie prosi prorok, aby być zaniesionym na łono prawdziwego spoczynku. Ale pragnień ziemskich, które zwracają się jedynie do dóbr znikomych tego świata, tych nie możemy mieć nigdy dosyć mało. Św. Augustyn nazywa je lepem skrzydeł duchowych. Trzeba też je powściągać stale bez względu na wszelkie pozory, które im dają do nas przystęp: bo pragnienia ziemskie są jako szkodliwe zwierzęta, co pustoszą winnicę naszej duszy.
Dusza św. Biskupa była całkowicie wolną od tych pragnień, o czym wiemy z następujących jego słów: ˝Chcę mało, a to, co chcę, chcę jeszcze mniej; nie mam prawie zupełnie pragnień, ale gdybym się na nowo urodził, nie miałbym żadnych˝. I prawdę powiedziawszy, ziemia niewiele warta, a niczym jest dla tych, którzy pragną nieba. Czas jest tylko cieniem przemijającym dla tych, co dążą do wieczności. Dusza, która tęskni za mieszkaniem wiecznym, nie znajduje tu na ziemi celu godnego swych pragnień.
Chociażby należało mieć dla Boga miłość nienasyconą i bez granic, ponieważ miłość Boża nie ma miary, jednak Święty uczy nas w swoim Teotimie, że nasza obojętność powinna rozciągać się nawet do postępu w cnotach, nawet do rzeczy, które się odnoszą do służby Boga i do darów łaski. Albowiem niewątpliwą jest prawdą, że namiętność pragnienia, chociażby przedmiot jej był najszlachetniejszy, potrzebuje być ustawicznie trzymaną na wodzy, bo ostatecznie jest to zawsze namiętność, która jako rumak ognisty, niehamowany wędzidłem, unosi nas pomimo naszej woli i wymyka się w końcu spod jej władzy zupełnie.
XII. Niemożliwą jest doskonałość bez wewnętrznego odrodzenia
Święty Biskup mawiał często, że łaska Boska, w swoich sprawach działa wedle porządku, jaki zachowuje natura w tworzeniu dzieł swoich. Natura rozpoczyna tworzenie każdej istoty od jej wnętrza; na przykład, nasienie rozwija się, rośnie i kiełkuje w ziemi, zanim wyda roślinkę na zewnątrz.
Podobnie i łaska Boża rozpoczyna działanie swoje wewnątrz nas, to jest, w duszy naszej; ją najpierw przetwarza a potem przez nią zmienia i całe życie nasze zewnętrzne.
Stosownie do tej prawdy postępował nasz Święty, kiedy chciał jaką duszę zwrócić od życia światowego do życia chrześcijańskiego. Nie mówił On jej wtedy, ani o zmianie stroju, ani o żadnej zewnętrznej rzeczy, ale zwracał się wprost do serca, wiedząc dobrze, że gdy ta twierdza zostanie zdobytą i reszta niedługo się ostoi. Gdy ogień miłości Bożej ogarnie serce, wszystko, co nie jest z Boga, wyda się nam bez wartości i porzucamy to z łatwością.
Razu jednego mówił ktoś św. Biskupowi ze zdziwieniem, że pewna osoba zacna i wielkiej pobożności, zostająca pod jego kierunkiem, nie przestała jeszcze nosić zausznic. ˝Zapewniam Cię, odpowiedział On, że osoba ta przystępuje do spowiedzi, okryta zawsze tak długim welonem, że nie wiem wcale jak wygląda. Zresztą, Rebeka, która równie była cnotliwą, jak ta osoba, nie utraciła, sądzę, nic ze swej świątobliwości, że nosiła zausznice dane jej przez Eliezera, w upominku od Izaaka˝.
Ta sama osoba kazała przyozdobić brylantami złoty krzyżyk, który nosiła na sobie; z tego powodu obwiniono ją przed Świętym o próżność. To, co uważacie za próżność, powiedział On, w moich oczach jest aktem pobożności, który mię buduje. Daj Boże, dodał, aby wszystkie krzyże były ozdobione brylantami! Użyć w taki sposób rzeczy zbytku światowego, znaczy obrócić łupy egipskie, na służbę przybytku. Zdobić sztandar zwycięski naszego zbawienia, jest to szczycić się w krzyżu Jezusa Chrystusa.
XIII. Piękne zdanie Taulera o doskonałości
Święty Biskup cenił bardzo jedno piękne zdanie Taulera, jakiego tenże nauczył się od prostego wieśniaka, który był mu mistrzem w życiu duchownym. Gdy zapytano tego wielkiego ascety, gdzie znalazł Boga: ˝Tam, odpowiedział, gdzie straciłem siebie samego, a gdzie siebie samego znalazłem, tam utraciłem Boga˝. Znaczenie tych słów przypomina nam dwa przeciwne sobie miasta: Babilon i Jerozolimę. Miłość własna człowieka, górując nad miłością Boga, zbudowała pierwsze z tych miast, które rozciąga się daleko, bo prowadzi aż do nienawiści Boga. Miłość Boga, panując nad miłością własną człowieka, wzniosła Jeruzalem, miasto święte, które rozciąga się równie daleko, bo prowadzi aż do nienawiści siebie samego.
Z tego wynika, że grzech niczym innym nie jest, jak odwróceniem się od Stwórcy a oddaniem się stworzeniu; łaska zaś, nawracając nas, sprawia tylko przeciwną zmianę, to jest, odrywa nas od stworzenia, a zwraca napowrót do Stwórcy. Tego to właśnie naucza nas Duch Święty, mówiąc, że nikt nie może służyć dwom panom: Bogu i mamonie (Mt. VI, 24), i że światłość nigdy w zgodzie z ciemnością być nie może, ani też Chrystus z Belialem (2 Korynt. VI, 14).
Umrzeć sobie i swoim namiętnościom aby żyć wedle nauki Jezusa Chrystusa: Oto prawdziwe życie i doskonałość chrześcijańska. Umierać dla Jezusa Chrystusa, aby żyć wedle natury i namiętności: oto droga, która prowadzi do śmierci wiecznej. Jeżeli żyjecie według ciała, mówi Apostoł, pomrzecie, ale jeśli według ducha sprawy ciała umorzycie, tedy żyć będziecie (Rzym. VIII, 13. ).
XIV. O różnicy pomiędzy grzechem powszednim a niedoskonałością
Nasz święty Biskup mawiał, że grzech powszedni jest zawsze w woli, bez zezwolenia której nie może być grzechu. Niedoskonałość przeciwnie, jest to poruszenie złe, bez rozmysłu uprzedzające zezwolenie woli. Na przykład śmiać się niepomiarkowanie z dobrowolnym upodobaniem, nie troszcząc się o mogące powstać stąd zgorszenie, jest grzechem powszednim; ale będąc niespodzianie pobudzonym do śmiechu, wybuchnąć nim mimowolnie, jest tylko niedoskonałością. Gniew dobrowolny może być grzechem powszednim; ale gdy spostrzegłszy się, natychmiast go potępimy i powściągniemy, staje się zwykłą niedoskonałością. Dlatego też zwykłe niedoskonałości nie są zupełnie przedmiotem spowiedzi, gdyż nie stanowią materii dostatecznej do ważnego rozgrzeszenia.
Co innego grzechy powszednie, te są dostateczną materią rozgrzeszenia, ale niekonieczną, bo można i w inny sposób otrzymać za nie przebaczenie.
Taką wskazówkę dał raz nasz Święty pewnej pobożnej duszy, której wprzód oznajmił, że to z czego się oskarżała, były same niedoskonałości, nie potrzebujące rozgrzeszenia.
Wiedzieć o tym rozróżnieniu jest pożytecznym, chociaż i dusze nie znające go, dojść mogą do wysokiej doskonałości.
XV. Doskonałość nie sprzeciwia się żadnemu powołaniu
Każdy, mówi Paweł św., w którym wezwaniu jest wezwan, w tym niechaj trwa (1 Korynt. VII, 20). Jedną ze szczęśliwości tego życia jest, bez wątpienia, umiłowanie stanu, w jakim nas Bóg postawił. Kto pożąda innego, nie znajdzie nigdy pokoju. Źle przyjmujemy zwykle gościa, którego chcemy się pozbyć. Jednak w tym, jak i w innych rzeczach, trzeba unikać wszelkiej przesady. Szacunek zbytni dla swego powołania zawsze kryje w sobie pewne próżności. To uczucie uwydatnia się w częstych i przesadnych pochwałach swego stanu, a nade wszystko w pogardzie, z jaką mówimy niekiedy o innych powołaniach. Mówić: ja nie jestem, jako inni ludzie (Łk. XVIII, 11), jest to stawać się podobnym do faryzeusza, który nie wyszedł ze świątyni usprawiedliwionym.
Oto jak mówi w tym przedmiocie święty Biskup do zakonnic nawiedzenia (to jest Panien Wizytek): ˝Córki nawiedzenia będą zawsze pokornie mówiły o swoim małym zgromadzeniu, przenosząc nad nie wszystkie inne co do ich zacności i powagi, ale jednak nad wszystkie inne swoje własne będą najbardziej miłowały, i przy nadarzonej sposobności zaświadczą chętnie, jak błogo żyją w tym powołaniu. Podobnie mężatki powinny przenosić swych mężów nad wszystkich innych, nie we względzie godności, lecz uczucia. Podobnie każdy ojczyznę swą, nad inne, nie tyle w szacunku, ile w miłości przenosi, a każdy żeglarz więcej ceni okręt, na którym podróżuje, niż inne chociaż bogatsze i lepiej zaopatrzone. Wyznawajmy otwarcie, że inne zgromadzenia są lepsze, bogatsze i doskonalsze, ale jednak bynajmniej nie powabniejsze i nie pożądańsze dla nas: ponieważ Pan nasz chciał, ażeby to było naszą ojczyzną i naszą łódką, i aby serce nasze zaślubione było z tym zakonem˝. Najlepiej jest dziecku na łonie jego matki, a najzdrowszy i najmilszy pokarm dla niego mleko matczyne.
Przypominam sobie, że święty Biskup, w szczególny sposób chwalił przyjaciela swego biskupa z Sal (Juvenala Ancynę), za to, że ten mąż świętobliwy, będąc kapłanem kongregacji świętego Filipa Neriusza w Rzymie, rzadko kiedy mówił o tym zgromadzeniu, a jeżeli wypadło mu coś powiedzieć, wyrażał się o nim w sposób najpokorniejszy, pomimo że przejęty był dla niego głęboką czcią i tkliwym przywiązaniem. Uczucia owego prałata względem tego zgromadzenia były tak szczere że je opuszczał ze łzami żalu i jedynie na wyraźny rozkaz Papieża, powołujący go do objęcia biskupstwa. Przeciwnie zaś, gdy mu się zdarzyło mówić o innych zgromadzeniach zakonnych, wyrażał się o nich zawsze z największymi pochwałami.
Taki to jest zwykły sposób mówienia świętych, w oczach których wszystko jest wielkie, wyjąwszy ich samych i tego, co się do nich odnosi. Oni wynoszą zacność dziewictwa, nie ganiąc małżeństwa; oni chwalą ubóstwo dobrowolne, nie potępiając bogaczy, zwłaszcza jeżeli ci robią dobry użytek ze swych bogactw; oni zalecają posłuszeństwo, nie lekceważąc władzy i zwierzchności; oni cenią życie wspólne, nie poniżając życia rodzinnego ani samotnego. Oni bowiem wiedzą, że istota doskonałości, nakazanej wszystkim chrześcijanom, wszelkiego stanu i powołania, zasadza się na miłości, bez której nikt nie może się spodziewać zbawienia; i że ta doskonałość może być zdobyta przez wszystkich bez wyjątku, ponieważ Bóg, bez względu na osoby, zlewa swe łaski zarówno na wszystkie serca, które chcą z nich korzystać.
XVI. Należy dążyć do doskonałości za pośrednictwem swego stanu
Nasz Święty mówił, że główną i najpoważniejszą sprawą każdego prawdziwego chrześcijanina powinno być: starać się bezustannie o udoskonalenie się w swoim powołaniu. To zaś staranie zależy na tym, aby używać wszelkich środków, jakie podaje stan, do postępu w miłości Boga i bliźniego.
Nie zapominajmy nigdy, że prawdziwa doskonałość chrześcijańska zasadza się jedynie na miłości: ponieważ żadna cnota bez miłości, nie może nas doprowadzić do ostatecznego celu naszego przeznaczenia, jakim jest chwała Boga. Bez miłości żadna cnota nie jest zupełną; miłość dopiero jest dopełnieniem wszelkich cnót. Dosięgnąć zatem tego dopełnienia, tego ostatniego stopnia doskonałości naszych czynów: powinno być celem usiłowań każdego, stosownie do natury i rozległości środków jego stanu.
Zaleca to nam Apostoł Paweł św. mówiąc: a nad to wszystko, miejcie miłość, która jest związką doskonałości (Kol. III, 14), a która nie tylko jednoczy nas z Bogiem, ale jeszcze łączy i wiąże z sobą wszystkie inne cnoty i zwraca je do prawdziwego ich celu, jakim jest Bóg.
XVII. Niesłuszność sądów ludzkich w sprawie zbawienia i doskonałości
Synowie ludzcy kłamliwi są w wagach, mówi Psalmista, aby oszukiwali sami z marności spólnie (Ps. LXI, 10). Jedni z nich, dla uwolnienia się od bojaźni Boga, która im nie daje pokoju, wmawiają w siebie: że Bóg jest zbyt dobry, aby miał karać za grzechy człowieka, człowieka tak ułomnego, podległego tylu słabościom, i którego skłonności pociągają tak gwałtownie do złego. Inni jeszcze bezbożniejsi, łudzą się w tym samym zamiarze, że Bóg nie widzi spraw ludzkich, albo się nimi wcale nie zajmuje. Są znów i tacy, którzy wpadając w przeciwną ostateczność, wyobrażają sobie Boga strasznego, tylko uzbrojonego w gromy i gotowego uderzać i karać grzesznika z upodobaniem. Ci żyją też w ustawicznej trwodze. Zapominają oni, że miłosierdzie Boże, w skutkach swoich, jest daleko większe, jak sprawiedliwość i przewyższa wszystkie dzieła Jego (Ps. CXLIV, 9), i że ono to powstrzymuje karzącą prawicę Pana w najsprawiedliwszym nawet Jego gniewie Ps. LXXVI, 103).
Tę sprzeczność pojęć brał nieraz nasz Święty za przedmiot rozumowania w swoich publicznych i prywatnych napomnieniach: Mawiał tedy: ˝ci, którzy są tak przewrotni, że nie dbają zupełnie o swoje zbawienie, czynią albo za wiele, albo za mało złego. Czynią za wiele złego, jeżeli mając jeszcze w sercu nieco światła wiary, wierzą w istnienie piekła: ponieważ w takim razie, choćby przez miłość własną, powinniby bać się powiększenia swoich win, które zmuszają niejako sprawiedliwość Boską do surowego obejścia się z nimi. Czynią zaś za mało, jeżeli stracili zupełnie wiarę i nie lękają się niczego w życiu przyszłym˝.
Ale trudno jest, dodawał św. Biskup, zejść do tego stopnia bezbożności i rozpaczy, aby urągać zuchwale okropnym męczarniom jakie wedle zapewnienia wiary zgotowane są w wieczności tym, którzy umierają bezbożnie. Zaiste! trzeba by być gorszym od samych potępieńców, ażeby powiedzieć naprawdę: nie lękam się potępienia!
Co się zaś tyczy tych, którzy nie wyrzekli się zbawienia, i co mają nadzieję pracować na nie, oni także wedle słów św. Biskupa, czynią za wiele, albo za mało. Czynią za wiele złego, aby mogli dojść do tego celu; bo zaniedbują się w dobrym i nie dość nad sobą czuwają. Pod zgubnym pozorem, że Bóg jest bardzo miłosierny i przebacza łatwo, wyobrażają sobie, że nie jest koniecznym dla zbawienia być ścisłym wykonawcą prawa Bożego. Czują się oni upoważnieni dobrocią Boga do obrażania Go i liczą na bezkarność ale jest to nadzieja fałszywa, niebezpieczna i zawodna. Co się tyczy dobrego, czynią go za mało, a i to niewiele jest jeszcze spełnione tak niedoskonale, że nie zasługuje na miano dobrego. Są oni tak niedołężni, że ich dobre dzieła, jako strzały dziecinną ręką puszczone, nie mogą trafić do celu.
Niestety! Jakże mało znajduje się takich, nawet pomiędzy pobożnymi, którzy by mieli na względzie we wszystkich swoich sprawach ten cel ostateczny: obrócenia ich wyłącznie na chwałę Bożą. A jednak jest to konieczny warunek do pozyskania zbawienia.
XVIII. Należy korzystać ze swych niedoskonałości
Komary i muchy są mniej lub więcej w lecie dokuczliwe, ale bynajmniej nie okrutne. Wystawiają one na próbę jednostajność naszego usposobienia, ale nie cierpliwość. Nie przywołuje się na pomoc tej wielkiej cnoty przeciw tak małej przykrości.
Znajdują się osoby z tak drażliwym sumieniem, że najmniejsza niedoskonałość je gniewa; potem zaś oburzają się na siebie za swe uniesienie, i oburzenie to jest często większą winą, aniżeli poprzedni gniew. Wszystko to pochodzi z ukrytej miłości własnej, która jest tym trudniejszą do uleczenia, im mniej ją w sobie widzimy. Osoby te mają tak dobrą opinię o sobie, że uważają się za doskonałe, i dlatego trapią się, gdy dostrzegą w sobie jakie błędy lub niedoskonałości. Można je przyrównać do tych nierozumnych pieszczochów, co zajęci ciągle swoim zdrowiem, lada dolegliwość uważają za chorobę i ciągłymi lekami i ostrożnościami niszczą wreszcie naprawdę swój organizm.
Nasz Święty mawiał w tym względzie, że uszkodzenia szańców odłamkami ich naprawiać należy, tj. że trzeba korzystać nawet z własnych niedoskonałości, obracając je na ugruntowanie się w odważnej pokorze i w silnej nadziei, wtenczas nawet, kiedy wszelka jej rękojmia znikać się zdaje. Tym sposobem wyciągniemy wielkie korzyści zbawienia z tego nawet, co zdawało się dla niego groźnym. Nasze niedoskonałości, pisał On do pewnej duszy podobnie zaniepokojonej, nie powinny się nam podobać i trzeba wołać z Apostołem: O jakże nędznym jestem! któż mię wyzwoli z ciała śmierci? ale nie powinny one bynajmniej nas dziwić i pozbawiać odwagi. Wśród nich nabywamy cnót: poddania się, pokory i nieufności w nas samych; ale strzeżmy się zniechęcenia, smutku, a tym bardziej zwątpienia o miłości Boga względem nas; bo chociaż Bogu nie mogą się podobać nasze niedoskonałości i grzechy powszednie: jednak kocha On nas, bez względu na nie... Dlatego to król Dawid słusznie mówił do Pana: Bądź litościw nade mną, o mój Boże, ponieważ chory jestem (Ps. VI, 3).
Nabierając w ten sposób męstwa wśród naszych niedoskonałości, staniemy się podobni do Apostoła, którego duch potężniał w miarę, jak słabło ciało. Jeżeli umiemy się upokarzać na widok naszych ułomności, korzystamy już z nich wiele, bo nabywaniem pokory, tej doskonałej cnoty, wynagradzamy sowicie uszczerbki, wyrządzone nam przez te ułomności.
XIX. Wierność w małych rzeczach, jest podstawą doskonałości
Święty Biskup powtarzał często te słowa ksiąg świętych: Kto zaniedbywa drogi swojej umęczon będzie (Przypow. XIX, 16). Kto gardzi małymi rzeczami, pomału upadnie (Ekli. XIX, 1).
Zdaniem też jego było, że wielka wierność względem Boga okazuje się w małych rzeczach, a wierność niedoskonała i zwykła w nadzwyczajnych zdarzeniach. Kto nie wydaje bez potrzeby grosza nawet, ten daleko staranniej zaoszczędzi znaczną sumę. Nie chwali jednak Święty umysłów skrupulatnych, zajmujących się dziecinnymi drobnostkami; ale przeciwnie, zaleca jak najusilniej świętą swobodę ducha we wszystkich sprawach i pragnie tylko, abyśmy kochali Boga miłością czujną, baczną, dokładną i wierną w najmniejszych nawet rzeczach.
A czego On nauczał, sam spełniał to najdokładniej; był bowiem we wszystkim najakuratniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałem. Bez żadnego pośpiechu lub zaniepokojenia, Święty postępował zawsze i we wszystkim prostą drogą sprawiedliwości i nie zbaczał z niej nigdy. W sprawowaniu służby Bożej publicznej, jak również i w prywatnych swoich modlitwach, zachowywał wszelkie przepisane obrzędy. Nie zaniedbywał też nigdy żadnego obowiązku grzeczności i uprzejmości. Nie okazał się nigdy znudzonym, ani znużonym natrętnością tych, których grzeczności i nadskakiwania były zbyt długie i nieznośne.
Nie zdarzyło się, aby komu przerwał mowę lub mniej grzecznie odpowiedział. Najlepsza igła magnesowa nie zwraca się tak dokładnie ku północy, jak dusza jego zwracała się ku dobru. Bóg sam był biegunem, który przyciągał jego serce. Często też powtarzał ze św. Pawłem: Niechaj się wszystko czyni między wami z przystojnością i w porządku (I Kor. XIV, 40).
XX. O wierności w małych rzeczach
Pyłki unoszące się w powietrzu, niewidzialne są dla nas w cieniu; ale widzimy je wyraźnie i w ogromnej ilości w promieniach słońca.
Podobnie się dzieje i z duszą naszą: im więcej w niej światła łaski Bożej, tym jaśniej ona widzi swoje najdrobniejsze błędy i tym gorliwiej poprawia się z nich, stając się coraz doskonalszą w wierności Bogu w małych rzeczach. O Panie, mówi Psalmista, odsłoń oczy moje: a przypatrzą się dziwom zakonu Twego; i jeszcze: Rozmyślałem drogi moje, a obracałem drogi moje ku świadectwom Twoim (Ps. CXVIII, 18. 59).
Pewnego razu bawiono się wobec świętego Biskupa w jakąś grę, w której jeden z grających oszukiwał drugiego. Święty, któremu się to nie podobało, napomniał łagodnie winnego.
- Mała to rzecz, odpowiedział, my gramy tylko po groszu.
- A cóżby było, zagadnął Święty, gdybyście po złotówce grali? Kto jest wierny w małych rzeczach, będzie i w większych; kto nie śmie wziąć szpilki, ten nie poważy się sięgnąć i po talary.
Powtarzał też często: ˝Wielka wierność względem Boga zależy na powstrzymywaniu się od najmniejszych błędów; gdyż wielkie są same przez się straszne, i dlatego łatwiej jest nam ich uniknąć˝. Możemy być spokojni i pewni, że zasada ta dobrze zrozumiana i zastosowana, nie prowadzi do żadnych skrupułów: Gdyby mogła być pod tym względem szkodliwą, nie byłaby pewnie tak ukochaną przez Świętego, który sam bynajmniej nie podlegał skrupułom i umiał tak zręcznie wykorzeniać je w drugich.
Nie zapominajmy zresztą, że wielka zachodzi różnica pomiędzy unikaniem małych niedoskonałości jedynie przez miłość dla Boga, a pomiędzy unikaniem ich dla jakiejś niewolniczej bojaźni. Ta ostatnia właśnie pobudka jest dogodną podstawą dla skrupulatów, którzy zwykle ślepo przywiązują się do siebie samych i do swoich urojeń.
XXI. Jak należy podnosić się z upadków
Święty Biskup nauczał: kiedy zdarzy się komu potknąć lub upaść na duszy, powinien natychmiast powstać zwolna i spokojnie, albowiem pośpiech i zamieszanie mogłoby narazić na nowy, jeszcze niebezpieczniejszy upadek.
Oto, co mówi On w tym przedmiocie: ˝Kiedy się nam przytrafi wykroczyć w czym przez nagły wybuch miłości własnej lub namiętności naszych, uniżmy natychmiast jak najbardziej serce nasze przed Bogiem i wołajmy w duchu ufności i głębokiej pokory: Zmiłuj się nade mną Panie, bomci chory! (Ps. VI, 3). Następnie powstańmy w pokoju i w cichości ducha, a związawszy rozerwaną chwilowo nić miłości naszej dla Boga, prowadźmy dalej naszą pracę.
Nie należy zrywać strun, ani ciskać lutni, gdy się dosłyszy niezgodność w jej tonach; potrzeba tylko pilnie się wsłuchać, skąd płynie fałszywy ton; a potem ostrożnie naciągnąć albo zwolnić stronę, stosownie do potrzeby˝.
Tym, którzy utrzymywali, że każdy powinien sądzić siebie surowo, odpowiadał: Prawda powinniśmy być sędziami względem nas samych; ale każdy sędzia naraża się na niebezpieczeństwo popełnienia niesprawiedliwości, jeżeli wydaje sąd porywczo albo pod wpływem jakiej namiętności, bo ażeby sądzić sprawiedliwie, potrzebuje on mieć umysł spokojny, wolny od wszelkiej stronniczości: tak też dla sprawiedliwego osądzenia samego siebie, potrzeba być wolnym od zamieszania, uprzedzeń i mieć pokój w duszy.
XXII. O sprostowaniu intencji
Zapytywano mię nieraz, czy spełniwszy jaki dobry uczynek bez żadnej intencji, można brak jej dopełnić i czyn sam uświęcić przez dobrą intencję, później uczynioną?
Odpowiem na to najlepiej własnymi słowy św. Biskupa: ˝Jeżeli czasami, mówi On, czyn zewnętrzny, ze zwyczaju, uprzedza uczucie wewnętrzne, niechże przynajmniej zaraz za czynem nastąpi intencja. Jeżeli np. zanim się ukłoniłem zewnętrznie memu zwierzchnikowi, nie miałem ku niemu wprzód tego uczucia uszanowania wewnętrznie, niechże ono przynajmniej towarzyszy ukłonowi lub zaraz po nim następuje˝.
Zresztą dlaczegoż byśmy nie mogli czynić pożytecznymi dla zbawienia naszych czynów, nadając im, już po ich dokonaniu, dobrą intencję, jeżeli przez pokutę, która następuje po grzechu, możemy odzyskać łaskę i pojednać się z Bogiem. Jeżeli skruszona i upokorzona dusza, mocą łaski Bożej która na nią wtedy spływa, może zgładzić wszystkie nieprawości swoje: czemuż by nie mogła, mocą tejże łaski, dobrego zamienić na lepsze i podnieść do zasługi wiecznej, jakiś uczynek, który, chociaż ze swej natury dobry, miałby jednak, przez zbyt ziemską intencję, tylko doczesną wartość.
Podobnie jak krzywe drzewo lub żelazo, za pomocą gorąca, da się wedle woli naszej naprostować, tak też, skrzywiona doczesnością intencja każdego czynu dobrego prostuje się ku niebu przez święty ogień miłości Bożej.
XXIII. O wymówkach
Ogólnie mówiąc, pożyteczniej jest oskarżać się, aniżeli się uniewinniać; jednak tak w jednym, jak i w drugim razie, należy być rozsądnym i roztropnym.
Prawdą jest, co mówi Pismo święte, że sprawiedliwy pierwszy oskarża samego siebie; wyznaje on szczerze swe błędy i ułomności, aby wywołać zbawienne upomnienia. Prawdą jest również, że uniewinnianie się ze swych błędów jest poniekąd złem, bo może dowodzić fałszywego o nich sądu. Gdyby pierwsi nasi rodzice nie wynajdywali byli wymówek, to na niewiastę, to na węża; gdyby byli wyznali swój grzech szczerze i ze skruchą: zgnietliby niezawodnie jadowitą żmiję i uleczyli natychmiast ranę swej duszy, a Bóg, który sam wzywał ich do tego łaskawie, pytając: Adamie gdzie jesteś! przebaczyłby im w miłosierdziu swoim. Takie jest w tym przedmiocie zdanie wielu świętych doktorów Kościoła.
Dlatego Dawid woła w psalmach swoich: Postaw Panie straż ustom moim: a drzwi osadzone wargom moim. Nie nachylaj serca mego ku słowom złośliwym, ku wymawianiu wymówek w grzechach (Ps. CXL, 3-4). Ten święty król nazywa złośliwymi słowami wymówki, którymi staramy się pokryć nasze winy.
Jednak i w tym względzie, ażeby być sprawiedliwym, należy się zachować roztropnie. Oto, co zaleca nasz Święty w tej mierze: ˝Bądźcie sprawiedliwi, mówi On, ani oskarżajcie, ani uniewinniajcie bez dojrzałej rozwagi biednej waszej duszy: uniewinniając bezzasadnie, możecie uczynić ją zuchwałą; obwiniając zaś lekkomyślnie, możecie osłabić jej odwagę i uczynić ją bojaźliwą. Postępujcie z prostotą, a iść będziecie niezawodnie z ufnością˝.
Słyszałem także z ust Jego to piękne zdanie: ˝Kto uniewinnia siebie niesłusznie i wykrętnie, obwinia się jawnie i prawdziwie; kto zaś oskarża się szczerze i pokornie, zasługuje na to, aby go wytłumaczyć łagodnie i darować mu winę z miłością˝.
Wyznanie szczere i pokorne, mówi św. Ambroży, jest prawdziwym na grzechy lekarstwem dla żałujących za nie.
XXIV. O duszach nazbyt czułych dla siebie samych
Nasz święty Biskup miał z natury usposobienie nadzwyczaj słodkie i tkliwe, ale ta słodycz jego charakteru połączona była z wielką mocą ducha. Dlatego nie lubił on dusz miękkich i zbyt czułych dla siebie, i usposobienie takie zwalczał wszędzie, gdziekolwiek je dostrzegł. Odróżniając zupełnie tę czułostkowość od słabości i ułomności, które naturze ludzkiej są jakby wrodzone, Święty miał wiele wyrozumienia dla grzeszników, a szczególniej dla tych, którzy upadli bardziej z ułomności i krewkości ciała, aniżeli z rozmyślnej złości; ale dla zbyt rozczulających się nad sobą był nieco ostrym, i surowym. Tę miękkość duszy i ciała, zarówno jak zbytnią wrażliwość, uważał za zupełnie przeciwną prawdziwej i gruntownej pobożności, ponieważ obie te wady pochodzą ze szkodliwej miłości własnej.
Zalecając innym surowość dla siebie samych, św. Biskup praktykował ją przede wszystkim we własnym życiu; nie uskarżał się też prawie nigdy na dolegliwość ciała lub ducha, jakie go dotykały.
Tym duchem mężnego znoszenia wszelkich przeciwności umiał On tak dobrze natchnąć swe córki duchowne ze zgromadzenia Wizytek, że wiele z nich znosiło najdotkliwsze nawet cierpienia, nie skarżąc się na nie, w tym przekonaniu, że wszelkie użalenie się jest oznaką pieszczenia się i zbytniej dla siebie czułości, niegodnej zakonnic, które ślubują szukać ulgi i wytchnienia tylko u stóp Ukrzyżowanego. I tak, jedna z tych zakonnic, na godzinę przed śmiercią, ściśnięta wszystkimi boleściami konania, nie śmiała nawet powiedzieć, że cierpi, z obawy, aby przez to nie obrazić naszego Boskiego Zbawiciela. Ta świątobliwa dusza, posunęła tu za daleko swą surowość; zapomniała bowiem, że sam Chrystus Pan, zawołał z krzyża: Boże mój, Boże mój, czemuś mię opuścił? (Mt. XXVII, 46), i że w ogrodzie oliwnym rzekł do uczniów swoich: smutna jest dusza moja aż do śmierci (Mt. XXVI, 38), że więc nie każda skarga w cierpieniach jest grzechem. Niemniej jednak godną podziwienia jest ta siła duszy w utrapieniach życia, jaką Święty założyciel natchnął swe córki duchowne.
Co się tyczy chorych, wymagał On, aby ci opowiedzieli po prostu, co im dolega, nie zmniejszając choroby przez fałszywe męstwo, ani też jej nie powiększając przez pieszczenie się i gnuśność. Nadto zalecał ścisłe wypełnienie wszelkich przepisów lekarzy.
Co do smutków wewnętrznych, pewnej osobie, która się użalała ze zbytnią dla siebie tkliwością na oschłość w modlitwie, powiedział: ˝Przywiązujemy się zawsze do słodyczy i rozkoszy pociech, a jednak cierpkość oschłości jest dla nas pożyteczniejszą; i chociaż Piotr św. lubił górę Tabor, a pragnął uciec od góry Kalwarii, jednakże ta ostatnia nie przestanie być nam droższą, a krew na niej wylana pożądańszą od jasności okazanej na pierwszej˝. A zresztą, dodawał, ˝zdrowiej jest pożywać chleb bez cukru, aniżeli cukier bez chleba˝.
XXV. O życiu zamarłym i o śmierci ożywiającej
˝Potrzeba, mówił św. Franciszek, abyśmy żyli życiem zamarłym i umierali śmiercią żywą, to jest, ożywiającą nas w życiu ukochanego Króla i słodkiego Zbawiciela naszego˝.
Te sprzeczne pojęcia, które pozornie nie mogą zgodzić się z sobą, są sposobem mówienia Pisma świętego. Św. Paweł mówi: Umarli jesteście, a życie wasze ukryte jest z Jezusem Chrystusem w Bogu (Kol. III, 3). I dalej: Chrystus umarł dla nas, aby ci którzy żyją, nie żyli więcej samym sobie, ale Temu, który umarł i zmartwychwstał dla nich (II Kor. V, 15). A mówiąc sam o sobie powiada: Żyję ja, już nie ja, ale Jezus Chrystus żyje we mnie (Gal. II, 20).
Żyć życiem zamarłym, znaczy to żyć nie wedle zmysłów i skłonności przyrodzonych ale wedle ducha wiary. Takie życie jest niejako letargiem natury i ciała, ale jest prawdziwym życiem ducha. Takie umorzenie nas samych i naszej własnej woli jest prawdziwym życiem duszy, gdyż ono polega na miłości, której znów wyłączną cechą jest nie szukanie w niczym własnego upodobania. Tak żyć, znaczy to umorzyć w sobie starego człowieka, aby się duchownie odrodzić w nowego.
Umierać zaś śmiercią ożywiającą, jest to umartwiać i krzyżować ciało ze wszystkimi jego pożądliwościami, aby wskrzesić w sobie życie łaski, jakie nam wysłużył, życiem, męką i śmiercią swoją Pan i Zbawiciel nasz Jezus Chrystus.
Zaprawdę, jeżeli nie umieramy z Jezusem Chrystusem, nie będziemy też z Nim żyli (II Tym. II, 11).
XXVI. Chwała Boska jest celem zbawienia naszego
˝Wszystko, co czynimy dla zbawienia naszego, mówił św. Biskup, jest pełnieniem służby Bożej, bo i sam Zbawiciel na tym świecie sprawował jedynie nasze zbawienie˝.
Ażeby dobrze zrozumieć to zdanie, należy wiedzieć, że służyć Bogu dla nagrody, dla samego nawet nieba, nie znaczy to bynajmniej szukać przede wszystkim chwały Bożej. A jednak ostatecznym celem, dla którego Bóg stworzył niebo i wszystkie rzeczy jest chwała Jego, nie zaś zbawienie ludzi; to ostatnie jest tylko celem pośrednim dzieł Boga i środkiem pomnożenia chwały Bożej, tego ostatecznego kresu wszechistnienia.
Dobrze to zrozumiał Król Prorok, gdy nazywając szczęśliwymi mieszkańców niebieskich przybytków, nie zasadza właśnie ich szczęścia na posiadaniu skarbów, rozkoszy i chwały nieba, ale na tym głównie, że w niebie będą oni chwalić Boga, po wszystkie wieki wieków (Ps. 83, 5). Dlatego to prawdą jest, że cokolwiek bądź czynimy dla zbawienia naszego, służymy przez to Bogu, bylebyśmy tylko chwałę Bożą uważali za cel naszego zbawienia.
Wiemy dobrze, że Zbawiciel nasz przyszedł na ten świat jedynie po to, aby sprawować zbawienie nasze dla chwały Ojca niebieskiego, jak to sam powiedział: Jać nie szukam chwały swej: jest który szuka i sądzi (Jan. VIII, 50-54).
Przy czym oświadczył, że gdyby szukał chwały swojej, chwała ta niczym jest, to jest byłaby próżną, bo nie sam Bóg byłby głównym jej celem. Tak też mamy rozumieć to, co w składzie apostolskim powiedziano jest o Jezusie Chrystusie, że z miłości dla nas i naszego zbawienia zstąpił z nieba, wcielił się, stał się człowiekiem i był ukrzyżowan. Te słowa dla nas nie znaczą bynajmniej, abyśmy mieli być ostatecznym celem, wcielenia i męki Jezusa Chrystusa: końcem bowiem i koroną tajemnicy Odkupienia, jest chwała Boga; nasze zaś zbawienie i nasze szczęście wieczne to tylko cel pośredni.
W tym przedmiocie panuje wielka nieświadomość pomiędzy większością chrześcijan. Jeżeli zapytamy ich, dlaczego wykonywają dobre uczynki, odpowiedzą nam bez wątpienia, że czynią to dla zbawienia swego. Ale gdy dalej pytać ich będziemy, dlaczego tak usilnie pragną zbawienia: usłyszymy z ust ich szczerą odpowiedź, że celem ich pragnień jest posiadanie dóbr przyrzeczonych wybranym w niebie; płynącą zaś z ich zbawienia chwałę Bogu jedynie należną, uważają oni za cel podrzędny.
XXVII. Niezadowolenie ze swego stanu jest niebezpiecznym dla zbawienia
Nie masz nic zwyklejszego wpośród ludzi żyjących na świecie, a nawet i po klasztorach, jak niezadowolenie ze swego stanu. Kiedy nieprzyjaciel zbawienia nie może nas skłonić do złego przez oczywiste pokusy, naciera wtedy podstępem; gdy nie ma sposobu zachwiać nas w cnocie, usiłuje przynajmniej niepokoić; a jednym z tych nieznośnych niepokojów, jakie szatan obudza w duszy, jest niesmak i niezadowolenie ze swego powołania.
Duch Święty upomina nas w księgach świętych, aby każdy trwał w stanie, w jakim go Bóg postawił; duch zaś kłamstwa, przeciwnie, pobudza do porzucenia swego stanu tych, którzy w nim żyją po Bożemu, aby, gdy obiorą sobie inny, przywieść ich łatwiej do upadku.
Dlatego to niezmiernie ważną jest rzeczą w sprawie zbawienia, trzymać się mocno w łódce, w jakiej nas Bóg umieścił; w tej bowiem pewniej jak w każdej innej przebędziemy szczęśliwie burzliwe morze tego życia i dobijemy do bezpiecznego portu wieczności.
Tak myślał w tym względzie nasz Święty. ˝Nie pragnij, mówi On, zajmować się czym innym ale tylko tym, czym zajmować się powinieneś. Nie zasiewaj pragnień twoich w cudzym ogrodzie; swój własny tylko dobrze uprawiaj. Nie pragnij być tym czym nie jesteś. Myśl pilnie, abyś stawał się coraz doskonalszym, w swoim stanie, abyś nosił dobrze krzyże mniejsze czy większe jakie tam napotkasz. Wierzaj mi, jest to wielka, a jednak tak mało pojmowana prawda życia duchownego, że każdy kocha wedle upodobania swego, ale mało jest takich, którzy by kochali z powinności i wedle upodobania Boskiego. Na co się nam przyda budować pałace w Hiszpanii, jeżeli musimy mieszkać we Francji? Jest to moja stara nauka, którą powinniście już dobrze zrozumieć˝.
XXVIII. Zamiłowanie w słowie Bożym jest znakiem doskonałości
Podobnie jak dobry apetyt jest pewnym znakiem zdrowia ciała, tak i apetyt duchowy, czyli zamiłowanie słowa Bożego, pozwala dobrze sądzić o zdrowiu duszy. Rzeczy święte i rozmowy duchowne są zawsze bardzo miłe duszom świątobliwym.
Umiłowanie słowa Bożego, mówi św. Bernard, jest jednym ze znaków przeznaczenia do nieba; jest ono prawdopodobnie cząstką tego łaknienia i pragnienia sprawiedliwości, które Zbawiciel zalicza do ośmiu błogosławieństw.
Niepodobna, zaiste, pragnąć swego udoskonalenia, a nie słuchać chętnie tych, którzy nam ukazują środki prowadzące do niego. Często jednak ci, którzy chętnie słuchają słowa Bożego, popełniają ważny błąd, przywiązując się do tego lub owego kaznodziei, a przecież chleb żywota może zawsze duszę nakarmić bez względu na osobę, przez którą Bóg go nam podaje! Skądże to więc pochodzi, że pomiędzy kaznodziejami jedni są mniej słuchani, jak drudzy? Najczęściej pochodzi to nie z winy kaznodziei, ale z powodu niesprawiedliwych pod tym względem sądów ludzi. Świat zatopiony w uciechach nie smakuje zupełnie w mówcach, którzy twardą mówią prawdę, lubuje się zaś w tych co mu schlebiają. Lecz Duch Święty mówi: Bóg połamie kości tych, którzy się podobają ludziom (Ps. LII, 6). Jeślibym się ludziom podobał, mówi Apostoł Paweł św., nie byłbym sługą Chrystusowym (Gal. I, 10).
Największa część słuchaczów chciałaby, jak ów człowiek, o którym mówi Prorok, aby mówiono co się im podoba; inni znów żalą się, jak ten król izraelski na sługę Bożego, że im mówią o takich rzeczach, o których oni słuchać nie lubią. Ludzie chcieliby, aby im mówiono tylko o przebaczeniu i o miłosierdziu, ale niemiło im słuchać, gdy potępiają ich grzechy, gdy grożą zasłużonymi za nie karami i potępieniem, jeżeli pokuty czynić nie będą. Lekceważą kaznodziejów, którzy po prostu, bez sztuki oratorskiej ukazują drogi zbawienia; wychwalają zaś tylko tych, co wymownymi i pięknymi słowami głaszczą ich uszy.
˝Zauważyłem, mówi nam w tym przedmiocie św. Biskup, że gdy piszę do kogo na lichym papierze i nieszczególnym charakterem, on mi za to dziękuje z takim uczuciem, jakbym pisał do niego na najlepszym papierze i najpiękniejszym charakterem. A to dlatego, że nie zważa ani na lichy papier, ani na brzydki charakter, ale tylko na mnie piszącego. Tak samo i ze słowem Bożym postępować należy, nie zważając wcale na to, kto je nam głosi i podaje. To przekonanie bowiem, że sam Bóg raczy mówić i nauczać nas przez usta swoich kaznodziejów, powinno nas dostatecznie zniewolić do czczenia i szanowania ich osoby. Jeżeli chcemy napić się wody, aby nią ugasić pragnienie; jest nam obojętnym, czy ona będzie nam podaną w naczyniu srebrnym, czy też glinianym, lub szklanym; chodzi nam bowiem tylko o wodę a nie o naczynie.
Albo co może kogo obchodzić, jakie rury: z drzewa, z kamienia, czy z ołowiu sprowadzają wodę do fontanny, byleby ona miała piękny wytrysk i należycie zraszała ogród?
Podobnie jeżeli słowo Boże, jako rosa niebieska, upładnia rolę serc naszych i zaszczepia w nie Zbawiciela, osoba kaznodziei powinna być nam obojętną˝.
XXIX. Święci nie pragną długiego życia
Podziwiając pewnego razu, siłę i czerstwość ciała świętego Biskupa, Jego wielką wstrzemięźliwość w jedzeniu, roztropność w oszczędzaniu swego zdrowia dla służby Bożej, powiedziałem Mu, że wszystko to obiecywało Mu długie życie. Miał On wtedy lat 42 lub 43.
- Długie życie, odpowiedział mi, jest tylko wtedy najpożądańsze, kiedy obraca się na służbę Bożą. Potem odezwał się słowami Proroka: Ach! ja nieszczęśliwy, że się mieszkanie moje przedłużyło! Mieszkałem z obywatelami Ceder, (w ciemności) długo przebywała dusza moja (Ps. 119, 5-6).
Sądząc że słowa te wyrażały tęsknotę za katedrą genewską, którą nazywał ukochaną swą oblubienicą, przytoczyłem mu inny tekst Pisma świętego: Siedzieliśmy nad brzegami wód babilońskich i tam płakaliśmy wspominając na Syjon (Ps. 136, 1).
- O! nie, odpowiedział mi, nie to wygnanie jest mi tak ciężkie; alboż mi niedobrze przebywać w tym miejscu mojego schronienia, w drogim Annezjum? Ja mówię o wygnaniu tego życia, bo dopóki tu żyjemy, czyż nie jesteśmy wygnańcami Boga i niebieskiej ojczyzny naszej? Nieszczęsny ja człowiek, kto mię wybawi od ciała tej śmierci? Nic innego, jedno łaska Boża przez Jezusa Chrystusa Pana naszego (Rzym. VII, 24-25).
Nie macie powodu, odrzekłem, narzekać na to życie, w którym wszystko się Wam uśmiecha i które jest dla Was jakby ciągłym tryumfem. Przyjaciele Was kochają, a nawet wrogowie naszej wiary Was szanują. Jesteście zaś pociechą i rozkoszą tych, którzy z wami obcują.
- Wszystko to, rzecze Święty, drobnostką jest i niewiele na to liczyć można. Ci, którzy śpiewali hosanna Synowi Bożemu, we trzy dni potem krzyczeli ukrzyżuj Go. Zresztą, nad wszystko droższą mi jest moja dusza i zapewniam cię, że gdyby kto mógł przyrzec mi na pewno, drugie tyle, ilem już przeżył, i że żyć będę, bez żadnych boleści i przeciwności, a we wszelkich pomyślnościach i rozkoszach jakich tylko w tym życiu zapragnąć można, nie ucieszyłoby mię to bynajmniej.
Jakże małą wartość ma wszystko doczesne dla tego, kto spogląda w wieczność. Lubię niezmiernie te piękne słowa św. Ignacego Lojoli: O! jak obrzydłą wydaje mi się ziemia, - gdy wpatruję się w niebo! Quam sordet mihi terra, dum coelum aspicio!
XXX. Pragnienie śmierci
Zapytujecie mię, czy godzi się pragnąć śmierci dlatego, aby Boga więcej nie obrażać.
Oto co słyszałem od naszego Świętego w tym przedmiocie. Zawsze jest rzeczą niebezpieczną życzyć sobie śmierci, gdyż to się bynajmniej nie zgadza ze zwykłym usposobieniem duszy, w jakim znajdować się powinniśmy względem zbawienia. Pragnienie to właściwe jest albo duszom stojącym na wysokim stopniu doskonałości, albo też ludziom zniechęconym do życia i w ogóle do wszystkiego.
Powoływać się w tym względzie na przykład Świętych, jak Dawida, Pawła Apostoła i innych, byłoby zaiste wielką zarozumiałością; bo ażeby pragnąć śmierci tak jak oni, potrzeba by mieć i tę świętość do jakiej oni doszli. Chcieć zaś umrzeć z przyczyny nudów, melancholii lub ze złości, jest to być bliskim rozpaczy.
- Ale mówią niektórzy, że tylko dlatego pragną śmierci, aby Boga więcej nie obrażać; ważna to racja, lecz trzeba by niesłychanej nienawiści grzechu, aby móc się zdobyć na podobne pragnienie: sami bowiem święci, jeżeli pragnęli umrzeć to raczej dla cieszenia się Bogiem i dla tym godniejszego uwielbienia Go, aniżeli z obawy popełnienia grzechu. W ogóle można powiedzieć, że pod osłoną takiego życzenia kryje się prawie zawsze jakieś złudzenie.
Jest tam pewnie coś w życiu, co się nam nie podoba, i co je czyni nieznośnym: dlatego też radzi byśmy się go pozbyć; ale ta prawdziwa przyczyna pragnienia śmierci ukrywa się zwykle w sercu, a na ustach brzmi tylko chęć wielbienia Boga, lub też nie obrażania Go więcej. Czegóż jednak spodziewają się po śmierci ludzie niezadowoleni ze swego życia? Zapewne chcą pójść do nieba? Ale aby się tam dostać, nie dość jest nie grzeszyć; trzeba nadto czynić dobrze i to jeszcze w taki sposób, aby te dobre uczynki zasługiwały na niebo. Jeżeli zaś pragną dostać się do czyśćca, można ich zapewnić, że w chwili gdyby znaleźli się na progu czyśćcowym, odwołaliby to nieroztropne życzenie i błagali o powrót do życia, dla czynienia na ziemi mniej surowej pokuty, aniżeli ta, którą by musieli odbywać w tym miejscu najsprawiedliwszej i najsurowszej wypłaty.