Rozdział I
- Nell, coraz bardziej cię lubię.
- Musi tak być, mój panie Joe, a jak będziesz to często powtarzał, to stanie się to prawdą.
Dziewczyna mówiła prosto, bez zwykłej u niej żartobliwości. Wesołe słówka, łobuzerskie uśmieszki i cień kokieterii zdawały się być nieodłącznym orężem Nell, ale teraz jej poważny ton i niemal tęskne spojrzenia zbijały Joego z tropu.
Podczas długiej podróży przez góry dziewczyna była wesoła i pogodna, teraz zaś, kiedy mieli się rozstać, być może na zawsze, odkrywała przed nim głębsze i poważniejsze oblicze swego charakteru. Jak nic innego tłumiło to jego śmiałość. Nagle uświadomił sobie prawdziwe znaczenie miłości kobiety, gdy ta obdarza nią bez ograniczeń. Świadom, że ani trochę jej nie rozumie oraz że dla niego była to jedynie gra, wpatrywał się w widniejący przed nimi dziki krajobraz.
Owa scena swoim spokojem oddziaływała na parę młodych ludzi, umacniając w nich przekonanie, że stoją oto u bram nieznanego Zachodu; że gdzieś za tą prymitywną osadą na pograniczu, tam hen w nietkniętych lasach ciągnących się przed nimi, ciemnych i milczących, będzie ich przyszły dom.
Od wysokiego brzegu, na którym tkwili, teren stopniowo opadał i zwężał się aż do ostrego przylądka, ostatniego skrawka ziemi pomiędzy rzekami Allegheny10 i Monongahelą11. Ich bystre nurty łączyły się tam i tworzyły Ohio12. Nowo narodzona rzeka, nawet tutaj, w samych swoich początkach, dumna i wezbrana, jakby pewna już swej dalszej wielkości, zakreślała majestatycznie szeroki zakręt i ginęła pod listowiem puszczy.
Na wąskim cyplu stała długa, niska budowla otoczona palisadą, w której czterech narożnikach13 widniały małe domy w kształcie kostki, wystające tak, jakby usiłowały dostrzec, co dzieje się poniżej. Potężne belki, z których wzniesiono warownię, jej zwarta bryła oraz małe ciemne otwory wycięte w ścianach sprawiały, że wyglądała na groźną i niedostępną.
Poniżej, na brzegu, stało wiele chat z bali. Żółta glina wypełniająca szpary między belkami nadawała im osobliwy pasiasty wygląd. W pobliżu tych domostw panowały ożywienie i krzątanina, odcinające się ostro od cichego majestatu okolicznych lasów. Widać tam było także kryte płótnem wozy14, wokół których bawiły się kędzierzawe podrostki. Kilka koni skubało niską trawę, a sześć czerwonych i białych wołów przeżuwało rzucone im siano. Dymy z licznych ognisk wzbijały się w górę, przy płomieniach siedziały kobiety o ogorzałych twarzach, mieszające zawartość parujących kotłów. Jakiś mężczyzna machał mocno siekierą, a wyraziste odgłosy uderzeń rozbrzmiewały w powietrzu; inny wbijał w ziemię paliki, na których zawiśnie kociołek. Przed dużą chatą handlarz futer pokazywał swe towary trzem Indianom. Czerwonoskóry z wyciągniętego na brzeg canoe15 przynosił pęk skórek. Obok stała grupka ludzi, jedni patrzyli na Indian obojętnie, inni z zainteresowaniem. Dwoje dzieci wyglądało zza spódnic matek, okazując w połowie ciekawość, w połowie lęk.
Od tej sceny, której znaczenie dopiero doń docierało, Joe przesunął ponownie wzrok na swoją towarzyszkę. Ujrzał piękną twarz; była poważna, ale kryła się w niej zapowiedź niezliczonych uśmiechów. W niebieskich oczach Nell pojawił się błysk wesołości. Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na młodzieńca. Jej wzrok zmiękł i złagodniał, gdy padł na Joego, gdyż przyjemnie było patrzeć na jego szerokie bary oraz zgrabne i mocne ciało tropiciela jeleni.
- Posłuchaj - rzekła - znamy się dopiero trzy tygodnie. Odkąd dołączyłeś do naszej karawany wozów, dzięki twojej pomocy i uprzejmości, które pozwoliły mi przetrwać tę długą, ciężką jazdę, zyskałeś sobie moje uznanie. Ja... ja nie mogę wyznać ci więcej, choćbym i chciała. Powiedziałeś mi, że uciekłeś z wirginijskiego domu, żeby na pograniczu szukać przygód, że nie znasz nikogo w całym tym dzikim kraju. Powiedziałeś, że mógłbyś nawet, czemu nie, pracować na roli. Być może moja siostra i ja nie nadajemy się do tego życia równie dobrze jak ty, ale musimy trzymać się naszego stryja, bo nie mamy żadnego innego krewnego. Przyjechał tutaj, żeby dołączyć do braci morawskich, głosić Indianom Ewangelię. Będziemy dzieliły jego życie, pomagały mu we wszystkim. Mówiłeś mi, że... że zależy ci na mnie, a teraz, gdy mamy się rozstać, to... to nie wiem, co ci powiedzieć... chyba tylko jedno: porzuć swe zamiary szukania przygód i pojedź z nami. Wydaje mi się, że znajdziesz tu wiele okazji, by poczuć dreszcz emocji.
- Żałuję, że nie jestem Jimem - rzucił niespodziewanie.
- Kim jest Jim?
- Moim bratem.
- Opowiedz mi o nim.
- Nie ma wiele do opowiadania. On i ja porzuciliśmy naszych bliskich, jak ty i Kate swoich. Jim jest kaznodzieją i najlepszym człowiekiem... och! Ogromnie go kocham.
- No to dlaczego go zostawiłeś?
- Miałem dość Williamsburga16, wdałem się tam w bójkę i kogoś zraniłem. Ponadto chciałem zobaczyć Zachód. Nie wątpię, że polubię polowania na jelenie i niedźwiedzie oraz walki z Indianami. Ale raczej nic dobrego ze mnie nie będzie.
- Czy tylko Jima kochałeś? - zapytała Nell z uśmiechem. Zaskoczyła ją jego nagła powaga.
- Tak, tylko, oprócz mojego konia i psa, których musiałem zostawić - odparł Joe, lekko spuszczając głowę.
- Czy chciałbyś być Jimem, bo jest kaznodzieją, i mógłbyś wtedy pomagać stryjowi w nawracaniu Indian?
- Tak, po części, ale głównie dlatego, że... tak jakoś... to, co mówisz i robisz, każe mi lubić cię w zupełnie inny sposób. Chciałbym też stać się ciebie wartym.
- Nie wierzę w to, co powiedziałeś, że "nic dobrego z ciebie nie będzie" - odparła.
- Nell! - zawołał i nagle złapał ją za rękę.
Wyrwała się i odskoczyła od niego. Twarz miała teraz rozpromienioną, rozjaśniał ją piękny uśmiech.
- Niech się waszmość zachowuje! - Szarpnęła głową w tył znajomym mu ruchem, odrzucając sprzed twarzy jasne włosy, i spojrzała na Joego spod rzęs. - Czy pojedziesz z Kate i ze mną?
Zanim zdołał odpowiedzieć, ich uwagę przyciągnął okrzyk kogoś znajdującego się na równinie poniżej. Odwrócili się i zobaczyli wjeżdżającą do osady karawanę wozów. Dzieci wrzeszczały i biegały wokół zmęczonych wołów; mężczyźni i kobiety podchodzili bliżej.
- Musi to być karawana oczekiwana przez stryja. Chodźmy tam - zaproponowała Nell.
Joe, nic nie mówiąc, podążył za nią ścieżką. Gdy doszli do kępy wierzb w pobliżu chat, pochylił się i ujął rękę dziewczyny. Ta dostrzegła w jego oczach blask brawury.
- Nie. Zobaczą - szepnęła.
- Jeśli nie chcesz tylko z tego powodu, to zupełnie się tym nie przejmuję - powiedział.
- Co masz na myśli? Nie mówię... nie powiem... och! Puść mnie! - błagała Nell.
Próbowała uwolnić rękę, którą Joe trzymał w szerokiej dłoni, ale na próżno; im bardziej się szarpała, tym mocniej ją ściskał. Zmarszczka przecięła jej czoło, a oczy zabłysły mocą ducha. Zobaczyła, że żona handlarza futer wygląda przez okno, a pamiętała, jak ze śmiechem mówiła owej dobrej kobiecie, że nie lubi tego młodego człowieka. Być może to z obawy przed jej bystrym wzrokiem poczuła się urażona jego śmiałością. Otworzyła usta, żeby go zbesztać, ale nie padły żadne słowa. Joe pochylił głowę i miękko zamknął jej usta pocałunkiem.
Przez chwilę Nell stała skamieniała, jakby zaskoczona, patrząc na Joego zupełnie odrętwiała. Zwykle miała na podorędziu ostre lub zuchwałe słowa, była szybka w działaniu; teraz jednak zmieszał ją ten pocałunek, zwłaszcza na oczach żony handlarza. Potem do jej uszu ponownie zaczęły docierać dźwięki, a kiedy Joe odwrócił się z uśmiechem na twarzy, jej serce, zalane niezwykłym ciepłem, zabiło mocniej z gniewu.
Widziała wyraźnie wysoką postać młodzieńca, gdy nie oglądając się za siebie, szedł leniwie w kierunku karawany wozów. Obrzuciwszy go ostatnim spojrzeniem, które wieszczyło kłopoty, pobiegła do chaty.
Wchodząc do środka, zobaczyła, jak siedzący na ławce na zewnątrz szpakowaty mężczyzna, mieszkaniec pogranicza, uśmiechnął się do niej porozumiewawczo i mrugnął, jakby chciał powiedzieć, że zachowa dla siebie jej tajemnicę. Pani Wentz, żona handlarza futer, siedziała przy otwartym oknie wychodzącym na fort. Była dużą kobietą o twardych rysach, w których odbijał się chłodny spokój charakterystyczny dla ludzi od dawna mieszkających w słabo zaludnionych okolicach. Nell zerknęła na nią ukradkiem i pomyślała, że w szarych oczach dostrzega cień uśmiechu.
- Widziałam ciebie i twojego kochasia, jak się migdaliliście za wierzbą - powiedziała rzeczowym głosem pani Wentz. - Ani myślę, byś musiała się z tym kryć. Ludziska tutaj chętnie patrzą, jak iskrzy między młodymi. Z twego chłoptasia jest śliczny człek. Jestem pewna, że macie się ku sobie, skoro na tyle mu pozwalasz, chociaż znasz go dopiero kilka dni. Lize Davis mówiła mi, że widziała, jaki jest dla ciebie miły. Podoba mi się jego twarz. Jake17, mój ślubny, powiada, że będzie dla ciebie dobrym mężem i że ciągnie go do pogranicza jak kaczkę do wody. Szkoda, że nie zabawisz tu trochę dłużej. Nie widujemy wielu dziewuszek, zwłaszcza tak ładniutkich jak ty, a przekonasz się, że im dalej na zachód pojedziesz, tym bardziej będzie tam cicho i samotnie. Jake wie wszystko o Fort Henry18, a myśliwy Jeff Lynn19 zna Eba i Jacka Zane'ów, i Wetzela, i wszystkich z fortu. Pożenicie się tam, co?
- Pani... myli się całkowicie - odparła Nell, która z każdym słowem pani Wentz coraz bardziej purpurowiała. - Jesteśmy tylko...
Tu się zawahała i wreszcie zamilkła. Zdawała sobie sprawę, że zaprzeczanie czy tłumaczenie nic nie da; prosta kobieta widziała pocałunek i wyciągnęła z tego wnioski. Przez kilka dni spędzonych w Fort Pitt Nell zdążyła zrozumieć, że mieszkańcy pogranicza biorą każdą rzecz tak, jak ta wygląda. Widywała, jak okazują radość, ale nigdy zaskoczenie czy jakiekolwiek inne szybko przychodzące odczucia, tak powszechne u ludzi z miast. Była to kolejna lekcja, którą Nell zapamiętała. Pojmowała, że rozpoczyna życie całkowicie odmienne od dotychczasowego, a myśl ta sprawiła, że wzdrygnęła się przed czekającą ją próbą. Mimo to była zafascynowana domysłami dotyczącymi jej przyszłego domu, opowieściami o Indianach, renegatach i życiu na kresach. Ludzie zamieszkujący te ziemie byli prości, uczciwi i dzielni; przyjmowali bez sprzeciwu wszystko, co niósł im los, i wierzyli w to, co widzieli. Najwyraźniej żona handlarza futer i jej sąsiadki wbiły już sobie do głów, co łączy dziewczynę z Joem.
Ta ostatnia myśl wzbudziła w Nell jeszcze większy gniew na ukochanego. Stała z twarzą odwróconą od pani Wentz; wyraźnie pogłębiła się jej mała zmarszczka, nerwowo stukała nogą o podłogę.
- Gdzie jest moja siostra? - zapytała wreszcie.
- Poszła obejrzeć karawanę wozów. Wszyscy tam są.
Nell zastanowiła się przez chwilę, a potem wyszła na dwór. Zobaczyła zatrzymujące się przed chatami wozy kryte płótnem. Były zakurzone, o kołach pokrytych żółtym mułem. Szpakowaty mieszkaniec pogranicza, ten, który wcześniej uśmiechnął się do Nell, stał teraz oparty o strzelbę i rozmawiał z trzeba mężczyznami. Ich brudne i wytarte ubrania własnej roboty świadczyły o długiej i mozolnej podróży. Panowało spore zamieszanie związane z przybyciem obcych, szybką wymianą powitań, rozładunkiem wozów oraz wyprzęganiem koni i wołów.
Nell wypatrywała swojej siostry. Wreszcie dostrzegła ją stojącą obok stryja pogrążonego w rozmowie z jednym z woźniców. Nie podeszła do nich; rozglądała się dalej w poszukiwaniu kogoś innego. W końcu zobaczyła Joego wyładowującego rzeczy z wozu; był odwrócony do niej plecami, ale od razu rozpoznała go po szerokich ramionach. W tej chwili nie widziała nikogo innego, wszystko przesłaniało jej święte oburzenie, które uważała za w pełni uzasadnione.
Na odgłos jej kroków młody człowiek odwrócił się, spojrzał na nią z podziwem i powiedział:
- Dobry wieczór, panienko.
Nell nie spodziewała się po Joem równie prozaicznego powitania. Na jego spokojnej twarzy nie było najmniejszego śladu skruchy. Niewzruszenie pracował dalej.
- Czy nie przeprosisz za to... za to, co mi zrobiłeś? - wybuchła Nell.
Jego obojętność była denerwująca. Zamiast kajać się i przepraszać - czego oczekiwała i na co w jej mniemaniu zasługiwała - najwyraźniej zamierzał się z nią drażnić, jak czynił aż nazbyt często. Młody mężczyzna wypuścił z rąk koc i popatrzył zdumiony.
- Nie rozumiem - powiedział z powagą. - Nigdy przedtem panienki nie widziałem.
Tego było już za wiele dla gorącokrwistej Nell. Rozważała możliwość wybaczenia Joemu, jeśli będzie dostatecznie mocno zabiegał o jej łaskę; teraz jednak zapomniała o tych zamiarach i przeświadczona, że mężczyzna kpi sobie z niej, zamiast błagać o przebaczenie, szybko uniosła rękę i wymierzyła mu siarczysty policzek. Czerwona pręga pojawiła się na twarzy młodzieńca. Kiedy zatoczył się w tył, przyciskając dłoń do twarzy, Nell usłyszała za sobą zduszony okrzyk, a po nim radosne szczekanie psa. Odwróciła się i zaskoczona ujrzała Joego stojącego przy wozie. Wokół niego skakał duży biały pies. Nagle poczuła, że ciało odmawia jej posłuszeństwa. Oszołomiona przenosiła wzrok od Joego do mężczyzny, którego właśnie spoliczkowała, ale nie potrafiła rozpoznać, który z nich wyznawał jej miłość.
- Jim! A zatem podążyłeś za mną! - zawołał Joe, obejmując brata.
- Tak, Joe, i bardzo się cieszę, że cię odnalazłem - odparł młody człowiek z radością.
- Jak dobrze widzieć cię znowu! I naszego starego psa Mose'a! Skąd jednak, u licha, wiedziałeś, gdzie jestem? Jak trafiłeś na mój ślad? Co zamierzasz robić na pograniczu? Powiedz mi wszystko. Co działo się, gdy wyjechałem...
Nagle Joe zobaczył stojącą obok Nell, bladą i zakłopotaną, wyczuł, że coś się stało. Szybko przeniósł wzrok na brata; dziewczyna wyglądała na osłupiałą, a Jim - na poważnego.
- Co, u diabła...? Nell, to mój brat Jim, o którym ci mówiłem. Jimie, to moja znajoma, panna Wells.
- Rad jestem z poznania panny Wells - odparł Jim z uśmiechem - choć bez powodu uderzyła mnie w twarz.
- Spoliczkowała cię? Za co? - Potem Joe domyślił się prawdy i zaśmiał się tak, że w oczach pojawiły mu się łzy. - Wzięła cię za mnie! Ha, ha, ha! Och, to cudownie!
Lico Nell było teraz mocno różowe, a w jej oczach zalśniła wilgoć; starała się jednak zachować twarz. Gniew ustąpił miejsca poczuciu poniżenia.
- Prze... przepraszam, panie Downs. Wzięłam pana za niego. On... on mnie obraził.
Odwróciła się i pobiegła do chaty.
10 Allegheny - rzeka w zachodniej części stanu Pensylwania w Stanach Zjednoczonych, długości 523 km, źródła ma na południe od jeziora Erie, w mieście Pittsburgh w Pensylwanii łączy się z rzeką Monongahelą, dając początek Ohio.
11 Monongahela - rzeka we wschodniej części stanu Wirginia Zachodnia w Stanach Zjednoczonych, długości 206 km, źródła ma w górach Allegheny.
12 Ohio - rzeka we wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największy lewy dopływ Missisipi, długości 1579 km, bardzo ważny szlak komunikacyjny, stanowi granicę stanów Wirginia Zachodnia i Ohio oraz Kentucky i Indiana.
13 W widłach Allegheny i Monongaheli stał Fort Pitt, zbudowany przez Brytyjczyków w latach 1759-1761 na miejscu wcześniejszego francuskiego Fort Duquesne, oblegany przez Indian w 1763, od 1772 nosił nazwę Fort Dunmore, sprzedany w 1797 i rozebrany; warownia ta miała jednak kształt pięcioboku, z bastionami w pięciu, a nie czterech narożnikach; obecnie na tym miejscu znajduje się Point State Park w centrum Pittsburgha w Pensylwanii.
14 Kryte wozy - drewniane furmanki, pokryte rozpinanym na pałąkach płóciennym dachem, powszechnie używane w Ameryce Północnej w XVIII i XIX w., zaprzęgane w konie, woły lub muły, służyły do przewozu towarów i ludzi; jeden z symboli osadnictwa amerykańskiego.
15 Canoe - tradycyjna lekka łódka wiosłowa Indian Ameryki Północnej, o szkielecie z gałązek pokrytych korą brzozową, z załogą od jednej do kilkunastu osób.
16 Williamsburg - miasto w USA, we wschodniej części stanu Wirginia, powstałe w 1622 r. jako osada Middle Plantation, w 1699 po pożarze Jamestown ustanowione stolicą Wirginii; zmiana nazwy na Williamsburg na cześć króla Anglii Wilhelma III.
17 Jake - Jacob Wentz, wymieniany jest wśród pierwszych braci morawskich w Ameryce Północnej; może chodzić o ojca (ok. 1715-1782), pochodzącego z Pensylwanii, który miał żonę Elizabeth, lub jego syna, też Jacoba (1740-1783), mającego żonę Barbarę, kapitana milicji w Pensylwanii, uczestnika wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
18 Fort Henry - wzniesiony w 1774 r. około ćwierć mili od brzegu Ohio, na wzgórzu na dzisiejszym przedmieściu Wheeling, dla ochrony pierwszych osadników przed atakami Indian; pierwotna nazwa to Fort Fincastle, wkrótce zmieniona na Fort Henry, od gubernatora Wirginii Patricka Henry'ego; budowę zaczęli mieszkańcy osady Ebenezer Zane i John Caldwell, dokończył kapitan William Crawford; kwadratowy, o drewnianej palisadzie wysokości 6 m, z wieżyczkami w narożnikach; w 1777 odparł oblężenie Indian, także następne w 1782, porzucony w 1784, nie został po nim żaden ślad.
19 Jeff Lynn - rodzina Lynnów była wśród pierwszych osadników w Fort Henry, znany jest John Lynn, nastoletni zwiadowca w czasie oblężenia w 1782 r., być może syn lub wnuk Jeffa.