PROLOG
Fabryczne osiedle o trzeciej nad ranem wyglądało jak upiorne miasto duchów. Nad osiedlem widać było ogromny jasny księżyc w pełni, który rozświetlał okolice upiornym, zimnym światłem. Puste ulice, migoczące latarnie, cisza przerywana jedynie odległym szumem wiatru. Przy krawężniku stała grupka mężczyzn z piwami w rękach, rozgrzanych alkoholem i nocną imprezą. Ani to, że byłą noc, ani księżyc i gwiazdy, nie mogły im przeszkodzić w spędzaniu czasu z kolegami. Adam trzymał telefon, filmując coś dla żartów. Grzegorz i Kuba stali obok, śmiejąc się i przekomarzając między sobą.
Nagle zza zakrętu z piskiem opon wyłonił się samochód. BMW wyjąc silnikiem jak ranne zwierzę, wypada na prostą. Sądząc po wyjącym silniku obrotomierz pewnie tańczył gdzieś w czerwonym polu. Auto jechało zygzakiem, wyraźnie za szybko, prowadzone przez kogoś, kto nie powinien chodzić a co dopiero trzymać się kierownicy.
- O kurwa, to Romek! - krzyknął Kuba, rozpoznając auto kolegi.
Samochód jeszcze przyspieszył. Sto dwadzieścia. Sto trzydzieści. Latarnie migały po obu stronach jak w jakimś kosmicznym tunelu. Wewnątrz auta widać było dwie sylwetki - kierowca wyraźnie gestykulował jedną ręką, w tym samym czasie pasażer szarpał się w pasach, jakby chciał się odpiąć i uciec z pojazdu już w czasie jego jazdy.
- Co on wyprawia?! Pojebało go?! - Adam instynktownie uniósł telefon wyżej, wciąż nagrywając.
Kolejny zakręt zbliżał się z przerażającą szybkością. O wiele za szybko jak na taką prędkość. BMW gwałtownie skręciło w lewo. Wizg opon rozdarł nocną ciszę - tak głośny, że aż w uszach dzwonił. Auto zaczęło się obracać, ale coś poszło nie tak. Obrót postępował o wiele się za szybko. Świat wokół samochodu zamienił się w wirujący kalejdoskop świateł - latarnie, budynki, niebo, asfalt.
- JEZU! - wyrwało się Grzegorzowi.
Koła po prawej stronie auta oderwały się od ziemi. Przez ułamek sekundy BMW zawisło w powietrzu, przechylone, balansując między ziemią a niebem. Potem przewróciło się na bok. Potężny łoskot rozdarł noc. Metal zgrzytał o asfalt, fontanna iskier wystrzeliła spod samochodu jak fajerwerki, rozświetlając ciemność. Auto zaczęło kozłować. Raz, drugi, trzeci. Z każdym obrotem słychać było trzask tłuczonego szkła, zgrzyt uginającego się metalu, huk uderzających o siebie i asfalt części samochodu.
Trzej mężczyźni stali jak sparaliżowani, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. Przy kolejnym obrocie drzwi po stronie pasażera zerwały się z zawiasów z metalicznym wizgiem. Przez otwór, który pozostał, w następnym ułamku sekundy wyrzucone zostało ciało pasażera. Robert zawirował w powietrzu jak szmaciana lalka, uderzył o asfalt praktycznie płasko wyrzucony siła obrotową z samochodu, odbił się raz, drugi, i prześlizgnął w stronę wielkiej kupy przydrożnych liści pod płotem, które wiatr nawiewał pewnie od kilku miesięcy.
- ROBERT! - krzyknął Kuba, ruszając w tamtą stronę.
Ale auto jeszcze nie skończyło swojego tańca śmierci. Metalowy pocisk z Romkiem w środku wirował dalej, zmierzając prosto w ścianę fabrycznego budynku. Dwadzieścia metrów. Piętnaście. Dziesięć. Pięć. Dach BMW całą swoją powierzchnią, uderzył w ceglany mur. Metal natychmiast sprasował się łatwo jak puszka po coli. Słychać było nagły pisk, zgrzyt i trzask maltretowanego z ogromną siłą metalu - dach został wprasowany do środka. Przednia szyba eksplodowała w milion diamentowych kawałków, które w świetle latarni wyglądy jak uciekające z miejsca katastrofy ogniki. Kolumna kierownicy wbiła się w kierowcę przebijając zarówno jego jak i fotel. Cała góra samochodu zgnieciona została jak harmonia. Auto, teraz już bardziej stos złomu niż pojazd, powoli jakby od niechcenia, opadło z powrotem na koła z jękiem sprężyn i syczeniem pękniętych przewodów hydraulicznych. A potem nastała nienaturalna cisza. Podejrzanie głucha, jakby sam świat zamarł na chwilę w obliczu tak strasznej tragedii. Tylko gdzieś z wnętrza rozbitego pojazdu cicho syczała para z rozbitej chłodnicy.
Adam wciąż trzymał telefon. Chociaż ręka zaczynała mu już bieleć z wysiłku, tak mocno, spazmatycznie ściskał aparat. Jeszcze chwila a sam telefon również ulegnie naciskowi zdrętwiałej z wysiłku ręki i również przestanie istnieć podobnie jak zalegający niedaleko pojazd. Grzegorz stał z szeroko otwartymi ustami, blady jak ściana. Oczy wychodziły mu powoli z orbit, a łzy przerażenia powoli wzbierały aby za chwilę zalać twarz mężczyzny. Praktycznie nie oddychając. Trwał tak, jak w jakimś strasznym, niepojętym stuporze. Chociaż oczy widziały to do przerażonego umysłu nie dochodziło jeszcze czego akurat stał się mimowolnym świadkiem. Kuba, jedyny, który nie poddał się grozie sytuacji, klęczał już przy Robercie, sprawdzając mu puls i oddech.
- Żyje! Ledwo, ale żyje! Dzwońcie po karetkę! Ruszcie się kurwa! Co tak stoicie? - krzyknął do pozostałych. - Sprawdźcie też co u Romka! Szybko. Każda sekunda się liczy!
Grzegorz i Adam wyrwani z szoku przez krzyk jedynego przytomnego w danej chwili kolegi, podbiegli chwiejnie do zmaltretowanego BMW. Przez szparę rozbitego okna było widać wnętrze pojazdu. To, co zobaczyli, sprawiło, że Grzegorz odwrócił się i zwymiotował. Żadna sekunda, ani nawet godzina nie mogła zmienić już nic w zastanej sytuacji. Kabina była zgnieciona do połowy pierwotnej wysokości auta. Dach wprasowany się do środka, praktycznie na płasko, zmiażdżył wszystko, co było pod nim. Przez niewielką szparę między dachem a resztą pojazdu widać było, że kolumna kierownicy wbiła się głęboko w klatkę piersiową kierowcy, wyglądającą jakby była zapadnięta do środka ciała. Głowa zwisała nienaturalnie, pod dziwnym kątem, jakby ktoś próbował ją odkręcić. Krew była wszędzie; - na desce rozdzielczej, na szybach, na suficie, sącząca się krwawym strumieniem przez szczeliny w zgniecionym metalu, tworzyła już półokrąg obok rozwalonej maszyny i dochodziła już powoli do nóg zszokowanych mężczyzn.
Ale najgorsze w tym wszystkim były oczy. Szeroko otwarte, wpatrzone w jakiś punkt przed sobą, już martwe. Puste. Adam nagle cofnął się, pobladły jak papier. Nie mogąc uwierzyć, nawet nie chcąc uwierzyć w to co właśnie widzi na własne oczy.
- On... on... nie żyje. Kurwa, on nie żyje! Romek nie żyje!
Nie było czasu na reanimację, na próby ratowania. Śmierć musiała nastąpić natychmiast, w ułamku sekundy, gdy metal dachu pod naporem ściany zmiażdżył wszystko co żywe w środku. Tak szybko, że ciało nawet nie zdążyło zarejestrować bólu. Tak szybko, że może nawet umysł nie zdążył pojąć, co się dzieje. Twarz wyglądała na spokojną, bez śladów przerażenia spowodowanego nieuchronną śmiercią. W oddali, jakby z innego świata, zaczęły wyć syreny wezwanej karetki. Najpierw jedna, potem druga, trzecia. Ale dla Romka było już za późno. Gwiazdy na nocnym niebie błyszczały obojętnie, jak zawsze. Piękne i zimne, beznamiętni świadkowie ludzkiej tragedii, rozgrywającej się o trzeciej nad ranem na pustym, fabrycznym osiedlu.
Rozdział 1
Dobra, przecież mnie nie zje, pomyślałem i wszedłem do mieszkania. Co prawda nie pamiętam jak się tu znalazłem, ale cóż, na mega kacu to chyba normalne? Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz przywlokę do domu swoje zataczające się z całonocnego melanżu "zwłoki". Aż sam się ucieszyłem z wymyślonego na poczekaniu żartu!
Kochanie wróciłem! - krzyknąłem od progu do swojej "drugiej połówki". Połówki! Ha ha ha, od kilku procentowych "połówek" w nocy, wracam do kolejnej rano! Ha ha, znowu wymyśliłem żarcik! Mam dzisiaj wenę twórczą, czy jak to się tam mówi.
Odpowiedziała mi cisza. - Oho, chyba tym razem troszkę przegiąłem. To pewnie przez tę naszą kłótnie przed wyjściem. No ale kto by nie wolał iść z kumplami na jednego czy dwa, mając w perspektywie kolacje z niezbyt lubianą, lub wręcz znienawidzoną teściową? Co z tego, że obiecałem? A bo to raz coś obiecałem a potem sytuacja wymuszała zmianę planów? Kolega wrócił z Anglii, i to tylko na kilka dni. Chciał pochwalić się swoją nową, wypasioną bryką. Mało tego obiecał, że da mi się "przejechać". Takiej okazji, to raczej nikt normalny by nie przepuścił? Robert, wróci potem z powrotem na wyspy i pewnie długo się nie zobaczymy, a teściowa jak to teściowa, przecież zostanie, niestety i dalej będzie zatruwać mi krew i ryć beret o każdą pierdołę. Przez durnego babsztyla tylko się z żoną kłócę, a i dzieciakom się obrywa przy okazji, gdy jestem wkurzony. No ale to wina jej! Nie moja!
No dobra, przepraszam. - mówiłem idąc chwiejnie przez kuchnie do salonu, - przecież jestem, nie dzwoniłem, bo mi się durna komórka rozładowała. W dodatku gdzieś ją przesiałem i to razem z kluczami od domu i dokumentami. Zostawiłem widać u kolegi. Jutro pójdę i zabiorę. Nie gniewaj się już.
Cisza.
Aha! Rozumiem. Postanowiłaś mnie ukarać, nie odzywając się do mnie. Taki babski foch.
- Dobra, ( powiedziałem sam do siebie ), zobaczymy kto dłużej wytrzyma. Nic nie mówi, to i ja nie będę "na darmo" strzępił języka. Postanowiłem być twardy. Tym razem pierwszy się nie poddam. Nie będę znowu biegł do kwiaciarni, po jakieś udekorowane wiechcie. W ogóle nie rozumiem tradycji, wręczania kobietom martwych roślin z byle okazji. Przepraszał, że to niby moja wina, że to się więcej nie powtórzy, i inne tego typu bzdury.
Mężczyzna, prawdziwy oczywiście, musi mieć własne zdanie, którego będzie bronił i honor, którym będzie się kierował. Nie będę się płaszczył, przed kobietą, która nie rozumie mnie, ani moich potrzeb!
Siadłem do komputera, chcąc przeglądnąć pocztę i zobaczyć co nowego na facebooku. Znajomy miał przesłać tam zdjęcia z imprezki. Ale coś komputer nie chciał się włączyć. Pewnie zołza w złości coś zepsuła. Postanowiłem nie reagować. Nie będę pokazywał, że mnie to cokolwiek obeszło. Zepsuła, dobrze, jak wyjdzie dobiorę się jej do laptopa i założę nowe hasło do systemu. Niech wie, jak to jest bez Internetu i koleżaneczek!
Siedziała na łóżku, więc usiadłem obok. Oglądała jakiś durny serial, jak zwykle, przynajmniej tak mi się wydawało, bo coś zamyślona była. Płakała czy co? Zawsze mnie ciekawiło, po co kobiety to w ogóle oglądają. Po godzinie i tak nic z tego nie pamiętają. A zazwyczaj i tak stukają coś w telefonie! A spróbuj człowieku na mecz przełączyć. Przez dwa dni trzeba do MacDonalda jeździć, bo obiadu nie ma. Ale dobra, będę oglądał, na złość, i jeszcze będę komentował grę tych pseudo- komediowych niby aktorów. Wiem, że tego nie lubi, ale cóż, nie odzywa się, to niech sobie przynajmniej posłucha, hi hi.
Ha, ha, patrz jaki durny lekarz. Ręce szoruje jakby z kopalni wrócił, a i tak zakłada na nie gumowe rękawice. Że niby bakterie i wirusy przez lateks mogą przejść? Bez sensu!
Akurat uwierzę, że za każdym razem, od razu pacjenta na salę operacyjną biorą! Nigdy nie trzeba czekać, aż chirurg skończy poprzednią operacje, zawsze jest zwarty i gotowy. Nie mówiąc już o idealnej fryzurze i zastępie pielęgniarek do pomocy. Zawsze od razu wie co ma robić. Bzdura i tyle.
I po co oni tyle tych fachowych terminów wypowiadają? Tracheotomia, angiografia, angioplastyka, większość oglądających ludzi, nie wie nawet co to jest krążenie pozaustrojowe!
OK., już przestaje. Nie chcesz gadać, ani nawet się pokłócić? Że serial ci psuję. Że durnowate komentarze? To powiedz chociaż, gdzie dzieci są, bo coś za cicho jest w domu. Nie? To chociaż telefon odbierz, bo dzwoni już z piąty raz. No, właśnie ten!
No cześć - usłyszałem - nie chce mi się gadać, co? Naprawdę. Nie, w domu jestem. Sama. Dzieci do babci wysłałam. Nie, nie przychodź. Chcę na razie pobyć w samotności. Nic mi nie jest. Spokojnie, poradzę sobie. Nic nie potrzebuję. Marta! Naprawdę! Chcę mieć teraz spokój! Cześć, narka.
Aha, dzieci u babci. No i dobrze, po co mają widzieć twoje fochy. Swoją drogą mogłaś mi powiedzieć, a nie siedzisz jak obrażona księżniczka. Powiedz coś! Do cholery!
Rozsierdzony, ze złością uderzyłem ręką w stół, aż jakieś kartki poleciały na podłogę. Żona popatrzyła na nie zdumiona, po czym, nic nie mówiąc wstała i zamknęła okno. Nie pozbierała ich nawet. Niby, że sam mam je pozbierać? Ni cholery! Niech sobie leżą! Jak jej nie przeszkadzają to mnie też nie! Dopiero teraz, rozglądając się po pokoju, zauważyłem jaki jest w nim bałagan. Ubrania porozrzucane po całej podłodze. Sterty kubków po kawie, na regale, tuż obok łóżka. Jak ona to zrobiła? W jeden dzień? Musiała się nieźle denerwować, jak tyle kawy wypiła. Pewnie po takiej ilości nie spała całą noc. Nawet to po niej widać. Włosy w nieładzie, oczy podkrążone i czerwone jak u wampira. E tam, mogła się ze mną nie kłócić. Ma nauczkę na przyszłość! Tylko po co dalej siedzi obrażona i się nie odzywa? Pogadamy, przeproszę jak zawsze i będzie po staremu!
Dalej ze mną nie rozmawiasz? To wychodzę! Siedź sobie dalej i użalaj się nad sobą!
Po chwali już byłem na ulicy. Szedłem w stronę centrum i rozmyślałem o wczorajszym wieczorze. Niby było fajnie. Popiliśmy, pożartowaliśmy. Poderwaliśmy nawet jakieś panienki na nowy samochód kolegi. Ale coś było nie tak. Aż tyle wypiłem, że nie pamiętam jak wróciłem do domu? Przecież teraz jestem trzeźwy. Ostatnie co pamiętam, że jechałem z dużą szybkością BMW kolegi, żeby pokazać nowy manewr. Miałem się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni w poślizgu i wrócić tą samą drogą. Manewr miałem opanowany, ale nie pamiętam czy go wykonałem. Dziwne! Ale to pewnie dlatego, że byłem trochę wypity. Tylko trochę! Bo co to dla prawdziwego mężczyzny flaszka czy dwie na łebka?! Tyle co nic! No nic, jak alkohol całkiem wyparuje mi z łepetyny to sobie przypomnę!
Ale ci ludzie na mieście zrobili się kulturalni! Takie tłumy w południe, i nikt mnie nawet łokciem nie potrącił. No i dobrze! Nie mam nastroju na przepychanki z jakimiś brudasami. Mógłbym jeszcze kogoś niechcąco uszkodzić! Swoją drogą, nawet dobrze się czuję! Nic mnie nie boli. Nawet skutków ubocznych wypicia napojów wyskokowych nie odczuwam! Jeść też mi się nie chce. To już jest dziwne. Na imprezie nie miałem czasu na takie przyziemne sprawy jak jedzenie. Szybka lufa i przekrzykiwanie innych. Wszyscy gadali naraz. Żeby dojść do głosu trzeba było krzyczeć, albo palnąć kogoś w łeb! Ha ha! Może coś jadłem, ale nie pamiętam, tak jak powrotu do domu? Na pewno! Tyle się działo!
Postanowiłem podejść do Empiku. Może jakąś nowa powieść Clarksona wyszła? Jakieś, "Świat według Clarksona 10" czy coś podobnego. Było akurat otwarte. Przyspieszyłem kroku, przeskoczyłem ostatni stopień i... jeb!...... Co jest do cholery?
Zderzyłem się z drzwiami, które się nie rozsunęły, aż mi we łbie zahuczało. Zepsute, czy co?
Ej, tam w środku! - krzyknąłem. - Macie drzwi zepsute! Naprawcie je, bo klientów stracicie!
Ty! Nie udawaj, że nie słyszysz, debilu jeden, tylko drzwi otwieraj! - Darłem się do gościa z drugiej strony, który akurat wykładał książki na regały
A w dupie was mam! Nie chcecie zarobić? To idę do konkurencji! Dużo jest innych księgarń w mieście! Udławcie się tym badziewiem dla idiotów, które sprzedajecie!
Pochodziłem jeszcze parę godzin, ale zaczęło się ściemniać, więc postanowiłem wrócić do domu. Może żona już się uspokoiła i będzie można pogadać na spokojnie? Chociaż jak ją znam, to pewnie nie. Zawsze trzyma ją jak w termosie. Uparta baba. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę. Przez dwa tygodnie burczała tylko do mnie, a ja przez pół roku musiałem w celibacie trwać. Jak jakiś idiota ksiądz, czy inny zakonnik. Chociaż tak patrząc na afery z tymi czarnymi nierobami, to pewnie mieli więcej seksu niż ja! Cholera! Tyle razy jej tłumaczyłem, że jak chce się kłócić i obrażać, to chociaż o poważne rzeczy, a nie o jakieś nie wyrzucone śmieci, czy rozlaną herbatę. Ale cóż, kto zrozumie kobietę?
Po chwili byłem już w domu. Nawet szybko poszło, bo nie pamiętam drogi powrotnej. Pewnie się zamyśliłem. I tak jakoś zeszło. Oczywiście! Ta dalej siedzi obrażona. Nawet pozycji nie zmieniła. Mnie by już nogi bolały od takiego siedzenia w kucki przez cały dzień.
Rusz się coś kobieto! Całe życie masz zamiar tak spędzić. Coś do jedzenia byś robiła, albo posprzątała ten syf w domu! Nie? To nie, sam sobie zrobię!
Wyszedłem z pokoju i podszedłem do lodówki, tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Nie mogłem jej otworzyć! Szarpałem i szarpałem, a tu nic. Jak wmurowane!
Co do cholery? Na klej je przykleiłaś? - zawołałem do żony, która oczywiście nawet nie raczyła mi odpowiedzieć. Zaczynało mnie to już coraz bardziej irytować.
Dobra! Teraz się wkurzyłem. O co ci chodzi? Aż do tego stopnia Cię porąbało? Nawet jedzenia mi odmawiasz? Pamiętaj! Ja też zarabiam na to jedzenie! Teraz sama też nie będziesz jadła! Dziecinne zagrywki! Ja sobie jutro pójdę na miasto, zjem dobry obiad kumplami, a ty się głodź jak chcesz! Idę spać! Widzę, że ty nie, to idę do pokoju dzieciaków. Przynajmniej nie będę musiał patrzeć na te twoje fochy!
Następnego dnia obudziło mnie uporczywe dzwonienie do drzwi. Ktoś wisiał na dzwonku, jakby od tego co najmniej zależało jego życie. Postanowiłem nie reagować. Niech się Młoda w końcu ruszy. Obróciłem się na drugi bok, i zakryłem uszy rękoma. Po chwili dzwonienie ustało.
Usłyszałem szczęk otwieranego zamka i kroki dwóch osób idących przez kuchnie do pokoju. Zaciekawiło mnie kto to przyszedł. Sam słyszałem jak Żona wczoraj przez telefon mówiła, że nie chce nikogo widzieć. Wstałem z łóżka. Ubierać się nie musiałem bo spałem w opakowaniu jak przystało na prawdziwego samca Alfa!. Przeszedłem do dużego pokoju. Tam, razem na łóżku, cóż za niespotykany widok! Żona z teściową! Kto by pomyślał!
- O mama! Siemanko! - zawołałem - co to za święto? Że raczyła nas odwiedzić sama szanowna Pani rodzicielka!
Żadna z kobiet nawet jednym gestem, czy słowem nie raczyła okazać, że zauważyła moją obecność. Zmówiły się czy jak?
- No bez przesady! Aż tak nie nabroiłem, żeby wyciągać ciężką artylerie! - próbowałem rozładować sytuację żartem.
A tu nic. Żadnego znaku, że w ogóle mnie zauważają. Zacząłem przyglądać się obu kobietom i zauważyłem pewne podobieństwa. Obie miały zaczerwienione oczy. Ubrania w nieładzie. Mówiły też cicho, czasami nawet popłakując. Co tu się dzieje? Może tu nie o mnie chodzi? Może coś dzieciom się stało? Postanowiłem przysłuchać się rozmowie. Mówiła akurat matka.
- Nie załamuj się, jakoś sobie poradzimy. Będzie dobrze, zobaczysz! Wszystko się jakoś ułoży. Masz dzieci, ja też ci pomogę. Przeprowadzę się tutaj do was. Razem jakoś przez to przebrniemy.
- Ale ja nie chcę przez nic brnąć. Chcę żeby On wrócił! Nie poradzę sobie bez Niego! Potrafił być idiotą, ale kochałam Go! Nadal Go kocham! Chcę żeby wrócił!
Po tych słowach zobaczyłem, jak wstrząsana spazmami płaczu zwija się w kłębek w rogu łóżka. Zacząłem się zastanawiać o kogo może chodzić? Ze słów mojej matki wygląda, że z dziećmi wszystko porządku. Ja tu jestem. Za swoim ojcem to raczej nie przepadała. Kochanka miała, czy jak?
- Pogódź się z tym, On już nie wróci. Trzeba żyć dalej. Mnie też jest ciężko! Przecież to mój syn.
- Zaraz, zaraz, pomyślałem. Przecież ja jestem jedynakiem. Jak to "mój syn"?
- Hola, co to za żarty? Nie uważacie, że już wystarczy? Dostałem nauczkę, więc przestańcie! To przestaje być śmieszne!
Chciałem złapać matkę za ramię, ale stało się coś dziwnego. Jakkolwiek czułem jej ramie, nie mogłem nawet na milimetr jej przesunąć. Nie jestem ułomkiem, ale chociaż naciskałem z całej siły, nic się nie działo. Jakbym próbował mur przesunąć. I wtedy usłyszałem słowa, które matka z naciskiem w głosie, wypowiedziała do skulonej dziewczyny.
- Musisz zrozumieć! Romek zginął w wypadku i już nie wróci! Masz jeszcze dzieci, więc weź się w garść dziewczyno i doprowadź do porządku. Jutro, z samego rana je przywiozę. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia.
- Co? Ja zginąłem? Niemożliwe! Przecież tu jestem! Wtedy do mnie dotarło. Te wszystkie drobiazgi, które mi się przytrafiały od wczoraj. Nie otwierające się drzwi w sklepie. Brak głodu. Milczenie żony, kiedy w durny sposób próbowałem zwrócić na siebie uwagę, komentując serial. Niemożność otwarcia drzwi od lodówki. Nawet to, że nie pamiętam jak wróciłem do domu. Wszystko ułożyło się w logiczną, acz straszną całość. Pierwszy raz w życiu. W życiu? Z całego serca, nienawidziłem w tym momencie logiki. Oczywiście, jeśli stan w którym się akurat znajduję, można nazwać życiem. Niby jestem, a jednak mnie nie ma! Brzmi to jak z kiepskiego kawału o chudzielcu. No! Ale on był, chodź mizerny, a ja? Kim właściwie teraz jestem? A może lepiej by było zapytać czym?
Rozdział 3
A poza tym - pomyślałem z rosnącym podekscytowaniem - mam teraz nieograniczony dostęp do każdego miejsca, do którego tylko zapragnę się dostać! Mogę dowiedzieć się na przykład, co naprawdę myślą o mnie ludzie, których znałem. Mogę zobaczyć ich prawdziwe twarze, nie te, które pokazują na co dzień. To jak supermoce! Jak w tych filmach o superbohaterach, tylko, że zamiast latać, mogę przechodzić przez ściany i być niewidzialny.
Pierwsi na mojej liście byli oczywiście moi przyjaciele. Ci sami, którzy rzekomo byli mymi braćmi, kumplami na dobre i złe. Ci, którzy pili ze mną, śmiali się z moich żartów, poklepywali po plecach. Chciałem wiedzieć, co naprawdę o mnie myślą. Wspominają mnie? Tęsknią?
Zacząłem więc swoją przygodę od Kuby. Mieszkał niedaleko, w bloku na osiedlu robotniczym. Dotarłem tam w kilkanaście minut - przyzwyczajałem się już do tego chodzenia, choć wciąż czasami zapominałem o koncentracji i odlatywałem kawałek w górę, lub potykałem się o krawężniki, gdy się za bardzo rozpędziłem.
Przeszedłem przez drzwi bez problemu, praktycznie się nie zatrzymując. Przychodziło mi to już z coraz większą łatwością. W środku było cicho. Kuba siedział sam w salonie, przed telewizorem, z piwem w ręce. Na ekranie leciał jakiś durny teleturniej, ale on nawet nie patrzył. Wpatrywał się w telefon, stukając intensywnie w ekranik.
Podszedłem bliżej, ciekaw co pisze. Nie mogłem zobaczyć ekranu - za bardzo musiałbym się nachylić, a nie byłem pewien czy moja niematerialna głowa nie zanurzy się w jego ramieniu. Jakoś nadal miałem opory aby z własnej woli zanurzać swoje niematerialne ciało w ludzi. Ale po chwili usłyszałem sygnał wiadomości w telefonie trzymanym przez byłego już w sumie kolegę. Kuba aż poderwał się, sprawdził wyświetlacz i uśmiechnął się szeroko. Od razu kliknął w ikonkę telefonu i zadzwonił.
- Cześć skarbie - powiedział miodowym głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałem. - Tak, Beaty nie ma. Wyszła do matki i przez jakiś czas jej nie będzie. Możesz przyjechać na małe co nieco!
Czekaj. Beaty nie ma? Beata to jego żona! Od siedmiu lat są małżeństwem! Mają nawet dziecko!
Po piętnastu minutach rozległo się pukanie do drzwi. Kuba otworzył, a do środka wślizgnęła się młoda dziewczyna - może dwadzieścia kilka lat, szczupła, Czarne długie włosy opadały łagodnymi falami na jej ramiona i plecy. Była w obcisłych jeansach i krótkiej białej kurtce. Po wejściu od razu rzuciła się mu na szyję.
- Tęskniłam - wymruczała, całując go w szyję.
- Ja też, kochanie - odpowiedział Kuba, ściskając ją za tyłek. Jakby nie mógł się już doczekać - Chodź, nie mamy dużo czasu. Stara długo u matki nie wytrzyma.
Pociągnął ją w stronę sypialni. Ja, jak idiota, poszedłem za nimi. Nie wiem czemu. Ciekawość? Niedowierzanie? A może po prostu chciałem zobaczyć, jak głęboko sięga ta zdrada?
To, co zobaczyłem, to było... no cóż. Żenada i rozczarowanie.
W filmach dla dorosłych wszystko wygląda tak... wyreżyserowanie. Piękne ciała, perfekcyjne oświetlenie, muzyka w tle, jęki, które brzmią jak koncert operowy. Seks trwający kilkadziesiąt minut. A tu? Tu była zwykła szara, a raczej goła rzeczywistość.
Kuba ściągnął koszulkę, odsłaniając obrośnięty jakąś wyleniałą i poprzecieraną szczeciną brzuch, który od naszych imprezek z piwem wyraźnie urósł. Dziewczyna zdjęła bluzkę, potem majtki i biustonosz, zwykły, szary, trochę rozciągnięty. Nie było żadnego erotycznego rozbierania, żadnych uwodzicielskich gestów. Po prostu dwie osoby mechanicznie zdejmujące ubrania, jakby szykowali się aby pójść pod prysznic.
A potem... no, zaczęli. I to było jeszcze bardziej żałosne. Kuba sapał jak lokomotywa, dziewczyna wpatrywała się w sufit z wyrazem twarzy mówiącym "kiedy to się w końcu skończy?". Po niecałych dwóch minutach - dosłownie, patrzyłem na zegar na szafce nocnej - Kuba wydał z siebie coś pomiędzy jękiem a kaszlem, przewrócił się ze stęknięciem rannego bawoła na bok i powiedział:
- Boże, byłaś niesamowita. Kocham Cię!
Dziewczyna tylko westchnęła.
- Tak, ja Ciebie też.
Leżeli przez chwilę w milczeniu. Potem Kuba spojrzał na zegarek.
- Kurczę, Beata zaraz wróci. Musisz już iść. Zdzwonimy się i umówimy na jakąś kolację przy świecach!
Dziewczyna wstała bez słowa i zaczęła się ubierać. Żadnych czułości, żadnych słów o dozgonnej miłości. Tylko szybkie: "Pa, dzwonię później" i wyszła.
Kuba został sam. Spojrzał na telefon, przewinął jakieś zdjęcia, westchnął i poszedł do łazienki.