Drzewo wiecznego snu - Adam Koćma

Kup ebooka

30.69 zł
25.47 zł (26,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II. W SŁOŃCU SAWANNY

1

Słońce powoli budziło się do życia nad wioską Rijuli. Zmęczeni wieczorną zabawą ludzie spali w różnych przypadkowych miejscach na ziemi. Jedynie strażnicy świątyni i członkowie ochrony osobistej wodza, czuwali nad bezpieczeństwem współplemieńców. Przez całą wyjątkowo jasną, gwiaździstą noc dwóch uzbrojonych w łuki gwardzistów obserwowało teren z zadaszonej platformy obserwacyjnej z grubych patyków, zbudowanej tuż nad wejściem do ogrodzonej palisadą wioski. Z kolei dwóch strażników świątyni uzbrojonych w długie włócznie pilnowało wejścia bezpośrednio na ziemi.

Nad rankiem nowi wartownicy zastąpili nocną zmianę. Był środek lata, więc po wschodzie słońca temperatura zaczęła szybko wzrastać. Ludzie stopniowo zaczynali wstawać, czując promienie słońca piekące ich zmęczone nocną rozpustą ciała. Rozglądali się wokół nieobecnym wzrokiem i najczęściej jakby zawstydzeni swoim wczorajszym nieumiarkowaniem i zwierzęcą żądzą, szybko i cicho, jakby ukradkiem wracali do swoich chat. Ruaribe także już wstał. Spojrzał na swoją kochaną Diamastaku i po raz pierwszy w swym życiu poczuł żal. W jego sercu zakiełkowało ziarno wątpliwości.

"Jestem wodzem. Mam żonę, dom, siłę do życia - pomyślał. Dlaczego mam to niebawem utracić? W imię zasad, które głosi Starucha? Po co mam już teraz zasiadać na wiecznym tronie, kiedy mogę nadal rządzić tu, we wiosce? Owszem, po śmierci mam otrzymać jeszcze większą władzę, ale czy będzie ona lepsza niż to, co mam tutaj? Mogę zabrać w swą podróż każdą kobietę z wioski, którą tylko zechcę, w tym także moją ukochaną Diamastaku, ale czy powinienem? Ponoć tam w zaświatach czekają na mnie równie piękne kobiety. Ale czy któraś z nich będzie taka jak ona, czy któraś będzie patrzyć na mnie w ten sposób?"

Bicie bębnów dochodzące ze świątyni przerwało rozmyślania wodza. To stara szamanka zarządziła pobudkę. Wszyscy muszą wrócić do swoich zajęć, bez względu na to, ile wusake wczoraj wypili i jak bardzo źle się czują. Takie było prawo. Jutro zaś, już bez żadnych obrzędów i uroczystości, kandydaci na wodza, w tym jego kochany syn - Mukabe, wyruszą wykonać swoje najtrudniejsze zadanie.

2

Twarde stopy młodzieńców odważnie i szybko stąpały po spalonej słońcem ziemi. Biegli lekkim truchtem, oszczędzając oddech. Pochyleni do przodu z tarczami przymocowanymi do lewych ramion, kołczanami pełnymi strzał na plecach oraz łukami i dzidami w prawych rękach, wyglądali niczym wataha ludzkich wilków, wyruszająca w kierunku nowych terenów łowieckich, na poszukiwanie kolejnej zwierzyny. Tak też w istocie było. Zwierzę, które mieli wytropić i pokonać, było jednak poza zasięgiem wilczych szczęk, nawet pazury i kły lwa nie stanowiły dla niego wyzwania. Keldermork, gigantyczny ptak o straszliwym dziobie, wielkich mocnych nogach i skrzydłach, które rozłożone miały szerokość odpowiadającą wzrostowi dwóch, trzech dorosłych wojowników Rijuli, był prawdziwym koszmarem wszystkich żyjących na sawannie stworzeń. Obraz tego potwora dopełniały ukryte pod skrzydłami dwie chwytne kończyny, do złudzenia przypominające ludzkie ramiona zakończone trzema grubymi palcami o kilkucentymetrowych ostrych pazurach. Keldelmork swoją trudną do wymówienia nazwę zawdzięczał białym przybyszom, którzy mieli to nieszczęście spotkać go jako pierwsi. Niezwykła broń i tarcze, jakie posiadali, pozwoliła im jednak wyjść obronną ręką ze starcia z potworem, który - otrzymawszy kilkanaście ran - odleciał do swojego legowiska, znacząc szlak licznymi plamami krwi. Myśliwi ruszyli wówczas jego tropem i w ten sposób odkryli kryjówkę gigantycznego ptaka. Nie udało im się go zabić, ale z wyprawy przynieśli fragmenty skorupy jego jaja. Od tamtej pory wojownicy ludu Rijuli, którym dana była szansa na pozostanie wodzem plemienia, w ramach jednego z zadań, musieli spróbować skraść jajo keldelmorka. Wielu z tych młodych wojowników marzyło o tym, żeby ze zdobytego jaja wyhodować posłusznego swoim rozkazom ptaka giganta, a tym samym stać się najpotężniejszym człowiekiem na ziemi. Niektórzy z nich zginęli w nierównej walce z ptakiem, inni poradzili sobie w tym starciu w jakiś cudowny sposób, który na zawsze zapewne pozostanie ich tajemnicą i dostarczyli do wioski fragmenty skorupy. Do tej pory nikt jednak nie zgładził keldelmorka, ani nie przyniósł do wioski całego jaja.

Rozważania na temat odległego celu wyprawy nie zaprzątały teraz bynajmniej myśli młodych łowców. Niczym młode jaguary biegli radośnie do przodu, ciesząc się chwilą, upajając się pięknem przyrody i wrażeniem własnej potęgi, jakie dawała im niesiona ze sobą broń. Co jakiś czas, kiedy udało się natrafić na baobab, wędrowcy robili sobie przerwę, by odpocząć w cieniu i wyznaczyć dalszy kierunek podróży. Słuchając porad Staruchy i starszyzny plemiennej oraz umiejętnie odczytując znaki, jakie pozostawiła przyroda, do celu powinni dotrzeć najdalej po dwóch księżycach. Na razie udało im się dobiec do trzeciego punktu orientacyjnego, którym był rosnący w otoczeniu mniejszych drzew i krzewów, wielki rozłożysty baobab, pokryty o tej porze roku licznymi liśćmi i hojnie owocujący. Zadowoleni odłożyli na bok broń i tarcze, zerwali kilka owoców i rozłupawszy je, z radością spożyli świeży posiłek. Napili się również wody, którą każdy z nich przenosił w skórzanym pojemniku na plecach, obok kołczanu ze strzałami. Humory dopisywały, a ponieważ słońce zbliżało się do końca swej wędrówki, postanowili spędzić w tym miejscu noc. W pniu baobabu odnaleźli wydrążoną obszerną dziuplę i wrzucili do niej kilka kwiatów zerwanych z drzewa, które, choć były wyjątkowo piękne, to wydzielały ohydną woń rozkładu i miały tę właściwość, że odstraszały większość zwierząt. Odczekawszy chwilę, weszli ostrożnie pojedynczo do środka. Upewniwszy się, że nic im nie grozi, każdy znalazł sobie kąt do spania. Zabarykadowali wejście, ustawiając tarczę. Byli zmęczeni, lecz także podekscytowani zadaniem, jakie mieli w najbliższym czasie wypełnić oraz wizją przygód, jakich mogą doświadczyć w drodze do celu. Ciszę przerwał Lebamo:

- No i jak, Mukabe, nie żal ci było zostawić swojej słodkiej Szmarakibi, żeby uganiać się z nami za tym paskudnym ptaszyskiem?

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Po chwili Mukabe przerwał ten nagły przypływ radości u swoich kolegów i odpowiadając na pytanie, powiedział:

- Szmarakibi, Szmarakibi. Pewnie, że żal, ale chyba nie bardziej jak tobie, drogi Lebamo. Twoja Ametali nie wyglądała na specjalnie zadowoloną, kiedy opuszczaliśmy wioskę. Chyba wolałaby, żebyś został razem z nią, niż szukał chwały na sawannie i nadziei na zdobycie włóczni wodza?

- Ech tam. Wiesz dobrze, jak to jest z kobietami. Twoja też miała niewyraźną minę. Swoją drogą trudno się im dziwić. Zawsze jest jakaś szansa, że nie wrócimy. No ale twoja to cię przynajmniej rankiem pożegnała. Moja wieczorem, owszem, nie mogę powiedzieć nic złego, była mi przychylna... ale już rankiem coś jej odbiło i powiedziała, że nie będzie się ze mną żegnać przy wyjściu z wioski, bo to ponoć przynosi pecha.

- Kobiety, kobiety... - przerwał mu Mukabe - może lepiej ma Umgwali? On ma tylko swoje rzeźby. Siedzi nad nimi całe dnie i nie ma już chyba czasu zająć się jakąś.

- Daj spokój - odparł dotychczas niezabierający głosu Umgwali - na razie mam inne priorytety.

- Taaak - odezwał się Lebamo - gdyby nie ambicje twojej matki, która była żoną poprzedniego wodza, chyba nigdy nie zechciałbyś brać udział w tej podróży i walce o Świętą Włócznię2. Siedziałbyś tylko nad tymi rzeźbami...

- Przestań - tym razem Mukabe wstawił się za kolegą - jest, jaki jest. Lubi rzeźbić, ale przypominam ci, że mimo wszystko w ostatnim konkursie łuczniczym, w strzelaniu do celu, to właśnie Umgwali zwyciężył. Nie ty, nie ja, tylko on.

- Tak, tak, piękny i wspaniały Umgwali! - wykrzyknął zdenerwowany Lebamo. Zawsze we wszystkim najlepszy. Nie to, co ja! I drugi wybraniec bogów: cudowny i najmądrzejszy Mukabe!

- Skończ już - przerwał mu Mukabe - Marudzisz jak baba.

- Oboje marudzicie - wtrącił niespodziewanie Umgwali.

Wszyscy ponownie wybuchnęli śmiechem.

- Pora spać, jutro czeka nas długi, pracowity dzień - rzekł Mukabe.

- Pracowity dzień - jak echo powtórzyli pozostali.

Ostatnie promienie słońca umierały powoli, zabierając z sobą resztki światła prześwitujące przez zaporę zbudowaną z tarcz. Zmęczeni wojownicy wtuleni w pień wiekowego drzewa zasnęli szybko.

3

Mukabe śnił o swej ukochanej Szmarakibi. Zapadł w rzadko zdarzający się czujnym zazwyczaj wojownikom sen tak głęboki, że wszystko w nim wydawało się być prawdziwe i trwałe, a bieżąca rzeczywistość popadała w zapomnienie.

Siedzieli z Szmarakibi pod ich ukochanym baobabem i rozmawiali.

- O czym rozmyślasz, mój kochany? - powiedziała czule Szmarakibi, głaskając go po policzku i spoglądając w jego duże piwne oczy.

- Myślę o zbliżającym się Święcie Życia.

- Aha! A więc to ci chodzi po głowie...

- Nie, nie jest tak, jak myślisz...

- Nie wypieraj się. Jesteś przecież młodym mężczyzną. Drzemie w tobie wulkan energii. To zupełne naturalne. Jakoś to przeboleję. Widziałam, jak inne dziewczęta z wioski na ciebie patrzą. Dasz im cząstkę siebie, a one, jak ci się poszczęści, urodzą twoje dzieci. Będą ci wdzięczne i zawsze będą o tobie pamiętać. Chociaż nigdy nie zostaną twymi żonami, czuć będą do ciebie sentyment, który, kto wie, może okazać się kiedyś przydatny nie tylko dla ciebie, ale również dla całej rodziny, którą założysz właśnie ze mną.

- Nie, ja nie o tym. Chodzi mi o ciebie. Ja nie chcę, byś ty z innymi...

- Aha - uśmiechnęła się zalotnie Szmarakibi, patrząc na swojego ukochanego - więc nie chcesz, aby posiadł mnie ktoś inny, a sam masz zamiar...

- Nie powiedziałem ci przecież, jaki mam zamiar! - przerwał jej trochę zdenerwowany. - To ty sama wyciągnęłaś jakieś tam wnioski, w sumie to nie wiem dlaczego. Ja w ogóle nie chcę brać udziału w tym Święcie, to okropne. Ja chcę być teraz tylko z tobą. Nie chcę innej kobiety i nie chcę się z tobą z nikim dzielić...

- Jestem tylko twoja - tym razem to Szmarakibi przerwała mu i namiętnie pocałowała go w usta, a w pocałunku tym było wszystko, co ważne i piękne w pierwszej miłości: ciepło, delikatna słodycz, szczera obietnica, nadzieja i prawda, ale także coś dzikiego, nieposkromionego, pierwotnego i niepokojącego, coś, co spędza sen z powiek i nie daje zasnąć kochankom po namiętnych chwilach spędzonych razem ze sobą. Trwali tak przez długą piękną chwilę złączywszy swe usta, dłońmi dotykając swych młodych nagich ciał, a namiętność rosła w nich z każdą chwilą, przysłaniając im cały świat swym ognistym blaskiem. Nagle Szmarakibi zupełnie niespodziewanie odepchnęła go i kładąc palec na jego ustach, powiedziała:

- Zawsze będę tylko twoja. Kiedy nadejdzie czas Święta Życia, opuszczę porankiem wioskę. Spędzę noc na sawannie, w chatach myśliwych, gdzie pozostają kobiety chcące dochować wierności swym mężom i zjednać sobie łaskę bogów. Nie musisz się więc martwić, że ktoś weźmie coś, co, chcesz, by było tylko twoje.

Radość zagościła na obliczu Mukabe. Przytulił do siebie Szmarakibi mocno i gwałtownie, tak jakby chciał schować ją przed całym światem i zachować tylko dla siebie. W tej chwili kochał ją tak bardzo, jak tylko mężczyzna potrafi kochać swoją kobietę, a ona odwzajemniała to uczucie. Było to uczucie niezwykłe: silne niczym młody lew i pełne kolorów niczym sawanna o zachodzie słońca.

Duch Mukabe trwał zawieszony w zesłanym mu śnie, będąc przekonanym, że żyje i spędza kolejny dzień z ukochaną. Czuł jej dotyk na swej skórze, czuł jej ciepły oddech, słyszał jej głos i widział jej hebanowe ciało. Mijały chwile, noc przemijała, a Mukabe chciał, by to, czego doświadcza, trwało wiecznie. Nie wiedział, że widzi coś, co już było, bowiem w tym sennym marzeniu po raz kolejny cieszył się chwilą, której doświadczył tuż przed opuszczeniem rodzinnej wioski. Choć zaledwie trwał w złudzeniu prawdziwego życia, opartym na okruchach wspomnień, to złudzenie było bardzo silne i o wiele pełniejsze niż niejeden z realnie przeżytych dni. Zatopiony w iluzorycznych ramionach Szmarakibi, swym umysłem stworzył świat, którego pragnął.

ROZDZIAŁ III. JASKINIA PEŁNA TAJEMNIC

1

Nad sawanną wstało słońce, a wraz z nim wojownicy Rijuli. Młodzieńcy zjedli szybko śniadanie składające się ze świeżych owoców baobabu oraz płatów suszonego mięsa zabranych z wioski, po czym wyruszyli w dalszą drogę. Biegli lekkim truchtem w kierunku gdzie wzeszło słońce. Prowadził Mukabe, za nim lekkim krokiem podążał Lebamo, pochód zaś zamykał zawsze czujny Umgwali. Chcieli przebyć możliwe największy odcinek drogi zanim słońce zacznie palić z pełną mocą. Nie rozmawiali z sobą wcale, w ciszy stawiając koleje kroki. Słońce zbliżało się już do zenitu, kiedy na horyzoncie dostrzegli skalną wyspę otoczoną zieloną roślinnością. To był kolejny punkt orientacyjny, wspominany przez starszyznę plemienną i Staruchę. Przyśpieszyli więc kroku, aby możliwie szybko schronić się choć na jakiś czas przed palącym słońcem. W miarę jak zbliżali się do tego dziwnego i tajemniczego miejsca, rosło ich zdumienie i zachwyt nad jego ciekawą formą, sprawiającą wrażenie jakby nie była dziełem przypadkowego kaprysu natury, lecz została stworzona przez świadomego projektanta.

Na wschodnich i zachodnich krańcach kompleksu skalnego rosły po dwa duże baobaby. Całe miejsce otoczone było gęstą, zieloną roślinnością, a w środku niego znajdowało się niewielkie jeziorko zasilane wodą wypływającą ze źródła w skale. Kiedy przekroczyli granicę tej dziwnej oazy, do ich uszu doszły nagle nieoczekiwane, ale jakże piękne dźwięki. Oto usłyszeli dochodzące z nieopodal łagodne i aksamitne akcenty, wypełniające powietrze ciepłym blaskiem. Jak zahipnotyzowani ruszyli ich tropem. Przedzierali się przez pas niskiej roślinności prowadzący do ukrytego jeziora. Tymczasem do dźwięków dołączyły kolejne. Ich serca zabiły mocniej, poczuli przypływ dziwnej energii wypełniającej całe ciała i przyśpieszyli kroku. Po chwili nie bacząc na rany zadawane przez kolczaste krzewy, przedarli się na drugą stronę i stanęli na skarpie u brzegu jeziora. Zatrzymali się w miejscu, wpatrując w zjawisko, jakiego nie spodziewali się spotkać w czasie niniejszej podróży; ba, do tej pory nie widzieli, że może istnieć coś takiego, coś tak niezwykłego i pięknego.

Oto na przeciwległym brzegu jeziora kąpały się kobiety. Ale jakie! Pierwszy rzut oka wystarczał, aby stwierdzić, że są to boginie. Obmywały swe ciała delikatną pianą, którą spłukiwały następnie krystalicznie czystą wodą. Jednocześnie śpiewały, wydając ze swych ust dźwięki tak piękne, słodkie i miłe, że młodzieńcy od razu zapałali nieokiełznaną chęcią zbliżenia się do nich. Ach i ta ich skóra! Tak, skóra tych kobiet w rzeczy samej była niezwykła, była bowiem jasna, można by rzec biała w porównaniu ze skórą Rijuli, ale nie byłoby to najwłaściwsze określenie jej koloru. Ich skóra przypomniała odcieniem jasny piasek złocący się w południowym słońcu, ale z domieszką czegoś nieokreślonego, czegoś, co nadawało jej barwy żywej i ludzkiej jednocześnie, a z drugiej strony tak nierealnej w świecie znanym im do tej pory.

Wojownicy przyklękli, nadal wpatrując się w białe boginie, a kobiety - niespodziewające się zapewne żadnej wizyty myły się nadal. Wreszcie skończyły i prawie jednocześnie wyszły na brzeg, prezentując w pełnej okazałości swoje nagie ciała.

Wszystkie trzy były prawie identycznego, znacznego jak na kobiety wzrostu, dorównującego prawie wysokości wojownika Rijuli. Każda z nich miała gęste długie do pasa włosy, jednak kolor tych włosów u każdej z nich był inny. Jedna z kobiet miała włosy jasne, w kolorze przypominającym blask słońca tańczącego jesienią na liściach drzew lub piasek skąpany w świetle dnia, druga miała włosy lśniące, czarne niczym noc nad sawanną, trzecia zaś miała włosy w kolorze czerwonym niczym ogień lub ostatnie promienie zachodzącego słońca.

W tym momencie, wiedziony jakimś nagłym impulsem, Umgwali poderwał się do góry i zaczął krzyczeć przepełnionym ekscytacją i radością głosem, wymachując przy tym obiema rękami.

Kobiety zauważyły go i instynktownie zasłoniły piersi, po czym szybko zarzuciły na siebie kolorowe materiałowe stroje przykrywające ich kibić oraz zawiązały wokół swych biustów ozdobne okrycia, które niby skrywając je, sprawiały, iż wyglądały one jeszcze pełniej i powabniej. Potem ruszyły w kierunku skał.

Wojownicy stali przez chwilę, nie widząc, co mają dalej robić. Zdawali sobie sprawę, iż kobiety, jakkolwiek nieziemsko piękne, mogły być również niebezpieczne, wiedzione instynktową obawą przed nieznanym, czyli w tym wypadku przed nimi właśnie.

Tymczasem kobiety dobiegły do skał i skryły się w jednej z trzech wykutych w nich jaskiń.

- Co robimy? - dziwną ciszę przerwał jako pierwszy Umgwali.

- Obejdźmy jezioro bokiem i dostańmy się na drugi brzeg - zadecydował Mukabe - musimy z nimi porozmawiać.

- Dlaczego nie wskoczymy do wody? Będzie szybciej i chyba łatwiej. Popatrz, jak nas te krzaki poraniły - zaprotestował Lebamo.

- Mój drogi - odparł spokojnie Mukabe - nie możemy tak zrobić z powodu wyposażenia, które z sobą niesiemy. Żywność, jeżeli zamoknie, na pewno szybko się popsuje. Nie wspominam o strzałach, nie możemy przecież dopuścić, żeby lotki się zmoczyły. Wiesz dobrze, że nawet jak wyschną, to może się okazać, iż część z nich ulegnie uszkodzeniu...

- Faktycznie - Lebamo podrapał się po głowie - masz rację. Ale chodźmy już, bardzo chciałbym poznać te kobiety...

- To boginie - wtrącił Umgwali - widzieliście jak piękną miały skórę? Takich ludzi nie ma na tym świecie.

- Hmm - zastanowił się Mukabe - chodźmy już, zastanowimy się po drodze.

Ruszyli naprzód i przedzierając się przez krzaki, kontynuowali dyskusję.

- Nie wydaje mi się, żeby to były boginie - powiedział Mukabe. - Gdyby tak było, z całą pewnością nie uciekałyby przed nami. Przecież boginie nie muszą się nikogo obawiać. Strach z pewnością nie jest objawem boskości. Poza tym znacie przecież opowieść o białych myśliwych, którzy mieszkali w naszej wiosce. Nie byli bogami, chociaż różnili się od nas.

- Jesteś pewien? - przerwał mu przepełnionym niepewnością głosem Lebamo, a Umgwali przytaknął koledze skinieniem głowy. Otrzymawszy niewerbalne poparcie dla swych rozważań, wojownik zapytał:

- No właśnie, nasz drogi Mukabe, czy jesteś przekonany do tego, co mówisz? Co innego opowieści Staruchy, a co innego rzeczywistość! Przecież sam je widziałeś! Wyglądały jak boginie! Poza tym, skąd wiesz, że ich ucieczka to objaw strachu? Może to podstęp?

- Ach, podstęp mówisz - Mukabe uśmiechnął się z przekąsem, po czym dodał:

- Myślę, że i tym razem się mylicie. Jeżeli spotkalibyśmy boginie, które chciałby nas skrzywdzić, chociaż wydaje mi się to zupełnie pozbawione sensu, to przecież nie musiałby się one uciekać do podstępu. Skoro są boginiami, to z łatwością zamieniłyby nas w kamień, ko-ko-jo-jo czy inne stworzenie nadające się do jedzenia albo by nas po prostu zjadły na surowo, zabiły, czy w ogóle zrobiły, cokolwiek by chciały...

Towarzysze Mukabe uspokoili się nieco, ale uparcie nie chcieli się zgodzić ze zdaniem Mukabe, który napotkanych pięknych istotach nie widział żadnego zagrożenia. Powoli jednak udało mu się przekonać towarzyszy podróży, do swoich przekonań.

- Skoro faktycznie jest, jak mówisz - powiedział Umgwali - i faktycznie one są, tak jak my, ludźmi, tylko jakimś dziwnym kaprysem losu obdarzonymi białą skórą, to znaczy się, że jesteśmy największymi szczęściarzami na ziemi. Istnieje całkiem duża szansa, że są samotne...

Mukabe i Lebamo spojrzeli na siebie porozumiewawczo, po czym wybuchnęli gromkim śmiechem. Umgawli przystanął na chwilę speszony, lecz zaraz zawtórował kolegom.

Pomimo wszystko wojownicy postanowili zachować ostrożność, zbliżając się do jaskini. Podeszli z boku, a nie na wprost, aby uniemożliwić ewentualny bezpośredni ostrzał z łuku. Pierwszy próg jaskini przekroczył Mukabe. Wokół panowała cisza i ciemność, rozświetlana wyraźnie jedynie na trzy metry od wejścia. Stąpał powoli, patrząc pod nogi, jakby sam nie wierzył w swoje niedawne zapewnienia o braku zagrożenia ze strony nieznajomych, i poszukiwał zastawionych pułapek. Kiedy zbliżył się do granicy mroku, zawołał swych towarzyszy. Podeszli do niego i w dalszą drogę ruszyli razem, usiłując przebić wzrokiem ciemność gęstniejącą z każdym kolejnym krokiem. Nagle stanęli jak wryci. Przejście zagradzała im jakaś niewidzialna bariera. Nie była to skała, nie były to wrota, lecz coś nieokreślonego, coś jakby pulsująca, żywa, twarda substancja, coś na kształt przemienionej w kamień energii. Stali przez dłuższą chwilę, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie bariera rozstąpiła się, ukazując wnętrze, do którego dostępu broniła.

Oślepiło ich niesamowite światło, tak mocne, że instynktownie zamknęli oczy. Kiedy spojrzeli ponownie, ujrzeli naprzeciwko siebie przestronne i wysokie jak sześciu stojących jeden na drugim wojowników pomieszczenie, z którego ścian biło to mocne ale jednak przyjemne żółte światło. W centrum pomieszczenia naprzeciwko nich stały kobiety. Ubrane w ściśle przylegające do ciał śnieżnobiałe stroje, uśmiechały się zachęcająco w ich kierunku. Jedna z nich, rudowłosa otwarła usta i przemówiła w ich kierunku:

- Witajcie, dzielni wojownicy. Czekałyśmy na was. Wejdźcie, zapraszamy.

- One znają nasz język - Mukabe nie mógł ukryć zdziwienia, pamiętając, że wiele razy, kiedy spotykał ludzi z odległych plemion, nie mógł się z nimi porozumieć.

- Tak, znamy - odpowiedziała druga z kobiet, tym razem blondynka.

- Chodźcie tu bliżej. Zapewne jesteście ciekawi. Wszystko wam opowiemy - dodała trzecia.

Młodzieńcy ruszyli w ich kierunku. W ich głowach kotłowały się pytania, zmieszane z odrobiną lęku oraz ogromną ekscytacją wywołaną właśnie rozpoczynającą się przygodą.

2

Kiedy Mukabe i jego towarzysze zbliżyli się do kobiet, poczuli ich niezwykły zapach. Była to woń kwiatów zmieszanych z jakimiś innymi trudnymi do uchwycenia akcentami, wyjątkowo piękna, ale w pewien sposób niepokojąca i tajemnicza.

Stali tak przez dłuższą chwilę, nie mogąc wydusić ani słowa. Wreszcie Mukabe zdobył się na odwagę i zwrócił się do jednej z kobiet, tej o najjaśniejszych włosach:

- Kim jesteście?

- Jestem Alinea - odparła blondynka.

- A to jest Remila i Wega - w tym momencie gestem odwróconej do góry dłoni wskazała kolejno na czarnowłosą i rudą. Mukabe chciał coś odpowiedzieć, ale kobieta przerwała mu:

- Wiedziałyśmy, że przybędziecie, ale nie spodziewałyśmy się, że nastąpi to aż tak szybko. Według naszych przewidywań mieliście przybyć trzy godziny później. Dlatego też to całe zamieszanie przy jeziorze...

W tym momencie twarze Remilii i Wegi rozjaśnił zalotny uśmiech.

- Mamy do was prośbę - mówiła dalej Alinea, kładąc jednocześnie ciepłą jedwabistą dłoń na żylastej prawicy Mukabe. Identyczny gest wykonały jej koleżanki: Remila w kierunku Lebamo, Wega zaś w odniesieniu do Umgwali. Serca młodych mężczyzn zabiły mocniej i kierowani wiecznym instynktem pożądania bez oporów podążyli razem z kobietami do lewej strony wnętrza jaskini, gdzie przy skałach stały ustawione w rzędach trzy wysokie i szerokie łoża. Kobiety ułożyły się na nich, a młodzi wojownicy z radością zajęli miejsca przy ich boku. Potem sytuacja potoczyła się szybko, jednak w zasadniczy sposób odmiennie od planów młodych Rijuli. Jak na komendę każda z kobiet zbliżyła się do swego wybranka i pocałowała go w usta, po czym zgrabnie zeskoczyła z łóżka. Następnie zaś, prawie jednocześnie, wszystkie nacisnęły duże okrągłe czerwone guziki znajdujące się na pulpitach kontrolnych umieszczonych obok łóżek. Zdezorientowani mężczyźni nie wiedzieli jak się zachować i co się dzieje, tymczasem z sufitu zsunęły się na ruchomych metalowych prowadnicach wielkie przeźroczyste kopuły, które pokryły każde z łóżek, uniemożliwiając ich opuszczenie. Wojownicy rozglądali się zdziwieni. Przytykając twarze do dziwnej klatki, z wyrzutem i żalem spoglądali na piękne, podstępne kobiety, które uśmiechały się do nich. Po krótkiej chwili, spokojnym i stonowanym głosem, każda z nich powiedziała w kierunku swego "wybranka":

- Nie bój się, nic ci się nie stanie.

W tym momencie metalowe mechaniczne dłonie wychodzące ze ścian, przez niewielkie okrągłe otwory w przeźroczystych kopułach wepchnęły elastyczne rurki, z których bardzo szybko zaczął wypływać obłok pozbawionego zapachu różowego dymu. Mukabe, Lebamo i Umgwali poczuli błogi spokój, po czym zasnęli głębokim snem.

ROZDZIAŁ V. KŁAMSTWA I INTRYGI

1

Kiedy Mukabe oddalał się wraz z towarzyszami, Ruaribe długo spoglądał w jego kierunku. Stał tak w milczeniu aż do momentu, kiedy syn i pozostali młodzieńcy zniknęli za horyzontem. Obok niego przytulając się delikatnie stała Diamastaku. Wódz czuł jej ciepło i po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni w jego sercu kiełkowało ziarno zwątpienia. Im dłużej spoglądał w dal, tym bardziej ziarno rosło, nabierając coraz bardziej realnych kształtów i budząc do życia nową roślinę, by wreszcie na samym końcu zakwitnąć i przekształcić się w czerwony kwiat niewiary. Oto Ruaribe nie potrafił już cieszyć się szczęściem swojego stojącego u progu dorosłości syna. Myślał, że nadchodzi nieuniknione i syn z wielkim prawdopodobieństwem zajmie jego miejsce. Jakim będzie wodzem, jak zostanie zapamiętany? Czy przysporzy ludowi Rijuli więcej chwały niż on sam, wielki Ruaribe? Tego z pewnością się nie dowie, bowiem jego przeznaczeniem będzie umrzeć, opuścić ten świat, zanim Mukabe wstąpi na tron. To, co jeszcze nie tak dawno temu wydawało mu się rozwiązaniem idealnym dla całej rodziny, stanowiło teraz największą bolączkę. Z każdą chwilą, z każdym oddechem uświadamiał sobie, że nie chce, aby Mukabe czy ktokolwiek inny zajmował jego miejsce. Nie teraz, nie w najbliższym czasie, może kiedyś w dalekiej przyszłości byłoby to możliwe do zaakceptowana, lecz w sytuacji, gdy termin jego ziemskiej wędrówki coraz bardziej zbliżał się do finalnego dnia, rósł w nim bunt i sprzeciw. Uświadamiał sobie coraz mocniej, że nie chce umierać, nie chce opuszczać tego świata. Wiedział doskonale i wciąż sobie powtarzał, że po śmierci czekają na niego jeszcze większe zaszczyty i chwała. No tak, ale czy na pewno w rzeczywistości jest tak, jak głosi Starucha? Czy jest na to jakaś gwarancja, czy istnieje jakieś wiarygodne potwierdzenie? Czy któryś z minionych wodzów pojawił się kiedykolwiek we wiosce, by opowiedzieć o cudownym życiu po drugiej stronie? Nie! Nie było takiego przypadku. Może dlatego, że w rzeczywistości nie ma żadnej drugiej strony? W takiej sytuacji głupotą byłoby oddać ot tak, bez walki wszystko to, co ma tutaj. Spojrzał na przytuloną Diamastaku: taką piękną i oddaną. Ona też ma umrzeć? Jej los spoczywał co prawda w jego dłoniach, gdyż wódz mógł zabrać żonę ze sobą, mógł także postawić ją na pierwszym świecie, jednakże powszechną praktyką było jednak "przejście" na drugi świat przez oboje małżonków. Miał się wyłamać? Co by to dało, jak wyglądałoby życie Diamastaku po jego śmierci? Być może Mukabe byłby dla niej dobry, w końcu to jego matka, a on zawsze był honorowy, z drugiej zaś strony, jak sięga pamięć ludu Rijuli, nie było takiego przypadku... Po co to wszystko? Czemu tak naprawdę mają służyć te dziwaczne rytuały, próby i zabijanie wodza w sile wieku? Przecież jest zdrowy, doświadczony, mógłby przewodzić plemieniu jeszcze przez wiele księżyców. Dlaczego ma to wszystko oddać, darować, porzucić? Dlaczego na domiar złego ma to przejąć po nim akurat jego syn w przypadku kiedy zostanie zwycięzcą? Tak, jego syn! To przeszkadzało mu w tej chwili najbardziej. Pogodziłby się z tym chyba, gdyby była to inna osoba. Dziwne, ale zdał sobie sprawę, że wówczas, gdyby los, jaki czekałby jego bliskich po jego śmierci, był taki jak los rodzin poprzednich wodzów, byłoby mu łatwiej, o wiele łatwiej odejść. To chore, ale tak właśnie myślał i nie potrafił nad tym zapanować. W tego serce wdarła się jakaś szalona bakteria zazdrości, pożerając je lub zamieniając stopniowo w czarny kamień.

"Nie! Nie! Nie! - wykrzyczał w myślach. - Nie poddam się. Nie oddam tego wszystkiego tak łatwo!"

- Hej! Co z tobą! - Diamastaku widząc dziwny wyraz twarzy męża, pociągnęła go za ramię. - Obudź się, wróć do mnie - dodała miękkim aksamitnym głosem. - Nad czym się tak zamyśliłeś, jesteś smutny i jakby... zły. Boisz się o syna?

- Tak, boję się o syna - powtórzył, lecz nie zabrzmiało to autentycznie.

- A jednak nie - Diamastaku zauważyła nieszczerość w głosie i wyrazie twarzy.

- Jednak nie - powtórzyła - chodzi o coś innego. Ale, o co?

- Chodźmy już - w odpowiedzi złapał ją za rękę, nadal patrząc gdzieś w dal - jestem zmęczony. Porozmawiamy jutro.

Obrócili się i ruszyli w kierunku wioski. Wokół nie było już nikogo, wszyscy dawno wrócili do swoich chat. Szli w milczeniu. We wiosce zaczynały bić bębny.

2

W miarę jak zbliżali się do palisady, dźwięk bębnów narastał. Były coraz donośniejsze i było ich coraz więcej. Przekroczyli bramę, mijając znudzonych wartowników i ujrzeli pląsy pierwszych tancerzy ubranych w kolorowe pawie pióra, których zadaniem było zachęcić pozostałych współplemieńców do zabawy.

- Święto Tańca! Właśnie się zaczyna! - wykrzyknęła radośnie Diamastaku i pociągnęła męża za sobą. Ruaribe puścił dłoń kobiety i skręcił w bok, podczas gdy ta zaczęła falować w rytmie tam-tamów. Dźwięk narastał i gasł stopniowo, a Diamastaku rytmicznie wyginała swoje piękne ciało, zarzucając przy tym falą długich jak warkocz komety włosów. Wódz przeszedł kawałek dalej i stanął w cieniu rzucanym przez dach najbliższej chaty. Przyglądał się pełnemu zmysłowej energii i dzikiej siły tańcowi małżonki oraz pląsom coraz to nowych współplemieńców, co chwilę ochoczo dołączającym do zabawy.

"Oto Święto Tańca - pomyślał - właśnie się rozpoczyna. Siedem dni rytmicznego transu, przerywanego jedynie przez posiłki i sen. Potem siedem dni odpoczynku i nadejdzie czas Hucznych Łowów, kiedy to wojownicy wyruszą na sawannę, by upolować mięso, dużo mięsa, dużo więcej niż zwykle. Po łowach nadejdzie czas Święta Płodności, kiedy to wojownicy w ciągu dnia będą jeść pieczone mięso, ptasie jaja i odpoczywać, a w nocy, nabrawszy sił, będą kochać swe żony. Każde z tych wydarzeń to kolejnych siedem dni. Potem nadejdzie Czas Wielkiego Spokoju, okres wynoszący około trzech pełnych księżyców, kiedy to ludzie będą oczekiwać na powrót bohatera z jajem ptaka keldermorka. W tym czasie wojownicy na zmianę będą pełnić warty w odległych punktach obserwacyjnych na sawannie i wypatrywać nadchodzącego zwycięzcy, skoro zaś taki się pojawi w odległości trzech dni od wioski, niezwłocznie zawiadomią o tym Staruchę. Wtedy nadejdzie czas przygotowania starego wodza, czyli jego samego, do ostatniej drogi. W chwili kiedy stopa zwycięzcy przekroczy bramę wejściową wioski, pozostanie mu góra kilka dni życia, które zakończy Rytuał Przejścia..."

"Doprawdy, jest co świętować - myślał dalej Ruaribe. Z mojego punktu widzenia sytuacja robi się coraz to bardziej nieciekawa".

Zostawił pogrążonych w hipnotycznym transie tancerzy i udał się do swojego pałacu. Przed głównym wejściem do siedziby wodza stało jak zawsze dwóch wartowników. Ich służba w tym miejscu miała jedynie wymiar symboliczny, podkreślający prestiż i status przywódcy, ponieważ do chwili obecnej nie zdarzyło się, aby wewnątrz wioski wódz potrzebował ochrony przed współplemieńcami. Ruaribe zbliżył się do nich i rzekł:

- Jesteście dziś wolni. Idźcie tańczyć.

Posłusznie pozostawili włócznie i udali się w kierunku skupiska tańczących współplemieńców.

Tymczasem Ruaribe wszedł do wnętrza swej przestronnej chaty. Skierował się ku wielkiej drewnianej klatce, gdzie zamknięty siedział niewielki, ale szybki drapieżny ptak z gatunku lotimer. Podniósł ją, wyszedł na zewnątrz, uchylił najpierw delikatnie a po chwili na całą szerokość drzwiczki i rzekł do zwierzęcia:

- Leć, wierny lotimerze, wracaj do swego pana Cichej Śmierci, wodza plemienia Mronoków. Niech przybędzie na moje wezwanie!

Ptak rozglądnął się jakby zdziwiony, nie mogąc uwierzyć, że oto zwraca mu się wolność, jednak trwało to tylko krótką chwilę, zanim przeszedł do wejścia, odbił się i zatrzepotał skrzydłami, po czym wzbił się w górę: najpierw powoli, trochę jakby niepewnie, potem nabierając gracji w ruchach, aż wreszcie przyśpieszył, odzyskując władzę w przestworzach daną mu niegdyś przez bogów.

Zabawa przybierała coraz bardziej ekscentryczną postać. Tancerzy było coraz więcej zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W powietrzu zagościł zapach słodkiego potu i feromonów. Ludzie wyginali się rytmicznie, wspierani dodatkowo czarodziejską mocą wusakę podawaną im w glinianych naczyniach przez stojącą obok Staruchę. Pomarszczoną twarz wiedźmy wykrzywiała dziś widocznie jeszcze jedna bruzda - uśmiech. Widać było, iż jest zadowolona, kiedy we wielkim glinianym dzbanie pełnym mocnego trunku zatapiała mniejsze naczynie i podawała kolejnym tancerzom. Po chwili stara zaczęła się głośno śmiać. Huk bębnów, tupot nóg, wir powietrza wywołany przez prawie nagie ludzkie ciała przepełniał całą wioskę. Gdzieś wysoko w przestworzach lotimier spoglądał w dół, wypatrując celu swej podróży, osady rodzinnej swojego prawdziwego pana. Tymczasem człowiek, który zwrócił mu wolność, właśnie wychodził ze swojej chaty. U progu wejścia spotkał swą piękną żonę. Kobieta złożyła na jego ustach gorący pocałunek i porwała go za rękę. Pobiegli razem i przyłączyli się do tańczących. Ruaribe znów poczuł się dobrze. Im dłużej tańczył, im więcej wusake wypijał, tym bardziej zdawało mu się, że jest to ceremonia mająca na celu uczynienie nowego żywego wodza z niego samego, a nie z Mukabe.

ROZDZIAŁ VI. WEZWANIE

Plemię Mronoków od wielu pokoleń żyło na skraju magicznego lasu, tam gdzie rzadka roślinność sawanny po wielu kilometrach stopniowego zagęszczenia przechodziła wreszcie w prawdziwą dżunglę. Tutaj, osiemdziesiąt metrów poniżej korony najwyższych drzew, w chatach z mocnych przeplatanych gałęzi powleczonych grubą gliną i wyłożonych matami oraz wysuszoną trawą, biło serce tego dumnego wojowniczego ludu. Wodzem plemienia od długiego czasu pozostawał charyzmatyczny Cicha Śmierć, które to imię nadano mu trzydzieści księżyców temu po wielkiej bitwie z plemieniem Dajbinów. W trakcie tego strasznego starcia zginęło wielu dzielnych wojowników i plemię Mronoków było o krok od klęski. Podstępni Dajbini zaatakowali tuż nad rankiem. Zabijając strażników, wtargnęli do uśpionej wioski i zaczęli mordować zupełnie nieprzygotowanych do walki Mronoków. Wtedy to on właśnie, obecnie Cicha Śmierć, wówczas jedynie młodzieniec bez żony i znaczącej pozycji w swym ludzie, dokonał czynu wyjątkowego. Zwołał grupę siedmiu przyjaciół, razem wspięli się na niskie krzewy lub drzewa rosnące wokół wioski, na wysokość dwóch dorosłych mężczyzn, skąd, kryjąc się pośród gęstych liści, rozpoczęli niezwykle skuteczny ostrzał atakujących, zatrutymi strzałkami. Ta tradycyjna broń w sprawnych dłoniach młodych ludzi o walecznych sercach okazała się niezwykle skuteczną. W ciągu kilkudziesięciu oddechów losy bitwy uległy zmianie. Trucizna pozyskiwana z trującej ryby qumorte bardzo szybko zebrała śmiertelne żniwo wśród atakujących. Przerażeni Dajbini nie mogli obronić się przed rażącymi ich z ukrycia strzałkami, atak załamał się, Mronokowie otrząsnęli się i przeszli do kontruderzenia. Wódz Dajbinów, Wielki Orzeł, podobnie jak wielu jego wojowników, zginął od postrzału w szyję, reszty zaś dokonały włócznie z kamiennymi grotami, patito5 oraz łuki obrońców. To właśnie on sam, Cicha Śmierć, zabił Wielkiego Orła, w nagrodę za co, otrzymał od starszyzny plemiennej przy aprobacie całego ludu swoje wyjątkowe imię oraz trzy żony. Powierzono mu także jednomyślnie stanowisko wodza plemienia, z czym wiązały się oczywiście liczne obowiązki, ale i również zaszczyty, przede wszystkim zaś przywilej mieszkania w największej chacie i możliwość posiadania aż siedmiu kobiet. W tym samym dniu młodzieńcy, którzy wspólnie z nim uratowali wioskę, także otrzymali imiona oraz żony. Stali się także najważniejszymi wojownikami w osadzie: Gwardią Przyboczną wodza. Od tego czasu, w przeciwieństwie do innych wojowników, nie musieli już brać udziału w polowaniach i zdobywaniu pokarmu, który zobowiązani byli im dostarczać inni mieszkańcy wioski, ich bowiem głównym i jedynym zadaniem była ochrona wodza i wioski przed atakami Dajbinów i innych plemion: stanie na straży oraz stałe obserwacje siedlisk wrogów i sprawdzanie, czy nie szykują się do ataku.

Dzień był piękny i w jakiś sposób wyjątkowy. Słońce świeciło jak prawie zawsze, lecz tym razem wiał także chłodny przyjemny wiatr, który miło pieścił skórę i budził w ludziach pokłady energii życiowej. Cicha Śmierć siedział w cieniu baobabu, tuż poza granicą wielkiego lasu. Rozmyślał o zdarzeniach, dzięki którym został wodzem i był z siebie dumny.

Potem jednak przyszedł czas, kiedy ciemne deszczowe chmury przysłoniły blask chwały i przypomniał sobie o rzeczach, które najchętniej utopiłby na zawsze w otchłani zapomnienia.

Zdarzenie to jednak tkwiło w jego pamięci, niczym mały, niewidoczny cierń w stopie: nie dając się usunąć, raniło boleśnie, raniąc, nie pozwalało zapomnieć o swoim istnieniu.

Niedługo po tym, jak został wodzem, dla ugruntowania nowo zdobytej władzy oraz pozycji w plemieniu, razem z dwoma doświadczonymi wojownikami: Zatrutą Rybą oraz Kamienną Pięścią, udał się zapolować na lamparta. Przebieg polowania od samego początku był jednakże dziwny: zamiast udać się w głąb lasu, Kamienna Pięść poprowadził ich na sawannę, chociaż tradycyjnie polowali właśnie w lasie, stosunkowo szybko zatrzymali się także na postój, chociaż Cicha Śmierć, z opowieści ojca wiedział, iż zawsze na początku polowania myśliwi najdłużej poszukują tropów. Młody wódz pamiętał ten dzień, jakby to było wczoraj i pomimo upływu czasu wciąż nie mógł się pogodzić z tym, co wówczas się stało.

Zapadał zmrok, kiedy Kamienna Pięść, jako dowodzący wyprawą główny tropiciel zarządził postój, nieopodal dużego drzewa gdzieś na sawannie. Zatruta Ryba wyciągnął suszone mięso, Kamienna Pięść zaś wusakę i poczęstowali Cichą Śmierć, ten z kolei odwdzięczył się tym, co miał razem z sobą, czyli owocami banana. Po kilku łykach napoju, młody wódz poczuł straszne palenie w gardle, po chwili zaś zawroty głowy. Oszołomiony chciał wstać, lecz nie mógł się podnieść, nie mógł uczynić żadnego ruchu: coś paraliżowało mu ruchy dłoni, rąk, nóg. Był coraz słabszy, a jego wzrok coraz bardziej rozmyty: zauważył dziwne uśmieszki na twarzach współtowarzyszy oraz patito w zaciśniętej dłoni Kamiennej Pięści, domyślił się, że chcą go skrzywdzić, być może zamordować, chciał wstać, bronić się, walczyć, lecz nie miał sił, w końcu przewrócił się i upadł na bok. W jego umyśle zapanowała ciemność. Tak, to były straszne chwile. Pamiętał równie dokładnie, co stało się potem. Jakie było jego zdziwienie, kiedy obudził się w wiosce Rijuli. Okazało się, iż wódz tego plemienia, Ruaribe uratował mu życie, gdy przypadkiem w czasie polowania zauważył, iż dwóch wojowników kopie bezwładnie leżącego młodego mężczyznę. Zastrzelił ich z łuku, a pół żywego młodzieńca, polecił przenieść swoim wojownikom do wioski.

Cicha Śmierć spędził aż pięć księżyców w wiosce Rijuli i były to naprawdę szczęśliwe chwile. Polubił tych ludzi, zwłaszcza ich wodza Ruaribe, któremu zawdzięczał życie, a który był człowiekiem tak skromnym, iż zabronił swoim ludziom opowiadać o uratowaniu Cichej Śmierci, gdyż jak sam twierdził, ciągłe rozprawianie na ten temat mogłoby być nie rękę bogom, którzy uznaliby go za człowieka próżnego, chcącego przysporzyć sobie nadmiernej chwały i tym samym odwróciliby się od niego.

Kiedy Cicha Śmierć wyleczył zadane mu rany oraz nabrał sił, wyruszył na polowanie, podczas którego schwytał młodego ptaka, którego następnie oswoił, gdyż sztuka ta była znana jego ludowi od pokoleń. Opuszczając wioskę, zabrał ptaka razem ze sobą, jednak umówił się z Ruaribe, iż jeśli tylko szczęśliwe dotrze do swojego domu, odeśle ptaka z powrotem do Ruaribe. Ten zaś miał trzymać ptaka u siebie do czasu, aż będzie potrzebował pomocy. Wtedy zaś, zwróci mu wolność i ptak ponownie przyleci do wioski Cichej Śmierci. Otrzymawszy taki znak młody wódz, miał wyruszyć do wioski swego dobroczyńcy.

Myśląc o tych minionych chwilach, młodemu wodzowi nie przyszło jednak do głowy, że właśnie w tej chwili, przeszłość ponownie zapuka w drzwi jego chaty. Jednak gdzieś w oddali na horyzoncie zamajaczył jakiś dziwnie znajomy kształt, który z każda chwilą zaczął nabierać wyraźnych cech drapieżnego lotimera.

"Czyżby mój przyjaciel potrzebował pomocy?" - niewypowiedziane pytanie rozbrzmiało w myślach wodza. Wstał i wpatrywał się w nadlatującego ptaka. Przeczucie walczyło w jego sercu z nadzieją, że jednak się myli. Owszem, chciał i był gotów, wywiązać się z obietnicy, powziętej w zamian za uratowanie życia. Nie miał jednak wątpliwości, że będzie to wiązało się z koniecznością walki i pokonywania niebezpieczeństw, których w tej akurat chwili, w tym właśnie czasie chciałby uniknąć. Jego ulubiona żona, Alomi, którą kochał ponad wszystko i którą planował uczynić swoją jedyną wybranką, spodziewała się ich pierwszego dziecka. Wolałby więc najbliższy czas spędzić razem z nią, nacieszyć się swym dzieckiem. Na, ale cóż, los mężczyzny jest taki, iż często niedanym jest mu się nacieszyć z bogactwa, które zdobędzie dzięki swej walce i poświęceniu, także z bogactwa duchowego. Stał więc i patrzył, czekał jak na osądzie plemiennym, który zdecydować ma o winie bądź nie, człowieka pomówionego o zabicie drugiego lub inne ciężkie zbrodnie. Serce biło coraz mocniej, a ptak był coraz bliżej, aż wreszcie Cicha Śmierć rozpoznał w moim swego lotimera. Ptak zniżył lot, zapikował, młodzieniec wyciągnął ramie do góry, a tresowany drapieżca łagodnie wylądował na jego przedramieniu.

"A więc stało się - pomyślał. - Mój wybawca ma kłopoty. Nadszedł ponownie czas walki w moim życiu".

Posadził ptaka na prawym ramieniu, po czym wyruszył w kierunku swej wioski z zamiarem przygotowania się do czekającej go podróży.

ROZDZIAŁ IV. PRZEBUDZENIE STAREGO BOGA

Kapłan stanął naprzeciwko szklanego sarkofagu, w którym od ponad czterdziestu lat zamknięte było martwe ciało Yeka Gransun, pierwszego boga nowych ludzi, zgładzonego podstępnie przez najbliższą mu osobę oraz ludzi, którzy udawali jego gorących wyznawców i orędowników.

Pomimo iż od śmierci Yeka upłynęło wiele lat, jego ciało nie ulegało rozkładowi. Skomplikowana aparatura, do której był podłączony zmarły, pozwalała zachować jego ciało w stanie nienaruszonym. Tysiące nanorobotów krążyło w martwych żyłach i połączeniach nerwowych, zachowując ich sprawność pomimo braku aktywności.

- Już czas - powiedział stary kapłan - Już czas, abyś się przebudził, ojcze.

Silną dłonią wprowadził na klawiaturze komputera kilka komend, po czym zatwierdził wydane polecenia. Maszyna uruchomiła sekwencję startową. Nanoroboty opuściły martwe żyły, podłączając do nich grube rurki, przez które po chwili popłynęła krew, powoli wypełniając ciało życiem. Impulsy elektryczne zaczęły budzić zmarłe dawno temu serce, a płuca powoli zaczęły napełniać się powietrzem. Życie rozkwitało ponownie w ciele Yeka Gransun. Maszyny ustabilizowały jego stan i wieko sarkofagu uniosło się delikatnie, zwracając światu uśpione przez lata życie.

Po chwili oszołomiony Yeka Gransun siedział na brzegu hiperrespiratora, który był schronieniem dla jego ciała przez wiele długich lat. Czuł się bardzo zmęczony. Odruchowo złapał się za bok, gdzie, jak pamiętał, odniósł bolesną ranę, będącą przyczyną strasznego bólu. Ku swemu zadowoleniu stwierdził jednak, że rany nie ma i nic go nie boli. Miał wrażenie, iż przebudził się z dziwnego, koszmarnego snu, w którym zabito go i porzucono na pustyni. Rozglądnął się wokół, lecz pomimo tego, iż usilnie wytężał pamięć, nie mógł sobie przypomnieć, jak do tego doszło, że znalazł się w tym miejscu. Jego ostatnie mgliste wspomnienie było echem z odniesionych ran, opuszczających go sił i bolesnej agonii w bezlitosnym słońcu pustyni. Pamiętał pustkę pożerającą stopniowo jego umysł, lecz nie mógł przypomnieć sobie, co było dalej. Kto uratował go i przeniósł w to miejsce? Nie pamiętał, widocznie stracił przytomność. Nie mógł więc wiedzieć, kto wyciągnął do niego pomocna dłoń, kto był jego wybawcą. Swoją drogą cóż za żałosne upokorzenie. Ktoś musiał udzielać pomocy jemu, bogowi nowych ludzi. Jak wpłynie to na jego wyznawców, czy uda mu się, w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć czasową nieobecność i utrzymać dotychczasową władzę? Czy osiągnie to, co planował jeszcze przed zamachem?

W tym miejscu jego wzrok zatrzymał się na twarzy stojącego obok mężczyzny, twarzy tak dziwnie znajomej i bliskiej, której obraz był jednak dla niego obecnie odległym wspomnieniem. Zmarszczył brwi, usiłując odnaleźć wśród zakamarków wybudzonej właśnie z niebytu pamięci jakiekolwiek wspomnienie, jakikolwiek punkt odniesienia związany z tą osobą. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, aż poczuł, iż kręci mu się w głowie i traci ponownie kontrolę nad swym ciałem. Mężczyzna bardzo szybko znalazł się w jego pobliżu, przytrzymał mdlejące ciało i delikatnie ułożył na sterylnej pościeli wyścielającej komorę hiperrespiratora.

- Za dużo myśli naraz. Za dużo, drogi ojcze - powiedział łagodnie do starca.

- Spokojnie, jeszcze nadejdzie twój czas - dodał po chwili. - Pomożesz nam, ludziom starej cywilizacji, zemścić się na tej, która zaprzepaściła naszą ostatnią szansę na powrót do władzy nad naszą planetą, nad naszą ukochaną Ziemią! Wkrótce wyruszysz z misją, by odszukać Piemezę, kobietę, która była niegdyś twoją żoną, i która - niestety - na zawsze pozostanie moją matką! To ona, organizując podstępnie zamach, sprowadziła na ciebie śmierć i spowodowała upadek twego boskiego kultu, zaprzepaszczając ostatecznie możliwość zapanowania przez ciebie nad Ziemią, tak jak to uczyniłeś niegdyś na planecie X. Przez lata nikt nie wiedział, iż była inspiratorką i głównym organizatorem tego zamachu, dopiero przypadek spowodował, iż kilka miesięcy temu informacja ta dotarła do mych uszu. Nie jest to bynajmniej koniec jej grzechów! To ona bowiem kilka lat później po raz drugi zdradziła naszą rasę, uciekając do dzikich, nowych ludzi i stając się jedną z nich. Wybrała nowych ludzi, odrzucając ciebie, mnie, nas, całą naszą rasę, całą naszą potęgę i chwałę, które zbudowaliśmy przez lata wspaniałej cywilizacji. Pozostawiła nas, chociaż była jedyną nadzieją na przedłużenie tej chwały na kolejne pokolenia. I za to musi ponieść śmierć! A ty staniesz się jej narzędziem, drogi ojcze...

W tym momencie starzec ocknął się ponownie i spojrzał w twarz wpatrującego się weń człowieka i zrozumiał... była to jego własna twarz, ale wyraźnie młodsza. Tylko jedna osoba we wszechświecie była doń tak podobna: jego ukochany syn, owoc związku z najważniejszą kobietą w jego życiu.

- Synu - rzekł ciągle jeszcze słabym głosem.

- Ojcze, wróciłeś!

- Co się stało, mój ukochany Piamebanie? Gdzie ja jestem? Jak długo byłem nieprzytomny.

- Ojcze - syn spojrzał nań z głębokim smutkiem w oczach. - Prawda będzie dla ciebie straszna, trudna do pojęcia, ale musisz ją poznać. Byłeś martwy przez prawie pięćdziesiąt lat!

- Cooo, jak to, jak to możliwe? Czekaj, faktycznie, ty wyglądasz znacznie poważniej, nie jesteś już nastoletnim młodzieńcem. Ile masz teraz lat?

- Sześćdziesiąt siedem, ojcze. Sześćdziesiąt siedem. Ty zaś masz w tej chwili dokładnie tyle, ile w momencie śmierci, czyli osiemdziesiąt osiem lat.

- Jak to się stało? Opowiedz, opowiedz mi wszystko...

- Dobrze, ale w innym miejscu.

To mówiąc, pomógł ojcu wstać i razem przeszli kawałek, by usiąść na wygodnych szerokich fotelach obok dużego szklanego stołu, który zastawiono smakowitymi daniami i napitkami różnego rodzaju.

- Zapewne będziesz chcieć coś zjeść, ojcze.

Yeka Gransun w odpowiedzi skinął głową.

- Jedz więc, a ja wyjaśnię ci sytuację, w jakiej się obecnie znaleźliśmy. Opowiem ci wszystko od początku, bo po tak długim czasie braku aktywności możesz mieć luki w pamięci. W trakcie pobytu na planecie X, którą udało ci się z powodzeniem skolonizować i podbić jej mieszkańców, tak aby służyli naszej rasie3, dotarła do nas wieść o katastrofie, jaka wydarzyła się na Ziemi, w wyniku której większość cywilizacji została zniszczona. Ponieważ w międzyczasie utraciłeś kontrolę nad planetą, postanowiłeś, że wyruszymy w podróż powrotną, co też uczyniliśmy4. Po wielu latach, spędzonych w hibernacji, dotarliśmy na nową Ziemię, zamieszkiwaną przez niewielką, wymierającą populację ludzi. Przed lądowaniem okrążyliśmy kilkukrotnie orbitę Ziemską, wykonując dokładny skan jej obecnej powierzchni, zapisując jej obraz zarówno z daleka, jak i w bardzo dużym przybliżeniu. Wykonaliśmy także orbitalny skan cieplny, mający na celu odnalezienie organizmów żywych, a zwłaszcza ludzi. Okazało się, że oprócz kilku wymierających skupisk dawnej cywilizacji, na wyspie Sentinel wciąż istnieje ostatnie skupisko ludzi, którzy nigdy nie mieli kontaktu z cywilizacją. Postanowiłeś wykorzystać tych pierwotnych ludzi do odbudowania populacji na Ziemi. Po lądowaniu udaliśmy się na wyspę Sentinel, uśpiliśmy jej mieszkańców, po czym zaszczepiliśmy ich na wiele chorób cywilizacyjnych, tak, aby przy spotkaniu z nami samymi oraz resztkami ludzi dawnych cywilizacji nie byli oni narażeni na śmierć z powodu braku odporności w starciu z nową flora bakteryjną. Kilkudziesięciu ludzi, tworzących kilkanaście rodzin, przetransportowaliśmy z wyspy Sentinel na stały ląd. Na wyspie pozostawiliśmy około połowy jej dotychczasowej populacji. Sentinelczycy, rozpoczęli swą wędrówkę po świecie, oczywiście pod twoim nadzorem, w rejonie Indii. Okazało się, że bardzo szybko rozmnażają się i powiększają swą liczebność. Ogłosiłeś się ich bogiem, ja zaś byłem twoim synem, oficjalnie także bogiem, a w rzeczywistości także pierwszym, jedynym i najważniejszym kapłanem, czuwającym, aby rozwój kultu twej osoby szedł w odpowiednim kierunku. Wszystko układało się pomyślnie i gdyby nie zamach na twoje życie obecnie bylibyśmy zapewne władcami Ziemi! Jednak stało się tak, iż na pustyni zostałeś zaatakowany i śmiertelnie zraniony przez grupę tubylców, którzy byli wcześniej twoimi gorliwymi wyznawcami. Ja sam ledwo uszedłem z życiem. Pomimo odniesionej rany, udało mi się zabić napastników i przetransportować twoje ciało na orbitę do statku-matki i do komory medycznej. Zostałeś pośmiertnie zoperowany przez nanoroboty, które usunęły wszelkie rany z twojego ciała. Niestety, zaraz potem musiałem w trybie awaryjnym opuścić nasz statek, gdyż ktoś podłożył na nim bombę, udało mi się jednak ponownie zabrać do lądownika komorę hiperrespiracyjną z twoim ciałem. Wylądowałem w naszej ostatniej ziemskiej bazie, o której nie wiedział nikt oprócz ciebie, mnie i matki. Tutaj chciałem, korzystając z naszych zdobyczy techniki opracowanych w trakcie pobytu na planecie X, przywrócić cię do życia, jednak bazę zaatakowali nagle niespodziewanie nowi ludzie. Zamknąłem twoje ciało w sejfie, tutaj dalej za kamiennymi drzwiami. Wiedzieliśmy o nim tylko ty i ja. Potem uciekłem i chociaż ledwo uszedłem z życiem, powróciłem tu za rok. Nie mogłem wówczas otworzyć sejfu, gdyż zgubiłem zaszyfrowany klucz sprzętowy, który go otwierał. Nie dysponowałem również żadną bronią na tyle potężną, by otworzyć drzwi. Musiałem więc na wiele lat pozostawić cię samego. Dopiero niedawno, podróżując po świecie, wyobraź sobie, spotkałem człowieka, który nosił na szyi jako amulet, jak to mówił, pochodzący od bogów: nasz elektroniczny klucz sprzętowy do twojego sarkofagu. Człowiek ten opowiedział mi ciekawą historię, jak to wiele lat temu dobra bogini, która nie chciała zniewolenia człowieka, postanowiła dać ludziom broń, która pozwoli zabić jej męża, okrutnego i złego boga, który chciał ludzi zniewolić i wykorzystać do pracy dla siebie. I słuchaj uważnie, ojcze, słuchaj. Wiesz, jak miała na imię ta bogini? Otóż miała na imię Piemaza!

Yeka Gransun spojrzał na syna pełnym zdziwienia wzrokiem. Jakby uprzedzając jego pytanie, Piameban powiedział:

- Tak, ja też zastanawiałem się i rozmyślałem. Czy to możliwe? Może to zbieg okoliczności. Piemaza! Moja matka, twoja żona, przeznaczona do tego, by podobnie jak my zostać bogiem i panować nad innym, zdradziła nas i przeszła na stronę tych, którzy mieli być naszymi, a więc także jej, niewolnikami? Trudno mi było w to uwierzyć, ale klucz, który nosił ten człowiek zawieszony na szyi, mówił sam za siebie. Według legendy bogini Piemaza, miała zostać ukarana przez bogów i musiała zrezygnować ze swej boskości, stać się zwykłą śmiertelniczką i zamieszkać pośród innych ludzi. Popatrz, jak przydatne potrafią być legendy! A, ja przez te wszystkie lata, poszukiwałem tak usilnie naszej matki! Martwiłem się o nią w trakcie ataku na ciebie, zastanawiałem się, czy tubylcy jej nie zabili, zachodziłem w głowę, gdzie jest podczas tego zamachu na statku-matce, gdy musiałem razem z twoim ciałem powrócić na Ziemię. Wreszcie pełen przerażenia myślałem o jej losie, kiedy tubylcy odnaleźli nas tu, w ostatniej bazie. Zamartwiałem się, że być może torturowali ją, żeby uzyskać informację, gdzie jesteśmy. Przez te wszystkie lata nigdy w nią nie zwątpiłem, nigdy nie przyszło mi na myśl, że to ona może być zdrajcą! Wyobraź sobie, jak z nas zakpiła. Ale dokończę ci, co było dalej... Ten cholerny tubylec nie chciał oddać swojego talizmanu, upierał się, że jak go sprzeda czy przekaże komuś, to stanie mu się coś złego. I faktycznie się stało! Zdenerwował mnie tak bardzo, iż w końcu go zabiłem i zabrałem to, co nasze! Niezwłocznie wyruszyłem w drogę powrotną do naszej bazy. W trakcie tej drogi, wyobraź sobie, spotkałem piękną kobietę, przedstawicielkę naszej rasy, od której dowiedziałem się, że w jednym z plemion nowych ludzi żyje kobieta, mogąca być moją matką. Ale o tym powiem ci później.

- Synu, dziękuję ci za te wszystkie informację - odpowiedział Yeka Gransun.

- Dziękuję także, że z tak wielkim trudem przywróciłeś mnie do życia. Powiedz mi jeszcze, jakie mamy zasoby, czy mamy jakichś wyznawców, sprzęt, broń, złoto?

- Rozejrzyj się wokół, ojcze - Piameban wskazał ręką na pomieszczenie, w którym się znajdowali. To wszystko, co pozostało po naszej potędze i chwale. Wszystko, czyli nic!

- W takim razie pozostaje mi jedynie odnaleźć Piemazę - powiedział ściszonym głosem Yeka Gransun, a w jego oczach zapłonął złowieszczy dziki ogień.

- Tak... - odparł Piameban z nutą dziwnej, aczkolwiek wyraźnie odczuwalnej satysfakcji, jakby zapowiedź zemsty na matce, widoczna w oczach ojca, przyniosła mu dawno niedoświadczane uczucie radości.

- Piamebanie, czy statek na orbicie został całkowicie zniszczony?

- Tak, ojcze.

- Nie martw się, synu. Przewidziałem także taką możliwość. Zaprogramowałem komputer, że w przypadku wybuchu i zniszczenia statku-matki odpowiednie sygnały zostały wysłane na planetę X, do bazy Komandora Dekilmora. Kiedy je tylko otrzymają, flota inwazyjną wyruszy w kierunku Ziemi.

- A więc nie wszystko stracone! - teraz już wyraźnie ucieszył się Piameban.

- Na razie, na wiele lat, tak. W najbliższym czasie pozostaje nam odnaleźć Piemazę i... zemścić się na niej. Potem zaś, powrócimy tutaj i poddamy się hibernacji. Poczekamy tyle lat, ile potrzeba na przybycie floty inwazyjnej. I wtedy zaprowadzimy tu nowe-stare porządki.

Piameban czuł w sercu wielką radość. A więc osiągnął sukces! Udało mu się wyrwać swojego ojca z objęć śmierci! Dokonają zemsty, a potem pogrążą się na dziesiątki lat bądź może nawet wieki w hibernacji, by w odpowiednim czasie zbudzić się i na nowo objąć panowanie nad gatunkiem ludzkim. Ta perspektywa była dla niego czymś niezwykłym, czymś, o czym skrycie marzył przez lata poniewierki na tej niegościnnej i obcej dla niego planecie, Ziemi.

ROZDZIAŁ VII. WYROKI

1

We wiosce ludu Rijui, w oczekiwaniu na Cichą Śmierć, Ruaribe rozpoczął przygotowania mające w jego przekonaniu pomóc mu obalić obowiązujący porządek rzeczy i zapewnić dalsze przywództwo. Spotykając się z różnymi ludźmi, zaczął w sposób wyszukany i podstępny podważać w oczach ludzi kompetencje swojego syna, Mukabe, tak, aby w przyszłości ludzie doszli do wniosku, iż tylko on, Ruaribe, nadaje się do piastowania godności wodza plemienia. Robił to jednak delikatnie, niby przypadkiem, niby niechcący mówiąc za dużo, a zaraz potem prosząc swojego rozmówcę, żeby nie mówił o tym nikomu, gdyż to tajemnica, w rzeczywistości zaś liczył na to, iż osoba ta przekaże informację dalej. W ten sposób powiedział pewnego razu jednemu z wojowników, że wielokrotnie pomagał Mukabe w ustrzeleniu zwierzyny w czasie polowań, co było w rzeczywistości nieprawdą i w co początkowo nie uwierzył, gdyż wielokrotnie widział, jak Mukabe strzela z łuku. Widząc to, Ruaribe zmyślił jednak na poczekaniu bajeczkę, iż jego syn jest chory na tajemniczą chorobę, która powoduje, że co pewien czas ma ataki zawrotów głowy, które powodują brak celności przy strzelaniu. Choroba ta miała być leczona za pomocą specjalnej mieszanki ziół, wywar z których, nie tylko powstrzymywał ją na czas jednego księżyca, ale także powodował, iż Mukabe niesamowicie wyostrzał się wzrok i wzmacniały mięśnie, dzięki czemu strzelał z łuku nawet o wiele lepiej niż człowiek zdrowy. Taka wersja początkowo zdziwiła rozmówcę Ruaribe, po chwili zaś doszedł do wniosku, iż jest zapewne prawdziwa i wyjaśnia przyczyny niezwykłego talentu łuczniczego Mukabe. Nie omieszkał więc przekazać jej dalej kolejnym wojownikom z wioski. W naturze wielu ludzi zostało bowiem zapisane, iż często nawet nieświadomie nienawidzą tych przedstawicieli swojego gatunku, których uznają za lepszych od siebie i zrobią wszystko, żeby udowodnić, że ten lepszy w rzeczywistości jest tym gorszym. Ruaribe postanowił wzbudzić prastarego demona zawiści, ukrytego głęboko w duszach ludzkich. Ma on tę właściwość, że rośnie w siłę, podsycany zazdrością ludzi niezadowolonych, nieszczerych, chcących mieć więcej, czyli w praktyce bardzo wielu osób.

Wkrótce w całej wiosce wrzało jak w ulu, ludzie szeptali, że jeden z kandydatów na wodza jest oszustem. I choć nikt nie ośmielił się tego powiedzieć głośno, to w sercach ludzi dojrzewało pragnienie ukarania oszusta i odebrania mu władzy w przypadku, gdyby taką udało mu się zdobyć. Ruaribe nie poprzestał jednakże na tym jednym, ale jakże potężnym w swej wymowie oszczerstwie. Przez kilka dni karmił swój lud także innymi, mniejszymi, wypowiedzianymi niby przypadkiem kłamstwami na temat swojego syna: a to opowieścią jak w dzieciństwie zabierał zabawki innym dzieciom i przynosił do domu, a to historią o tym, jak pewnego razu w czasie wspólnego polowania z braćmi, kiedy to nikt nie jadł od dwóch dni, Mukabe złapał dużą rybę w strumieniu, ale nie podzielił się nią z nikim. Opowieści te nie miały nic wspólnego z prawdą, jednak wzmocnione wcześniejszym oszczerstwem, uwiarygodnionym dobrze zmyśloną historią o cudownych ziołach, osiągały zamierzony rezultat: burzyły autorytet Mukabe na długo przed tym, zanim udało mu się go naprawdę zbudować, nastawiały do niego wrogo ludzi, którym mógłby w przyszłości przewodzić.

Plotki i oszczerstwa, jakkolwiek są potężną i niszczycielską bronią o wielkim zasięgu oddziaływania, mają jednakże tę niepożądaną dla ich siewcy właściwość, iż nie można kontrolować, do kogo trafią, a często zdarza się, iż docierają do uszu ludzi, dla których nie były przeznaczone. Wrodzona przenikliwość umysłu niektórych osób, poparta rzeczywistą wiedzą, pozwala niektórym ludziom odróżnić pomówienie od prawdy. Są również ludzie, którzy brzydzą się plotką i uznają ją za coś tak niehonorowego i złego z natury, że skłonni są bardziej podejrzewać plotkarza o złe intencje niż uwierzyć w treść oszczerstwa. Są także ludzie nieskłonni do zawiści, którzy w swoim życiu traktują ludzi tak, jak są przez nich traktowani, a osąd o innych wyrabiają sobie przede wszystkim poprzez bezpośredni kontakt z danym człowiekiem, a nie poprzez opowieści osób trzecich. Są także ludzie przede wszystkim mądrzy i cwani, i do tych właśnie zaliczyć należy Staruchę.

Kiedy pierwsze plotki o Mukabe zaczęły docierać do jej uszu, zastanawiała się, kto może być ich siewcą, przecież był to chłopak powszechnie lubiany w wiosce, bardzo uczynny, który praktycznie nie miał wrogów. Usiłowała rozmawiać z kilkoma osobami na ten temat, jednakże natrafiła na dziwną zmowę milczenia. Wówczas usiadała w samotności i paląc magiczną fajkę, zaczęła rozmyślać. Nie potrzebowała zbyt dużo czasu, by dojść do wniosku, iż siewcą plotek musi być Ruaribe. Zawezwała swoich wojowników, strażników świątyni, którzy to jej przysięgali bezwzględną wierność i posłuszeństwo. Od ich przywódcy, najwyższego w wiosce mężczyzny, Adamana, dowiedziała się, że im również ludzie w wiosce nie chcą mówić, kto opowiada złe rzeczy o Mukabe, ale podsłuchał niedawno rozmowę dwóch osób, z której wywnioskował, że to Ruaribe jest sprawcą tego zamieszania. Starucha poleciła Adamanowi, aby zawezwał do siebie wszystkich wojowników z Gwardii Przybocznej Ruaribe na rytułał oczyszczenia. Był to jeden z tych obrzędów, kiedy wezwani nań, nawet strażnicy wodza, powinni porzucić wszelkie zajęcia i przybyć do chaty Staruchy. Obawiała się nieco, iż w obecnej sytuacji mogą wystąpić jakieś nieprzewidziane komplikacje, ale wszystko poszło nadzwyczaj sprawnie, może dlatego, iż Ruaribe nie było w swej chacie, gdyż zajęty był dalszym szkalowaniem dobrego imienia swojego syna. Kiedy tylko gwardziści stawili się w jej chacie, Starucha podała im rytualną wusakę jednakże tym razem zmieszaną z silną dawką ziół usypiających. Po chwili czterej rośli wojownicy usnęli, zostali związani, a strażnicy świątyni wyruszyli na poszukiwanie Ruaribe. Odnaleźli go niedaleko od wioski, w cieniu wielkiego drzewa, gdzie stał, rozmawiając z czterema wojownikami i kilkoma kobietami.

- Witaj wodzu - przemówił Adaman na powitanie.

- Witajcie - odparł Ruaribe mocnym głosem, jednak w jego oczach można było odnaleźć strach i niepewność. Zapewne obawiał się, iż jego niecne knowania mogły zostać wykryte.

Adaman zdawał sobie sprawę, że jeżeli wódz zorientuje się, iż przybyli go aresztować, to może dojść do bratobójczej walki. Wojownicy, z którymi przebywał byli przekonani, iż faworyt w rozpoczętej właśnie rozgrywce o pozostanie nowym wodzem, jest oszustem i nikczemnym człowiekiem. W takiej sytuacji mogli zechcieć wesprzeć dotychczasowego wodza w jego ewentualnej walce o utrzymanie władzy. Dlatego też dowódca Straży Świątyni zastosował ustaloną wcześniej taktykę:

- Starucha cię wzywa - rzekł stanowczo.

- Starucha? - odparł nieco ironicznie Ruaribe. - Cóż to się stało, czyżby trzeba znów odprawić jakiś nowy rytuał?

- Nie żartuj, wodzu - odparł Adaman - trzeba dbać o łaskę bogów.

- Tak, tak - przerwał mu wódz - łaską bogów to...

Adaman nie dał mu jednak dokończyć:

- Sytuacja jest poważna, zwiadowcy Straży Świątyni donieśli, że plemię Sakrebów Ognistych szykuje się do wojny.

- To strażnicy świątyni zajmują się takimi sprawami? Myślałem, że dosypujecie tylko popiołu do ogniska Staruchy - zapytał prześmiewczo Ruaribe i rzucił okiem na wojowników, z którymi wcześniej rozmawiał, jakby szukając poparcia dla swych słów. Nie znalazł go jednak.

- Przecież wiesz, że to nieprawda - odparł poważnym głosem Adaman, również spoglądając na rozmówców Ruaribe. Zauważył z satysfakcją, iż są po jego stronie. Mówił więc dalej:

- To naprawdę nie są żarty. Długotrwała susza na terytorium Sakrebów spowodowała śmierć wielu zwierząt i roślin. Przesuwają się coraz bardziej w naszym kierunku w poszukiwaniu pożywienia. Musieli porzucić swą rodzinną wioskę i powrócić do koczowniczego trybu życia i nie są z tego powodu zadowoleni. Jesteśmy więc naturalnym kandydatem do ataku. Zwiadowcy donieśli, że Sakrebowie w ostatnim czasie zbroją się na potęgę: robią wiele nowych strzał i włóczni, budują tarczę. Z całą pewnością nie są to przygotowania do dalszych polowań...

Tym razem to zmieszany nieco Ruaribe przerwał swojemu rozmówcy. Jako doświadczony wódz zdawał sobie sprawę z tego, że w przypadku konieczności walki z wrogiem zewnętrznym musi porzucić swoje intrygi i pokazać, że jest w stanie obronić swój lud. Jeżeli poniesie klęskę, żadne plotki nie pomogą mu w utrzymaniu władzy, jeżeli zaś wygra, niekoniecznie musi ją utrzymać, gdyż ludzie po kilku dniach mogą zapomnieć o jego wcześniejszych opowieściach i kiedy przyjdzie jego czas, po prostu będzie musiał odejść. Kłamstwo ma bowiem tę cechę, iż szybko umiera, kiedy głoszący je przestaje przypominać jego treść. Prawda jest silniejsza i trwała, odradza się szybko na zgliszczach oszczerstwa, spychając je w otchłań niebytu. Ruaribe nie miał jednak wyjścia, musiał czasowo zaprzestać realizacji swego planu. Pewnym i silnym głosem powiedział:

- Dobrze. Szkoda czasu na rozmowę. Czas nagli. Prowadź mnie do Staruchy. Musimy szykować się do obrony albo być może pomyśleć nawet o tym, abyśmy sami zaatakowali jako pierwsi - kątem oka z zadowoleniem spostrzegł, że ludzie, z którymi rozmawiał, wyrazili aprobatę dla jego słów.

W otoczeniu strażników świątyni ruszył do chaty Staruchy.

Kiedy tylko przybyli na miejsce i weszli do środka Ruaribe, zorientował się, iż sytuacja nie jest dla niego dobra. Oto na podłodze leżeli skrępowani członkowie jego Gwardii Przybocznej. Miał zamiar bronić się, lecz otrzymał cios w głowę i upadł. Niebawem do chaty sprowadzona została także przerażona, nieświadoma intryg męża Diamastaku. Starucha poleciła przenieść wszystkich do świątyni, która była połączona z jej chatą przejściem wykonanym z plecionych patyków pokrytych dokładnie wysuszona gliną. Tam pod okiem strażników świątyni, mieli oczekiwać swego dalszego losu. Tymczasem Starucha usiadła razem z Adamenem i jego zastępcą, aby przedyskutować dalsze losy wodza:

- Ruaribe nas zdradził - powiedziała. - Rozpowszechniał kłamstwa na temat swojego syna, który ma dużą szansę zdobyć jajo keldelmorka i zostać nowym wodzem.

Mężczyźni ze smutkiem w oczach kiwnęli głowami, potwierdzając, iż zgadzają się ze słowami Staruchy.

- Nie mam wątpliwości, dlaczego to uczynił i dlaczego tak postąpił - ciągnęła dalej Starucha. - Zapewne chciał złamać naszą tradycję i nadal być wodzem plemienia. Z niewiadomych i zapewne niemożliwych do zrozumienia przyczyn odrzucił życie wieczne, odrzucił chwałę i zaszczyt zostania martwym wodzem.

- Cóż więc proponujesz? - wtrącił Adaman i od razu dodał:

- Jednak w poprzednich księżycach, Ruaribe był bardzo dobrym wodzem, poprowadził nasze plemię do wielu zwycięstw, zapewnił przez długi czas powodzenie i dostatek. W okresie jego przywództwa nie musieliśmy się martwić o pożywienie, mieliśmy pod dostatkiem wody, zbudowaliśmy wiele nowych pięknych chat, powiększyliśmy wioskę...

- Tak, tak - przerwała mu Starucha. - Wszystko to prawda Adamanie, szczera prawda. Ale za tak wielką zdradę, bez względu na wcześniejsze zasługi, kara może być tylko jedna! - wykrzyczała i dorzuciła magicznego popiołu do tlącego się w chacie ogniska. Ogień wyskoczył do góry niczym zaatakowany wąż, Starucha zaś ściszyła głos i pełnym jadu głosem cicho syknęła:

- Karą może być tylko śmierć.