Drzewo krwi - Kim de l'Horizon

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Sie­dzę przy moim biurku w Zu­ry­chu, mam dwa­dzie­ścia sześć lat, po­woli zmierz­cha, to je­den z tych jesz­cze zi­mo­wych wie­czo­rów, gdy czło­wiek wie­trzy już za­po­wiedź wio­sny, za­pach gładki jak ak­sa­mit: ka­lin, prze­sad­nie słodki i bia­ło­ró­żowy; lu­dzi, któ­rzy znów za­częli bie­gać, nio­sąc swój pot przez o wiele za czy­ste ulice. Ja nie bie­gam. Sie­dzę tu i ob­gry­zam pa­znok­cie, mimo że są po­ma­lo­wane ecri­na­lem, gorz­kim la­kie­rem prze­ciw ob­gry­za­niu, ob­gry­zam cały biały brzeg i da­lej, prze­su­wam go co­raz głę­biej i głę­biej. Pół roku temu do­sta­ł_m me­ga­nudną pracę w ar­chi­wum pań­stwo­wym, tkwię przez cały dzień mię­dzy re­ga­łami w pod­zie­miu, ka­ta­lo­guję akta dawno zmar­łych pa­cjen­tów i pa­cjen­tek, z ni­kim nie roz­ma­wiam, je­stem za­do­wo­lon_, je­stem nie­wi­dzialn_, za­pusz­czam włosy, wra­cam do domu, sia­dam tu, przy biurku, skąd wi­dzę buk przy domu są­sia­dów, skąd wspo­mi­nam czer­wony buk, nasz czer­wony buk, wielki, czer­wo­no­listny buk po­środku ogrodu. Pi­szę. Gdy moi przy­ja­ciele Dina i Mo, któ­rzy też gdzieś sie­dzą i pi­szą, py­tają przez ko­mu­ni­ka­tor: "Wy­sko­czymy się cze­goś na­pić?", nie od­po­wia­dam. Pró­buję pi­sać i gdy nie mogę, gdy tonę w mo­rzu z waty prze­szło­ści, golę się, biorę prysz­nic i jadę ro­we­rem na obrzeża mia­sta, na out­skirts, ze­wnętrzne spód­nice, jak mó­wią An­glicy, prze­cze­suję sta­cje ben­zy­nowe i bo­iska do piłki noż­nej, łażę tam i z po­wro­tem przed si­łow­niami, Grindr jest moją bladą po­chod­nią w nocy aglo­me­ra­cji, wska­zuje mi drogę do męż­czyzn, któ­rych szu­kam, któ­rych po­trze­buję, któ­rym daję sie­bie po­trze­bo­wać, któ­rym po­zwa­lam pod­no­sić spód­nicę za sto­ja­kami na ro­wery i wsu­wać się we mnie, szybko i bez czu­ło­ści, moja czu­łość wy­star­czy, nie po­trze­buję wię­cej, po­trze­buję wresz­cie ostrego rżnię­cia. Sio­strzę się z za­rdze­wiałą kratą pod­miej­skiej si­łowni, wcze­piam się w nią, na­stęp­nym ra­zem sio­strzę się z ba­rierką wy­mar­łego wej­ścia na try­buny, która daje mi opar­cie i last, but not le­ast tak długo ude­rzam po­licz­kiem w drzwi do po­miesz­cze­nia so­cjal­nego ochrony, aż moje uczu­cia wpy­chają mnie z po­wro­tem w ciało, po­tem wra­cam, sperma ob­cego męż­czy­zny we mnie, jego za­pach na mnie, cie­pło wy­peł­nia mój pu­sty śro­dek na drogę do domu. Wcho­dzę do ła­zienki, znów się golę, pa­chy, nogi, kro­cze, za­wsze się boję, że obu­dzę się w nocy, pach­nąc kimś in­nym, po­now­nie wcho­dzę do ła­zienki, żeby wy­przeć z sie­bie resztkę spermy, wy­ką­pać się, wy­szo­ro­wać pu­mek­sem, na­kre­mo­wać. Skóra pie­cze mnie od tego wiecz­nego go­le­nia. Wra­cam do biurka, w pole wi­dze­nia buka, i do­piero te­raz za­uwa­żam, że cały czas pi­szę do cie­bie. A kiedy nie pi­szę, czy­tam albo my­ślę o moż­li­wo­ści wy­da­nia mo­jego ciała dro­dze Świę­tego Ja­kuba. My­ślę o tym, by iść, aż prze­stanę my­śleć albo do­trę do San­tiago de Com­po­stela, albo nad mo­rze i my­ślę o tym, by tego wszyst­kiego nie ro­bić.

Ni­gdy nie roz­ma­wia­ł_m z tobą o tym, że pew­nego po­po­łu­dnia nie zna­la­złaś drogi do domu, a do matki za­dzwo­niła po­li­cja. Ani o od­da­niu cię do domu opieki. Gdy mie­siąc temu mia­łaś silny rzut cho­roby i obu­dzi­łaś się w ośrodku re­ha­bi­li­ta­cyj­nym, i za­py­ta­łaś, gdzie jest bal­kon z wi­do­kiem na Berno, matka po­wie­działa: "No prze­cież go usu­nęli, nie był bez­pieczny". Ty od­par­łaś: "Ach tak, rze­czy­wi­ście" i za­śmia­łaś się sama z sie­bie nieco za gło­śno, a po­tem za­czę­łaś mó­wić o pe­lar­go­niach na bal­ko­nie. Nie­na­wi­dzi­ł_m matki za to, że stchó­rzyła i nie po­wie­działa ci prawdy, wku­rzy­ł_m się, ale po­tem jej na­gła tro­ska wzru­szyła mnie bar­dziej niż­bym chciał_. Matka na­gle stała się ca­ring dau­gh­ter, ale ja nie, po­my­śla­ł_m, ja nie zo­stanę ca­ring dau­gh­ter, mamo, i po­że­gna­ł_m się z nią jesz­cze chłod­niej niż zwy­kle. Nie roz­ma­wiamy o wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwie, że w ciągu ko­lej­nych sze­ściu mie­sięcy do­sta­niesz ko­lej­nego rzutu (d o s t a n i e rzutu - ten żar­gon le­kar­ski, jakby to był pre­zent) i nie roz­ma­wiamy o wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwie, że ten rzut od­bie­rze ci resztki pa­mięci.

Jest noc, wy­obra­żam so­bie, że i ty sto­isz przy oknie po­koju w ośrodku re­ha­bi­li­ta­cyj­nym i też pa­trzysz jej w twarz. Czuję, że po­woli zni­kasz. Ko­chana bab­ciu, chcia­ł_bym jesz­cze do cie­bie pi­sać, za­nim cał­kiem znik­niesz z ciała albo stra­cisz do­stęp do wspo­mnień.

Chcia­ł_bym ci po­wie­dzieć, że się cie­bie ba­ł_m, że na przy­kład to ja stłu­kł_m wtedy słoik ze świeżo zro­bio­nym przez cie­bie dże­mem ma­li­no­wym, my­śla­łaś, że to była matka, i rze­czy­wi­ście matka mnie chro­niła, wzięła winę na sie­bie, a ty ją strasz­nie zje­cha­łaś. Mam z tego po­wodu wy­rzuty su­mie­nia wo­bec was obu. Chcia­ł_bym wie­dzieć, co stało się z cio­teczną babką Irmą, z dziew­czynką, która w ro­dzin­nym al­bu­mie idzie z tobą za rękę, a po­tem znika. Chcia­ł_bym zro­zu­mieć, jak to było być tobą: zwy­kłą ko­bietą z niż­szej klasy śred­niej w Szwaj­ca­rii dwu­dzie­stego wieku. Chcia­ł_bym zro­zu­mieć, dla­czego pra­wie nie mam wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, a je­śli, to tylko o to­bie. Zna­leźć ję­zyk, który po­zwoli mi za­py­tać: "Gdzie są moi krewni?". Chcia­ł_bym wie­dzieć, jak to gówno zna­la­zło się w na­szych ży­łach.

By­łaś za gło­śna, za wy­ma­ga­jąca, za ob­ce­sowa, ni­gdy nie słu­cha­łaś, przy­sy­ła­łaś mi pie­nią­dze i do­łą­cza­łaś zda­nie: "Wiesz, że za­wsze mo­żesz mnie od­wie­dzić". Przy­kro mi, że ta­kie ze mnie złe wnu­czę. Je­stem za de­li­katn_, żeby być de­li­katn_.

Ko­chana bab­ciu. Gdy o to­bie my­ślę, my­ślę o wszyst­kich tych rze­czach, któ­rych ni­gdy nie mo­gli­śmy so­bie po­wie­dzieć i ni­gdy nie bę­dziemy mo­gły. Pa­mię­tam, że za­wsze z dumą uży­wa­łaś słów, które dia­lekt ber­neń­ski wziął z fran­cu­skiego i wpraw­dzie mogę tę dumę zro­zu­mieć, ale uwa­żam to za nad wy­raz nie­przy­jemne. Bo fran­cu­ski zo­stał przy­wle­czony przez Na­po­le­ona, był ję­zy­kiem oku­pan­tów, wy­kształ­co­nych kul­tu­ral­nych, ale bar­ba­rzyń­skich żoł­da­ków. Na­po­leon przy­niósł nam ję­zyk i prawa, ale w za­mian ukradł słynny na całą Eu­ropę ber­neń­ski skarb pań­stwa. W prze­li­cze­niu na dzi­siej­sze franki (od franc!) szwaj­car­skie to było kil­ka­set mi­liar­dów. Spła­cił dzięki nim długi i mógł sfi­nan­so­wać wy­prawę egip­ską. Wiem, to są ob­łudne łezki bia­łego uprzy­wi­le­jo­wa­nego czło­wieka, prze­cież już od końca dzie­więt­na­stego wieku je­ste­śmy mi­strzami i mi­strzy­niami w sztucz­kach wiel­kiej fi­nan­sjery. Ale wy­prawa ra­bun­kowa Na­po­le­ona spra­wiła, że na po­czątku dzie­więt­na­stego wieku Szwaj­ca­ria miała wy­soki od­se­tek emi­gran­tów, a jej skutki, je­śli idzie o po­datki, utrzy­my­wały się aż do dwu­dzie­stego wieku: wcze­śniej mia­no­wi­cie Ber­neń­czycy i Ber­nenki nie byli opo­dat­ko­wani. Więc to dla mnie dziwne, że z taką dumą no­sisz owoce czło­wieka, który po­nosi winę za twoją biedę.

Ślady Na­po­le­ona jesz­cze cią­gle wi­doczne w twoim uży­ciu ję­zyka:

dr Nöwö - der Neffe [bra­ta­nek / sio­strze­niec] - ne­veu

ds Fi­seli - der Sohn [syn] - fils

dr Po­tscham­ber - der Na­cht­topf [noc­nik] - pot de cham­bre

ds Glo­schli - gloc­ken­för­mi­ger Unter­rock [roz­klo­szo­wana halka] - od clo­che

dr Ga­schpo - der Blu­me­nüber­topf [osłonka na do­nicę z kwia­tami] - ca­che-pot

ds La­wet­tli - das Wa­sch­tuch [myjka] - od la­ver.

Opo­wia­da­łaś o ma­dame De­Meur­ron, eks­cen­trycz­nej ary­sto­kratce z Berna: pierw­szej ko­bie­cie w Szwaj­ca­rii, która pro­wa­dziła sa­mo­chód, pa­try­cjuszce uży­wa­ją­cej nie­mal wy­łącz­nie fran­cu­skich zwro­tów, żeby po­ka­zać, jak jest ele­gancka. Która nie ro­lo­wała także "r", jak czy­nią to gar­ba­rze z Mat­te­qu­ar­tier, bied­nej dziel­nicy Berna, lecz wy­ma­wiała je pięk­nie gar­dłowo, a la fra­nça­ise. "Schaf­fed Iir no oder sid Iir scho öber?". Pra­cu­je­cie jesz­cze, czy już się cze­goś do­chra­pa­li­ście?, cy­to­wa­łaś ją, wy­ma­wia­jąc to gar­dłowe "r" z wielką prze­sadą, i śmia­łaś się, po­ka­zu­jąc zęby. Nie ro­zu­mia­ł_m tej sen­ten­cji. Jak czło­wiek ma wspiąć się po spo­łecz­nej dra­bi­nie, skoro nie pra­cuje? (Jesz­cze nie poj­mo­wa­ł_m, że duży ka­pi­tał można tylko odzie­dzi­czyć, a nie wy­pra­co­wać, wbrew bajce o pu­cy­bu­cie, którą ser­wu­jemy so­bie ły­żeczką Ne­stlé). Za­czy­nasz za­po­mi­nać wszystko, co nie zda­rzyło się przed two­imi pięć­dzie­sią­tymi uro­dzi­nami. Zni­kasz. Ale fran­cu­ski ci zo­staje. My­ślę o tym, jak bli­ska mi je­steś, gdy do cie­bie pi­szę, i jak da­leka, gdy cię wi­dzę. Gdy opo­wia­dasz, że pój­dziesz kie­dyś do San­tiago i jak by to uszczę­śli­wiło twoją matkę i Ma­ryję, jak po dłu­giej, dłu­giej wę­drówce wsko­czysz do Atlan­tyku, w ubra­niu. My­ślę o tym, że nie­ustan­nie mó­wisz, o czym­kol­wiek, o pro­mo­cjach w su­per­mar­ke­cie Mi­gros, o dniach z po­dwój­nymi ku­mu­la­cjami punk­tów. Twój strach przed ci­szą. Pa­mię­tam, jak się mną stale opie­ko­wa­łaś po śmierci dziadka, żeby nie mu­sieć mie­rzyć się ze stratą. Nie, wróć, nie pa­mię­tam, to wspo­mnie­nie matki.

W ję­zyku, który po to­bie odzie­dzi­czy­ł_m, w moim mat­czy­nym ję­zyku, matka to MEER, tak samo jak mo­rze. Mówi się DIE MEER albo ME­INE MEER, z fran­cu­skiego. Na ojca PEER. Na babkę GROS­SMEER. Ko­biety mo­jego dzie­ciń­stwa to ży­wioł, mo­rze wła­śnie. Pa­mię­tam nogi matki, pa­mię­tam, jak je obej­mo­wa­ł_m, pa­trzy­ł_m w górę i mó­wi­ł_m: DU BIST ME­INE MEER, je­steś moją matką. Pa­mię­tam uczu­cie, że je­stem w domu, to­tal­nego otu­le­nia. Mi­łość ma­tek była tak wielka, że czło­wiek nie był w sta­nie uciec, nie jest w sta­nie uciec i pływa całe ży­cie, żeby z tego mat­czy­nego mo­rza wyjść.

W ję­zyku, który po to­bie odzie­dzi­czy­ł_m, w moim mat­czy­nym ję­zyku, ist­nieją tylko dwie moż­li­wo­ści, by stać się cia­łem. Do­ra­sta­nie z nie­miec­kim stale zmu­szało mnie do usta­wia­nia się w tym przed­szkol­nym dwu­sze­regu.

Nie wiem, jak pi­sać o so­bie w ję­zyku, któ­rego się od cie­bie na­uczy­ł_m, w moim MO­THER TON­GUE. Jest w nim ję­zyk matki i twoje oczy i ja - moje - to zna­czy - ja, moje ciało, moje ciała, moja cie­le­sność? Z jed­nej strony to pi­szące ja, z dru­giej dziecko, któ­rym by­ł_m, sto­jące w przy­mu­sie dwu­sze­regu, dziecko, które jesz­cze musi się prze­bić. Je­stem prze­siąk­nięt_ tym dziec­kiem, tak jak Księ­życ utrzy­muje się w swo­jej in­te­gral­no­ści dzięki Ziemi, choć ta go nie do­tyka, ale pi­sząc, mu­szę mię­dzy nami roz­róż­niać, w prze­ciw­nym ra­zie zmyje mnie dzie­ciń­stwo, dzie­cięce ciało, fale prze­szło­ści.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki