Drużyna 4. Niewolnicy z Socorro - John Flanagan

-
Proszę czekać

Roz­dział 4

Przy bliższych oględzi­nach Hal stwier­dził, że Kluf jest dziew­czyną. Suka ru­szyła przo­dem, dum­nie krocząc, od cza­su do cza­su od­wra­cała łeb, by spraw­dzić, czy człowiek się nie zgu­bił, i ma­chała ogo­nem na zachętę.

Po­de­szli do bocz­nych drzwi, wiodących do kuch­ni, gdzie zwy­kle o tej po­rze mat­ka Hala przy­go­to­wy­wała je­dze­nie na wieczór. Hal ge­stem na­ka­zał Kluf, żeby usiadła, ona zaś, ku jego za­sko­cze­niu, na­tych­miast spełniła po­le­ce­nie.

- Cze­kaj tu - po­wie­dział. Ude­rzyła ogo­nem w zie­mię. Coś mu pod­po­wia­dało, że le­piej nie wpusz­czać ta­kie­go wiel­kie­go zwie­rza­ka do re­stau­ra­cji - a już szczególnie do części, w której przy­go­to­wu­je się posiłki. Wszedł po schod­kach, pchnął drzwi i zaj­rzał do środ­ka.

- Mamo?! - zawołał. Za­sta­na­wiał się, co da­lej. Nie wie­dział, czy zacząć od: "Zo­bacz, co zna­lazłem", czy może: "Mogę ją za­trzy­mać?". Obie wer­sje były ry­zy­kow­ne. Pierw­sza mogła spro­wo­ko­wać od­po­wiedź w ro­dza­ju: "Fa­scy­nujące. A te­raz to zgub", pod­czas gdy dru­ga zachęcała do zwięzłego: "Nie".

Ale Ha­lo­wi od­po­wie­działa ci­sza. Zaj­rzał do kuch­ni. Odwrócił się, obej­rzał, czy Kluf za nim nie idzie. Sie­działa, wpa­trzo­na w nie­go. Ogon ude­rzył o zie­mię.

- Do­bry pie­sek - po­wie­dział. - Zo­stań.

Uniósł rękę, by do­dat­ko­wo nadać siłę roz­ka­zo­wi, po czym prze­szedł przez kuch­nię i zaj­rzał do re­stau­ra­cji.

- Mamo?

Nadal ci­sza. Zawołał jesz­cze raz, nie­co głośniej.

- Mamo? Je­steś tu?

- Poszła na targ - roz­legł się głos tuż za jego ple­ca­mi. Hal pod­sko­czył w miej­scu, po czym odwrócił się i zo­ba­czył Thor­na, stojącego jakiś metr da­lej.

- Na od­dech Or­lo­ga! Nie skra­daj się tak! - Głos młodzieńca wzniósł się do dziw­nie wy­so­kich re­jestrów.

Thorn wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie skra­dam się. Po pro­stu wszedłem aku­rat w mo­men­cie, kie­dy wołałeś Ka­rinę.

- Mogłeś dać znać, że je­steś! - Hal próbował po­kryć zażeno­wa­nie od­po­wied­nią porcją obu­rze­nia w głosie.

Thorn zno­wu wzru­szył ra­mio­na­mi.

- I tak zro­biłem. Po­wie­działem: "Poszła na targ". Coś ty dziś taki płochli­wy? - dodał, przyglądając się Ha­lo­wi z za­cie­ka­wie­niem.

- Płochli­wy? Ani trochę - od­parł Hal. Powiódł wzro­kiem po wnętrzu kuch­ni i pod­szedł do ko­sza, do którego Ka­ri­na wy­rzu­cała mięsne ścin­ki. Oka­zał się nie­mal pełen. Hal za­czerpnął garść.

Thorn uniósł brew.

- Czy two­ja płochli­wość przy­pad­kiem nie ma związku z tym ogrom­nym sro­ka­tym ko­niem, którego za­par­ko­wałeś przed drzwia­mi? A przy oka­zji - dodał, wska­zując na mięso w dłoni Hala - z tego, co słyszałem, ko­nie nie ja­dają wołowi­ny. Wolą ra­czej owies i trawę.

- To nie koń. To pies.

- A byłbym się po­my­lił. Cho­ciaż te klap­nięte uszy rze­czy­wiście mają w so­bie coś psie­go.

Na­gle Hal uświa­do­mił so­bie, że Thorn mu­siał przejść obok psa, żeby wejść do kuch­ni.

- Dla­cze­go nie za­szcze­kała?

- Ko­nie nie szcze­kają. I lubią mnie. Za­wsze do­brze do­ga­dy­wałem się z końmi.

- Do­praw­dy? - Hal minął Thor­na i otwo­rzył łokciem drzwi. Kluf sie­działa wpa­trzo­na w drzwi, ude­rzając ogo­nem o zie­mię. - I po­wta­rzam: to nie jest koń.

Zszedł po scho­dach i wyciągnął rękę, w której trzy­mał mięso, w stronę psa. Kluf po­sta­wiła uszy i z radości stanęła na tyl­nych łapach, po czym z hu­kiem walnęła przed­ni­mi o zie­mię.

- O, ko­nie tak robią - za­uważył Thorn.

Hal rzu­cił mięso na zie­mię. Kluf zadrżała z pod­eks­cy­to­wa­nia, nie od­ry­wając wzro­ku od Hala, aż ten po­ka­zał na mięso i po­wie­dział:

- No, da­lej.

Kluf bez na­mysłu opuściła łeb i zaczęła pożerać mięso wiel­ki­mi kęsami, dysząc przy tym i pry­chając. Hal spoj­rzał na Thor­na.

- Tak ko­nie nie robią - rzu­cił.

Thorn prze­krzy­wił głowę na bok w uda­wa­nym zdu­mie­niu.

- Hm, kto wie? Może to jed­nak pies. Gdzie go zna­lazłeś?

- To ona mnie zna­lazła. Na ścieżce w le­sie. Wyszła z krzaków. Mało nie umarłem ze stra­chu. Myślałem, że to niedźwiedź.

- Niedźwie­dzie nie osiągają ta­kich roz­miarów - po­uczył go Thorn. - Jak myślisz, czy­ja jest?

Hal potrząsnął głową.

- Nig­dy wcześniej jej nie wi­działem, a ra­czej trud­no prze­oczyć coś tak dużego. Przy­pusz­czam, że za da­le­ko odeszła od domu i zgu­biła się w górach.

- Wygląda trochę nie­chluj­nie - stwier­dził Thorn, a Hal kiwnął głową.

- Trze­ba ją wy­cze­sać. Za­raz się tym zajmę.

Kluf, skończyw­szy jeść, zaczęła węszyć dokoła, w na­dziei, że ja­kimś cu­dem po­ja­wi się jesz­cze kawałek mięsa. Hal pstryknął pal­ca­mi. Na­tych­miast uniosła łeb.

- Chodź, Kluf - po­wie­dział, ru­szając na tył domu, gdzie znaj­do­wała się część miesz­kal­na. Thorn, rzecz ja­sna, nadal zaj­mo­wał swoją przy­budówkę.

- Jak ją na­zwałeś? - spy­tał, przyłączając się do Hala i psa.

- Kluf.

Thorm zmarsz­czył brwi.

- Kluf?

Kluf zno­wu ode­rwała przed­nie łapy od zie­mi.

- Kluf! - szczeknęła.

Thorn wydął war­gi.

- Za­po­mnij, że pytałem. No do­bra, wra­cam do pra­cy. Właśnie po­kry­wałem ławki po­ko­stem, kie­dy usłyszałem, jak wołasz ma­mu­się. A, i po­wo­dze­nia z Ka­riną.

- Dla­cze­go życzysz mi po­wo­dze­nia? - spy­tał Hal, jak­by rze­czy­wiście nie wie­dział, o co cho­dzi. Miał na­dzieję, że dzięki temu może jed­nak wca­le tak nie będzie.

- Będziesz go po­trze­bo­wał, jeśli za­mie­rzasz spy­tać, czy możesz za­trzy­mać Czuf.

- Kluf! - po­pra­wiła go Kluf.

Thorn ukłonił się.

- Wy­bacz.

- Nie muszę pytać mamy o po­zwo­le­nie, czy mogę ją za­trzy­mać. Nie po­trze­buję ni­czy­je­go po­zwo­le­nia. Je­stem skir­lem. Mam własną łódź i drużynę. Ja nie py­tam o po­zwo­le­nie. Mogę go co naj­wyżej udzie­lić. I właśnie go so­bie udzie­liłem. Po­zwa­lam so­bie za­trzy­mać tego psa.

Thorn uśmiechnął się krzy­wo.

- Pozwól, że przed­sta­wię ci kil­ka możli­wych sce­na­riu­szy. - Po chwi­li na­mysłu po­wie­dział, całkiem nieźle imi­tując głos Ka­ri­ny: - "Nie chcę tu tego. Wszędzie roz­wle­cze kłaki. I będzie śmier­dzieć. I jest za duże. I za dużo żre. Puści nas z tor­ba­mi. Od­staw to tam, gdzie zna­lazłeś". - Urwał. - No, jak na początek?

- Będzie świet­nym psem pil­nującym - od­pa­ro­wał Hal.

- Żaden złodziej nie zbliży się do na­sze­go domu. Ani żaden gry­zoń.

- Do­sko­nałe ar­gu­men­ty - po­wie­dział Thorn, od­wra­cając się na pięcie.

Hal złapał go za rękaw, tym sa­mym zdra­dzając nie­pokój co do re­ak­cji Ka­ri­ny na psa.

- Myślisz, że ją prze­ko­nają?

- Ani trochę.

Hal za­cisnął war­gi i opro­wa­dził wzro­kiem Thor­na. Po­tem spoj­rzał kry­tycz­nie na Kluf.

- Może po­wi­nie­nem cię wy­czyścić. Wy­szczot­ko­wa­na i lśniąca na pew­no zro­bisz na niej do­bre wrażenie.

Wszedł do części miesz­kal­nej, by po­szu­kać ja­kiejś szczot­ki. Nie trze­ba wspo­mi­nać, że w swo­im po­ko­ju ni­cze­go ta­kie­go nie zna­lazł, za to w gar­de­ro­bie Ka­ri­ny leżały sta­ra szczot­ka i rzeźbio­ny drew­nia­ny grze­bień. Hal kiwnął głową.

- Ma te rze­czy chy­ba od wieków - stwier­dził. - Na pew­no się nie ob­ra­zi, jeśli je so­bie pożyczę.

Wy­szedł przed dom i zaczął czyścić Kluf. Prze­ciągał szczotką i grze­bie­niem po spląta­nym fu­trze, stop­nio­wo wy­cze­sując cier­nie, kołtuny i sierść. Kluf po­mru­ki­wała z za­do­wo­le­niem, po­skarżyła się tyl­ko, kie­dy za­ata­ko­wał skłębio­ne włosy wokół uszu, od­gi­nając przy tym jej łeb na bok. Była psem górskim i miała podwójne fu­tro, a czysz­cze­nie go wy­ma­gało podwójnej pra­cy. Ale po go­dzi­nie, kie­dy Hala z wysiłku roz­bo­lały ra­mio­na, czar­na sierść lśniła jak lu­stro. Po­pa­trzył na kupkę wy­cze­sa­nych włosów na zie­mi, zdu­mio­ny jej roz­mia­ra­mi.

- Star­czyłoby na dru­gie­go psa - mruknął.

Kluf burknęła coś w od­po­wie­dzi.

- Na Boh-Rakę, a gdzieś ty to zna­lazł? I co to jest?

Głos Ka­ri­ny prze­ciął po­wie­trze jak bicz. Hal odwrócił się ner­wo­wo, po czym wstał z zy­dla. Jego mat­ka we­dle skan­dyj­skich stan­dardów była drobną ko­bietką. I nadal piękną, we­dle wszel­kich stan­dardów. Po­tra­fiła być też bar­dzo groźna, jeśli tyl­ko chciała.

A te­raz chciała.

- To pies. Zna­czy, suka - od­parł Hal, przy­wołując na usta przy­mil­ny uśmiech. - Zo­bacz, jak jej sierść błysz­czy - dodał, wska­zując szczotką.

Oczy Ka­ri­ny roz­sze­rzyły się z wściekłości.

- Skąd to masz? Ucze­sałeś tę... tę... krowę moją szczotką?

Spoj­rzał na szczotkę, jak­by wi­dział ją po raz pierw­szy w życiu.

- Jest sta­ra - po­wie­dział. - Masz ją od lat. Pomyślałem, że mogę ją wziąć.

- A nie przyszło ci do głowy, że mam ją od lat, po­nie­waż to moja ulu­bio­na szczot­ka? - spy­tała lo­do­wa­to Ka­ri­na.

Hal cofnął się. Kluf zro­biła zmar­twioną minę.

- Ulu­bio­na? - powtórzył, de­spe­rac­ko wy­szar­pując kłąb psiej sierści, tkwiący mie­dzy zębami szczot­ki. - Na pew­no można jej jesz­cze używać.

- Jest do ni­cze­go.

- Nie, nie - za­pro­te­sto­wał, wy­rzu­cając garść włosów za sie­bie, jak­by dzięki temu Ka­ri­na miała ich nie za­uważyć. - Będzie jak nowa, obie­cuję. Za­raz ją wy­czyszczę, za se­kundkę. Wi­dzisz? - Wyciągnął szczotkę w stronę Ka­ri­ny, zo­ba­czył, że nadal jest w niej pełno psiej sierści, szyb­ko cofnął rękę i znów podjął walkę z czar­ny­mi i białymi kłaka­mi.

- I sądzisz, że ze­chcę jej jesz­cze używać? - po­wie­działa. - Dziw­ne, że nie za­brałeś również mo­je­go grze­bie­nia ze świer­ko­we­go drew­na - dodała cierp­ko. Hal spoj­rzał na grze­bień, leżący na zie­mi obok zy­dla i przy­dep­tał go czym prędzej. - Zresztą, muszę przy­znać, że ostat­nio go szu­kałam, ale bez skut­ku. Wi­docz­nie się zgu­bił.

"A jeśli nie", pomyślał Hal "to za­raz ja go zgu­bię".

- No, ale zbo­czy­liśmy z te­ma­tu - za­uważyła Ka­ri­na. - Gdzie zna­lazłeś tego... po­two­ra?

- Przyszła za mną do domu.

Ka­ri­na prychnęła.

- Cóż, mam na­dzieję, że nie dałeś jej jeść. W ta­kim przy­pad­ku nig­dy byśmy się jej nie po­zby­li. Bo nie dałeś, praw­da?

Hal stwier­dził w myślach, że prze­ni­kli­wy wzrok mat­ki jest na­prawdę nie do znie­sie­nia i spoj­rzał w nie­bo.

- Trochę dałem - od­po­wie­dział z końcu. Po czym, roz­pacz­li­wie próbując zmie­nić te­mat, za­py­tał: - Mamo, kto to jest Boh-Raka?

Ka­ri­na zmrużyła oczy.

- To te­mudżaj­ski de­mon płci żeńskiej, jej ulu­bio­na roz­ryw­ka po­le­ga na tłucze­niu ki­jem dur­nych wy­rostków. Mam na­dzieję, że niedługo się spo­tka­cie. - Wska­zując na Kluf, dodała: - Tak czy in­a­czej, nie chcę tu­taj tej be­stii. Za­raz wszędzie roz­wle­cze kłaki.

- Nie­praw­da! - za­pro­te­sto­wał Hal. - Wca­le tak bar­dzo nie li­nie­je.

Ka­ri­na po­wiodła ręką dokoła.

- Spójrz się tyl­ko, bro­dzi­my po ko­la­na w psiej sierści. Z tego, co wy­cze­sałeś, można by zro­bić dwa psy!

- Nooo... ra­czej jed­ne­go. I to małego. Dwa to trochę prze­sa­da.

- I kto będzie po niej sprzątał? - za­py­tała Ka­ri­na.

Hal wska­zał na własną pierś - szczotką, którą za­raz rzu­cił na zie­mię, uświa­do­miw­szy so­bie, że nie­po­trzeb­nie przy­po­mi­na o niej Ka­ri­nie.

- Ja! - wy­krzyknął. - Obie­cuję!

- Ha! - Głos Ka­ri­ny wyrażał naj­wyższy po­ziom scep­ty­cy­zmu. - Przez pierw­szy ty­dzień, może dwa. Po­tem cała ro­bo­ta spad­nie na mnie. Ko­niec dys­ku­sji, nie chcę tu psa i tyle. Poza tym puści nas z tor­ba­mi. I będzie śmier­dzieć.

Z dru­giej stro­ny domu do­biegł głośny re­chot.

- Za­mknij się, Thorn! - wrzasnął Hal, ale re­chot tyl­ko przy­brał na sile.

Zaczął pro­sić:

- Mamo, zgódź się. Będzie świet­nym psem pil­nującym. I roz­pra­wi się z gry­zo­nia­mi.

- Od tego mamy Thor­na - od­parła Ka­ri­na. Re­chot gwałtow­nie ucichł.

- Mamo, proszę. Błądziła po górach, nie ma dokąd pójść. Była sa­mot­na, w złym sta­nie. No spójrz tyl­ko na tę mordę.

Ka­ri­na spoj­rzała. Nie­ste­ty, aku­rat w tym mo­men­cie Kluf nie wyglądała na sa­motną i za­bie­dzoną. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i wy­wa­liła jęzor. Po­tem po­deszła do Ka­ri­ny i wyciągnęła szyję, do­ma­gając się piesz­czot. Ka­ri­na mi­mo­wol­nie po­czo­chrała gęstą sierść. I pomyślała, że to bar­dzo piękny pies.

- Mamo? Będę za­bie­rał ją na wy­pra­wy. Przy­da nam się strażnik na pokładzie. Zro­bię z niej mor­skie­go psa.

Ka­ri­na pomyślała, że nie jest to taki głupi po­mysł. Wie­le drużyn za­bie­rało ze sobą psy na mo­rze. Przy­da­wały się, kie­dy okręt za­wi­jał do ob­cych portów. A taka be­stia z pew­nością prze­stra­szyłaby po­ten­cjal­nych złodziei.

- No, może... - po­wie­działa Ka­ri­na z wa­ha­niem. Na­gle, uznaw­szy, że za szyb­ko się pod­da­je, dodała: - Ale jak ugry­zie klien­ta, na­tych­miast zni­ka.

- Jak ugry­zie klien­ta, to ra­czej klient znik­nie. W jej pasz­czy! - zawołał Thorn zza domu. Hal i Ka­ri­na po­pa­trzy­li na sie­bie.

- Za­mknij się, Thorn - po­wie­dzie­li chórem.

Roz­dział 2

Lydia szła przez las, wy­pa­trując zwie­rzy­ny.

Wy­brała się w góry ota­czające Hal­la­sholm i podążając krętymi ścieżkami, wy­dep­ta­ny­mi przez zwierzęta, szu­kała tropów i in­nych śladów ich obec­ności. Słyszała, że w oko­li­cy po­ja­wił się ody­niec, ale do tej pory nie zna­lazła żad­nych do­wodów na po­twier­dze­nie tych pogłosek.

Pod­czas po­przed­niej wy­pra­wy od­kryła prostą myśliwską chatę wy­so­ko w górach i tam po­sta­no­wiła za­trzy­mać się na noc­leg. Dach w kil­ku miej­scach był dziu­ra­wy, tak więc pierw­sze popołudnie poświęciła na na­prawę uszko­dzeń, uszczel­niła też szpa­ry w drew­nia­nych ścia­nach. Naj­wy­raźniej od daw­na nikt tu­taj nie zaglądał.

Upo­raw­szy się z re­mon­tem, wniosła broń do środ­ka, wy­mie­niła prze­gniłe sznur­ki w ma­te­ra­cu i po­sta­wiła na ogniu sta­ry znisz­czo­ny czaj­nik. Płomie­nie roz­jaśniły wnętrze cha­ty wesołym mi­go­tli­wym bla­skiem. Na­wet te­raz, la­tem, noce w górach były zim­ne i kie­dy wiatr zaczął świ­stać wokół cha­ty, Ly­dia szcze­rze cie­szyła się, że może ogrzać się przy ogniu.

Za­uważyła, że po­przed­ni miesz­kańcy wy­ry­li swo­je imio­na na bel­kach. Prze­sunęła po nich pal­cem. Wszyst­kie wyglądały na dość sta­re. Arn. Jo­hann. Det­mer. Jed­no z imion, wid­niejące na prze­ciw­nej ścia­nie, z pew­nością nie było imie­niem skan­dyj­skim. W do­dat­ku nie należało do mężczy­zny. Wpa­try­wała się w nie z cie­ka­wością.

- Evan­lyn - po­wie­działa głośno. Za­sta­na­wiała się, kim mogła być owa Evan­lyn i co tu robiła.

- Może wy­brała się na po­lo­wa­nie, tak jak ja.

Wyjęła nożyk i zręcznie wycięła własne imię pod imie­niem nie­zna­jo­mej ko­bie­ty. Z za­do­wo­le­niem przyj­rzała się swe­mu dziełu. Evan­lyn. Ly­dia.

- Dziew­czy­ny muszą trzy­mać się ra­zem - uznała.

Na ko­lację zjadła go­to­wa­ne ziem­nia­ki z bocz­kiem i położyła się spać.

Wcze­snym ran­kiem za­sta­wiła kil­ka wnyków na pta­ki i drobną zwie­rzynę. Jej atlatl nie nada­wał się na taką zdo­bycz, był zbyt bru­talną bro­nią, ro­ze­rwałby nie­wiel­kie ciało na strzępy i do je­dze­nia nic by nie zo­stało. Zo­ba­czyła trop je­le­nia, poszła nim, ale mu­siał mieć kil­ka dni, bo nie od­na­lazła żad­nych in­nych śladów zwierzęcia. Cóż, tak to jest na po­lo­wa­niu. Cza­sa­mi, choćbyś był nie wiem jak zręcznym myśli­wym, wra­casz z pu­sty­mi rękami.

Nie przej­mo­wała się tym zbyt­nio. Podjęła się tej wy­pra­wy głównie po to, by przy­najm­niej na kil­ka dni wy­rwać się z Hal­la­shol­mu - i zna­leźć się jak naj­da­lej od nie­ja­kie­go Rol­lon­da.

Rol­lond był rówieśni­kiem Sti­ga i Hala. Prze­wo­dził drużynie Wilków, która dwa lata wcześniej wal­czyła o wy­graną w za­wo­dach z drużyną Cza­pli. Był wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny i nie­zwy­kle przy­stoj­ny. Z nie­zo­bo­wiązujących rozmów Ly­dii z człon­ka­mi drużyny Cza­pli wy­ni­kało, że darzą go oni sza­cun­kiem i sym­pa­tią. Słyszała hi­sto­rie o tym, jak po­ma­gał im pod­czas tre­nin­gu drużyn. Poza tym był po­pu­larną po­sta­cią w Hal­la­shol­mie. Wil­ki zajęły trze­cie miej­sce, ale oka­zało się, że to nie prze­szko­dziło im dołączyć do jed­nej z najświet­niej­szych załóg w mieście - przy czym Rol­lond zo­stał dru­gim ofi­ce­rem.

Pro­blem po­le­gał na tym, że Rol­lond strasz­nie za­ko­chał się w Ly­dii. Początko­wo była dla nie­go miła, bo on również był sym­pa­tycz­ny - i bar­dzo atrak­cyj­ny. Nie po­tra­fiła jed­nak od­wza­jem­nić gorącego uczu­cia, którym ją ob­da­rzył.

Ciągle ją gdzieś za­pra­szał: a to na pik­nik, a to na ryby, nie­kie­dy na­wet na po­lo­wa­nie. Cza­sa­mi się zga­dzała. Częściej nie. Co­raz trud­niej jed­nak przy­cho­dziło jej wymyśla­nie wia­ry­god­nych wymówek, a nie chciała go zra­nić. W końcu, co by nie mówić, na­prawdę był sym­pa­tycz­ny.

Tyl­ko że Ly­dia nie chciała po­lu­bić go zbyt moc­no. Przy­ja­cie­le? Jak naj­bar­dziej. Coś więcej - czuła się jak w pułapce.

Była wol­nym du­chem i sa­mot­nicą. Od wcze­snych lat prze­by­wała głównie we własnym to­wa­rzy­stwie, po­lując, tro­piąc zwie­rzynę i wędrując po gęstych la­sach, po­ra­stających wznie­sie­nia, ja­kie ota­czały jej ro­dzin­ne mia­sto. Jako nowa miesz­kan­ka Hal­la­shol­mu nie miała ocho­ty na ety­kietkę "dziew­czy­ny Rol­lon­da", a wie­działa, że tak by się to skończyło. Nie chciała, by de­fi­nio­wa­no jej tożsamość po­przez drugą osobę. Wciąż próbowała stwo­rzyć własną tożsamość w no­wym miej­scu.

Oczy­wiście, zna­no ją jako człon­ki­nię drużyny Cza­pli, co gwa­ran­to­wało pe­wien sza­cu­nek. Nadal cie­szyło ją to­wa­rzy­stwo chłopaków z drużyny. Często bywała z nimi na za­ba­wach, ucztach i tym po­dob­nych. I wie­działa, że przy­najm­niej dla nich nie jest obcą osobą, ale spraw­dzoną i za­ufaną człon­ki­nią drużyny. Nadal z dumą nosiła wełnianą czapkę, ozdo­bioną wi­ze­run­kiem białej cza­pli.

Ale od cza­su, kie­dy "Cza­pla" wróciła trium­fal­nie z wy­pra­wy do Ra­gu­zy, Ly­dia nie była im właści­wie po­trzeb­na. Naj­pierw na­deszła długa zi­mo­wa prze­rwa, a po jej zakończe­niu Cza­ple, owszem, wy­pra­wiały się na mo­rze, ale je­dy­nie na nie­da­le­kie rej­sy po wo­dach lo­kal­nych, mające na celu ochronę skan­dyj­skiej flo­ty han­dlo­wej.

A po­nie­waż Ly­dia służyła drużynie przede wszyst­kim jako wo­jow­nicz­ka, a nie człon­ki­ni załogi, i jej umiejętności przy­da­wały się głównie w cza­sie bi­tew, kie­dy to dzie­siątko­wała sze­re­gi wro­ga za po­mocą śmier­cio­nośnych strzał, wysyłanych z atla­tlu, to pod­czas zwykłych ru­ty­no­wych zadań, po­le­gających na eskor­to­wa­niu statków han­dlo­wych, sie­działa bez­czyn­nie na ru­fie. Ste­fan i Je­sper czu­wa­li nad pod­no­sze­niem i opusz­cza­niem re­jek, Ulf i Wulf, którzy do mi­strzo­stwa opa­no­wa­li try­mo­wa­nie lin, pra­co­wa­li ra­zem, złącze­ni tym in­stynk­tow­nym po­ro­zu­mie­niem, które tak często występuje między bliźnia­ka­mi. Owo­cem ich współpra­cy był ide­al­ny kształt żagla, dzięki któremu łódź osiągała mak­sy­malną szyb­kość.

Pew­nie mogłaby na­uczyć się ste­ro­wać, ale ster­ników na "Cza­pli" nie bra­ko­wało: sztukę tę opa­no­wa­li Hal, Stig, Edvin i Thorn.

Na­wet wiel­ki krótkow­zrocz­ny In­gvar miał przy­dzie­lo­ne kon­kret­ne za­da­nia. Jako naj­większy siłacz w drużynie często po­ma­gał Je­spe­ro­wi i Ste­fa­no­wi. No i tyl­ko on po­tra­fił naciągnąć cięciwę i załado­wać bełt do ogrom­nej ku­szy, zwa­nej Za­dy­mia­rzem.

- Przy­dałaby się dłuższa wy­pra­wa - po­wie­działa Ly­dia.

Gdy­by wysłano ich z ko­lejną misją, tego ro­dza­ju jak pościg za Za­va­kiem i "Kru­kiem", jego czar­nym okrętem, pra­cy by dla niej nie za­brakło. Przede wszyst­kim zna­leźliby się z dala od ro­dzi­mych wód, a to ozna­czało nie­bez­pie­czeństwo na­po­tka­nia wro­gich okrętów. Poza tym mogłaby wy­ko­rzy­stać umiejętności łowiec­kie i do­star­czać drużynie je­dze­nie. No i wresz­cie dłuższy rejs roz­wiązałby pro­blem z Rol­lon­dem.

Tym­cza­sem, chcąc uniknąć jego to­wa­rzy­stwa, mu­siała ogra­ni­czać się do ta­kich wy­praw jak ta. Już zdążył namówić ją, by to­wa­rzy­szyła mu pod­czas zbliżającej się za­ba­wy w święto sia­no­kosów. Po­cie­szała się, że przy­najm­niej będzie tam mnóstwo lu­dzi - całe mia­sto, ściśle rzecz biorąc. I Hal, Stig i po­zo­stałe Cza­ple na wyciągnięcie ręki.

Kie­dy tak roz­myślała, część jej mózgu sku­piała się nie­ustan­nie na ob­ser­wa­cji te­re­nu. Dziew­czy­na wy­pa­try­wała śladów, złama­nych gałązek na ni­sko rosnących krza­kach, kłaczków sierści na cier­niach, rys w ko­rze, które mogłyby wska­zy­wać na to, że jeleń ocie­rał się o nie, by po­zbyć się iry­tującego mesz­ku, po­kry­wającego rogi - bądź w celu za­zna­cze­nia te­ry­to­rium. Wszel­kich śladów, świadczących o tym, że nie­daw­no prze­cho­dziło tędy większe zwierzę.

Ni­cze­go ta­kie­go jed­nak nie zna­lazła.

Szła da­lej wąską ścieżką. Minęła zakręt, schy­lając się pod gir­lan­da­mi spląta­nych kol­cza­stych pnączy. Wy­pro­sto­wała się. Jej wzrok padł na potężne drze­wo kil­ka metrów da­lej. Na jego pniu wid­niały wyraźne ślady. Wszyst­kie zmysły Ly­dii zna­lazły się w sta­nie alar­mu.

Ja­kieś stwo­rze­nie zo­sta­wiło w gru­bej ko­rze wyraźne re­gu­lar­ne nacięcia - dwa razy po czte­ry. Ro­zej­rzała się czuj­nie dokoła, jej lewa dłoń au­to­ma­tycz­nie sięgnęła do kołcza­na ze strzałkami, przy­cze­pio­ne­go do pasa. Pra­wa już dzierżyła atlatl.

Zna­ki mu­siał zo­sta­wić niedźwiedź. Zrył korę pa­zu­ra­mi, być może chciał je na­ostrzyć, a może zro­bił to tak so­bie, dla za­ba­wy. Wie­działa, że o tej po­rze roku niedźwie­dzie mogą krążyć po oko­li­cy, ale po raz pierw­szy wi­działa dowód obec­ności tego zwierzęcia tak bli­sko Hal­la­shol­mu.

Zro­biła dwa kro­ki w stronę drze­wa, do­tknęła wy­ry­tych w ko­rze blizn. Nadal były lep­kie od soków, co ozna­czało, że niedźwiedź mu­siał zo­sta­wić je w prze­ciągu ostat­niej go­dzi­ny, góra dwóch. Zno­wu ro­zej­rzała się, ale nie za­uważyła ni­cze­go, co mogłoby wska­zy­wać na obec­ność zwierzęcia gdzieś w po­bliżu.

- Pro­ble­mem nie jest to, co wi­dzisz, ale to, cze­go nie wi­dzisz - po­wie­działa do sie­bie. Na­gle do­tarło do niej, że ostat­nio strasz­nie dużo gada do sie­bie. - To chy­ba nie­zbyt do­bry ob­jaw - dodała i na­tych­miast uświa­do­miła so­bie, że znów to zro­biła. Zmarsz­czyła brwi, wstrząsnęła się. Obie­cała so­bie w myślach, że trze­ba z tym skończyć.

Niedźwiedź był wiel­ki. Zna­ki wid­niały wy­so­ko nad głową Ly­dii. Ob­li­czyła, że zwierzę musi mie­rzyć ja­kieś pół me­tra więcej od niej. I z pew­nością również prze­ra­sta ją siłą. Nie była przy­go­to­wa­na na walkę z niedźwie­dziem, więc odwróciła się i ru­szyła z po­wro­tem.

Cza­sa­mi zba­czała ze ścieżki, by spraw­dzić wny­ki, które za­sta­wiła kil­ka go­dzin wcześniej. Zna­lazła dwie tłuste siew­ki, pardwę i królika. "Niezły wy­nik", pomyślała. Naj­wy­raźniej od daw­na nikt tu­taj nie po­lo­wał. Włożyła zdo­bycz do tor­by i ru­szyła w kie­run­ku cha­ty. Wszyst­kie zmysły miała wy­ostrzo­ne, w ra­zie gdy­by niedźwiedź dał znać o swo­jej obec­ności. Za­sta­na­wiała się, co by zro­biła, gdy­by na­gle się po­ka­zał. Wie­działa, że nie należy się ru­szać i li­czyć na to, że zwierz sam odej­dzie. Ale gdy­by ją za­ata­ko­wał - a jeśli ma małe, jest to bar­dzo praw­do­po­dob­ne - naj­le­piej uciec na drze­wo. Po dro­dze szu­kała więc wzro­kiem drzew od­po­wied­nie­go roz­mia­ru i rosnących w od­po­wied­niej od­ległości.

Do­tarłszy do cha­ty, wydała z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi. Z niedźwie­dzia­mi nie ma żartów. Są nie­prze­wi­dy­wal­ne. Wiel­kie, sil­ne, i mają pa­zu­ry. Nie­zbyt miła kom­bi­na­cja. Świa­do­mość, że taka be­stia być może krąży gdzieś w po­bliżu, wpra­wiała jej ner­wy w stan pełnej go­to­wości.

Za­mknęła drzwi i uśmiechnęła się na myśl, że po­czu­cie bez­pie­czeństwa jest w tym przy­pad­ku całko­wi­cie fałszy­we. Drze­wo było sta­re, wy­pa­czo­ne, a skórza­ne za­wia­sy bar­dzo su­che i słabe. Je­den porządny cios niedźwie­dziej łapy z pew­nością zdołałby je wy­rwać. Ale mimo wszyst­ko two­rzyły ba­rierę psy­cho­lo­giczną. Z tego, co Ly­dia wie­działa, niedźwie­dzie ra­czej nie wchodzą do domów - chy­ba że po­czują za­pach je­dze­nia.

Jesz­cze raz wyszła przed chatę, odeszła kawałek da­lej. Ob­darła ze skóry i opra­wiła królika, oczyściła pta­ki i osku­bała je, reszt­ki wy­rzu­ciła w zarośla, ota­czające po­lanę, na której stała cha­ta. Po­wie­siła pta­ki na oka­pie gan­ku, a truchło królika za­brała ze sobą do środ­ka.

Ko­rzy­stając z tego, że jesz­cze było wid­no, zeszła nad stru­mień, obmyła ręce z piór i krwi, po czym napełniła wia­dro, które zna­lazła w cha­cie. Kie­dy wróciła, cie­nie drzew zdążyły się wydłużyć. Za­mknęła drzwi, tym ra­zem je ry­glując. Za­pa­liła świeczkę, którą za­brała ze sobą na wy­prawę. Miała w bagażu jesz­cze inne przy­dat­ne rze­czy - pod­sta­wo­we skład­ni­ki, po­trzeb­ne do przy­go­to­wa­nia posiłku. Po­dzie­liła królika, ob­to­czyła kawałki w mące z przy­pra­wa­mi. Dołożyła parę szczap do ognia. Z tyłu za pa­le­ni­skiem wi­siała wiel­ka żela­zna pa­tel­nia. Ly­dia po­sta­wiła ją na kra­cie nad płomie­niem.

Wrzu­ciła na pa­tel­nię spo­ry kawałek sto­pio­ne­go sadła i po­ru­szyła nią z boku na bok, żeby skwierczący tłuszcz roz­lał się równo­mier­nie na całej po­wierzch­ni. Po­tem ułożyła mięso i kil­ka razy obróciła kawałki królika, żeby po­kryły się tłuszczem. Pa­trzyła, jak brązo­wieją pod wpływem tem­pe­ra­tu­ry. Prze­sunęła nie­co pa­tel­nię, tak by nie stała bez­pośred­nio nad płomie­nia­mi i potrząsając nią od cza­su do cza­su, cze­kała, aż mięso się upie­cze. Tłuszcz skwier­czał ape­tycz­nie, po­wie­trze wypełnił za­pach je­dze­nia. Kie­dy uznała, że królik jest pra­wie go­to­wy, wzięła garść ja­dal­nych roślin, które ze­brała po dro­dze po­przed­nie­go dnia, i rzu­ciła je na pa­tel­nię. Pocze­kała, aż skurczą się do jed­nej trze­ciej pier­wot­nej objętości, zdjęła pa­tel­nię z ognia a następnie przełożyła mięso z zie­le­niną na ta­lerz.

Przy pierw­szym kęsie po­pa­rzyła so­bie pal­ce i usta. Mądrzej­sza o to doświad­cze­nie, od­cze­kała kil­ka mi­nut, aż je­dze­nie się schłodzi, a po­tem zaczęła pochłaniać je łap­czy­wie. Mięso było kru­che i aro­ma­tycz­ne, gorz­ko-cierp­ki smak roślin wspa­nia­le łączył się ze sma­kiem de­li­kat­ne­go mięsa. Nic tak nie po­bu­dza apa­ty­tu jak świeże górskie po­wie­trze. Ly­dia sięgnęła po ostat­nie kęsy, roz­parła się wy­god­nie, przy­jem­nie na­je­dzo­na. Położyła nogi na sto­le i wydała z sie­bie sta­now­czo nie­god­ne damy donośne czknięcie.

- Py­cha - stwier­dziła, zli­zując z palców tłuszcz. Przy­po­mniała so­bie, jak ktoś mówił, że jed­no­staj­na die­ta, złożona wyłącznie z mięsa króli­cze­go, na dłuższą metę nie może do­star­czyć człowie­ko­wi niezbędnych do życia sub­stan­cji. Mięso królika jest chu­de, nie­mal po­zba­wio­ne po­trzeb­nych tłuszczów. Wzru­szyła ra­mio­na­mi. Może i tak. Ale na krótszą metę z pew­nością wspa­nia­le sma­ko­wało.

Mając w pamięci swe wcześniej­sze prze­myśle­nia na te­mat niedźwie­dzi i ich niechęci do na­wie­dza­nia ludz­kich sie­dzib, wy­rzu­ciła reszt­ki na po­lanę. Na­wet jeśli w oko­li­cy nie było żad­ne­go niedźwie­dzia, to ja­kieś mniej­sze stwo­rze­nia z pew­nością zajmą się nimi do rana.

Po­tem zaczęła szy­ko­wać się do snu. Miała za sobą długi dzień. Zdmuchnęła świeczkę, za­winęła się w koce, wyciągnęła wy­god­nie na łóżku i wes­tchnęła ze szczęścia. Pa­trzyła na blask płomie­ni, pełgający po ścia­nach cha­ty. Ten wi­dok po­działał na nią kojąco i po chwi­li zasnęła.

W środ­ku nocy wy­rwała się ze snu. Płomie­nie wy­gasły, zo­stał tyl­ko czer­wo­ny żar. Coś po­ru­szało się za drzwia­mi. Coś dużego. Ocie­rało się o ścia­ny cha­ty, która skrzy­piała i cała się trzęsła. Ly­dia ostrożnie od­garnęła koc i chwy­ciła szty­let, który przed pójściem spać po­wie­siła u wezgłowia. Ru­szyła w stronę nie­wiel­kie­go okien­ka, wy­chodzącego na tę samą stronę, co drzwi.

Jesz­cze nie zdążyła przy­zwy­czaić się do no­we­go oto­cze­nia i nie­chcący wpa­ko­wała się po ciem­ku na nie­wiel­kie krze­sełko, stojące pośrod­ku cha­ty. Krzesło przewróciło się z ogłuszającym trza­skiem. Ta­jem­ni­cze coś po­ru­szyło się za drzwia­mi, wiel­kie ciało zaczęło od­da­lać się po­spiesz­nie. Roz­cie­rając bolącą łydkę, Ly­dia po­deszła do okna, wyj­rzała.

Kie­dy się kładła, na gan­ku wi­siały trzy pta­ki. Par­dwa i dwie siew­ki. Zo­stała tyl­ko par­dwa. Jej to­wa­rzysz­ki znikły. Ly­dia wydęła war­gi z na­mysłem.

- Chy­ba trze­ba zbie­rać się do po­wro­tu - stwier­dziła.

Roz­dział 1

Uważam, że po­win­niśmy prze­sunąć maszt o jakiś metr w stronę rufy - po­wie­dział Hal.

Po­pa­trzył na wy­be­be­szo­ny kadłub wil­cze­go okrętu, w zamyśle­niu po­cie­rając podbródek. Wnętrzności "Wil­cze­go Ogo­na" zo­stały wy­sta­wio­ne na wi­dok pu­blicz­ny. Usu­nięto wiosła, masz­ty, żagle, wan­ty, szta­gi, fały, ławki wiośla­rzy, klep­ki tworzące pokład i ka­mie­nie służące jako ba­last. Zo­stał tyl­ko goły kadłub. Okręt spo­czy­wał bez­piecz­nie na tra­wia­stym brze­gu obok szkut­ni An­der­sa, wspar­ty na drew­nia­nych kli­nach.

Wzdłuż obu burt, na wy­so­kości górnej krawędzi nad­bur­cia, umiesz­czo­no drew­nia­ne rusz­to­wa­nia. Hal klęczał na rusz­to­wa­niu po pra­wej stro­nie, obok nie­go An­ders, szkut­nik, i Bjar­ni Zgięty Pa­luch, skirl i właści­ciel "Wil­cze­go Ogo­na". Hal i An­ders mie­li zamyślone miny, Bjar­ni ra­czej za­nie­po­ko­joną. Żaden ka­pi­tan nie lubi oglądać swe­go okrętu w ta­kim sta­nie, z fla­ka­mi wy­wa­lo­ny­mi na wierzch. Bjar­ni za­czy­nał się za­sta­na­wiać, czy to aby na pew­no był do­bry po­mysł. Pomyślał, że jesz­cze nie jest za późno. Mógłby zapłacić An­dersowi i po­pro­sić go, by przywrócił "Wil­czy Ogon" do pier­wot­ne­go sta­nu.

Po­tem jed­nak przy­po­mniał so­bie, że dzięki no­we­mu ożaglo­wa­niu jego okręt może bar­dzo zy­skać na prędkości i zwrot­ności. Wzru­szył ra­mio­na­mi i z nie­po­ko­jem zerknął na Hala. Młody skirl był taki... młody. A on po­wie­rzył mu re­mont swe­go bez­cen­ne­go okrętu. Oczy­wiście, zakładał, że An­ders wie, co robi. Był bar­dzo doświad­czo­nym szkut­ni­kiem. No i Bjar­ni wi­dział prze­cież, jak do­sko­na­le spraw­dza się ożaglo­wa­nie, które Hal za­pro­jek­to­wał do swej własnej łodzi, "Cza­pli".

Wziął głęboki wdech, za­mknął oczy i przełknął słowa, cisnące mu się na usta. Pomyślał, że z nich trzech on zna się na bu­do­wie okrętów naj­mniej.

- Ale maszt znaj­du­je się za­wsze tam, gdzie pod­po­ra masz­tu - za­uważył An­ders scep­tycz­nie. - Jak chcesz go prze­sunąć?

Pod­porę masz­tu sta­no­wił pro­stokątny drew­nia­ny klo­cek, długości me­tra, sterczący pio­no­wo, pod kątem pro­stym w sto­sun­ku do stępki. Służył on do osa­dza­nia masz­tu i sta­no­wił in­te­gralną nie­ru­chomą część stępki, nie można go było prze­sunąć. Pod­czas bu­do­wy "Wil­cze­go Ogo­na" szkut­ni­cy odcięli wszyst­kie gałęzie od pnia, prze­zna­czo­ne­go na stępkę - za wyjątkiem jed­nej, której nada­li od­po­wied­nią długość i kształt. Tak więc pod­po­ra masz­tu nie była częścią do­daną do stępki, ona po pro­stu z niej wy­ra­stała i dzięki temu moc­no trzy­mała maszt.

Hal wzru­szył ra­mio­na­mi

- To żaden pro­blem. - Zszedł do wnętrza kadłuba, ukląkł obok stępki i wyjaśnił: - Pod­porę zo­sta­wi­my, by moc­no trzy­mała maszt. Wy­tnie­my klo­cek me­tro­wej długości i umieścimy go za pod­porą.

An­ders za­gryzł war­gi.

- Tak. To chy­ba do­bry po­mysł.

- Ale dla­cze­go właści­wie chcesz prze­sunąć maszt w stronę rufy? - za­py­tał Bjar­ni.

- Nowe rej­ki będą sięgać aż do dzio­bu - wyjaśnił Hal.

- A to ozna­cza, że pod­czas żeglo­wa­nia na dziób będzie działać większy na­cisk. Prze­su­wając maszt, zrówno­ważymy siłę na­cisku. - Następnie dodał: - Mo­gli­byśmy na­wet umieścić tę nową część pod kątem, lek­ko na­chy­loną w stronę rufy. Dzięki temu maszt również lek­ko prze­chy­li się do tyłu, co da nam jesz­cze pew­niej­szy punkt opar­cia.

- Hmmm - mruknął An­ders.

Na twa­rzy Bjar­nie­go znów po­ja­wił się nie­pokój. Nie do końca ro­zu­miał tech­nicz­ne szczegóły, które Hal tłuma­czył mu z taką pew­nością sie­bie. Do­sko­na­le jed­nak ro­zu­miał, co zna­czy "hmmm". "Hmmm" zna­czyło, że An­ders nie jest prze­ko­na­ny do tego po­mysłu.

- Nie ma mowy o żad­nym prze­chy­la­niu - po­wie­dział za­tem prędko Bjar­ni. - Mój maszt ma stać pro­sto. Masz­ty z założenia mają stać pro­sto. Tak właśnie robią masz­ty. Stoją... pro­sto. Od za­wsze.

W myślach dodał, że prze­chy­lo­ny maszt wyglądałby sta­now­czo zbyt eg­zo­tycz­nie.

Hal uśmiechnął się sze­ro­ko. W ciągu kil­ku ostat­nich mie­sięcy prze­pro­wa­dził czte­ry me­ta­mor­fo­zy okrętów 0 pro­stokątnym żaglu w okręty o żaglo­wa­niu zro­bio­nym na wzór "Cza­pli". Zdążył przy­zwy­czaić się, że skir­lo­wie w tych kwe­stiach mają bar­dzo kon­ser­wa­tyw­ne poglądy.

- Jak so­bie życzysz - od­parł zgod­nie i zaczął gra­mo­lić się na drew­nia­ny sto­jak. An­ders podał mu rękę. - A prze­myślałeś sprawę płetwy? - za­py­tał po chwi­li. Znał od­po­wiedź, jesz­cze za­nim An­ders zaczął gwałtow­nie kręcić głową.

- Nie po­zwolę ci wy­ci­nać dziur w po­szy­ciu - oznaj­mił. - Okręt pójdzie na dno i tyle.

Hal posłał mu uśmiech.

- Wyciąłem dziurę w po­szy­ciu "Cza­pli" - za­uważył - i jakoś dotąd nie za­tonęła.

Ale Bjar­ni nadal kręcił głową.

- Możliwe. Ale ja nie wiem, co do­bre­go miałoby wy­niknąć z ta­kiej dziu­ry. To wbrew na­tu­rze. - Widząc pobłażliwy uśmiech na twa­rzy Hala, zmarsz­czył brwi. Nie życzył so­bie, żeby po­uczał go jakiś młokos, na­wet jeśli po­dej­rze­wał, że ten młokos może mieć rację.

- Nie ob­cho­dzi mnie, co zro­biłeś z własną łodzią. Może po pro­stu miałeś szczęście, że nie za­tonęła... - Tu urwał, po czym dodał znaczącym to­nem: - ...do tej pory.

Hal wzru­szył ra­mio­na­mi. Wca­le nie ocze­ki­wał, że Bjar­ni się zgo­dzi. Do tej pory żaden skirl się nie zgo­dził.

- Jak so­bie życzysz - powtórzył, po czym zwrócił się do An­der­sa: - Możesz po­wie­dzieć swo­im lu­dziom, żeby zaczęli pra­co­wać nad częścią, która przedłuży pod­porę? Mogę przesłać ci ry­su­nek, jeśli chcesz.

An­ders po­wo­li po­ki­wał głową. An­ders większość czyn­ności wy­ko­ny­wał po­wo­li. Był roz­ważnym człowie­kiem i nig­dy po­chop­nie nie po­dej­mo­wał de­cy­zji. Między in­ny­mi ta ce­cha czy­niła go tak wyśmie­ni­tym szkut­ni­kiem.

- Nie trze­ba - od­parł. - Po­radzę so­bie.

Hal kiwnął głową. An­ders miał rację. Taki pro­jekt to była dzie­cin­na spra­wa dla doświad­czo­ne­go rze­mieślni­ka. Hal za­pro­po­no­wał mu po­moc je­dy­nie przez uprzej­mość.

- W ta­kim ra­zie... - Ale nie dokończył, bo prze­rwał mu grzmiący głos.

- Hej, ho! - Wszy­scy odwrócili się. Erak, obe­rjarl Skan­dii, kro­czył ścieżką od stro­ny mia­sta. Szkut­nia An­der­sa znaj­do­wała się w pew­nej od­ległości od Hal­la­sholm, aby stałe odgłosy młotków i pił - oraz to­wa­rzyszące im siar­czy­ste prze­kleństwa, kie­dy któryś ro­bot­nik tra­fił nie­chcący młotkiem w pa­lec - nie prze­szka­dzały miesz­kańcom.

- Co on tu robi? - zdzi­wił się Bjar­ni.

An­ders prychnął, otarł nos wierz­chem dłoni i od­parł:

- Od­by­wa po­ranną prze­chadzkę dla zdro­wia. - Na wi­dok zdu­mio­nej miny Bjar­nie­go, dodał: - Zna­czy, spa­ce­ru­je. Spa­ce­ru­je tu­taj nie­mal każdego dnia. Twier­dzi, że ruch po­ma­ga mu utrzy­mać szczupłą syl­wetkę. - Przy ostat­nich słowach kąciki ust sta­re­go szkut­ni­ka nie­znacz­nie wygięły się w górę.

Hal uniósł jedną brew.

- Jak można utrzy­mać coś, cze­go nig­dy nie było?

Erak wyglądał jak praw­dzi­wy niedźwiedź. Słowo "szczupły" na pew­no nie było pierw­szym, które przy­cho­dziło na myśl, kie­dy ktoś próbował go opi­sać. Obe­rjarl właśnie kro­czył w ich stronę, obok nie­go zaś Sven­gal, nie­odłączny to­wa­rzysz i były pierw­szy ofi­cer na jego okręcie.

- Co on ma w ręku? - spy­tał Bjar­ni. Erak bo­wiem dzierżył w pra­wej dłoni długą laskę z błyszczącego drew­na, pod­pie­rając się nią przy każdym kro­ku. La­ska miała półtora me­tra długości, była zakończo­na srebr­nym oku­ciem i ozdo­bio­na nie­wielką, również srebrną gałką. Co kil­ka kroków Erak ob­ra­cał ją w potężnych pa­lu­chach. Słońce od­bi­jało się w me­ta­lo­wych ozdo­bach.

- To jego nowa la­ska - wyjaśnił An­ders. - Tyl­ko bez sko­ja­rzeń proszę. Dwa ty­go­dnie temu od­wie­dziła nas de­le­ga­cja z Gal­lii i ofia­ro­wała mu ją w pre­zen­cie.

- Ale po co mu ona? - spy­tał Hal. Uważał, że każda rzecz po­win­na mieć prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie.

An­ders wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Twier­dzi, że do­da­je mu dys­tynk­cji.

Brwi Hala pod­je­chały do góry. Po­dob­nie jak "szczupły", określe­nie "wy­ra­fi­no­wa­ny" również nie należało do tych, które ko­ja­rzyły się z po­sta­cią obe­rjar­la.

Erak i Sven­gal za­trzy­ma­li się u stóp dra­bi­ny, wiodącej na rusz­to­wa­nie.

- Możemy wejść?! - zawołał Erak.

An­ders wy­ko­nał prawą ręką za­pra­szający gest.

- Czuj­cie się jak u sie­bie w domu - po­wie­dział.

Rusz­to­wa­nie za­wi­bro­wało pod ciężarem wspi­nających się mężczyzn. Erak był na­prawdę ogrom­ny, a Sven­gal zbu­do­wa­ny jak prze­ciętny członek skan­dyj­skiej drużyny wil­cze­go okrętu - nie był aż tak wiel­ki jak Erak, ale również wy­so­ki i potężny.

Hal pomyślał, że Erak być może nie bez po­wo­du pytał o po­zwo­le­nie.

Po­de­szli bliżej, z pro­fe­sjo­nal­nym za­in­te­re­so­wa­niem przyglądając się gołemu kadłubo­wi.

- Widzę, że po­sta­no­wiłeś za­fun­do­wać so­bie no­wo­mod­ny żagiel w sty­lu Hala, co Bjar­ni? - za­grzmiał Erak.

- Sta­ry już dla cie­bie nie­do­bry?

- Prze­ro­bi­liśmy do tej pory czte­ry okręty - oświad­czył An­ders. - Na ra­zie nikt się nie skarżył.

Erak za­trzy­mał wzrok na An­der­sie, po czym prze­niósł go na stojącego obok młodzieńca. Tak na­prawdę był dum­ny z Hala, z jego po­mysłów i no­wa­tor­skie­go myśle­nia. W do­dat­ku Hal wy­ka­zał się zdol­nościa­mi przywódczy­mi i wiel­kim har­tem du­cha, goniąc za pi­ra­tem imie­niem Za­vac przez pół ist­niejącego na ma­pach świa­ta. Erak bar­dzo cenił te ce­chy. Uważał jed­nak sa­me­go sie­bie za człowie­ka zbyt przy­wiąza­ne­go do własnych na­wyków, by przyjąć zmia­ny, pro­po­no­wa­ne przez młode­go skir­la. W grun­cie rze­czy wie­dział, że ożaglo­wa­nie, które Hal za­pro­jek­to­wał, znacz­nie prze­wyższa pro­stokątny żagiel, tra­dy­cyj­nie sto­so­wa­ny na wil­czych okrętach. Nie­raz miał okazję oglądać tego do­wo­dy. Ale ko­chał swój "Wil­czy Wi­cher" ta­kim, ja­kim był i nie po­tra­fiłby ni­cze­go w nim zmie­nić.

- Czas na zmia­ny, wo­dzu! - Bjar­ni jak­by czy­tał w jego myślach.

Erak uznał, że naj­wyższy czas zmie­nić te­mat.

- Nieźle wy­be­be­szy­li tę twoją łódkę, co? - stwier­dził radośnie.

Bjar­ni zro­bił minę, jak­by za­mie­rzał za­pro­te­sto­wać, ale zre­zy­gno­wał. Bo rze­czy­wiście, wy­be­be­szy­li ją, in­a­czej nie dało się tego na­zwać. Pomyślał, że to bar­dzo dziw­ne, ale za każdym ra­zem, kie­dy fa­chow­cy po­sta­na­wiają wpro­wa­dzić ja­kieś ulep­sze­nia - czy to w przy­pad­ku okrętu, domu czy choćby zwykłego wozu - naj­pierw muszą tę rzecz nie­mal całko­wi­cie znisz­czyć.

Erak zaczął prze­cha­dzać się wzdłuż rusz­to­wa­nia, jego la­ska głośno stu­kała o de­ski.

- Parę kle­pek przy­dałoby się wy­mie­nić - stwier­dził, patrząc na pod­nisz­czo­ne miej­sca w po­szy­ciu okrętu.

- Za­uważyliśmy - od­parł An­ders. Ale był pod wrażeniem, że Erak do­strzegł to z ta­kiej od­ległości.

Klak, klak, klak, za­stu­kała la­ska. Hal po­chwy­cił spoj­rze­nie Sven­ga­la, puścił do nie­go oczko.

- Obe­rjar­lu, czyżbyś uznał, że już czas zacząć cho­dzić o la­sce? - za­py­tał z miną nie­wi­niątka. Sven­gal odwrócił się, by ukryć uśmiech. Erak po­pa­trzył na Hala.

- To jest la­ska urzędowa, młody człowie­ku - wyjaśnił z wyższością. - Praw­dzi­wy krzyk mody wśród gal­lij­skiej ary­sto­kra­cji.

- Ary­sto­kra­cji, po­wia­dasz? - rzekł Hal. Wie­dział, że obe­rjarl da­rzy go sym­pa­tią, wie­dział też, jak da­le­ko może się po­sunąć. A przy­najm­niej, po­pra­wił się w myślach, sądził, że wie. Cza­sa­mi prze­kra­czał gra­nicę - a wówczas po­zo­sta­wała je­dy­nie szyb­ka uciecz­ka. - Te­raz ro­zu­miem, dla­cze­go i ty so­bie taką spra­wiłeś. W końcu je­steś nie­zwy­kle ary­sto­kra­tycz­ny.

- Do­da­je mi dys­tynk­cji - od­parł Erak wy­zy­wającym to­nem.

- Za­uważyłem, sze­fie - wtrącił radośnie Sven­gal. - Nie da­lej jak wczo­raj mówię chłopa­kom: "Wi­dzie­liście, jaki ten nasz wódz zro­bił się ostat­nio dys­tyn­go­wa­ny?".

- I co oni na to? - spy­tał Erak, odro­binę po­dejrz­li­wym to­nem.

- No, mu­sie­li się zgo­dzić. Co do jed­ne­go. Oczy­wiście, po­tem wszyst­ko po­psu­li, bo spy­ta­li, co zna­czy "dys­tyn­go­wa­ny". Ale zgo­dzili się ze mną z całego ser­ca.

Bjar­ni par­sknął śmie­chem, ra­mio­na An­der­sa dziw­nie zadrżały. Hal utkwił wzrok w ja­kimś punk­cie na poręczy rusz­to­wa­nia, naj­wy­raźniej nie­zwy­kle fa­scy­nującym.

Erak prychnął.

- Zwy­kli śmier­tel­ni­cy nie po­tra­fią do­ce­nić dys­tynk­cji - oznaj­mił. A po­tem ru­szył w stronę dra­bi­ny, oczy­wiście po­stu­kując swą dys­tyn­go­waną laską, Sven­gal zaś za nim, w bez­piecz­nej od­ległości kil­ku kroków. Erak odwrócił się jesz­cze i zawołał do Hala:

- Wpad­nij do mnie ju­tro rano, młodzieńcze! Możliwe, że mam pe­wien pro­jekt dla cie­bie i tej two­jej ban­dy nie­udacz­ników.

Hal od razu po­czuł za­cie­ka­wie­nie. Życie płynęło ostat­nio dość mo­no­ton­nym nur­tem - poza ru­ty­no­wy­mi pa­tro­la­mi mor­ski­mi nic spe­cjal­ne­go się nie działo.

- A jaki pro­jekt, obe­rjar­lu? - za­py­tał.

Ale Erak tyl­ko się uśmiechnął i po­pu­kał pal­cem w nos.

- Nig­dy nie roz­ma­wiam pu­blicz­nie o in­te­re­sach - po­wie­dział. - Świad­czyłoby to o całko­wi­tym bra­ku tak­tu.

Roz­dział 5

Następne­go ran­ka Hal wy­brał się do por­tu. Kluf biegła przo­dem, od cza­su do cza­su za­wra­cała i pa­trzyła na nie­go, jak­by chciała upew­nić się, że idą w dobrą stronę. A po­tem zno­wu biegła przed sie­bie, wy­prze­dzając go o pięć, dzie­sięć metrów, cza­sa­mi za­trzy­my­wała się, by powąchać coś fa­scy­nującego i śmierdzącego - jak zdechła mewa czy mu­mia po­lnej my­szy.

Hal uznał, że naj­le­piej będzie za­brać Kluf ze sobą. Za­uważył u niej ten­dencję do gry­zie­nia różnych rze­czy - w ten sposób już zdążył stra­cić je­den but i pomyślał, że le­piej trzy­mać ją z da­le­ka od mamy, tak często, jak tyl­ko się da. Ka­ri­na zgo­dziła się, by Kluf zo­stała, lecz była sta­now­czo da­le­ka od en­tu­zja­zmu. Hal zda­wał so­bie sprawę, że wy­star­czy jed­na ka­ta­stro­fa w re­stau­ra­cji i po­zwo­le­nie zo­stanie niezwłocznie cof­nięte.

"Cza­pla" spo­czy­wała na plaży, wy­so­ko po­nad linią przypływu. Z obu stron wspie­rały ją drew­nia­ne kołki, utrzy­mujące kadłub w po­zio­mie. Człon­ko­wie załogi kłębili się na pokładzie, cho­ciaż, jak Hal dodał w myślach, może nie było to od­po­wied­nie słowo na określe­nie gru­py złożonej z sied­miu osób.

Pod­czas ostat­niej wy­pra­wy zaważył, że niektóre części oli­no­wa­nia prze­tarły się i wy­ma­gają na­pra­wy bądź wy­mia­ny. Te­raz Je­sper, Ste­fan i bliźnia­cy zakłada­li nowe szta­gi i fały i sma­ro­wa­li je gru­bo smołą, by przedłużyć ich wy­trzy­małość.

- Dla­cze­go nie możemy wy­mie­nić tyl­ko tych lin, które się prze­tarły? - za­py­tał Je­sper. - Dla­cze­go od razu wszyst­ko?

Hal pomyślał, że oczy­wiście to Je­sper mu­siał zadać ta­kie py­ta­nie.

- Po­nie­waż po­zo­stałe też są już lek­ko prze­tar­te i osłabio­ne i niedługo i tak mu­sie­li­byśmy je wy­mie­nić. W końcu zakłada­liśmy je wszyst­kie w jed­nym cza­sie - wyjaśnił Hal. - W ten sposób załatwi­my całość za jed­nym za­ma­chem, a nie po tro­chu i nie będzie­my ry­zy­ko­wać, że coś ze­psu­je się w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.

- A co to jest "troch"? - za­py­tał Ulf, a może Wulf. Jego brat rzu­cił mu długie cier­piętni­cze spoj­rze­nie - tego ro­dza­ju spoj­rze­nie, ja­kie rzu­ca się małym dzie­ciom.

- To samo, co "mał"- od­parł Wulf.

Ulf za­py­tał groźnie:

- O co ci cho­dzi?

- O to, że można też zro­bić coś pomału.

Po chwi­li na­mysłu Ulf za­uważył:

- W ta­kim ra­zie chy­ba po­win­no mówić się "po­ma­le"?

Wulf potrząsnął głową.

- Nie.

- To nie­lo­gicz­ne. Dla­cze­go tak jest?

Stig i Hal spoj­rze­li na sie­bie.

- Czy ty cza­sem ro­zu­miesz, o czym tych dwóch mówi? - spy­tał Hal. - Czy to ja mam pro­blem?

Stig potrząsnął głową.

- To oni. Robią to spe­cjal­nie. Ich cel to mącić lu­dziom w głowach. I do­pro­wa­dzać mnie do szału.

Hal odwrócił się i po­pa­trzył na bliźniaków, którzy klęcze­li pośrod­ku pokładu, zajęci sma­ro­wa­niem blo­ku, przez który prze­cho­dził je­den z fałów. Rze­czy­wiście, mie­li ja­kieś bar­dzo za­do­wo­lo­ne z sie­bie miny. Stig chy­ba się nie mylił.

- In­gvar! - zawołał.

Ol­brzym znaj­do­wał się na dzio­bie, obok Za­dy­mia­rza, natłuszczał oś i okrągłą szynę, na której ob­ra­cała się cała ma­szy­ne­ria.

- Tak, Halu? - od­po­wie­dział. Uniósł głowę i spoj­rzał na po­stać na plaży. Wi­dział ją jako za­ma­za­ny kształt, ale ten za­ma­za­ny kształt był zna­jo­my. Roz­po­znał w nim swe­go skir­la.

- Jeśli kto­kol­wiek wspo­mni o tro­chu bądź male, masz wy­rzu­cić go za burtę. - Była to stan­dar­do­wa kara, o której wy­ko­na­nie re­gu­lar­nie pro­sił In­gva­ra.

- Je­steśmy na lądzie - za­uważył In­gvar.

Hal kiwnął głową, zamyślił się. Rze­czy­wiście, od li­nii wody dzie­liło ich ja­kieś pięć metrów.

- W ta­kim ra­zie za­wlecz go nad wodę i wy­rzuć z brze­gu.

In­gvar do­tknął pal­cem czoła na znak, że przyjął po­le­ce­nie.

- Jak so­bie życzysz.

Hal, za­do­wo­lo­ny, że zakończył głupią dys­kusję, zwrócił się do Sti­ga, by podjąć prze­rwaną roz­mowę:

- Chciałem tyl­ko wie­dzieć, dla­cze­go nie mówi się "po­ma­le" - usłyszał rozżalo­ny głos jed­ne­go z bliźniaków.

Hal wzniósł oczy do nie­ba.

- Do­bra! - po­wie­dział. - In­gvar?

- Już idę. - In­gvar ru­szył przed sie­bie z za­ska­kującą szyb­kością. Owszem, miał potężne roz­mia­ry i był krótkow­zrocz­ny, ale pokład "Cza­pli" znał jak własną kie­szeń. Nim bliźnia­cy zdążyli uciec, chwy­cił ich za kar­ki. Wili się i pro­te­sto­wa­li, próbo­wa­li się uwol­nić, ale In­gvar trzy­mał ich moc­no w żela­znym uści­sku.

- To nie ja! - za­pro­te­sto­wa­li chórem.

In­gvar uniósł ich wyżej, tak że ich twa­rze zna­lazły się tuż obok jego twa­rzy, szu­kając oznak, które zdra­dziłyby, który z nich kłamał. Obaj nadal za­pew­nia­li o swej nie­win­ności.

- Wrzuć obu do wody - za­pro­po­no­wał Stig.

In­gvar spoj­rzał na Hala.

- Hal?

Hal za­czy­nał coś po­dej­rze­wać. Po­pa­trzył na po­zo­stałych członków załogi. Je­sper z za­cie­ka­wie­niem przyglądał się całej scen­ce, Ste­fan za to odwrócił wzrok, próbując ukryć uśmiech. Po­tem jego ra­mio­na zaczęły się trząść.

- In­gvar! - zawołał Hal. - Puść ich.

- Mam ich puścić? - zdzi­wił się In­gvar.

- Tak - po­twier­dził Hal. - I wrzuć do wody Ste­fa­na.

Ste­fan ze­rwał się z miej­sca, obu­rzo­ny.

- Mnie? A co ja ta­kie­go zro­biłem?

Ale In­gvar już był przy nim i te­raz jego z ko­lei chwy­cił za kołnierz. Ulf i Wulf bezwład­nie po­tur­la­li się po de­skach pokładu.

In­gvar ze­sko­czył na plażę i zaczął ciągnąć za sobą opie­rającego się Ste­fa­na, który przez cały czas wrzesz­czał jak opętany. W pew­nym mo­men­cie pro­te­sty prze­rwał głośny roz­bryzg - In­gvar, stojąc po ko­la­na w wo­dzie, uniósł Ste­fa­na wy­so­ko nad głową i rzu­cił go kil­ka metrów da­lej.

- Im­po­nujące - po­wie­dział Stig. Nie­zwykła siła In­gva­ra nie­zmien­nie ich za­dzi­wiała. - Skąd wie­działeś, że to Ste­fan?

- Ste­fan po­tra­fi do­sko­na­le naśla­do­wać głosy, chy­ba pamiętasz - od­parł Hal. - A Ulf i Wulf nie za­re­ago­wa­li tak jak zwy­kle. Obaj po­wie­dzie­li "To nie ja". Nor­mal­nie, kie­dy któryś z nich coś prze­skro­bie, zwa­lają winę je­den na dru­gie­go, żeby za­mie­szać mi w głowie. Poza tym za­uważyłem, że Ste­fan coś po­dej­rza­nie do­brze się bawi.

Stig pokręcił głową z uda­wa­nym po­dzi­wem.

- Chy­ba właśnie dla­te­go ty je­steś skir­lem, a my tyl­ko wy­ko­nu­je­my two­je roz­ka­zy.

Hal wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Oczy­wiście, mogłem się po­my­lić, co ozna­cza, że Ste­fan zażył kąpie­li za nic.

Kluf!

- O, masz psa - po­wie­dział Stig.

- Je­steś bar­dzo spo­strze­gaw­czy - od­parł Hal. - Większość lu­dzi w ogóle jej nie za­uważa. - Po­pa­trzył z czułością na Kluf, ale czułość szyb­ko ustąpiła miej­sca pa­ni­ce.

- Hej! Prze­stań!

Kluf trzy­mała w łapach szczotkę o długiej rączce, którą Stig przed chwilą sma­ro­wał me­ta­lo­we części, mo­cujące ster, i prze­krzy­wiając łeb na bok, pożerała ją z zapałem. Połowa rączki zdążyła zniknąć, pysk i łapy psa po­kry­wała war­stwa tłuszczu.

Hal chwy­cił szczotkę i zaczął ciągnąć w swoją stronę. Kluf za­parła się łapa­mi, unosząc tylną część ciała, war­czała i ciągnęła do sie­bie, potrząsając łbem, by wy­rwać Ha­lo­wi swoją zdo­bycz.

- Pusz­czaj, wa­riat­ko! - wrzasnął Hal. I Kluf puściła, on zaś po­le­ciał do tyłu i wy­wa­lił się na pia­sek jak długi. Kluf wstała i za­ma­chała ogo­nem, go­to­wa do dal­szej za­ba­wy.

- A niech cię! - krzyknął Hal. - Zro­biłaś to spe­cjal­nie.

- Kluf! - po­wie­działa Kluf.

Hal chwy­cił szmatkę i zaczął wy­cie­rać wy­sma­ro­wa­ne tłuszczem łapy i pysk psa. Kluf wy­ry­wała się, wyraźnie prze­ciw­na tym za­bie­gom.

- Spójrz na sie­bie! - po­wie­dział gniew­nie. - A ja do­pie­ro co do­pro­wa­dziłem cię do porządku!

- Może po­wiedz In­gva­ro­wi, żeby wrzu­cił ją do wody - za­pro­po­no­wał Stig z ka­mienną twarzą. Zbyt ka­mienną. In­gvar, który już wrócił ze swo­jej mi­sji, zo­sta­wiw­szy Ste­fa­na brodzącego w wo­dzie po pa­chy, zmie­rzył Kluf wzro­kiem.

- Chy­ba bym jej na­wet nie udźwignął - stwier­dził z uśmie­chem. - Jest gi­gan­tycz­na.

Roz­dział 3

Anders, mimo początko­wych wątpli­wości, w końcu _ za­ak­cep­to­wał po­mysły Hala. Młody skirl uznał, że w ta­kim ra­zie może zo­sta­wić szkut­ni­ka sa­me­go z "Wil­czym Ogo­nem".

An­ders myślał in­ten­syw­nie nad pro­jek­tem przedłużającej pod­porę części, która miała umożliwić prze­su­nięcie masz­tu. Bjar­ni wi­siał nad jego ra­mie­niem, z nie­po­ko­jem przyglądając się po­czy­na­niom szkut­ni­ka i bez prze­rwy o coś pytał. W końcu cier­pli­wość An­dersa się wy­czer­pała.

- Bjar­ni, nie masz nic do ro­bo­ty?

Bjar­ni pokręcił le­ni­wie głową, po­wie­ka na­wet mu nie drgnęła.

- Nie za bar­dzo.

An­ders nie dawał za wy­graną.

- A co zwy­kle po­ra­biasz w taki dzień jak dzi­siaj? - spy­tał z na­ci­skiem.

Bjar­ni wska­zał na nagi kadłub okrętu.

- Zwy­kle je­stem na mo­rzu, na swo­im okręcie. Ale te­raz, kie­dy roz­wa­liłeś go na kawałki, to rzecz ja­sna nie wcho­dzi w ra­chubę.

An­ders zamyślił się. Cóż, nie bar­dzo mógł zna­leźć ar­gu­men­ty prze­ciw­ko temu ro­zu­mo­wa­niu.

- A nie masz ocho­ty połowić ryb? - za­pro­po­no­wał, po czym dodał po­spiesz­nie: - Z molo. Nie po­trze­bu­jesz do tego okrętu.

Bjar­ni po­pa­trzył na nie­go ze zdzi­wie­niem.

- Ja nie lubię ryb. Jak byłem mały, mama ciągle kazała mi jeść ryby i te­raz ich nie lubię.

- Nie mu­sisz ich jeść - od­parł An­ders. - Możesz je łowić i wrzu­cać z po­wro­tem do wody.

- Ale jaki to ma sens? Dla­cze­go miałbym je wy­rzu­cać, sko­ro je złowiłem?

- Dla­te­go - od­parł An­ders groźnie - że nie lu­bisz ich jeść.

- No to nie ro­zu­miem, po co w ogóle miałbym je łowić - za­uważył Bjar­ni, co­kol­wiek zdzi­wio­ny. Za­czy­nał się za­sta­na­wiać, czy aby na pew­no po­wi­nien po­wie­rzać swój uko­cha­ny okręt temu człowie­ko­wi. W jego wy­wo­dach sta­now­czo bra­ko­wało lo­gi­ki, a Bjar­ni uważał, że człowiek, posługujący się w pra­cy narzędzia­mi i pre­cy­zyj­ny­mi ob­li­cze­nia­mi, po­wi­nien wy­ka­zy­wać się lo­gicz­nym myśle­niem.

- Ist­nie­je bar­dzo do­bry powód - od­parł An­ders, pod­chodząc bliżej, aż ich klat­ki pier­sio­we nie­mal się ze­tknęły. Bjar­ni in­stynk­tow­nie cofnął się, ale An­ders nie ustępował. - Mia­no­wi­cie, jeżeli zo­sta­niesz tu­taj i nadal będziesz do­pro­wa­dzał mnie do szału nie­kończącymi się py­ta­nia­mi w sty­lu: "A co te­raz ro­bisz?", "A dla­cze­go tak to ro­bisz?", "A na co to?", ist­nie­je spo­re ry­zy­ko, że zdzielę cię młotkiem w łeb.

Tu za­pre­zen­to­wał ciężki drew­nia­ny młotek, który służył mu do wbi­ja­nia dłuta. Bjar­ni po­pa­trzył na narzędzie, po­tem na umięśnio­ne ramię An­der­sa.

- Wy­star­czyło po­wie­dzieć - rzu­cił nie­co urażonym to­nem. Po­tem cofnął się, jesz­cze raz spoj­rzał na uko­cha­ny okręt. - Bądź ostrożny, do­bra?

W nor­mal­nych oko­licz­nościach su­ge­stia, że może wy­ka­zać się nie­ostrożnością pod­czas pra­cy, porządnie by An­der­sa rozwście­czyła. Był bar­dzo uważnym i dokład­nym szkut­ni­kiem. Ale owa nie­tak­tow­na uwa­ga wydała mu się nie­wielką ceną za to, że wresz­cie miał szansę po­zbyć się Bjar­nie­go.

- Będę trak­to­wać go jak własny okręt - po­wie­dział z uśmie­chem, który w za­mie­rze­niu miał być uspo­ka­jający, ale zupełnie mu nie wy­szedł.

Bjar­ni na wi­dok jego stężałej miny zaczął za­sta­na­wiać się, czy An­ders przy­pad­kiem nie cier­pi z po­wo­du nie­straw­ności. Rozsądnie po­sta­no­wił jed­nak nie dzie­lić się z nim tą re­fleksją.

- No do­bra - po­wie­dział. - To idę.

Dom Hala oraz re­stau­ra­cja, pro­wa­dzo­na przez jego matkę, leżały na obrzeżach Hal­la­shol­mu. Za­miast długiej krętej ścieżki, biegnącej od por­tu przez mia­sto, Hal wy­brał skrót, pro­wadzący w góry przez ota­czające mia­sto lasy. Pośród drzew pa­no­wała cu­dow­na ci­sza i spokój. Hal cie­szył wzrok grą świa­teł i cie­ni. Rosły tu różne ga­tun­ki roślin i drzew, acz­kol­wiek prze­ważały so­sny. Po­wie­trze wypełniał przy­jem­ny aro­mat. Hal za­sta­na­wiał się, z ja­kie­go po­wo­du Erak chce się z nim wi­dzieć. Miał na­dzieję, że cho­dzi o misję, związaną z da­leką wy­prawą. Wszy­scy człon­ko­wie drużyny mie­li sta­now­czo dosyć ru­ty­ny i nudy to­wa­rzyszących krótkim pa­tro­lom.

"Może po­win­niśmy wrócić do wy­praw łupieżczych", pomyślał, oczy­wiście żar­tem.

Przez wie­ki Skan­dia­nie najeżdżali ludz­kie sie­dzi­by, położone wzdłuż wy­brzeża Mo­rza Białych Sztormów i da­lej, nad Mo­rzem Wąskim i Mo­rzem Spo­koj­nym. Mat­ka Hala zo­stała upro­wa­dzo­na pod­czas jed­nej z ta­kich wy­praw, z Ara­lu­enu.

Ale trak­tat, który Erak za­warł kil­ka lat wcześniej z królem Ara­lu­enu Dun­ca­nem za­wie­rał wa­ru­nek, że Skan­dia­nie mają za­prze­stać swej ulu­bio­nej roz­ryw­ki, choćby nie wiem jak wie­le radości im ona do­star­czała. Erak po­sta­no­wił zna­leźć inne zajęcie dla swo­ich lu­dzi. Wkrótce oka­zało się, że sąsied­nie kra­je są go­to­we płacić, i to so­wi­cie, za ochronę ich statków han­dlo­wych przez na­past­ni­ka­mi. W re­zul­ta­cie Skan­dia­nie sta­li się kimś w ro­dza­ju mor­skiej po­li­cji, użycza­li swych okrętów i lu­dzi in­nym kra­jom w celu obro­ny przed pi­ra­ta­mi z Son­der­lan­du, Ma­dzia­rii i in­nych miejsc. Po­mysł ten bar­dzo przy­padł wszyst­kim do gu­stu, a do­cho­dy, które czer­pa­li Skan­dia­nie z tej pra­cy, znacz­nie prze­kra­czały zy­ski z na­jazdów.

Wszyst­ko to wy­da­rzyło się, kie­dy Hal był małym dziec­kiem. Ale wie­lu star­szych Skan­dian do­brze pamiętało daw­ne cza­sy - niektórzy, należy przy­znać, wspo­mi­na­li je z nutką no­stal­gii.

Hal za­uważył kępę żółtych leśnych kwiatów rosnących opo­dal ścieżki. Za­trzy­mał się, by ze­rwać bu­kiet dla mamy. Ka­ri­na uwiel­biała ozda­biać dom kwia­ta­mi. Na­gle Hal usłyszał sze­lest w krza­kach za swo­imi ple­ca­mi. Za­marł, za­ci­skając dłoń na łodyżkach.

- Kto tam? - zawołał. Pomyślał, że to może Stig czy inny z chłopaków próbuje so­bie z nie­go żar­to­wać. To byłoby na przykład bar­dzo w sty­lu Je­spe­ra. Daw­ny złodziej bar­dzo lubił tre­no­wać na in­nych swe umiejętności, do których należało za­kra­da­nie się po ci­chu.

Hal wy­pro­sto­wał się, odwrócił i spoj­rzał na gęste zarośla, z których do­szedł dźwięk.

- Słyszę cię, Je­sper! - zawołał, nie­co po­iry­to­wa­ny.

Spo­między cie­ni pod drze­wa­mi doszło donośne war­cze­nie. Włosy stanęły Ha­lo­wi dęba na głowie. To z pew­nością nie był Je­sper. Ręka sama powędro­wała Ha­lo­wi do po­chwy, kryjącej saksę. Na­gle jed­nak zdał so­bie sprawę, że ta broń nie­wie­le pomoże, jeśli jego oba­wy się sprawdzą.

A oba­wiał się, że dźwięk ów jest po­mru­kiem niedźwie­dzia.

Hal nie miał pojęcia, jak mru­czy niedźwiedź, przy­pusz­czał jed­nak, że musi to brzmieć właśnie tak jak dźwięk, który słyszał przed chwilą: głęboki, donośny i groźny. Zaczął się cofać, po­tknął się o wy­stający ko­rzeń, prędko od­zy­skał równo­wagę. Ser­ce po­deszło mu do gardła. In­stynkt pod­po­wia­dał, że po­wi­nien po­ru­szać się bar­dzo po­wo­li. Ale każdy nerw w jego cie­le wołał, że ma ucie­kać.

Krza­ki po­ru­szyły się. To coś, co­kol­wiek to było, szło za nim. A może wca­le nie? Może tyl­ko mu się wy­da­wało, może to po pro­stu wiatr po­ru­szył gałęzia­mi?

Tyl­ko że było całko­wi­cie bez­wietrz­nie.

Kluf!

Ten dźwięk był krótki, nagły i złowiesz­czy. Hal przy­stanął, wbił wzrok w cie­ni­ste prze­strze­nie między gęsty­mi krza­ka­mi, próbując doj­rzeć swe­go prześla­dowcę. Nic. Zro­bił jesz­cze je­den krok w tył. I jesz­cze je­den. Strach wy­grał z in­stynk­tem, Hal zaczął po­ru­szać się szyb­ciej, by zwiększyć od­ległość między sobą i warczącym i klu­fiącym stwo­rem!

Kluf!

Zno­wu. Ka­te­go­rycz­nie. Roz­ka­zująco. Niedźwiedź naj­wy­raźniej nie za­mie­rzał dać mu uciec. Hal za­trzy­mał się. Krza­ki znów się po­ru­szyły. Słyszał, jak potężne ciel­sko prze­dzie­ra się przez zarośla. Miał wrażenie, że słyszy ten dźwięk gdzieś na wy­so­kości swo­jej ta­lii, przy­pusz­czał, że niedźwiedź, idący na czte­rech łapach, sięga mniej więcej tej wy­so­kości.

Zo­ba­czył śle­pia, błyszczące w cie­niu. A po­tem z zarośli wy­nu­rzył się pysk.

Hal ode­tchnął z ulgą. To nie był niedźwiedź. To był pies. Tyle że ogrom­ny, jesz­cze nig­dy w życiu cze­goś po­dob­ne­go nie wi­dział. Tak wiel­ki, że właści­wie mógłby ucho­dzić za nie­dużego niedźwie­dzia.

Łeb miał czar­ny, pysk zaś biały, a między ocza­mi biegła biała strzałka, przez co wyglądał tak, jak­by nosił maskę. Ciało również było czar­ne, za wyjątkiem białej pier­si i pod­brzu­sza. Na no­gach mniej więcej w połowie długości czar­ne fu­tro ustępowało ja­snobrązo­wym skar­pet­kom i białym łapom. Również na py­sku wid­niały ja­snobrązowe pla­my, a nad ocza­mi maleńkie plam­ki w tym sa­mym ko­lo­rze. Tak ozdo­bio­ny pysk psa, prze­cięty białą strzałką, wyglądał nie­zwy­kle sy­me­trycz­nie i sym­pa­tycz­nie. Jak zro­bio­ny na zamówie­nie, dokład­nie tak jak trze­ba. Ko­niusz­ki uszu, czar­nych i ob­wisłych, również wieńczyły ja­sne kępki sierści.

Kluf!

Pies zno­wu przemówił, tym ra­zem jak­by z wa­ha­niem. Za­pew­ne nie wie­dział, czy może po­dejść bliżej. Hal ukląkł na jed­nym ko­la­nie i wyciągnął prawą rękę, wnętrzem do dołu, lek­ko pod­gi­nając pal­ce.

- Sam się kluf­nij - po­wie­dział łagod­nym i przy­ja­znym to­nem. - Chodź tu le­piej się przy­wi­tać.

Pies zro­bił krok do przo­du, po­tem pół kro­ku do tyłu, bacz­nie wpa­trując się w Hala, który za­marł w swo­jej po­zy­cji, z wciąż wyciągniętą ręką. Pies zro­bił jesz­cze je­den krok i w końcu całkiem wy­nu­rzył się z zarośli. Za­mer­dał na próbę wiel­kim ciężkim ogo­nem. Nie, Hal po­pra­wił się w myślach. Ra­czej zakołysał. W przód i w tył, z co­raz większą pew­nością sie­bie.

- Nie bój się. - Hal pomyślał, że to bar­dzo iro­nicz­ne. Bo jesz­cze przed chwilą sądził, że pies to niedźwiedź i ze stra­chu o mało nie stra­cił kon­tro­li nad pod­sta­wo­wy­mi funk­cja­mi swo­je­go ciała.

Pies potrząsnął łbem.

- Kluf! - po­wie­dział zno­wu.

Hal kiwnął głową.

- Bar­dzo ład­nie szcze­kasz. - Po­ma­chał pal­ca­mi i pies zro­bił jesz­cze je­den krok w jego stronę.

Za­trzy­mał się tuż przed wyciągniętą dłonią.

- Nie wiem, cze­go się bo­isz - po­wie­dział ci­cho Hal. - Gdy­byś chciał, mógłbyś od­gryźć mi rękę do łokcia.

Pies był co­raz bliżej. Hal po­czuł jego ciepły od­dech na dłoni. Ogon zakołysał się uf­nie. Pies naj­wy­raźniej uznał, że dłoń nie jest groźna.

- Wiesz - po­wie­dział Hal - ko­la­na strasz­nie mnie bolą. Chy­ba wstanę.

Roz­warł pal­ce, do­tknął psa pod brodą i pogłaskał po miękkiej sierści. Zwie­rzak przy­mknął oczy, a kie­dy Hal zaczął głaskać go po szyi, z roz­koszą prze­krzy­wił łeb.

- No do­brze. A te­raz wstanę.

Po­wo­li zaczął pod­no­sić się z ku­cek. Pies na­tych­miast roz­warł śle­pia, po­sta­wił uszy i cofnął się, od­ry­wając od zie­mi obie przed­nie łapy na­raz. Hal wstał, wciąż trzy­mając rękę wyciągniętą w stronę psa i prze­ma­wiając doń łagod­nie.

- Nie bój się. Nie bój się. To ciągle ja.

Pies po­pa­trzył nie­uf­nie, a jego uszy opadły. Przy­sunął się po ko­lejną porcję piesz­czot, a kie­dy Hal po­dra­pał go za usza­mi, wydał z sie­bie ci­chy po­mruk za­do­wo­le­nia, po czym odwrócił się i całym ciężarem ciel­ska oparł o jego nogi, o mało go przy tym nie prze­wra­cając. Usiadł Ha­lo­wi na sto­pach i wyciągnął szyję, do­ma­gając się czułości. Hal, złapa­ny w pułapkę, mu­siał ulec.

- Ale je­steś wiel­ki. Jak się na­zy­wasz? - Powtórzył py­ta­nie na­le­gająco-roz­ba­wio­nym to­nem, ciągle dra­piąc psa po łbie i uszach. - No, jak się na­zy­wasz?

Pies pod­niósł się, ma­chając ogo­nem.

- Kluf! - od­parł.

Hal po chwi­li za­sta­no­wie­nia stwier­dził:

- Cóż, chy­ba brzmi całkiem nieźle.