Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

55.00 zł
46.75 zł (55,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Kiedy w 2010 roku ukoń­czy­łem serię Odkry­cia Riy­rii, byłem gotowy zosta­wić za sobą Royce'a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu tylko jedna histo­ria, a nie życiowe powo­ła­nie. Do tej pory pew­nie już usły­sze­li­ście, że moja żona, Robin, narze­kała, że chce spę­dzić wię­cej czasu z miło­ścią swo­jego życia -?Hadria­nem. Nie podo­bało jej się, że sta­ną­łem mię­dzy nimi. Chciała wię­cej, a ja nie zamie­rza­łem uła­twiać jej romansu z innym męż­czy­zną. Gdy wydaw­nic­two Orbit przy­go­to­wy­wało się do ponow­nego wyda­nia serii Odkry­cia Riy­rii, musia­łem usu­nąć wer­sje, które wyda­łem wła­snym sump­tem. W rezul­ta­cie przez kilka mie­sięcy nie mia­łem żad­nych ksią­żek w sprze­daży. Robin uznała to za mar­ke­tin­gową wpadkę i posta­no­wiła wypeł­nić tę lukę opo­wia­da­niem, które miało pro­mo­wać ponowne wyda­nie serii. Innymi słowy namó­wiła mnie do napi­sa­nia opo­wia­da­nia The Visco­unt and the Witch. Napi­sa­łem je, ponie­waż uwa­ża­łem, że to przy­zwo­ita, zamknięta całość, opo­wia­da­jąca o tym, jak Royce i Hadrian poznali Alberta Win­slowa, co miało miej­sce w dru­gim roku ich współ­pracy. Uzna­łem, że to dobry począ­tek powie­ści i zaczą­łem zasta­na­wiać się, czy nie napi­sać ciągu dal­szego tej histo­rii.

W tam­tym cza­sie nowa powieść, nad którą pra­co­wa­łem, Anti­the­sis, zapo­wia­dała się na porażkę, więc zaczą­łem pisać Różę i Cierń -?The Rose and Thorn. Nawia­sem mówiąc, ofi­cjalny tytuł -?The Rose and the Thorn -?został wybrany przez wydaw­nic­two Orbit z powo­dów, któ­rych ni­gdy do końca nie zro­zu­mia­łem i z któ­rymi się nie zgo­dzi­łem, ale nie mia­łem w tej kwe­stii nic do powie­dze­nia. W każ­dym razie, zanim ją skoń­czy­łem, zda­łem sobie sprawę, że to głu­pio pisać o dru­gim roku współ­pracy, nie przed­sta­wia­jąc pierw­szego. Pomy­śla­łem, że nie mam wyj­ścia: muszę opi­sać histo­rię powsta­nia Riy­rii. Odło­ży­łem więc Różę i Cierń i napi­sa­łem Wieżę Koronną, a potem wró­ci­łem do skoń­cze­nia tego, od czego zaczą­łem. Moja żona była szczę­śliwa, nawet jeśli wydaw­nic­two Orbit nie­szcze­gól­nie -?nie lubią tam pre­qu­eli i pró­bo­wano by mnie znie­chę­cić do pisa­nia, gdyby wie­dzieli, czemu poświę­cam czas. Ci, któ­rzy mnie znają, wie­dzą, że ta roz­mowa nie skoń­czy­łaby się dobrze.

Po ukoń­cze­niu tych dwóch powie­ści wresz­cie mogłem porzu­cić Elan i gatu­nek fan­tasy, żeby zająć się innymi rodza­jami pisar­stwa, widzi­cie bowiem, że ni­gdy nie pla­no­wa­łem zostać pisa­rzem fan­tasy.

Tyle że nie mogłem uwol­nić się od Elanu. Jesz­cze nie.

Czu­łem się zobo­wią­zany do opo­wie­dze­nia prawdy o prze­szło­ści Elanu i roz­po­czą­łem sze­ścio­to­mową serię Legendy Pierw­szego Impe­rium (kolejny cykl pre­qu­eli), którą chciało opu­bli­ko­wać wydaw­nic­two Pen­guin Ran­dom House. Jed­nakże mię­dzy pla­no­waną datą pre­miery Epoki mitu a wyda­niem ostat­niej książki o Riy­rii minę­łyby ponad cztery lata, a zgod­nie z nową umową z wydaw­nic­twem Pen­guin Ran­dom House nie mogłem opu­bli­ko­wać kolej­nej powie­ści o Ela­nie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku. To ozna­cza­łoby rok 2021, czyli minę­łoby pra­wie dzie­sięć lat od Róży i Cier­nia, zanim kto­kol­wiek ponow­nie usły­szałby o Roy­sie i Hadria­nie. To byłoby zde­cy­do­wa­nie zbyt długo. Wtedy Robin wpa­dła na pomysł, żebym opu­bli­ko­wał nową książkę o Ela­nie, nim zacznie obo­wią­zy­wać umowa.

-?Jak szybko potra­fisz napi­sać nową histo­rię o Riy­rii? -?zapy­tała.

Oka­zało się, że odpo­wiedź brzmi: w sześć­dzie­siąt osiem dni. Książka Śmierć Dul­gath została opu­bli­ko­wana pod koniec 2015 roku, zale­d­wie kilka mie­sięcy przed Epoką mitu.

Po ukoń­cze­niu Legend Pierw­szego Impe­rium, kiedy cze­ka­łem na wyda­nie ksią­żek, bawi­łem się pomy­słem stwo­rze­nia serii "powie­ści pomo­sto­wych", które wypeł­ni­łyby ogromną lukę mię­dzy Legen­dami a Riy­rią. W ten spo­sób powstał cykl The Rise and Fall, ale praca nad nim znowu ozna­cza­łaby długą lukę mię­dzy opo­wie­ściami o Riy­rii, więc zro­bi­łem sobie prze­rwę i napi­sa­łem Znik­nię­cie córki Win­tera. Następ­nie, z powodu zmiany poli­tyki wydaw­nic­twa Pen­guin Ran­dom House (wyma­ga­ją­cej zacho­wa­nia praw do audio­bo­oków, które już sprze­da­li­śmy), nie mogli­śmy wydać u nich ostat­nich ksią­żek z serii Legendy Pierw­szego Impe­rium. Co wię­cej, podział wypadł dość nie­zręcz­nie (cztery u nich i dwie u nas). Ponie­waż ten kon­kretny cykl bar­dziej przy­po­mi­nał dwie ści­śle powią­zane ze sobą try­lo­gie, Robin zdo­łała odzy­skać prawa do Epoki legendy i przy­wró­cić rów­no­wagę: trzy do trzech. Szczę­śli­wym efek­tem ubocz­nym tych rene­go­cja­cji było wyda­nie Znik­nię­cie córki Win­tera w limi­to­wa­nej edy­cji już w 2017 roku.

A cały ten wywód spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że ostat­nia książka o Riy­rii została wydana sie­dem lat temu. Bio­rąc to pod uwagę, czy warto było poświę­cić czas na napi­sa­nie kolej­nej? Czy kto­kol­wiek na­dal inte­re­so­wał się Royce'em i Hadria­nem? Czy komu­kol­wiek zale­żało?

Zada­łem to pyta­nie w kilku poprzed­nich książ­kach i poda­łem swój adres e-mailowy, aby uzy­skać odpo­wiedź. Kilka osób poświę­ciło czas, żeby napi­sać. Oto nie­które z ich wypo­wie­dzi:

"Podobno w przed­mo­wach do swo­ich ksią­żek pytasz, czy chcemy kolej­nych powie­ści. Chcę tylko powie­dzieć: Tak! Wię­cej Royce'a i Hadriana. Pro­simy!".

"Twoje książki z tymi boha­te­rami są wspa­niałe! Popro­si­łeś, żeby czy­tel­nicy dali ci znać, jeśli chcą wię­cej. Ja chcę wię­cej!".

"Jestem świeżo po Śmierci Dul­gath i z całą pew­no­ścią mogę prze­czy­tać jesz­cze sto kolej­nych przy­gód Hadriana i Royce'a".

"Zasta­na­wiam się, czy są jakieś now­sze przy­gody Hadriana i Royce'a. Tęsk­nię za tymi face­tami".

Nade­szły setki innych podob­nych komen­ta­rzy, co spra­wiło, że pomy­śla­łem, że może... być może... nad­szedł czas, by napi­sać kolejną powieść.

Poja­wił się jesz­cze jeden czyn­nik, który wpły­nął na powsta­nie tej powie­ści. Czy­tel­nicy, któ­rzy wła­śnie skoń­czyli cykl Legendy Pierw­szego Impe­rium oraz trzy książki z cyklu The Rise and Fall byli nieco zestre­so­wani. Stawka wzro­sła, a dra­mat był... cóż... bar­dziej dra­matyczny. A po dro­dze wiele serc zostało zła­ma­nych, i to wię­cej niż jeden raz. Czy­tel­nicy potrze­bo­wali wytchnie­nia i pro­sili o coś zabaw­nego, coś bar­dziej "z życia wzię­tego", co nie wią­za­łoby się z poten­cjal­nym koń­cem świata albo śmier­cią uko­cha­nego boha­tera. Marzyły im się stare, dobre waka­cje z Riy­rią. Ni­gdy nie piszę w odpo­wie­dzi na zapo­trze­bo­wa­nie czy­tel­ni­ków. Zawsze pisa­łem tylko te histo­rie, które sam chcę czy­tać - tak jest naj­le­piej, naprawdę. Pisa­nie dla innych spra­wia, że czas spę­dzony przy kla­wia­tu­rze to mor­dęga zamiast rado­ści, ale...

Jest jeden czy­tel­nik -?czy­tel­niczka, która potrafi wpły­nąć na moje decy­zje. A ona chciała, wręcz potrze­bo­wała odro­biny rado­ści w tych trud­nych cza­sach. Posta­no­wi­łem więc napi­sać ksią­żeczkę, która zaspo­ko­iłaby pra­gnie­nie mojej żony, żeby spę­dzić tro­chę czasu z dwiema posta­ciami, które uwiel­bia: Royce'em i Hadria­nem.

Kło­pot w tym, że ci dwaj nic na to nie pora­dzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.

Oto więc Dru­min­dor, kolejna histo­ria, któ­rej zakoń­cze­nie wielu już zna. Zaczęła się jako zabawna, bez­tro­ska przy­goda, a z cza­sem prze­ro­dziła się w coś znacz­nie wię­cej, w coś zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Ale nim zacznie­cie, mam pewne ogło­sze­nie... posłu­chaj­cie, pro­szę.

Michael J. Sul­li­van

wrze­sień 2024

Projekt The Cycle

Wraz z zakoń­cze­niem serii The Rise and Fall oraz wyda­niem Dru­min­doru nie­któ­rzy z was zaczęli pytać: "Co dalej?". I nie dość, że pyta­li­ście, to jesz­cze suge­ro­wa­li­ście.

Nie­któ­rzy z was chcieli poznać histo­rię Pierw­szej Wojny, inni wcze­sne lata życia Royce'a i Hadriana. Cho­ciaż po wyda­niu Róży i Cier­nia, kiedy prze­ko­na­li­ście się, jaki daw­niej był Royce, takich próśb poja­wia się mniej. Jed­nakże naj­czę­ściej dopra­sza­li­ście się o książki roz­gry­wa­jące się po serii Odkry­cia Riy­rii. Żeby zro­zu­mieć, dla­czego opie­ra­łem się temu pomy­słowi, musi­cie dowie­dzieć się, jak piszę swoje książki.

Nie jestem fanem opo­wie­ści, które zaczy­nają się fan­ta­stycz­nie, a potem szybko tracą roz­pęd z każdą kolejną czę­ścią. Zazwy­czaj dzieje się tak, ponie­waż autor od razu ujaw­nia wszyst­kie swoje naj­lep­sze pomy­sły, żeby zdo­być czy­tel­ni­ków. Ja tak nie robię. Kiedy zaczy­na­łem Odkry­cia Riy­rii, wąt­pi­łem, czy cokol­wiek z tego zosta­nie wydane, więc nie mar­twi­łem się tym, czy od razu zro­bię wiel­kie wra­że­nie. Zamiast tego zacho­wa­łem naj­bar­dziej sma­ko­wite kąski na koniec. W rezul­ta­cie ostat­nia książka z tego cyklu oka­zała się naj­lep­sza -?zgod­nie z zamie­rze­niem - głów­nie dla­tego, że była kul­mi­na­cją wszyst­kiego, co wyda­rzyło się wcze­śniej. Wie­dząc, że nie zdo­łam tego prze­bić, nawet nie pró­bo­wa­łem.

Sama kon­cep­cja była dla mnie nie­po­jęta. Jak mogłem pod­nieść stawkę jesz­cze bar­dziej? Jak mógł­bym spra­wić, żeby punkt kul­mi­na­cyjny stał się jesz­cze bar­dziej dra­ma­tyczny? Wątek toczący się przez całą serię został już zamknięty i zwy­czaj­nie nie dało się prze­bić Per­ce­pli­quis. Żeby to osią­gnąć, potrze­bo­wał­bym więk­szego, głęb­szego i jesz­cze bar­dziej nad­rzęd­nego wątku fabu­lar­nego: jesz­cze wyż­szej stawki, więk­szej liczby postaci i potęż­niej­szego finału. Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, ludzie pro­sili mnie o ni mniej, ni wię­cej jak stwo­rze­nie zupeł­nie nowej serii poświę­co­nej powsta­niu świata i impe­rium novroń­skiego. A potem musiał­bym stwo­rzyć kolejną serię, która łączy­łaby te książki z opo­wie­ściami o Riy­rii. I robiąc to wszystko, musiał­bym jakoś pod­sy­cać rosnącą chęć - nie, despe­racką potrzebę -?ze strony czy­tel­ni­ków, żeby dowie­dzieć się, jak to wszystko się skoń­czy.

A to, drogi przy­ja­cielu, jest po pro­stu sza­leń­stwem.

Można by argu­men­to­wać, że nie jestem do końca roz­sądny, ponie­waż dokład­nie to zro­bi­łem, poświę­ca­jąc dekadę na pisa­nie Legend Pierw­szego Impe­rium i The Rise and Fall. To przed­się­wzię­cie, któ­rego zwień­cze­niem była publi­ka­cja powie­ści Fari­lane i Esra­had­don, spra­wiło, że poja­wił się nowy kan­dy­dat do miana naj­czę­ściej zgła­sza­nej suge­stii: chcie­li­ście wie­dzieć, co sta­nie się z Turi­nem.

Pod pew­nymi wzglę­dami to było dobre, bo w końcu o to wła­śnie cho­dziło - żeby obu­dzić w moich czy­tel­ni­kach głód cze­goś więk­szego. Nie­stety to też przy­po­mina sytu­ację, kiedy zwra­casz na sie­bie uwagę wszyst­kich, prze­chwy­tu­jąc mikro­fon na weselu. Publika ocze­kuje, że powiesz coś war­tego uwagi, a oka­zuje się, że poło­że­nie fun­da­men­tów było naj­ła­twiej­szą czę­ścią wyzwa­nia.

Prze­szkody oka­zały się przy­tła­cza­jące. Musiał­bym wymy­ślić coś cał­kiem nowego i gładko połą­czyć to z aspek­tami Elanu zna­nymi wcze­śniej tylko mnie. Musia­łem też powią­zać dwa­dzie­ścia ksią­żek w jedną spójną całość, zacho­wu­jąc jed­no­cze­śnie usta­lone zasady i prawa mojego świata -?co ozna­czało, że nie mogłem oszu­ki­wać. Te z góry usta­lone, nośne ściany, któ­rych nie można prze­nieść ani usu­nąć, utrud­nia­łyby mi, o ile nie cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiły, stwo­rze­nie arcy­dzieła, które mogłoby spró­bo­wać prze­bić Per­ce­pli­quis. Z tego powodu nie wie­dzia­łem, czy to, co mia­łem nadzieję stwo­rzyć, jest w ogóle moż­liwe.

W obli­czu tego wręcz nie­wy­ko­nal­nego zada­nia postą­pi­łem tak, jak postą­pi­łaby każda nor­malna osoba na moim miej­scu. Powo­ła­łem komi­sję zło­żoną z wysoce wykwa­li­fi­ko­wa­nych eks­per­tów od świata Elanu i pole­ci­łem im oce­nić, czy warto w ogóle roz­wa­żać pod­ję­cie się takiego pro­jektu. Tak powstała komi­sja zwana The Explo­ra­tory Com­mit­tee, a bio­rąc pod uwagę wyma­ga­nia konieczne do zasia­da­nia w tak sza­no­wa­nym ciele dorad­czym, TEC oka­zała się komi­sją jed­no­oso­bową. Zasia­dłem w niej tylko ja.

23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomiesz­cze­nia badaw­czo-roz­wo­jo­wego, do któ­rego drzwi zostały zabite gwoź­dziami. Od ponad dwóch i pół roku komi­sja obra­duje w tajem­nicy. Ostat­nio jed­nak poja­wiło się kilka prze­cie­ków -?zarówno dobrych, jak i złych. Naj­gor­sze jest chyba to, że "Pro­jekt" nie może docze­kać się zie­lo­nego świa­tła, dopóki nie zostaną napi­sane wszyst­kie konieczne książki. Nie lubię obie­cy­wać cze­goś, czego osta­tecz­nie mogę nie zro­bić, więc nic nie obie­cuję. Naj­lep­szą wia­do­mo­ścią jest to, że "Pro­jekt" został ofi­cjal­nie prze­mia­no­wany na: The Cycle. Nie doszłoby do tego, gdyby komi­sja nie pokła­dała dużej wiary w pro­jekt, ponie­waż nada­nie cze­muś nazwy ma moc tchnię­cia w to życia.

Ponie­waż Dru­min­dor może być ostat­nią powie­ścią, jaką opu­bli­kuję w ciągu kilku naj­bliż­szych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli oka­zji do tych małych poga­wę­dek. W związku z tym chcę dać wam moż­li­wość śle­dze­nia postę­pów w pro­jek­cie The Cycle. Może­cie to robić, odwie­dza­jąc naszą stronę inter­ne­tową pod adre­sem bit.ly/the-cycle lub zaglą­da­jąc na ser­wer Discorda pod adre­sem bit.ly/cycle-discord. Za ich pośred­nic­twem będziemy sta­rać się infor­mo­wać was na bie­żąco o wszel­kich istot­nych zmia­nach.

Towarzysze w lekturze

Czy pod­czas czy­ta­nia lub słu­cha­nia książki Micha­ela J. Sul­li­vana zda­rzyło wam się kie­dyś, że po zakoń­cze­niu roz­działu lub sceny chcie­li­ście z kimś o tym poroz­ma­wiać, ale zda­li­ście sobie sprawę, że nie zna­cie nikogo, kto by też ją czy­tał? Czy zda­rzyło wam się, że aż was skrę­cało, tak bar­dzo chcie­li­ście podzie­lić się jakąś teo­rią? Albo potrze­bo­wa­li­ście, żeby ktoś odpo­wie­dział wam na pyta­nia? A może po pro­stu wście­kli­ście się jak dia­bli z powodu śmierci uko­cha­nej postaci i szu­ka­li­ście kogoś, kto by was wysłu­chał, zro­zu­miał i oka­zał współ­czu­cie? Cóż, dzięki Discor­dowi ist­nieje wła­śnie takie miej­sce (bit.ly/elan­di­scord). Znaj­dzie­cie tam osobne kanały poświę­cone każ­dej z dwu­dzie­stu powie­ści Micha­ela osa­dzo­nych w Ela­nie. Aby łatwiej można było go zna­leźć, tym­cza­sowo prze­nie­śli­śmy kanał Dru­min­dor na szczyt listy (bit.ly/dru-start). Tam może­cie poroz­ma­wiać z innymi Sul­li­fa­nami, nie oba­wia­jąc się spo­ile­rów. Na kanale Dru­min­dor znaj­dzie­cie także:

news: ogło­sze­nia doty­czące pro­duk­cji i infor­ma­cje o pre­mie­rach. Michael może rów­nież powia­do­mić o wyda­rze­niach, w któ­rych weź­mie udział, i poin­for­mo­wać, do jakich miast się wybiera. author-free-zone: kanał, na któ­rym może­cie oma­wiać kwe­stie, o któ­rych nie chce­cie, żeby wie­dzieli Michael lub Robin Sul­li­van. ask-michael-or-robin: kanał, na któ­rym może­cie zada­wać pyta­nia auto­rowi lub "kobie­cie sto­ją­cej za książ­kami", doty­czące wszyst­kiego, co nie jest zwią­zane z pisa­niem, na przy­kład na temat zama­wia­nia ksią­żek. typos: jeśli zauwa­ży­cie błąd w książce, zgło­ście go, żeby został popra­wiony w następ­nych wyda­niach. end-of-the-book-discus­sion: miej­sce, w któ­rym nie ma miej­sca na spo­ilery, ponie­waż wszy­scy tam obecni prze­czy­tali już całą histo­rię.

A jeśli chce­cie nawią­zać kon­takt z innymi zago­rza­łymi czy­tel­ni­kami Sul­li­vana, ist­nieje rów­nież tęt­niący życiem i popu­larny ser­wer Riy­ria: strona zało­żona i pro­wa­dzona przez fanów ksią­żek Micha­ela. Autor czę­sto odwie­dza tę stronę, by podzie­lić się nowi­nami, ogło­sze­niami albo po pro­stu odpo­wie­dzieć na pyta­nia nur­tu­jące czy­tel­ni­ków. Znaj­dziesz ją tutaj: bit.ly/riy­ria-discord.

Aha, jesz­cze coś, co może wam się spodo­bać. Dla tych, któ­rzy chcie­liby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Ela­nie i zwią­za­nych z tym świa­tem histo­riach, ist­nieje wspa­niały kanał na YouTube o nazwie Riy­ria Expla­ined; można go zna­leźć pod adre­sem bit.ly/riy­ria-expla­ined. Znaj­dzie­cie tam dogłębne ana­lizy popu­lar­nych tema­tów, ale zacho­waj­cie ostroż­ność. Cho­ciaż jego twórca stara się uni­kać spo­ile­rów, a przy­naj­mniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.

Rozdział 1. Ostatni Berling

Roz­dział 1

Ostatni Ber­ling

-?Przy­kro mi, Gra­vis -?powie­dział naj­bar­dziej współ­czu­ją­cym tonem lord Byron, cho­ciaż z doświad­cze­nia wie­dział, że ten ton nie wystar­czy -?ale z żalem muszę prze­ka­zać ci nie­przy­jemną nowinę: zosta­łeś zwol­niony z obo­wiąz­ków.

Kra­sno­lud stał przed lor­dem Byro­nem i wspa­nia­łym biur­kiem, potwor­nie nie pasu­jąc do wystaw­nego gabi­netu.

Pew­nie do żad­nego miej­sca by nie paso­wał, pomy­ślał lord Byron.

Kra­sno­lud nie miał nawet trzech stóp wzro­stu, włosy się­gały mu niżej kolan, a broda ocie­rała się o pod­łogę. Brwi, które wyra­stały na moc­nym łuku brwio­wym, wyglą­dały jak para zanie­dba­nych żywo­pło­tów, któ­rych ogrod­nik zmarł sto lat temu. Te brwi rzu­cały zło­wiesz­czy cień na jego twarz. Ogól­nie rzecz bio­rąc, Gra­vis Ber­ling wyglą­dał prak­tycz­nie jak wło­chaty stóg siana z parą żało­snych ślepi.

Z dru­giej strony oni wszy­scy tak wyglą­dają, nie­praw­daż? -?pomy­ślał lord Byron.

-?Nie rozu­miem, panie -?powie­dział Gra­vis gło­sem typo­wym dla kra­sno­lu­dów: baso­wym i przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt kamie­nia.

Lord Byron nie­wiele wie­dział o kra­sno­lu­dach, cho­ciaż zatrud­niał ich małą armię. Jak wszy­scy sły­szał legendy, żarty w pubach i widy­wał je w przed­sta­wie­niach teatral­nych, gdzie zawsze grały zło­czyń­ców. Kra­sno­ludy nie­wąt­pli­wie paso­wały do takiej roli. Małe i wło­chate, prze­my­kały w mroku, czuły się jak u sie­bie w domu w pod­zie­miach, gdzie żaden roz­sądny czło­wiek w życiu by się nie zapu­ścił. Szczury były takie same i budziły w ludziach strach oraz nie­na­wiść. Ludzie, w któ­rych nie budziły obrzy­dze­nia, nale­żeli zwy­kle do tego rodzaju, który uwa­żał małe wło­chate stwo­rze­nia za milut­kie, jak te damy, które pró­bują się opie­ko­wać ranną wie­wiórką albo szo­pem. Jed­nak kra­sno­ludy nie były niczym takim. Nie były też rów­nie pro­ste jak nie­mile widziane gry­zo­nie. Kra­sno­ludy były nie­bez­pieczne, a ich nik­czemny wzrost tylko wpro­wa­dzał w błąd. Lord Byron widział raz, jak kra­sno­ludzki gór­nik zmiaż­dżył skałę gołą ręką. Uzbro­jeni w oskardy krew­niacy Gra­visa potra­fili prze­bić się przez kamień jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były prze­ra­ża­jąco silne, to jesz­cze wytrzy­małe jak wilki i dłu­go­wieczne jak żół­wie. Według niektó­rych opo­wie­ści mogły prze­żyć pięć stu­leci. Lord Byron miał powody, żeby wie­rzyć, że w tych histo­riach kryje się prawda, bo sam Gra­vis miał spo­koj­nie ponad setkę. Lata uwi­dacz­niały się w liniach żło­bią­cych mu twarz, w głę­bo­kich doli­nach pod smęt­nymi oczami, w szorst­kiej siwiź­nie wszyst­kich jego wło­sów. Nie­które legendy suge­ro­wały wręcz, że kra­sno­ludy nie uro­dziły się z ciała i krwi, ale zostały stwo­rzone z kamie­nia. To dla­tego ich głosy zgrzy­tały tak nie­przy­jem­nie i dla­tego kra­sno­ludy nie miały żad­nych uczuć.

-?Co ma pan na myśli, mówiąc o zwol­nie­niu z obo­wiąz­ków?

Lord Byron zmarsz­czył brwi roz­cza­ro­wany tą reak­cją. Udaje głupka, pomy­ślał. Naprawdę mia­łem nadzieję, że ina­czej się to poto­czy. Z dru­giej strony mia­łem też nadzieję, że minie mi poda­gra w lewym palcu stopy.

-?Od tej chwili -?wyja­śnił lord Byron -?nie jesteś już pra­cow­ni­kiem Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu.

Kra­sno­lud zmru­żył oczy i zje­żył potworne brwi. Wyglą­dają jak zje­żone gąsie­nice niedź­wie­dziówki, pomy­ślał lord. Gąsie­nice potra­fią się jeżyć? Stro­szyć futro? To dla­tego nazy­wają je niedź­wie­dziów­kami? Wąt­pię.

-?Co to zna­czy, panie? -?dopy­ty­wał się dalej Gra­vis, naj­wy­raź­niej odgry­wa­jąc igno­ranta.

Lord Byron oparł się poku­sie prze­wró­ce­nia oczami. Miał za sobą długi dzień, z czego więk­szość zajęło mu zwal­nia­nie ponad dwóch tuzi­nów kra­sno­lu­dów. Mógł kazać, żeby zajął się tym bry­ga­dzi­sta, i teraz żało­wał, że tak nie zro­bił, ale uwa­żał, że pewne rze­czy należy zała­twiać w sto­sowny spo­sób. Del­gos był repu­bliką, a nie monar­chią. Pra­cow­nik miał prawo usły­szeć nowinę o zwol­nie­niu bez­po­śred­nio od swo­jego pra­co­dawcy.

-?To zna­czy, że już tu nie pra­cu­jesz, Gra­vis. Otrzy­masz ostat­nie wyna­gro­dze­nie przy drzwiach, gdy będziesz wycho­dził.

Kra­sno­lud patrzył dalej, jakby nie rozu­miał po rhuń­sku. Kra­sno­ludy cza­sem tak robiły -?uda­wały głu­pich, mam­ro­cząc coś pod nosem w swoim wła­snym języku.

-?Ale... -?Gra­vis rozej­rzał się po gabi­ne­cie. -?Ja tu nie pra­cuję. Ja pra­cuję w Dru­min­do­rze, panie.

Lord Byron spo­dzie­wał się, że stary inży­nier okaże się pro­ble­mem. Gra­vis Ber­ling pra­co­wał dla Zarządu Portu dłu­żej niż kto­kol­wiek inny, dłu­żej nawet niż sam lord Byron. Dodat­kowo ist­niał pro­blem jego rodo­wego nazwi­ska. Podobno nie­jaki Andvari Ber­ling, pra­dawny kra­sno­lud, zapro­jek­to­wał i nad­zo­ro­wał budowę for­tecy. Lord Byron nie był co do tego prze­ko­nany, ale nie mógł tego wyklu­czyć. Wszystko jest moż­liwe, prawda? Gra­vis z pew­no­ścią uwa­żał, że to moż­liwe, i w jego gło­wie Dru­min­dor nale­żał do niego -?sta­ro­żytna for­teca była jego dzie­dzic­twem. Dla­tego lord Byron nale­gał, żeby sta­rego inży­niera przy­pro­wa­dzono do biura jako ostat­niego. Wie­dział, że spo­tka­nie będzie nie­po­trzeb­nie wyczer­pu­jące i skoń­czy się sceną. Już nie mógł się docze­kać, kiedy wyna­gro­dzi to sobie fili­żanką her­baty i dłu­gim spa­ce­rem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga oczy­ścić myśli jak słone mor­skie powie­trze i kubek gorą­cego sali­fanu, zwłasz­cza z odro­biną świeżo wyci­śnię­tej cytryny. Fili­żanka her­baty zde­cy­do­wa­nie wymaga świe­żej cytryny, bo ina­czej jaki w tym sens?

Lord Byron nie lubił scen ani żad­nych innych nie­po­ko­jów. Był poukła­da­nym czło­wie­kiem, który budził się każ­dego ranka o wscho­dzie słońca, zawsze naj­pierw wkła­dał lewy but, a potem prawy, ni­gdy nie wycho­dził z domu bez kape­lu­sza i ręka­wi­czek. Zawsze nale­żało postę­po­wać, zacho­wu­jąc porzą­dek, a ser­cem i duszą porządku są utarte sza­blony. Ludzie tacy jak Gra­vis wno­szą... bała­gan. Kon­takty z nim bar­dzo przy­po­mi­nały prze­ty­ka­nie zapcha­nej rury gołą ręką. I gdyby przy­ci­snąć go w tej kwe­stii, lord Byron przy­znałby się do pew­nej nie­do­sko­na­ło­ści cha­rak­teru, jaką była skłon­ność do odkła­da­nia na póź­niej wszyst­kiego, co mogło oka­zać się przy­kre. Poin­for­mo­wa­nie Gra­visa Ber­linga, że nie będzie mógł dłu­żej zaj­mo­wać się swoim uko­cha­nym Dru­min­do­rem po ponad stu latach pracy, z całą pew­no­ścią okaże się nie­przy­jemne.

Lord Byron wes­tchnął poiry­to­wany, zanim powie­dział coś, o czym był prze­ko­nany, że Gra­vis dosko­nale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym poję­cia:

-?Dru­min­dor sta­nowi część Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu, Gra­vis. Dla­czego uda­jesz tak ogra­ni­czo­nego?

Może nie­po­trzeb­nie użył słowa "ogra­ni­czony". Lord Byron wąt­pił, żeby ktoś taki jak Gra­vis wie­dział, co ono zna­czy. Jed­nak bez względu na powód, kra­sno­lud nagle zaczął spra­wiać wra­że­nie, jakby prze­stał słu­chać. Mimo ubo­giego słow­nic­twa wia­do­mość dotarła do Gra­visa. Może potrze­bo­wała chwili, żeby prze­bić się przez ten gąszcz kudłów.

-?Pra­co­wa­łem tam całe życie, ja... -?Kra­sno­lud pogła­dził brodę, strze­la­jąc oczami na boki w nie­spre­cy­zo­wany, acz paniczny spo­sób.

Lord Byron widy­wał podobne zacho­wa­nie u męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do szu­bie­nicy. Gra­vis był prze­ra­żony, jak każdy w obli­czu bar­dzo nagłego końca dłu­giego życia.

-?Ni­gdy nie mia­łem dzieci -?wyznał kra­sno­lud. Nagle zaczął brzmieć, jakby bra­ko­wało mu powie­trza. -?Jestem ostat­nim z Ber­lin­gów. Ostat­nim! Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona... - Zawa­hał się, jakby nowa i strasz­liwa myśl prze­kro­czyła próg jego umy­słu. -?Moja Ena jest chora! Bie­dac­two. Cho­ruje już od pew­nego czasu i jej stan się pogar­sza. Jak ja... Bez pracy będę musiał pła­cić czynsz za naszą cha­łu­pinę. Jeśli ją stracę, nie zosta­nie mi nic. Ni­gdzie nie znajdę zatrud­nie­nia, nie w tym wieku. -?Popa­trzył na swoje ręce, jakby go zdra­dziły. -?Co zro­bi­łem nie tak, panie? Przy­się­gam na waszego boga i na mojego, że wszystko napra­wię. Naprawdę. Zro­bię wszystko. Pro­szę. Pro­szę.

Lord Byron spo­dzie­wał się tego pyta­nia. Wszy­scy je zada­wali i za każ­dym razem odpo­wia­dał tak samo.

-?To nie twoja wina, Gra­vis. Trium­wi­rat Admi­ni­stra­cyjny Tur Del Fur uznał, że w obli­czu ostat­nich nie­po­ko­jów dal­sza zgoda na to, by twoi pobra­tymcy zawia­dy­wali Dru­min­do­rem, sta­nowi... cóż, zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

-?Jakie nie­po­koje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagro­że­niu bez­pie­czeń­stwa? -?Gra­vis wyglą­dał na zagu­bio­nego. -?Ber­lin­go­wie... zbu­do­wali Dru­min­dor, panie. Ta... ta cała zatoka nie była zdatna do zamiesz­ka­nia, dopóki nie przy­był tu Andvari Ber­ling. Powiem panu, co jest zagro­że­niem: brak Ber­linga, który nale­ży­cie zająłby się sta­ruszką. To jest wła­śnie nie­bez­pieczne. Zwol­nie­nie mnie z obo­wiąz­ków, jak pan to ujął, jest nie­od­po­wie­dzialne, nie­bez­pieczne i sta­nowi abso­lutne zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

-?Mam świa­do­mość, że twój...

-?Druma wybu­chała przez cały czas, do dia­ska, bucha­jąc chmu­rami popiołu i tru­ją­cych gazów, wypusz­cza­jąc stru­mie­nie lawy. Ta śliczna zatoczka była tru­jącą, śmier­cio­no­śną pułapką, zanim zbu­do­wa­li­śmy Dru­min­dor!

-?Tak, dosko­nale rozu­miem...

-?I jesz­cze byli piraci, Dac­cań­czycy i Ba Ran. Pusto­szyli te wybrzeża! Gdyby nie "moi pobra­tymcy", nie byłoby Dru­min­doru, Tur Del Fur, żad­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu ani Trium­wi­ratu Admi­ni­stra­cyj­nego! Gdyby nie moi ludzie, ten gabi­net byłby dymią­cym kra­te­rem sto­pio­nej skały! Te wszyst­kie wasze śliczne skle­piki, kawia­renki, wyszynki i teatry w ogóle by nie ist­niały.

-?To nie jest moja decy­zja, Gra­vis.

-?Jest pan prze­wod­ni­czą­cym Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu! -?Zgrzyt żwiru zamie­nił się w ryk lwa. -?Wła­śnie pan powie­dział, że Dru­min­dor to część tego zepsia­łego Sto­wa­rzy­sze­nia.

-?Tak, ale nie ja rzą­dzę kra­jem. Decy­zję pod­jął Trium­wi­rat. Jeśli się z tym nie zga­dzasz, zwróć się z pre­ten­sjami do nich.

Oto była tar­cza lorda Byrona. Ni­gdy dotąd nie myślał o tym w taki spo­sób, zanim nie został świad­kiem prze­miany Gra­visa z błęd­nego cza­ro­dzieja zęba­tek i prze­kładni w coś o wiele bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego. Raz jesz­cze lord Byron przy­po­mniał sobie, jak naga dłoń tam­tego gór­nika zamie­niła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gra­visa, nawet jeśli stare, na­dal mogły posia­dać siłę wykra­cza­jącą daleko poza moż­li­wo­ści śmier­tel­nika.

-?Pew­nie, to nie zależy od cie­bie. To nie zależy nawet od Nie­świę­tej Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmie­nią spo­sobu, w jaki ludzie myślą - powie­dział zre­zy­gno­wany Gra­vis, a potem spoj­rzał na wypo­le­ro­waną pod­łogę i pokrę­cił głową. -?Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśle­li­śmy, że w repu­blice będzie ina­czej. Bez kró­lów, cesa­rzy, Kościoła. Po pro­stu wolni ludzie zajęci wła­snymi spra­wami. Nie­stety nic się nie zmie­niło. Zawsze jest tak samo. -?Pod­niósł wzrok i prze­szył lorda Byrona spoj­rze­niem. - To ja powi­nie­nem zwal­niać cie­bie, was wszyst­kich. Dru­min­dor jest mój i żaden z was na niego nie zasłu­guje. Nie rozu­mie­cie jego języka, nie wie­cie nawet, jak działa. -?Urwał i zamy­ślił się na chwilę, jakby nowy, potworny pomysł przy­szedł i zapu­kał do drzwi jego umy­słu. -?A ja ow­szem.

Gra­vis Ber­ling spio­ru­no­wał wzro­kiem lorda Byrona i uśmiech poja­wił się pod wło­sami. Okropny, potworny uśmiech.

-?W rze­czy samej, ja znam go dosko­nale.

-?Musisz już wyjść -?powie­dział lord Byron -?i pamię­taj, jeśli spró­bu­jesz wró­cić do Dru­min­doru, zosta­niesz aresz­to­wany.

Gra­vis ski­nął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzy­mał się i, nie oglą­da­jąc się, powie­dział:

-?Jeśli wrócę do Dru­min­doru, nie zosta­nie już nic, co można aresz­to­wać, i nikt, kto mógłby mnie aresz­to­wać.

Na długo po tym, jak kra­sno­lud wyszedł, lord Byron wpa­try­wał się w puste drzwi gabi­netu, sły­sząc echo tych słów. Wciąż go prze­śla­do­wały, jak nadej­ście pełni.

Rozdział 2. Interesy

Roz­dział 2

Inte­resy

Kiedy się obu­dziła i ujrzała Royce'a Mel­borna sto­ją­cego w mroku w nogach jej łóżka, lady Lil­lian Tra­val wytrzesz­czyła oczy, ale nie krzyk­nęła. Gdyby to zro­biła, Royce w oka­mgnie­niu pode­rżnąłby jej gar­dło, nie tyle z koniecz­no­ści, ile odru­chowo. I tak zja­wił się, żeby ją zabić, lecz powścią­gli­wość damy zapew­niła jej kilka dodat­ko­wych sekund życia. Wyko­rzy­stała je naj­le­piej, jak się dało.

-?Cze­kaj! -?powie­działa.

Rzu­ciła to jedno słowo pośpiesz­nie, ale cicho, nie­mal szep­tem, jakby współ­pra­co­wali w tym przed­się­wzię­ciu, zamiast być dra­pież­ni­kiem i zwie­rzyną.

Royce był pod takim wra­że­niem, że zro­bił, o co pro­siła. Miał ten luk­sus. Posia­dłość Tra­va­lów była prak­tycz­nie pusta. Lady Tra­val nie miała dzieci ani nawet zwie­rząt domo­wych, jej mąż wyje­chał w spra­wach służ­bo­wych. Na wszelki wypa­dek ode­słała też całą służbę i wszyst­kich straż­ni­ków. Lady Tra­val i Edmund chcieli zostać sami i w związku z tym kochan­ko­wie mieli do swo­jej dys­po­zy­cji całą posia­dłość. Royce'owi nie można było wyzna­czyć łatwiej­szej egze­ku­cji do prze­pro­wa­dze­nia. Lil­lian mogłaby wrzesz­czeć godzi­nami i nie zanie­po­ko­iłaby nikogo poza Edmun­dem, który twardo spał obok niej obró­cony na brzuch. Młody baron nie sta­no­wił więk­szego zagro­że­nia niż poduszka, na któ­rej leżał. Obie ofiary Royce'a leżały wycią­gnięte na mate­racu, bez­radne w wystaw­nej sypialni pani domu. Jasne księ­ży­cowe świa­tło uka­zy­wało war­stewkę potu na nagiej skó­rze. Oboje leżeli nadzy, zaplą­tani w sie­bie w rów­nym stop­niu jak w pościel.

To cie­ka­wość spra­wiła, że Royce się wstrzy­mał, i była to cie­ka­wość dwo­jaka. Po pierw­sze, był cie­kaw, jakim cudem roz­piesz­czona żona ary­sto­kraty i magnata floty han­dlo­wej zdo­łała zacho­wać przy­tom­ność umy­słu w takiej chwili. Po dru­gie, cie­kawiło go, co powie w następ­nej kolej­no­ści.

Co może powie­dzieć?

Spo­dzie­wał się roz­cza­ro­wa­nia. Praw­do­po­dob­nie powie coś w stylu "nie możesz tego zro­bić!", co kłó­ci­łoby się w spo­sób oczy­wi­sty z fak­tami. Royce sły­szał takie słowa przy tych rzad­kich oka­zjach, kiedy jego cel miał oka­zję się ode­zwać. Mimo to lady zasko­czyła go swoim opa­no­wa­niem. To rzadko się zda­rzało. Czuł, że zasłu­żyła na ostat­nie zda­nie, nawet jeśli niczego ono nie zmieni.

A zmie­niło.

-?Mogę ci wię­cej zapła­cić -?oznaj­miła lady Tra­val.

Dobrze roze­grane, tylko cztery słowa.

Edmund poru­szył się.

-?Co? Teraz mi pła­cisz? -?zapy­tał wesoło, posa­pu­jąc sen­nie. -?Zosta­łem twoją ladacz­nicą?

-?Zamknij się, idioto! -?wark­nęła Lil­lian, na­dal pil­nu­jąc się, żeby nie pod­nieść głosu.

-?Dla­czego myślisz, że możesz wię­cej zapła­cić? -?spy­tał Royce.

Na dźwięk jego głosu Edmond, prze­tur­lał się na plecy i zer­k­nął w ciem­ność. Minęła sekunda, zanim...

-?Duch Novrona! -?wrza­snął baron Sans­bury.

Na jego szczę­ście pani domu już roz­po­częła sto­sow­nie intry­gu­jące nego­cja­cje, żeby powstrzy­mać egze­ku­cję ich obojga.

-?Bo znam mojego męża -?odpo­wie­działa lady Tra­val, jakby Edmund w ogóle nie ist­niał. -?To sknera. Gwa­ran­tuję, że mogę zapła­cić dwa razy wię­cej, niż zapro­po­no­wał.

-?Kto to jest? -?Edmund spio­ru­no­wał Royce'a wzro­kiem. -?Lilly, o czym wy roz­ma­wia­cie?

-?Och, Eddie, zamilcz, pro­szę, bo ina­czej oboje przez cie­bie umrzemy.

-?Umrzemy? -?Oczy mło­dzieńca gro­ziły wypad­nię­ciem z orbit, kiedy popa­trzył na nią, a potem na Royce'a.

-?Dwa razy tyle? -?spy­tał Royce. -?To dosłowna pro­po­zy­cja czy tylko chcesz zro­bić wra­że­nie?

-?Nie jestem pewna -?odpo­wie­działa lady Tra­val. -?Ile jest teraz warte życie szla­chet­nie uro­dzo­nej cudzo­łoż­nicy?

Royce stłu­mił uśmiech. Ni­gdy do tej pory nie spo­tkał lady Lil­lian Tra­val, ale znał ją od lat. Wyróż­niała się jako pierw­sza ofi­cjalna klientka Riy­rii. Cho­ciaż Royce nie był zwy­kle sen­ty­men­talny, doce­niał fakt, że pła­ciła szybko i dobrze. A jej mąż rze­czy­wi­ście był sknerą. Pani Tra­val zapła­ciła pięć­dzie­siąt tenen­tów za odzy­ska­nie jed­nego kol­czyka, zaś za podwójne mor­der­stwo żony i jej kochanka Hubert Tra­val był gotowy wyasy­gno­wać jedyne...

-?Trzy­dzie­ści -?odpo­wie­dział Royce.

-?Zło­tych tenen­tów, mam nadzieję -?powie­działa roz­cza­ro­wana, ale nie­zdzi­wiona lady.

-?Tak.

-?Naprawdę przy­szedł nas zabić? -?zapy­tał Edmund. -?Twój mąż...

-?Milcz, Edmun­dzie! Niech cię dia­bli! Pró­buję ura­to­wać nam życie, nie­mą­dry dzie­ciaku!

Baron się skrzy­wił, zaskam­lał i pod­cią­gnął prze­ście­ra­dło. Edmund Wyberne, ósmy lord Sans­bury, był ładny, blady i żało­sny. Był bogaty i nie skoń­czył jesz­cze dwu­dziestki, ale zawsze był posępny jak czło­wiek ze strycz­kiem na szyi. Jego ojciec zmarł rap­tem kilka lat temu na suchoty - Białą Śmierć -?zosta­wia­jąc Edmun­dowi ogromny spa­dek, w tym cho­robę, przez którą mło­dzie­niec był kru­chy, blady i w nie­wy­ja­śniony spo­sób atrak­cyjny dla kobiet. Naj­wy­raź­niej damy miały sła­bość do tru­pów.

-?Zatem sześć­dzie­siąt -?oznaj­miła Lil­lian.

-?Masz tyle tutaj?

-?Tak.

-?Cze­kaj! Nie możesz ufać wyna­ję­temu mor­dercy! -?jęk­nął Edmund spod tar­czy wil­got­nego prze­ście­ra­dła, które przy­su­nął do twa­rzy. -?Dla­czego miałby nas nie zabić i nie ukraść pie­nię­dzy, a potem nie ode­brać nagrody od Huberta?

Lady Tra­val prze­wró­ciła oczami.

-?Wtedy mój mąż zorien­to­wałby się, że doszło do kra­dzieży, a to byłoby... złe dla inte­re­sów, prawda? Nikt wię­cej nie wyna­jąłby go, gdyby wieść się roze­szła, a z pew­no­ścią tak by się stało. Tak pikantna plo­teczka roz­nio­słaby się wśród ary­sto­kra­cji, jak woda roz­lewa się po pła­skim kamie­niu.

-?Mówisz poważ­nie?! -?wykrzyk­nął Edmund. -?Spo­dzie­wasz się, że...

-?Jeśli jed­nak zapłacę -?powie­działa lady, patrząc na Royce'a - przed­sta­wię powód znik­nię­cia pie­nię­dzy. Będę musiała, bo ina­czej musia­ła­bym przy­znać się przed mężem, że go zdra­dzam, co już podej­rzewa, jak bole­śnie dowo­dzi twoja obec­ność. Mam nadzieję, że nie zosta­łeś wyna­jęty po pro­stu, żeby mnie zabić, ale mia­łeś pode­rżnąć mi gar­dło, tylko jeśli zasta­niesz mnie dziś z kimś w łóżku, prawda?

Royce ski­nął głową.

-?Zatem możesz po pro­stu powie­dzieć, że byłam sama, prawda? Z punktu widze­nia mojego męża wyko­na­łeś swoje zada­nie. Kiedy już ci zapłaci, odej­dziesz, mając trzy razy wię­cej pie­nię­dzy, niż ci obie­cano. I nie pobru­dzisz ubra­nia krwią, nie będziesz musiał oglą­dać się dzi­siaj przez ramię. Co na to powiesz?

***

Royce wyszedł fron­to­wymi drzwiami posia­dło­ści Tra­va­lów i szedł przez oświe­tlone księ­ży­cem, pokryte śnie­giem ogrody, czu­jąc się dobrze i jed­no­cze­śnie nie w sosie. Przy­go­to­wał się na noc prze­mocy w sta­rym stylu, na powrót do dawno zanie­dba­nego rze­mio­sła, które go defi­nio­wało. Czuł, że jego talenty ule­gły przy­tę­pie­niu w ciągu ostat­nich lat współ­pracy z Hadria­nem Blac­kwa­te­rem. Jego part­ner zdo­łał zdła­wić sztukę Royce'a, ale ta noc była szansą zdra­pa­nia rdzy i powrotu do daw­nej formy. Ogrom­nie się ucie­szył, gdy Hadrian uznał pomysł zabi­cia kobiety za zbyt odra­ża­jący i posta­no­wił zostać w pobli­skim mia­steczku por­to­wym - Roe. Gdyby Royce wie­rzył w bogów, uznałby to za znak. O ile wcale nie rwał się do zabi­ja­nia -?nie czer­pał z mor­do­wa­nia więk­szej przy­jem­no­ści niż rzeź­nik z uci­na­nia łbów kur­cza­kom -?cie­szył się na myśl o swo­istym powro­cie do nor­mal­no­ści.

Nie czuł się sobą w ostat­nim cza­sie. Ogar­niały go napady tęsk­noty za daw­nymi bez­tro­skimi dniami krwi i rzezi. Wtedy wszystko było pro­ste. Wszystko miało sens. A teraz nic.

Ewi­dent­nie jestem chory, a ta cho­roba nazywa się Hadrian Blac­kwa­ter i... Gwen DeLancy.

Royce pomy­ślał, że tak musi się czuć ranny wilk, któ­rego przy­gar­nęła nic nie­wie­dząca, rwąca się do pomocy rodzina. Mieli dobre inten­cje, ale wilk powi­nien być dziki, a rodzina nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego kar­mie­nie i gła­ska­nie tylko go znisz­czy. Zbyt długo udo­ma­wiany biedny wilk zapo­mni, jak prze­trwać samot­nie.

Ten wie­czór powi­nien być moim powro­tem w dzicz. Wolny od ich wpły­wów powi­nienem świet­nie się bawić w poje­dynkę, ale... Zupeł­nie jakby świat sprzy­siągł się prze­ciwko mnie i sprzy­mie­rzył z nimi. Wkrótce nie będzie już żad­nego miej­sca dla mojego sta­rego ja. Co za żało­sny stan rze­czy.

Royce prze­szedł pod kamien­nym łukiem, ofi­cjal­nie opusz­cza­jąc ogród i posia­dłość Tra­va­lów. Zatrzy­mał się na chwilę, żeby zamknąć za sobą żela­zną bramę na zamek.

-?Gdzież jest nasza księga? -?roz­le­gło się pyta­nie.

W oka­mgnie­niu Royce uchy­lił się, usko­czył, wycią­gnął szty­let i sklął swoją opie­sza­łość. Rozej­rzał się za napast­ni­kiem w cie­niach nagich drzew rzu­ca­nych przez księ­życ na ośnie­żoną drogę, która pro­wa­dziła do mia­steczka.

Łatwo dało się wypa­trzyć męż­czy­znę. Ubrany w obszar­paną szarą pele­rynę stał przy ścieżce za bramą. Dłu­gie, rude włosy i szpi­cza­sta broda wycie­kły spod kap­tura i oka­lały twarz bled­szą nawet od obli­cza Edmunda - Barona u Progu Śmierci. Nie widać było żad­nej broni. Ręce trzy­mał opusz­czone wzdłuż boków.

-?Nie zwle­kajże, zde­spe­ro­wa­nym jestem. Ukaż ją, bym wyzbył się prze­klę­tej zgrozy.

Royce dostrzegł świa­tło w oknie sypialni lady Tra­val. Par­ter, okno od frontu, droga szyba -?ide­alne roz­wią­za­nie dla wścib­skiego pod­słu­chi­wa­cza albo -?co gor­sza -?dla szpiega.

Za późno na przy­pad­ko­wego gościa albo wędrow­nego min­strela, pomy­ślał Royce. Nie zja­wił się tu bez powodu. To albo bar­dzo pechowy intry­gant, albo ktoś, kto pra­cuje dla Huberta Tra­vala.

Royce uznał, że raczej to dru­gie, i zdzi­wił się, że stary baron wyka­zał się dosta­teczną inte­li­gen­cją, żeby wysłać cień, który pil­no­wałby wyna­ję­tego zabójcę. Cho­ciaż Royce był pod wra­że­niem, nie mógł na to pozwo­lić. Musiał ostrzec magnata han­dlo­wego, że nie pogrywa się z Riy­rią.

Poza tym już trzy­mał w ręku swój szty­let, Alver­stone, i to była jego noc.

Męż­czy­zna nawet się nie wzdry­gnął, kiedy szty­let wbił się w bok jego gar­dła. Szyja sta­wiała taki sam opór jak roz­go­to­wana mar­chewka i białe ostrze weszło tak głę­boko, że wynu­rzyło się po dru­giej stro­nie kap­tura. Ofiara osu­nęła się na zie­mię.

Royce przy­glą­dał się chwilę, upew­nia­jąc się, że ofiara nie żyje i że nie zna skądś tego trupa. A potem zosta­wił ciało.

Kiedy ruszył, zanie­po­ko­iły go dwie rze­czy.

Po pierw­sze, jeśli to był szpieg Huberta, to czemu się ujaw­nił? I czemu w tak dziwny spo­sób? "Gdzież jest nasza księga?" Royce zasta­na­wiał się chwilę i doszedł do oczy­wi­stego wnio­sku: prze­sły­szał się. Męż­czy­zna mówił z akcen­tem i pew­nie w ogóle nie mówił o książce. Może ist­nieje jakieś podobne słowo w innym języku, cali­skim albo alburń­skim. Tak wła­śnie brzmiał jego akcent. Może to było cali­skie słowo ozna­cza­jące pie­nią­dze, złoto albo coś podob­nego. Może widząc, jaką umowę Royce zawarł z lady Tra­val, i wie­dząc, że Royce nie­sie wore­czek złota, szpieg zamie­rzał zdra­dzić Huberta i zaszan­ta­żo­wać szan­ta­ży­stę.

Takie rozu­mo­wa­nie miało sens i uśmie­rzy­łoby nie­po­koje Royce'a, gdyby nie druga kwe­stia, trud­niej­sza do zby­cia. Royce wła­śnie dźgnął czło­wieka w szyję, z pew­no­ścią prze­ciął tęt­nicę albo żyłę, tyle że...

Gdzie jest krew?

Zwy­kle taki mord ozna­czał rap­towny wytrysk krwi. Lata prak­tyki spra­wiły, że Royce prze­wi­dy­wał takie rze­czy. Prze­su­nął się w bok, żeby się nie wybru­dzić. To zwy­kle wystar­czało, ale zawsze tro­chę krwi bry­zgało na dłoń z ostrzem. Jed­nak tym razem kostki miał czy­ste. Coś takiego było nie do pomy­śle­nia. W końcu to szty­let odwa­lił całą brudną robotę. I takie wyja­śnie­nie też usa­tys­fak­cjo­no­wa­łoby Royce'a, tyle że... Royce spoj­rzał na Alver­stone'a i w świe­tle księ­życa dostrzegł błysk czy­stego bia­łego ostrza.

***

Royce zna­lazł Hadriana w wio­sce, gdzie part­ner pił w tawer­nie pod Mary­no­waną Świń­ską Stopą. Nie było to trudne zada­nie. Na ile Royce się orien­to­wał, była to jedyna tawerna w całym nad­mor­skim mia­steczku Roe, moż­liwe, że jedyna w całej pro­win­cji Oak­ton­shire, a kiedy Royce go zosta­wiał, Hadrian był w nastroju na kie­li­szek. Nędzny budy­nek, led­wie obrzu­cony tyn­kiem i kryty strze­chą, przy­siadł na wzgó­rzu w pobliżu nabrzeża, skąd widok na morze psuły tylko dwa rzędy dachów i las komi­nów.

Ponie­waż minęła już pół­noc, w środku nie było żad­nych innych klien­tów, a mina karcz­ma­rza, gdy Royce wszedł, suge­ro­wała, że miał nadzieję, że Hadrian wyj­dzie, zanim zjawi się ktoś jesz­cze. Mimo nazwy Mary­no­wana Świń­ska Stopa nie była nie­przy­jem­nym miej­scem. W wil­gotną, zimową noc wnę­trze zapew­niało przy­jemne cie­pło pły­nące z porząd­nie wysu­szo­nego drewna i przy­tulny blask doga­sa­ją­cych węgiel­ków.

Royce posłał karcz­ma­rzowi sztuczny uśmiech i otrzy­mał taką samą odpo­wiedź.

-?Co mogę podać? -?zapy­tał bez krztyny entu­zja­zmu wypo­sa­żony w far­tuch i pozba­wiony wło­sów męż­czy­zna.

-?Nic, dzię­kuję. Nie zostanę. Przy­sze­dłem tylko po niego. -?Royce wska­zał Hadriana.

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami te słowa wywo­łały szczery uśmiech.

Hadrian sie­dział w kącie w głębi, w pobliżu kominka, za sto­łem zasta­wio­nym pustymi kuflami i ze sto­pio­nym tru­pem świecy.

-?Nie wysze­dłem na aż tak długo, co?

Hadrian pod­niósł wzrok z gry­ma­sem. Miał kil­ku­dniowy zarost i oczy znacz­nie star­szego czło­wieka.

-?Dobrze się bawi­łeś?

Royce zer­k­nął na wła­ści­ciela przy­bytku, który uda­wał, że ich nie słu­cha, i tylko wyciera blat baru. Fakt, że prze­by­wały tam tylko trzy osoby, miał swoje plusy, ale też minusy, bo bez innych klien­tów w lokalu pano­wała mar­twa cisza.

Hadrian spoj­rzał w tym samym kie­runku i wes­tchnął:

-?A tak, nie chcemy za dużo powie­dzieć przy sta­rym Osca­rze, co? -?Bek­nął i otarł usta. -?To Oscar, nawia­sem mówiąc. Wła­ści­ciel Mary­no­wa­nej Racicy... Giczoły... cze­goś tam. -?Hadrian zaga­pił się w prze­strzeń z otwar­tymi ustami, a potem zapy­tał: -?Dla­czego takie lokale zawsze noszą obrzy­dliwe nazwy?

Obej­rzał się na Oscara, który wbrew sobie sły­szał każde słowo. Hadrian był pijany i w związku z tym mówił gło­śniej niż zwy­kle.

-?Wybacz, bez urazy -?cią­gnął Hadrian -?ale serio pytam: to naj­lep­sze, na co było cię stać? Naprawdę myślisz, że prze­chodni tak zauro­czy wizja odcię­tej świń­skiej nogi w kadzi z mary­natą, że nie będą w sta­nie minąć drzwi bez zaj­rze­nia do środka, żeby zakosz­to­wać tego, co obie­cu­jesz? Czemu nie Pod Cuch­ną­cym Bala­sem? To pew­nie jesz­cze bar­dziej ścią­ga­łoby klien­tów, nie?

-?Jest pijany -?prze­pro­sił Royce i pod­szedł do sto­lika Hadriana.

-?Wiem. -?Oscar otarł ręce. -?Ale już wycho­dzi­cie, co? Bo chciał­bym poza­my­kać.

-?Daj nam chwilę. -?Royce usiadł.

-?Wła­śnie, daj nam chwilę, Oscar -?powie­dział Hadrian. -?Mój wspól­nik musi mi opo­wie­dzieć o naszym naj­now­szym przed­się­wzię­ciu, pew­nie chce się poprze­chwa­lać. Chcesz się poprze­chwa­lać, Royce? -?Hadrian przy­ło­żył rękę do ust. -?Rety. Myślisz, że Oscar usły­szał twoje imię? To źle, prawda?

-?Dla­tego wła­śnie picie ni­gdy nie jest dobrym pomy­słem.

-?Serio? Cze­kaj, myśla­łem, że... lubisz wino, nie?

-?Lubię Mon­te­mor­ceya, ale jest nie­zwy­kle rzad­kie, a kiedy źró­dło two­jej sła­bo­ści pra­wie nie ist­nieje, to łatwo zapa­no­wać nad nawy­kiem.

Hadrian ski­nął głową. A potem zasznu­ro­wał usta, odwró­cił się i zawo­łał:

-?Ej, Oscar! Masz może tro­chę tego dro­giego wina, morda-morsa? -?Hadrian zmarsz­czył brwi. -?Cze­kaj, to jakoś ina­czej idzie. Jak mówi­łeś?

-?Nie podaję wina -?odpo­wie­dział Oscar. -?I myśla­łem, że wycho­dzi­cie.

-?Wycho­dzimy -?odpo­wie­dział Royce, wsta­jąc i zachę­ca­jąc Hadriana, żeby poszedł w jego ślady, o ile zdoła.

-?Nie pro­si­łem o butelkę -?odparł Hadrian, odpy­cha­jąc się od stołu, żeby wstać. -?Byłem tylko cie­kaw. Nie bądź taki draż­liwy. Jak na wła­ści­ciela wyszynku, który nazywa się Pod Mary­no­waną Świń­ską Nogą, strasz­nie ci się śpie­szy do wyrzu­ca­nia dobrych klien­tów za drzwi.

-?Sie­dzisz tu od sze­ściu godzin. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych, mam życie.

-?Aha, pew­nie, ale... cze­kaj... -?Hadrian stał, wciąż opie­ra­jąc się jedną ręką o stół dla rów­no­wagi, i zapa­trzył się w dal, gdy naszła go myśl. - Świ­nie nie mają stóp, nie? -?Popa­trzył naj­pierw na Oscara, a potem na Royce'a. -?Mają... kopyta, nie? Jak konie, w pew­nym sen­sie, bo świń­skie kopyta... są roz­sz­cze­pione. Jakby miały dwa palce, tyle że to wła­ści­wie nie są palce. A skoro świ­nia ma dwa palce, a koń żad­nego, to czemu jedno i dru­gie to kopyto? -?Znowu popa­trzył po obu męż­czy­znach. Ani Oscar, ani Royce nie ode­zwali się sło­wem. -?Wie­cie, co mam na myśli. Rzecz w tym, że nikt nie mówi o koń­skich sto­pach, prawda? Ale też nikt nie mówi, że ktoś jest kuty na cztery kopyta. Cho­ciaż to mia­łoby wię­cej sensu niż na cztery nogi, bo pod­kuwa się kopyta, a nie stopy czy nogi, nie? Ależ to dziwne.

Royce zła­pał Hadriana za pas od mie­cza i pocią­gnął do przodu.

-?Zapła­ci­łeś? -?Royce pokrę­cił głową z powodu wła­snej głu­poty. Odwró­cił się do Oscara. -?Zapła­cił?

Oscar poki­wał głową.

-?Hoj­nie. W prze­ciw­nym wypadku już dawno bym go wyrzu­cił. Moja żona będzie wście­kła.

-?Oscar prze­cho­dzi teraz ciężki czas -?ode­zwał się Hadrian. -?Jego żona zacho­wuje się jak megiera. Powiedz mu, Oscar.

-?Opo­wie mi następ­nym razem -?odparł Royce, cią­gnąc Hadriana do drzwi. - Może będzie miał wtedy tro­chę wina z morsa.

-?O, byłoby świet­nie. Zrób to koniecz­nie, Oscar. Załatw tro­chę wina z morsa dla mojego przy­ja­ciela na następny raz.

Czu­jąc rześki mróz zimo­wej nocy, Hadrian zesztyw­niał i wykrzy­wił twarz, jakby Royce go spo­licz­ko­wał.

-?Na Mara! Rześko! Wra­cajmy do środka.

Oscar zatrza­snął drzwi i zasu­nął rygiel.

-?Rety, Oscar, to było nie­grzeczne. Myśla­łem, że jeste­śmy przy­ja­ciółmi! -?wrza­snął na zatrza­śnięte drzwi Hadrian.

-?Musisz drzeć się tro­chę gło­śniej, jeśli chcesz obu­dzić całą wio­skę - zauwa­żył Royce.

-?O, ależ z cie­bie zabawny gość, co? Lady Jak-jej-tam też opo­wie­dzia­łeś żart? Śmiała się czy nie mogła z powodu pode­rżnię­tego gar­dła? -?Hadrian prze­su­nął się chwiej­nie, przy­glą­da­jąc się Royce'owi. -?Nie masz nawet odro­biny krwi na sobie. To oznaka zawo­dow­stwa czy umy­łeś się w jej umy­walce przed wyj­ściem? Zabi­łeś tylko bie­daczkę czy jej psa także?

-?Lady Tra­val nie ma psa. -?Royce pocią­gnął go w stronę cze­ka­ją­cych koni.

Hadrian par­sk­nął śmie­chem.

-?Teraz już nie ma. Wyrzu­ci­łeś go przez okno z pię­tra, co?

-?Nie było żad­nego psa. Mam ci pomóc wsiąść na konia czy musisz naj­pierw zwy­mio­to­wać?

Hadrian przy­sta­nął, żeby roz­wa­żyć ten fra­pu­jący pro­blem, pokrę­cił głową i wska­zał drugą stronę ulicy.

-?Nie, w porządku. Mój koń jest w stajni za...

Royce podał mu wodze Tan­cerki.

Hadrian spoj­rzał kla­czy w pysk.

-?Tan­cerka! A ty co tu robisz?

-?Na Mara! Ile piw­ska wyżło­pa­łeś?

Hadrian znowu zapa­trzył się w dal, głasz­cząc gwiazdkę na czole Tan­cerki.

Royce pokrę­cił głową.

-?Mniej­sza z tym. Rozu­miem, naprawdę dużo. Wsia­daj na konia. Jedźmy.

Hadrian zdo­łał wdra­pać się na konia już za trze­cim razem. Pod­czas tej skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji koń stał nie­ru­chomo niczym drzewo w bez­wietrzny dzień, jakby to nie był pierw­szy raz dla żad­nego z dwojga.

Royce uznał, że Tan­cerka, jako ta trzeźwa, zdoła jechać za nim, ale nie można było ufać, że pijany Hadrian nie zacznie jej w tym prze­szka­dzać, więc przy­mo­co­wał uwiąz do pier­ście­nia przy kan­ta­rze Tan­cerki. Hadrian albo tego nie zauwa­żył, albo miał to w nosie.

-?Pochłod­niało? -?poskar­żył się, wypusz­cza­jąc bez­wied­nie wodze, żeby otu­lić się cia­śniej weł­nianą pele­ryną. -?Mam wra­że­nie, że zro­biło się zim­niej. Wiesz, zima jest jak ładna kobieta, która dużo mówi o niczym. Począt­kowo jest miło: jest zabawna, inna, piękna nawet, ale po pew­nym cza­sie...

Hadrian się­gnął po wodze i zafa­scy­no­wał go węzeł na ich koń­cach. Royce cze­kał.

-?Po pew­nym cza­sie, co?

-?Hę?

Royce pokrę­cił głową.

-?Zapo­mnij.

-?Po pro­stu mówię, że zima zde­cy­do­wa­nie za długo trwa. Nie masz już dość zimy? Wszystko jest zimne. Zimne i mar­twe. Mar­twe jak lady Jak-jej-tam.

-?Nie zabi­łem jej.

-?Co pro­szę?

-?Lady Tra­val. Nie zabi­łem jej.

Hadrian nie ode­zwał się sło­wem przez kilka minut.

-?Powie­dział­bym ci wcze­śniej, gdy­bym wie­dział, że się wtedy przy­mkniesz.

-?Dla­czego jej nie zabi­łeś?

-?Nie mogłem. To była bez­radna kobieta o wiel­kich, bła­gal­nie patrzą­cych oczach i nie mogłem się zmu­sić, żeby ode­brać życie nie­win­nej...

Hadrian spadł z konia.

Ude­rzył ple­cami o śnieg i stęk­nął z bólu. Potrze­bo­wał chwili, zanim prze­tur­lał się i wstał, poję­ku­jąc żało­śnie, a potem spoj­rzał na Royce'a naj­bar­dziej nie­do­wie­rza­ją­cymi zapi­tymi oczami.

-?Mówisz serio?

-?Oczy­wi­ście, że nie, idioto. Zapro­po­no­wała, że zapłaci, jeśli zosta­wię ją przy życiu. Chcia­łem tylko usły­szeć, co powiesz. Nawia­sem mówiąc, to wyglą­dało na wyjąt­kowo bole­sne lądo­wa­nie. -?Uśmiech­nął się sze­roko. - Zie­mia jest zamar­z­nięta, co?

-?O tak, oba powyż­sze zda­nia.

Tym razem Hadrian wdra­pał się na konia już za pierw­szym razem, więc Royce zaczął podej­rze­wać, że chłód i upa­dek pomo­gły wspól­ni­kowi nieco otrzeź­wieć.

Poje­chali dalej w górę drogi cią­gną­cej się wzdłuż Gale­wyr. Oba brzegi rzeki były zamar­z­nięte, ale ciemna linia pły­ną­cej wody prze­ci­nała śro­dek, wyda­jąc wid­mowy odgłos podobny do desz­czu ude­rza­ją­cego o dawno opa­dłe liście.

-?To na­dal dobra wia­do­mość -?uznał Hadrian.

-?Nie­wąt­pli­wie. Zaro­bi­li­śmy trzy razy wię­cej pie­nię­dzy za zimową prze­jażdżkę.

-?My? -?Hadrian pokrę­cił głową. -?To twoje pie­nią­dze.

-?Wciąż jeste­śmy part­ne­rami, a złoto jest czy­ste. Nie ma na nim kro­pli krwi. Możesz z dumą je wydać.

Royce zasta­na­wiał się, czy nie wspo­mnieć o dru­gim jego­mo­ściu bez kro­pli krwi, ale Hadrian był zbyt pijany i zbyt szczę­śliwy, żeby Royce chciał psuć miłą atmos­ferę. Cze­kała ich długa droga do Med­fordu, a gor­szym od roz­ga­da­nego, szczę­śli­wego Hadriana był przy­gnę­biony, roz­ga­dany Hadrian.

Jechali przez pewien czas w mil­cze­niu.

-?Co? -?zapy­tał w końcu Royce.

-?Nic nie mówi­łem.

-?Wiem, w tym rzecz.

-?Myśla­łem tylko, że cztery lata temu nie zapro­po­no­wał­byś, że podzie­lisz się pie­niędzmi. Nawet nie powie­dział­byś mi o nich. Wąt­pię też, czy daro­wał­byś damie życie. Wziął­byś pie­nią­dze, a potem byś ją zabił.

-?Cztery lata temu nie byli­śmy part­ne­rami. Nie tak naprawdę. A daro­wa­nie życia lady Tra­val miało sens. Bo nie ma sensu zabi­jać dobrze pła­cą­cej klientki.

-?Yhm, yhm. -?Hadrian poki­wał głową. -?A Royce Mel­born, któ­rego pozna­łem, nawet taki sprzed dwóch lat, ni­gdy nie zapy­tałby "co", bo mil­czę. Stary Royce uznałby to za bło­go­sła­wień­stwo. Zmie­ni­łeś się. Kie­dyś byłeś zwie­rzę­ciem, praw­dzi­wym dzi­kim zwie­rzę­ciem, a teraz... teraz na dobrą sprawę jesteś udo­mo­wiony. Sta­łeś się łagod­nym stwo­rze­niem, prawda, Royce?

-?Gdy­byś nie był pijany, zabił­bym cię.

-?Powiem Gwen.

-?Nic nie mów Gwen.

Hadrian się roze­śmiał.

-?Nie­na­wi­dzę, gdy jesteś pijany.

-?To dziwne.

-?Czemu?

-?Bo po to wła­śnie piję. Żeby prze­stać się nie­na­wi­dzić.

Rozdział 3. Gość

Roz­dział 3

Gość

Po dobrze prze­spa­nej nocy w zajeź­dzie Srebrny Dzban Hadrian poczuł się zde­cy­do­wa­nie lepiej. Oczy­wi­ście nie cho­dziło o to, że bar­dzo cier­piał poprzed­niej nocy, nawet po tym, jak spadł z konia, co led­wie pamię­tał, a mały kac nie­zbyt mu doku­czał. Drobny ból głowy był niczym w porów­na­niu z tym, jak czuł się, jadąc do Roe, kiedy wręcz chciało mu się rzy­gać. Zostali wyna­jęci z Royce'em, żeby zabić kobietę w jej wła­snym łóżku. Hadrian nie potra­fił wymy­ślić niczego potwor­niej­szego, poza może zamor­do­wa­niem małych dzieci śpią­cych w ramio­nach matki. Nie chciał brać udziału w mor­dzie, ale Royce przy­jął zle­ce­nie.

Mieli za sobą chudy rok, ale nie zgo­dzili się z powodu braku pie­nię­dzy. Hadrian zapro­po­no­wał, że będzie sprzą­tał staj­nie i podzieli się zarob­kami z Royce'em, jeśli ten odrzuci kon­trakt. Royce odmó­wił. On chciał zabić tę kobietę. Nie tyle ją kon­kret­nie. Chciał zabić kogo­kol­wiek. Hadrian nie znał szcze­gó­łów, ale znał Royce'a, który kradł całe życie i zdo­był sta­tus zabójcy w gil­dii prze­stęp­czej o nazwie Czarny Dia­ment. Cho­ciaż więk­szość ludzi uzna­łaby to za coś wstręt­nego, pozy­cja Royce'a była wysoko ceniona w pew­nym wycinku popu­la­cji, a on sam czer­pał dumę ze swo­jego fachu.

Jed­nakże odkąd zaczęli współ­pracę cztery lata temu, Royce nie miał wielu oka­zji, żeby korzy­stać ze swo­jego talentu. Żyli głów­nie z kra­dzieży. Oczy­wi­ście nie byli kie­szon­kow­cami, nie kra­dli sakie­wek. Kra­dli dla innych.

Zle­ce­nia zała­twiał im ich wspól­nik, Albert Win­slow. Jako wiceh­ra­bia poru­szał się wśród wpły­wo­wych ludzi. Kra­dli bły­skotki dla dam, księgi rachun­kowe dla biz­nes­me­nów, prze­chwy­ty­wali listy, szpie­go­wali mał­żon­ków, pod­kła­dali dowody z myślą o szan­tażu. Tylko dwa razy byli bli­sko zabój­stwa na zle­ce­nie. W Dul­gath wyna­jęto ich, żeby dora­dzili, jak prze­pro­wa­dzić zabój­stwo. Jed­nak nie­cały rok temu otrzy­mali praw­dziwe zle­ce­nie mor­der­stwa. Wyna­jęto Royce'a, żeby zabił każ­dego zwią­za­nego ze śmier­cią Gene­vieve Win­ter. Pro­blem pole­gał na tym, że Genny wciąż żyła. Royce otrzy­mał wyma­rzoną robotę tylko po to, żeby sprząt­nięto mu ją sprzed nosa. Hadrian uwa­żał, że to od tego czasu Royce'a drę­czyło swę­dze­nie, które coraz bar­dziej chciał podra­pać.

Pod wie­loma wzglę­dami Royce był nad­zwy­czaj­nie uta­len­to­wa­nym rze­mieśl­ni­kiem, któ­rego naj­więk­szych talen­tów nie wyko­rzy­sty­wano. Hadrian rozu­miał to poczu­cie mar­no­wa­nia zdol­no­ści. Sam był prak­tycz­nie od uro­dze­nia tre­no­wany do zabi­ja­nia, tyle że w roli żoł­nie­rza, a nie zabójcy. I cho­ciaż rzadko ostat­nimi czasy doby­wał stali, wciąż, gdzie­kol­wiek poszedł, zabie­rał ze sobą trzy mie­cze. On i Royce byli dwiema rybami wyrzu­co­nymi na brzeg, które łapały roz­pacz­li­wie powie­trze i mio­tały się porzu­cone na pustyni, szu­ka­jąc odro­biny wody, którą nazwa­łyby domem. Oka­zało się jed­nak, że Hadrian nie przy­ło­żył się do zabi­cia kobiety dla pie­nię­dzy. Zdo­łał unik­nąć tego upadku, przy­naj­mniej na razie, więc to był dobry dzień.

To wła­śnie takie małe zwy­cię­stwa spra­wiają, że ludzie mają siłę iść naprzód, pomy­ślał.

Ocie­pliło się, ale tylko tro­chę, sto­sow­nie do obec­nej pory roku. Nie­za­do­wo­le­nie było tym więk­sze, że już nio­sła się wieść o nadej­ściu wio­sny. Przy­naj­mniej tak wszy­scy powta­rzali. Tylko far­me­rzy i kapłani znali prawdę. I mimo pada­ją­cego mokrego śniegu pod­czas jazdy dni wydłu­żały się, a z drogi znik­nęły zaspy.

Mgli­sta biała kula świa­tła wisiała pra­wie nad ich gło­wami, kiedy dotarli na ulicę Prze­korną w Dziel­nicy Dol­nej Med­fordu. Drę­czone słoń­cem sople wzdłuż oka­pów gospody pod Różą i Cier­niem kapały, wygry­wa­jąc cichy rytm na dachu powozu sto­ją­cego przed fron­to­wym wej­ściem. Powozy i karety zda­rzały się w Dziel­nicy Dol­nej. Ostat­nimi czasy nie były nawet nie­zwy­kłe. Popu­larny Dom Med­ford, gdzie pro­fe­sjo­nal­nie oka­zy­wano ser­decz­ność i gościn­ność, przy­cią­gał na tę skąd­inąd pod­upa­dłą uliczkę zamoż­nych kup­ców i ary­sto­kra­tów. Jakież to musiało być roz­koszne dla wymu­ska­nych i pru­de­ryj­nych, jak pod­nie­ca­jącą przy­godą było zagłę­bie­nie się w ciemne uliczki, gdzie sekrety nie miały nóg, żeby wyjść na świa­tło dzienne. Hadriana zdzi­wiło jed­nak, że ten kon­kretny śro­dek loko­mo­cji nie wyglą­dał na powóz kupca czy karetę ary­sto­kraty. Bra­ko­wało mu koro­nek, przez które ele­ganc­kie powo­ziki przy­po­mi­nały despe­racko zabie­ga­jące o apro­batę debiu­tantki. To był prak­tyczny ośmio­oso­bowy powóz zaprzę­żony w czwórkę koni. Górę pola­kie­ro­wano na czarno i oszczęd­nie ozdo­biono zło­tymi fili­gra­nami. Dolną część i koła ze szpry­chami wyko­nano z mocno zabez­pie­czo­nego poko­stem i wypo­le­ro­wa­nego na połysk czer­wo­nego drewna. Na drzwiach wisiała brą­zowa tabliczka, na któ­rej ele­ganc­kimi lite­rami wypi­sano: HAN­SON I SYN.

Mimo pada­ją­cego śniegu dwóch męż­czyzn pra­co­wało przy powo­zie. Star­szy, który wła­śnie okry­wał der­kami czwórkę koni, miał siwie­jącą brodę i lata odma­lo­wane na twa­rzy. Nosił ciężki, weł­niany szal, jak woź­nice w Dziel­nicy Szla­chec­kiej. Młod­szy męż­czyzna z ciem­niej­szą i krót­szą brodą spraw­dzał koła i nie zwa­żał na pogodę w spo­sób typowy dla mło­dych ludzi, bo nosił tylko cienką tunikę i skó­rzaną kami­zelkę. Wyglą­dali jak por­tret tej samej osoby nama­lo­wany na prze­strzeni trzy­dzie­stu lat, przez co Hadrian podej­rze­wał, że mogą skła­dać się na tytu­ło­wego Han­sona z Synem, cho­ciaż żaden z nich nie wyglą­dał na dość zamoż­nego, by mieć wła­sny powóz.

Royce spoj­rzał na Hadriana pyta­jąco, kiedy zsie­dli z koni. Hadrian wzru­szył ramio­nami. Zdjęli swoje rze­czy, zapro­wa­dzili konie do stajni i weszli do gospody pod Różą i Cier­niem, w któ­rej w środku dnia było nie­wielu klien­tów. Zastali typową klien­telę: tych, któ­rzy wła­śnie szu­kają pracy, i tych, któ­rzy jej po pro­stu nie mają albo nie są do niej zdolni. To był ten rodzaj ludzi, któ­rzy spo­ży­wają posiłki w pły­nie. Dixon pil­no­wał ich rachun­ków, zapi­su­jąc wszystko na tablicy za barem. Obec­nie pro­wa­dził na niej nowo przy­były -?siwy kowal imie­niem Mason Gru­mon, który nie­dawno otwo­rzył warsz­tat przy ulicy Rze­mieśl­ni­ków, ale naj­wy­raź­niej ni­gdy tam nie pra­co­wał.

-?Chłopcy wró­cili! -?krzyk­nął Dixon niskim bary­to­nem na widok Royce'a i Hadriana.

Obecni w barze zakla­skali albo zastu­kali kuflami w drewno, jakby Royce i Hadrian weszli na scenę.

Royce skrzy­wił się i wes­tchnął. Obaj pode­szli do kominka.

-?Według mnie to miłe -?powie­dział Hadrian. Zdjął pele­rynę i otrzą­snął ze śniegu, zanim powie­sił ją na kołku koło ognia. -?Jak­by­śmy mieli rodzinę.

-?Gdyby to miała być twoja rodzina, to powi­nie­neś zabić swo­ich rodzi­ców z lito­ści.

-?No dobrze, nie chciał­bym chwa­lić się moim rodzeń­stwem. -?Rozej­rzał się po sali, a potem pod­szedł do baru.

-?Napi­jesz się? -?zapro­po­no­wał Dixon. -?Wła­śnie otwo­rzy­łem nową beczułkę Cesar­skiego Złota.

-?Nie! -?krzyk­nął suro­wym gło­sem Royce z głębi sali, gdzie na­dal otrzą­sał pele­rynę. -?Nie dawaj mu niczego do picia.

Hadrian ski­nął głową.

-?Ma rację. Opróż­ni­łem beczkę zeszłej nocy w Roe. Wąt­pię, żeby zapro­sili mnie tam ponow­nie w naj­bliż­szym cza­sie. Ale tak z cie­ka­wo­ści... czyj powóz stoi od frontu?

Dixon wysu­nął dolną wargę, a potem wzru­szył sze­ro­kimi ramio­nami.

-?Nie mam poję­cia. Już od paru godzin wszy­scy się zasta­na­wiają.

-?Nikt nie widział, kto z niego wysiadł?

-?W tym rzecz -?ode­zwał się Mason Gru­mon. -?Nikt z niego nie wysiadł.

-?Ktoś musiał, Mason. Po pro­stu go nie widzia­łeś -?upie­rał się Kenyon Czy­ścioch.

Kenyon był wła­ści­cie­lem warsz­tatu mydlar­skiego, który na co dzień w naj­więk­szym stop­niu przy­kła­dał się do cha­rak­te­ry­stycz­nego smrodu na ulicy Prze­kor­nej. Był mile widzia­nym klien­tem, bo wszy­scy w Dziel­nicy Dol­nej mogli ode­tchnąć, póki sie­dział w gospo­dzie, zamiast napeł­niać wła­sne kadzie.

-?Mówię ci, że ten powóz pod­je­chał pusty albo żaden ze mnie kowal.

-?Teraz już nie jestem pewien, po któ­rej stro­nie sto­isz w tym spo­rze - wtrą­cił się Roy Kana­larz i roze­śmiał się mania­kal­nie, odsła­nia­jąc słynne ze swo­jego paskud­nego wyglądu krzywe, żółte zęby.

Wszystko, co można było powie­dzieć o Royu, ocie­rało się o maka­brę. Miał jedno oko więk­sze od dru­giego i każde w innym kolo­rze. Oba smętne, ale jedno mętne. Rzad­kie, prze­tłusz­czone włosy przy­le­piały mu się do czaszki, jakby wła­śnie wyszedł z kąpieli. Jeśli jed­nak kie­dy­kol­wiek się kąpał, to w cuch­ną­cym łaj­nie, które spły­wało za warsz­ta­tami, dzięki czemu cuch­nął jak mało co i zasłu­żył na swój przy­do­mek. Po tym nagłym i nie­po­ko­ją­cym wybu­chu wszy­scy spoj­rzeli na niego, a Roy Kana­larz wró­cił do mie­sza­nia resz­tek zwie­trza­łego piwa, jakby pró­bo­wał je wskrze­sić. Każ­dego dnia przy­cho­dził się napić, ale tylko jeden kufe­lek i jego imię ni­gdy nie poja­wiało się na tablicy. Hadrian był prze­ko­nany, że to Dixon pła­cił za jego napi­tek.

-?Całe szczę­ście, że wylą­do­wa­łem mię­dzy tą dwójką -?ode­zwał się Gru­mon, zer­ka­jąc na Roya, a potem Keny­ona. -?Nie wiem, czy sta­no­wią dobry śro­dek owa­do­bój­czy, czy raczej ścią­gają wszyst­kie muchy z mia­sta.

-?Jest Albert? -?zapy­tał Royce.

-?W Uko­śniku -?odpo­wie­dział Dixon.

-?W Uko­śniku? Nie w Ciem­nym Pokoju?

-?On i Gwen gawę­dzą z jakimś star­szym jego­mo­ściem. Naprawdę miły gość, bar­dzo przy­ja­zny, ale dziwny. Wła­ści­wie myślę, że to was dwóch szuka.

-?Dziwny w jakim sen­sie?

-?Ubrany ele­gancko, dużo mówi, posłu­guje się wiel­kimi sło­wami. I nosi takie małe szklane kółeczka na nosie.

Royce i Hadrian spoj­rzeli po sobie i szybko prze­szli pod łukiem, który oddzie­lał bar od więk­szego pokoju w kształ­cie rombu. Został dobu­do­wany, żeby jego wła­ści­cielka, Gwen DeLancy, mogła połą­czyć Różę i Cierń ze swoim dru­gim przy­byt­kiem -?Domem Med­ford. W ten spo­sób podwo­iła powierzch­nię gospody, ale ponie­waż w pomiesz­cze­niu nie zain­sta­lo­wano kominka, zimą bywało tam chłodno i klienci stro­nili od tego miej­sca. W Uko­śniku prze­by­wały tylko trzy osoby: Gwen, Albert Win­slow i...

-?Pro­fe­sor Arca­dius? -?zdu­miał się Hadrian, kiedy tylko weszli.

Chudy, siwo­brody, star­szy męż­czy­zna ubrany w nie­bie­ską szatę sie­dział pośrodku ławki przy stole usta­wio­nym w kącie w głębi pokoju. Na dźwięk imie­nia uniósł oku­lary i zer­k­nął.

-?Riy­ria, jak mnie­mam?

-?Co tu robisz? -?zapy­tał ostro Royce, pod­cho­dząc do grupy. Spoj­rzał na Gwen. -?Co on ci opo­wia­dał?

-?Głów­nie mówił o tym, jacy obaj jeste­ście wspa­niali. -?Gwen uśmiech­nęła się do niego i Royce natych­miast się zatrzy­mał, jakby ude­rzył w nie­wi­dzialną ścianę.

Roz­luź­nił ramiona, spoj­rzał spo­koj­niej i stał, wpa­tru­jąc się w Gwen, jakby zapo­mniał, co tam robi. Hadrian domy­ślał się, że miało to zwią­zek raczej z uśmie­chem niż ze sło­wami. Uśmiech Gwen potra­fił obez­wład­nić Royce'a spraw­niej niż cios w głowę.

-?Co cię tu spro­wa­dza? -?zapy­tał pro­fe­sora Hadrian.

-?Wy dwaj, rzecz jasna. Musia­łem przy­je­chać, nie­praw­daż? Minęły cztery lata i żaden z was nie raczył poko­nać tych paru mil do She­ri­danu i dać cho­ciaż znać, że żyje­cie. -?Pochy­lił się ku Gwen, jakby zwie­rzał jej się w zaufa­niu, cho­ciaż mówił na­dal tak samo gło­śno jak wcze­śniej. -?Kiedy przed­sta­wia­łem długą listę cnót ich obu, pomi­ną­łem ich zdu­mie­wa­jącą bez­myśl­ność. Rzecz w tym, że roz­sta­li­śmy się w oko­licz­no­ściach, któ­rych nie nazwał­bym naj­lep­szymi. Popro­si­łem, żeby mnie kie­dyś odwie­dzili. Zapew­ni­łem, że byłoby miło, gdyby powie­dzieli mi, jak osta­tecz­nie uło­żyły się sprawy, ale ni­gdy tego nie zro­bili.

-?Pro­fe­sor opo­wia­dał nam, jak połą­czył was dwóch ze sobą -?powie­dział Albert. Wiceh­ra­bia bez ziemi był ubrany w swój "robo­czy" strój: jedwabną koszulę z prze­pysz­nym duble­tem pod lekką szubą i wierzch­nim kafta­nem. Jed­nak, jak pospo­lity robot­nik po pracy, nosił kaftan i koszulę, roz­pięte i roz­cheł­stane. Wycią­gał przed sie­bie nogi, poru­sza­jąc pal­cami w ciem­nych weł­nia­nych poń­czo­chach. -?To cał­kiem inte­re­su­jąca opo­wieść.

-?Czyżby? -?Royce odzy­skał głos łącz­nie z nie­za­do­wo­lo­nym tonem. -?A co dokład­nie... pro­fe­sor im powie­dział?

-?Prawdę, rzecz jasna. Opo­wie­dzia­łem, jak prze­ko­na­łem was dwóch, żeby­ście pomo­gli mi poży­czyć rzadką księgę i jak bar­dzo nie cier­pie­li­ście się nawza­jem. Rów­nie praw­do­po­dobne było, że Royce pode­rżnie Hadria­nowi gar­dło, jak to, że Hadrian dźgnie Royce'a pro­sto w serce. To było ryzy­kowne z mojej strony, ale wie­dzia­łem, że gdyby ci dwaj zostali razem, gdyby zostali zmu­szeni do pozo­sta­nia razem, stwo­rzy­liby nad­zwy­czajny zespół. I cie­szę się, widząc, że mia­łem rację. Nawet tro­chę mi pochle­bia fakt, że przy­jęli nazwę Riy­ria.

-?Coś jesz­cze? -?spy­tał Royce.

Arca­dius pokrę­cił głową, wyma­chu­jąc przy tym siwą brodą tak bar­dzo, że omiótł stół.

-?Co mia­no­wi­cie? Nie zostało wła­ści­wie wiele do doda­nia, chyba że mam zacząć opo­wia­dać o waszych zanie­dba­nych koniach. -?Spoj­rzał na Alberta, a potem na Gwen. -?Zosta­wili je uwią­zane w dzi­czy na całe dnie. Bie­da­czyny pra­wie zde­chły.

-?Podob­nie jak my -?zauwa­żył Royce ostrym tonem.

-?To ty zna­la­złeś Tan­cerkę? -?zapy­tał Hadrian.

-?Ow­szem -?powie­dział Arca­dius. -?Zaczą­łem się o was mar­twić i wysła­łem paru star­szych chłop­ców na pół­noc, na zaję­cia w tere­nie. Nie zdo­łali was zna­leźć, ale przy­pro­wa­dzili konie na uni­wer­sy­tet, a kiedy dowie­dzia­łem się, gdzie jeste­ście, kaza­łem wam je dostar­czyć.

-?Naprawdę? -?dopy­ty­wał się Hadrian.

-?A myśla­łeś, że jakim cudem zna­la­zły się przed Różą i Cier­niem?

-?Nie wiem. Pomy­śla­łem chyba, że Tan­cerka tra­fiła do mnie z powro­tem jak jeden z tych wier­nych oga­rów potra­fią­cych zwę­szyć swo­jego uko­cha­nego pana.

-?A liścik, który zosta­wi­łem wam w sakwach?

-?Był jakiś list?

Royce sta­nął po dru­giej stro­nie stołu dokład­nie naprze­ciwko pro­fe­sora. Jedyne świa­tło w pokoju wpa­dało przez ośnie­żone okna za nim, więc jego cień padał na stół i na sta­rego męż­czy­znę. Zło­dziej się pochy­lił.

-?Zatem wie­dzia­łeś, że żyjemy. Powiedz mi więc, co tu wła­ści­wie robisz?

-?Po tym, jak wyje­cha­li­ście, sły­sza­łem plotki na temat dwóch męż­czyzn, któ­rzy led­wie ucie­kli przed ekle­zja­styczną tyra­nią Ghentu. Ryce­rze Sereta szu­ka­jący ucie­ki­nie­rów dotarli ich tro­pem do Med­fordu. Potem usły­sza­łem, że na ulicy Prze­kor­nej widziano męż­czyznę całego we krwi, jak bła­gał o pomoc dla swo­jego umie­ra­ją­cego przy­ja­ciela. Pew­nie, że zupeł­nie nie przy­po­mi­nało to was dwóch, jed­nak, co cie­kawe, obaj ci męż­czyźni znik­nęli potem bez śladu. A rok póź­niej doszło do tej nie­przy­jem­nej sprawy z lor­dem Exe­te­rem i serią publicz­nych egze­ku­cji, które kogoś mi przy­po­mniały, mor­derstw wyglą­da­ją­cych na karę za skrzyw­dze­nie jed­nej z dam z Domu Med­ford. -?Skło­nił głowę w stronę Gwen. -?A kiedy w końcu usły­sza­łem o parze nik­czem­nych zło­czyń­ców, któ­rzy nazwali się Riy­ria, to... Cóż, nie zdo­bywa się pozy­cji pro­fe­sora na uni­wer­sy­te­cie za głu­potę. Mimo wszystko podej­rze­nia to nie to samo, co kon­kretna wie­dza. Przy­by­łem więc, żeby oso­bi­ście prze­ko­nać się, co się stało z dwoma nasio­nami, które tak dawno temu posa­dzi­łem.

-?Wybacz, że cię nie odwie­dzi­li­śmy -?powie­dział Hadrian. -?Po pro­stu...

-?Nie prze­pra­szaj go -?wark­nął Royce. -?Przez niego pra­wie zgi­nę­li­śmy. Gdyby nie jego idio­tyczne żąda­nia...

-?Pew­nie ruszy­li­by­ście każdy swoją drogą -?odparł Arca­dius. -?I obaj naj­pew­niej już byście nie żyli. Męż­czyźni, któ­rych zna­łem, byli led­wie cie­niem dwójki, która stoi teraz przede mną. Wyka­za­li­ście się. A dama obok mnie to praw­dziwy klej­not w kie­szeni.

-?To jest Gwen DeLancy i nie jest w niczy­jej kie­szeni -?wark­nął Royce.

-?Oczy­wi­ście. Mia­łem tylko na myśli, że to wspa­niała przy­ja­ciółka, którą warto mieć po swo­jej stro­nie. Jest inte­li­genta i lojalna. A jeśli wąt­pisz w cokol­wiek z tego, co powie­dzia­łem, zasta­nów się chwilę i spró­buj przy­po­mnieć sobie tam­tego sta­rego Royce'a Mel­borna, tego sprzed czte­rech lat. Ten bez­względny, mały zło­dzie­ja­szek nie wymie­niłby ani jed­nej osoby, któ­rej by zaufał, ale jego­mość przede mną, Royce Mel­born z Róży i Cier­nia, ma dwoje przy­ja­ciół, wspa­nia­łych ludzi. Praw­dzi­wego bogac­twa nie mie­rzy się wagą bez­u­ży­tecz­nego zło­tego metalu, ale ser­cami tych, któ­rzy cię kochają. -?Pro­fe­sor się wypro­sto­wał. -?Nie martw się, Royce. Twój dług został spła­cony. Zaj­rza­łem tylko, żeby spraw­dzić, co przy­nio­sły moje wysiłki, i może żeby coś prze­ką­sić. Ran­kiem wra­cam do She­ri­danu.

-?Świet­nie -?powie­dział Royce. Na­dal patrzył podejrz­li­wie, ale musiał porzu­cić oskar­że­nia, gdy oka­zało się, że wszel­kie tropy doni­kąd nie pro­wa­dzą.

-?Jak poszła robota? -?zapy­tał ponuro Albert, gło­sem cięż­kim od obaw, jakby pytał o uko­chaną klacz, która zła­mała nogę.

Albert oso­bi­ście znał Lil­lian Tra­val i Hadrian podej­rze­wał, że ją lubił.

-?Cał­kiem nie­źle. -?Royce wyjął sakiewkę i rzu­cił na stół, gdzie wylą­do­wała z solid­nym brzę­kiem. -?Zapła­cono nam podwój­nie.

Albert onie­miał.

-?Zapła­cono? Nie rozu­miem. To moje zada­nie. Hubert tu był? Zapła­cił wam?

-?Kiedy pój­dziesz po zapłatę, powiedz lor­dowi Tra­va­lowi, że jego żona była sama, gdy ją zna­la­złem.

-?A była?

Royce uśmiech­nął się zna­cząco.

Albert roz­dzia­wił usta i już tak zostało. Popa­trzył na mie­szek na stole, a potem znowu na Royce'a.

-?To skąd wzięły się pie­nią­dze?

-?Od lady Tra­val.

-?Ona żyje?... Ale mia­łeś...

-?Zapro­po­no­wała mi wię­cej.

-?Zapro­po­no­wała... ach. Aha! To cudow­nie! -?Sze­roki uśmiech wypły­nął na twarz Alberta, oczy mu nagle zabły­sły.

-?Przy­ję­li­ście zle­ce­nie zabi­cia kobiety? -?zapy­tał Arca­dius.

-?Zna­nej cudzo­łoż­nicy -?odparł Royce. -?Wyna­jął nas jej mąż.

-?A ty nie zabi­łeś jej, bo zapła­ciła ci wię­cej?

-?Cza­sem nawet ja mam szczę­ście.

-?I tobie to odpo­wiada? -?zapy­tał Hadriana Arca­dius.

Dez­apro­bata była ewi­dentna i Hadrian wie­dział, do czego zmie­rza pro­fe­sor. Arca­dius skło­nił Royce'a i Hadriana do współ­pracy, bo liczył, że Hadrian wywrze dobry wpływ na pozba­wio­nego zasad zło­dzieja.

Zanim Hadrian zdą­żył prze­pro­sić, wtrą­cił się Royce:

-?Został w Roe i upił się. Tak jak w przy­padku roboty, na którą nas wysła­łeś, wie­dzia­łem, że nie wymaga obec­no­ści nas obu. I po raz kolejny mia­łem rację.

-?Rozu­miem. -?Pro­fe­sor zer­k­nął na Gwen, potem przez okno, jakby się głę­boko nad czymś zasta­na­wiał. Z dru­giej strony Hadrian podej­rze­wał, że wszyst­kie myśli pro­fe­sora były głę­bo­kie.

Royce i Hadrian usie­dli naprze­ciwko pro­fe­sora, wiceh­ra­biego i Gwen.

-?Dla­czego sie­dzi­cie wszy­scy po jed­nej stro­nie? -?zapy­tał Hadrian.

-?Bo tak jest cie­plej -?odpo­wie­dział Arca­dius.

Gwen się wypro­sto­wała.

-?Wła­śnie mówi­łam pro­fe­so­rowi, ile kosz­to­wa­łoby nas wybu­do­wa­nie kominka i komina w tym pokoju, a on zasu­ge­ro­wał, że można by go ogrze­wać żela­znym pie­cy­kiem dość dużym, żeby zmie­ściło się tam kilka polan. Mogła­bym zapa­lać w nim ogień i wypro­wa­dzać dym wielką meta­lową rurą wycho­dzącą dachem. Uważa, że to ogrza­łoby cały pokój.

-?W rze­czy samej -?przy­tak­nął pro­fe­sor. -?Nie musie­li­by­śmy się zbi­jać w gro­madkę jak nowo naro­dzone szcze­nięta, żeby nie trząść się z zimna.

-?Zasta­na­wia­łam się, czy zapy­tać Masona Gru­mona, ile wziąłby za coś takiego.

-?Sądząc po tablicy za barem, zro­biłby to za jej wyczysz­cze­nie -?odparł Hadrian.

Gwen mru­gnęła do niego i ski­nęła głową.

-?To samo pomy­śla­łam.

-?Royce, Hadrian -?ode­zwał się Albert, prze­li­czyw­szy monety na stole i uło­żyw­szy je w cztery sto­siki zgod­nie z ich udzia­łami. Naj­więk­sze stosy nale­żały do Royce'a i Hadriana, Alberta był połowy ich wiel­ko­ści, a Gwen naj­mniej­szy. -?Wiem, że dopiero co wró­ci­li­ście, ale mam dla was kolejne zada­nie, i to do zała­twie­nia od ręki.

-?Coś tu śmier­dzi -?powie­dział Royce, patrząc, jak Albert liczy monety.

Wiceh­ra­bia pod­niósł wzrok zanie­po­ko­jony.

-?Ty rze­czy­wi­ście wyko­nu­jesz swoją robotę. Nie wiem, czy mam być pod wra­że­niem, czy nabrać podej­rzeń. Co to za nowe zada­nie?

Albert zer­k­nął nie­pew­nie na Arca­diusa.

-?On jest w porządku -?uspo­koił go Royce. -?Poza tym wiem, gdzie mieszka.

-?Cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie ma poję­cia, jak tam tra­fić -?żach­nął się pro­fe­sor.

Albert wzru­szył ramio­nami.

-?Myślę, że to zada­nie wam się spodoba. Wam obu. Lord Byron z Del­gosu chce was zatrud­nić, żeby­ście zapo­bie­gli sabo­ta­żowi w Dru­min­do­rze pla­no­wa­nemu przez pew­nego kra­sno­luda.

-?Co to jest Dru­min­dor? -?zapy­tał Hadrian.

-?Dru­min­dor to sta­ro­żytna kra­sno­ludzka for­teca, która strzeże wej­ścia do zatoki Ter­lando i mia­sta Tur Del Fur -?wyja­śnił Arca­dius. -?Została wybu­do­wana wiele tysięcy lat temu na szczy­cie góry Druma, bar­dzo aktyw­nego wul­kanu, który unie­moż­li­wiał zamiesz­ka­nie nad zatoką Ter­lando, dopóki kra­sno­ludy nie okieł­znały go, budu­jąc Dru­min­dor. To naprawdę genialne osią­gnię­cie inży­nie­ryjne. Nie dość, że dwie wieże bez­piecz­nie odpro­wa­dzają niszczy­cielskie gazy, zapo­bie­ga­jąc wybu­chowi, to jesz­cze są w sta­nie wyko­rzy­stać to samo nara­sta­jące ciśnie­nie geo­lo­giczne do wyrzu­ca­nia sto­pio­nej lawy na wyso­kość setek stóp i zata­pia­nia nie­szczę­snych drew­nia­nych stat­ków, które mogłyby spró­bo­wać wtar­gnąć do zatoki.

-?Zga­dza się -?przy­znał Albert, wyraź­nie pod wra­że­niem.

-?To mistrz tra­dy­cji na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie -?wyja­śnił mu Hadrian.

-?Ach. -?Albert poki­wał głową. -?Zda­niem lorda Byrona Dru­min­dor to budowla uży­tecz­no­ści publicz­nej, pod­le­ga­jąca Zarzą­dowi Portu. Lord Byron zawia­duje Zarzą­dem Portu i odpo­wiada za Dru­min­dor. Ostat­nio mieli tam kło­poty z kra­sno­lu­dami i lord Byron musiał zwol­nić bar­dzo wielu tych, któ­rzy pra­co­wali w twier­dzy. Jeden nie­za­do­wo­lony jego­mość nazwi­skiem Gra­vis Ber­ling szcze­gól­nie się zde­ner­wo­wał i lord Byron uważa, że może pla­no­wać zemstę.

-?Skoro ten lord Byron jest sze­fem Zarządu Portu, to pew­nie dys­po­nuje małą armią? -?zapy­tał Royce. -?Po co mu jesz­cze my?

-?Praw­dziwą wła­dzę ma tam trójka kup­ców znana jako Trium­wi­rat. To oni wyzna­czyli lorda Byrona na jego sta­no­wi­sko. Naj­wy­raź­niej lord Byron przed­sta­wił im swoje obawy i Nie­święta Trójca, jak nie­któ­rzy ich prze­zy­wają, odmó­wiła przed­się­wzię­cia jakich­kol­wiek kro­ków. Lord Byron nie jest głup­cem. Wie, że zosta­nie pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści, jeśli cokol­wiek się wyda­rzy, więc pra­gnie wyku­pić polisę ubez­pie­cze­niową w postaci Riy­rii.

-?Dla­czego Trium­wi­rat niczego nie zrobi? -?zapy­tał Hadrian.

Albert odął lek­ce­wa­żąco usta.

-?To tylko jeden kra­sno­lud i w dodatku stary. Bie­dak stra­cił pracę, więc poprzy­siągł zemstę przy kie­liszku w miej­sco­wym pubie. Jed­nak co może zro­bić jeden kra­sno­lud z mającą kilka tysięcy lat twier­dzą?

-?W porządku -?zgo­dził się Royce. -?Ale czego kon­kret­nie ocze­kuje od nas lord Byron?

-?Pew­nie chce, żeby­ście zna­leźli tego Gra­visa i przy­pil­no­wali, upew­nili się, że niczego nie pla­nuje.

-?A gdyby pla­no­wał?

-?Cóż... -?Albert spoj­rzał zmie­szany na Gwen i Arca­diusa. -?Wszy­scy wiemy, jaki masz sto­su­nek do kra­sno­lu­dów, Royce. Dla­tego pomy­śla­łem, że spodoba ci się to zada­nie. A zwa­żyw­szy, że to służba publiczna na zle­ce­nie admi­ni­stra­tora Del­go­skiego Zarządu Portu, nie zła­miesz nawet prawa, co, z kolei, uzna­łem, przy­pad­nie do gustu Hadria­nowi. No i nic nie prze­bije loka­li­za­cji. Tur Del Fur to jedno z naj­cu­dow­niej­szych miast na świe­cie. Ludzie przy­by­wają tam ze wszyst­kich stron świata. Tak wielu nabrało tego zwy­czaju, że zaczęto ich nazy­wać tury­stami.

-?Dla­czego jest tak popu­larne? -?zacie­ka­wiła się Gwen.

-?Po pierw­sze, nie pada tam śnieg. Ponie­waż Tur Del Fur znaj­duje się na połu­dnio­wym krańcu Del­gosu i jest ogrze­wane przez cie­płe prądy cali­skie, które oble­wają wybrzeże, panuje tam wiecz­nie lato. Wszę­dzie rosną tro­pi­kalne rośliny i powiewa chłodna oce­aniczna bryza. A ponie­waż to repu­blika, znaj­dziesz tam jedne z naj­lep­szych jadło­dajni, pubów i lokali roz­ryw­ko­wych na świe­cie.

-?Ale to jest praca, nie waka­cje -?powie­dział Royce.

-?Zależy, jak na to patrzeć.

-?To będzie zale­żało od tego, ile gotowy jest zapła­cić lord Byron.

-?To cie­kawa kwe­stia. -?Albert wypro­sto­wał się przed swoim sto­si­kiem zło­tych monet, a potem się pochy­lił. -?Wyłoży tylko sześć­dzie­siąt zło­tych tenen­tów, ale...

-?Sześć­dzie­siąt? -?Royce się wzdry­gnął. -?Tur Del Fur znaj­duje się daleko od Med­fordu, a podróż kosz­tuje. Karma dla koni wię­cej kosz­tuje o tej porze roku. Ile czasu mamy tam zostać i pil­no­wać tego gościa? Możemy utknąć w tym miej­scu na kilka mie­sięcy. To ogromne wydatki, a Tur Del Fur robi wra­że­nie dro­giego miej­sca.

-?I rze­czy­wi­ście jest dro­gie. I dla­tego zażą­da­łem, żeby pokrył także wszyst­kie wasze wydatki.

-?Tak?

Albert się uśmiech­nął.

-?Jak myślisz, w jaki spo­sób prze­trwa­łem tyle lat jako ary­sto­krata bez ziemi?

-?Sprze­da­wa­łeś ubra­nia, żeby kupić alko­hol -?zauwa­żył Hadrian.

-?Ow­szem, ale to był szcze­gól­nie trudny dla mnie okres. Przed­tem przez całe lata żyłem dzięki szczo­dro­ści ludzi boga­tych. Szcze­rze mówiąc, te kilka zło­tych monet, jakie rzu­cają Riy­rii, to nic w porów­na­niu z tym, ile można zgar­nąć, doma­ga­jąc się zwrotu wydat­ków. Z nie­zna­nego powodu powszech­nie wia­domo, że skąpy baron albo książę, który wyśmiałby pomysł zapła­ce­nia uczci­wej stawki swo­jemu pra­cow­ni­kowi, jest gotowy wydać for­tunę, byle wyka­zać się swoją hoj­no­ścią, gdy podej­muje tych, któ­rzy mu służą.

-?Dla­czego?

-?Honor. -?Albert wypo­wie­dział to słowo takim tonem, jakby to był żart. -?Jeśli ary­sto­krata ci płaci, to jesteś jego czło­wie­kiem. To, co robisz i jak to robisz, odzwier­cie­dla jego pozy­cję. Tacy jak lord Byron byliby zawsty­dzeni, gdyby jego ludzie cho­dzili w brud­nych szma­tach albo zatrzy­mali się w pod­łej norze. To by suge­ro­wało, że jest biedny albo skąpy. Poza tym ist­nieje stara tra­dy­cja gościn­no­ści i hoj­no­ści, która, cho­ciaż nie roz­ciąga się na uczciwą płacę, wymaga, żeby gości, nawet pra­cu­ją­cych na zle­ce­nie, trak­to­wać jak człon­ków rodziny kró­lew­skiej. W świe­cie ary­sto­kra­cji repu­ta­cja jest walutą. To klu­czowe, żeby spo­strze­gano cię jako hoj­nego i dotrzy­mu­ją­cego słowa. A lord Byron, cho­ciaż obec­nie mieszka w Repu­blice Del­gosu, jest sta­ro­świec­kim ary­sto­kratą, świeżo prze­flan­co­wa­nym z Mara­nonu. Tak jak ja stra­cił rodzinne zie­mie, ale w prze­ci­wień­stwie do mnie posiada umie­jęt­no­ści i ciężko pra­cuje. Lord Byron zdał sobie sprawę, że może doro­bić się for­tuny, słu­żąc kar­te­lowi kupiec­kiemu w Del­go­sie, jeśli prze­łknie dumę. I miał rację. Mimo to widzę, że opła­kuje utratę swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego dzie­dzic­twa. Na­dal posłu­guje się tytu­łem "lord" w miej­scu, gdzie to bar­dziej szko­dzi, niż pomaga. Jed­nym sło­wem, możemy nie wró­cić z tej roboty z iście smo­czym ładun­kiem skar­bów, żeby zabez­pie­czyć się na sta­rość, ale cze­kają nas cudowne dar­mowe waka­cje.

-?Nas? -?zapy­tał Royce.

Albert znowu się zmie­szał.

-?Pozwo­li­łem sobie wyja­śnić, że w Tur Del Fur zjawi się nie tylko wasza wesoła dwójka. Zazna­czy­łem, że taka ope­ra­cja wymaga dodat­ko­wego wspar­cia.

-?Co ozna­cza cie­bie -?powie­dział Hadrian.

-?Oczy­wi­ście. Będzie­cie potrze­bo­wać pośred­nika, który skon­tak­tuje się z lor­dem Byro­nem, zała­twi wam lokum, będzie skła­dał raporty, prze­ka­zy­wał nowiny, odbie­rze należ­ność po zakoń­cze­niu zada­nia. I widzie­li­ście tutej­szą pogodę? -?Albert wska­zał za okna, gdzie zaczęło moc­niej śnie­żyć. -?Moje wątłe zdro­wie wyni­kłe z błę­kit­nej krwi nie znie­sie tak suro­wych warun­ków.

-?Wspa­niale -?orzekł Arca­dius. -?Myślę, że wszy­scy powin­ni­śmy poje­chać. Powiedz mi, Gwen­do­lyn, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wyje­cha­łaś z Med­fordu?

Pyta­nie ją zasko­czyło. Zaszo­ko­wał ją fakt, że w ogóle została uwzględ­niona w dys­ku­sji.

-?Nie wyjeż­dża­łam, odkąd tu tra­fi­łam wiele lat temu.

-?No wła­śnie. A na pod­sta­wie oso­bi­stego doświad­cze­nia muszę powie­dzieć, że Tur Del Fur jest w rze­czy samej naj­pięk­niej­szym i naj­przy­jem­niej­szym miej­scem w całym Ela­nie. Wody przy poro­śnię­tych pal­mami brze­gach zatoki są sza­fi­rowe. Zachody i wschody słońca to cuda warte ujrze­nia, a tam­tej­sza muzyka jest tak cza­rowna, że można się w niej zatra­cić. Jedze­nie i napoje nie są jedy­nie poży­wie­niem, ale dzie­łami sztuki stwo­rzo­nymi przez mistrzów kuchar­skich. Są tam dzie­siątki teatrów z naj­róż­niej­szymi przed­sta­wie­niami. Znaj­dzie­cie wszystko: od ory­gi­nal­nych dra­ma­tów i kome­dii po akro­ba­tów, występy ze zwie­rzę­tami i pokazy magii. A do tego docho­dzą nie­zli­czone mniej­sze przed­sta­wie­nia w każ­dym dan­thum.

-?Co to jest dan­thum? -?zapy­tała Gwen, roz­pro­mie­nia­jąc się pod wpły­wem obra­zów odma­lo­wa­nych przez pro­fe­sora.

-?Och, to rodzaj eks­klu­zyw­nej gospody, w któ­rej dodat­kowo co wie­czór pre­zen­tuje się pro­gram roz­ryw­kowy i ser­wuje się nad­zwy­czajne posiłki na zamó­wie­nie. Są bar­dzo popu­larne. Widzisz, jako wolne mia­sto w Repu­blice Del­gosu, samej w sobie nie­zwy­kle libe­ral­nej, Tur Del Fur przy­ciąga wielu wybit­nych arty­stów, poetów, pisa­rzy, tan­ce­rzy, filo­zo­fów. Tak wiele talen­tów przy tak nie­wiel­kich ogra­ni­cze­niach spra­wiło, że mia­sto stało się fon­tanną kre­atyw­no­ści i inte­lek­tu­al­nym magne­ty­tem. To naprawdę cudowne miej­sce, które każdy powi­nien zoba­czyć cho­ciaż raz w życiu. Poza tym... -?pochy­lił się ku niej i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo -?...widzia­łaś tutej­szą pogodę?

Arca­dius odwró­cił się do Royce'a.

-?Zabra­nie Gwen to dosko­nały pomysł. Czy może uwa­żasz, że po tym wszyst­kim, co dla was zro­biła, nie zasłu­guje na kilka tygo­dni odpo­czynku od tru­dów i zno­jów? Z pew­no­ścią ta wspa­niała dama zapra­co­wała na waka­cje.

-?Bar­dziej cie­kawi mnie, jak ty pasu­jesz do tego wszyst­kiego -?odparł Royce.

-?Jako przy­zwo­itka, mój chłop­cze. Naprawdę nie mogę pozwo­lić, żeby tak deli­katna istota jak Gwen­do­lyn DeLancy wybrała się za gra­nicę z trzema takimi wil­kami jak wy. Do tego wła­śnie zostali stwo­rzeni tacy starsi pano­wie jak ja; to jedna z nie­licz­nych rze­czy, do któ­rych wciąż jestem zdolny.

-?Jakie to tro­skliwe z two­jej strony -?powie­dział Royce. -?Wąt­pię jed­nak, żeby Albert zała­twił pokry­cie kosz­tów podróży dla pię­ciu osób.

-?Wła­ści­wie... -?Albert poki­wał głową na boki -?...w żad­nym momen­cie nie powie­dzia­łem, ile osób będziemy potrze­bo­wać. Możemy spo­koj­nie powie­dzieć, że Gwen jest twoją pomocą domową, a ty masz szcze­gólny fetysz i nie pozwa­lasz, żeby kto­kol­wiek inny doty­kał two­ich rze­czy. To w grun­cie rze­czy dość powszechna eks­cen­trycz­ność, nie­któ­rzy rze­kliby przy­pa­dłość, wśród ary­sto­kra­tów. Coś, co zro­zu­mieją i prze­łkną, nawet jeśli tobie wydaje się absur­dalne. A zwa­żyw­szy, że pro­fe­sor wykłada na uni­wer­sy­te­cie w She­ri­da­nie, łatwo można orzec, że jest nie­zbędny jako źró­dło wie­dzy histo­rycz­nej i kul­tu­ral­nej, która pozwoli wam roz­wi­kłać zło­żoną naturę kra­sno­ludz­kiej kul­tury i histo­rii for­tecy.

-?Alber­cie -?powie­dział Hadrian z pew­nym respek­tem -?jesteś nie­sa­mo­wity.

-?To nic wiel­kiego. Kie­dyś miesz­ka­łem pięć lat w pałacu z ośmio­oso­bową obsługą, oso­bi­stym powo­zem z woź­nicą i trzema kon­ku­bi­nami, z czego jedna była sio­strze­nicą szam­be­lana.

-?Co się stało?

-?Szam­be­lan się dowie­dział. Led­wie usze­dłem z życiem.

-?Co powiesz, Royce? -?zapy­tał Hadrian. -?Robota wygląda na względ­nie łatwą. Poje­dziemy, popil­nu­jemy faceta przez tydzień albo coś koło tego, może go ostrze­żemy, resztę czasu spę­dzimy, uda­jąc zamoż­nych kup­ców. W naj­gor­szym wypadku może będziesz musiał zabić kra­sno­luda.

Royce pod­niósł i odsu­nął swój sto­sik złota z miną kwa­śną z iry­ta­cji, jakby zma­gał się z zagadką, któ­rej nie potrafi roz­wią­zać.

-?To zbyt piękne, żeby mogło być praw­dziwe.

-?A co ty myślisz, Gwen­do­lyn? -?zapy­tał Arca­dius.

Kobieta wzięła głę­boki wdech i spoj­rzała na Royce'a. Magiczny uśmiech wypły­nął jej na twarz i spra­wił, że jej ciemne oczy zabły­sły.

-?To brzmi cudow­nie. Nie byłam ni­gdy w miej­scu, które ludzie nazy­wa­liby pięk­nym. Nie było mnie na to stać. No i... -?Rozej­rzała się. -?Nie mogła­bym pro­sić o lep­sze towa­rzy­stwo. Ale zro­zu­miem, gdyby moja obec­ność miała ci prze­szka­dzać, Royce. Na pewno była­bym cię­ża­rem. Jedź­cie sami. Ja mam tu robotę. Wanna wymaga solid­nego wyszo­ro­wa­nia.

Royce wes­tchnął.

-?Mamy tylko dwa konie.

Albert znowu uśmiech­nął się sze­roko i wypro­sto­wał jak dziecko przy stole dla doro­słych.

-?Nie będziesz ich potrze­bo­wał na służ­bie u ary­sto­kraty. Pozwo­li­łem sobie zamó­wić dla nas powóz. To ten na zewnątrz. Usługi Dyli­żan­sowe, Han­son i Syn.

-?Usługi Dyli­żan­sowe?

-?A tak, Han­so­no­wie odnie­śli spory suk­ces ze swoim nowym pomy­słem. Powożą na prze­mian i zatrzy­mują się po dro­dze tylko po to, żeby wymie­nić konie. Twier­dzą, że dowiozą nas do Tur Del Fur w rap­tem dwa do czte­rech dni. Zależy od pogody.

-?Dwa dni? -?spy­tał Hadrian.

-?Wiem! Nor­mal­nie trwa­łoby to dzie­sięć dni do dwóch tygo­dni.

-?A my doje­dziemy w dwa dni?

-?Tak twier­dzą. Mają zapla­no­wany noc­leg w małym mia­steczku Kru­ger - powie­dział Albert. -?Ale to tylko opcja, więc powie­działem im, że wole­li­by­śmy doje­chać jak naj­szyb­ciej. -?Patrząc na Gwen, dodał: -?Mogę to jed­nak zmie­nić, jeśli wolisz.

-?Dam radę spać w luk­su­so­wym powo­zie. A pomie­ścimy się tam wszy­scy? - zapy­tała pod­eks­cy­to­wana Gwen.

-?Tak, jest osiem sie­dzeń z miej­scem na bagaż. Cztery w środku, cztery na zewnątrz. Więc jedno z nas będzie musiało zno­sić nie­przy­jemną pogodę.

-?Hadrian na pewno nie będzie miał nic prze­ciwko -?ode­zwał się Arca­dius.

Hadrian nie miał, więc ski­nął głową. Przy­wykł do podró­żo­wa­nia przy kiep­skiej pogo­dzie i z pew­no­ścią nie ocze­ki­wałby, że pro­fe­sor albo Gwen siądą na koźle w wil­goci i na zim­nie. A ponie­waż to Albert zała­twił powóz, to także powi­nien sie­dzieć w środku. I Hadrian wie­dział, że cho­ciaż Royce w życiu by tego nie powie­dział, zabiłby -?i to dosłow­nie - byle sie­dzieć obok Gwen.

-?Ale... możemy się zmie­niać po dro­dze -?zapro­po­no­wała Gwen. -?Nie mam nic prze­ciwko odro­bi­nie śniegu w twarz.

-?Zatem posta­no­wione -?orzekł Arca­dius, klasz­cząc w ręce. -?A skoro ci bie­dacy cały czas uwi­jali się na zewnątrz przy powo­zie, to nie powin­ni­śmy dłu­żej kazać im cze­kać.

-?Muszę zabrać parę rze­czy z Domu i dać znać dziew­czy­nom, że wyjeż­dżam - powie­działa Gwen, wsta­jąc. Oczy miała sze­roko otwarte, ener­gia ją roz­no­siła i cała była w uśmie­chach. -?To takie eks­cy­tu­jące.

-?Na pewno? -?zapy­tał Hadrian. -?Wyglą­dało na to, że nie możesz docze­kać się szo­ro­wa­nia wanny z mydlin.

Gwen zdzie­liła go żar­to­bli­wie w ramię.

-?Będzie cudow­nie.

Gwen, Albert i Arca­dius ruszyli, żeby się spa­ko­wać, zosta­wia­jąc Royce'a i Hadriana samych w pokoju. Obaj popa­trzyli, jak pozo­stali wycho­dzą, i stali przez całą minutę w mil­cze­niu, aż w końcu Hadrian się ode­zwał:

-?Jesteś prze­ra­żony, co?

Royce na­dal wpa­try­wał się w drzwi.

-?Cał­kiem serio roz­wa­żam napi­cie się piwa.

Rozdział 4. Dyliżans

Roz­dział 4

Dyli­żans

Hadrian jechał razem z baga­żem na pła­skim dachu powozu. Rze­czy Arca­diusa, Royce'a i jego wła­sne razem wzięte zmie­ści­łyby mu się na kola­nach. Jed­nak torby Gwen i kufry w stylu kapi­tana mor­skiego, nale­żące do Alberta, zaj­mo­wały tyle miej­sca na dachu, że Hadrian zaczął zasta­na­wiać się nad dwiema kwe­stiami: co takiego mogli ze sobą zabrać i jak bar­dzo on sam nie doce­nił swo­ich potrzeb. Przed Hadria­nem znaj­do­wał się kozioł woź­nicy, gdzie ojciec i syn sie­dzieli obok sie­bie.

Ojciec, który nazy­wał się Shelby, jechał po lewej i w tej chwili powo­ził. Jego syn, Heath, zaj­mo­wał miej­sce straż­nika po pra­wej. Mło­dzie­niec nosił krót­kie ostrze gra­ftoń­skie -?tanią, ale prak­tyczną broń, która wyglą­dała na nowiutką. Lekką kuszę z drzewa oliw­nego przy­mo­co­wano do pod­nóżka mię­dzy nimi -?była nie­wi­doczna, ale w zasięgu ręki.

-?Potra­fisz posłu­gi­wać się tym ostrzem? -?zapy­tał Hadrian.

Heath pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się.

-?Pan się boi? Nie ma potrzeby. Cały czas jeź­dzimy na tej tra­sie. Ani razu nie widzie­li­śmy roz­bój­nika. Więk­szość ludzi podró­żuje pie­szo, a nasza Lata­jąca Dama ni­gdy się nie zatrzy­muje.

-?To po co wam miecz i kusza?

-?Bo ostroż­no­ści ni­gdy za wiele -?odpo­wie­dział Shelby.

Miał niski, roz­sądny głos ciężko pra­cu­ją­cego ojca, który widział dość świata, żeby być bar­dziej ostroż­nym niż cie­ka­wym. Przy­po­mi­nał Hadria­nowi jego wła­snego ojca, który zmarł już pra­wie sześć lat temu, kiedy Hadrian prze­by­wał z dala od domu. To była wisienka na tor­ciku jego żalów, który zaczy­nał się od walki z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, a koń­czył się na tygry­sie. Od tego czasu doszły kolejne błędy, ale to były uczciwe pomyłki. Tamte wcze­śniej­sze były świa­do­mie popeł­nio­nymi złymi uczyn­kami.

-?Naszym zada­niem jest dowieźć pasa­że­rów bez­piecz­nie do celu - powie­dział Shelby, trzy­ma­jąc wodze w jed­nej ręce i długi bat w dru­giej. Hadrian ani razu nie widział, żeby bił zwie­rzęta. Strze­lał nim tylko w powie­trzu. To wystar­czało. -?I trak­tu­jemy nasze obo­wiązki poważ­nie.

Shelby utrzy­my­wał konie w kłu­sie, od czasu do czasu dając im zwol­nić i odpo­cząć, zwy­kle kiedy wspi­nali się na wzgó­rze. Hadrian zdu­mie­wał się szyb­ko­ścią. Trwał jesz­cze ranek, a już minęli wio­skę Win­dham w kró­le­stwie War­ric. Ni­gdy nie jechałby na Tan­cerce w takim tem­pie rów­nie długo. Spo­kojne dwa­dzie­ścia mil to było mnó­stwo drogi na jeden dzień podróży. Wie­dział z doświad­cze­nia, że w nagłych sytu­acjach koń może poko­nać sto mil w ciągu dnia, ale potem wyczer­pane zwie­rzę będzie potrze­bo­wało dłu­giego odpo­czynku. Wymiana koni roz­wią­zy­wała ten pro­blem. Nie był to nowy pomysł. Od wie­ków korzy­stali z tego woj­skowi kurie­rzy, ale Hadrian wąt­pił, żeby kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wyko­rzy­stano ten patent w podró­żach lądo­wych cywili.

Uznał, że to genialny pomysł.

Podróż nie tylko była szybka, ale też zdu­mie­wa­jąco wygodna. Mimo zmar­z­nię­tej ziemi, licz­nych kolein i od czasu do czasu kamie­nia albo korze­nia jazda oka­zała się nad­zwy­czaj gładka. Powóz koły­sał się i pod­ska­ki­wał jak sta­tek na wzbu­rzo­nym morzu, ale nie szar­pał tak mocno, jak przy­wykł do tego Hadrian.

-?Czyj to powóz? -?zapy­tał.

-?Mój -?odpo­wie­dział Shelby.

-?Wygląda na drogi.

-?Bo jest.

Ewi­dent­nie nie­za­do­wo­lony z nie­chęci ojca do roz­wi­nię­cia tematu, wtrą­cił się Heath:

-?Mój ojciec i dzia­dek pra­co­wali jako sta­jenni dla króla Fre­de­ricka w Gale­an­no­nie. Mój dzia­dek marzył, żeby prze­nieść się do Ver­nesu, kupić barkę i otwo­rzyć wła­sny inte­res prze­woź­ni­czy na Ber­num. Zmarł, zanim mu się udało, ale zosta­wił oszczęd­no­ści i marze­nie mojemu ojcu, tyle że...

-?Nie mam zie­lo­nego poję­cia o bar­kach -?wszedł mu w słowo Shelby.

-?Ale pró­bo­wa­łeś -?zauwa­żył Heath. -?I dużo się nauczy­łeś.

-?Nauczy­łem się, że nie mam zie­lo­nego poję­cia o bar­kach. Posze­rzy­łem swoją wie­dzę także na tyle, żeby zdać sobie sprawę, że nie mam szansy kon­ku­ro­wać z kom­pa­niami już dzia­ła­ją­cymi na Ber­num.

-?Dowie­dzia­łeś się także o przy­stan­kach -?dodał Heath, któ­remu naj­wy­raź­niej nie odpo­wia­dało, że ojciec tak nisko się ceni. Odwró­cił się do Hadriana. -?Zna pan rzeczne barki?

-?Tak. Pły­ną­łem jedną z Ver­nesu do Col­nory. Nie było to nad­zwy­czajne doświad­cze­nie.

-?Więc wie pan, jak wymie­niają konie. Dzięki temu mogą pły­nąć cały dzień i noc. Stąd mój ojciec wziął pomysł powozu jeż­dżą­cego na sta­łych tra­sach z przy­stan­kami. Zatrzy­mał konie, a sprze­dał barkę. Zamiast pró­bo­wać kon­ku­ro­wać z rzecz­nymi kom­pa­niami, zapro­po­no­wał szybki, nie­za­wodny trans­port lądowy i zaczął zabie­rać pasa­że­rów do miast leżą­cych z dala od rzeki, takich jak Kil­nar, Swan­wick, Rati­bor, Aqu­esta i Col­nora. Nie ma tam żad­nego trans­portu publicz­nego. Mamy spory ruch w inte­re­sie, kiedy Ber­num zaczyna wyle­wać albo pod­czas suszy. A ponie­waż wymie­niamy konie po dro­dze, możemy jechać pra­wie bez prze­rwy. Żadne barki, a nawet kró­lew­skie karety nie podró­żują rów­nie szybko.

-?Tak, sam to zauwa­ży­łem.

Hadrian uznał wręcz, że jadą tro­chę za szybko. Może w cie­pły letni dzień byłoby to przy­jemne, ale pra­wie nie­ustanny kłus spra­wiał, że miał dość zim­nego wia­tru i mokrego śniegu na twa­rzy, przez który led­wie cokol­wiek widział.

-?Gładko jedzie, co?

-?Ow­szem. Zwy­kle na wozie czło­wie­kowi zęby pró­bują wypaść z głowy.

-?To genialny pomysł mojego syna -?powie­dział Shelby. -?Powóz to po pro­stu pudełko na osiach. Nie­ważne, jak ład­nie wygląda to pudełko, na­dal jest przy­mo­co­wane do czte­rech solid­nych kół. Heath oddzie­lił pudło od osi, sto­su­jąc... Jak to nazy­wasz?

-?Resory -?wyja­śnił Heath. -?To te dłu­gie pła­skie pasy wygię­tego metalu z zawia­sami na koń­cach, dzięki czemu nad­wo­zie, pudło, pod­ska­kuje na nich pod­czas jazdy. Nie­które powozy ary­sto­kra­tów są pod­wie­szone na skó­rza­nych pasach, ale to nie łago­dzi szcze­gól­nie przy­krego wra­że­nia, kiedy natra­fia się na kole­inę, a poza tym skóra jest mniej trwała. Przy budo­wie powozu zwy­kle jedna osoba robi nad­wo­zie, to naj­czę­ściej uta­len­to­wany meblarz, a drugi czło­wiek, kowal, robi osie, koła i całą resztę. W Tarin Vale jest taki jeden gość imie­niem Bar­tho­lo­mew, mistrz cechu koło­dziej­skiego, który robi wszystko.

-?Nie pra­cuje za szybko -?wtrą­cił Shelby.

-?Prawda, ale po tym, jak w wypadku zła­ma­li­śmy jedną oś, pra­co­wa­łem u niego...

-?Heath od dawna inte­re­suje się kowal­stwem. Ma do tego głowę - powie­dział Shelby z nie­skry­waną dumą. -?Cią­gle coś tam buduje. Wyna­lazł te sprę­żyny, na któ­rych pan teraz pod­ska­kuje.

-?Mia­łem pomysł -?wyja­śnił Heath -?a Bar­tho­lo­mew spra­wił, że to zadzia­łało.

-?Obaj tego doko­na­li­ście. Chło­pak jest bystrzej­szy, niż na to wygląda. O niebo bystrzej­szy od swo­jego ojca, to pewne. Powi­nien zostać doradcą króla albo lorda-kupca, ale tylko tyle mogę mu dać.

-?Wolę powo­zić -?gor­li­wie zapew­nił ojca Heath. -?Nie zno­sił­bym cią­głych ukło­nów. A poza tym uśmie­cham się od ucha do ucha za każ­dym razem, gdy widzę nasze nazwi­sko na drzwiach. -?Znowu odwró­cił się do Hadriana. - Zamó­wi­li­śmy u Bar­tho­lo­mew następny powóz. Będzie się nazy­wał Hura­gan Han­son i będzie miał o wiele lep­sze resory. Posłu­żymy się pękami osob­nych cien­kich meta­lo­wych pasów, ale praw­dziwa róż­nica polega na trzpie­niu w przed­niej osi, dzięki czemu pod­wo­zie z pro­sto­kąta zamieni się w trój­kąt. Wtedy koła od wewnętrz­nej będą mogły zakrę­cać ostrzej niż zewnętrzne. Dzięki temu łatwiej będzie go pro­wa­dzić i zmniej­szy się ryzyko, że się prze­wróci, co naprawdę pomoże w górach. Myślę, że dzięki Hura­ga­nowi skró­cimy czas podróży o jedną trze­cią.

-?Konie mogą mieć wła­sne zda­nie na ten temat -?odparł Hadrian.

-?Będziemy potrze­bo­wać wię­cej zmian. Mam nadzieję, że pew­nego dnia będziemy mieli flotę powo­zów wyjeż­dża­ją­cych każ­dego dnia z każ­dego więk­szego mia­sta od Tur Del Fur po Lank­steer. Wyobraża pan to sobie? Każdy, kto zechce, będzie mógł przyjść na sta­cję dyli­żan­sową, zapła­cić małą sumę i poje­chać do Col­nory, spę­dzić kilka godzin na zała­twia­niu tego, czego potrze­buje, i wró­cić do Med­fordu następ­nego dnia. A może nawet tego samego.

-?Chło­pak jest geniu­szem, ale też marzy­cie­lem -?ode­zwał się Shelby. -?Ma to pew­nie po dziadku. Mnie wystar­czyłby cie­pły komi­nek, pełny brzuch, wygodny fotel i miła kobieta. Ale nie jemu. Chciał­bym ci przy­po­mnieć, Heath, że jesteś mi winien wnuka.

-?Wezmę się za to.

-?Nie stwo­rzy­łem tego inte­resu, żeby padł, bo będziesz zbyt zajęty zmie­nia­niem świata.

-?Jesz­cze nie zna­la­złem tej jedy­nej.

-?Jesteś zbyt wybredny. Jeśli ma cztery koń­czyny, dwoje oczu i więk­szość pal­ców, to nie powi­nie­neś narze­kać.

-?Jak pan widzi, mój ojciec ma wyso­kie wyma­ga­nia.

Hadrian zare­cho­tał.

-?Jest pan żonaty, panie Blac­kwa­ter? -?zapy­tał Shelby. -?Czło­wiek, który odnosi takie suk­cesy... Na pewno ma pan już gro­madkę dzieci.

-?Wła­ści­wie to nie. Tak się składa... że przez wiele lat słu­ży­łem w woj­sku i od tego czasu... Zdzi­wiłby się pan, jak trudno zna­leźć kobietę, która ma więk­szość pal­ców.

Teraz Heath się roze­śmiał.

-?Ile ma pan lat, panie Blac­kwa­ter? -?zapy­tał Shelby. -?Jeśli mogę spy­tać.

-?Dwa­dzie­ścia cztery.

Shelby pokrę­cił głową i wes­tchnął.

-?Nie wiem, co myśleć o mło­dych ludziach w tych cza­sach. W wieku Heatha mia­łem już żonę i syna, a trójkę wię­cej, nim osią­gną­łem pań­ski wiek.

-?Ile ma pan dzieci?

Shelby nie odpo­wie­dział.

-?Teraz jestem tylko ja -?ode­zwał się Heath.

To dość gwał­tow­nie zakoń­czyło roz­mowę. Hadrian uznał, że zapę­dził się w rejony, w które nie powi­nien. Był roz­cza­ro­wany, bo roz­mowa poma­gała mu zapo­mnieć o zim­nym wie­trze, prze­ni­ka­ją­cym przez weł­nianą koszulę i pele­rynę, ale też derkę, którą dali mu Han­so­no­wie.

-?Prze­pra­szam, jeśli powie­dzia­łem coś nie­wła­ści­wego -?ode­zwał się.

-?Nie ma za co -?odparł Shelby.

Heath obej­rzał się na Hadriana.

-?Jakieś dzie­sięć lat temu nasza rodzina miała domek w Fal­lon Mire - powie­dział cicho, wska­zu­jąc połu­dnie z lek­kim odchy­le­niem na zachód. - To mała wio­ska w tam­tym kie­runku. Mia­łem osiem lat i cały czas dopra­sza­łem się, żeby ojciec zabrał mnie w trasę. Dla mnie to była wielka przy­goda. W końcu pozwo­lił mi pew­nego lata. Podróż była okropna. Nic nie ukła­dało się dobrze. Pogoda była paskudna, ugrzęź­li­śmy w bło­cie na dwa dni. Potem roz­wa­li­li­śmy koło pośrodku pust­ko­wia. Ojciec zatrud­nił się jako pomoc na far­mie, żeby zebrać pie­nią­dze na naprawę. Przez ponad dwa mie­siące miesz­ka­li­śmy w tym powo­zie. Ja strze­głem go i dba­łem o konie, pod­czas gdy ojciec pra­co­wał w polu i wra­cał póź­nym wie­czo­rem z odro­biną chleba i sera. Cały czas myśla­łem, jakiego mamy pecha. Pod­czas gdy mama roz­ko­szuje się latem, ja całymi dniami sie­dzę sam uwię­ziony w tym powo­zie. Oka­zało się, że się myli­łem. Tego lata zaraza przy­szła do Fal­lon Mire. Od tej pory jeste­śmy tylko my dwaj.

-?Przy­kro mi -?powie­dział Hadrian.

-?Tym bar­dziej nale­ża­łoby zna­leźć dziew­czynę i zało­żyć rodzinę - dora­dził synowi Shelby. -?Ni­gdy nie wia­domo, co się wyda­rzy. Tylko głu­piec czeka.

Hadrian spoj­rzał na pada­jący śnieg, który ude­rzał go w twarz i kleił mu się do rzęs.

Shelby Han­son ma rację, uznał.

***

Royce nie wie­dział, czy powi­nien sie­dzieć obok Gwen, czy naprze­ciwko. Oba roz­wią­za­nia miały dobre i złe strony, ale różne dobre i złe strony. Kiedy przy­szło co do czego, wybrał bez zasta­no­wie­nia i nie kie­ru­jąc się żadną logiką. Usiadł obok niej i natych­miast poża­ło­wał. Była tak bli­sko. Piko­wane skó­rzane sie­dze­nia były wąskie, więc doty­kali się rękami i nogami. A kiedy powóz przy­śpie­szył i zaczął pod­ska­ki­wać, czę­sto wpa­dali na sie­bie i zde­rzali się jak klasz­czące dło­nie.

Przez cztery lata zna­jo­mo­ści Royce dotknął Gwen tak nie­wiele razy, że pamię­tał każdą taką chwilę. Te intymne zde­rze­nia, wymu­szone na nim pod bacz­nym spoj­rze­niem Arca­diusa i Alberta, spra­wiały, że zatę­sk­nił za cza­sem spę­dzo­nym w kopalni soli. Zasta­na­wiał się, czy nie zamie­nić się miej­scami z Hadria­nem. Sie­dze­nie na zim­nie i wil­goci wyda­wało się rado­sne w porów­na­niu z tą tor­turą, ale powstrzy­my­wały go dwie rze­czy. Po pierw­sze, oba­wiał się zro­bić złe wra­że­nie. Nie chciał, żeby Gwen pomy­ślała, że nie może znieść sie­dze­nia obok niej. To było bar­dzo dale­kie od prawdy. Jed­nak nawet gdyby zostali tylko we dwoje, wciąż by cier­piał. Napię­cie było wręcz bole­sne. Wszy­scy poza tym spra­wiali wra­że­nie szczę­śli­wych i zado­wo­lo­nych. Albert i Arca­dius cza­sem nawet przy­sy­piali. Royce sie­dział cały czas napięty, bo w każ­dej chwili mógł popeł­nić błąd, powie­dzieć albo zro­bić coś głu­piego.

Od kiedy to się stało pro­ble­mem?

Towa­rzy­stwo Gwen zawsze spra­wiało mu przy­jem­ność. Od pierw­szych tygo­dni, kiedy opie­ko­wała się nim, aż odzy­skał zdro­wie, czuł się przy niej tak swo­bod­nie, jak przy nikim innym dotąd. A jed­nak nie­dawno Royce odkrył, że nara­sta w nim nie­po­kój, gdy znaj­duje się w pobliżu niej. Czuł się tak, jakby natra­fił na kru­che por­ce­la­nowe cacko, które stało mu się nie­zbędne do życia, i potwor­nie bał się, że je stłu­cze. Gwen stała się tak cenna, że to aż bolało. Prze­ko­nany, że upo­ko­rze­nie zwią­zane z popeł­nio­nym błę­dem zosta­nie tylko zwięk­szone przez obec­ność widowni, cier­piał nie­zno­śne katu­sze.

Może uda­łoby mu się wmó­wić pozo­sta­łym, że zamie­nia się z Hadria­nem, bo dba o przy­ja­ciela kosz­tem wła­snego kom­fortu, ale, o ile takie zacho­wa­nie paso­wało do Hadriana, dla Royce'a było zde­cy­do­wa­nie nie­ty­powe. I zosta­wała jesz­cze druga kwe­stia. Mimo katu­szy zwią­za­nych z potwor­nym upo­ko­rze­niem i zaże­no­wa­niem prze­ko­nał się, że sie­dze­nie obok Gwen DeLancy -?nacisk jej ciała, cie­pło, zapach wło­sów -?było nie­wia­ry­god­nie przy­jemne i potwor­nie uza­leż­nia­jące. Przy­po­mi­nało to upi­cie się winem Mon­te­mor­cey. Bukiet i smak były wyśmie­nite i im wię­cej pił, tym bar­dziej był upo­jony. Wkrótce stra­cił resztki roz­sądku i za bar­dzo zaczął się roz­ko­szo­wać. Jego trzeźwe ja ostrze­głoby go, ale ogłu­piały alko­ho­lem umysł nie był zdolny do rze­czo­wego osądu. Wkrótce wino odbie­rze mu wszelki roz­są­dek, z jakim się uro­dził, i zostawi go odsło­nię­tego i nara­żo­nego na cios. Potem, rzecz jasna, nadej­dzie kata­strofa. A jed­nak kiedy pro­po­no­wano mu kolejny kie­li­szek, jego trzeźwy umysł czę­ściej się zga­dzał, niż odma­wiał. Royce nie rozu­miał, jak do tego doszło, tak samo jak nie rozu­miał, dla­czego zlał się potem.

***

-?Jesteś nad­zwy­czajną kobietą, Gwen­do­lyn -?powie­dział Arca­dius, kiedy skoń­czył ją wypy­ty­wać o jej prze­szłość i prze­tarł przo­dem szaty oku­lary. Robił to już czwarty raz, odkąd wyje­chali z ulicy Prze­kor­nej, i Royce zaczął podej­rze­wać, że brud musi kryć się w jego oczach. -?Zawia­du­jesz spo­rym inte­re­sem i aż się zasta­na­wiam, ile byś zdzia­łała, dys­po­nu­jąc lep­szym wykształ­ce­niem. Są pro­gramy na uni­wer­sy­te­cie dla potom­ków rodów kupiec­kich, kursy na temat eko­no­mii w ogóle i regio­nal­nej, prawa han­dlo­wego, księ­go­wo­ści i naj­lep­szych metod orga­ni­zo­wa­nia ksiąg i rachun­ków. Taka osoba jak ty wypo­sa­żona w taką wie­dzę i umie­jęt­no­ści mogłaby wkrótce zamiesz­kać w Dziel­nicy Szla­chec­kiej, zawia­du­jąc tuzi­nem legal­nych inte­re­sów i brać udział w Jesien­nej Gali w Med­for­dzie na zapro­sze­nie samego króla.

Gwen zaśmiała się nie­zręcz­nie.

-?Nie mia­ła­bym co na sie­bie wło­żyć.

-?Och, myślę, że mia­ła­byś już wtedy pie­nią­dze na wspa­niałą gar­de­robę.

-?Nie wie­dzia­ła­bym, co kupić.

-?Z rado­ścią bym pomógł -?wtrą­cił się Albert. Sie­dział z głową opartą o wyście­łaną ścianę powozu koło okna, gdzie przez więk­szość drogi pró­bo­wał się zdrzem­nąć, bo przy­znał, że nie­wiele spał poprzed­niej nocy. - Dora­sta­łem u boku mojej ciotki w posia­dło­ści Huf­fing­ton w oto­cze­niu ary­sto­kra­tek. Dla każ­dej byłem czymś pomię­dzy wier­nym słu­żą­cym a adop­to­wa­nym synem. Nie znam się na wojaczce, ale jestem znawcą mody dam­skiej.

Gwen pokrę­ciła głową.

-?Poza tym nie rozu­mia­ła­bym kon­wer­sa­cji i nie wie­dzia­ła­bym, co powie­dzieć. Naj­pięk­niej­sza suk­nia na świe­cie nie pomo­głaby mi roz­ma­wiać z dżen­tel­me­nami i damami, któ­rzy oce­niają ludzi po kolo­rze skóry. To wszystko brzmi cudow­nie, ale wąt­pię, żeby naprawdę takie było. Sie­dzia­ła­bym, czu­jąc się nie­zręcz­nie i nie na miej­scu, pocąc się i żału­jąc, że nie jestem gdzie indziej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki