Od autora
Kiedy w 2010 roku ukończyłem serię Odkrycia Riyrii, byłem gotowy
zostawić za sobą Royce'a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu
tylko jedna historia, a nie życiowe powołanie. Do tej pory pewnie już
usłyszeliście, że moja żona, Robin, narzekała, że chce spędzić więcej
czasu z miłością swojego życia -?Hadrianem. Nie podobało jej się, że
stanąłem między nimi. Chciała więcej, a ja nie zamierzałem ułatwiać jej
romansu z innym mężczyzną. Gdy wydawnictwo Orbit przygotowywało się do
ponownego wydania serii Odkrycia Riyrii, musiałem usunąć wersje, które
wydałem własnym sumptem. W rezultacie przez kilka miesięcy nie miałem
żadnych książek w sprzedaży. Robin uznała to za marketingową wpadkę i postanowiła wypełnić tę lukę opowiadaniem, które miało promować ponowne
wydanie serii. Innymi słowy namówiła mnie do napisania opowiadania The
Viscount and the Witch. Napisałem je, ponieważ uważałem, że to
przyzwoita, zamknięta całość, opowiadająca o tym, jak Royce i Hadrian
poznali Alberta Winslowa, co miało miejsce w drugim roku ich współpracy.
Uznałem, że to dobry początek powieści i zacząłem zastanawiać się, czy
nie napisać ciągu dalszego tej historii.
W tamtym czasie nowa powieść, nad którą pracowałem, Antithesis,
zapowiadała się na porażkę, więc zacząłem pisać Różę i Cierń -?The
Rose and Thorn. Nawiasem mówiąc, oficjalny tytuł -?The Rose and the
Thorn -?został wybrany przez wydawnictwo Orbit z powodów, których nigdy
do końca nie zrozumiałem i z którymi się nie zgodziłem, ale nie miałem w tej kwestii nic do powiedzenia. W każdym razie, zanim ją skończyłem,
zdałem sobie sprawę, że to głupio pisać o drugim roku współpracy, nie
przedstawiając pierwszego. Pomyślałem, że nie mam wyjścia: muszę opisać
historię powstania Riyrii. Odłożyłem więc Różę i Cierń i napisałem
Wieżę Koronną, a potem wróciłem do skończenia tego, od czego zacząłem.
Moja żona była szczęśliwa, nawet jeśli wydawnictwo Orbit nieszczególnie
-?nie lubią tam prequeli i próbowano by mnie zniechęcić do pisania,
gdyby wiedzieli, czemu poświęcam czas. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że
ta rozmowa nie skończyłaby się dobrze.
Po ukończeniu tych dwóch powieści wreszcie mogłem porzucić Elan i gatunek fantasy, żeby zająć się innymi rodzajami pisarstwa, widzicie
bowiem, że nigdy nie planowałem zostać pisarzem fantasy.
Tyle że nie mogłem uwolnić się od Elanu. Jeszcze nie.
Czułem się zobowiązany do opowiedzenia prawdy o przeszłości Elanu i rozpocząłem sześciotomową serię Legendy Pierwszego Imperium (kolejny
cykl prequeli), którą chciało opublikować wydawnictwo Penguin Random
House. Jednakże między planowaną datą premiery Epoki mitu a wydaniem
ostatniej książki o Riyrii minęłyby ponad cztery lata, a zgodnie z nową
umową z wydawnictwem Penguin Random House nie mogłem opublikować
kolejnej powieści o Elanie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku.
To oznaczałoby rok 2021, czyli minęłoby prawie dziesięć lat od Róży i Ciernia, zanim ktokolwiek ponownie usłyszałby o Roysie i Hadrianie. To
byłoby zdecydowanie zbyt długo. Wtedy Robin wpadła na pomysł, żebym
opublikował nową książkę o Elanie, nim zacznie obowiązywać umowa.
-?Jak szybko potrafisz napisać nową historię o Riyrii? -?zapytała.
Okazało się, że odpowiedź brzmi: w sześćdziesiąt osiem dni. Książka
Śmierć Dulgath została opublikowana pod koniec 2015 roku, zaledwie
kilka miesięcy przed Epoką mitu.
Po ukończeniu Legend Pierwszego Imperium, kiedy czekałem na wydanie
książek, bawiłem się pomysłem stworzenia serii "powieści pomostowych",
które wypełniłyby ogromną lukę między Legendami a Riyrią. W ten
sposób powstał cykl The Rise and Fall, ale praca nad nim znowu
oznaczałaby długą lukę między opowieściami o Riyrii, więc zrobiłem sobie
przerwę i napisałem Zniknięcie córki Wintera. Następnie, z powodu
zmiany polityki wydawnictwa Penguin Random House (wymagającej zachowania
praw do audiobooków, które już sprzedaliśmy), nie mogliśmy wydać u nich
ostatnich książek z serii Legendy Pierwszego Imperium. Co więcej,
podział wypadł dość niezręcznie (cztery u nich i dwie u nas). Ponieważ
ten konkretny cykl bardziej przypominał dwie ściśle powiązane ze sobą
trylogie, Robin zdołała odzyskać prawa do Epoki legendy i przywrócić
równowagę: trzy do trzech. Szczęśliwym efektem ubocznym tych
renegocjacji było wydanie Zniknięcie córki Wintera w limitowanej
edycji już w 2017 roku.
A cały ten wywód sprowadza się do stwierdzenia, że ostatnia książka o Riyrii została wydana siedem lat temu. Biorąc to pod uwagę, czy warto
było poświęcić czas na napisanie kolejnej? Czy ktokolwiek nadal
interesował się Royce'em i Hadrianem? Czy komukolwiek zależało?
Zadałem to pytanie w kilku poprzednich książkach i podałem swój adres
e-mailowy, aby uzyskać odpowiedź. Kilka osób poświęciło czas, żeby
napisać. Oto niektóre z ich wypowiedzi:
"Podobno w przedmowach do swoich książek pytasz, czy chcemy kolejnych
powieści. Chcę tylko powiedzieć: Tak! Więcej Royce'a i Hadriana.
Prosimy!".
"Twoje książki z tymi bohaterami są wspaniałe! Poprosiłeś, żeby
czytelnicy dali ci znać, jeśli chcą więcej. Ja chcę więcej!".
"Jestem świeżo po Śmierci Dulgath i z całą pewnością mogę przeczytać
jeszcze sto kolejnych przygód Hadriana i Royce'a".
"Zastanawiam się, czy są jakieś nowsze przygody Hadriana i Royce'a.
Tęsknię za tymi facetami".
Nadeszły setki innych podobnych komentarzy, co sprawiło, że pomyślałem,
że może... być może... nadszedł czas, by napisać kolejną powieść.
Pojawił się jeszcze jeden czynnik, który wpłynął na powstanie tej
powieści. Czytelnicy, którzy właśnie skończyli cykl Legendy Pierwszego
Imperium oraz trzy książki z cyklu The Rise and Fall byli nieco
zestresowani. Stawka wzrosła, a dramat był... cóż... bardziej dramatyczny. A po drodze wiele serc zostało złamanych, i to więcej niż jeden raz.
Czytelnicy potrzebowali wytchnienia i prosili o coś zabawnego, coś
bardziej "z życia wziętego", co nie wiązałoby się z potencjalnym końcem
świata albo śmiercią ukochanego bohatera. Marzyły im się stare, dobre
wakacje z Riyrią. Nigdy nie piszę w odpowiedzi na zapotrzebowanie
czytelników. Zawsze pisałem tylko te historie, które sam chcę czytać -
tak jest najlepiej, naprawdę. Pisanie dla innych sprawia, że czas
spędzony przy klawiaturze to mordęga zamiast radości, ale...
Jest jeden czytelnik -?czytelniczka, która potrafi wpłynąć na moje
decyzje. A ona chciała, wręcz potrzebowała odrobiny radości w tych
trudnych czasach. Postanowiłem więc napisać książeczkę, która
zaspokoiłaby pragnienie mojej żony, żeby spędzić trochę czasu z dwiema
postaciami, które uwielbia: Royce'em i Hadrianem.
Kłopot w tym, że ci dwaj nic na to nie poradzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.
Oto więc Drumindor, kolejna historia, której zakończenie wielu już
zna. Zaczęła się jako zabawna, beztroska przygoda, a z czasem
przerodziła się w coś znacznie więcej, w coś zupełnie nieoczekiwanego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Ale nim zaczniecie, mam pewne ogłoszenie... posłuchajcie, proszę.
Michael J. Sullivan
wrzesień 2024
Projekt The Cycle
Wraz z zakończeniem serii The Rise and Fall oraz wydaniem Drumindoru
niektórzy z was zaczęli pytać: "Co dalej?". I nie dość, że pytaliście,
to jeszcze sugerowaliście.
Niektórzy z was chcieli poznać historię Pierwszej Wojny, inni wczesne
lata życia Royce'a i Hadriana. Chociaż po wydaniu Róży i Ciernia,
kiedy przekonaliście się, jaki dawniej był Royce, takich próśb pojawia
się mniej. Jednakże najczęściej dopraszaliście się o książki
rozgrywające się po serii Odkrycia Riyrii. Żeby zrozumieć, dlaczego
opierałem się temu pomysłowi, musicie dowiedzieć się, jak piszę swoje
książki.
Nie jestem fanem opowieści, które zaczynają się fantastycznie, a potem
szybko tracą rozpęd z każdą kolejną częścią. Zazwyczaj dzieje się tak,
ponieważ autor od razu ujawnia wszystkie swoje najlepsze pomysły, żeby
zdobyć czytelników. Ja tak nie robię. Kiedy zaczynałem Odkrycia
Riyrii, wątpiłem, czy cokolwiek z tego zostanie wydane, więc nie
martwiłem się tym, czy od razu zrobię wielkie wrażenie. Zamiast tego
zachowałem najbardziej smakowite kąski na koniec. W rezultacie ostatnia
książka z tego cyklu okazała się najlepsza -?zgodnie z zamierzeniem -
głównie dlatego, że była kulminacją wszystkiego, co wydarzyło się
wcześniej. Wiedząc, że nie zdołam tego przebić, nawet nie próbowałem.
Sama koncepcja była dla mnie niepojęta. Jak mogłem podnieść stawkę
jeszcze bardziej? Jak mógłbym sprawić, żeby punkt kulminacyjny stał się
jeszcze bardziej dramatyczny? Wątek toczący się przez całą serię został
już zamknięty i zwyczajnie nie dało się przebić Percepliquis. Żeby to
osiągnąć, potrzebowałbym większego, głębszego i jeszcze bardziej
nadrzędnego wątku fabularnego: jeszcze wyższej stawki, większej liczby
postaci i potężniejszego finału. Nie zdając sobie z tego sprawy, ludzie
prosili mnie o ni mniej, ni więcej jak stworzenie zupełnie nowej serii
poświęconej powstaniu świata i imperium novrońskiego. A potem musiałbym
stworzyć kolejną serię, która łączyłaby te książki z opowieściami o Riyrii. I robiąc to wszystko, musiałbym jakoś podsycać rosnącą chęć -
nie, desperacką potrzebę -?ze strony czytelników, żeby dowiedzieć się,
jak to wszystko się skończy.
A to, drogi przyjacielu, jest po prostu szaleństwem.
Można by argumentować, że nie jestem do końca rozsądny, ponieważ
dokładnie to zrobiłem, poświęcając dekadę na pisanie Legend Pierwszego
Imperium i The Rise and Fall. To przedsięwzięcie, którego
zwieńczeniem była publikacja powieści Farilane i Esrahaddon,
sprawiło, że pojawił się nowy kandydat do miana najczęściej zgłaszanej
sugestii: chcieliście wiedzieć, co stanie się z Turinem.
Pod pewnymi względami to było dobre, bo w końcu o to właśnie chodziło -
żeby obudzić w moich czytelnikach głód czegoś większego. Niestety to też
przypomina sytuację, kiedy zwracasz na siebie uwagę wszystkich,
przechwytując mikrofon na weselu. Publika oczekuje, że powiesz coś
wartego uwagi, a okazuje się, że położenie fundamentów było
najłatwiejszą częścią wyzwania.
Przeszkody okazały się przytłaczające. Musiałbym wymyślić coś całkiem
nowego i gładko połączyć to z aspektami Elanu znanymi wcześniej tylko
mnie. Musiałem też powiązać dwadzieścia książek w jedną spójną całość,
zachowując jednocześnie ustalone zasady i prawa mojego świata -?co
oznaczało, że nie mogłem oszukiwać. Te z góry ustalone, nośne ściany,
których nie można przenieść ani usunąć, utrudniałyby mi, o ile nie
całkowicie uniemożliwiły, stworzenie arcydzieła, które mogłoby spróbować
przebić Percepliquis. Z tego powodu nie wiedziałem, czy to, co miałem
nadzieję stworzyć, jest w ogóle możliwe.
W obliczu tego wręcz niewykonalnego zadania postąpiłem tak, jak
postąpiłaby każda normalna osoba na moim miejscu. Powołałem komisję
złożoną z wysoce wykwalifikowanych ekspertów od świata Elanu i poleciłem
im ocenić, czy warto w ogóle rozważać podjęcie się takiego projektu. Tak
powstała komisja zwana The Exploratory Committee, a biorąc pod uwagę
wymagania konieczne do zasiadania w tak szanowanym ciele doradczym, TEC
okazała się komisją jednoosobową. Zasiadłem w niej tylko ja.
23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomieszczenia badawczo-rozwojowego, do
którego drzwi zostały zabite gwoździami. Od ponad dwóch i pół roku
komisja obraduje w tajemnicy. Ostatnio jednak pojawiło się kilka
przecieków -?zarówno dobrych, jak i złych. Najgorsze jest chyba to, że
"Projekt" nie może doczekać się zielonego światła, dopóki nie zostaną
napisane wszystkie konieczne książki. Nie lubię obiecywać czegoś, czego
ostatecznie mogę nie zrobić, więc nic nie obiecuję. Najlepszą
wiadomością jest to, że "Projekt" został oficjalnie przemianowany na:
The Cycle. Nie doszłoby do tego, gdyby komisja nie pokładała dużej
wiary w projekt, ponieważ nadanie czemuś nazwy ma moc tchnięcia w to
życia.
Ponieważ Drumindor może być ostatnią powieścią, jaką opublikuję w ciągu kilku najbliższych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli
okazji do tych małych pogawędek. W związku z tym chcę dać wam możliwość
śledzenia postępów w projekcie The Cycle. Możecie to robić,
odwiedzając naszą stronę internetową pod adresem bit.ly/the-cycle lub
zaglądając na serwer Discorda pod adresem bit.ly/cycle-discord. Za ich
pośrednictwem będziemy starać się informować was na bieżąco o wszelkich
istotnych zmianach.
Towarzysze w lekturze
Czy podczas czytania lub słuchania książki Michaela J. Sullivana
zdarzyło wam się kiedyś, że po zakończeniu rozdziału lub sceny
chcieliście z kimś o tym porozmawiać, ale zdaliście sobie sprawę, że nie
znacie nikogo, kto by też ją czytał? Czy zdarzyło wam się, że aż was
skręcało, tak bardzo chcieliście podzielić się jakąś teorią? Albo
potrzebowaliście, żeby ktoś odpowiedział wam na pytania? A może po
prostu wściekliście się jak diabli z powodu śmierci ukochanej postaci i szukaliście kogoś, kto by was wysłuchał, zrozumiał i okazał współczucie?
Cóż, dzięki Discordowi istnieje właśnie takie miejsce
(bit.ly/elandiscord). Znajdziecie tam osobne kanały poświęcone każdej z dwudziestu powieści Michaela osadzonych w Elanie. Aby łatwiej można było
go znaleźć, tymczasowo przenieśliśmy kanał Drumindor na szczyt listy
(bit.ly/dru-start). Tam możecie porozmawiać z innymi Sullifanami, nie
obawiając się spoilerów. Na kanale Drumindor znajdziecie także:
news: ogłoszenia dotyczące produkcji i informacje o premierach.
Michael może również powiadomić o wydarzeniach, w których weźmie
udział, i poinformować, do jakich miast się wybiera.
author-free-zone: kanał, na którym możecie omawiać kwestie, o których
nie chcecie, żeby wiedzieli Michael lub Robin Sullivan.
ask-michael-or-robin: kanał, na którym możecie zadawać pytania
autorowi lub "kobiecie stojącej za książkami", dotyczące wszystkiego,
co nie jest związane z pisaniem, na przykład na temat zamawiania
książek.
typos: jeśli zauważycie błąd w książce, zgłoście go, żeby został
poprawiony w następnych wydaniach.
end-of-the-book-discussion: miejsce, w którym nie ma miejsca na
spoilery, ponieważ wszyscy tam obecni przeczytali już całą historię.
A jeśli chcecie nawiązać kontakt z innymi zagorzałymi czytelnikami
Sullivana, istnieje również tętniący życiem i popularny serwer Riyria:
strona założona i prowadzona przez fanów książek Michaela. Autor często
odwiedza tę stronę, by podzielić się nowinami, ogłoszeniami albo po
prostu odpowiedzieć na pytania nurtujące czytelników. Znajdziesz ją
tutaj: bit.ly/riyria-discord.
Aha, jeszcze coś, co może wam się spodobać. Dla tych, którzy chcieliby
dowiedzieć się czegoś więcej o Elanie i związanych z tym światem
historiach, istnieje wspaniały kanał na YouTube o nazwie Riyria
Explained; można go znaleźć pod adresem bit.ly/riyria-explained.
Znajdziecie tam dogłębne analizy popularnych tematów, ale zachowajcie
ostrożność. Chociaż jego twórca stara się unikać spoilerów, a przynajmniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.
Rozdział 1. Ostatni Berling
Rozdział 1
Ostatni Berling
-?Przykro mi, Gravis -?powiedział najbardziej współczującym tonem lord
Byron, chociaż z doświadczenia wiedział, że ten ton nie wystarczy -?ale
z żalem muszę przekazać ci nieprzyjemną nowinę: zostałeś zwolniony z obowiązków.
Krasnolud stał przed lordem Byronem i wspaniałym biurkiem, potwornie nie
pasując do wystawnego gabinetu.
Pewnie do żadnego miejsca by nie pasował, pomyślał lord Byron.
Krasnolud nie miał nawet trzech stóp wzrostu, włosy sięgały mu niżej
kolan, a broda ocierała się o podłogę. Brwi, które wyrastały na mocnym
łuku brwiowym, wyglądały jak para zaniedbanych żywopłotów, których
ogrodnik zmarł sto lat temu. Te brwi rzucały złowieszczy cień na jego
twarz. Ogólnie rzecz biorąc, Gravis Berling wyglądał praktycznie jak
włochaty stóg siana z parą żałosnych ślepi.
Z drugiej strony oni wszyscy tak wyglądają, nieprawdaż? -?pomyślał lord
Byron.
-?Nie rozumiem, panie -?powiedział Gravis głosem typowym dla
krasnoludów: basowym i przypominającym zgrzyt kamienia.
Lord Byron niewiele wiedział o krasnoludach, chociaż zatrudniał ich małą
armię. Jak wszyscy słyszał legendy, żarty w pubach i widywał je w przedstawieniach teatralnych, gdzie zawsze grały złoczyńców. Krasnoludy
niewątpliwie pasowały do takiej roli. Małe i włochate, przemykały w mroku, czuły się jak u siebie w domu w podziemiach, gdzie żaden rozsądny
człowiek w życiu by się nie zapuścił. Szczury były takie same i budziły
w ludziach strach oraz nienawiść. Ludzie, w których nie budziły
obrzydzenia, należeli zwykle do tego rodzaju, który uważał małe włochate
stworzenia za milutkie, jak te damy, które próbują się opiekować ranną
wiewiórką albo szopem. Jednak krasnoludy nie były niczym takim. Nie były
też równie proste jak niemile widziane gryzonie. Krasnoludy były
niebezpieczne, a ich nikczemny wzrost tylko wprowadzał w błąd. Lord
Byron widział raz, jak krasnoludzki górnik zmiażdżył skałę gołą ręką.
Uzbrojeni w oskardy krewniacy Gravisa potrafili przebić się przez kamień
jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były przerażająco silne, to jeszcze
wytrzymałe jak wilki i długowieczne jak żółwie. Według niektórych
opowieści mogły przeżyć pięć stuleci. Lord Byron miał powody, żeby
wierzyć, że w tych historiach kryje się prawda, bo sam Gravis miał
spokojnie ponad setkę. Lata uwidaczniały się w liniach żłobiących mu
twarz, w głębokich dolinach pod smętnymi oczami, w szorstkiej siwiźnie
wszystkich jego włosów. Niektóre legendy sugerowały wręcz, że krasnoludy
nie urodziły się z ciała i krwi, ale zostały stworzone z kamienia. To
dlatego ich głosy zgrzytały tak nieprzyjemnie i dlatego krasnoludy nie
miały żadnych uczuć.
-?Co ma pan na myśli, mówiąc o zwolnieniu z obowiązków?
Lord Byron zmarszczył brwi rozczarowany tą reakcją. Udaje głupka,
pomyślał. Naprawdę miałem nadzieję, że inaczej się to potoczy. Z drugiej
strony miałem też nadzieję, że minie mi podagra w lewym palcu stopy.
-?Od tej chwili -?wyjaśnił lord Byron -?nie jesteś już pracownikiem
Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu.
Krasnolud zmrużył oczy i zjeżył potworne brwi. Wyglądają jak zjeżone
gąsienice niedźwiedziówki, pomyślał lord. Gąsienice potrafią się jeżyć?
Stroszyć futro? To dlatego nazywają je niedźwiedziówkami? Wątpię.
-?Co to znaczy, panie? -?dopytywał się dalej Gravis, najwyraźniej
odgrywając ignoranta.
Lord Byron oparł się pokusie przewrócenia oczami. Miał za sobą długi
dzień, z czego większość zajęło mu zwalnianie ponad dwóch tuzinów
krasnoludów. Mógł kazać, żeby zajął się tym brygadzista, i teraz
żałował, że tak nie zrobił, ale uważał, że pewne rzeczy należy załatwiać
w stosowny sposób. Delgos był republiką, a nie monarchią. Pracownik miał
prawo usłyszeć nowinę o zwolnieniu bezpośrednio od swojego pracodawcy.
-?To znaczy, że już tu nie pracujesz, Gravis. Otrzymasz ostatnie
wynagrodzenie przy drzwiach, gdy będziesz wychodził.
Krasnolud patrzył dalej, jakby nie rozumiał po rhuńsku. Krasnoludy
czasem tak robiły -?udawały głupich, mamrocząc coś pod nosem w swoim
własnym języku.
-?Ale... -?Gravis rozejrzał się po gabinecie. -?Ja tu nie pracuję. Ja
pracuję w Drumindorze, panie.
Lord Byron spodziewał się, że stary inżynier okaże się problemem. Gravis
Berling pracował dla Zarządu Portu dłużej niż ktokolwiek inny, dłużej
nawet niż sam lord Byron. Dodatkowo istniał problem jego rodowego
nazwiska. Podobno niejaki Andvari Berling, pradawny krasnolud,
zaprojektował i nadzorował budowę fortecy. Lord Byron nie był co do tego
przekonany, ale nie mógł tego wykluczyć. Wszystko jest możliwe, prawda?
Gravis z pewnością uważał, że to możliwe, i w jego głowie Drumindor
należał do niego -?starożytna forteca była jego dziedzictwem. Dlatego
lord Byron nalegał, żeby starego inżyniera przyprowadzono do biura jako
ostatniego. Wiedział, że spotkanie będzie niepotrzebnie wyczerpujące i skończy się sceną. Już nie mógł się doczekać, kiedy wynagrodzi to sobie
filiżanką herbaty i długim spacerem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga
oczyścić myśli jak słone morskie powietrze i kubek gorącego salifanu,
zwłaszcza z odrobiną świeżo wyciśniętej cytryny. Filiżanka herbaty
zdecydowanie wymaga świeżej cytryny, bo inaczej jaki w tym sens?
Lord Byron nie lubił scen ani żadnych innych niepokojów. Był poukładanym
człowiekiem, który budził się każdego ranka o wschodzie słońca, zawsze
najpierw wkładał lewy but, a potem prawy, nigdy nie wychodził z domu bez
kapelusza i rękawiczek. Zawsze należało postępować, zachowując porządek,
a sercem i duszą porządku są utarte szablony. Ludzie tacy jak Gravis
wnoszą... bałagan. Kontakty z nim bardzo przypominały przetykanie
zapchanej rury gołą ręką. I gdyby przycisnąć go w tej kwestii, lord
Byron przyznałby się do pewnej niedoskonałości charakteru, jaką była
skłonność do odkładania na później wszystkiego, co mogło okazać się
przykre. Poinformowanie Gravisa Berlinga, że nie będzie mógł dłużej
zajmować się swoim ukochanym Drumindorem po ponad stu latach pracy, z całą pewnością okaże się nieprzyjemne.
Lord Byron westchnął poirytowany, zanim powiedział coś, o czym był
przekonany, że Gravis doskonale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym
pojęcia:
-?Drumindor stanowi część Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu,
Gravis. Dlaczego udajesz tak ograniczonego?
Może niepotrzebnie użył słowa "ograniczony". Lord Byron wątpił, żeby
ktoś taki jak Gravis wiedział, co ono znaczy. Jednak bez względu na
powód, krasnolud nagle zaczął sprawiać wrażenie, jakby przestał słuchać.
Mimo ubogiego słownictwa wiadomość dotarła do Gravisa. Może potrzebowała
chwili, żeby przebić się przez ten gąszcz kudłów.
-?Pracowałem tam całe życie, ja... -?Krasnolud pogładził brodę, strzelając
oczami na boki w niesprecyzowany, acz paniczny sposób.
Lord Byron widywał podobne zachowanie u mężczyzn zbliżających się do
szubienicy. Gravis był przerażony, jak każdy w obliczu bardzo nagłego
końca długiego życia.
-?Nigdy nie miałem dzieci -?wyznał krasnolud. Nagle zaczął brzmieć,
jakby brakowało mu powietrza. -?Jestem ostatnim z Berlingów. Ostatnim!
Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona... -
Zawahał się, jakby nowa i straszliwa myśl przekroczyła próg jego umysłu.
-?Moja Ena jest chora! Biedactwo. Choruje już od pewnego czasu i jej
stan się pogarsza. Jak ja... Bez pracy będę musiał płacić czynsz za naszą
chałupinę. Jeśli ją stracę, nie zostanie mi nic. Nigdzie nie znajdę
zatrudnienia, nie w tym wieku. -?Popatrzył na swoje ręce, jakby go
zdradziły. -?Co zrobiłem nie tak, panie? Przysięgam na waszego boga i na
mojego, że wszystko naprawię. Naprawdę. Zrobię wszystko. Proszę. Proszę.
Lord Byron spodziewał się tego pytania. Wszyscy je zadawali i za każdym
razem odpowiadał tak samo.
-?To nie twoja wina, Gravis. Triumwirat Administracyjny Tur Del Fur
uznał, że w obliczu ostatnich niepokojów dalsza zgoda na to, by twoi
pobratymcy zawiadywali Drumindorem, stanowi... cóż, zagrożenie dla
bezpieczeństwa miasta.
-?Jakie niepokoje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagrożeniu
bezpieczeństwa? -?Gravis wyglądał na zagubionego. -?Berlingowie...
zbudowali Drumindor, panie. Ta... ta cała zatoka nie była zdatna do
zamieszkania, dopóki nie przybył tu Andvari Berling. Powiem panu, co
jest zagrożeniem: brak Berlinga, który należycie zająłby się staruszką.
To jest właśnie niebezpieczne. Zwolnienie mnie z obowiązków, jak pan to
ujął, jest nieodpowiedzialne, niebezpieczne i stanowi absolutne
zagrożenie dla bezpieczeństwa miasta.
-?Mam świadomość, że twój...
-?Druma wybuchała przez cały czas, do diaska, buchając chmurami popiołu
i trujących gazów, wypuszczając strumienie lawy. Ta śliczna zatoczka
była trującą, śmiercionośną pułapką, zanim zbudowaliśmy Drumindor!
-?Tak, doskonale rozumiem...
-?I jeszcze byli piraci, Daccańczycy i Ba Ran. Pustoszyli te wybrzeża!
Gdyby nie "moi pobratymcy", nie byłoby Drumindoru, Tur Del Fur, żadnego
Stowarzyszenia Zarządu Portu ani Triumwiratu Administracyjnego! Gdyby
nie moi ludzie, ten gabinet byłby dymiącym kraterem stopionej skały! Te
wszystkie wasze śliczne sklepiki, kawiarenki, wyszynki i teatry w ogóle
by nie istniały.
-?To nie jest moja decyzja, Gravis.
-?Jest pan przewodniczącym Stowarzyszenia Zarządu Portu! -?Zgrzyt żwiru
zamienił się w ryk lwa. -?Właśnie pan powiedział, że Drumindor to część
tego zepsiałego Stowarzyszenia.
-?Tak, ale nie ja rządzę krajem. Decyzję podjął Triumwirat. Jeśli się z tym nie zgadzasz, zwróć się z pretensjami do nich.
Oto była tarcza lorda Byrona. Nigdy dotąd nie myślał o tym w taki
sposób, zanim nie został świadkiem przemiany Gravisa z błędnego
czarodzieja zębatek i przekładni w coś o wiele bardziej przerażającego.
Raz jeszcze lord Byron przypomniał sobie, jak naga dłoń tamtego górnika
zamieniła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gravisa,
nawet jeśli stare, nadal mogły posiadać siłę wykraczającą daleko poza
możliwości śmiertelnika.
-?Pewnie, to nie zależy od ciebie. To nie zależy nawet od Nieświętej
Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmienią sposobu, w jaki ludzie myślą -
powiedział zrezygnowany Gravis, a potem spojrzał na wypolerowaną podłogę
i pokręcił głową. -?Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśleliśmy, że w republice będzie inaczej. Bez królów, cesarzy, Kościoła. Po prostu wolni
ludzie zajęci własnymi sprawami. Niestety nic się nie zmieniło. Zawsze
jest tak samo. -?Podniósł wzrok i przeszył lorda Byrona spojrzeniem. -
To ja powinienem zwalniać ciebie, was wszystkich. Drumindor jest mój i żaden z was na niego nie zasługuje. Nie rozumiecie jego języka, nie
wiecie nawet, jak działa. -?Urwał i zamyślił się na chwilę, jakby nowy,
potworny pomysł przyszedł i zapukał do drzwi jego umysłu. -?A ja owszem.
Gravis Berling spiorunował wzrokiem lorda Byrona i uśmiech pojawił się
pod włosami. Okropny, potworny uśmiech.
-?W rzeczy samej, ja znam go doskonale.
-?Musisz już wyjść -?powiedział lord Byron -?i pamiętaj, jeśli
spróbujesz wrócić do Drumindoru, zostaniesz aresztowany.
Gravis skinął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzymał się i, nie
oglądając się, powiedział:
-?Jeśli wrócę do Drumindoru, nie zostanie już nic, co można aresztować,
i nikt, kto mógłby mnie aresztować.
Na długo po tym, jak krasnolud wyszedł, lord Byron wpatrywał się w puste
drzwi gabinetu, słysząc echo tych słów. Wciąż go prześladowały, jak
nadejście pełni.
Rozdział 2. Interesy
Rozdział 2
Interesy
Kiedy się obudziła i ujrzała Royce'a Melborna stojącego w mroku w nogach
jej łóżka, lady Lillian Traval wytrzeszczyła oczy, ale nie krzyknęła.
Gdyby to zrobiła, Royce w okamgnieniu poderżnąłby jej gardło, nie tyle z konieczności, ile odruchowo. I tak zjawił się, żeby ją zabić, lecz
powściągliwość damy zapewniła jej kilka dodatkowych sekund życia.
Wykorzystała je najlepiej, jak się dało.
-?Czekaj! -?powiedziała.
Rzuciła to jedno słowo pośpiesznie, ale cicho, niemal szeptem, jakby
współpracowali w tym przedsięwzięciu, zamiast być drapieżnikiem i zwierzyną.
Royce był pod takim wrażeniem, że zrobił, o co prosiła. Miał ten luksus.
Posiadłość Travalów była praktycznie pusta. Lady Traval nie miała dzieci
ani nawet zwierząt domowych, jej mąż wyjechał w sprawach służbowych. Na
wszelki wypadek odesłała też całą służbę i wszystkich strażników. Lady
Traval i Edmund chcieli zostać sami i w związku z tym kochankowie mieli
do swojej dyspozycji całą posiadłość. Royce'owi nie można było wyznaczyć
łatwiejszej egzekucji do przeprowadzenia. Lillian mogłaby wrzeszczeć
godzinami i nie zaniepokoiłaby nikogo poza Edmundem, który twardo spał
obok niej obrócony na brzuch. Młody baron nie stanowił większego
zagrożenia niż poduszka, na której leżał. Obie ofiary Royce'a leżały
wyciągnięte na materacu, bezradne w wystawnej sypialni pani domu. Jasne
księżycowe światło ukazywało warstewkę potu na nagiej skórze. Oboje
leżeli nadzy, zaplątani w siebie w równym stopniu jak w pościel.
To ciekawość sprawiła, że Royce się wstrzymał, i była to ciekawość
dwojaka. Po pierwsze, był ciekaw, jakim cudem rozpieszczona żona
arystokraty i magnata floty handlowej zdołała zachować przytomność
umysłu w takiej chwili. Po drugie, ciekawiło go, co powie w następnej
kolejności.
Co może powiedzieć?
Spodziewał się rozczarowania. Prawdopodobnie powie coś w stylu "nie
możesz tego zrobić!", co kłóciłoby się w sposób oczywisty z faktami.
Royce słyszał takie słowa przy tych rzadkich okazjach, kiedy jego cel
miał okazję się odezwać. Mimo to lady zaskoczyła go swoim opanowaniem.
To rzadko się zdarzało. Czuł, że zasłużyła na ostatnie zdanie, nawet
jeśli niczego ono nie zmieni.
A zmieniło.
-?Mogę ci więcej zapłacić -?oznajmiła lady Traval.
Dobrze rozegrane, tylko cztery słowa.
Edmund poruszył się.
-?Co? Teraz mi płacisz? -?zapytał wesoło, posapując sennie. -?Zostałem
twoją ladacznicą?
-?Zamknij się, idioto! -?warknęła Lillian, nadal pilnując się, żeby nie
podnieść głosu.
-?Dlaczego myślisz, że możesz więcej zapłacić? -?spytał Royce.
Na dźwięk jego głosu Edmond, przeturlał się na plecy i zerknął w ciemność. Minęła sekunda, zanim...
-?Duch Novrona! -?wrzasnął baron Sansbury.
Na jego szczęście pani domu już rozpoczęła stosownie intrygujące
negocjacje, żeby powstrzymać egzekucję ich obojga.
-?Bo znam mojego męża -?odpowiedziała lady Traval, jakby Edmund w ogóle
nie istniał. -?To sknera. Gwarantuję, że mogę zapłacić dwa razy więcej,
niż zaproponował.
-?Kto to jest? -?Edmund spiorunował Royce'a wzrokiem. -?Lilly, o czym wy
rozmawiacie?
-?Och, Eddie, zamilcz, proszę, bo inaczej oboje przez ciebie umrzemy.
-?Umrzemy? -?Oczy młodzieńca groziły wypadnięciem z orbit, kiedy
popatrzył na nią, a potem na Royce'a.
-?Dwa razy tyle? -?spytał Royce. -?To dosłowna propozycja czy tylko
chcesz zrobić wrażenie?
-?Nie jestem pewna -?odpowiedziała lady Traval. -?Ile jest teraz warte
życie szlachetnie urodzonej cudzołożnicy?
Royce stłumił uśmiech. Nigdy do tej pory nie spotkał lady Lillian
Traval, ale znał ją od lat. Wyróżniała się jako pierwsza oficjalna
klientka Riyrii. Chociaż Royce nie był zwykle sentymentalny, doceniał
fakt, że płaciła szybko i dobrze. A jej mąż rzeczywiście był sknerą.
Pani Traval zapłaciła pięćdziesiąt tenentów za odzyskanie jednego
kolczyka, zaś za podwójne morderstwo żony i jej kochanka Hubert Traval
był gotowy wyasygnować jedyne...
-?Trzydzieści -?odpowiedział Royce.
-?Złotych tenentów, mam nadzieję -?powiedziała rozczarowana, ale
niezdziwiona lady.
-?Tak.
-?Naprawdę przyszedł nas zabić? -?zapytał Edmund. -?Twój mąż...
-?Milcz, Edmundzie! Niech cię diabli! Próbuję uratować nam życie,
niemądry dzieciaku!
Baron się skrzywił, zaskamlał i podciągnął prześcieradło. Edmund
Wyberne, ósmy lord Sansbury, był ładny, blady i żałosny. Był bogaty i nie skończył jeszcze dwudziestki, ale zawsze był posępny jak człowiek ze
stryczkiem na szyi. Jego ojciec zmarł raptem kilka lat temu na suchoty -
Białą Śmierć -?zostawiając Edmundowi ogromny spadek, w tym chorobę,
przez którą młodzieniec był kruchy, blady i w niewyjaśniony sposób
atrakcyjny dla kobiet. Najwyraźniej damy miały słabość do trupów.
-?Zatem sześćdziesiąt -?oznajmiła Lillian.
-?Masz tyle tutaj?
-?Tak.
-?Czekaj! Nie możesz ufać wynajętemu mordercy! -?jęknął Edmund spod
tarczy wilgotnego prześcieradła, które przysunął do twarzy. -?Dlaczego
miałby nas nie zabić i nie ukraść pieniędzy, a potem nie odebrać nagrody
od Huberta?
Lady Traval przewróciła oczami.
-?Wtedy mój mąż zorientowałby się, że doszło do kradzieży, a to byłoby...
złe dla interesów, prawda? Nikt więcej nie wynająłby go, gdyby wieść się
rozeszła, a z pewnością tak by się stało. Tak pikantna ploteczka
rozniosłaby się wśród arystokracji, jak woda rozlewa się po płaskim
kamieniu.
-?Mówisz poważnie?! -?wykrzyknął Edmund. -?Spodziewasz się, że...
-?Jeśli jednak zapłacę -?powiedziała lady, patrząc na Royce'a -
przedstawię powód zniknięcia pieniędzy. Będę musiała, bo inaczej
musiałabym przyznać się przed mężem, że go zdradzam, co już podejrzewa,
jak boleśnie dowodzi twoja obecność. Mam nadzieję, że nie zostałeś
wynajęty po prostu, żeby mnie zabić, ale miałeś poderżnąć mi gardło,
tylko jeśli zastaniesz mnie dziś z kimś w łóżku, prawda?
Royce skinął głową.
-?Zatem możesz po prostu powiedzieć, że byłam sama, prawda? Z punktu
widzenia mojego męża wykonałeś swoje zadanie. Kiedy już ci zapłaci,
odejdziesz, mając trzy razy więcej pieniędzy, niż ci obiecano. I nie
pobrudzisz ubrania krwią, nie będziesz musiał oglądać się dzisiaj przez
ramię. Co na to powiesz?
***
Royce wyszedł frontowymi drzwiami posiadłości Travalów i szedł przez
oświetlone księżycem, pokryte śniegiem ogrody, czując się dobrze i jednocześnie nie w sosie. Przygotował się na noc przemocy w starym
stylu, na powrót do dawno zaniedbanego rzemiosła, które go definiowało.
Czuł, że jego talenty uległy przytępieniu w ciągu ostatnich lat
współpracy z Hadrianem Blackwaterem. Jego partner zdołał zdławić sztukę
Royce'a, ale ta noc była szansą zdrapania rdzy i powrotu do dawnej
formy. Ogromnie się ucieszył, gdy Hadrian uznał pomysł zabicia kobiety
za zbyt odrażający i postanowił zostać w pobliskim miasteczku portowym -
Roe. Gdyby Royce wierzył w bogów, uznałby to za znak. O ile wcale nie
rwał się do zabijania -?nie czerpał z mordowania większej przyjemności
niż rzeźnik z ucinania łbów kurczakom -?cieszył się na myśl o swoistym
powrocie do normalności.
Nie czuł się sobą w ostatnim czasie. Ogarniały go napady tęsknoty za
dawnymi beztroskimi dniami krwi i rzezi. Wtedy wszystko było proste.
Wszystko miało sens. A teraz nic.
Ewidentnie jestem chory, a ta choroba nazywa się Hadrian Blackwater i...
Gwen DeLancy.
Royce pomyślał, że tak musi się czuć ranny wilk, którego przygarnęła nic
niewiedząca, rwąca się do pomocy rodzina. Mieli dobre intencje, ale wilk
powinien być dziki, a rodzina nie potrafiła zrozumieć, dlaczego
karmienie i głaskanie tylko go zniszczy. Zbyt długo udomawiany biedny
wilk zapomni, jak przetrwać samotnie.
Ten wieczór powinien być moim powrotem w dzicz. Wolny od ich wpływów
powinienem świetnie się bawić w pojedynkę, ale... Zupełnie jakby świat
sprzysiągł się przeciwko mnie i sprzymierzył z nimi. Wkrótce nie będzie
już żadnego miejsca dla mojego starego ja. Co za żałosny stan rzeczy.
Royce przeszedł pod kamiennym łukiem, oficjalnie opuszczając ogród i posiadłość Travalów. Zatrzymał się na chwilę, żeby zamknąć za sobą
żelazną bramę na zamek.
-?Gdzież jest nasza księga? -?rozległo się pytanie.
W okamgnieniu Royce uchylił się, uskoczył, wyciągnął sztylet i sklął
swoją opieszałość. Rozejrzał się za napastnikiem w cieniach nagich drzew
rzucanych przez księżyc na ośnieżoną drogę, która prowadziła do
miasteczka.
Łatwo dało się wypatrzyć mężczyznę. Ubrany w obszarpaną szarą pelerynę
stał przy ścieżce za bramą. Długie, rude włosy i szpiczasta broda
wyciekły spod kaptura i okalały twarz bledszą nawet od oblicza Edmunda -
Barona u Progu Śmierci. Nie widać było żadnej broni. Ręce trzymał
opuszczone wzdłuż boków.
-?Nie zwlekajże, zdesperowanym jestem. Ukaż ją, bym wyzbył się
przeklętej zgrozy.
Royce dostrzegł światło w oknie sypialni lady Traval. Parter, okno od
frontu, droga szyba -?idealne rozwiązanie dla wścibskiego podsłuchiwacza
albo -?co gorsza -?dla szpiega.
Za późno na przypadkowego gościa albo wędrownego minstrela, pomyślał
Royce. Nie zjawił się tu bez powodu. To albo bardzo pechowy intrygant,
albo ktoś, kto pracuje dla Huberta Travala.
Royce uznał, że raczej to drugie, i zdziwił się, że stary baron wykazał
się dostateczną inteligencją, żeby wysłać cień, który pilnowałby
wynajętego zabójcę. Chociaż Royce był pod wrażeniem, nie mógł na to
pozwolić. Musiał ostrzec magnata handlowego, że nie pogrywa się z Riyrią.
Poza tym już trzymał w ręku swój sztylet, Alverstone, i to była jego
noc.
Mężczyzna nawet się nie wzdrygnął, kiedy sztylet wbił się w bok jego
gardła. Szyja stawiała taki sam opór jak rozgotowana marchewka i białe
ostrze weszło tak głęboko, że wynurzyło się po drugiej stronie kaptura.
Ofiara osunęła się na ziemię.
Royce przyglądał się chwilę, upewniając się, że ofiara nie żyje i że nie
zna skądś tego trupa. A potem zostawił ciało.
Kiedy ruszył, zaniepokoiły go dwie rzeczy.
Po pierwsze, jeśli to był szpieg Huberta, to czemu się ujawnił? I czemu
w tak dziwny sposób? "Gdzież jest nasza księga?" Royce zastanawiał się
chwilę i doszedł do oczywistego wniosku: przesłyszał się. Mężczyzna
mówił z akcentem i pewnie w ogóle nie mówił o książce. Może istnieje
jakieś podobne słowo w innym języku, caliskim albo alburńskim. Tak
właśnie brzmiał jego akcent. Może to było caliskie słowo oznaczające
pieniądze, złoto albo coś podobnego. Może widząc, jaką umowę Royce
zawarł z lady Traval, i wiedząc, że Royce niesie woreczek złota, szpieg
zamierzał zdradzić Huberta i zaszantażować szantażystę.
Takie rozumowanie miało sens i uśmierzyłoby niepokoje Royce'a, gdyby nie
druga kwestia, trudniejsza do zbycia. Royce właśnie dźgnął człowieka w szyję, z pewnością przeciął tętnicę albo żyłę, tyle że...
Gdzie jest krew?
Zwykle taki mord oznaczał raptowny wytrysk krwi. Lata praktyki sprawiły,
że Royce przewidywał takie rzeczy. Przesunął się w bok, żeby się nie
wybrudzić. To zwykle wystarczało, ale zawsze trochę krwi bryzgało na
dłoń z ostrzem. Jednak tym razem kostki miał czyste. Coś takiego było
nie do pomyślenia. W końcu to sztylet odwalił całą brudną robotę. I takie wyjaśnienie też usatysfakcjonowałoby Royce'a, tyle że... Royce
spojrzał na Alverstone'a i w świetle księżyca dostrzegł błysk czystego
białego ostrza.
***
Royce znalazł Hadriana w wiosce, gdzie partner pił w tawernie pod
Marynowaną Świńską Stopą. Nie było to trudne zadanie. Na ile Royce się
orientował, była to jedyna tawerna w całym nadmorskim miasteczku Roe,
możliwe, że jedyna w całej prowincji Oaktonshire, a kiedy Royce go
zostawiał, Hadrian był w nastroju na kieliszek. Nędzny budynek, ledwie
obrzucony tynkiem i kryty strzechą, przysiadł na wzgórzu w pobliżu
nabrzeża, skąd widok na morze psuły tylko dwa rzędy dachów i las
kominów.
Ponieważ minęła już północ, w środku nie było żadnych innych klientów, a mina karczmarza, gdy Royce wszedł, sugerowała, że miał nadzieję, że
Hadrian wyjdzie, zanim zjawi się ktoś jeszcze. Mimo nazwy Marynowana
Świńska Stopa nie była nieprzyjemnym miejscem. W wilgotną, zimową noc
wnętrze zapewniało przyjemne ciepło płynące z porządnie wysuszonego
drewna i przytulny blask dogasających węgielków.
Royce posłał karczmarzowi sztuczny uśmiech i otrzymał taką samą
odpowiedź.
-?Co mogę podać? -?zapytał bez krztyny entuzjazmu wyposażony w fartuch i pozbawiony włosów mężczyzna.
-?Nic, dziękuję. Nie zostanę. Przyszedłem tylko po niego. -?Royce
wskazał Hadriana.
Zgodnie z przewidywaniami te słowa wywołały szczery uśmiech.
Hadrian siedział w kącie w głębi, w pobliżu kominka, za stołem
zastawionym pustymi kuflami i ze stopionym trupem świecy.
-?Nie wyszedłem na aż tak długo, co?
Hadrian podniósł wzrok z grymasem. Miał kilkudniowy zarost i oczy
znacznie starszego człowieka.
-?Dobrze się bawiłeś?
Royce zerknął na właściciela przybytku, który udawał, że ich nie słucha,
i tylko wyciera blat baru. Fakt, że przebywały tam tylko trzy osoby,
miał swoje plusy, ale też minusy, bo bez innych klientów w lokalu
panowała martwa cisza.
Hadrian spojrzał w tym samym kierunku i westchnął:
-?A tak, nie chcemy za dużo powiedzieć przy starym Oscarze, co? -?Beknął
i otarł usta. -?To Oscar, nawiasem mówiąc. Właściciel Marynowanej
Racicy... Giczoły... czegoś tam. -?Hadrian zagapił się w przestrzeń z otwartymi ustami, a potem zapytał: -?Dlaczego takie lokale zawsze noszą
obrzydliwe nazwy?
Obejrzał się na Oscara, który wbrew sobie słyszał każde słowo. Hadrian
był pijany i w związku z tym mówił głośniej niż zwykle.
-?Wybacz, bez urazy -?ciągnął Hadrian -?ale serio pytam: to najlepsze,
na co było cię stać? Naprawdę myślisz, że przechodni tak zauroczy wizja
odciętej świńskiej nogi w kadzi z marynatą, że nie będą w stanie minąć
drzwi bez zajrzenia do środka, żeby zakosztować tego, co obiecujesz?
Czemu nie Pod Cuchnącym Balasem? To pewnie jeszcze bardziej ściągałoby
klientów, nie?
-?Jest pijany -?przeprosił Royce i podszedł do stolika Hadriana.
-?Wiem. -?Oscar otarł ręce. -?Ale już wychodzicie, co? Bo chciałbym
pozamykać.
-?Daj nam chwilę. -?Royce usiadł.
-?Właśnie, daj nam chwilę, Oscar -?powiedział Hadrian. -?Mój wspólnik
musi mi opowiedzieć o naszym najnowszym przedsięwzięciu, pewnie chce się
poprzechwalać. Chcesz się poprzechwalać, Royce? -?Hadrian przyłożył rękę
do ust. -?Rety. Myślisz, że Oscar usłyszał twoje imię? To źle, prawda?
-?Dlatego właśnie picie nigdy nie jest dobrym pomysłem.
-?Serio? Czekaj, myślałem, że... lubisz wino, nie?
-?Lubię Montemorceya, ale jest niezwykle rzadkie, a kiedy źródło twojej
słabości prawie nie istnieje, to łatwo zapanować nad nawykiem.
Hadrian skinął głową. A potem zasznurował usta, odwrócił się i zawołał:
-?Ej, Oscar! Masz może trochę tego drogiego wina, morda-morsa? -?Hadrian
zmarszczył brwi. -?Czekaj, to jakoś inaczej idzie. Jak mówiłeś?
-?Nie podaję wina -?odpowiedział Oscar. -?I myślałem, że wychodzicie.
-?Wychodzimy -?odpowiedział Royce, wstając i zachęcając Hadriana, żeby
poszedł w jego ślady, o ile zdoła.
-?Nie prosiłem o butelkę -?odparł Hadrian, odpychając się od stołu, żeby
wstać. -?Byłem tylko ciekaw. Nie bądź taki drażliwy. Jak na właściciela
wyszynku, który nazywa się Pod Marynowaną Świńską Nogą, strasznie ci się
śpieszy do wyrzucania dobrych klientów za drzwi.
-?Siedzisz tu od sześciu godzin. W przeciwieństwie do niektórych, mam
życie.
-?Aha, pewnie, ale... czekaj... -?Hadrian stał, wciąż opierając się jedną
ręką o stół dla równowagi, i zapatrzył się w dal, gdy naszła go myśl. -
Świnie nie mają stóp, nie? -?Popatrzył najpierw na Oscara, a potem na
Royce'a. -?Mają... kopyta, nie? Jak konie, w pewnym sensie, bo świńskie
kopyta... są rozszczepione. Jakby miały dwa palce, tyle że to właściwie
nie są palce. A skoro świnia ma dwa palce, a koń żadnego, to czemu jedno
i drugie to kopyto? -?Znowu popatrzył po obu mężczyznach. Ani Oscar, ani
Royce nie odezwali się słowem. -?Wiecie, co mam na myśli. Rzecz w tym,
że nikt nie mówi o końskich stopach, prawda? Ale też nikt nie mówi, że
ktoś jest kuty na cztery kopyta. Chociaż to miałoby więcej sensu niż na
cztery nogi, bo podkuwa się kopyta, a nie stopy czy nogi, nie? Ależ to
dziwne.
Royce złapał Hadriana za pas od miecza i pociągnął do przodu.
-?Zapłaciłeś? -?Royce pokręcił głową z powodu własnej głupoty. Odwrócił
się do Oscara. -?Zapłacił?
Oscar pokiwał głową.
-?Hojnie. W przeciwnym wypadku już dawno bym go wyrzucił. Moja żona
będzie wściekła.
-?Oscar przechodzi teraz ciężki czas -?odezwał się Hadrian. -?Jego żona
zachowuje się jak megiera. Powiedz mu, Oscar.
-?Opowie mi następnym razem -?odparł Royce, ciągnąc Hadriana do drzwi. -
Może będzie miał wtedy trochę wina z morsa.
-?O, byłoby świetnie. Zrób to koniecznie, Oscar. Załatw trochę wina z morsa dla mojego przyjaciela na następny raz.
Czując rześki mróz zimowej nocy, Hadrian zesztywniał i wykrzywił twarz,
jakby Royce go spoliczkował.
-?Na Mara! Rześko! Wracajmy do środka.
Oscar zatrzasnął drzwi i zasunął rygiel.
-?Rety, Oscar, to było niegrzeczne. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi!
-?wrzasnął na zatrzaśnięte drzwi Hadrian.
-?Musisz drzeć się trochę głośniej, jeśli chcesz obudzić całą wioskę -
zauważył Royce.
-?O, ależ z ciebie zabawny gość, co? Lady Jak-jej-tam też opowiedziałeś
żart? Śmiała się czy nie mogła z powodu poderżniętego gardła? -?Hadrian
przesunął się chwiejnie, przyglądając się Royce'owi. -?Nie masz nawet
odrobiny krwi na sobie. To oznaka zawodowstwa czy umyłeś się w jej
umywalce przed wyjściem? Zabiłeś tylko biedaczkę czy jej psa także?
-?Lady Traval nie ma psa. -?Royce pociągnął go w stronę czekających
koni.
Hadrian parsknął śmiechem.
-?Teraz już nie ma. Wyrzuciłeś go przez okno z piętra, co?
-?Nie było żadnego psa. Mam ci pomóc wsiąść na konia czy musisz najpierw
zwymiotować?
Hadrian przystanął, żeby rozważyć ten frapujący problem, pokręcił głową
i wskazał drugą stronę ulicy.
-?Nie, w porządku. Mój koń jest w stajni za...
Royce podał mu wodze Tancerki.
Hadrian spojrzał klaczy w pysk.
-?Tancerka! A ty co tu robisz?
-?Na Mara! Ile piwska wyżłopałeś?
Hadrian znowu zapatrzył się w dal, głaszcząc gwiazdkę na czole Tancerki.
Royce pokręcił głową.
-?Mniejsza z tym. Rozumiem, naprawdę dużo. Wsiadaj na konia. Jedźmy.
Hadrian zdołał wdrapać się na konia już za trzecim razem. Podczas tej
skomplikowanej operacji koń stał nieruchomo niczym drzewo w bezwietrzny
dzień, jakby to nie był pierwszy raz dla żadnego z dwojga.
Royce uznał, że Tancerka, jako ta trzeźwa, zdoła jechać za nim, ale nie
można było ufać, że pijany Hadrian nie zacznie jej w tym przeszkadzać,
więc przymocował uwiąz do pierścienia przy kantarze Tancerki. Hadrian
albo tego nie zauważył, albo miał to w nosie.
-?Pochłodniało? -?poskarżył się, wypuszczając bezwiednie wodze, żeby
otulić się ciaśniej wełnianą peleryną. -?Mam wrażenie, że zrobiło się
zimniej. Wiesz, zima jest jak ładna kobieta, która dużo mówi o niczym.
Początkowo jest miło: jest zabawna, inna, piękna nawet, ale po pewnym
czasie...
Hadrian sięgnął po wodze i zafascynował go węzeł na ich końcach. Royce
czekał.
-?Po pewnym czasie, co?
-?Hę?
Royce pokręcił głową.
-?Zapomnij.
-?Po prostu mówię, że zima zdecydowanie za długo trwa. Nie masz już dość
zimy? Wszystko jest zimne. Zimne i martwe. Martwe jak lady Jak-jej-tam.
-?Nie zabiłem jej.
-?Co proszę?
-?Lady Traval. Nie zabiłem jej.
Hadrian nie odezwał się słowem przez kilka minut.
-?Powiedziałbym ci wcześniej, gdybym wiedział, że się wtedy przymkniesz.
-?Dlaczego jej nie zabiłeś?
-?Nie mogłem. To była bezradna kobieta o wielkich, błagalnie patrzących
oczach i nie mogłem się zmusić, żeby odebrać życie niewinnej...
Hadrian spadł z konia.
Uderzył plecami o śnieg i stęknął z bólu. Potrzebował chwili, zanim
przeturlał się i wstał, pojękując żałośnie, a potem spojrzał na Royce'a najbardziej niedowierzającymi zapitymi oczami.
-?Mówisz serio?
-?Oczywiście, że nie, idioto. Zaproponowała, że zapłaci, jeśli zostawię
ją przy życiu. Chciałem tylko usłyszeć, co powiesz. Nawiasem mówiąc, to
wyglądało na wyjątkowo bolesne lądowanie. -?Uśmiechnął się szeroko. -
Ziemia jest zamarznięta, co?
-?O tak, oba powyższe zdania.
Tym razem Hadrian wdrapał się na konia już za pierwszym razem, więc
Royce zaczął podejrzewać, że chłód i upadek pomogły wspólnikowi nieco
otrzeźwieć.
Pojechali dalej w górę drogi ciągnącej się wzdłuż Galewyr. Oba brzegi
rzeki były zamarznięte, ale ciemna linia płynącej wody przecinała
środek, wydając widmowy odgłos podobny do deszczu uderzającego o dawno
opadłe liście.
-?To nadal dobra wiadomość -?uznał Hadrian.
-?Niewątpliwie. Zarobiliśmy trzy razy więcej pieniędzy za zimową
przejażdżkę.
-?My? -?Hadrian pokręcił głową. -?To twoje pieniądze.
-?Wciąż jesteśmy partnerami, a złoto jest czyste. Nie ma na nim kropli
krwi. Możesz z dumą je wydać.
Royce zastanawiał się, czy nie wspomnieć o drugim jegomościu bez kropli
krwi, ale Hadrian był zbyt pijany i zbyt szczęśliwy, żeby Royce chciał
psuć miłą atmosferę. Czekała ich długa droga do Medfordu, a gorszym od
rozgadanego, szczęśliwego Hadriana był przygnębiony, rozgadany Hadrian.
Jechali przez pewien czas w milczeniu.
-?Co? -?zapytał w końcu Royce.
-?Nic nie mówiłem.
-?Wiem, w tym rzecz.
-?Myślałem tylko, że cztery lata temu nie zaproponowałbyś, że podzielisz
się pieniędzmi. Nawet nie powiedziałbyś mi o nich. Wątpię też, czy
darowałbyś damie życie. Wziąłbyś pieniądze, a potem byś ją zabił.
-?Cztery lata temu nie byliśmy partnerami. Nie tak naprawdę. A darowanie
życia lady Traval miało sens. Bo nie ma sensu zabijać dobrze płacącej
klientki.
-?Yhm, yhm. -?Hadrian pokiwał głową. -?A Royce Melborn, którego
poznałem, nawet taki sprzed dwóch lat, nigdy nie zapytałby "co", bo
milczę. Stary Royce uznałby to za błogosławieństwo. Zmieniłeś się.
Kiedyś byłeś zwierzęciem, prawdziwym dzikim zwierzęciem, a teraz... teraz
na dobrą sprawę jesteś udomowiony. Stałeś się łagodnym stworzeniem,
prawda, Royce?
-?Gdybyś nie był pijany, zabiłbym cię.
-?Powiem Gwen.
-?Nic nie mów Gwen.
Hadrian się roześmiał.
-?Nienawidzę, gdy jesteś pijany.
-?To dziwne.
-?Czemu?
-?Bo po to właśnie piję. Żeby przestać się nienawidzić.
Rozdział 3. Gość
Rozdział 3
Gość
Po dobrze przespanej nocy w zajeździe Srebrny Dzban Hadrian poczuł się
zdecydowanie lepiej. Oczywiście nie chodziło o to, że bardzo cierpiał
poprzedniej nocy, nawet po tym, jak spadł z konia, co ledwie pamiętał, a mały kac niezbyt mu dokuczał. Drobny ból głowy był niczym w porównaniu z tym, jak czuł się, jadąc do Roe, kiedy wręcz chciało mu się rzygać.
Zostali wynajęci z Royce'em, żeby zabić kobietę w jej własnym łóżku.
Hadrian nie potrafił wymyślić niczego potworniejszego, poza może
zamordowaniem małych dzieci śpiących w ramionach matki. Nie chciał brać
udziału w mordzie, ale Royce przyjął zlecenie.
Mieli za sobą chudy rok, ale nie zgodzili się z powodu braku pieniędzy.
Hadrian zaproponował, że będzie sprzątał stajnie i podzieli się
zarobkami z Royce'em, jeśli ten odrzuci kontrakt. Royce odmówił. On
chciał zabić tę kobietę. Nie tyle ją konkretnie. Chciał zabić
kogokolwiek. Hadrian nie znał szczegółów, ale znał Royce'a, który kradł
całe życie i zdobył status zabójcy w gildii przestępczej o nazwie Czarny
Diament. Chociaż większość ludzi uznałaby to za coś wstrętnego, pozycja
Royce'a była wysoko ceniona w pewnym wycinku populacji, a on sam czerpał
dumę ze swojego fachu.
Jednakże odkąd zaczęli współpracę cztery lata temu, Royce nie miał wielu
okazji, żeby korzystać ze swojego talentu. Żyli głównie z kradzieży.
Oczywiście nie byli kieszonkowcami, nie kradli sakiewek. Kradli dla
innych.
Zlecenia załatwiał im ich wspólnik, Albert Winslow. Jako wicehrabia
poruszał się wśród wpływowych ludzi. Kradli błyskotki dla dam, księgi
rachunkowe dla biznesmenów, przechwytywali listy, szpiegowali małżonków,
podkładali dowody z myślą o szantażu. Tylko dwa razy byli blisko
zabójstwa na zlecenie. W Dulgath wynajęto ich, żeby doradzili, jak
przeprowadzić zabójstwo. Jednak niecały rok temu otrzymali prawdziwe
zlecenie morderstwa. Wynajęto Royce'a, żeby zabił każdego związanego ze
śmiercią Genevieve Winter. Problem polegał na tym, że Genny wciąż żyła.
Royce otrzymał wymarzoną robotę tylko po to, żeby sprzątnięto mu ją
sprzed nosa. Hadrian uważał, że to od tego czasu Royce'a dręczyło
swędzenie, które coraz bardziej chciał podrapać.
Pod wieloma względami Royce był nadzwyczajnie utalentowanym
rzemieślnikiem, którego największych talentów nie wykorzystywano.
Hadrian rozumiał to poczucie marnowania zdolności. Sam był praktycznie
od urodzenia trenowany do zabijania, tyle że w roli żołnierza, a nie
zabójcy. I chociaż rzadko ostatnimi czasy dobywał stali, wciąż,
gdziekolwiek poszedł, zabierał ze sobą trzy miecze. On i Royce byli
dwiema rybami wyrzuconymi na brzeg, które łapały rozpaczliwie powietrze
i miotały się porzucone na pustyni, szukając odrobiny wody, którą
nazwałyby domem. Okazało się jednak, że Hadrian nie przyłożył się do
zabicia kobiety dla pieniędzy. Zdołał uniknąć tego upadku, przynajmniej
na razie, więc to był dobry dzień.
To właśnie takie małe zwycięstwa sprawiają, że ludzie mają siłę iść
naprzód, pomyślał.
Ociepliło się, ale tylko trochę, stosownie do obecnej pory roku.
Niezadowolenie było tym większe, że już niosła się wieść o nadejściu
wiosny. Przynajmniej tak wszyscy powtarzali. Tylko farmerzy i kapłani
znali prawdę. I mimo padającego mokrego śniegu podczas jazdy dni
wydłużały się, a z drogi zniknęły zaspy.
Mglista biała kula światła wisiała prawie nad ich głowami, kiedy dotarli
na ulicę Przekorną w Dzielnicy Dolnej Medfordu. Dręczone słońcem sople
wzdłuż okapów gospody pod Różą i Cierniem kapały, wygrywając cichy rytm
na dachu powozu stojącego przed frontowym wejściem. Powozy i karety
zdarzały się w Dzielnicy Dolnej. Ostatnimi czasy nie były nawet
niezwykłe. Popularny Dom Medford, gdzie profesjonalnie okazywano
serdeczność i gościnność, przyciągał na tę skądinąd podupadłą uliczkę
zamożnych kupców i arystokratów. Jakież to musiało być rozkoszne dla
wymuskanych i pruderyjnych, jak podniecającą przygodą było zagłębienie
się w ciemne uliczki, gdzie sekrety nie miały nóg, żeby wyjść na światło
dzienne. Hadriana zdziwiło jednak, że ten konkretny środek lokomocji nie
wyglądał na powóz kupca czy karetę arystokraty. Brakowało mu koronek,
przez które eleganckie powoziki przypominały desperacko zabiegające o aprobatę debiutantki. To był praktyczny ośmioosobowy powóz zaprzężony w czwórkę koni. Górę polakierowano na czarno i oszczędnie ozdobiono
złotymi filigranami. Dolną część i koła ze szprychami wykonano z mocno
zabezpieczonego pokostem i wypolerowanego na połysk czerwonego drewna.
Na drzwiach wisiała brązowa tabliczka, na której eleganckimi literami
wypisano: HANSON I SYN.
Mimo padającego śniegu dwóch mężczyzn pracowało przy powozie. Starszy,
który właśnie okrywał derkami czwórkę koni, miał siwiejącą brodę i lata
odmalowane na twarzy. Nosił ciężki, wełniany szal, jak woźnice w Dzielnicy Szlacheckiej. Młodszy mężczyzna z ciemniejszą i krótszą brodą
sprawdzał koła i nie zważał na pogodę w sposób typowy dla młodych ludzi,
bo nosił tylko cienką tunikę i skórzaną kamizelkę. Wyglądali jak portret
tej samej osoby namalowany na przestrzeni trzydziestu lat, przez co
Hadrian podejrzewał, że mogą składać się na tytułowego Hansona z Synem,
chociaż żaden z nich nie wyglądał na dość zamożnego, by mieć własny
powóz.
Royce spojrzał na Hadriana pytająco, kiedy zsiedli z koni. Hadrian
wzruszył ramionami. Zdjęli swoje rzeczy, zaprowadzili konie do stajni i weszli do gospody pod Różą i Cierniem, w której w środku dnia było
niewielu klientów. Zastali typową klientelę: tych, którzy właśnie
szukają pracy, i tych, którzy jej po prostu nie mają albo nie są do niej
zdolni. To był ten rodzaj ludzi, którzy spożywają posiłki w płynie.
Dixon pilnował ich rachunków, zapisując wszystko na tablicy za barem.
Obecnie prowadził na niej nowo przybyły -?siwy kowal imieniem Mason
Grumon, który niedawno otworzył warsztat przy ulicy Rzemieślników, ale
najwyraźniej nigdy tam nie pracował.
-?Chłopcy wrócili! -?krzyknął Dixon niskim barytonem na widok Royce'a i Hadriana.
Obecni w barze zaklaskali albo zastukali kuflami w drewno, jakby Royce i Hadrian weszli na scenę.
Royce skrzywił się i westchnął. Obaj podeszli do kominka.
-?Według mnie to miłe -?powiedział Hadrian. Zdjął pelerynę i otrząsnął
ze śniegu, zanim powiesił ją na kołku koło ognia. -?Jakbyśmy mieli
rodzinę.
-?Gdyby to miała być twoja rodzina, to powinieneś zabić swoich rodziców
z litości.
-?No dobrze, nie chciałbym chwalić się moim rodzeństwem. -?Rozejrzał się
po sali, a potem podszedł do baru.
-?Napijesz się? -?zaproponował Dixon. -?Właśnie otworzyłem nową beczułkę
Cesarskiego Złota.
-?Nie! -?krzyknął surowym głosem Royce z głębi sali, gdzie nadal
otrząsał pelerynę. -?Nie dawaj mu niczego do picia.
Hadrian skinął głową.
-?Ma rację. Opróżniłem beczkę zeszłej nocy w Roe. Wątpię, żeby zaprosili
mnie tam ponownie w najbliższym czasie. Ale tak z ciekawości... czyj powóz
stoi od frontu?
Dixon wysunął dolną wargę, a potem wzruszył szerokimi ramionami.
-?Nie mam pojęcia. Już od paru godzin wszyscy się zastanawiają.
-?Nikt nie widział, kto z niego wysiadł?
-?W tym rzecz -?odezwał się Mason Grumon. -?Nikt z niego nie wysiadł.
-?Ktoś musiał, Mason. Po prostu go nie widziałeś -?upierał się Kenyon
Czyścioch.
Kenyon był właścicielem warsztatu mydlarskiego, który na co dzień w największym stopniu przykładał się do charakterystycznego smrodu na
ulicy Przekornej. Był mile widzianym klientem, bo wszyscy w Dzielnicy
Dolnej mogli odetchnąć, póki siedział w gospodzie, zamiast napełniać
własne kadzie.
-?Mówię ci, że ten powóz podjechał pusty albo żaden ze mnie kowal.
-?Teraz już nie jestem pewien, po której stronie stoisz w tym sporze -
wtrącił się Roy Kanalarz i roześmiał się maniakalnie, odsłaniając słynne
ze swojego paskudnego wyglądu krzywe, żółte zęby.
Wszystko, co można było powiedzieć o Royu, ocierało się o makabrę. Miał
jedno oko większe od drugiego i każde w innym kolorze. Oba smętne, ale
jedno mętne. Rzadkie, przetłuszczone włosy przylepiały mu się do
czaszki, jakby właśnie wyszedł z kąpieli. Jeśli jednak kiedykolwiek się
kąpał, to w cuchnącym łajnie, które spływało za warsztatami, dzięki
czemu cuchnął jak mało co i zasłużył na swój przydomek. Po tym nagłym i niepokojącym wybuchu wszyscy spojrzeli na niego, a Roy Kanalarz wrócił
do mieszania resztek zwietrzałego piwa, jakby próbował je wskrzesić.
Każdego dnia przychodził się napić, ale tylko jeden kufelek i jego imię
nigdy nie pojawiało się na tablicy. Hadrian był przekonany, że to Dixon
płacił za jego napitek.
-?Całe szczęście, że wylądowałem między tą dwójką -?odezwał się Grumon,
zerkając na Roya, a potem Kenyona. -?Nie wiem, czy stanowią dobry środek
owadobójczy, czy raczej ściągają wszystkie muchy z miasta.
-?Jest Albert? -?zapytał Royce.
-?W Ukośniku -?odpowiedział Dixon.
-?W Ukośniku? Nie w Ciemnym Pokoju?
-?On i Gwen gawędzą z jakimś starszym jegomościem. Naprawdę miły gość,
bardzo przyjazny, ale dziwny. Właściwie myślę, że to was dwóch szuka.
-?Dziwny w jakim sensie?
-?Ubrany elegancko, dużo mówi, posługuje się wielkimi słowami. I nosi
takie małe szklane kółeczka na nosie.
Royce i Hadrian spojrzeli po sobie i szybko przeszli pod łukiem, który
oddzielał bar od większego pokoju w kształcie rombu. Został dobudowany,
żeby jego właścicielka, Gwen DeLancy, mogła połączyć Różę i Cierń ze
swoim drugim przybytkiem -?Domem Medford. W ten sposób podwoiła
powierzchnię gospody, ale ponieważ w pomieszczeniu nie zainstalowano
kominka, zimą bywało tam chłodno i klienci stronili od tego miejsca. W Ukośniku przebywały tylko trzy osoby: Gwen, Albert Winslow i...
-?Profesor Arcadius? -?zdumiał się Hadrian, kiedy tylko weszli.
Chudy, siwobrody, starszy mężczyzna ubrany w niebieską szatę siedział
pośrodku ławki przy stole ustawionym w kącie w głębi pokoju. Na dźwięk
imienia uniósł okulary i zerknął.
-?Riyria, jak mniemam?
-?Co tu robisz? -?zapytał ostro Royce, podchodząc do grupy. Spojrzał na
Gwen. -?Co on ci opowiadał?
-?Głównie mówił o tym, jacy obaj jesteście wspaniali. -?Gwen uśmiechnęła
się do niego i Royce natychmiast się zatrzymał, jakby uderzył w niewidzialną ścianę.
Rozluźnił ramiona, spojrzał spokojniej i stał, wpatrując się w Gwen,
jakby zapomniał, co tam robi. Hadrian domyślał się, że miało to związek
raczej z uśmiechem niż ze słowami. Uśmiech Gwen potrafił obezwładnić
Royce'a sprawniej niż cios w głowę.
-?Co cię tu sprowadza? -?zapytał profesora Hadrian.
-?Wy dwaj, rzecz jasna. Musiałem przyjechać, nieprawdaż? Minęły cztery
lata i żaden z was nie raczył pokonać tych paru mil do Sheridanu i dać
chociaż znać, że żyjecie. -?Pochylił się ku Gwen, jakby zwierzał jej się
w zaufaniu, chociaż mówił nadal tak samo głośno jak wcześniej. -?Kiedy
przedstawiałem długą listę cnót ich obu, pominąłem ich zdumiewającą
bezmyślność. Rzecz w tym, że rozstaliśmy się w okolicznościach, których
nie nazwałbym najlepszymi. Poprosiłem, żeby mnie kiedyś odwiedzili.
Zapewniłem, że byłoby miło, gdyby powiedzieli mi, jak ostatecznie
ułożyły się sprawy, ale nigdy tego nie zrobili.
-?Profesor opowiadał nam, jak połączył was dwóch ze sobą -?powiedział
Albert. Wicehrabia bez ziemi był ubrany w swój "roboczy" strój: jedwabną
koszulę z przepysznym dubletem pod lekką szubą i wierzchnim kaftanem.
Jednak, jak pospolity robotnik po pracy, nosił kaftan i koszulę,
rozpięte i rozchełstane. Wyciągał przed siebie nogi, poruszając palcami
w ciemnych wełnianych pończochach. -?To całkiem interesująca opowieść.
-?Czyżby? -?Royce odzyskał głos łącznie z niezadowolonym tonem. -?A co
dokładnie... profesor im powiedział?
-?Prawdę, rzecz jasna. Opowiedziałem, jak przekonałem was dwóch,
żebyście pomogli mi pożyczyć rzadką księgę i jak bardzo nie
cierpieliście się nawzajem. Równie prawdopodobne było, że Royce
poderżnie Hadrianowi gardło, jak to, że Hadrian dźgnie Royce'a prosto w serce. To było ryzykowne z mojej strony, ale wiedziałem, że gdyby ci
dwaj zostali razem, gdyby zostali zmuszeni do pozostania razem,
stworzyliby nadzwyczajny zespół. I cieszę się, widząc, że miałem rację.
Nawet trochę mi pochlebia fakt, że przyjęli nazwę Riyria.
-?Coś jeszcze? -?spytał Royce.
Arcadius pokręcił głową, wymachując przy tym siwą brodą tak bardzo, że
omiótł stół.
-?Co mianowicie? Nie zostało właściwie wiele do dodania, chyba że mam
zacząć opowiadać o waszych zaniedbanych koniach. -?Spojrzał na Alberta,
a potem na Gwen. -?Zostawili je uwiązane w dziczy na całe dnie.
Biedaczyny prawie zdechły.
-?Podobnie jak my -?zauważył Royce ostrym tonem.
-?To ty znalazłeś Tancerkę? -?zapytał Hadrian.
-?Owszem -?powiedział Arcadius. -?Zacząłem się o was martwić i wysłałem
paru starszych chłopców na północ, na zajęcia w terenie. Nie zdołali was
znaleźć, ale przyprowadzili konie na uniwersytet, a kiedy dowiedziałem
się, gdzie jesteście, kazałem wam je dostarczyć.
-?Naprawdę? -?dopytywał się Hadrian.
-?A myślałeś, że jakim cudem znalazły się przed Różą i Cierniem?
-?Nie wiem. Pomyślałem chyba, że Tancerka trafiła do mnie z powrotem jak
jeden z tych wiernych ogarów potrafiących zwęszyć swojego ukochanego
pana.
-?A liścik, który zostawiłem wam w sakwach?
-?Był jakiś list?
Royce stanął po drugiej stronie stołu dokładnie naprzeciwko profesora.
Jedyne światło w pokoju wpadało przez ośnieżone okna za nim, więc jego
cień padał na stół i na starego mężczyznę. Złodziej się pochylił.
-?Zatem wiedziałeś, że żyjemy. Powiedz mi więc, co tu właściwie robisz?
-?Po tym, jak wyjechaliście, słyszałem plotki na temat dwóch mężczyzn,
którzy ledwie uciekli przed eklezjastyczną tyranią Ghentu. Rycerze
Sereta szukający uciekinierów dotarli ich tropem do Medfordu. Potem
usłyszałem, że na ulicy Przekornej widziano mężczyznę całego we krwi,
jak błagał o pomoc dla swojego umierającego przyjaciela. Pewnie, że
zupełnie nie przypominało to was dwóch, jednak, co ciekawe, obaj ci
mężczyźni zniknęli potem bez śladu. A rok później doszło do tej
nieprzyjemnej sprawy z lordem Exeterem i serią publicznych egzekucji,
które kogoś mi przypomniały, morderstw wyglądających na karę za
skrzywdzenie jednej z dam z Domu Medford. -?Skłonił głowę w stronę Gwen.
-?A kiedy w końcu usłyszałem o parze nikczemnych złoczyńców, którzy
nazwali się Riyria, to... Cóż, nie zdobywa się pozycji profesora na
uniwersytecie za głupotę. Mimo wszystko podejrzenia to nie to samo, co
konkretna wiedza. Przybyłem więc, żeby osobiście przekonać się, co się
stało z dwoma nasionami, które tak dawno temu posadziłem.
-?Wybacz, że cię nie odwiedziliśmy -?powiedział Hadrian. -?Po prostu...
-?Nie przepraszaj go -?warknął Royce. -?Przez niego prawie zginęliśmy.
Gdyby nie jego idiotyczne żądania...
-?Pewnie ruszylibyście każdy swoją drogą -?odparł Arcadius. -?I obaj
najpewniej już byście nie żyli. Mężczyźni, których znałem, byli ledwie
cieniem dwójki, która stoi teraz przede mną. Wykazaliście się. A dama
obok mnie to prawdziwy klejnot w kieszeni.
-?To jest Gwen DeLancy i nie jest w niczyjej kieszeni -?warknął Royce.
-?Oczywiście. Miałem tylko na myśli, że to wspaniała przyjaciółka, którą
warto mieć po swojej stronie. Jest inteligenta i lojalna. A jeśli
wątpisz w cokolwiek z tego, co powiedziałem, zastanów się chwilę i spróbuj przypomnieć sobie tamtego starego Royce'a Melborna, tego sprzed
czterech lat. Ten bezwzględny, mały złodziejaszek nie wymieniłby ani
jednej osoby, której by zaufał, ale jegomość przede mną, Royce Melborn z Róży i Ciernia, ma dwoje przyjaciół, wspaniałych ludzi. Prawdziwego
bogactwa nie mierzy się wagą bezużytecznego złotego metalu, ale sercami
tych, którzy cię kochają. -?Profesor się wyprostował. -?Nie martw się,
Royce. Twój dług został spłacony. Zajrzałem tylko, żeby sprawdzić, co
przyniosły moje wysiłki, i może żeby coś przekąsić. Rankiem wracam do
Sheridanu.
-?Świetnie -?powiedział Royce. Nadal patrzył podejrzliwie, ale musiał
porzucić oskarżenia, gdy okazało się, że wszelkie tropy donikąd nie
prowadzą.
-?Jak poszła robota? -?zapytał ponuro Albert, głosem ciężkim od obaw,
jakby pytał o ukochaną klacz, która złamała nogę.
Albert osobiście znał Lillian Traval i Hadrian podejrzewał, że ją lubił.
-?Całkiem nieźle. -?Royce wyjął sakiewkę i rzucił na stół, gdzie
wylądowała z solidnym brzękiem. -?Zapłacono nam podwójnie.
Albert oniemiał.
-?Zapłacono? Nie rozumiem. To moje zadanie. Hubert tu był? Zapłacił wam?
-?Kiedy pójdziesz po zapłatę, powiedz lordowi Travalowi, że jego żona
była sama, gdy ją znalazłem.
-?A była?
Royce uśmiechnął się znacząco.
Albert rozdziawił usta i już tak zostało. Popatrzył na mieszek na stole,
a potem znowu na Royce'a.
-?To skąd wzięły się pieniądze?
-?Od lady Traval.
-?Ona żyje?... Ale miałeś...
-?Zaproponowała mi więcej.
-?Zaproponowała... ach. Aha! To cudownie! -?Szeroki uśmiech wypłynął na
twarz Alberta, oczy mu nagle zabłysły.
-?Przyjęliście zlecenie zabicia kobiety? -?zapytał Arcadius.
-?Znanej cudzołożnicy -?odparł Royce. -?Wynajął nas jej mąż.
-?A ty nie zabiłeś jej, bo zapłaciła ci więcej?
-?Czasem nawet ja mam szczęście.
-?I tobie to odpowiada? -?zapytał Hadriana Arcadius.
Dezaprobata była ewidentna i Hadrian wiedział, do czego zmierza
profesor. Arcadius skłonił Royce'a i Hadriana do współpracy, bo liczył,
że Hadrian wywrze dobry wpływ na pozbawionego zasad złodzieja.
Zanim Hadrian zdążył przeprosić, wtrącił się Royce:
-?Został w Roe i upił się. Tak jak w przypadku roboty, na którą nas
wysłałeś, wiedziałem, że nie wymaga obecności nas obu. I po raz kolejny
miałem rację.
-?Rozumiem. -?Profesor zerknął na Gwen, potem przez okno, jakby się
głęboko nad czymś zastanawiał. Z drugiej strony Hadrian podejrzewał, że
wszystkie myśli profesora były głębokie.
Royce i Hadrian usiedli naprzeciwko profesora, wicehrabiego i Gwen.
-?Dlaczego siedzicie wszyscy po jednej stronie? -?zapytał Hadrian.
-?Bo tak jest cieplej -?odpowiedział Arcadius.
Gwen się wyprostowała.
-?Właśnie mówiłam profesorowi, ile kosztowałoby nas wybudowanie kominka
i komina w tym pokoju, a on zasugerował, że można by go ogrzewać
żelaznym piecykiem dość dużym, żeby zmieściło się tam kilka polan.
Mogłabym zapalać w nim ogień i wyprowadzać dym wielką metalową rurą
wychodzącą dachem. Uważa, że to ogrzałoby cały pokój.
-?W rzeczy samej -?przytaknął profesor. -?Nie musielibyśmy się zbijać w gromadkę jak nowo narodzone szczenięta, żeby nie trząść się z zimna.
-?Zastanawiałam się, czy zapytać Masona Grumona, ile wziąłby za coś
takiego.
-?Sądząc po tablicy za barem, zrobiłby to za jej wyczyszczenie -?odparł
Hadrian.
Gwen mrugnęła do niego i skinęła głową.
-?To samo pomyślałam.
-?Royce, Hadrian -?odezwał się Albert, przeliczywszy monety na stole i ułożywszy je w cztery stosiki zgodnie z ich udziałami. Największe stosy
należały do Royce'a i Hadriana, Alberta był połowy ich wielkości, a Gwen
najmniejszy. -?Wiem, że dopiero co wróciliście, ale mam dla was kolejne
zadanie, i to do załatwienia od ręki.
-?Coś tu śmierdzi -?powiedział Royce, patrząc, jak Albert liczy monety.
Wicehrabia podniósł wzrok zaniepokojony.
-?Ty rzeczywiście wykonujesz swoją robotę. Nie wiem, czy mam być pod
wrażeniem, czy nabrać podejrzeń. Co to za nowe zadanie?
Albert zerknął niepewnie na Arcadiusa.
-?On jest w porządku -?uspokoił go Royce. -?Poza tym wiem, gdzie
mieszka.
-?Chociaż najwyraźniej nie ma pojęcia, jak tam trafić -?żachnął się
profesor.
Albert wzruszył ramionami.
-?Myślę, że to zadanie wam się spodoba. Wam obu. Lord Byron z Delgosu
chce was zatrudnić, żebyście zapobiegli sabotażowi w Drumindorze
planowanemu przez pewnego krasnoluda.
-?Co to jest Drumindor? -?zapytał Hadrian.
-?Drumindor to starożytna krasnoludzka forteca, która strzeże wejścia do
zatoki Terlando i miasta Tur Del Fur -?wyjaśnił Arcadius. -?Została
wybudowana wiele tysięcy lat temu na szczycie góry Druma, bardzo
aktywnego wulkanu, który uniemożliwiał zamieszkanie nad zatoką Terlando,
dopóki krasnoludy nie okiełznały go, budując Drumindor. To naprawdę
genialne osiągnięcie inżynieryjne. Nie dość, że dwie wieże bezpiecznie
odprowadzają niszczycielskie gazy, zapobiegając wybuchowi, to jeszcze są
w stanie wykorzystać to samo narastające ciśnienie geologiczne do
wyrzucania stopionej lawy na wysokość setek stóp i zatapiania
nieszczęsnych drewnianych statków, które mogłyby spróbować wtargnąć do
zatoki.
-?Zgadza się -?przyznał Albert, wyraźnie pod wrażeniem.
-?To mistrz tradycji na uniwersytecie w Sheridanie -?wyjaśnił mu
Hadrian.
-?Ach. -?Albert pokiwał głową. -?Zdaniem lorda Byrona Drumindor to
budowla użyteczności publicznej, podlegająca Zarządowi Portu. Lord Byron
zawiaduje Zarządem Portu i odpowiada za Drumindor. Ostatnio mieli tam
kłopoty z krasnoludami i lord Byron musiał zwolnić bardzo wielu tych,
którzy pracowali w twierdzy. Jeden niezadowolony jegomość nazwiskiem
Gravis Berling szczególnie się zdenerwował i lord Byron uważa, że może
planować zemstę.
-?Skoro ten lord Byron jest szefem Zarządu Portu, to pewnie dysponuje
małą armią? -?zapytał Royce. -?Po co mu jeszcze my?
-?Prawdziwą władzę ma tam trójka kupców znana jako Triumwirat. To oni
wyznaczyli lorda Byrona na jego stanowisko. Najwyraźniej lord Byron
przedstawił im swoje obawy i Nieświęta Trójca, jak niektórzy ich
przezywają, odmówiła przedsięwzięcia jakichkolwiek kroków. Lord Byron
nie jest głupcem. Wie, że zostanie pociągnięty do odpowiedzialności,
jeśli cokolwiek się wydarzy, więc pragnie wykupić polisę ubezpieczeniową
w postaci Riyrii.
-?Dlaczego Triumwirat niczego nie zrobi? -?zapytał Hadrian.
Albert odął lekceważąco usta.
-?To tylko jeden krasnolud i w dodatku stary. Biedak stracił pracę, więc
poprzysiągł zemstę przy kieliszku w miejscowym pubie. Jednak co może
zrobić jeden krasnolud z mającą kilka tysięcy lat twierdzą?
-?W porządku -?zgodził się Royce. -?Ale czego konkretnie oczekuje od nas
lord Byron?
-?Pewnie chce, żebyście znaleźli tego Gravisa i przypilnowali, upewnili
się, że niczego nie planuje.
-?A gdyby planował?
-?Cóż... -?Albert spojrzał zmieszany na Gwen i Arcadiusa. -?Wszyscy wiemy,
jaki masz stosunek do krasnoludów, Royce. Dlatego pomyślałem, że spodoba
ci się to zadanie. A zważywszy, że to służba publiczna na zlecenie
administratora Delgoskiego Zarządu Portu, nie złamiesz nawet prawa, co,
z kolei, uznałem, przypadnie do gustu Hadrianowi. No i nic nie przebije
lokalizacji. Tur Del Fur to jedno z najcudowniejszych miast na świecie.
Ludzie przybywają tam ze wszystkich stron świata. Tak wielu nabrało tego
zwyczaju, że zaczęto ich nazywać turystami.
-?Dlaczego jest tak popularne? -?zaciekawiła się Gwen.
-?Po pierwsze, nie pada tam śnieg. Ponieważ Tur Del Fur znajduje się na
południowym krańcu Delgosu i jest ogrzewane przez ciepłe prądy caliskie,
które oblewają wybrzeże, panuje tam wiecznie lato. Wszędzie rosną
tropikalne rośliny i powiewa chłodna oceaniczna bryza. A ponieważ to
republika, znajdziesz tam jedne z najlepszych jadłodajni, pubów i lokali
rozrywkowych na świecie.
-?Ale to jest praca, nie wakacje -?powiedział Royce.
-?Zależy, jak na to patrzeć.
-?To będzie zależało od tego, ile gotowy jest zapłacić lord Byron.
-?To ciekawa kwestia. -?Albert wyprostował się przed swoim stosikiem
złotych monet, a potem się pochylił. -?Wyłoży tylko sześćdziesiąt
złotych tenentów, ale...
-?Sześćdziesiąt? -?Royce się wzdrygnął. -?Tur Del Fur znajduje się
daleko od Medfordu, a podróż kosztuje. Karma dla koni więcej kosztuje o tej porze roku. Ile czasu mamy tam zostać i pilnować tego gościa? Możemy
utknąć w tym miejscu na kilka miesięcy. To ogromne wydatki, a Tur Del
Fur robi wrażenie drogiego miejsca.
-?I rzeczywiście jest drogie. I dlatego zażądałem, żeby pokrył także
wszystkie wasze wydatki.
-?Tak?
Albert się uśmiechnął.
-?Jak myślisz, w jaki sposób przetrwałem tyle lat jako arystokrata bez
ziemi?
-?Sprzedawałeś ubrania, żeby kupić alkohol -?zauważył Hadrian.
-?Owszem, ale to był szczególnie trudny dla mnie okres. Przedtem przez
całe lata żyłem dzięki szczodrości ludzi bogatych. Szczerze mówiąc, te
kilka złotych monet, jakie rzucają Riyrii, to nic w porównaniu z tym,
ile można zgarnąć, domagając się zwrotu wydatków. Z nieznanego powodu
powszechnie wiadomo, że skąpy baron albo książę, który wyśmiałby pomysł
zapłacenia uczciwej stawki swojemu pracownikowi, jest gotowy wydać
fortunę, byle wykazać się swoją hojnością, gdy podejmuje tych, którzy mu
służą.
-?Dlaczego?
-?Honor. -?Albert wypowiedział to słowo takim tonem, jakby to był żart.
-?Jeśli arystokrata ci płaci, to jesteś jego człowiekiem. To, co robisz
i jak to robisz, odzwierciedla jego pozycję. Tacy jak lord Byron byliby
zawstydzeni, gdyby jego ludzie chodzili w brudnych szmatach albo
zatrzymali się w podłej norze. To by sugerowało, że jest biedny albo
skąpy. Poza tym istnieje stara tradycja gościnności i hojności, która,
chociaż nie rozciąga się na uczciwą płacę, wymaga, żeby gości, nawet
pracujących na zlecenie, traktować jak członków rodziny królewskiej. W świecie arystokracji reputacja jest walutą. To kluczowe, żeby
spostrzegano cię jako hojnego i dotrzymującego słowa. A lord Byron,
chociaż obecnie mieszka w Republice Delgosu, jest staroświeckim
arystokratą, świeżo przeflancowanym z Maranonu. Tak jak ja stracił
rodzinne ziemie, ale w przeciwieństwie do mnie posiada umiejętności i ciężko pracuje. Lord Byron zdał sobie sprawę, że może dorobić się
fortuny, służąc kartelowi kupieckiemu w Delgosie, jeśli przełknie dumę.
I miał rację. Mimo to widzę, że opłakuje utratę swojego
arystokratycznego dziedzictwa. Nadal posługuje się tytułem "lord" w miejscu, gdzie to bardziej szkodzi, niż pomaga. Jednym słowem, możemy
nie wrócić z tej roboty z iście smoczym ładunkiem skarbów, żeby
zabezpieczyć się na starość, ale czekają nas cudowne darmowe wakacje.
-?Nas? -?zapytał Royce.
Albert znowu się zmieszał.
-?Pozwoliłem sobie wyjaśnić, że w Tur Del Fur zjawi się nie tylko wasza
wesoła dwójka. Zaznaczyłem, że taka operacja wymaga dodatkowego
wsparcia.
-?Co oznacza ciebie -?powiedział Hadrian.
-?Oczywiście. Będziecie potrzebować pośrednika, który skontaktuje się z lordem Byronem, załatwi wam lokum, będzie składał raporty, przekazywał
nowiny, odbierze należność po zakończeniu zadania. I widzieliście
tutejszą pogodę? -?Albert wskazał za okna, gdzie zaczęło mocniej
śnieżyć. -?Moje wątłe zdrowie wynikłe z błękitnej krwi nie zniesie tak
surowych warunków.
-?Wspaniale -?orzekł Arcadius. -?Myślę, że wszyscy powinniśmy pojechać.
Powiedz mi, Gwendolyn, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wyjechałaś z Medfordu?
Pytanie ją zaskoczyło. Zaszokował ją fakt, że w ogóle została
uwzględniona w dyskusji.
-?Nie wyjeżdżałam, odkąd tu trafiłam wiele lat temu.
-?No właśnie. A na podstawie osobistego doświadczenia muszę powiedzieć,
że Tur Del Fur jest w rzeczy samej najpiękniejszym i najprzyjemniejszym
miejscem w całym Elanie. Wody przy porośniętych palmami brzegach zatoki
są szafirowe. Zachody i wschody słońca to cuda warte ujrzenia, a tamtejsza muzyka jest tak czarowna, że można się w niej zatracić.
Jedzenie i napoje nie są jedynie pożywieniem, ale dziełami sztuki
stworzonymi przez mistrzów kucharskich. Są tam dziesiątki teatrów z najróżniejszymi przedstawieniami. Znajdziecie wszystko: od oryginalnych
dramatów i komedii po akrobatów, występy ze zwierzętami i pokazy magii.
A do tego dochodzą niezliczone mniejsze przedstawienia w każdym danthum.
-?Co to jest danthum? -?zapytała Gwen, rozpromieniając się pod wpływem
obrazów odmalowanych przez profesora.
-?Och, to rodzaj ekskluzywnej gospody, w której dodatkowo co wieczór
prezentuje się program rozrywkowy i serwuje się nadzwyczajne posiłki na
zamówienie. Są bardzo popularne. Widzisz, jako wolne miasto w Republice
Delgosu, samej w sobie niezwykle liberalnej, Tur Del Fur przyciąga wielu
wybitnych artystów, poetów, pisarzy, tancerzy, filozofów. Tak wiele
talentów przy tak niewielkich ograniczeniach sprawiło, że miasto stało
się fontanną kreatywności i intelektualnym magnetytem. To naprawdę
cudowne miejsce, które każdy powinien zobaczyć chociaż raz w życiu. Poza
tym... -?pochylił się ku niej i mrugnął porozumiewawczo -?...widziałaś
tutejszą pogodę?
Arcadius odwrócił się do Royce'a.
-?Zabranie Gwen to doskonały pomysł. Czy może uważasz, że po tym
wszystkim, co dla was zrobiła, nie zasługuje na kilka tygodni odpoczynku
od trudów i znojów? Z pewnością ta wspaniała dama zapracowała na
wakacje.
-?Bardziej ciekawi mnie, jak ty pasujesz do tego wszystkiego -?odparł
Royce.
-?Jako przyzwoitka, mój chłopcze. Naprawdę nie mogę pozwolić, żeby tak
delikatna istota jak Gwendolyn DeLancy wybrała się za granicę z trzema
takimi wilkami jak wy. Do tego właśnie zostali stworzeni tacy starsi
panowie jak ja; to jedna z nielicznych rzeczy, do których wciąż jestem
zdolny.
-?Jakie to troskliwe z twojej strony -?powiedział Royce. -?Wątpię
jednak, żeby Albert załatwił pokrycie kosztów podróży dla pięciu osób.
-?Właściwie... -?Albert pokiwał głową na boki -?...w żadnym momencie nie
powiedziałem, ile osób będziemy potrzebować. Możemy spokojnie
powiedzieć, że Gwen jest twoją pomocą domową, a ty masz szczególny
fetysz i nie pozwalasz, żeby ktokolwiek inny dotykał twoich rzeczy. To w gruncie rzeczy dość powszechna ekscentryczność, niektórzy rzekliby
przypadłość, wśród arystokratów. Coś, co zrozumieją i przełkną, nawet
jeśli tobie wydaje się absurdalne. A zważywszy, że profesor wykłada na
uniwersytecie w Sheridanie, łatwo można orzec, że jest niezbędny jako
źródło wiedzy historycznej i kulturalnej, która pozwoli wam rozwikłać
złożoną naturę krasnoludzkiej kultury i historii fortecy.
-?Albercie -?powiedział Hadrian z pewnym respektem -?jesteś niesamowity.
-?To nic wielkiego. Kiedyś mieszkałem pięć lat w pałacu z ośmioosobową
obsługą, osobistym powozem z woźnicą i trzema konkubinami, z czego jedna
była siostrzenicą szambelana.
-?Co się stało?
-?Szambelan się dowiedział. Ledwie uszedłem z życiem.
-?Co powiesz, Royce? -?zapytał Hadrian. -?Robota wygląda na względnie
łatwą. Pojedziemy, popilnujemy faceta przez tydzień albo coś koło tego,
może go ostrzeżemy, resztę czasu spędzimy, udając zamożnych kupców. W najgorszym wypadku może będziesz musiał zabić krasnoluda.
Royce podniósł i odsunął swój stosik złota z miną kwaśną z irytacji,
jakby zmagał się z zagadką, której nie potrafi rozwiązać.
-?To zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.
-?A co ty myślisz, Gwendolyn? -?zapytał Arcadius.
Kobieta wzięła głęboki wdech i spojrzała na Royce'a. Magiczny uśmiech
wypłynął jej na twarz i sprawił, że jej ciemne oczy zabłysły.
-?To brzmi cudownie. Nie byłam nigdy w miejscu, które ludzie nazywaliby
pięknym. Nie było mnie na to stać. No i... -?Rozejrzała się. -?Nie
mogłabym prosić o lepsze towarzystwo. Ale zrozumiem, gdyby moja obecność
miała ci przeszkadzać, Royce. Na pewno byłabym ciężarem. Jedźcie sami.
Ja mam tu robotę. Wanna wymaga solidnego wyszorowania.
Royce westchnął.
-?Mamy tylko dwa konie.
Albert znowu uśmiechnął się szeroko i wyprostował jak dziecko przy stole
dla dorosłych.
-?Nie będziesz ich potrzebował na służbie u arystokraty. Pozwoliłem
sobie zamówić dla nas powóz. To ten na zewnątrz. Usługi Dyliżansowe,
Hanson i Syn.
-?Usługi Dyliżansowe?
-?A tak, Hansonowie odnieśli spory sukces ze swoim nowym pomysłem.
Powożą na przemian i zatrzymują się po drodze tylko po to, żeby wymienić
konie. Twierdzą, że dowiozą nas do Tur Del Fur w raptem dwa do czterech
dni. Zależy od pogody.
-?Dwa dni? -?spytał Hadrian.
-?Wiem! Normalnie trwałoby to dziesięć dni do dwóch tygodni.
-?A my dojedziemy w dwa dni?
-?Tak twierdzą. Mają zaplanowany nocleg w małym miasteczku Kruger -
powiedział Albert. -?Ale to tylko opcja, więc powiedziałem im, że
wolelibyśmy dojechać jak najszybciej. -?Patrząc na Gwen, dodał: -?Mogę
to jednak zmienić, jeśli wolisz.
-?Dam radę spać w luksusowym powozie. A pomieścimy się tam wszyscy? -
zapytała podekscytowana Gwen.
-?Tak, jest osiem siedzeń z miejscem na bagaż. Cztery w środku, cztery
na zewnątrz. Więc jedno z nas będzie musiało znosić nieprzyjemną pogodę.
-?Hadrian na pewno nie będzie miał nic przeciwko -?odezwał się Arcadius.
Hadrian nie miał, więc skinął głową. Przywykł do podróżowania przy
kiepskiej pogodzie i z pewnością nie oczekiwałby, że profesor albo Gwen
siądą na koźle w wilgoci i na zimnie. A ponieważ to Albert załatwił
powóz, to także powinien siedzieć w środku. I Hadrian wiedział, że
chociaż Royce w życiu by tego nie powiedział, zabiłby -?i to dosłownie -
byle siedzieć obok Gwen.
-?Ale... możemy się zmieniać po drodze -?zaproponowała Gwen. -?Nie mam nic
przeciwko odrobinie śniegu w twarz.
-?Zatem postanowione -?orzekł Arcadius, klaszcząc w ręce. -?A skoro ci
biedacy cały czas uwijali się na zewnątrz przy powozie, to nie
powinniśmy dłużej kazać im czekać.
-?Muszę zabrać parę rzeczy z Domu i dać znać dziewczynom, że wyjeżdżam -
powiedziała Gwen, wstając. Oczy miała szeroko otwarte, energia ją
roznosiła i cała była w uśmiechach. -?To takie ekscytujące.
-?Na pewno? -?zapytał Hadrian. -?Wyglądało na to, że nie możesz doczekać
się szorowania wanny z mydlin.
Gwen zdzieliła go żartobliwie w ramię.
-?Będzie cudownie.
Gwen, Albert i Arcadius ruszyli, żeby się spakować, zostawiając Royce'a i Hadriana samych w pokoju. Obaj popatrzyli, jak pozostali wychodzą, i stali przez całą minutę w milczeniu, aż w końcu Hadrian się odezwał:
-?Jesteś przerażony, co?
Royce nadal wpatrywał się w drzwi.
-?Całkiem serio rozważam napicie się piwa.
Rozdział 4. Dyliżans
Rozdział 4
Dyliżans
Hadrian jechał razem z bagażem na płaskim dachu powozu. Rzeczy
Arcadiusa, Royce'a i jego własne razem wzięte zmieściłyby mu się na
kolanach. Jednak torby Gwen i kufry w stylu kapitana morskiego, należące
do Alberta, zajmowały tyle miejsca na dachu, że Hadrian zaczął
zastanawiać się nad dwiema kwestiami: co takiego mogli ze sobą zabrać i jak bardzo on sam nie docenił swoich potrzeb. Przed Hadrianem znajdował
się kozioł woźnicy, gdzie ojciec i syn siedzieli obok siebie.
Ojciec, który nazywał się Shelby, jechał po lewej i w tej chwili
powoził. Jego syn, Heath, zajmował miejsce strażnika po prawej.
Młodzieniec nosił krótkie ostrze graftońskie -?tanią, ale praktyczną
broń, która wyglądała na nowiutką. Lekką kuszę z drzewa oliwnego
przymocowano do podnóżka między nimi -?była niewidoczna, ale w zasięgu
ręki.
-?Potrafisz posługiwać się tym ostrzem? -?zapytał Hadrian.
Heath podniósł wzrok i uśmiechnął się.
-?Pan się boi? Nie ma potrzeby. Cały czas jeździmy na tej trasie. Ani
razu nie widzieliśmy rozbójnika. Większość ludzi podróżuje pieszo, a nasza Latająca Dama nigdy się nie zatrzymuje.
-?To po co wam miecz i kusza?
-?Bo ostrożności nigdy za wiele -?odpowiedział Shelby.
Miał niski, rozsądny głos ciężko pracującego ojca, który widział dość
świata, żeby być bardziej ostrożnym niż ciekawym. Przypominał Hadrianowi
jego własnego ojca, który zmarł już prawie sześć lat temu, kiedy Hadrian
przebywał z dala od domu. To była wisienka na torciku jego żalów, który
zaczynał się od walki z najlepszym przyjacielem, a kończył się na
tygrysie. Od tego czasu doszły kolejne błędy, ale to były uczciwe
pomyłki. Tamte wcześniejsze były świadomie popełnionymi złymi uczynkami.
-?Naszym zadaniem jest dowieźć pasażerów bezpiecznie do celu -
powiedział Shelby, trzymając wodze w jednej ręce i długi bat w drugiej.
Hadrian ani razu nie widział, żeby bił zwierzęta. Strzelał nim tylko w powietrzu. To wystarczało. -?I traktujemy nasze obowiązki poważnie.
Shelby utrzymywał konie w kłusie, od czasu do czasu dając im zwolnić i odpocząć, zwykle kiedy wspinali się na wzgórze. Hadrian zdumiewał się
szybkością. Trwał jeszcze ranek, a już minęli wioskę Windham w królestwie Warric. Nigdy nie jechałby na Tancerce w takim tempie równie
długo. Spokojne dwadzieścia mil to było mnóstwo drogi na jeden dzień
podróży. Wiedział z doświadczenia, że w nagłych sytuacjach koń może
pokonać sto mil w ciągu dnia, ale potem wyczerpane zwierzę będzie
potrzebowało długiego odpoczynku. Wymiana koni rozwiązywała ten problem.
Nie był to nowy pomysł. Od wieków korzystali z tego wojskowi kurierzy,
ale Hadrian wątpił, żeby kiedykolwiek wcześniej wykorzystano ten patent
w podróżach lądowych cywili.
Uznał, że to genialny pomysł.
Podróż nie tylko była szybka, ale też zdumiewająco wygodna. Mimo
zmarzniętej ziemi, licznych kolein i od czasu do czasu kamienia albo
korzenia jazda okazała się nadzwyczaj gładka. Powóz kołysał się i podskakiwał jak statek na wzburzonym morzu, ale nie szarpał tak mocno,
jak przywykł do tego Hadrian.
-?Czyj to powóz? -?zapytał.
-?Mój -?odpowiedział Shelby.
-?Wygląda na drogi.
-?Bo jest.
Ewidentnie niezadowolony z niechęci ojca do rozwinięcia tematu, wtrącił
się Heath:
-?Mój ojciec i dziadek pracowali jako stajenni dla króla Fredericka w Galeannonie. Mój dziadek marzył, żeby przenieść się do Vernesu, kupić
barkę i otworzyć własny interes przewoźniczy na Bernum. Zmarł, zanim mu
się udało, ale zostawił oszczędności i marzenie mojemu ojcu, tyle że...
-?Nie mam zielonego pojęcia o barkach -?wszedł mu w słowo Shelby.
-?Ale próbowałeś -?zauważył Heath. -?I dużo się nauczyłeś.
-?Nauczyłem się, że nie mam zielonego pojęcia o barkach. Poszerzyłem
swoją wiedzę także na tyle, żeby zdać sobie sprawę, że nie mam szansy
konkurować z kompaniami już działającymi na Bernum.
-?Dowiedziałeś się także o przystankach -?dodał Heath, któremu
najwyraźniej nie odpowiadało, że ojciec tak nisko się ceni. Odwrócił się
do Hadriana. -?Zna pan rzeczne barki?
-?Tak. Płynąłem jedną z Vernesu do Colnory. Nie było to nadzwyczajne
doświadczenie.
-?Więc wie pan, jak wymieniają konie. Dzięki temu mogą płynąć cały dzień
i noc. Stąd mój ojciec wziął pomysł powozu jeżdżącego na stałych trasach
z przystankami. Zatrzymał konie, a sprzedał barkę. Zamiast próbować
konkurować z rzecznymi kompaniami, zaproponował szybki, niezawodny
transport lądowy i zaczął zabierać pasażerów do miast leżących z dala od
rzeki, takich jak Kilnar, Swanwick, Ratibor, Aquesta i Colnora. Nie ma
tam żadnego transportu publicznego. Mamy spory ruch w interesie, kiedy
Bernum zaczyna wylewać albo podczas suszy. A ponieważ wymieniamy konie
po drodze, możemy jechać prawie bez przerwy. Żadne barki, a nawet
królewskie karety nie podróżują równie szybko.
-?Tak, sam to zauważyłem.
Hadrian uznał wręcz, że jadą trochę za szybko. Może w ciepły letni dzień
byłoby to przyjemne, ale prawie nieustanny kłus sprawiał, że miał dość
zimnego wiatru i mokrego śniegu na twarzy, przez który ledwie cokolwiek
widział.
-?Gładko jedzie, co?
-?Owszem. Zwykle na wozie człowiekowi zęby próbują wypaść z głowy.
-?To genialny pomysł mojego syna -?powiedział Shelby. -?Powóz to po
prostu pudełko na osiach. Nieważne, jak ładnie wygląda to pudełko, nadal
jest przymocowane do czterech solidnych kół. Heath oddzielił pudło od
osi, stosując... Jak to nazywasz?
-?Resory -?wyjaśnił Heath. -?To te długie płaskie pasy wygiętego metalu
z zawiasami na końcach, dzięki czemu nadwozie, pudło, podskakuje na nich
podczas jazdy. Niektóre powozy arystokratów są podwieszone na skórzanych
pasach, ale to nie łagodzi szczególnie przykrego wrażenia, kiedy
natrafia się na koleinę, a poza tym skóra jest mniej trwała. Przy
budowie powozu zwykle jedna osoba robi nadwozie, to najczęściej
utalentowany meblarz, a drugi człowiek, kowal, robi osie, koła i całą
resztę. W Tarin Vale jest taki jeden gość imieniem Bartholomew, mistrz
cechu kołodziejskiego, który robi wszystko.
-?Nie pracuje za szybko -?wtrącił Shelby.
-?Prawda, ale po tym, jak w wypadku złamaliśmy jedną oś, pracowałem u niego...
-?Heath od dawna interesuje się kowalstwem. Ma do tego głowę -
powiedział Shelby z nieskrywaną dumą. -?Ciągle coś tam buduje. Wynalazł
te sprężyny, na których pan teraz podskakuje.
-?Miałem pomysł -?wyjaśnił Heath -?a Bartholomew sprawił, że to
zadziałało.
-?Obaj tego dokonaliście. Chłopak jest bystrzejszy, niż na to wygląda. O niebo bystrzejszy od swojego ojca, to pewne. Powinien zostać doradcą
króla albo lorda-kupca, ale tylko tyle mogę mu dać.
-?Wolę powozić -?gorliwie zapewnił ojca Heath. -?Nie znosiłbym ciągłych
ukłonów. A poza tym uśmiecham się od ucha do ucha za każdym razem, gdy
widzę nasze nazwisko na drzwiach. -?Znowu odwrócił się do Hadriana. -
Zamówiliśmy u Bartholomew następny powóz. Będzie się nazywał Huragan
Hanson i będzie miał o wiele lepsze resory. Posłużymy się pękami
osobnych cienkich metalowych pasów, ale prawdziwa różnica polega na
trzpieniu w przedniej osi, dzięki czemu podwozie z prostokąta zamieni
się w trójkąt. Wtedy koła od wewnętrznej będą mogły zakręcać ostrzej niż
zewnętrzne. Dzięki temu łatwiej będzie go prowadzić i zmniejszy się
ryzyko, że się przewróci, co naprawdę pomoże w górach. Myślę, że dzięki
Huraganowi skrócimy czas podróży o jedną trzecią.
-?Konie mogą mieć własne zdanie na ten temat -?odparł Hadrian.
-?Będziemy potrzebować więcej zmian. Mam nadzieję, że pewnego dnia
będziemy mieli flotę powozów wyjeżdżających każdego dnia z każdego
większego miasta od Tur Del Fur po Lanksteer. Wyobraża pan to sobie?
Każdy, kto zechce, będzie mógł przyjść na stację dyliżansową, zapłacić
małą sumę i pojechać do Colnory, spędzić kilka godzin na załatwianiu
tego, czego potrzebuje, i wrócić do Medfordu następnego dnia. A może
nawet tego samego.
-?Chłopak jest geniuszem, ale też marzycielem -?odezwał się Shelby. -?Ma
to pewnie po dziadku. Mnie wystarczyłby ciepły kominek, pełny brzuch,
wygodny fotel i miła kobieta. Ale nie jemu. Chciałbym ci przypomnieć,
Heath, że jesteś mi winien wnuka.
-?Wezmę się za to.
-?Nie stworzyłem tego interesu, żeby padł, bo będziesz zbyt zajęty
zmienianiem świata.
-?Jeszcze nie znalazłem tej jedynej.
-?Jesteś zbyt wybredny. Jeśli ma cztery kończyny, dwoje oczu i większość
palców, to nie powinieneś narzekać.
-?Jak pan widzi, mój ojciec ma wysokie wymagania.
Hadrian zarechotał.
-?Jest pan żonaty, panie Blackwater? -?zapytał Shelby. -?Człowiek, który
odnosi takie sukcesy... Na pewno ma pan już gromadkę dzieci.
-?Właściwie to nie. Tak się składa... że przez wiele lat służyłem w wojsku
i od tego czasu... Zdziwiłby się pan, jak trudno znaleźć kobietę, która ma
większość palców.
Teraz Heath się roześmiał.
-?Ile ma pan lat, panie Blackwater? -?zapytał Shelby. -?Jeśli mogę
spytać.
-?Dwadzieścia cztery.
Shelby pokręcił głową i westchnął.
-?Nie wiem, co myśleć o młodych ludziach w tych czasach. W wieku Heatha
miałem już żonę i syna, a trójkę więcej, nim osiągnąłem pański wiek.
-?Ile ma pan dzieci?
Shelby nie odpowiedział.
-?Teraz jestem tylko ja -?odezwał się Heath.
To dość gwałtownie zakończyło rozmowę. Hadrian uznał, że zapędził się w rejony, w które nie powinien. Był rozczarowany, bo rozmowa pomagała mu
zapomnieć o zimnym wietrze, przenikającym przez wełnianą koszulę i pelerynę, ale też derkę, którą dali mu Hansonowie.
-?Przepraszam, jeśli powiedziałem coś niewłaściwego -?odezwał się.
-?Nie ma za co -?odparł Shelby.
Heath obejrzał się na Hadriana.
-?Jakieś dziesięć lat temu nasza rodzina miała domek w Fallon Mire -
powiedział cicho, wskazując południe z lekkim odchyleniem na zachód. -
To mała wioska w tamtym kierunku. Miałem osiem lat i cały czas
dopraszałem się, żeby ojciec zabrał mnie w trasę. Dla mnie to była
wielka przygoda. W końcu pozwolił mi pewnego lata. Podróż była okropna.
Nic nie układało się dobrze. Pogoda była paskudna, ugrzęźliśmy w błocie
na dwa dni. Potem rozwaliliśmy koło pośrodku pustkowia. Ojciec zatrudnił
się jako pomoc na farmie, żeby zebrać pieniądze na naprawę. Przez ponad
dwa miesiące mieszkaliśmy w tym powozie. Ja strzegłem go i dbałem o konie, podczas gdy ojciec pracował w polu i wracał późnym wieczorem z odrobiną chleba i sera. Cały czas myślałem, jakiego mamy pecha. Podczas
gdy mama rozkoszuje się latem, ja całymi dniami siedzę sam uwięziony w tym powozie. Okazało się, że się myliłem. Tego lata zaraza przyszła do
Fallon Mire. Od tej pory jesteśmy tylko my dwaj.
-?Przykro mi -?powiedział Hadrian.
-?Tym bardziej należałoby znaleźć dziewczynę i założyć rodzinę -
doradził synowi Shelby. -?Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Tylko
głupiec czeka.
Hadrian spojrzał na padający śnieg, który uderzał go w twarz i kleił mu
się do rzęs.
Shelby Hanson ma rację, uznał.
***
Royce nie wiedział, czy powinien siedzieć obok Gwen, czy naprzeciwko.
Oba rozwiązania miały dobre i złe strony, ale różne dobre i złe strony.
Kiedy przyszło co do czego, wybrał bez zastanowienia i nie kierując się
żadną logiką. Usiadł obok niej i natychmiast pożałował. Była tak blisko.
Pikowane skórzane siedzenia były wąskie, więc dotykali się rękami i nogami. A kiedy powóz przyśpieszył i zaczął podskakiwać, często wpadali
na siebie i zderzali się jak klaszczące dłonie.
Przez cztery lata znajomości Royce dotknął Gwen tak niewiele razy, że
pamiętał każdą taką chwilę. Te intymne zderzenia, wymuszone na nim pod
bacznym spojrzeniem Arcadiusa i Alberta, sprawiały, że zatęsknił za
czasem spędzonym w kopalni soli. Zastanawiał się, czy nie zamienić się
miejscami z Hadrianem. Siedzenie na zimnie i wilgoci wydawało się
radosne w porównaniu z tą torturą, ale powstrzymywały go dwie rzeczy. Po
pierwsze, obawiał się zrobić złe wrażenie. Nie chciał, żeby Gwen
pomyślała, że nie może znieść siedzenia obok niej. To było bardzo
dalekie od prawdy. Jednak nawet gdyby zostali tylko we dwoje, wciąż by
cierpiał. Napięcie było wręcz bolesne. Wszyscy poza tym sprawiali
wrażenie szczęśliwych i zadowolonych. Albert i Arcadius czasem nawet
przysypiali. Royce siedział cały czas napięty, bo w każdej chwili mógł
popełnić błąd, powiedzieć albo zrobić coś głupiego.
Od kiedy to się stało problemem?
Towarzystwo Gwen zawsze sprawiało mu przyjemność. Od pierwszych tygodni,
kiedy opiekowała się nim, aż odzyskał zdrowie, czuł się przy niej tak
swobodnie, jak przy nikim innym dotąd. A jednak niedawno Royce odkrył,
że narasta w nim niepokój, gdy znajduje się w pobliżu niej. Czuł się
tak, jakby natrafił na kruche porcelanowe cacko, które stało mu się
niezbędne do życia, i potwornie bał się, że je stłucze. Gwen stała się
tak cenna, że to aż bolało. Przekonany, że upokorzenie związane z popełnionym błędem zostanie tylko zwiększone przez obecność widowni,
cierpiał nieznośne katusze.
Może udałoby mu się wmówić pozostałym, że zamienia się z Hadrianem, bo
dba o przyjaciela kosztem własnego komfortu, ale, o ile takie zachowanie
pasowało do Hadriana, dla Royce'a było zdecydowanie nietypowe. I zostawała jeszcze druga kwestia. Mimo katuszy związanych z potwornym
upokorzeniem i zażenowaniem przekonał się, że siedzenie obok Gwen
DeLancy -?nacisk jej ciała, ciepło, zapach włosów -?było niewiarygodnie
przyjemne i potwornie uzależniające. Przypominało to upicie się winem
Montemorcey. Bukiet i smak były wyśmienite i im więcej pił, tym bardziej
był upojony. Wkrótce stracił resztki rozsądku i za bardzo zaczął się
rozkoszować. Jego trzeźwe ja ostrzegłoby go, ale ogłupiały alkoholem
umysł nie był zdolny do rzeczowego osądu. Wkrótce wino odbierze mu
wszelki rozsądek, z jakim się urodził, i zostawi go odsłoniętego i narażonego na cios. Potem, rzecz jasna, nadejdzie katastrofa. A jednak
kiedy proponowano mu kolejny kieliszek, jego trzeźwy umysł częściej się
zgadzał, niż odmawiał. Royce nie rozumiał, jak do tego doszło, tak samo
jak nie rozumiał, dlaczego zlał się potem.
***
-?Jesteś nadzwyczajną kobietą, Gwendolyn -?powiedział Arcadius, kiedy
skończył ją wypytywać o jej przeszłość i przetarł przodem szaty okulary.
Robił to już czwarty raz, odkąd wyjechali z ulicy Przekornej, i Royce
zaczął podejrzewać, że brud musi kryć się w jego oczach. -?Zawiadujesz
sporym interesem i aż się zastanawiam, ile byś zdziałała, dysponując
lepszym wykształceniem. Są programy na uniwersytecie dla potomków rodów
kupieckich, kursy na temat ekonomii w ogóle i regionalnej, prawa
handlowego, księgowości i najlepszych metod organizowania ksiąg i rachunków. Taka osoba jak ty wyposażona w taką wiedzę i umiejętności
mogłaby wkrótce zamieszkać w Dzielnicy Szlacheckiej, zawiadując tuzinem
legalnych interesów i brać udział w Jesiennej Gali w Medfordzie na
zaproszenie samego króla.
Gwen zaśmiała się niezręcznie.
-?Nie miałabym co na siebie włożyć.
-?Och, myślę, że miałabyś już wtedy pieniądze na wspaniałą garderobę.
-?Nie wiedziałabym, co kupić.
-?Z radością bym pomógł -?wtrącił się Albert. Siedział z głową opartą o wyściełaną ścianę powozu koło okna, gdzie przez większość drogi próbował
się zdrzemnąć, bo przyznał, że niewiele spał poprzedniej nocy. -
Dorastałem u boku mojej ciotki w posiadłości Huffington w otoczeniu
arystokratek. Dla każdej byłem czymś pomiędzy wiernym służącym a adoptowanym synem. Nie znam się na wojaczce, ale jestem znawcą mody
damskiej.
Gwen pokręciła głową.
-?Poza tym nie rozumiałabym konwersacji i nie wiedziałabym, co
powiedzieć. Najpiękniejsza suknia na świecie nie pomogłaby mi rozmawiać
z dżentelmenami i damami, którzy oceniają ludzi po kolorze skóry. To
wszystko brzmi cudownie, ale wątpię, żeby naprawdę takie było.
Siedziałabym, czując się niezręcznie i nie na miejscu, pocąc się i żałując, że nie jestem gdzie indziej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki