ROZDZIAŁ 2
Wdowa
Babcia Wronka pogodziła się z tragiczną śmiercią swojej córki Eli w porozumieniu z Matką Boską, która w sennym objawieniu wytłumaczyła jej sens tego, co zaszło, jednak kiedy nam usiłowała przełożyć śmierć mamy na późniejsze spotkanie w niebie, gdzie ona już nam miejsce grzeje blisko swojego tatusia i innych zmarłych członków rodziny, zaczęłam podejrzewać, że zmyśla.
- Po co mi matka w niebie?! Matka mi teraz potrzebna! - darłam się i trzaskałam drzwiami.
Babcia chodziła za mną po mieszkaniu i prosiła, żebym przestała bluźnić, ale ja nie chciałam przestać, czułam się całkowicie bezkarna. To był ten moment, kiedy dziecko może nawet przeklinać i rozliczać Pana Boga z jego durnego planu, który zakładał rozdawanie nagród po śmierci. Gdy jest się dzieckiem, śmierć rodziców w ogóle nie występuje, co najwyżej odejście na tamten świat dziadków i nie da się takiej straty mądrze wytłumaczyć. Że niby jak? Pan Bóg zabrał moją mamusię do siebie, bo ją sobie umiłował? Mnie również bardzo kocha i właśnie dlatego postanowił, że w wieku lat trzynastu będę półsierotą? Ale czego dobrego można się spodziewać po takim Bogu, który swojemu gorącemu wyznawcy Abrahamowi nakazał iść do kraju Moria, zbudować stos, przywiązać własnego syna i podpalić? Kazał mu złożyć chłopca w ofierze, żeby się przekonać, kogo bardziej kocha, Boga czy syna? Fakt, że w ostatniej chwili zmienił zdanie, nie dodaje cukru do tego okrutnego testu na wierność. Przypomniałam o tym babci Wronce i zasmuciłam ją na wiele godzin. Pamiętałam z lekcji religii wiele przerażających historii, właściwie poza narodzinami Jezuska w stajence, żadnej przyjemnej, często o tych przypowieściach myślałam, wciąż wierzyłam, że wydarzyły się naprawdę.
Olga nie potrzebowała tłumaczeń babci, która pośredniczyła pomiędzy nami a miłosiernym Bogiem w pierwszych dniach po tragedii, i nie wiem, co działo się wtedy w głowie mojej siostry. Nie rozmawiała ze mną, jeśli chciałam dostać się do jej myśli, musiałam zaczekać na okazję, by dobrać się do pamiętnika, który chowała w różnych miejscach pokoju. Dzieliłyśmy mały, wąski, nieustawny pokój pomalowany na niebiesko. Ona spała pod oknem na wersalce jak królowa, ja na rozkładanym, twardym fotelu w kącie przy drzwiach. Oprócz naszych legowisk w pokoju stała meblościanka oraz oszklony regał z książkami, które mama systematycznie znosiła do domu z "darów". Mama udzielała się w opiece społecznej, chodziła po patologicznych domostwach, a takich na naszym osiedlu nie brakowało, więc czasami wracała z tych wizytacji objuczona książkami podarowanymi przez wdzięczne, pobite kobiety, które, jak same mówiły, książek nie czytają i nie wiedzą, skąd się one w ogóle w ich mieszkaniach wzięły. Na najniższej półce stali Dygat, Hłasko, Redliński, Iwaszkiewicz i Fleszarowa-Muskat, na najwyższej Mickiewicz, Norwid, Sienkiewicz, Prus i Żeromski. Za książkami Olga chowała swój pamiętnik, który regularnie przeglądałam, żeby się dowiedzieć, na jakim etapie utknęła kolejna miłość mojej siostry i której koleżance tym razem zaszła za skórę. Olga była kłótliwa i od zawsze w pretensjach.
Tydzień po katastrofie samolotu napisała: Nie umiem rozpaczać, mam puste, zimne serce przebite złością! Cała ta amerykańska eskapada ojca i matki od początku śmierdziała tragedią. Najpierw tato, teraz mama, do widzenia nigdy. Pod tym wpisem narysowała krzyżyk, pod nim serce, z którego kapały czarne łzy. Kilka dni później na kartkach pamiętnika rozgościł się Miłosz, jak zwykle u mojej siostry, chłopak już zajęty przez inną dziewczynę, temat śmierci mamy oraz nieobecności taty nie powrócił.
Nawet nie próbowałam rozmawiać z siostrą na temat tego, co się stało, pod ręką była tylko babcia.
Babcia Wronka naprawdę miała na imię Waleria, ale w rodzinie wszyscy nazywali ją Wronką, podobno sama tak na siebie wołała, kiedy była dzieckiem. Przyjeżdżała do nas pomieszkać, spędzała tydzień lub miesiąc w mieście, ale potem zawsze wracała na wieś do swojego trzeciego męża, który niewiele jej podarował poza nazwiskiem Zdrada. Oprócz religijności i gotowania nie miała innych zajęć, stroniła od sąsiedzkich plotek, nie robiła swetrów na drutach, nie smażyła powideł, nie cerowała, nie szyła ani też nie sprzątała, jednak zawsze wydawało się, że jest bardzo zajęta i ma dużo na głowie. Nosiła w sobie taki rodzaj łagodności, jaki lubią dzieci, jeśli na coś naciskała, to tylko na obowiązek modlitwy i regularnego uczęszczania do kościoła. Mieszkaliśmy obok kościoła saletynów, piękna Matka Boska z obrazu cierpliwie wsłuchiwała się w modlitwy, prośby czy przeprosiny, przed jej łagodnym obliczem załatwiało się wszystkie ziemskie sprawy. Kiedy chciałam sprawić babci przyjemność, szłam z nią na wieczorną mszę i czasami ulegałam takiemu uniesieniu, że łzy podchodziły mi pod powiekę. Działo się tak szczególnie podczas koncertów grupy muzycznej Oaza lub w trakcie drogi krzyżowej. Na stare lata religijność zastąpiła babci Wronce całe życie wewnętrzne, wlała się w jej serce i umysł, nie zostawiając wiele miejsca na przyziemne przyjemności.
Babcia Wronka skończyła tylko cztery klasy, nie dlatego, że nie była bystra, przeciwnie, garnęła się do nauki, ale czasy, w których dorastała, nie promowały edukacji, dla wielu dziewczynek szkoła pozostawała niedostępna. Musiała boso wędrować do sąsiedniej wsi trzy kilometry w jedną stronę, gdzie w izbie bogatszego chłopa zorganizowano szkołę, jedyną w okolicy. W zimne jesienne dni docierała do tej placówki mokra i zakatarzona, nauczycielka suszyła jej ubranie na piecu i dokarmiała ją, czym mogła, widząc, jak dziesięcioletnia Waleria marnieje w oczach. Była jej najpilniejszą uczennicą, pomocną w dyscyplinowaniu innych dzieci, znacznie mniej chętnych do nauki. Zostawała po lekcjach, żeby posłuchać pani nauczycielki z miasta. Jej opowieści o podróżach, dalekich krajach, dzikich zwierzętach i marzeniach zachęciły Walerię do nieco śmielszego planowania przyszłości i wówczas po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że może wyjechać ze wsi, choćby na trochę, żeby zobaczyć, jak świat urządzony jest gdzieś indziej. Rodzice nie protestowali, kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły, mieli za parobków dwóch synów i dwie młodsze córki, stać ich było na to, by jedną wysłać na naukę. Waleria nauczyła czytać młodsze siostry, bracia zgodnie uznali, że czytanie ani pisanie nie jest im potrzebne do życia, jakie wiedli i jakie planowali, wolny czas woleli wykorzystać na kawalerkę lub nicnierobienie, jednak przyuczyli się przy siostrze i opanowali sztukę czytania, choć z wielkimi oporami. Z pisaniem szło im gorzej, ale to nikogo nie martwiło, bo i tak nie mieli do kogo pisać.
Moi dziadkowie nie gonili najstarszej córki w pole, podświadomie czując, że jest warta więcej, więc szkoda zdzierać jej rąk przy ciężkiej pracy na roli. Mieli nadzieję dobrze wydać ją za mąż, choć posag, na jaki mogła liczyć, był dość marny, a rzeczy materialne zmieściłyby się w małym wózeczku. Była ładna, zdrowa i miała skończone klasy, szybko zaczęły się do niej ustawiać kolejki chętnych do ożenku.
Pierwszy mąż babci Wronki, Wasyl Pietrusza, urodził się w rodzinie "Zamieszańców", grupie etnicznej, która od kilku wieków tworzyła ruską enklawę, i choć pozostawali w życzliwych stosunkach z polskimi sąsiadami, zachowywali swoją odrębność, oparli się asymilacji i trzymali razem. Sam fakt, że Waleria miała opuścić rodzinną wieś i po ślubie przenieś się do Czarnorzeki, gdzie rodzina jej przyszłego męża gospodarzyła od setek lat, wywołał wielki sprzeciw. Słowo "miłość" nie występowało w rozmowach w rodzinie moich dziadków Serafinów, rozumieli pracę na roli i obowiązek żeniaczki, wiedzieli, co to zawiść czy chciwość sąsiedzka, ale miłości nie znali. W temacie zamążpójścia Walerii najwięcej mówiło się o opętaniu, zapatrzeniu, hańbie i złym końcu.
Wasyl Pietrusza był przystojnym młodzieńcem. Wysoki, barczysty, z tłumu cherlawych i szczerbatych chłopaków wyróżniały go gęste włosy i wspaniałe zdrowe zęby. Był czysty, schludnie ubrany, a na to wszystko umiał trafić do każdej dziewczyny, czasami słowami, czasami dotykiem, ale tak skutecznie, że za żadną panną nie musiał latać, same przychodziły. Takich mężczyzn mało po świecie chodzi, a jeśli już taki się pojawi, długo wspominają go panny i mężatki, jednakowo wzdychając do tego, co było lub co być mogło. Babcia Wronka najchętniej zapomniałaby o swoim pierwszym mężu oraz wydarzeniach, które pomogły jej w postawieniu na swoim. Wstyd młodości przychodzi dopiero w pewnym wieku i kobieta sama przed sobą przyznać nie chce, że huragan, który ją kiedyś porwał, szybko okazał się zgniłym wiatrem, co chorobę i nieszczęście niesie.
- Mało kawalerów u nas, żeby za obcego iść? - mruknął ojciec Walerii.
- Dla mnie obcy nie jest.
- Pewnie! - huknął jej brat Janek. - Już żeś się z nim zwąchała! Jak ty będziesz z nimi żyć w obliczu Boga? Przecież to grekokatoliki, może i naszej religii się wyrzekniesz?
- Niczego się nie wyrzeknę. Pójdę za Wasyla i bez twojej zgody, mamusia i tatuś nam pobłogosławią.
Ojciec babci, Klemens Serafin, był małomównym, cichym człowiekiem, jego żona Zofia odzywała się tak rzadko, że wszyscy zapomnieli, jaką barwę ma jej głos, z czasem w ogóle przestała mówić, porozumiewała się wzrokiem i gestami. Na chorobę milczenia żaden doktor by nie poradził, a ponieważ postępowała powoli, wszyscy domownicy mieli czas, żeby się oswoić. Słów było coraz mniej, ale Zofia Serafin wyglądała i zachowywała się tak samo, usługiwała mężowi i dzieciom z pogodnym uśmiechem. Była maleńką kobietą dbającą o higienę, z czego słynęła w całej okolicy, choć nie wszystkim babom to jej umiłowanie czystości się podobało, co bardziej zawistne nazywały Zofię Serafin "łąkową wariatką". W ogródku przed chałupą dziadków rosły piękne kwiaty, które z troską pielęgnowała, potem zbierała płatki tych najbardziej pachnących, suszyła i wkładała do szaf pomiędzy ubrania oraz poszwy.
Kiedy Waleria obwieściła rodzinie, że idzie za Wasyla, jej matka przemówiła. Z gardła kobiety wydobył się wtedy skrzek jak u kaczki i przytykając dłoń do ucha, nagle zaczęła gdakać. Nie sposób było wyłowić choć jednego zrozumiałego słowa z jej przemowy, ale to jej nie powstrzymało. Miała do powiedzenia sporo, można było się domyślić z brzmienia wysokich dźwięków, że nie jest zadowolona z decyzji córki.
Waleria osłupiała, wsłuchując się w kaczo-kurzy język matki, Janek również stanął jak wryty i oboje patrzyli na matkę, wytrzeszczając oczy ze zdumienia.
- Matka twoja jakowo przeciwko jest, żebyś za Wasyla szła. I jeszcze mówi, że tyś po szkołach, lepszy los cię czeka - przetłumaczył słowa żony Klemens Serafin.
Waleria przez chwilę zastanawiała się, czy podejść do matki, czy udawać, że jej nowy głos nie brzmi przerażająco. Skoro ojciec rozumiał sens wygdakanych słów, może i ona z czasem zacznie je rozumieć? Spojrzała na brata. Janek zerwał się z ławy i wyszedł z izby. Słychać było, jak w sieni napomina Cecylię, lubił krzyczeć na młodsze rodzeństwo bez powodu, po to tylko, by wypróbować swój autorytet lub by zagłuszyć własne wątpliwości. Kiedy zostali w izbie sami, ojciec babci Wronki zaczął nabijać fajkę, zerkając przez okno, jego żona złożyła dłonie na podołku i uśmiechając się lekko, zamknęła oczy, jakby wszystko nagle przestało ją obchodzić.
- Za Władka Grudniewicza miałaś iść, było już ugadane. - Wstał od stołu i otworzył piec. Wyjął tlącą się szczapkę i przyłożył do fajki. - Grudniewicze to porządna rodzina, Władek pracowity jest, źle ci tam nie będzie...
- Niech się ojciec nie martwi o mnie, u Pietruszów jak panią mnie traktują, izbę własną mamy, po dziadku Wasyla wkrótce całe gospodarstwo przejmiemy, razem z polem i domem.
- Ale tam ziemia podła, ino kozy pasać.
- Wasyla dziad zakład kamieniarski ma, wyrabiają żarna, koła młyńskie, figurki z piaskowca, nagrobki...
Matka babci znów zaczęła gdakać i mocniej zacisnęła węzeł chustki na suchej szyi. Podniosła obie dłonie w górę, wydawała z siebie kilka dźwięków, potem w jednej chwili straciła energię, jej ramiona opadły, oczy zgasły. Głowa Zofii Serafin wpadła w rezonans i zaczęła się kiwać niczym umocowana na sprężynce, wyglądało to tak, jakby czemuś z uporem przytakiwała.
- Mamusiu... - Waleria wyczuła, że matka lamentuje nad jej losem, mimo że nie rozumiała słów. Podeszła do niej, uklęknęła na klepisku i położyła obie dłonie na drgających kolanach. - Niech mamusia nie martwi się o mnie, Wasyl to dobry człowiek, po sercu go biorę, przyjeżdżać do was będę w odwiedziny i jak trzeba pomóc, to zawsze... Nic już nie poradzę na to, co mnie spotkało, i chcę, bardzo chcę za Wasyla iść.
Taka chwila serdeczności pomiędzy matką a córką w chałupie moich pradziadków nie wydarzyła się nigdy wcześniej. Zofia dotknęła czubka głowy Walerii, kciukiem przejechała wzdłuż przedziałka rozdzielającego jej gęste włosy na dwie części, potem przyłożyła dłoń do policzka córki. Waleria czuła, jak bardzo trzęsą się ręce jej matki, która zestarzała się w ciągu ostatnich kilku lat, choć jeszcze nie przeszedł jej szósty krzyżyk.
- A wesele urządzimy takie, że do zimy gadać będą... Zobaczycie... Tatuś z mamusią będzie tańcował do samego rana...
Babcia Wronka wstydziła się tego, że miała trzech mężów, nie tyle przed ludźmi, co przed Panem Jezusem, który się przecież nigdy nie ożenił, zostawiając furtkę uchyloną wszystkim paniom Go miłującym. Policzki babci płonęły na samą myśl, jak jej się kiedyś przyjedzie rozliczyć na sądzie ostatecznym z tych trzech mężczyzn, których wpuściła pod pierzynę. Najwięcej grzesznych uczynków i myśli naliczyła z Wasylem, choć ich małżeństwo trwało niespełna dwa lata.
Dzień po rozmowie z rodzicami sieczkarnia ucięła babci Wronce kawał palca wskazującego prawej dłoni, co uczyniło ją felerną, a wieść o tym nieszczęściu rozdmuchała się po okolicy w kilka dni. Ludzie zaczęli szemrać między sobą, że teraz Walerki ani Grudniewicz nie zechce, ani urodziwy Rusin z Czarnorzeki, chyba że ten kawałek palca jej odrośnie, bo jeszcze młoda jest i tak zdarzyć się może. Inna plotka głosiła, że Walerka umyślnie sobie ten palec ciachnęła, żeby Grudniewicz dał jej spokój, i że to był pomysł Wasyla, który chciał przyśpieszyć ślub, ponieważ jemu taki defekt u narzeczonej nie przeszkadzał.
Wesele było skromne. Rodzina Wasyla odjechała jeszcze przed północą, niczego nie pochwalili, niczemu się nie dziwili, znać było, że nie czują się dobrze w domu synowej, też i nikt z Serafinów nie zadał sobie trudu, by ich serdeczniej przyjąć. Po ślubie młodzi zostali kilka dni na gospodarstwie, żeby Walerka mogła spakować swój posag i pożegnać się należycie ze wszystkimi. Rodzice, wciąż niechętni Wasylowi, odwracali głowy, by nie patrzeć, jak ich córka promienieje u jego boku. Młodzi ganiali się po podwórku, znikali w stodole, dużo było śmiechu, nawoływań, przekomarzań, nie dbali o to, kto patrzy i co sobie myśli o takich jawnych amorach. Po ich wyjeździe zagroda Serafinów na powrót stała się cicha i poważna.
Wasylowi wierności i miłości do Walerii starczyło na rok. Szybko znudziła mu się żona, obowiązki, przywiązanie, coraz głośniej powtarzał złotą myśl, że przy jednej dziurze to i pies by zdechł. Babcia Wronka cierpiała, jej wielka miłość, wywalczona, wyżebrana, okupiona kalectwem, usychała na słońcu i w deszczu. Niecne występki Wasyla czuła w podbrzuszu i sercu, bywało, że pod chałupę przychodziły różne panny, biorąc za pretekst do wizyty, co im na myśl przyszło. Wasyl czarował, dopowiadał, podszczypywał i pił, potem stawał się wylewny, obiecywał poprawę, w której wytrzymywał kilka dni.
- Już ci całkiem obojętna jestem? - pytała go żona, starając się zachować godność.
- Taką już mam naturę, nie usiedzę... - Odpychał ją. - Nic ci nie ubędzie, Walerka, to samo masz teraz co przed ślubem.
- Inaczej było przed ślubem, teraz na pośmiewisko mnie wystawiasz, ludzie się z nas śmieją... Ze mnie się śmieją, że cię przy sobie przytrzymać nie umiem. Czym ja cię mogę przytrzymać? Brakuje ci czego?
- Ludzie, ludzie... - prychał. - Niech każdy patrzy swojego. Chłop jest chłop, potrzeba mu wypić, rozweselić się, a baba jest baba, ma pilnować, żeby dobrze było.
Babcia szukała winy w sobie, nie miała bliskiej osoby, by się poradzić, wyżalić, smutek rozrastał się jak chwast, nie nadążała z wycieraniem łez, na które mogła sobie pozwolić tylko wtedy, gdy nie śledziły jej oczy teściowej. Gdyby była wśród swoich, inaczej by rozmawiała z Wasylem, na obcym terenie mogła jedynie przeczekać. Przeczuwała przyszłe lata smutku i niepewności, nie umiała sobie wyobrazić, co musiałoby się wydarzyć, żeby ten błąd, który popełniła, a który bolał ją każdej samotnej nocy, zmienił się w coś lepszego. Jeżeli się modliła za Wasyla i siebie, to tylko w takich słowach, żeby Pan Bóg się nie domyślił, jak jej ciężko nieść przysięgę, którą Mu złożyła, a mimo to się zlitował.
Ciało Wasyla Pietruszy odnalazło się w rzece San zaraz po tym, jak lody puściły. Zaginął późną jesienią, którejś niedzieli wyszedł z chałupy, nie opowiadając się żonie dokąd, i nigdy nie wrócił. Ojciec Wasyla twierdził, że syna ubili mu Łemkowie z zemsty, bo im z lasu drewno podkradał. Zdarzyło się Wasylowi trochę pniaków i gałęzi z nieswojego lasu wywieźć pod osłoną nocy, ale nikt w okolicy nie wierzył, że zapłacił za tę kradzież życiem.
O okolicznościach tajemniczej śmierci pierwszego męża babci wiedziałam tyle, co powiedziała mi siostra Olga.
- Łajdaczył się po wsi z cudzymi babami, w końcu się doigrał. Dostał od wkurzonego męża przez łeb siekierą i chlup, zwłoki do rzeki. Tak się kiedyś załatwiało te sprawy. Nie to co teraz, alimenty, roszczenia, rozwody, dowody... Pierwszy mąż babci to było niezłe ziółko, dlatego nie chce o nim opowiadać, wstyd jej normalnie za tamto szaleństwo.
- Skąd wiesz, że tak było? Może się po prostu utopił? - broniłam niewiernego Wasyla.
- Łeb miał rozorany na pół, mózg mu przez szczelinę wypłynął... ryby go zjadły...
- Fuj... - Skrzywiłam się.
- Węgorze mu oczy wygryzły i przez dziury w czaszce do środka wpłynęły flakami się poczęstować.
- Olga! Przestań opowiadać takie okropne rzeczy! - Zatkałam uszy i zacisnęłam powieki. - La, la, la, la, nic nie słyszę.
- To po co pytasz, jak nie chcesz słuchać?
- O naszego dziadka chciałam się dopytać, nie o jakimś Wasylu...
- Babcię pytaj, wtedy zobaczysz, jak wygląda prawdziwy rumieniec! - zbyła mnie.
Po pogrzebie Wasyla Pietruszy Waleria wróciła na swoją wieś z jednym tylko tobołkiem. Pierzynę, pościel, garnki, komplet łyżek i ręcznie haftowany obrus zostawiła u teściów. Dopiero po miesiącu jej brat Janek wybrał się do Piertuszów i siłą odebrał posag siostry. Na pożegnanie gardłował o jej krzywdzie i karze od Boga, która zmierza w ich kierunku za to, że chcieli młodą wdowę ograbić.
Dwudziestoletnia Waleria, trzynastoletnia Cecylia i dwunastoletnia Aniela znów spały razem w jednej izbie. W pierwszą noc po powrocie Walerii Cecylia zapytała, co z nią teraz będzie, ale babcia Wronka nie chciała rozmawiać, skuliła się w kłębek, naciągnęła pierzynę na głowę i odwróciła się do sióstr plecami. Nie miała żadnego planu, poza tym, by ludziom na oczy się nie pokazywać, dopóki w innej chałupie nie wydarzy się coś gorszego. Wtedy zajmą się wałkowaniem innych, aż im języki sczernieją.
Nikt w rodzinie Serafinów nie miał nadziei, że bezpardonowo odrzucony kawaler Władek Grudniewicz zechce przebaczyć zniewagę i uderzy w konkury po raz drugi. Wciąż się nie ożenił, za nim również ciągnęła się zła sława tego, co mu narzeczona z Ruskim uciekła, a skoro tak, pewności nie ma, czy sam nie felerny. Ludzie na wsi ciężko pracowali, nie czytali książek, nie jeździli daleko za swoje pola, więc obgadywanie innych stanowiło podstawową rozrywkę. Mówiło się o bliźnich dużo, dosadnie, przeważnie bardzo krzywdząco, a przypadek Walerii Serafin omawiany był dłużej niż miesiąc. Pojawiło się przypuszczenie, że mogła Walerka mieć coś wspólnego z utopieniem męża, bo jak go z rzeki w końcu wyłowili, portki miał opuszczone do kolan.
Brat Władka Grudniewicza, Michał, zaczął zachodzić do Walerii jeszcze przed rozpoczęciem żniw. Z początku dość nieśmiało, pod byle pretekstem podchodził pod chałupę, żeby z jej ojcem się naradzić, to znów pod kościołem ostentacyjnie jej się kłaniał, ale więcej rozmawiał z braćmi Walerki niż z nią samą. Słusznie ocenił, że gdy pozyska przychylność Janka, będzie mógł zbliżyć się do jego siostry i wyłożyć swoje zamiary.
- Michał coś tu często zachodzi, nie zauważyłaś, Walerka? - Janek chrząkał, kiedy zaczynał takie poważne rozmowy.
Rodzice siedzieli w milczeniu, rozpogodzeni nowiną, że może uda się córkę wdowę za mąż ponownie wydać.
- Być może... - odparła lekko zawstydzona. - Miły jest, grzeczny względem mnie, zapyta się o zdrowie, o tamto czy owo, jak ludzki człowiek.
- Czy on jest miły, ja się interesować nie muszę, ale ślepy nie jestem, o życiu swoje wiem, więc ja się ciebie pytam, Walerka, czy coś z tego zachodzenia będzie.
- Będzie, co ma być - odrzekła.
Dwudziestoczteroletni Jan Serafin objął rządy w chałupie nad siostrami za cichym przyzwoleniem rodziców. Byli zadowoleni, kiedy okazało się, że ich najstarszy syn ma dryg do przywództwa, a pozyskanie szacunku sąsiadów przychodzi samo, bez zabiegów czy wysiłków. Odkąd skończył piętnaście lat, pracował w dworku u Skarżyńskich, tam nauczył się wielu pożytecznych rzeczy, ale jego krnąbrna natura pchała go z daleka od panów i ostatecznie przy protekcji starszej pani Skarżyńskiej udało mu się znaleźć dobrą pracę w cukrowni w Strzyżowie. Przy cukrowni powstały budynki mieszkalne dla pracowników i Janek miał widoki na przydział pokoju, choć aby go otrzymać, musiał się najpierw ożenić. Nie wybrał jeszcze kandydatki na żonę, ale chętnie włączył się w wybieranie męża dla Walerii. Dla niezbyt zamożnych chłopów, jak Serafinowie czy Grudniewicze, najszybszą drogą do awansu społecznego były wojsko, policja lub seminarium. Michał Grudniewicz na duchownego się nie nadawał, choćby dlatego, że był zbyt niecierpliwy i za bardzo świata ciekawy, więc umyślił sobie, że zostanie policjantem, nie marząc nawet, ile sama nauka z dala od domu da mu nowych możliwości, i tym śmiałym planem ostatecznie przekonał Walerię, żeby za niego wyszła.
Na parafialnym odpuście, który odbył się w ostatnią niedzielę sierpnia 1935 roku w Dobrzechowie, Michał nie odstępował Walerii na krok i opowiadał podniecony, co zamierza.
- Jakbyś tylko zechciała, zaraz bym się za wszystko wziął, czas szybko zleci, jak ty będziesz na mnie czekać.
Babcia Wronka oglądała wystawione na kramach słodkości i nie odwracając głowy do Michała, mruczała pod nosem odpowiedzi, które ledwie mógł dosłyszeć.
- Już się w życiu dość naczekałam...
- Na jesieni idę do wojska - ciągnął niezrażony. - Przydział mam do Strzelców Podhalańskich w Sanoku, niedaleko przecież, zaraz po wojsku do szkoły policyjnej się zgłoszę, zawód pewny na całe życie i szanowany.
- Na policjanta chcesz iść?
- Tak! Stryj w wojsku jest, za jego poradą idę, jego warto się słuchać. Stryj twierdzi, że wojsko to kochanka, co spojrzeniem, piersią pulchną, ustami wabi i szczęście obiecuje, ale potem przychodzi rozczarowanie, tymczasem policja to jest żona, której przysięga się wierność i miłość dozgonną...
Waleria odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Michale, jak sobie policję na żonę masz zamiar wziąć, z nią się kochać i jej wiernym być, proszę bardzo... ale dzieci to ona ci chyba nie urodzi... Też mi... policja żoną... - Odwróciła się i odrzuciła warkocz na plecy.
Michał się speszył.
- Przecież ja tylko... Walerka, źle mnie zrozumiałaś, stryj tak w liście napisał, żeby mnie zachęcić, własna żona go opuściła, rozżalony jest, nic mu więcej nie zostało jak służba w policji, ale ja... ja... chciałem powiedzieć, że mam poważne widoki, przy mnie żadna krzywda cię więcej nie spotka.
- Zastanowię się - padła odpowiedź.
Ślub Walerii Serafin i Michała Grudniewicza odbył się w październiku, w listopadzie mąż babci rozpoczął koszarowe życie w Sanoku, dwa lata później wyjechał do Lwowa, następnie został skierowany do szkoły policyjnej w Mostach Wielkich w powiecie żółkiewskim. Była to jedna z najnowocześniejszych placówek nie tylko w Europie, ale i na świecie, samowystarczalne miasteczko z własną stacją pomp, studnią artezyjską głęboką na ponad pięćdziesiąt metrów, siecią wodociągową i kanalizacyjną z oczyszczalnią, a nawet małą elektrownią. Miejsce było zielone i zdrowe, co Michał zachwalał żonie w listach.
Światło i powietrze biją świeżością po oczach, a umywalnie i toalety są tak komfortowe niby w jakim hotelu. Mamy tu całe w glazurze łazienki z natryskiem, pokoje świetlicowe, pralnię mechaniczną, ale dla awanturników aż pięć aresztów!
Dla nieco zacofanych cywilizacyjnie Kresów tak nowoczesny obiekt w okolicy stanowił sporą sensację, dla polskiego rządu powód do dumy, ale Waleria nie umiała się cieszyć tym, co w przyszłości poprawi ich los. Długa rozłąka z mężem i stała obecność jego wtrącających się w jej garnki rodziców były niczym dwa garby wielbłądzie, których nie sposób rozdzielić ani porzucić. Nie skarżyła się Michałowi, czytała jego listy po kilka razy, zanim napisała odpowiedź, ważyła słowa i uczucia. Nie chciała go martwić, przecież on też tęsknił i nie miał przy sobie nikogo życzliwego, ona choć miała malutką Elżunię, która z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej podobna do swojego ojca. Najpierw uśmiech, potem nos, niskie czoło i kręcone, ciemne włosy. Michał pisał do żony często, zachęcał między wierszami do zawierzenia smutków Bogu, czytania książek i dbania o duchową oraz cielesną czystość. Obszernie opisywał najciekawsze wydarzenia z podróży, które odbywał ze swoim oddziałem.
Kochana Walerko, ani się nie obejrzysz, jak na urlop przyjadę, to się tobą i Elżunią nacieszę. Jak się pytasz, czy wybywam gdzie, to ci odpowiadam, że byliśmy niedawno w Brzeżanach i jeździliśmy po całym powiecie, bo tam Rusini zabijali Polaków i im strasznie dokuczali, co my tam musieliśmy zrobić, to pisać ci nie będę, bo to nasz obowiązek był. Wykąpałem się w Złotej Lipie, wtedy mi się zaraz przypomniało, jakżeśmy nad Wisłokiem we dwoje byli, a potem się Elżunia urodziła... Kilka dni też gościłem w Warszawie na okoliczność, że tam przyjechał król rumuński Karol II ze swoim następcą Michałem na zaproszenie pana prezydenta Mościckiego. W niedzielę odbyła się taka defilada, jakiej Polska nie widziała, udział miały wszystkie wojska zmotoryzowane, specjalne bronie, policja konna i piesza, samoloty, kompanie rezerwowe oraz dużo ważnych gości. Nie wiem, czy mi się jeszcze taka okazja trafi, żeby króla, prezydenta i dostojników tylu zobaczyć na własne oczy. Byliśmy też grupą w Belwederze, tam jest teraz muzeum marszałka Piłsudskiego, szkoda, że tego wszystkiego nie widzisz, Walerko, podobałoby ci się jak nie wiem co.
Waleria, czytając te listy, zastanawiała się, czy aby nie sprowadza na siebie gniewu Bożego samymi grzesznymi myślami, skoro jej dwóch mężów oddalił. Jednego do lepszego świata, drugiego do świata obcego. Nawet dwieście złotych, które przysłał Michał z zaleceniem, żeby sobie kupiła nową sukienkę i zegarek, a jakby starczyło, również coś dla Elżuni, nie osłodziło goryczy, jaką miała w ustach od jego wyjazdu. Kiedy zjawił się na krótki urlop, tak się sobą cieszyli, że dziewięć miesięcy później przyszła na świat druga córka Walerii, Bogusława.
Ostatni list adresowany z Mostów Wielkich babcia Wronka dostała kilka tygodni przed wybuchem wojny, kolejna wiadomość od męża przyszła z obozu w Ostaszkowie, następną, o tym, jaką śmiercią zginął, usłyszała już z ust jednego uciekiniera, choć nie wymienił Michała z nazwiska, ale całą grupę mężczyzn w mundurach, których bolszewicy zastrzelili i w jednym dole w lesie zakopali, a winę zwalili na Niemców.
Na swoim trzecim ślubie z wdowcem Zdradą babcia Wronka prezentowała się młodziej i piękniej niż na pierwszym, choć miała już wtedy swoje lata. Widać było na fotografii, że wkracza w rodzinę niebiedną, która składała się z wdowca oraz jego dwóch córek, Józki i Cześki. Dziewczynki ubrane były w jednakie sukienki i stały przed parą nowożeńców, trzymając się za ręce. Córki panny młodej, Elę i Bogusię, fotograf ustawił na trzecim planie, a ich smutne twarzyczki wyszły całkiem niewyraźnie. Babcia Wronka zabrała się za wychowywanie czterech dziewczynek z wielkim entuzjazmem i mądrością, ale Zdrada nie był jej szczególnie wdzięczny za to przygarnięcie do serca sierot. Najwyraźniej uważał, że czas i energia, które poświęcała dzieciom, należały się jemu. Nie po to się żenił, żeby musieć nadal robić wokół siebie, od tego są żony. Było to dziwne małżeństwo, bez serdeczności, bez ciepłych słów, ale stanęło na mocnym gruncie obowiązku oraz lojalności i przetrwało wiele lat.
Babcia Wronka zapowiedziała swój powrót do chałupy Zdrady niedługo po symbolicznym pogrzebie szczątków mamy. Mimo iż po katastrofie samolotu, który rozbił się z pustymi zbiornikami paliwa, wiele ciał ofiar udało się zidentyfikować, ciała mojej mamy nie. Pochowaliśmy nie wiadomo kogo lub co, ale byłyśmy wdzięczne panu Leszkowi, że zajął się formalnościami i jako przedstawiciel rodziny załatwił, co było możliwe do załatwienia przy tym bałaganie, który panował wtedy w Locie oraz innych instytucjach.
Moje małe serduszko biło jakby wolniej w tych dniach, ledwie oswajałam się z myślą, że zostałyśmy same, i zamartwiałam, co z nami będzie.
Zapytałam babcię.
Przepasana zapaską lepiła pierogi, swoją specjalność, ja posypywałam je mąką i układałam na stolnicy w równych rzędach.
- Jak babcia wróci na wieś, my same z Olgą zostaniemy w mieszkaniu? Tylko we dwie?
- Ano ja muszę do dziadka Zdrady wracać, ale sama nie poradzisz, za mała jesteś. Trzeba kogoś znaleźć...
- Olga ma dawno skończone osiemnaście lat, mogłaby się mną zająć, nie trzeba daleko szukać - zaproponowałam, dosypując odrobinę mąki na stolnicę. - Ja, babciu, nie jestem już dzidziusiem, chyba to widzisz...
Siedziałyśmy w kuchni, prowadząc tę ważną rozmowę o przyszłości. Olga wychyliła głowę zza lusterka, przed którym się malowała. Pluła na szczoteczkę, pompowała ją w tubce i rozciągała na rzęsach tusz, dodając im długości i węglowej czerni. Wybierała się na imprezę.
- Psss... Chyba sobie żartujesz... Nie będę cię niańczyć całe życie - burknęła.
- Nie całe, tylko do osiemnastki - sprostowałam.
- Zapomnij! Ja się na niańkę nie nadaję, po prostu nie posiadam takich predyspozycji. Własnych bachorków również nie zamierzam mieć... Dzieci to zakała społeczeństwa, jak powiedział poeta. - Wzięła do ręki igłę i zaczęła rozdzielać sklejone rzęsy.
- Nie jestem dzieckiem! Przecież możemy mieszkać same, bez żadnego niańczenia mnie. Ja będę gotowała i sprzątała, możesz trzymać kasę, nie będziemy się o nic kłócić, zejdę ci z drogi.
- Ty, kucharka... - Olga odłożyła igłę do pudełka po zapałkach. - Makaron z serem to ja w przedszkolu ostatnio jadłam, thank you very much.
- Ogólnie tak mówię, że damy radę... Babciu? - nie ustępowałam.
Babcia wytarła dłonie w zapaskę i zapaliła palnik. Postawiła na nim wielki gar wody.
- Idą wakacje, wezmę cię ze sobą na wieś... Potem się coś zadecyduje, kto wie, co jeszcze się wydarzy... - odparła, wzdychając w stronę krzyżyka zawieszonego nad drzwiami.
- Nie chcę jechać na wieś! Wszędzie, tylko nie tam! Babciu!
- Zawsze możemy cię oddać do domu dziecka... Tam sobie spokojnie poczekasz do osiemnastki. - Olga zwinęła swoje kosmetyki i wyszła z kuchni.
Spojrzałam na babcię, ale na jej okrągłej, pulchnej twarzy nic się nie pisało. Ani potwierdzenie, ani zaprzeczenie.
- Żebyś choć miała piętnaście lat... - westchnęła.
- A gdyby tak ciocię Bogusię zapytać? Mieszka w Rzeszowie, mogłaby nas doglądać, tak formalnie, na niby. Ona mnie lubi, może by się zgodziła? - poddawałam pod rozwagę jedną propozycję za drugą, ani razu nie wymieniając tej osoby, która naprawdę powinna się nami zająć po śmierci mamy.
- Ciocia Bogusia to już na pewno się tobą nie zajmie... - Olga komentowała moje propozycje z przedpokoju, gdzie przed wielkim lustrem przymierzała kreację. - Ona za darmo nic nie zrobi, interesiara pierwszej wody. Może i ciebie lubi, ale na mnie patrzeć nie może... Tak że raczej wykluczone...
- Co szkodzi zapytać? - przekonywałam.
Nie był to właściwy moment, by rozwijać temat, ale to, co uruchomiło niechęć ciotki do Olgi, było twarde jak skała i miało szybko nie skruszeć. Zeszłego lata podczas wesela w rodzinie Gerlachów Olga rozcałowała pijanego w sztok męża cioci Bogusi, wujka Rolanda. Najpierw z nim tańczyła, wyginając się jak wąż, co samo w sobie było nieprzyjemnym widokiem dla jego żony, następnie, po tych gorących wygibasach na parkiecie, zaciągnęła wujka za remizę, oparła o mur i coś tam z nim takiego wyrabiała, że się osunął po ścianie, nie zważając na nowiutki garnitur. W tej leżącej pozycji nakryła ich ciocia Bogusia. Słychać było dwa trzaśnięcia, ale dokładnie nie wiadomo, czy to męża spoliczkowała dwa razy, czy jeden raz oberwała Olga.
- Może po prostu nasza sąsiadka, pani Stawiarska? Samotna jest, spokojna, wnuki jej prawie wcale nie odwiedzają... - drążyłam dalej. - Syn milicjant, to by poręczył...
- Stawiarska? Ta stara wariatka może tobą się opiekować w swoim mieszkaniu albo na klatce schodowej, za próg jej nie wpuszczę. Co ty masz, Hania, za pomysły? Z byka spadłaś?
- No to kto? - zapytałam płaczliwie.
Babcia się zasępiła, nie miała pomysłu. Do wieczora rozważałyśmy różne opcje opieki nade mną, wszystkie konsekwentnie bombardowane przez Olgę.
W desperacji poprosiłam Tereskę, żeby pogadała z rodzicami na temat mojej rozpaczliwej sytuacji, choć zamieszkanie u nich wcale mi się nie uśmiechało. Musiałabym spać z Tereską na jednym półkotapczanie, codziennie jeść sznycle z ćwikłą, mówić cicho i załatwiać się na toalecie z wiecznie zepsutą spłuczką. Bałam się tam nawet sikać, nie mówiąc już o grubszych sprawach. Pani Danusia oczywiście się zgodziła, w jej słowniku nie występował wyraz NIE.
Młodsza siostra mamy, ciocia Bogusia, odwiedzała nas rzadko, była zapracowana, mieszkała na drugim końcu miasta i unikała, ze względu na incydent z wesela, spotkania z Olgą. Niby wszystko zostało wyjaśnione, wytłumaczone alkoholem, głupotą i chwilą, mama doprowadziła do pojednania obu kobiet, ale zadra pozostała, taki gwoździk ze skóry trudno wyłuskać.
Wpadła do nas na kilka dni przed rozpoczęciem wakacji, jak zwykle radosna i pachnąca. Na szczęście nie było w mieszkaniu Olgi, więc mogłyśmy we trzy porozmawiać spokojnie. Babcia Wronka postawiła przed swoją córką talerz pomidorówki z lanymi kluskami i zaczęła ją zachęcać:
- Jedz, Bogusiu, póki gorąca.
Tłuste i gorące, to babcia szanowała najwięcej.
Przywitałam się z ciocią, usiadłam przy stole naprzeciwko niej i patrzyłam w milczeniu, jak wiosłuje łyżką w głębokim talerzu. Była tak podobna do mojej mamy! Te same dłonie, maleńki pieprzyk pod lewym okiem odziedziczony po ojcu, Michale Grudniewiczu, ciemne, lekko wijące się włosy. Jednak najbardziej rozczulił mnie ton jej głosu. Wpatrywałam się w nią i słyszałam mamę.
- Miałam wczoraj wpaść, ale padłam skonana po pracy i przespałam dwie godziny. Nie wiem, może coś mnie bierze? Choróbsko jakieś? W biurze wszyscy kaszlą na siebie i smarkają po kątach, ale na zwolnienie nikt nie chce iść, żeby szefowi nie podpaść. Kierownik szczyci się tym, że przez dwadzieścia lat nie wziął ani dnia L-cztery. Też mi osiągnięcie...
- Ja też nie czuję się najlepiej... Coś mnie tu dźga... - Babcia dotknęła miejsca, gdzie umiejscowiona jest wątroba. - Nie wiem, czy to aby nie od nerek.
- Niech mama do lekarza idzie. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby się mama rozchorowała na coś poważnego i trzeba było kolejny pogrzeb urządzać. - Cioci Bogusi nie wyróżniały takt ani powściągliwość, w tym były z Olgą do siebie podobne, waliły bez ogródek, aż uszy piekły.
- Mnie się zdaje, że od nerek... - Babcia masowała wątrobę przez fartuszek. Zignorowała uwagę o pogrzebie. - Dobrze, żeś przyszła, trzeba się naradzić, co z Hanią zrobić.
Ciocia Bogusia odłożyła łyżkę obok talerza.
- Zrobić? W jakim sensie?
- Olga nie chce się mną opiekować, babcia musi na wieś wracać do dziadka Zdrady, żniwa idą - objaśniłam.
Ciocia spojrzała na swoją mamę, prezentując teatralny wytrzeszcz oczu, czekała na wyjaśnienia.
- Ano, muszę jechać, ale strach Hanię samą zostawić. Kto jej ugotuje? Kto wypierze?
Bogusia odłożyła łyżkę.
- No, ja cię przepraszam, mamo, ale o czym tu deliberować, na litość boską! Przecież one mają ojca! Chyba oczywiste, że powinien zjechać. Na pogrzeb żony nie przylecieć to jedno, ale własne dzieci zostawić na pastwę losu to już zupełnie inna bajka. Na szczęście są na to paragrafy! - Głos cioci podniósł się o dwa tony.
Przestraszyła mnie myśl, że w to wszystko, co mnie spotkało, wpakują się sędziowie i obcy ludzie i zaczną decydować oraz wydawać wyroki. Ciocia Bogusia bardzo lubiła powoływać się na paragrafy, sądy, milicję. Nawet jeśli sprawa była błaha, toczyła się w rodzinie lub po sąsiedzku, chodziło o małe kwoty lub ostrzejsze słowa, ciocia zawsze szła z tym do swojego adwokata! Jej mąż, wujek Roland, "prywaciarz" z dużą smykałką do robienia pieniędzy w niechętnym prywatnej inicjatywie PRL-u, wiele rozmów w interesach kończył słowami: "Do widzenia, cześć, spotkamy się w sądzie!". Dobrze było mieć w rodzinie takie mocne charaktery przy pieniądzach, ale bałam się tego czołgu, w którym siedzieli, bałam się, że nas rozjedzie przy okazji czynienia dobra.
- Mamo... - Głos cioci nie złagodniał. - Trzeba Pawła postawić do pionu, ja to zrobię, więc ty się nie mieszaj. Za uszy go wywlokę z tej Ameryki!
Brzuch mnie zabolał, jakby tam ktoś pięścią uderzył, ale ona parła dalej, nie zważając na moje mrugające coraz szybciej powieki.
- Nie może być tak, że my się będziemy zamartwiać o jego dzieci, tymczasem on będzie miał to w dupie! Jeśli nie on, to jego rodzice. Sto lat ich tu nie było - podsumowała.
Rodzice taty występowali w naszym życiu tylko na fotografii, a ich nieobecność tłumaczono nam tym, że mieszkają pod niemiecką granicą, hen, hen za Wrocławiem, skąd nie ma żadnego połączenia kolejowego. Babcia Wolska miała na imię Zofia, dziadek Wolski Stanisław. Nigdy ich na oczy nie widziałam, równie dobrze mogli od dawna nie żyć. Babcia Wronka twierdziła, że Wolscy odwiedzili swojego syna i jego żonę w Krakowie, gdy ja się urodziłam, ale po przeprowadzce rodziców do Rzeszowa już się drugi raz nie pofatygowali. Babcia obiecywała mi kiedyś opowiedzieć o tym, co dziadków Wolskich spotkało na Wołyniu i dlaczego, odkąd stamtąd uciekli, nie chcą nawet się zbliżyć do wschodniej granicy Polski, ale ciągle mnie zbywała brakiem czasu, potem lukami w pamięci, ani mama, ani tata również o nich nie wspominali, ale dopiero po śmierci mamy zaczęło mi się to milczenie na temat dziadków wydawać dziwne, może nawet podejrzane.
- Wolskich w to nie mieszaj - napomniała córkę babcia Wronka. - O nic żebrać nie będziemy... Oni drogi do tego domu nie znają.
- No pewnie! Tak najłatwiej honorem się unieść - prychnęła Bogusia. - Żeby tak własne dzieci mieć w...
Zerknęłam na babcię i wzięłam głęboki wdech.
- Tato wcale nie ma nas w dupie, tylko nie wierzy, że mama zginęła w tej katastrofie, i dlatego nie przyleciał.
- Słucham...? Co ty pleciesz... - Zwróciła swoją gniewną twarz w moją stronę.
- Ludzie mówią, że Anna Jantar nie zginęła w tym samolocie, tylko że ją arabski szejk porwał do haremu. Może mamę też wziął razem z nią? Albo... wcale w tym samolocie jej nie było...
Ciocia Bogusia spojrzała na mnie jak na dziecko bredzące w chorobie, a babcia Wronka poczuła ulgę, że na głos zostało wypowiedziane to, o czym sama myślała po nocach.
- Czy wyście powariowały? Mamo... ty też tak myślisz?!
- No... Po prawdzie Pawełek mówił, że Ela tydzień wcześniej na samolot wsiadła... Ja tam dokładnie nie wiem, Olga z nim rozmawia przez telefon, tak ponoć powiedział, że nie leciała tym samolotem, co się rozbił...
- Pawełek... - prychnęła Bogusia. - Czy on ma pięć lat, żeby go nazywać Pawełkiem? Pierwsze słyszę, że Ela nie leciała tym samolotem, chyba ja bym wiedziała, gdyby zmieniła plany, tak? Jaki szejk arabski?!
O tym szejku arabskim, który wypatrzył Annę Jantar na ulicy w Nowym Jorku i z szaleńczej miłości porwał, powiedziała mi jako pierwsza Tereska, potem sąsiadka Stawiarska, która jako matka milicjanta mogła znać wiele tajnych informacji, więc zaczynałam powoli rozważać możliwość, że mama jednak żyje.
- Mnie się zdaje... - babcia położyła dłoń na sercu - mnie się zdaje, że Ela, jakby żyła, to by dała znać. Ale przecież w Ameryce dzieją się różne rzeczy, pojąć trudno, co tam się mogło stać. Jeśli wyjechała na samolot tydzień wcześniej, to gdzie się podziewała przez ten tydzień?
Obie z babcią spojrzałyśmy na Bogusię z wyczekiwaniem. Siostry się kochały, lubiły i szanowały, jeśli mama skrywała jakąś tajemnicę, faktycznie mogła ją powierzyć tylko Bogusi.
- Ludzie wymyślają niestworzone historie, głupole w nie wierzą. Przecież pan Leszek sprawdził, tak? Była na liście pasażerów, tak? Pogrzeb się odbył, tak?
Kiwałam głową, zerkając na babcię, czy również potwierdza, w tej kwestii trzymałam z nią sztamę. Ciocia Bogusia była wyraźnie zniesmaczona naszą wątpiącą postawą i nawet jeśli idąc tu, miała taką szlachetną myśl, żeby się mną zaopiekować, wychodząc, pewna była, że takiego ciężaru sobie na plecy nie weźmie.
- Widzę, że muszę ci, Haniu, poświęcić więcej uwagi, martwi mnie, co tam się w twojej małej główce roi. Pewnie tęsknisz za mamą?
- Tęsknię, ale mnie się zdaje, że ona się jeszcze znajdzie - odparłam.
Cioci Bogusi wyrwało się z ust krótkie przekleństwo.
W życiu wszystko zmieniają pieniądze, niemożliwe staje się możliwe, niewykonalne da się zrobić, najgłębszą niechęć można pokonać przy słodkiej muzyce szeleszczących dolarów. Gdy tato zaoferował dwadzieścia pięć dolarów za fatygę opieki nad jego córkami oraz kolejne dwadzieścia pięć obiecał łożyć na nasze utrzymanie, natychmiast bomba poszła w górę.