Drugie życie mojej matki - Magda Louis

Kup ebooka

49.90 zł
37.43 zł (30,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Ka­ta­strofa

W ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu Ił-62 "Mi­ko­łaj Ko­per­nik" le­cą­cego z No­wego Jorku do War­szawy czter­na­stego marca 1980 roku zgi­nęło osiem­dzie­siąt sie­dem osób, jed­nak naj­więk­szą sen­sa­cję wy­wo­łała wia­do­mość, że wśród ofiar była po­pu­larna i bar­dzo lu­biana pio­sen­karka, Anna Jan­tar. Kilka miejsc za nią sie­działa moja mama.

Przy­go­to­wa­nia do po­wrotu mamy z Ame­ryki za­częły się w czwar­tek rano, kiedy bab­cia Wronka za­rzą­dziła ge­ne­ralne sprząt­nie miesz­ka­nia, łącz­nie z trze­pa­niem dy­wa­nów, szo­ro­wa­niem wanny przy uży­ciu żrą­cej pa­sty i my­ciem okien wodą z octem. Okna na su­cho wy­cie­rało się zmię­tymi ga­ze­tami i była to moja ro­bota. Jak na trzy­na­sto­let­nią dziew­czynkę z bloku by­łam za­ska­ku­jąco silna. Przy mi­ni­mal­nej po­mocy sio­stry, nie­chęt­nej do wy­ko­ny­wa­nia ja­kich­kol­wiek prac do­mo­wych, by­łam w sta­nie wy­tar­gać ogromny dy­wan z dru­giego pię­tra na po­dwórko, a na­stęp­nie prze­wie­sić go przez trze­pak. Zimą miesz­kańcy blo­ków ukła­dali dy­wany wło­sem w dół, a po ich wy­trze­pa­niu zo­sta­wały na śniegu brudne, szare placki w róż­nych kształ­tach i roz­mia­rach.

Moja sio­stra Olga była pięć lat ode mnie star­sza, dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sza, kilka ki­lo­gra­mów cięż­sza i bar­dzo atrak­cyjna. Kiedy wy­cho­dziła z bloku, chłopcy wy­sia­du­jący na ław­kach na­tych­miast od­wra­cali głowy w jej stronę i za­czy­nali gwiz­dać i po­krzy­ki­wać, ale ża­den ni­gdy do niej nie za­ga­dał. Jej dłu­gie włosy zimą czy la­tem fa­lo­wały na wie­trze ni­czym je­dwabne nitki, a że no­siła głowę wy­soko, wy­da­wało się, że idzie przez szare po­dwórko mo­delka. W prze­ci­wień­stwie do mnie Olga nie była zbyt prze­jęta po­wro­tem mamy z Ame­ryki, dla mo­jej sio­stry roz­sta­nia i po­wroty w ro­dzi­nie sta­no­wiły tylko tło dla jej wła­snych prze­żyć. Dla mnie okres nie­obec­no­ści mamy był nie­prze­li­czalną na go­dziny wiecz­no­ścią. Po­le­ciała do No­wego Jorku koń­cem lata ze­szłego roku, a że­gna­jąc się, obie­cała wró­cić nie póź­niej niż za sześć mie­sięcy, na taki po­byt po­zwa­lała jej wiza. Mama nie była osobą, która by świa­do­mie zro­biła coś nie­le­gal­nego, więc te pół roku od­zna­czy­łam w ka­len­da­rzu jako pew­nik.

Za­po­wia­dała swój po­wrót dwa razy, ale po­tem go od­wo­ły­wała. Drugi ter­min był wy­zna­czony na dzień przed Wi­gi­lią ze­szłego roku, miała przy­le­cieć do Ber­lina, a stam­tąd po­je­chać po­cią­giem do Rze­szowa. Do­brze, że zmie­niła zda­nie, bo mi­niona zima sie­dem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego prze­szła do hi­sto­rii jako naj­sroż­sza od stu­le­cia. Przy­wa­liła całą Pol­skę dwu­me­tro­wym śnie­giem, skuła mro­zem szyny, rury, za­wiasy, kra­węż­niki, ciężko było się po­ru­szać i wszel­kie po­dróże po kraju od­ra­dzały ustami zmar­twio­nych spi­ke­rów i re­dak­to­rów te­le­wi­zja, prasa i ra­dio. Mama nas prze­pro­siła za tę zmianę pla­nów i obie­cała nie­spo­dziankę.

- Na pewno wio­sną! - obie­cała i obie z bab­cią Wronką uzna­ły­śmy, że to bę­dzie kwie­cień.

Osta­tecz­nie o tym, że do nas wraca, mama po­in­for­mo­wała dwa dni przed pla­no­wa­nym wy­lo­tem z No­wego Jorku, dwu­na­stego marca. Nie mie­li­śmy w miesz­ka­niu te­le­fonu, więc jak zwy­kle roz­mowa od­była się u są­siadki Sta­wiar­skiej z na­prze­ciwka i mia­łam to szczę­ście, że nie było w miesz­ka­niu Olgi ani babci Wronki, więc z mamą roz­ma­wia­łam ja. Ostatni raz.

- Jak wszystko pój­dzie do­brze, wi­dzimy się w pią­tek wie­czo­rem - po­wie­działa na po­że­gna­nie, cmo­ka­jąc w słu­chawkę.

Wiele rze­czy może pójść nie tak przy tak skom­pli­ko­wa­nej lo­gi­stycz­nie po­dróży. Mama naj­pierw mu­siała prze­mie­ścić się na lot­ni­sko JFK w No­wym Jorku, po­ko­nać ocean "ru­skim sa­mo­lo­tem", wy­lą­do­wać na Okę­ciu, a na­stęp­nie prze­je­chać przez pół Pol­ski, żeby zna­leźć się w na­szym miesz­ka­niu przy ulicy Dą­brow­skiego w Rze­szo­wie i nas uści­skać. Bab­cia Wronka na­wet mo­dlić nam się nie ka­zała o szczę­śliwy po­wrót mamy zza oce­anu, tak była pewna, że sprawa jest pro­sta i nie­za­gro­żona gnie­wem Bo­żym.

W 1973 roku pierw­szy sa­mo­lot Ił-62, ochrzczony jako "Mi­ko­łaj Ko­per­nik", za­czął la­tać na da­le­kie trasy, rów­nież do USA, co wcze­śniej nie było moż­liwe. Pol­skie Li­nie Lot­ni­cze la­tały tylko nad blo­kiem ko­mu­ni­stycz­nym i na Bli­ski Wschód oraz oczy­wi­ście do Mo­skwy. Kiedy Ił-62 wy­lą­do­wał w Chi­cago, pol­ski kon­su­lat zor­ga­ni­zo­wał fetę na cześć ma­szyny i lu­dzi, któ­rzy po raz pierw­szy przy­le­cieli z Pol­ski do USA. Nada­wa­nie sa­mo­lo­tom imion wiel­kich Po­la­ków było dziw­nym po­my­słem, ale do­sko­nale od­zwier­cie­dlało du­cha so­cja­li­stycz­nych cza­sów pro­pa­gandy na­ro­do­wej. Ka­ta­strofy Ko­per­nika i Ko­ściuszki po­waż­nie za­szko­dziły przy­jaźni pol­sko-ra­dziec­kiej, choć - jak się oka­zało po la­tach - wina tych ka­ta­strof za­czy­nała się u kon­struk­tora w Mo­skwie, a koń­czyła we wła­dzach Pol­ski Lu­do­wej rzą­dzą­cej po­śred­nio LOT-em w War­sza­wie.

Ochrzczony i wy­bierz­mo­wany przed kilku laty "Mi­ko­łaj Ko­per­nik" wy­le­ciał z No­wego Jorku z po­nad­dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niem z po­wodu śnie­życy, która roz­hu­lała się nad lot­ni­skiem, i po dzie­wię­ciu go­dzi­nach spo­koj­nego lotu zbli­żył się do lot­ni­ska Okę­cie kilka mi­nut po je­de­na­stej. Wia­do­mość o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu po­dało pol­skie ra­dio wcze­snym po­po­łu­dniem czter­na­stego marca 1980 roku, ale za­nim ta wieść do­tarła do mnie, okrą­żyła zie­mię dwa razy.

Nie śpie­szy­łam się tego dnia po szkole do domu. Trasę po­ko­ny­wa­łam pie­szo lub - jak mó­wi­ły­śmy w szkole - "z buta" w pięć mi­nut, jed­nak po dro­dze były planty, plac za­baw i górka, która zimą prze­mie­niała się w stok al­pej­ski, na­to­miast la­tem w zie­loną łąkę, więc po­kus nie bra­ko­wało i bez względu na porę roku rzadko uda­wało mi się do­trzeć do miesz­ka­nia w pięć mi­nut. By­łam pod­mi­no­wana z po­wodu po­wrotu mamy, na śnia­da­nie zja­dłam tylko piętkę chleba z ma­słem, która ugrzę­zła mi w gar­dle. Nie wy­po­wie­dzia­łam gło­śno swo­jego ma­rze­nia z obawy, że za­pe­szę, ale li­czy­łam w du­chu, że mama szy­kuje nam nie­spo­dziankę i przy­wie­zie tatę. Wy­je­chał do Ame­ryki z pla­nem, że wróci po roku, a pie­nią­dze, które za­robi, pójdą na naj­pil­niej­sze po­trzeby ro­dziny. W miesz­ka­niu prze­pro­wa­dzi się re­mont, pod blo­kiem sta­nie Po­lo­nez, ubie­rzemy się w Pe­wek­sie i po­je­dziemy na wczasy do Ju­go­sła­wii.

Od­bla­sku mo­jego szczę­ścia z przy­jazdu ro­dzi­ców szu­ka­łam u naj­droż­szej mi osoby.

Te­re­ska była moją przy­ja­ciółką od przed­szkola. Wy­szły­śmy z bu­dynku Szkoły Pod­sta­wo­wej nu­mer 10 imie­nia Mar­ce­lego No­wotki jako ostat­nie, uwa­ża­jąc, żeby nikt z klasy do nas nie do­łą­czył. Za­pa­le­nie pierw­szego w ży­ciu pa­pie­rosa nie po­trze­bo­wało świad­ków. Te­re­ska re­gu­lar­nie okra­dała swo­jego ojca, cza­sami było to na­wet dwa­dzie­ścia zło­tych, szybko wy­dane na oran­żadę w proszku lub skon­den­so­wane mleko w tubce, ale tego dnia przy­nio­sła do szkoły le­d­wie na­po­czętą paczkę Klu­bo­wych oraz pu­dełko za­pa­łek.

Po­szły­śmy w na­sze ulu­bione miej­sce za szkołą, gdzie znaj­do­wał się ka­wał nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej ziemi ob­sa­dzo­nej wiel­kimi drze­wami i prze­ro­śnię­tymi krze­wami da­ją­cymi schro­nie­nie przed wścib­skim okiem przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Usia­dły­śmy pod drze­wem, każda na swoim szma­cia­nym worku, i przez chwilę pa­trzy­ły­śmy na bu­dy­nek po­li­tech­niki. Tam mia­ły­śmy w nie­da­le­kiej przy­szło­ści za­po­znać i po­de­rwać fan­ta­stycz­nych stu­den­tów, gdy za­miast zwi­nię­tych w kłę­bek skar­pe­tek bę­dziemy no­sić w biu­sto­no­szach coś wię­cej. Stu­denci Po­li­tech­niki Rze­szow­skiej przez sam fakt by­cia stu­den­tami wzbu­dzali w dziew­czy­nach go­rące pra­gnie­nia, bez względu na to, czy po­cho­dzili ze wsi, co dało się naj­pierw wy­czuć no­sem, a po­tem zo­ba­czyć oczami, czy z oko­licz­nych miast, które nie miały wyż­szej uczelni, ta­kich jak Dę­bica, Tar­nów, Mie­lec czy Kro­sno. Dla nas było jesz­cze za wcze­śnie, by na po­waż­nie roz­ma­wiać z chło­pa­kami, obie doj­rze­wa­ły­śmy bar­dzo po­woli, nie mu­sia­ły­śmy jesz­cze ku­po­wać waty w ap­tece, a i wy­obra­że­nia o ko­bie­co­ści mia­ły­śmy wą­tłe.

Te­re­ska przy­pa­liła pa­pie­rosa, lekko się za­cią­gnęła i po­dała mnie. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów było w de­chę i świad­czyło o zbli­ża­ją­cej się do­ro­sło­ści. Moi ro­dzice pa­lili pa­pie­rosy od pięt­na­stego roku ży­cia, o czym opo­wia­dali z uśmie­chem wyż­szo­ści, za­zna­cza­jąc przy tym, że nam nie wolno. Ćmili w po­ko­jach, kuchni, na­wet w ła­zience, a kiepy po­rzu­cali w krysz­ta­ło­wej po­piel­niczce lub ce­ra­micz­nej łódce z Ce­pe­lii, wy­cią­ga­nej z kre­densu na wiel­kie oka­zje. Olga rów­nież pa­liła, w zi­mie na klatce scho­do­wej pię­tro wy­żej, w le­cie przy otwar­tym oknie, ale do­piero wtedy, kiedy lampka w po­koju ro­dzi­ców zga­sła.

- Mu­szę już iść... - Po­wą­cha­łam zgra­białe od zimna palce, cuch­nęły ty­to­niem i gumą, która wsiąk­nęła w skórę dłoni pod­czas gry w ko­szy­kówkę.

- Nie idziemy do de­li­ka­te­sów? Mam szmal... - Te­re­ska wy­cią­gnęła z kie­szeni kurtki pię­cio­zło­tówkę. - Star­czy na dwa ob­wa­rzanki.

Tego dnia na sta­no­wi­sku "pie­czywo-na­biał" za szybą le­żały tylko bo­chenki chleba z kmin­kiem i kilka okla­płych sztan­gli. W po­szu­ki­wa­niu ob­wa­rzan­ków prze­szły­śmy całą ulicę Dą­brow­skiego, pod Zam­kiem Lu­bo­mir­skich od­bi­ły­śmy w prawo i pod szkołę wró­ci­ły­śmy inną drogą, przez Obroń­ców Sta­lin­gradu. W żad­nym mi­ja­nym spo­żyw­czaku nie było ob­wa­rzan­ków. Jesz­cze bar­dziej głodna i zmar­z­nięta osta­tecz­nie po­szłam na obiad do Te­re­ski, który jej nie­pra­cu­jąca mama trzy­mała na ga­zie w peł­nej go­to­wo­ści dla wszyst­kich człon­ków ro­dziny aż do sa­mego wie­czora.

Mama Te­re­ski wy­glą­dała na jej bab­cię. Nie­uma­lo­wana, otyła, przed­wcze­śnie po­si­wiała, prze­pa­sana far­tu­chem pani Da­nu­sia cały dzień aż do dzien­nika spę­dzała w kuchni. Kiedy po­dała obiad, sama ni­gdy nie za­sia­dała z ro­dziną do po­siłku, na­tych­miast ucie­kała do swo­jego ma­ciup­kiego kró­le­stwa, które roz­cią­gało się od ku­chenki ga­zo­wej wzdłuż sza­fek po­przez stół aż do lo­dówki. Każdy cen­ty­metr po­wierzchni był tam za­jęty, pod sto­łem pię­trzyły się worki z mąką, pro­diż, ma­lak­ser, pu­ste sło­iki, na bla­tach i pa­ra­pe­cie stały rzędy garn­ków, mi­sek, po­jem­ni­ków z ka­szą, ry­żem i cu­krem. Nad ku­chenką wi­siały war­kocz czosnku oraz kom­po­zy­cje z ce­buli. Do­słow­nie wszę­dzie można się było do cze­goś przy­kleić, po­nie­waż pani Da­nu­sia nie dbała prze­sad­nie o czy­stość w swoim kró­le­stwie. Ale go­to­wała do­brze, choć nie­zbyt róż­no­rod­nie, naj­le­piej wy­cho­dziły jej sznycle oraz za­bie­lany barszcz czer­wony z jaj­kiem.

- Jedz, Ha­niu, jedz... wi­dzę, że ci sma­kuje... Kiedy twoja ma­mu­sia wraca?

- Dziś wie­czo­rem - od­par­łam z ustami peł­nymi ziem­nia­ków i ćwi­kły.

- Twoja ma­mu­sia to taka ele­gancka ko­bieta... - wes­tchnęła, wy­gła­dza­jąc far­tuch na po­dołku. - Pa­mię­tam, jak że­ście się wpro­wa­dzili, ty jesz­cze w be­ciku by­łaś, nio­sła cię przez po­dwórko jakby do chrztu. Ubrana była w ko­stium, zdaje mi się, że gra­na­towy. Spód­niczka przed ko­lano i czarne szpi­leczki na za­trzask, pa­mię­tam jak dziś.

- Na szpil­kach prze­pro­wadzkę ro­biła? - Te­re­ska miała wąt­pli­wo­ści.

- No prze­cież pani Ela sama nie tar­gała me­bli na pię­tro... Tra­ga­rzy mieli. Pan in­ży­nier, to też pa­mię­tam, pod­je­chał au­tem pod same drzwi i przy­wiózł wa­sze wa­lizki.

- A skąd mama to wszystko wie? Prze­cież od nas nie wi­dać Hani bloku.

- W ich klatce mieszka kraw­cowa Dziu­rzyń­ska, cią­gle do niej cho­dzi­łam szyć, aku­rat wtedy też za­szłam do przy­miarki.

Pod­nio­słam głowę znad ta­le­rza. Wy­obraź­nia mnie za­wio­dła, nie mo­głam zo­ba­czyć pani Da­nusi ubra­nej w szytą na miarę su­kienkę czy spód­nicę, na­wet gdy­bym prze­nio­sła się w cza­sie i od­mło­dziła o kil­ka­na­ście lat.

Zer­k­nę­łam na ze­gar wi­szący w przed­po­koju, zro­biło się już późno. Po­dzię­ko­wa­łam za pyszny obiad i po­szłam do domu. Szny­cel wie­przowy ule­piony i usma­żony przez pa­nią Da­nu­się był ostat­nim po­sił­kiem, który zja­dłam tego dnia.

Są­siadka Sta­wiar­ska miała w miesz­ka­niu te­le­fon jako je­dyna w na­szej klatce. Ten luk­sus za­ła­twił jej syn, mi­li­cjant, kiedy z nią za­miesz­kał po burz­li­wym roz­wo­dzie z nie­wierną i krnąbrną żoną. Nasz blok na­zy­wany był "mi­li­cyj­nym", po­nie­waż miesz­kało w nim kilka ro­dzin mun­du­ro­wych, ofi­ce­rów i sze­re­gow­ców z po­bli­skiej ko­mendy wo­je­wódz­kiej. Miesz­ka­nia, po trzy na każ­dym z trzech pię­ter, były duże jak na ów­cze­sne stan­dardy. Zo­stały wy­bu­do­wane nie­długo po woj­nie, kiedy jesz­cze so­cja­li­styczne bu­dow­nic­two nie za­brnęło w za­ułek cia­snoty, by­le­ja­ko­ści i ciem­nej kuchni.

Bab­cia Wronka nie lu­biła roz­ma­wiać przez te­le­fon, słu­chawkę trzy­mała zbyt da­leko od ucha, jakby się oba­wiała kon­taktu z ga­da­ją­cym przed­mio­tem, i za­wsze gło­śno krzy­czała, choć nie za­wsze słabe po­łą­cze­nie tego wy­ma­gało. Kiedy pani Sta­wiar­ska za­pu­kała do drzwi i po­wie­działa, że z War­szawy do nas dzwo­nią, bab­cia wy­słała Olgę.

- Pew­nie Ela dzwoni, wy­py­taj się do­kład­nie, o któ­rej bę­dzie, że­bym wie­działa, kiedy wodę na pie­rogi na­sta­wić. Ona nie lubi od­sma­ża­nych, na świeżo mu­szą być.

Z War­szawy dzwo­nił pan Le­szek, który za­de­kla­ro­wał się przy­wieźć mamę do Rze­szowa swoim au­tem. Moi ro­dzice przy­jaź­nili się z Lesz­kami od czasu wpro­wadzki na osie­dle i czę­sto się od­wie­dzali przy oka­zji imie­nin czy wol­nej so­boty, aż do mo­mentu wy­jazdu taty do Ame­ryki. Mama tra­fiła na li­stę "po­dej­rza­nych" ko­biet z ra­cji tego, że nie miała męża pod ręką od dłuż­szego czasu, więc nie za­pra­szano jej tak chęt­nie jak wcze­śniej. Do Lesz­ków nie cho­dziła pra­wie wcale, jed­nak dawny przy­ja­ciel domu, nieco po kry­jomu, opie­ko­wał się nami, za­cho­wu­jąc przy­zwo­ity dy­stans, żeby nie draż­nić żony. Po­zwo­liła mu po­je­chać na Okę­cie i na­wet przy­go­to­wała ka­napki na drogę, ma­jąc na wi­doku torbę z do­la­rami le­cącą Iłem z No­wego Jorku.

Olga z po­czątku nie zro­zu­miała, co pan Le­szek miał na my­śli, mó­wiąc, że nie bę­dzie dłu­żej cze­kać na lot­ni­sku, bo ciała i tak by mu nie wy­da­dzą, po­nie­waż nie jest z ro­dziny. Do głowy mu nie przy­szło, że do nas wieść o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu "Mi­ko­łaj Ko­per­nik" jesz­cze nie do­tarła, więc zre­la­cjo­no­wał szybko to, co zo­ba­czył oraz usły­szał na lot­ni­sku, i obie­cał opo­wie­dzieć wię­cej szcze­gó­łów po po­wro­cie.

- Nie wiem, czy dam radę dziś, patrz, która już go­dzina... z tego wszyst­kiego stra­ci­łem ra­chubę czasu, ale ju­tro po pracy do was zaj­rzę i się na­ra­dzimy, co z po­grze­bem i tak da­lej.

- Czyim po­grze­bem? - za­py­tała Olga.

- No jak czyim? Wa­szej mamy... Sa­mo­lot się roz­bił! Nie ma­cie ra­dia? - Pan Le­szek był zde­ner­wo­wany. - Dziś rano sa­mo­lot rąb­nął i wszy­scy zgi­nęli!

Olga usia­dła na pod­ło­dze i za­krę­ciła mocno sznur od te­le­fonu wo­kół palca.

- Sa­mo­lot się roz­bił? Ten z mamą? Ten z No­wego Jorku?!

- Ten! Sam bym nie wie­rzył, żeby nie ci zroz­pa­czeni lu­dzie na lot­ni­sku, któ­rych ka­retki za­bie­rały...

- To zna­czy, że jed­nak ktoś prze­żył?!

- Ech... nie, nie pa­sa­że­rów, tylko cze­ka­ją­cych na lot­ni­sku, mdleli je­den po dru­gim. Przy­je­chało woj­sko, mi­li­cja, pła­cze, krzyki, co tam się działo... Na­wet wódkę ser­wo­wali na uspo­ko­je­nie, ale jak się po czymś ta­kim uspo­koić? Koło po­mnika chłod­nie po­dobno stoją, cały kon­wój... To jest nie do wy­obra­że­nia... Tyle na­rodu zgi­nęło za jed­nym za­ma­chem... Nikt się nie ura­to­wał, nikt... - chlip­nął.

Mimo że serce mo­jej sio­stry zbu­do­wane było ze szkła, gwoź­dzi i drutu, za­częła mięk­nąć. Jej głos drżał.

- Na pewno mama le­ciała tym sa­mo­lo­tem? Pa­nie Leszku, niech się pan skupi, bo może to ja­kaś kosz­marna po­myłka... Trzeba wszystko do­kład­nie spraw­dzić...

- Co tu jesz­cze spraw­dzać? Ela zgi­nęła w ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu! Pa­weł nie dzwo­nił z Ame­ryki? Twój oj­ciec jesz­cze nie dzwo­nił? No niechby się nie oka­zało, że on też wsiadł na ten sa­mo­lot, żeby wam nie­spo­dziankę zro­bić... Je­zus Ma­ria...

- Ja pi­tolę... - po­wta­rzała Olga, co­raz głę­biej za­pa­da­jąc się w so­bie. - Ja pi­tolę...

- W każ­dym ra­zie ja się będę zbie­rał do domu, nic tu po mnie. Olga... naj­szczer­sze kon­do­len­cje... Ech... Nie wiem, co po­wie­dzieć... Żeby pani Wa­le­ria za­wału nie do­stała... Jak ty jej to wszystko po­wiesz? Z Paw­łem mu­sisz się skon­tak­to­wać, sprawdź, czy... no wiesz, czy aby też nie le­ciał tym sa­mo­lo­tem...

Tato nie za­dzwo­nił tego dnia, co nas jesz­cze bar­dziej przy­gnę­biło, a nu­mer, który do niego mia­ły­śmy, nie od­po­wia­dał.

Po prze­mo­dlo­nej na ko­la­nach nocy udało mi się za­snąć. Przy­tu­lona do babci, z głową wci­śniętą w jej po­duszkę pach­nącą wa­le­rianą, spa­łam kilka go­dzin i śniła mi się mama, którą ze stajni wy­wlókł koń. Nogę miała przy­wią­zaną do ko­pyta. Obu­dził mnie strach. Bab­cia Wronka ka­zała nam się ubrać na czarno i we trzy po­ma­sze­ro­wa­ły­śmy gę­siego do ko­ścioła sa­le­ty­nów ni­czym kon­dukt ża­łobny. Trzy pary oczu wpa­try­wały się w błę­kitną Matkę Bo­ską, bła­ga­jąc, żeby się zli­to­wała i od­dała nam mamę, uży­wa­jąc swo­jej nie­ziem­skiej mocy. Głowę mia­łam pełną krze­pią­cych opo­wie­ści o cu­dach, tych za­klę­tych w wo­dzie w Lo­ur­des, re­li­kwiach za­ku­tych w złych krzy­żach i ku­lach roz­wie­szo­nych na ścia­nie sank­tu­arium w Czę­sto­cho­wie na do­wód na­głego ozdro­wie­nia, więc mo­dli­łam się żar­li­wie, może na­wet nieco na­chal­nie.

Cud się jed­nak nie zda­rzył, mo­dli­twy wy­le­ciały z na­szych serc z dużą ener­gią, ale naj­pew­niej ni­g­dzie nie do­tarły, ni­czym ra­kieta wy­słana w ko­smos, która roz­la­tuje się na mi­lion ka­wał­ków za­raz po star­cie.

Do­piero w po­nie­dzia­łek udało się Ol­dze do­dzwo­nić do taty, a ten bar­dzo się zdzi­wił, że nie­po­ko­imy go o tak póź­nej po­rze.

- Olga, stało się coś? Wiesz, która jest go­dzina?! Trze­cia dwa­dzie­ścia w nocy... Ja rano mu­szę wstać do pracy...

- Co się stało?! Chyba wiesz, co się stało! Cze­kamy i cze­kamy na te­le­fon! - Olga spoj­rzała na mnie i na są­siadkę sie­dzącą po dru­giej stro­nie ławy w po­koju. Za­pew­ni­ły­śmy ją, że za­pła­cimy za to po­łą­cze­nie mię­dzy­na­ro­dowe, jak tylko przyj­dzie ra­chu­nek, jed­nak wo­lała być obecna przy roz­mo­wie i mało dys­kret­nie zer­kała na ze­ga­rek.

- Ale co? No mówże... - Oj­ciec ziew­nął.

- Sa­mo­lot się roz­bił, nie sły­sza­łeś? W pią­tek rano... Ten z No­wego Jorku do War­szawy.

- Sły­sza­łem, po­da­wali w wia­do­mo­ściach, straszna tra­ge­dia, nie­dawno by­łem w klu­bie w Ne­warku i śpie­wała Anna Jan­tar, fajna babka.

Olga pró­bo­wała za­cho­wać spo­kój, ale nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad zło­ścią.

- Anna Jan­tar, co ty ga­dasz?! Mama zgi­nęła w tej ka­ta­stro­fie! Twoja żona!

Oj­ciec chrząk­nął i za­kasz­lał. Pa­lił paczkę pa­pie­ro­sów dzien­nie, jego ka­ta­strofa też się po­woli zbli­żała.

- Dziecko, ty na­wet tak nie żar­tuj - ode­zwał się po chwili. - Mama po­le­ciała do Pol­ski ty­dzień temu, nie w ze­szły pią­tek.

Olga trzy­mała słu­chawkę od­da­loną od ucha, że­bym i ja mo­gła sły­szeć, co mówi oj­ciec. Za­nim do­tarł do mnie sens jego słów, moja sio­stra za­częła wrzesz­czeć, ale nie umia­łam oce­nić, czy z ra­do­ści, czy z gniewu. Roz­ma­wiali jesz­cze parę mi­nut, za­sta­na­wia­jąc się wspól­nie, gdzie się mama po­działa, skoro przy­le­ciała do Pol­ski przed ty­go­dniem. Gdzie jest? Co robi? Oj­ciec nie miał żad­nej sen­sow­nej hi­po­tezy, po­że­gnali się obiet­nicą, że będą to wy­ja­śniać po obu stro­nach Atlan­tyku.

Pan Le­szek w na­szym imie­niu skon­tak­to­wał się z LOT-em i po dłu­gich ne­go­cja­cjach otrzy­mał po­twier­dze­nie, że Elż­bieta Wol­ska była na li­ście pa­sa­że­rów fe­ral­nego lotu.

Gor­sza od ża­łoby po ma­mie oka­zała się sen­sa­cja wo­kół mnie i Olgi w pierw­sze dni po tra­ge­dii. Są­sie­dzi, na­uczy­ciele, ko­le­żanki, li­sto­nosz, kio­skarka ga­pili się tak osten­ta­cyj­nie, jak­bym była ja­kimś dzi­wo­lą­giem, któ­rego po­winni po­ka­zy­wać w cyrku. Nikt się do mnie nie od­zy­wał, nie po­cie­szał mnie, nie skła­dał kon­do­len­cji, tylko pa­trzyli z da­leka, wbi­ja­jąc spoj­rze­nia jak ćwieki w skó­rzaną kurtkę. Nie wiem, czego wy­pa­try­wali u osie­ro­co­nej trzy­na­sto­latki. Si­nych plac­ków pod oczami z nie­wy­spa­nia czy do krwi ob­gry­zio­nych pa­znokci? Chciwe spoj­rze­nia śle­dziły mnie przez kilka dni w dro­dze do szkoły, do sklepu, do ko­ścioła i za­czę­łam czuć się winna śmierci mamy, po­nie­waż te bły­ska­jące chorą cie­ka­wo­ścią oczy żą­dały wy­tłu­ma­cze­nia dla­czego. Oczy cze­kały na wię­cej pi­kant­nych szcze­gó­łów na te­mat ka­ta­strofy, w któ­rej prze­cież oprócz mo­jej mamy zgi­nęła pio­sen­karka Anna Jan­tar, o czym trą­bili w te­le­wi­zji i pra­sie. Czer­pa­ły­śmy z tego faktu po­cie­sze­nie, że okrutny los nie oszczę­dza ni­kogo, kiedy za­czyna wy­bie­rać go­dzinę, miej­sce oraz osobę, któ­rej zgasi świa­tło. Śmierć mamy stała się bar­dziej pod­nio­sła z tego po­wodu, że wraz z nią zgi­nęła znana pio­sen­karka, a także człon­ko­wie ame­ry­kań­skiej dru­żyny bok­ser­skiej, któ­rych czarne, prze­cięte na pół przez pasy ciała zna­le­ziono wbite w zie­mię w miej­scu roz­bi­cia sa­mo­lotu. Byli to bar­dzo mło­dzi chłopcy, ama­to­rzy, szy­ku­jący się do­piero do wiel­kiej spor­to­wej ka­riery.

Kiedy w środę po ka­ta­stro­fie po­szłam do szkoły, pani od pol­skiego roz­pła­kała się na mój wi­dok, na­to­miast pani od geo­gra­fii ob­da­ro­wała mnie we­dlow­ską cze­ko­ladą. Była wy­raź­nie wzru­szona, za­glą­da­jąc mi w oczy, ale oprócz "biedne dziecko" nie umiała nic krze­pią­cego po­wie­dzieć. Poza Te­re­ską nikt z klasy się do mnie nie zbli­żył tego dnia, pod­czas prze­rwy sta­ły­śmy pod oknem, ty­łem do wrzesz­czą­cego ko­ry­ta­rza, a do świe­tlicy na obiad wcale nie po­szłam, choć by­łam głodna jak wilk.

- No i co się ga­pisz, pa­lan­cie?! - ryk­nęła Te­re­ska w stronę krę­cą­cego się wo­kół nas gów­nia­rza. - Chcesz za­ro­bić z li­ścia?

Chło­pak wy­wa­lił ję­zor i uciekł.

- Jesz­cze do mnie nie do­tarło, co się stało - wy­szep­ta­łam. - Może to wszystko mi się tylko śni? Prze­cież ta­kie rze­czy się nie zda­rzają w nor­mal­nym świe­cie.

Te­re­ska przy­su­nęła się bli­żej mnie.

- W ro­dzi­nie mo­jej mamy, po­wiem ci, zda­rzały się ta­kie okrop­no­ści, że­byś nie uwie­rzyła.

- Co na przy­kład?

- Brat mamy ko­le­ja­rzem był, zna­czy kie­ro­wał po­cią­gami, nie wiem, jak to się fa­chowo na­zywa. Ma­szy­ni­sta? Nie­ważne... No i co rusz ktoś mu się pod jego po­ciąg rzu­cał, przy­się­gam, chyba z dzie­sięć osób prze­je­chał, bo nie zdą­żył wy­ha­mo­wać.

- Okropna śmierć, tak pod pę­dzący po­ciąg sko­czyć. - Wzdry­gnę­łam się.

- Ale za to szybka, choć nie za­wsze... - Te­re­ska zni­żyła głos. - Po­dobno nie­któ­rych po­ćwiar­to­wało, a jesz­cze chwilę żyli... Wu­jek czę­sto opo­wia­dał, wi­dział na wła­sne oczy te ka­wałki lu­dzi. No i co? Pew­nego dnia sam się pod po­ciąg rzu­cił, tyle tylko, że nie na swo­jej tra­sie.

- No co ty? Po­waż­nie?

- Tato twier­dził, że brat mamy miał nie­równo pod su­fi­tem i że to od za­wsze było wia­domo, więc nie po­wi­nien tymi po­cią­gami kie­ro­wać. Na dworcu w Sę­dzi­szo­wie się pod po­ciąg rąb­nął. Osie­ro­cił troje dzieci, ale na tym się czarna se­ria nie skoń­czyła. Naj­star­szy syn wujka so­bie strze­lił w łeb, kiedy na war­cie stał, jak w woj­sku słu­żył.

- Też miał coś z głową?

- Nie wiem, ale po­dobno dziew­czyna go rzu­ciła, jak do woja po­szedł, może to przez nią? - Te­re­ska zro­biła smutną minę i przez chwilę nic do sie­bie nie mó­wi­ły­śmy, po­rów­nu­jąc tra­ge­die ro­dzinne.

Po ostat­niej lek­cji od­było się krót­kie spo­tka­nie z dy­rek­to­rem szkoły. Do jego ga­bi­netu, wy­raź­nie prze­jęta, za­pro­wa­dziła mnie wy­cho­waw­czyni. Pani Li­sie­wicz wska­zała miej­sce na dy­wa­nie, gdzie mam sta­nąć, cen­tral­nie przed so­lid­nym dę­bo­wym biur­kiem, zza któ­rego za­rzą­dzał na­szą szkołą dy­rek­tor. W tym miej­scu dy­wan był mocno wy­dep­tany i wy­śli­zgany. Onie­śmie­lona roz­glą­da­łam się po prze­stron­nym ga­bi­ne­cie ki­pią­cym czer­wie­nią. Za­równo wzo­rzy­sty dy­wan, jak i za­słony oraz obi­cia krze­seł były ciem­no­czer­wone, flaga oraz sztan­dar umo­co­wany za ple­cami dy­rek­tora nieco ja­śniej­sze. Pach­niało ku­rzem i fa­solką po bre­toń­sku. Uświa­do­mi­łam so­bie, że z okna tego ga­bi­netu roz­ta­cza się wi­dok na po­li­tech­nikę i skarpę oraz drzewo, pod któ­rym pa­li­ły­śmy z Te­re­ską pa­pie­rosy. Po­my­śla­łam, że trzeba nam bę­dzie na przy­szłość zna­leźć dys­kret­niej­szą miej­scówkę. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów bar­dzo mi się spodo­bało i nie za­mie­rza­łam prze­stać.

Dy­rek­tor, wy­soki, ły­sie­jący pan w ro­go­wych oku­la­rach, bu­dził strach i po­dziw w do­sko­nale rów­nych pro­por­cjach. O na­uczy­cie­lach mó­wiło się wów­czas tak jak o zmar­łych: albo do­brze, albo wcale. Byli przy­by­szami z Mą­drej Pla­nety, nie mieli ży­cia pry­wat­nego, sła­bo­ści ani na­tręctw. Wszystko od nich za­le­żało, za­równo oceny w dzien­niku, jak i po­czu­cie wła­snej war­to­ści u ucznia, któ­rego mo­gli jed­nym sło­wem wdep­tać w glebę lub wy­strze­lić pod nie­biosa. Do­piero gdy opusz­cza­łam mury szkoły pod­sta­wo­wej, zo­ba­czy­łam ich ta­kimi, ja­kimi byli. Grono pe­da­go­giczne, zwy­czajni lu­dzie z ry­sami na cha­rak­te­rze i oso­bo­wo­ściami głęb­szymi niż Rów Ma­riań­ski.

Dy­rek­tor szkoły na­zy­wał się Szela i uczył star­sze klasy hi­sto­rii. W ósmej kla­sie za­cznie uczyć mnie, ale póki co by­łam dla niego jed­nym z se­tek bez­i­mien­nych far­tusz­ków z bia­łym koł­nie­rzy­kiem i tar­czą przy­szytą na le­wym rę­ka­wie.

Chrzą­ka­jąc, prze­cie­rał oku­lary i długo się zbie­rał, by za­cząć prze­mowę. Cze­ka­ły­śmy z pa­nią wy­cho­waw­czy­nią na jego słowa w po­kor­nym mil­cze­niu ze spusz­czo­nymi gło­wami. Gdyby mama zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym lub choć umarła na raka, nie wia­łoby ode mnie taką grozą, nikt by się nie in­te­re­so­wał sta­nem mo­jego osie­ro­co­nego serca, ale ka­ta­strofa pa­sa­żer­skiego sa­mo­lotu sta­wiała przed ta­kimi eru­dy­tami jak dy­rek­tor szkoły cał­kiem nowe wy­zwa­nie. Na po­czą­tek ob­wie­ścił, że mogę przez ty­dzień, dajmy na to dwa, nie przy­cho­dzić na lek­cje. Do­dat­kowo, tu zro­bił zna­czącą pauzę, świe­tlica bę­dzie mnie kar­mić za darmo do końca roku szkol­nego. Dla dy­rek­tora, oce­nia­ją­cego głę­bię tra­ge­dii uczen­nicy szó­stej klasy, strata matki rów­nała się ze stratą co­dzien­nego obiadu, co było w pełni zro­zu­miałe. Rola ma­tek w cza­sach jego dzie­ciń­stwa z pew­no­ścią nie wy­kra­czała da­leko poza kuch­nię.

- Jak masz na imię? - za­py­tał na ko­niec spo­tka­nia.

- Ha­nia.

- Jesz­cze raz mi przy­po­mnij, na­zwi­sko?

- Wol­ska, szó­sta A - po­śpie­szyła z in­for­ma­cją wy­cho­waw­czyni.

Dy­rek­tor wstał zza biurka, pod­szedł do mnie i po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. Sku­li­łam się. Przez chwilę pa­trzył na wi­szące nad moją głową go­dło, jakby szu­kał tam in­spi­ra­cji.

- Mu­sisz od te­raz opie­ko­wać się swoją sio­strzyczką, prze­jąć rolę ma­musi... I wiem, że to nie­ła­twe za­da­nie, ale na pewno po­do­łasz - po­wie­dział uro­czy­ście.

Zer­k­nę­łam na wy­cho­waw­czy­nię, nie śmia­łam ode­zwać się do dy­rek­tora szkoły, szcze­gól­nie kiedy był w sta­nie ta­kiego unie­sie­nia jak te­raz.

- Pa­nie dy­rek­to­rze, sio­stra Hani uczy się w li­ceum, jest od niej star­sza...

Szela spoj­rzał na swoją pod­władną z nie­chę­cią, uka­rał ją dys­cy­pli­nar­nie wzro­kiem za to, że zbyt po­bież­nie zre­fe­ro­wała mu moją sy­tu­ację ro­dzinną.

- Tak czy tak, nie za­po­mi­naj o szkole, ale te­raz zrób so­bie fe­rie i... od­pocz­nij.

Po­dzię­ko­wa­łam ski­nie­niem głowy i wy­ma­sze­ro­wa­łam za wy­cho­waw­czy­nią z czer­wo­nego ga­bi­netu.

ROZ­DZIAŁ 2

Wdowa

Bab­cia Wronka po­go­dziła się z tra­giczną śmier­cią swo­jej córki Eli w po­ro­zu­mie­niu z Matką Bo­ską, która w sen­nym ob­ja­wie­niu wy­tłu­ma­czyła jej sens tego, co za­szło, jed­nak kiedy nam usi­ło­wała prze­ło­żyć śmierć mamy na póź­niej­sze spo­tka­nie w nie­bie, gdzie ona już nam miej­sce grzeje bli­sko swo­jego ta­tu­sia i in­nych zmar­łych człon­ków ro­dziny, za­czę­łam po­dej­rze­wać, że zmy­śla.

- Po co mi matka w nie­bie?! Matka mi te­raz po­trzebna! - dar­łam się i trza­ska­łam drzwiami.

Bab­cia cho­dziła za mną po miesz­ka­niu i pro­siła, że­bym prze­stała bluź­nić, ale ja nie chcia­łam prze­stać, czu­łam się cał­ko­wi­cie bez­karna. To był ten mo­ment, kiedy dziecko może na­wet prze­kli­nać i roz­li­czać Pana Boga z jego dur­nego planu, który za­kła­dał roz­da­wa­nie na­gród po śmierci. Gdy jest się dziec­kiem, śmierć ro­dzi­ców w ogóle nie wy­stę­puje, co naj­wy­żej odej­ście na tam­ten świat dziad­ków i nie da się ta­kiej straty mą­drze wy­tłu­ma­czyć. Że niby jak? Pan Bóg za­brał moją ma­mu­się do sie­bie, bo ją so­bie umi­ło­wał? Mnie rów­nież bar­dzo ko­cha i wła­śnie dla­tego po­sta­no­wił, że w wieku lat trzy­na­stu będę pół­sie­rotą? Ale czego do­brego można się spo­dzie­wać po ta­kim Bogu, który swo­jemu go­rą­cemu wy­znawcy Abra­ha­mowi na­ka­zał iść do kraju Mo­ria, zbu­do­wać stos, przy­wią­zać wła­snego syna i pod­pa­lić? Ka­zał mu zło­żyć chłopca w ofie­rze, żeby się prze­ko­nać, kogo bar­dziej ko­cha, Boga czy syna? Fakt, że w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie, nie do­daje cu­kru do tego okrut­nego te­stu na wier­ność. Przy­po­mnia­łam o tym babci Wronce i za­smu­ci­łam ją na wiele go­dzin. Pa­mię­ta­łam z lek­cji re­li­gii wiele prze­ra­ża­ją­cych hi­sto­rii, wła­ści­wie poza na­ro­dzi­nami Je­zu­ska w sta­jence, żad­nej przy­jem­nej, czę­sto o tych przy­po­wie­ściach my­śla­łam, wciąż wie­rzy­łam, że wy­da­rzyły się na­prawdę.

Olga nie po­trze­bo­wała tłu­ma­czeń babci, która po­śred­ni­czyła po­mię­dzy nami a mi­ło­sier­nym Bo­giem w pierw­szych dniach po tra­ge­dii, i nie wiem, co działo się wtedy w gło­wie mo­jej sio­stry. Nie roz­ma­wiała ze mną, je­śli chcia­łam do­stać się do jej my­śli, mu­sia­łam za­cze­kać na oka­zję, by do­brać się do pa­mięt­nika, który cho­wała w róż­nych miej­scach po­koju. Dzie­li­ły­śmy mały, wą­ski, nie­ustawny po­kój po­ma­lo­wany na nie­bie­sko. Ona spała pod oknem na wer­salce jak kró­lowa, ja na roz­kła­da­nym, twar­dym fo­telu w ką­cie przy drzwiach. Oprócz na­szych le­go­wisk w po­koju stała me­blo­ścianka oraz oszklony re­gał z książ­kami, które mama sys­te­ma­tycz­nie zno­siła do domu z "da­rów". Mama udzie­lała się w opiece spo­łecz­nej, cho­dziła po pa­to­lo­gicz­nych do­mo­stwach, a ta­kich na na­szym osie­dlu nie bra­ko­wało, więc cza­sami wra­cała z tych wi­zy­ta­cji ob­ju­czona książ­kami po­da­ro­wa­nymi przez wdzięczne, po­bite ko­biety, które, jak same mó­wiły, ksią­żek nie czy­tają i nie wie­dzą, skąd się one w ogóle w ich miesz­ka­niach wzięły. Na naj­niż­szej półce stali Dy­gat, Hła­sko, Re­dliń­ski, Iwasz­kie­wicz i Fle­sza­rowa-Mu­skat, na naj­wyż­szej Mic­kie­wicz, Nor­wid, Sien­kie­wicz, Prus i Że­rom­ski. Za książ­kami Olga cho­wała swój pa­mięt­nik, który re­gu­lar­nie prze­glą­da­łam, żeby się do­wie­dzieć, na ja­kim eta­pie utknęła ko­lejna mi­łość mo­jej sio­stry i któ­rej ko­le­żance tym ra­zem za­szła za skórę. Olga była kłó­tliwa i od za­wsze w pre­ten­sjach.

Ty­dzień po ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu na­pi­sała: Nie umiem roz­pa­czać, mam pu­ste, zimne serce prze­bite zło­ścią! Cała ta ame­ry­kań­ska eska­pada ojca i matki od po­czątku śmier­działa tra­ge­dią. Naj­pierw tato, te­raz mama, do wi­dze­nia ni­gdy. Pod tym wpi­sem na­ry­so­wała krzy­żyk, pod nim serce, z któ­rego ka­pały czarne łzy. Kilka dni póź­niej na kart­kach pa­mięt­nika roz­go­ścił się Mi­łosz, jak zwy­kle u mo­jej sio­stry, chło­pak już za­jęty przez inną dziew­czynę, te­mat śmierci mamy oraz nie­obec­no­ści taty nie po­wró­cił.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać z sio­strą na te­mat tego, co się stało, pod ręką była tylko bab­cia.

Bab­cia Wronka na­prawdę miała na imię Wa­le­ria, ale w ro­dzi­nie wszy­scy na­zy­wali ją Wronką, po­dobno sama tak na sie­bie wo­łała, kiedy była dziec­kiem. Przy­jeż­dżała do nas po­miesz­kać, spę­dzała ty­dzień lub mie­siąc w mie­ście, ale po­tem za­wsze wra­cała na wieś do swo­jego trze­ciego męża, który nie­wiele jej po­da­ro­wał poza na­zwi­skiem Zdrada. Oprócz re­li­gij­no­ści i go­to­wa­nia nie miała in­nych za­jęć, stro­niła od są­siedz­kich plo­tek, nie ro­biła swe­trów na dru­tach, nie sma­żyła po­wi­deł, nie ce­ro­wała, nie szyła ani też nie sprzą­tała, jed­nak za­wsze wy­da­wało się, że jest bar­dzo za­jęta i ma dużo na gło­wie. No­siła w so­bie taki ro­dzaj ła­god­no­ści, jaki lu­bią dzieci, je­śli na coś na­ci­skała, to tylko na obo­wią­zek mo­dli­twy i re­gu­lar­nego uczęsz­cza­nia do ko­ścioła. Miesz­ka­li­śmy obok ko­ścioła sa­le­ty­nów, piękna Matka Bo­ska z ob­razu cier­pli­wie wsłu­chi­wała się w mo­dli­twy, prośby czy prze­pro­siny, przed jej ła­god­nym ob­li­czem za­ła­twiało się wszyst­kie ziem­skie sprawy. Kiedy chcia­łam spra­wić babci przy­jem­ność, szłam z nią na wie­czorną mszę i cza­sami ule­ga­łam ta­kiemu unie­sie­niu, że łzy pod­cho­dziły mi pod po­wiekę. Działo się tak szcze­gól­nie pod­czas kon­cer­tów grupy mu­zycz­nej Oaza lub w trak­cie drogi krzy­żo­wej. Na stare lata re­li­gij­ność za­stą­piła babci Wronce całe ży­cie we­wnętrzne, wlała się w jej serce i umysł, nie zo­sta­wia­jąc wiele miej­sca na przy­ziemne przy­jem­no­ści.

Bab­cia Wronka skoń­czyła tylko cztery klasy, nie dla­tego, że nie była by­stra, prze­ciw­nie, gar­nęła się do na­uki, ale czasy, w któ­rych do­ra­stała, nie pro­mo­wały edu­ka­cji, dla wielu dziew­czy­nek szkoła po­zo­sta­wała nie­do­stępna. Mu­siała boso wę­dro­wać do są­sied­niej wsi trzy ki­lo­me­try w jedną stronę, gdzie w izbie bo­gat­szego chłopa zor­ga­ni­zo­wano szkołę, je­dyną w oko­licy. W zimne je­sienne dni do­cie­rała do tej pla­cówki mo­kra i za­ka­ta­rzona, na­uczy­cielka su­szyła jej ubra­nie na piecu i do­kar­miała ją, czym mo­gła, wi­dząc, jak dzie­się­cio­let­nia Wa­le­ria mar­nieje w oczach. Była jej naj­pil­niej­szą uczen­nicą, po­mocną w dys­cy­pli­no­wa­niu in­nych dzieci, znacz­nie mniej chęt­nych do na­uki. Zo­sta­wała po lek­cjach, żeby po­słu­chać pani na­uczy­cielki z mia­sta. Jej opo­wie­ści o po­dró­żach, da­le­kich kra­jach, dzi­kich zwie­rzę­tach i ma­rze­niach za­chę­ciły Wa­le­rię do nieco śmiel­szego pla­no­wa­nia przy­szło­ści i wów­czas po raz pierw­szy przy­szło jej do głowy, że może wy­je­chać ze wsi, choćby na tro­chę, żeby zo­ba­czyć, jak świat urzą­dzony jest gdzieś in­dziej. Ro­dzice nie pro­te­sto­wali, kiedy za­częła uczęsz­czać do szkoły, mieli za pa­rob­ków dwóch sy­nów i dwie młod­sze córki, stać ich było na to, by jedną wy­słać na na­ukę. Wa­le­ria na­uczyła czy­tać młod­sze sio­stry, bra­cia zgod­nie uznali, że czy­ta­nie ani pi­sa­nie nie jest im po­trzebne do ży­cia, ja­kie wie­dli i ja­kie pla­no­wali, wolny czas wo­leli wy­ko­rzy­stać na ka­wa­lerkę lub nic­nie­ro­bie­nie, jed­nak przy­uczyli się przy sio­strze i opa­no­wali sztukę czy­ta­nia, choć z wiel­kimi opo­rami. Z pi­sa­niem szło im go­rzej, ale to ni­kogo nie mar­twiło, bo i tak nie mieli do kogo pi­sać.

Moi dziad­ko­wie nie go­nili naj­star­szej córki w pole, pod­świa­do­mie czu­jąc, że jest warta wię­cej, więc szkoda zdzie­rać jej rąk przy cięż­kiej pracy na roli. Mieli na­dzieję do­brze wy­dać ją za mąż, choć po­sag, na jaki mo­gła li­czyć, był dość marny, a rze­czy ma­te­rialne zmie­ści­łyby się w ma­łym wó­zeczku. Była ładna, zdrowa i miała skoń­czone klasy, szybko za­częły się do niej usta­wiać ko­lejki chęt­nych do ożenku.

Pierw­szy mąż babci Wronki, Wa­syl Pie­tru­sza, uro­dził się w ro­dzi­nie "Za­mie­szań­ców", gru­pie et­nicz­nej, która od kilku wie­ków two­rzyła ru­ską en­klawę, i choć po­zo­sta­wali w życz­li­wych sto­sun­kach z pol­skimi są­sia­dami, za­cho­wy­wali swoją od­ręb­ność, oparli się asy­mi­la­cji i trzy­mali ra­zem. Sam fakt, że Wa­le­ria miała opu­ścić ro­dzinną wieś i po ślu­bie prze­nieś się do Czar­no­rzeki, gdzie ro­dzina jej przy­szłego męża go­spo­da­rzyła od se­tek lat, wy­wo­łał wielki sprze­ciw. Słowo "mi­łość" nie wy­stę­po­wało w roz­mo­wach w ro­dzi­nie mo­ich dziad­ków Se­ra­fi­nów, ro­zu­mieli pracę na roli i obo­wią­zek że­niaczki, wie­dzieli, co to za­wiść czy chci­wość są­siedzka, ale mi­ło­ści nie znali. W te­ma­cie za­mąż­pój­ścia Wa­le­rii naj­wię­cej mó­wiło się o opę­ta­niu, za­pa­trze­niu, hań­bie i złym końcu.

Wa­syl Pie­tru­sza był przy­stoj­nym mło­dzień­cem. Wy­soki, bar­czy­sty, z tłumu cher­la­wych i szczer­ba­tych chło­pa­ków wy­róż­niały go gę­ste włosy i wspa­niałe zdrowe zęby. Był czy­sty, schlud­nie ubrany, a na to wszystko umiał tra­fić do każ­dej dziew­czyny, cza­sami sło­wami, cza­sami do­ty­kiem, ale tak sku­tecz­nie, że za żadną panną nie mu­siał la­tać, same przy­cho­dziły. Ta­kich męż­czyzn mało po świe­cie cho­dzi, a je­śli już taki się po­jawi, długo wspo­mi­nają go panny i mę­żatki, jed­na­kowo wzdy­cha­jąc do tego, co było lub co być mo­gło. Bab­cia Wronka naj­chęt­niej za­po­mnia­łaby o swoim pierw­szym mężu oraz wy­da­rze­niach, które po­mo­gły jej w po­sta­wie­niu na swoim. Wstyd mło­do­ści przy­cho­dzi do­piero w pew­nym wieku i ko­bieta sama przed sobą przy­znać nie chce, że hu­ra­gan, który ją kie­dyś po­rwał, szybko oka­zał się zgni­łym wia­trem, co cho­robę i nie­szczę­ście nie­sie.

- Mało ka­wa­le­rów u nas, żeby za ob­cego iść? - mruk­nął oj­ciec Wa­le­rii.

- Dla mnie obcy nie jest.

- Pew­nie! - huk­nął jej brat Ja­nek. - Już żeś się z nim zwą­chała! Jak ty bę­dziesz z nimi żyć w ob­li­czu Boga? Prze­cież to gre­ko­ka­to­liki, może i na­szej re­li­gii się wy­rzek­niesz?

- Ni­czego się nie wy­rzeknę. Pójdę za Wa­syla i bez two­jej zgody, ma­mu­sia i ta­tuś nam po­bło­go­sła­wią.

Oj­ciec babci, Kle­mens Se­ra­fin, był ma­ło­mów­nym, ci­chym czło­wie­kiem, jego żona Zo­fia od­zy­wała się tak rzadko, że wszy­scy za­po­mnieli, jaką barwę ma jej głos, z cza­sem w ogóle prze­stała mó­wić, po­ro­zu­mie­wała się wzro­kiem i ge­stami. Na cho­robę mil­cze­nia ża­den dok­tor by nie po­ra­dził, a po­nie­waż po­stę­po­wała po­woli, wszy­scy do­mow­nicy mieli czas, żeby się oswoić. Słów było co­raz mniej, ale Zo­fia Se­ra­fin wy­glą­dała i za­cho­wy­wała się tak samo, usłu­gi­wała mę­żowi i dzie­ciom z po­god­nym uśmie­chem. Była ma­leńką ko­bietą dba­jącą o hi­gienę, z czego sły­nęła w ca­łej oko­licy, choć nie wszyst­kim ba­bom to jej umi­ło­wa­nie czy­sto­ści się po­do­bało, co bar­dziej za­wistne na­zy­wały Zo­fię Se­ra­fin "łą­kową wa­riatką". W ogródku przed cha­łupą dziad­ków ro­sły piękne kwiaty, które z tro­ską pie­lę­gno­wała, po­tem zbie­rała płatki tych naj­bar­dziej pach­ną­cych, su­szyła i wkła­dała do szaf po­mię­dzy ubra­nia oraz po­szwy.

Kiedy Wa­le­ria ob­wie­ściła ro­dzi­nie, że idzie za Wa­syla, jej matka prze­mó­wiła. Z gar­dła ko­biety wy­do­był się wtedy skrzek jak u kaczki i przy­ty­ka­jąc dłoń do ucha, na­gle za­częła gda­kać. Nie spo­sób było wy­ło­wić choć jed­nego zro­zu­mia­łego słowa z jej prze­mowy, ale to jej nie po­wstrzy­mało. Miała do po­wie­dze­nia sporo, można było się do­my­ślić z brzmie­nia wy­so­kich dźwię­ków, że nie jest za­do­wo­lona z de­cy­zji córki.

Wa­le­ria osłu­piała, wsłu­chu­jąc się w ka­czo-ku­rzy ję­zyk matki, Ja­nek rów­nież sta­nął jak wryty i oboje pa­trzyli na matkę, wy­trzesz­cza­jąc oczy ze zdu­mie­nia.

- Matka twoja ja­kowo prze­ciwko jest, że­byś za Wa­syla szła. I jesz­cze mówi, że tyś po szko­łach, lep­szy los cię czeka - prze­tłu­ma­czył słowa żony Kle­mens Se­ra­fin.

Wa­le­ria przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy po­dejść do matki, czy uda­wać, że jej nowy głos nie brzmi prze­ra­ża­jąco. Skoro oj­ciec ro­zu­miał sens wy­gda­ka­nych słów, może i ona z cza­sem za­cznie je ro­zu­mieć? Spoj­rzała na brata. Ja­nek ze­rwał się z ławy i wy­szedł z izby. Sły­chać było, jak w sieni na­po­mina Ce­cy­lię, lu­bił krzy­czeć na młod­sze ro­dzeń­stwo bez po­wodu, po to tylko, by wy­pró­bo­wać swój au­to­ry­tet lub by za­głu­szyć wła­sne wąt­pli­wo­ści. Kiedy zo­stali w izbie sami, oj­ciec babci Wronki za­czął na­bi­jać fajkę, zer­ka­jąc przez okno, jego żona zło­żyła dło­nie na po­dołku i uśmie­cha­jąc się lekko, za­mknęła oczy, jakby wszystko na­gle prze­stało ją ob­cho­dzić.

- Za Władka Grud­nie­wi­cza mia­łaś iść, było już uga­dane. - Wstał od stołu i otwo­rzył piec. Wy­jął tlącą się szczapkę i przy­ło­żył do fajki. - Grud­nie­wi­cze to po­rządna ro­dzina, Wła­dek pra­co­wity jest, źle ci tam nie bę­dzie...

- Niech się oj­ciec nie mar­twi o mnie, u Pie­tru­szów jak pa­nią mnie trak­tują, izbę wła­sną mamy, po dziadku Wa­syla wkrótce całe go­spo­dar­stwo przej­miemy, ra­zem z po­lem i do­mem.

- Ale tam zie­mia podła, ino kozy pa­sać.

- Wa­syla dziad za­kład ka­mie­niar­ski ma, wy­ra­biają żarna, koła młyń­skie, fi­gurki z pia­skowca, na­grobki...

Matka babci znów za­częła gda­kać i moc­niej za­ci­snęła wę­zeł chustki na su­chej szyi. Pod­nio­sła obie dło­nie w górę, wy­da­wała z sie­bie kilka dźwię­ków, po­tem w jed­nej chwili stra­ciła ener­gię, jej ra­miona opa­dły, oczy zga­sły. Głowa Zo­fii Se­ra­fin wpa­dła w re­zo­nans i za­częła się ki­wać ni­czym umo­co­wana na sprę­żynce, wy­glą­dało to tak, jakby cze­muś z upo­rem przy­ta­ki­wała.

- Ma­mu­siu... - Wa­le­ria wy­czuła, że matka la­men­tuje nad jej lo­sem, mimo że nie ro­zu­miała słów. Po­de­szła do niej, uklęk­nęła na kle­pi­sku i po­ło­żyła obie dło­nie na drga­ją­cych ko­la­nach. - Niech ma­mu­sia nie mar­twi się o mnie, Wa­syl to do­bry czło­wiek, po sercu go biorę, przy­jeż­dżać do was będę w od­wie­dziny i jak trzeba po­móc, to za­wsze... Nic już nie po­ra­dzę na to, co mnie spo­tkało, i chcę, bar­dzo chcę za Wa­syla iść.

Taka chwila ser­decz­no­ści po­mię­dzy matką a córką w cha­łu­pie mo­ich pra­dziad­ków nie wy­da­rzyła się ni­gdy wcze­śniej. Zo­fia do­tknęła czubka głowy Wa­le­rii, kciu­kiem prze­je­chała wzdłuż prze­działka roz­dzie­la­ją­cego jej gę­ste włosy na dwie czę­ści, po­tem przy­ło­żyła dłoń do po­liczka córki. Wa­le­ria czuła, jak bar­dzo trzęsą się ręce jej matki, która ze­sta­rzała się w ciągu ostat­nich kilku lat, choć jesz­cze nie prze­szedł jej szó­sty krzy­żyk.

- A we­sele urzą­dzimy ta­kie, że do zimy ga­dać będą... Zo­ba­czy­cie... Ta­tuś z ma­mu­sią bę­dzie tań­co­wał do sa­mego rana...

Bab­cia Wronka wsty­dziła się tego, że miała trzech mę­żów, nie tyle przed ludźmi, co przed Pa­nem Je­zu­sem, który się prze­cież ni­gdy nie oże­nił, zo­sta­wia­jąc furtkę uchy­loną wszyst­kim pa­niom Go mi­łu­ją­cym. Po­liczki babci pło­nęły na samą myśl, jak jej się kie­dyś przy­je­dzie roz­li­czyć na są­dzie osta­tecz­nym z tych trzech męż­czyzn, któ­rych wpu­ściła pod pie­rzynę. Naj­wię­cej grzesz­nych uczyn­ków i my­śli na­li­czyła z Wa­sy­lem, choć ich mał­żeń­stwo trwało nie­spełna dwa lata.

Dzień po roz­mo­wie z ro­dzi­cami siecz­kar­nia ucięła babci Wronce ka­wał palca wska­zu­ją­cego pra­wej dłoni, co uczy­niło ją fe­lerną, a wieść o tym nie­szczę­ściu roz­dmu­chała się po oko­licy w kilka dni. Lu­dzie za­częli szem­rać mię­dzy sobą, że te­raz Wa­lerki ani Grud­nie­wicz nie ze­chce, ani uro­dziwy Ru­sin z Czar­no­rzeki, chyba że ten ka­wa­łek palca jej od­ro­śnie, bo jesz­cze młoda jest i tak zda­rzyć się może. Inna plotka gło­siła, że Wa­lerka umyśl­nie so­bie ten pa­lec ciach­nęła, żeby Grud­nie­wicz dał jej spo­kój, i że to był po­mysł Wa­syla, który chciał przy­śpie­szyć ślub, po­nie­waż jemu taki de­fekt u na­rze­czo­nej nie prze­szka­dzał.

We­sele było skromne. Ro­dzina Wa­syla od­je­chała jesz­cze przed pół­nocą, ni­czego nie po­chwa­lili, ni­czemu się nie dzi­wili, znać było, że nie czują się do­brze w domu sy­no­wej, też i nikt z Se­ra­fi­nów nie za­dał so­bie trudu, by ich ser­decz­niej przy­jąć. Po ślu­bie mło­dzi zo­stali kilka dni na go­spo­dar­stwie, żeby Wa­lerka mo­gła spa­ko­wać swój po­sag i po­że­gnać się na­le­ży­cie ze wszyst­kimi. Ro­dzice, wciąż nie­chętni Wa­sy­lowi, od­wra­cali głowy, by nie pa­trzeć, jak ich córka pro­mie­nieje u jego boku. Mło­dzi ga­niali się po po­dwórku, zni­kali w sto­dole, dużo było śmie­chu, na­wo­ły­wań, prze­ko­ma­rzań, nie dbali o to, kto pa­trzy i co so­bie my­śli o ta­kich jaw­nych amo­rach. Po ich wy­jeź­dzie za­groda Se­ra­fi­nów na po­wrót stała się ci­cha i po­ważna.

Wa­sy­lowi wier­no­ści i mi­ło­ści do Wa­le­rii star­czyło na rok. Szybko znu­dziła mu się żona, obo­wiązki, przy­wią­za­nie, co­raz gło­śniej po­wta­rzał złotą myśl, że przy jed­nej dziu­rze to i pies by zdechł. Bab­cia Wronka cier­piała, jej wielka mi­łość, wy­wal­czona, wy­że­brana, oku­piona ka­lec­twem, usy­chała na słońcu i w desz­czu. Nie­cne wy­stępki Wa­syla czuła w pod­brzu­szu i sercu, by­wało, że pod cha­łupę przy­cho­dziły różne panny, bio­rąc za pre­tekst do wi­zyty, co im na myśl przy­szło. Wa­syl cza­ro­wał, do­po­wia­dał, pod­szczy­py­wał i pił, po­tem sta­wał się wy­lewny, obie­cy­wał po­prawę, w któ­rej wy­trzy­my­wał kilka dni.

- Już ci cał­kiem obo­jętna je­stem? - py­tała go żona, sta­ra­jąc się za­cho­wać god­ność.

- Taką już mam na­turę, nie usie­dzę... - Od­py­chał ją. - Nic ci nie ubę­dzie, Wa­lerka, to samo masz te­raz co przed ślu­bem.

- Ina­czej było przed ślu­bem, te­raz na po­śmie­wi­sko mnie wy­sta­wiasz, lu­dzie się z nas śmieją... Ze mnie się śmieją, że cię przy so­bie przy­trzy­mać nie umiem. Czym ja cię mogę przy­trzy­mać? Bra­kuje ci czego?

- Lu­dzie, lu­dzie... - pry­chał. - Niech każdy pa­trzy swo­jego. Chłop jest chłop, po­trzeba mu wy­pić, roz­we­se­lić się, a baba jest baba, ma pil­no­wać, żeby do­brze było.

Bab­cia szu­kała winy w so­bie, nie miała bli­skiej osoby, by się po­ra­dzić, wy­ża­lić, smu­tek roz­ra­stał się jak chwast, nie na­dą­żała z wy­cie­ra­niem łez, na które mo­gła so­bie po­zwo­lić tylko wtedy, gdy nie śle­dziły jej oczy te­ścio­wej. Gdyby była wśród swo­ich, ina­czej by roz­ma­wiała z Wa­sy­lem, na ob­cym te­re­nie mo­gła je­dy­nie prze­cze­kać. Prze­czu­wała przy­szłe lata smutku i nie­pew­no­ści, nie umiała so­bie wy­obra­zić, co mu­sia­łoby się wy­da­rzyć, żeby ten błąd, który po­peł­niła, a który bo­lał ją każ­dej sa­mot­nej nocy, zmie­nił się w coś lep­szego. Je­żeli się mo­dliła za Wa­syla i sie­bie, to tylko w ta­kich sło­wach, żeby Pan Bóg się nie do­my­ślił, jak jej ciężko nieść przy­sięgę, którą Mu zło­żyła, a mimo to się zli­to­wał.

Ciało Wa­syla Pie­tru­szy od­na­la­zło się w rzece San za­raz po tym, jak lody pu­ściły. Za­gi­nął późną je­sie­nią, któ­rejś nie­dzieli wy­szedł z cha­łupy, nie opo­wia­da­jąc się żo­nie do­kąd, i ni­gdy nie wró­cił. Oj­ciec Wa­syla twier­dził, że syna ubili mu Łem­ko­wie z ze­msty, bo im z lasu drewno pod­kra­dał. Zda­rzyło się Wa­sy­lowi tro­chę pnia­ków i ga­łęzi z nie­swo­jego lasu wy­wieźć pod osłoną nocy, ale nikt w oko­licy nie wie­rzył, że za­pła­cił za tę kra­dzież ży­ciem.

O oko­licz­no­ściach ta­jem­ni­czej śmierci pierw­szego męża babci wie­dzia­łam tyle, co po­wie­działa mi sio­stra Olga.

- Łaj­da­czył się po wsi z cu­dzymi ba­bami, w końcu się do­igrał. Do­stał od wku­rzo­nego męża przez łeb sie­kierą i chlup, zwłoki do rzeki. Tak się kie­dyś za­ła­twiało te sprawy. Nie to co te­raz, ali­menty, rosz­cze­nia, roz­wody, do­wody... Pierw­szy mąż babci to było nie­złe ziółko, dla­tego nie chce o nim opo­wia­dać, wstyd jej nor­mal­nie za tamto sza­leń­stwo.

- Skąd wiesz, że tak było? Może się po pro­stu uto­pił? - bro­ni­łam nie­wier­nego Wa­syla.

- Łeb miał roz­orany na pół, mózg mu przez szcze­linę wy­pły­nął... ryby go zja­dły...

- Fuj... - Skrzy­wi­łam się.

- Wę­go­rze mu oczy wy­gry­zły i przez dziury w czaszce do środka wpły­nęły fla­kami się po­czę­sto­wać.

- Olga! Prze­stań opo­wia­dać ta­kie okropne rze­czy! - Za­tka­łam uszy i za­ci­snę­łam po­wieki. - La, la, la, la, nic nie sły­szę.

- To po co py­tasz, jak nie chcesz słu­chać?

- O na­szego dziadka chcia­łam się do­py­tać, nie o ja­kimś Wa­sylu...

- Bab­cię py­taj, wtedy zo­ba­czysz, jak wy­gląda praw­dziwy ru­mie­niec! - zbyła mnie.

Po po­grze­bie Wa­syla Pie­tru­szy Wa­le­ria wró­ciła na swoją wieś z jed­nym tylko to­boł­kiem. Pie­rzynę, po­ściel, garnki, kom­plet ły­żek i ręcz­nie ha­fto­wany ob­rus zo­sta­wiła u te­ściów. Do­piero po mie­siącu jej brat Ja­nek wy­brał się do Pier­tu­szów i siłą ode­brał po­sag sio­stry. Na po­że­gna­nie gar­dło­wał o jej krzyw­dzie i ka­rze od Boga, która zmie­rza w ich kie­runku za to, że chcieli młodą wdowę ogra­bić.

Dwu­dzie­sto­let­nia Wa­le­ria, trzy­na­sto­let­nia Ce­cy­lia i dwu­na­sto­let­nia Aniela znów spały ra­zem w jed­nej izbie. W pierw­szą noc po po­wro­cie Wa­le­rii Ce­cy­lia za­py­tała, co z nią te­raz bę­dzie, ale bab­cia Wronka nie chciała roz­ma­wiać, sku­liła się w kłę­bek, na­cią­gnęła pie­rzynę na głowę i od­wró­ciła się do sióstr ple­cami. Nie miała żad­nego planu, poza tym, by lu­dziom na oczy się nie po­ka­zy­wać, do­póki w in­nej cha­łu­pie nie wy­da­rzy się coś gor­szego. Wtedy zajmą się wał­ko­wa­niem in­nych, aż im ję­zyki sczer­nieją.

Nikt w ro­dzi­nie Se­ra­fi­nów nie miał na­dziei, że bez­par­do­nowo od­rzu­cony ka­wa­ler Wła­dek Grud­nie­wicz ze­chce prze­ba­czyć znie­wagę i ude­rzy w kon­kury po raz drugi. Wciąż się nie oże­nił, za nim rów­nież cią­gnęła się zła sława tego, co mu na­rze­czona z Ru­skim ucie­kła, a skoro tak, pew­no­ści nie ma, czy sam nie fe­lerny. Lu­dzie na wsi ciężko pra­co­wali, nie czy­tali ksią­żek, nie jeź­dzili da­leko za swoje pola, więc ob­ga­dy­wa­nie in­nych sta­no­wiło pod­sta­wową roz­rywkę. Mó­wiło się o bliź­nich dużo, do­sad­nie, prze­waż­nie bar­dzo krzyw­dząco, a przy­pa­dek Wa­le­rii Se­ra­fin oma­wiany był dłu­żej niż mie­siąc. Po­ja­wiło się przy­pusz­cze­nie, że mo­gła Wa­lerka mieć coś wspól­nego z uto­pie­niem męża, bo jak go z rzeki w końcu wy­ło­wili, por­tki miał opusz­czone do ko­lan.

Brat Władka Grud­nie­wi­cza, Mi­chał, za­czął za­cho­dzić do Wa­le­rii jesz­cze przed roz­po­czę­ciem żniw. Z po­czątku dość nie­śmiało, pod byle pre­tek­stem pod­cho­dził pod cha­łupę, żeby z jej oj­cem się na­ra­dzić, to znów pod ko­ścio­łem osten­ta­cyj­nie jej się kła­niał, ale wię­cej roz­ma­wiał z braćmi Wa­lerki niż z nią samą. Słusz­nie oce­nił, że gdy po­zy­ska przy­chyl­ność Janka, bę­dzie mógł zbli­żyć się do jego sio­stry i wy­ło­żyć swoje za­miary.

- Mi­chał coś tu czę­sto za­cho­dzi, nie za­uwa­ży­łaś, Wa­lerka? - Ja­nek chrzą­kał, kiedy za­czy­nał ta­kie po­ważne roz­mowy.

Ro­dzice sie­dzieli w mil­cze­niu, roz­po­go­dzeni no­winą, że może uda się córkę wdowę za mąż po­now­nie wy­dać.

- Być może... - od­parła lekko za­wsty­dzona. - Miły jest, grzeczny wzglę­dem mnie, za­pyta się o zdro­wie, o tamto czy owo, jak ludzki czło­wiek.

- Czy on jest miły, ja się in­te­re­so­wać nie mu­szę, ale ślepy nie je­stem, o ży­ciu swoje wiem, więc ja się cie­bie py­tam, Wa­lerka, czy coś z tego za­cho­dze­nia bę­dzie.

- Bę­dzie, co ma być - od­rze­kła.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­letni Jan Se­ra­fin ob­jął rządy w cha­łu­pie nad sio­strami za ci­chym przy­zwo­le­niem ro­dzi­ców. Byli za­do­wo­leni, kiedy oka­zało się, że ich naj­star­szy syn ma dryg do przy­wódz­twa, a po­zy­ska­nie sza­cunku są­sia­dów przy­cho­dzi samo, bez za­bie­gów czy wy­sił­ków. Od­kąd skoń­czył pięt­na­ście lat, pra­co­wał w dworku u Skar­żyń­skich, tam na­uczył się wielu po­ży­tecz­nych rze­czy, ale jego krnąbrna na­tura pchała go z da­leka od pa­nów i osta­tecz­nie przy pro­tek­cji star­szej pani Skar­żyń­skiej udało mu się zna­leźć do­brą pracę w cu­krowni w Strzy­żo­wie. Przy cu­krowni po­wstały bu­dynki miesz­kalne dla pra­cow­ni­ków i Ja­nek miał wi­doki na przy­dział po­koju, choć aby go otrzy­mać, mu­siał się naj­pierw oże­nić. Nie wy­brał jesz­cze kan­dy­datki na żonę, ale chęt­nie włą­czył się w wy­bie­ra­nie męża dla Wa­le­rii. Dla nie­zbyt za­moż­nych chło­pów, jak Se­ra­fi­no­wie czy Grud­nie­wi­cze, naj­szyb­szą drogą do awansu spo­łecz­nego były woj­sko, po­li­cja lub se­mi­na­rium. Mi­chał Grud­nie­wicz na du­chow­nego się nie nada­wał, choćby dla­tego, że był zbyt nie­cier­pliwy i za bar­dzo świata cie­kawy, więc umy­ślił so­bie, że zo­sta­nie po­li­cjan­tem, nie ma­rząc na­wet, ile sama na­uka z dala od domu da mu no­wych moż­li­wo­ści, i tym śmia­łym pla­nem osta­tecz­nie prze­ko­nał Wa­le­rię, żeby za niego wy­szła.

Na pa­ra­fial­nym od­pu­ście, który od­był się w ostat­nią nie­dzielę sierp­nia 1935 roku w Do­brze­cho­wie, Mi­chał nie od­stę­po­wał Wa­le­rii na krok i opo­wia­dał pod­nie­cony, co za­mie­rza.

- Jak­byś tylko ze­chciała, za­raz bym się za wszystko wziął, czas szybko zleci, jak ty bę­dziesz na mnie cze­kać.

Bab­cia Wronka oglą­dała wy­sta­wione na kra­mach słod­ko­ści i nie od­wra­ca­jąc głowy do Mi­chała, mru­czała pod no­sem od­po­wie­dzi, które le­d­wie mógł do­sły­szeć.

- Już się w ży­ciu dość na­cze­ka­łam...

- Na je­sieni idę do woj­ska - cią­gnął nie­zra­żony. - Przy­dział mam do Strzel­ców Pod­ha­lań­skich w Sa­noku, nie­da­leko prze­cież, za­raz po woj­sku do szkoły po­li­cyj­nej się zgło­szę, za­wód pewny na całe ży­cie i sza­no­wany.

- Na po­li­cjanta chcesz iść?

- Tak! Stryj w woj­sku jest, za jego po­radą idę, jego warto się słu­chać. Stryj twier­dzi, że woj­sko to ko­chanka, co spoj­rze­niem, pier­sią pulchną, ustami wabi i szczę­ście obie­cuje, ale po­tem przy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­nie, tym­cza­sem po­li­cja to jest żona, któ­rej przy­sięga się wier­ność i mi­łość do­zgonną...

Wa­le­ria od­wró­ciła głowę i spoj­rzała mu w oczy.

- Mi­chale, jak so­bie po­li­cję na żonę masz za­miar wziąć, z nią się ko­chać i jej wier­nym być, pro­szę bar­dzo... ale dzieci to ona ci chyba nie uro­dzi... Też mi... po­li­cja żoną... - Od­wró­ciła się i od­rzu­ciła war­kocz na plecy.

Mi­chał się spe­szył.

- Prze­cież ja tylko... Wa­lerka, źle mnie zro­zu­mia­łaś, stryj tak w li­ście na­pi­sał, żeby mnie za­chę­cić, wła­sna żona go opu­ściła, roz­ża­lony jest, nic mu wię­cej nie zo­stało jak służba w po­li­cji, ale ja... ja... chcia­łem po­wie­dzieć, że mam po­ważne wi­doki, przy mnie żadna krzywda cię wię­cej nie spo­tka.

- Za­sta­no­wię się - pa­dła od­po­wiedź.

Ślub Wa­le­rii Se­ra­fin i Mi­chała Grud­nie­wi­cza od­był się w paź­dzier­niku, w li­sto­pa­dzie mąż babci roz­po­czął ko­sza­rowe ży­cie w Sa­noku, dwa lata póź­niej wy­je­chał do Lwowa, na­stęp­nie zo­stał skie­ro­wany do szkoły po­li­cyj­nej w Mo­stach Wiel­kich w po­wie­cie żół­kiew­skim. Była to jedna z naj­no­wo­cze­śniej­szych pla­có­wek nie tylko w Eu­ro­pie, ale i na świe­cie, sa­mo­wy­star­czalne mia­steczko z wła­sną sta­cją pomp, stud­nią ar­te­zyj­ską głę­boką na po­nad pięć­dzie­siąt me­trów, sie­cią wo­do­cią­gową i ka­na­li­za­cyjną z oczysz­czal­nią, a na­wet małą elek­trow­nią. Miej­sce było zie­lone i zdrowe, co Mi­chał za­chwa­lał żo­nie w li­stach.

Świa­tło i po­wie­trze biją świe­żo­ścią po oczach, a umy­wal­nie i to­a­lety są tak kom­for­towe niby w ja­kim ho­telu. Mamy tu całe w gla­zu­rze ła­zienki z na­try­skiem, po­koje świe­tli­cowe, pral­nię me­cha­niczną, ale dla awan­tur­ni­ków aż pięć aresz­tów!

Dla nieco za­co­fa­nych cy­wi­li­za­cyj­nie Kre­sów tak no­wo­cze­sny obiekt w oko­licy sta­no­wił sporą sen­sa­cję, dla pol­skiego rządu po­wód do dumy, ale Wa­le­ria nie umiała się cie­szyć tym, co w przy­szło­ści po­prawi ich los. Długa roz­łąka z mę­żem i stała obec­ność jego wtrą­ca­ją­cych się w jej garnki ro­dzi­ców były ni­czym dwa garby wiel­błą­dzie, któ­rych nie spo­sób roz­dzie­lić ani po­rzu­cić. Nie skar­żyła się Mi­cha­łowi, czy­tała jego li­sty po kilka razy, za­nim na­pi­sała od­po­wiedź, wa­żyła słowa i uczu­cia. Nie chciała go mar­twić, prze­cież on też tę­sk­nił i nie miał przy so­bie ni­kogo życz­li­wego, ona choć miała ma­lutką El­żu­nię, która z każ­dym mie­sią­cem sta­wała się co­raz bar­dziej po­dobna do swo­jego ojca. Naj­pierw uśmiech, po­tem nos, ni­skie czoło i krę­cone, ciemne włosy. Mi­chał pi­sał do żony czę­sto, za­chę­cał mię­dzy wier­szami do za­wie­rze­nia smut­ków Bogu, czy­ta­nia ksią­żek i dba­nia o du­chową oraz cie­le­sną czy­stość. Ob­szer­nie opi­sy­wał naj­cie­kaw­sze wy­da­rze­nia z po­dróży, które od­by­wał ze swoim od­dzia­łem.

Ko­chana Wa­lerko, ani się nie obej­rzysz, jak na urlop przy­jadę, to się tobą i El­żu­nią na­cie­szę. Jak się py­tasz, czy wy­by­wam gdzie, to ci od­po­wia­dam, że by­li­śmy nie­dawno w Brze­ża­nach i jeź­dzi­li­śmy po ca­łym po­wie­cie, bo tam Ru­sini za­bi­jali Po­la­ków i im strasz­nie do­ku­czali, co my tam mu­sie­li­śmy zro­bić, to pi­sać ci nie będę, bo to nasz obo­wią­zek był. Wy­ką­pa­łem się w Zło­tej Li­pie, wtedy mi się za­raz przy­po­mniało, jak­że­śmy nad Wi­sło­kiem we dwoje byli, a po­tem się El­żu­nia uro­dziła... Kilka dni też go­ści­łem w War­sza­wie na oko­licz­ność, że tam przy­je­chał król ru­muń­ski Ka­rol II ze swoim na­stępcą Mi­cha­łem na za­pro­sze­nie pana pre­zy­denta Mo­ścic­kiego. W nie­dzielę od­była się taka de­fi­lada, ja­kiej Pol­ska nie wi­działa, udział miały wszyst­kie woj­ska zmo­to­ry­zo­wane, spe­cjalne bro­nie, po­li­cja konna i pie­sza, sa­mo­loty, kom­pa­nie re­zer­wowe oraz dużo waż­nych go­ści. Nie wiem, czy mi się jesz­cze taka oka­zja trafi, żeby króla, pre­zy­denta i do­stoj­ni­ków tylu zo­ba­czyć na wła­sne oczy. By­li­śmy też grupą w Bel­we­de­rze, tam jest te­raz mu­zeum mar­szałka Pił­sud­skiego, szkoda, że tego wszyst­kiego nie wi­dzisz, Wa­lerko, po­do­ba­łoby ci się jak nie wiem co.

Wa­le­ria, czy­ta­jąc te li­sty, za­sta­na­wiała się, czy aby nie spro­wa­dza na sie­bie gniewu Bo­żego sa­mymi grzesz­nymi my­ślami, skoro jej dwóch mę­żów od­da­lił. Jed­nego do lep­szego świata, dru­giego do świata ob­cego. Na­wet dwie­ście zło­tych, które przy­słał Mi­chał z za­le­ce­niem, żeby so­bie ku­piła nową su­kienkę i ze­ga­rek, a jakby star­czyło, rów­nież coś dla El­żuni, nie osło­dziło go­ry­czy, jaką miała w ustach od jego wy­jazdu. Kiedy zja­wił się na krótki urlop, tak się sobą cie­szyli, że dzie­więć mie­sięcy póź­niej przy­szła na świat druga córka Wa­le­rii, Bo­gu­sława.

Ostatni list ad­re­so­wany z Mo­stów Wiel­kich bab­cia Wronka do­stała kilka ty­go­dni przed wy­bu­chem wojny, ko­lejna wia­do­mość od męża przy­szła z obozu w Ostasz­ko­wie, na­stępną, o tym, jaką śmier­cią zgi­nął, usły­szała już z ust jed­nego ucie­ki­niera, choć nie wy­mie­nił Mi­chała z na­zwi­ska, ale całą grupę męż­czyzn w mun­du­rach, któ­rych bol­sze­wicy za­strze­lili i w jed­nym dole w le­sie za­ko­pali, a winę zwa­lili na Niem­ców.

Na swoim trze­cim ślu­bie z wdow­cem Zdradą bab­cia Wronka pre­zen­to­wała się mło­dziej i pięk­niej niż na pierw­szym, choć miała już wtedy swoje lata. Wi­dać było na fo­to­gra­fii, że wkra­cza w ro­dzinę nie­biedną, która skła­dała się z wdowca oraz jego dwóch có­rek, Józki i Cześki. Dziew­czynki ubrane były w jed­na­kie su­kienki i stały przed parą no­wo­żeń­ców, trzy­ma­jąc się za ręce. Córki panny mło­dej, Elę i Bo­gu­się, fo­to­graf usta­wił na trze­cim pla­nie, a ich smutne twa­rzyczki wy­szły cał­kiem nie­wy­raź­nie. Bab­cia Wronka za­brała się za wy­cho­wy­wa­nie czte­rech dziew­czy­nek z wiel­kim en­tu­zja­zmem i mą­dro­ścią, ale Zdrada nie był jej szcze­gól­nie wdzięczny za to przy­gar­nię­cie do serca sie­rot. Naj­wy­raź­niej uwa­żał, że czas i ener­gia, które po­świę­cała dzie­ciom, na­le­żały się jemu. Nie po to się że­nił, żeby mu­sieć na­dal ro­bić wo­kół sie­bie, od tego są żony. Było to dziwne mał­żeń­stwo, bez ser­decz­no­ści, bez cie­płych słów, ale sta­nęło na moc­nym grun­cie obo­wiązku oraz lo­jal­no­ści i prze­trwało wiele lat.

Bab­cia Wronka za­po­wie­działa swój po­wrót do cha­łupy Zdrady nie­długo po sym­bo­licz­nym po­grze­bie szcząt­ków mamy. Mimo iż po ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu, który roz­bił się z pu­stymi zbior­ni­kami pa­liwa, wiele ciał ofiar udało się zi­den­ty­fi­ko­wać, ciała mo­jej mamy nie. Po­cho­wa­li­śmy nie wia­domo kogo lub co, ale by­ły­śmy wdzięczne panu Lesz­kowi, że za­jął się for­mal­no­ściami i jako przed­sta­wi­ciel ro­dziny za­ła­twił, co było moż­liwe do za­ła­twie­nia przy tym ba­ła­ga­nie, który pa­no­wał wtedy w Lo­cie oraz in­nych in­sty­tu­cjach.

Moje małe ser­duszko biło jakby wol­niej w tych dniach, le­d­wie oswa­ja­łam się z my­ślą, że zo­sta­ły­śmy same, i za­mar­twia­łam, co z nami bę­dzie.

Za­py­ta­łam bab­cię.

Prze­pa­sana za­pa­ską le­piła pie­rogi, swoją spe­cjal­ność, ja po­sy­py­wa­łam je mąką i ukła­da­łam na stol­nicy w rów­nych rzę­dach.

- Jak bab­cia wróci na wieś, my same z Olgą zo­sta­niemy w miesz­ka­niu? Tylko we dwie?

- Ano ja mu­szę do dziadka Zdrady wra­cać, ale sama nie po­ra­dzisz, za mała je­steś. Trzeba ko­goś zna­leźć...

- Olga ma dawno skoń­czone osiem­na­ście lat, mo­głaby się mną za­jąć, nie trzeba da­leko szu­kać - za­pro­po­no­wa­łam, do­sy­pu­jąc odro­binę mąki na stol­nicę. - Ja, bab­ciu, nie je­stem już dzi­dziu­siem, chyba to wi­dzisz...

Sie­dzia­ły­śmy w kuchni, pro­wa­dząc tę ważną roz­mowę o przy­szło­ści. Olga wy­chy­liła głowę zza lu­sterka, przed któ­rym się ma­lo­wała. Pluła na szczo­teczkę, pom­po­wała ją w tubce i roz­cią­gała na rzę­sach tusz, do­da­jąc im dłu­go­ści i wę­glo­wej czerni. Wy­bie­rała się na im­prezę.

- Psss... Chyba so­bie żar­tu­jesz... Nie będę cię niań­czyć całe ży­cie - burk­nęła.

- Nie całe, tylko do osiem­nastki - spro­sto­wa­łam.

- Za­po­mnij! Ja się na niańkę nie na­daję, po pro­stu nie po­sia­dam ta­kich pre­dys­po­zy­cji. Wła­snych ba­chor­ków rów­nież nie za­mie­rzam mieć... Dzieci to za­kała spo­łe­czeń­stwa, jak po­wie­dział po­eta. - Wzięła do ręki igłę i za­częła roz­dzie­lać skle­jone rzęsy.

- Nie je­stem dziec­kiem! Prze­cież mo­żemy miesz­kać same, bez żad­nego niań­cze­nia mnie. Ja będę go­to­wała i sprzą­tała, mo­żesz trzy­mać kasę, nie bę­dziemy się o nic kłó­cić, zejdę ci z drogi.

- Ty, ku­charka... - Olga odło­żyła igłę do pu­dełka po za­pał­kach. - Ma­ka­ron z se­rem to ja w przed­szkolu ostat­nio ja­dłam, thank you very much.

- Ogól­nie tak mó­wię, że damy radę... Bab­ciu? - nie ustę­po­wa­łam.

Bab­cia wy­tarła dło­nie w za­pa­skę i za­pa­liła pal­nik. Po­sta­wiła na nim wielki gar wody.

- Idą wa­ka­cje, we­zmę cię ze sobą na wieś... Po­tem się coś za­de­cy­duje, kto wie, co jesz­cze się wy­da­rzy... - od­parła, wzdy­cha­jąc w stronę krzy­żyka za­wie­szo­nego nad drzwiami.

- Nie chcę je­chać na wieś! Wszę­dzie, tylko nie tam! Bab­ciu!

- Za­wsze mo­żemy cię od­dać do domu dziecka... Tam so­bie spo­koj­nie po­cze­kasz do osiem­nastki. - Olga zwi­nęła swoje ko­sme­tyki i wy­szła z kuchni.

Spoj­rza­łam na bab­cię, ale na jej okrą­głej, pulch­nej twa­rzy nic się nie pi­sało. Ani po­twier­dze­nie, ani za­prze­cze­nie.

- Że­byś choć miała pięt­na­ście lat... - wes­tchnęła.

- A gdyby tak cio­cię Bo­gu­się za­py­tać? Mieszka w Rze­szo­wie, mo­głaby nas do­glą­dać, tak for­mal­nie, na niby. Ona mnie lubi, może by się zgo­dziła? - pod­da­wa­łam pod roz­wagę jedną pro­po­zy­cję za drugą, ani razu nie wy­mie­nia­jąc tej osoby, która na­prawdę po­winna się nami za­jąć po śmierci mamy.

- Cio­cia Bo­gu­sia to już na pewno się tobą nie zaj­mie... - Olga ko­men­to­wała moje pro­po­zy­cje z przed­po­koju, gdzie przed wiel­kim lu­strem przy­mie­rzała kre­ację. - Ona za darmo nic nie zrobi, in­te­re­siara pierw­szej wody. Może i cie­bie lubi, ale na mnie pa­trzeć nie może... Tak że ra­czej wy­klu­czone...

- Co szko­dzi za­py­tać? - prze­ko­ny­wa­łam.

Nie był to wła­ściwy mo­ment, by roz­wi­jać te­mat, ale to, co uru­cho­miło nie­chęć ciotki do Olgi, było twarde jak skała i miało szybko nie skru­szeć. Ze­szłego lata pod­czas we­sela w ro­dzi­nie Ger­la­chów Olga roz­ca­ło­wała pi­ja­nego w sztok męża cioci Bo­gusi, wujka Ro­landa. Naj­pierw z nim tań­czyła, wy­gi­na­jąc się jak wąż, co samo w so­bie było nie­przy­jem­nym wi­do­kiem dla jego żony, na­stęp­nie, po tych go­rą­cych wy­gi­ba­sach na par­kie­cie, za­cią­gnęła wujka za re­mizę, oparła o mur i coś tam z nim ta­kiego wy­ra­biała, że się osu­nął po ścia­nie, nie zwa­ża­jąc na no­wiutki gar­ni­tur. W tej le­żą­cej po­zy­cji na­kryła ich cio­cia Bo­gu­sia. Sły­chać było dwa trza­śnię­cia, ale do­kład­nie nie wia­domo, czy to męża spo­licz­ko­wała dwa razy, czy je­den raz obe­rwała Olga.

- Może po pro­stu na­sza są­siadka, pani Sta­wiar­ska? Sa­motna jest, spo­kojna, wnuki jej pra­wie wcale nie od­wie­dzają... - drą­ży­łam da­lej. - Syn mi­li­cjant, to by po­rę­czył...

- Sta­wiar­ska? Ta stara wa­riatka może tobą się opie­ko­wać w swoim miesz­ka­niu albo na klatce scho­do­wej, za próg jej nie wpusz­czę. Co ty masz, Ha­nia, za po­my­sły? Z byka spa­dłaś?

- No to kto? - za­py­ta­łam płacz­li­wie.

Bab­cia się za­sę­piła, nie miała po­my­słu. Do wie­czora roz­wa­ża­ły­śmy różne opcje opieki nade mną, wszyst­kie kon­se­kwent­nie bom­bar­do­wane przez Olgę.

W de­spe­ra­cji po­pro­si­łam Te­re­skę, żeby po­ga­dała z ro­dzi­cami na te­mat mo­jej roz­pacz­li­wej sy­tu­acji, choć za­miesz­ka­nie u nich wcale mi się nie uśmie­chało. Mu­sia­ła­bym spać z Te­re­ską na jed­nym pół­ko­tap­cza­nie, co­dzien­nie jeść sznycle z ćwi­kłą, mó­wić ci­cho i za­ła­twiać się na to­a­le­cie z wiecz­nie ze­psutą spłuczką. Ba­łam się tam na­wet si­kać, nie mó­wiąc już o grub­szych spra­wach. Pani Da­nu­sia oczy­wi­ście się zgo­dziła, w jej słow­niku nie wy­stę­po­wał wy­raz NIE.

Młod­sza sio­stra mamy, cio­cia Bo­gu­sia, od­wie­dzała nas rzadko, była za­pra­co­wana, miesz­kała na dru­gim końcu mia­sta i uni­kała, ze względu na in­cy­dent z we­sela, spo­tka­nia z Olgą. Niby wszystko zo­stało wy­ja­śnione, wy­tłu­ma­czone al­ko­ho­lem, głu­potą i chwilą, mama do­pro­wa­dziła do po­jed­na­nia obu ko­biet, ale za­dra po­zo­stała, taki gwoź­dzik ze skóry trudno wy­łu­skać.

Wpa­dła do nas na kilka dni przed roz­po­czę­ciem wa­ka­cji, jak zwy­kle ra­do­sna i pach­nąca. Na szczę­ście nie było w miesz­ka­niu Olgi, więc mo­gły­śmy we trzy po­roz­ma­wiać spo­koj­nie. Bab­cia Wronka po­sta­wiła przed swoją córką ta­lerz po­mi­do­rówki z la­nymi klu­skami i za­częła ją za­chę­cać:

- Jedz, Bo­gu­siu, póki go­rąca.

Tłu­ste i go­rące, to bab­cia sza­no­wała naj­wię­cej.

Przy­wi­ta­łam się z cio­cią, usia­dłam przy stole na­prze­ciwko niej i pa­trzy­łam w mil­cze­niu, jak wio­słuje łyżką w głę­bo­kim ta­le­rzu. Była tak po­dobna do mo­jej mamy! Te same dło­nie, ma­leńki pie­przyk pod le­wym okiem odzie­dzi­czony po ojcu, Mi­chale Grud­nie­wi­czu, ciemne, lekko wi­jące się włosy. Jed­nak naj­bar­dziej roz­czu­lił mnie ton jej głosu. Wpa­try­wa­łam się w nią i sły­sza­łam mamę.

- Mia­łam wczo­raj wpaść, ale pa­dłam sko­nana po pracy i prze­spa­łam dwie go­dziny. Nie wiem, może coś mnie bie­rze? Cho­rób­sko ja­kieś? W biu­rze wszy­scy kaszlą na sie­bie i smar­kają po ką­tach, ale na zwol­nie­nie nikt nie chce iść, żeby sze­fowi nie pod­paść. Kie­row­nik szczyci się tym, że przez dwa­dzie­ścia lat nie wziął ani dnia L-cztery. Też mi osią­gnię­cie...

- Ja też nie czuję się naj­le­piej... Coś mnie tu dźga... - Bab­cia do­tknęła miej­sca, gdzie umiej­sco­wiona jest wą­troba. - Nie wiem, czy to aby nie od ne­rek.

- Niech mama do le­ka­rza idzie. Jesz­cze tylko tego bra­ko­wało, żeby się mama roz­cho­ro­wała na coś po­waż­nego i trzeba było ko­lejny po­grzeb urzą­dzać. - Cioci Bo­gusi nie wy­róż­niały takt ani po­wścią­gli­wość, w tym były z Olgą do sie­bie po­dobne, wa­liły bez ogró­dek, aż uszy pie­kły.

- Mnie się zdaje, że od ne­rek... - Bab­cia ma­so­wała wą­trobę przez far­tu­szek. Zi­gno­ro­wała uwagę o po­grze­bie. - Do­brze, żeś przy­szła, trzeba się na­ra­dzić, co z Ha­nią zro­bić.

Cio­cia Bo­gu­sia odło­żyła łyżkę obok ta­le­rza.

- Zro­bić? W ja­kim sen­sie?

- Olga nie chce się mną opie­ko­wać, bab­cia musi na wieś wra­cać do dziadka Zdrady, żniwa idą - ob­ja­śni­łam.

Cio­cia spoj­rzała na swoją mamę, pre­zen­tu­jąc te­atralny wy­trzeszcz oczu, cze­kała na wy­ja­śnie­nia.

- Ano, mu­szę je­chać, ale strach Ha­nię samą zo­sta­wić. Kto jej ugo­tuje? Kto wy­pie­rze?

Bo­gu­sia odło­żyła łyżkę.

- No, ja cię prze­pra­szam, mamo, ale o czym tu de­li­be­ro­wać, na li­tość bo­ską! Prze­cież one mają ojca! Chyba oczy­wi­ste, że po­wi­nien zje­chać. Na po­grzeb żony nie przy­le­cieć to jedno, ale wła­sne dzieci zo­sta­wić na pa­stwę losu to już zu­peł­nie inna bajka. Na szczę­ście są na to pa­ra­grafy! - Głos cioci pod­niósł się o dwa tony.

Prze­stra­szyła mnie myśl, że w to wszystko, co mnie spo­tkało, wpa­kują się sę­dzio­wie i obcy lu­dzie i za­czną de­cy­do­wać oraz wy­da­wać wy­roki. Cio­cia Bo­gu­sia bar­dzo lu­biła po­wo­ły­wać się na pa­ra­grafy, sądy, mi­li­cję. Na­wet je­śli sprawa była błaha, to­czyła się w ro­dzi­nie lub po są­siedzku, cho­dziło o małe kwoty lub ostrzej­sze słowa, cio­cia za­wsze szła z tym do swo­jego ad­wo­kata! Jej mąż, wu­jek Ro­land, "pry­wa­ciarz" z dużą smy­kałką do ro­bie­nia pie­nię­dzy w nie­chęt­nym pry­wat­nej ini­cja­ty­wie PRL-u, wiele roz­mów w in­te­re­sach koń­czył sło­wami: "Do wi­dze­nia, cześć, spo­tkamy się w są­dzie!". Do­brze było mieć w ro­dzi­nie ta­kie mocne cha­rak­tery przy pie­nią­dzach, ale ba­łam się tego czołgu, w któ­rym sie­dzieli, ba­łam się, że nas roz­je­dzie przy oka­zji czy­nie­nia do­bra.

- Mamo... - Głos cioci nie zła­god­niał. - Trzeba Pawła po­sta­wić do pionu, ja to zro­bię, więc ty się nie mie­szaj. Za uszy go wy­wlokę z tej Ame­ryki!

Brzuch mnie za­bo­lał, jakby tam ktoś pię­ścią ude­rzył, ale ona parła da­lej, nie zwa­ża­jąc na moje mru­ga­jące co­raz szyb­ciej po­wieki.

- Nie może być tak, że my się bę­dziemy za­mar­twiać o jego dzieci, tym­cza­sem on bę­dzie miał to w du­pie! Je­śli nie on, to jego ro­dzice. Sto lat ich tu nie było - pod­su­mo­wała.

Ro­dzice taty wy­stę­po­wali w na­szym ży­ciu tylko na fo­to­gra­fii, a ich nie­obec­ność tłu­ma­czono nam tym, że miesz­kają pod nie­miecką gra­nicą, hen, hen za Wro­cła­wiem, skąd nie ma żad­nego po­łą­cze­nia ko­le­jo­wego. Bab­cia Wol­ska miała na imię Zo­fia, dzia­dek Wol­ski Sta­ni­sław. Ni­gdy ich na oczy nie wi­dzia­łam, rów­nie do­brze mo­gli od dawna nie żyć. Bab­cia Wronka twier­dziła, że Wol­scy od­wie­dzili swo­jego syna i jego żonę w Kra­ko­wie, gdy ja się uro­dzi­łam, ale po prze­pro­wadzce ro­dzi­ców do Rze­szowa już się drugi raz nie po­fa­ty­go­wali. Bab­cia obie­cy­wała mi kie­dyś opo­wie­dzieć o tym, co dziad­ków Wol­skich spo­tkało na Wo­ły­niu i dla­czego, od­kąd stam­tąd ucie­kli, nie chcą na­wet się zbli­żyć do wschod­niej gra­nicy Pol­ski, ale cią­gle mnie zby­wała bra­kiem czasu, po­tem lu­kami w pa­mięci, ani mama, ani tata rów­nież o nich nie wspo­mi­nali, ale do­piero po śmierci mamy za­częło mi się to mil­cze­nie na te­mat dziad­ków wy­da­wać dziwne, może na­wet po­dej­rzane.

- Wol­skich w to nie mie­szaj - na­po­mniała córkę bab­cia Wronka. - O nic że­brać nie bę­dziemy... Oni drogi do tego domu nie znają.

- No pew­nie! Tak naj­ła­twiej ho­no­rem się unieść - prych­nęła Bo­gu­sia. - Żeby tak wła­sne dzieci mieć w...

Zer­k­nę­łam na bab­cię i wzię­łam głę­boki wdech.

- Tato wcale nie ma nas w du­pie, tylko nie wie­rzy, że mama zgi­nęła w tej ka­ta­stro­fie, i dla­tego nie przy­le­ciał.

- Słu­cham...? Co ty ple­ciesz... - Zwró­ciła swoją gniewną twarz w moją stronę.

- Lu­dzie mó­wią, że Anna Jan­tar nie zgi­nęła w tym sa­mo­lo­cie, tylko że ją arab­ski szejk po­rwał do ha­remu. Może mamę też wziął ra­zem z nią? Albo... wcale w tym sa­mo­lo­cie jej nie było...

Cio­cia Bo­gu­sia spoj­rzała na mnie jak na dziecko bre­dzące w cho­ro­bie, a bab­cia Wronka po­czuła ulgę, że na głos zo­stało wy­po­wie­dziane to, o czym sama my­ślała po no­cach.

- Czy wy­ście po­wa­rio­wały? Mamo... ty też tak my­ślisz?!

- No... Po praw­dzie Pa­we­łek mó­wił, że Ela ty­dzień wcze­śniej na sa­mo­lot wsia­dła... Ja tam do­kład­nie nie wiem, Olga z nim roz­ma­wia przez te­le­fon, tak po­noć po­wie­dział, że nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem, co się roz­bił...

- Pa­we­łek... - prych­nęła Bo­gu­sia. - Czy on ma pięć lat, żeby go na­zy­wać Pa­weł­kiem? Pierw­sze sły­szę, że Ela nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem, chyba ja bym wie­działa, gdyby zmie­niła plany, tak? Jaki szejk arab­ski?!

O tym szejku arab­skim, który wy­pa­trzył Annę Jan­tar na ulicy w No­wym Jorku i z sza­leń­czej mi­ło­ści po­rwał, po­wie­działa mi jako pierw­sza Te­re­ska, po­tem są­siadka Sta­wiar­ska, która jako matka mi­li­cjanta mo­gła znać wiele taj­nych in­for­ma­cji, więc za­czy­na­łam po­woli roz­wa­żać moż­li­wość, że mama jed­nak żyje.

- Mnie się zdaje... - bab­cia po­ło­żyła dłoń na sercu - mnie się zdaje, że Ela, jakby żyła, to by dała znać. Ale prze­cież w Ame­ryce dzieją się różne rze­czy, po­jąć trudno, co tam się mo­gło stać. Je­śli wy­je­chała na sa­mo­lot ty­dzień wcze­śniej, to gdzie się po­dzie­wała przez ten ty­dzień?

Obie z bab­cią spoj­rza­ły­śmy na Bo­gu­się z wy­cze­ki­wa­niem. Sio­stry się ko­chały, lu­biły i sza­no­wały, je­śli mama skry­wała ja­kąś ta­jem­nicę, fak­tycz­nie mo­gła ją po­wie­rzyć tylko Bo­gusi.

- Lu­dzie wy­my­ślają nie­stwo­rzone hi­sto­rie, głu­pole w nie wie­rzą. Prze­cież pan Le­szek spraw­dził, tak? Była na li­ście pa­sa­że­rów, tak? Po­grzeb się od­był, tak?

Ki­wa­łam głową, zer­ka­jąc na bab­cię, czy rów­nież po­twier­dza, w tej kwe­stii trzy­ma­łam z nią sztamę. Cio­cia Bo­gu­sia była wy­raź­nie znie­sma­czona na­szą wąt­piącą po­stawą i na­wet je­śli idąc tu, miała taką szla­chetną myśl, żeby się mną za­opie­ko­wać, wy­cho­dząc, pewna była, że ta­kiego cię­żaru so­bie na plecy nie weź­mie.

- Wi­dzę, że mu­szę ci, Ha­niu, po­świę­cić wię­cej uwagi, mar­twi mnie, co tam się w two­jej ma­łej główce roi. Pew­nie tę­sk­nisz za mamą?

- Tę­sk­nię, ale mnie się zdaje, że ona się jesz­cze znaj­dzie - od­par­łam.

Cioci Bo­gusi wy­rwało się z ust krót­kie prze­kleń­stwo.

W ży­ciu wszystko zmie­niają pie­nią­dze, nie­moż­liwe staje się moż­liwe, nie­wy­ko­nalne da się zro­bić, naj­głęb­szą nie­chęć można po­ko­nać przy słod­kiej mu­zyce sze­lesz­czą­cych do­la­rów. Gdy tato za­ofe­ro­wał dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów za fa­tygę opieki nad jego cór­kami oraz ko­lejne dwa­dzie­ścia pięć obie­cał ło­żyć na na­sze utrzy­ma­nie, na­tych­miast bomba po­szła w górę.

ROZ­DZIAŁ 3

Zdrada

Koń­cem czerwca bab­cia za­brała mnie na wieś, mimo że pro­te­sto­wa­łam łzami i fo­chami prze­ciwko tej ko­lo­nii kar­nej u dziadka Zdrady. Olga zo­stała sama w miesz­ka­niu, mo­gła spo­koj­nie prze­ży­wać roz­sta­nie ze swoim ka­wa­le­rem, który nie dość, że ją od­sta­wił na bocz­nicę, to jesz­cze na po­że­gna­nie wy­sta­wił słony ra­chu­nek. Do­słow­nie. Na kartce wy­dar­tej z ze­szytu w kratkę spi­sał ze skru­pu­lat­no­ścią księ­go­wego, ile pie­nię­dzy na nią wy­dał, kiedy ze sobą cho­dzili. Były tam her­baty wy­pite w ka­wiarni Ko­smos, pa­luszki słone za­ku­pione w de­li­ka­te­sach, kawy w ho­telu Rze­szów, droż­dżówki z baru As, su­szarka do wło­sów oraz srebrne kol­czyki z bursz­ty­nem, któ­rymi ją ob­da­ro­wał z oka­zji Dnia Ko­biet. W nie­zbyt grzecz­nych sło­wach po­pro­sił o zwrot nie­miec­kiej su­szarki, na­to­miast po­nie­sione przez niego wy­datki moja sio­stra miała ure­gu­lo­wać go­tówką. Zna­la­złam tę li­stę przy oka­zji wer­to­wa­nia jej pa­mięt­nika przed wy­jaz­dem na wieś. Wpi­sów było nie­wiele, kilka zdań w maju, jedno w czerwcu, zmar­twi­łam się, wy­glą­dała na to, że Olga wy­do­ro­ślała i jako przy­szła stu­dentka nie bę­dzie już prze­le­wać na pa­pier swo­ich luź­nych my­śli ani spo­wia­dać się z be­ze­ceństw. Na końcu kartki, w licz­bach pod­su­mo­wu­ją­cych jej ostat­nią mi­łość, Olga czer­wo­nym fla­ma­strem za­mie­ściła ko­men­tarz: Da­wa­nie ci dupy przez trzy mie­siące mi­lion do­la­rów! Ure­gu­luj, ciulu, w go­tówce!.

Po­je­cha­ły­śmy z bab­cią na wieś au­to­bu­sem ob­ju­czone ni­czym wiel­błądy. Mój ple­cak był ciężki, za­bra­łam ze sobą cały do­by­tek, łącz­nie z kil­koma książ­kami, chiń­skim piór­ni­kiem, który słu­żył mi za do­mek dla mi­nia­tu­ro­wych la­lek ule­pio­nych z pla­ste­liny, oraz fro­to­wym ręcz­ni­kiem za­ku­pio­nym przez mamę od ko­le­żanki han­dlu­ją­cej to­wa­rami z Wę­gier. Ta­bletki Avio­ma­rin, bez któ­rych każda po­dróż au­to­bu­sem koń­czyła się w fo­lio­wym wo­reczku, a który za­raz po do­tar­ciu do celu trzeba było wy­rzu­cić, scho­wa­łam w kie­szeni sztruk­sów. Za­sta­na­wia­łam się przez całą drogę, gdzie ukryję ta­bletki przed le­ko­ma­nem dziad­kiem Zdradą. Nie było to pro­ste, dzia­dek pra­wie nie opusz­czał cha­łupy, tylko cze­kał, kiedy wszy­scy wyjdą w pole, i na­tych­miast za­bie­rał się do grze­ba­nia w lo­dówce i w cu­dzych rze­czach.

Trudno po­jąć, dla­czego bab­cia wy­szła za mąż za wdowca Zdradę, który poza epi­zo­dem ame­ry­kań­skim nie miałby wiele do na­pi­sa­nia w swoim ży­cio­ry­sie. Nie była wtedy już młoda, na wsi sa­mot­nej ko­bie­cie żyje się ciężko i na­wet byle jaki oże­nek jest po­żą­dany, na­wet kiedy wy­cho­dzi się za mąż za dziadka, który już w dniu za­ślu­bin po­trze­buje opieki, choć fi­zycz­nie wszystko jest z nim w po­rządku.

Bab­cia Wronka za­częła na­zy­wać swo­jego męża dziad­kiem, od­kąd ten wró­cił z Ame­ryki. Mimo że był tam tylko dwa lata, przy­je­chał z Chi­cago stary i scho­ro­wany, jakby w ko­palni pra­co­wał, a nie na ple­ba­nii pol­skiej pa­ra­fii. Z po­czątku krył się ze swoim uza­leż­nie­niem, które roz­wi­jało się jak wiele cho­rób, ci­cho, ale kon­se­kwent­nie. Po kilku mie­sią­cach od po­wrotu stało się ja­sne, że dzia­dek Zdrada lubi so­bie łyk­nąć ta­bletkę prze­ciw­bó­lową, naj­le­piej kilka dzien­nie. Za­pasy, które przy­wiózł z Ame­ryki, szybko mu się skoń­czyły, więc czy­hał na oka­zję, żeby coś odu­rza­ją­cego zdo­być, obo­jęt­nie ja­kim spo­so­bem.

Naj­czę­ściej sto­so­wa­nym le­kiem prze­ciw­bó­lo­wym w Pol­sce w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych były "ta­bletki z krzy­ży­kiem" pa­ko­wane po sześć w żół­tej fo­lii, ku­po­wane głów­nie na bóle głowy. Za­wie­rały tok­syczną fe­na­ce­tynę i nad­uży­wa­nie ich po­tur­bo­wało wielu nie­świa­do­mych lu­dzi. Zdrada krze­pił się kil­koma ta­blet­kami z krzy­ży­kiem pra­wie co­dzien­nie, jak tylko zgro­ma­dził za­pas. Mó­wił na nie "Ko­gutki", każdy lek uśmie­rza­jący ból tak na­zy­wał, w jego świa­do­mo­ści wciąż rzą­dził naj­po­pu­lar­niej­szy spe­cy­fik prze­ciw­bó­lowy mię­dzy­wo­jen­nej Pol­ski - pro­szek Mi­greno-Ne­rvo­sin zwany po­tocz­nie "Ko­gut­kiem". Pol­ski far­ma­ceuta Adolf Gą­secki stwo­rzył w swoim skła­dzie ap­tecz­nym w Płocku re­cep­turę uni­wer­sal­nego leku na ból, któ­rego głów­nym skład­ni­kiem był kwas sa­li­cy­lowy, i jego me­dy­ka­ment zro­bił praw­dziwą mię­dzy­na­ro­dową ka­rierę. Pro­szek z wi­ze­run­kiem ko­guta na opa­ko­wa­niu był rów­nież sprze­da­wany w wielu kra­jach Eu­ropy, Azji i obu Ame­ryk, a póź­niej­szy hit far­ma­ceu­tyczny, Aspi­rynę firmy Bayer, także pro­du­ko­wano na ba­zie kwasu sa­li­cy­lo­wego. Mąż cioci Bo­gusi miał ra­cję, Po­lak po­trafi, je­śli mu tylko nie prze­szka­dzać.

Wy­sia­dłam z au­to­busu blada ni­czym pa­pier z żo­łąd­kiem huś­ta­ją­cym się, jakby wi­siał na szu­bie­nicy. Bab­cia wy­cią­gnęła wo­re­czek z lan­dryn­kami, który za­wsze miała przy so­bie, wie­rząc w cu­downą moc cu­kru o smaku ma­lin.

- Tylko nie gryź, cyc­kaj po­woli.

Do cha­łupy Zdrady szło się przez pola i łąki drogą udep­taną przez krowy oraz lu­dzi. Koła wo­zów dra­bi­nia­stych wy­ryły dwie fosy w rów­nych od­stę­pach. Sa­mo­chody prze­jeż­dżały tędy bar­dzo rzadko, tylko wtedy, gdy ktoś z mia­sta w od­wie­dziny przy­je­chał lub kiedy trzeba było we­zwać po­go­to­wie. Wszyst­kie mi­jane domy były ład­niej­sze niż ten, gdzie mia­łam spę­dzić dwa mie­siące let­nich wa­ka­cji. Pła­kać mi się chciało na samą myśl, co mnie czeka.

Cha­łupa Zdrady była drew­niana, po­kryta strze­chą, z ma­łym, do po­łowy pod­mu­ro­wa­nym i oszklo­nym gan­kiem. Za­nim we­szło się do kuchni i da­lej do izb, trzeba było przejść przez sień, gdzie po obu stro­nach znaj­do­wały się ciemne wnęki. W wiel­kich drew­nia­nych skrzy­niach go­spo­da­rze trzy­mali mąkę, zboże dla kur, weki z mię­sem i ki­szo­nymi ogór­kami oraz beczki ki­pią­cej ka­pu­sty. Na ścia­nach wi­siały stare płasz­cze, ku­fajki, kra­cia­ste chu­sty pa­mię­ta­jące pierw­szą wojnę świa­tową i po­dziu­ra­wione worki po­łą­czone z su­fi­tem pa­ję­czyną. Wie­czo­rami har­co­wały tam my­szy, spryt­nie omi­ja­jąc wszyst­kie na­sta­wione pu­łapki, po skrzy­niach i ścia­nach bie­gały szczy­pawki, któ­rych ba­łam się wię­cej niż ko­nia. W trzech izbach cha­łupy miesz­kały dwie ro­dziny. Dzia­dek z bab­cią w naj­więk­szej, z pie­cem ka­flo­wym i oknem wy­cho­dzą­cym na stud­nię. Mniej­szą izbę zaj­mo­wała córka Zdrady, Józka, z dwójką dzieci, Kaz­kiem i Lu­cyną. Przed wy­jaz­dem do Ame­ryki miesz­kał tam rów­nież mąż Józki, ale po po­wro­cie za­jął trze­cią izbę, która przed­tem nie miała sta­łych lo­ka­to­rów, peł­niła funk­cję go­ścin­nego, gdzie można było wejść tylko w nie­dzielę, zo­sta­wia­jąc buty za pro­giem.

Co­dzienne ży­cie to­czyło się w środ­ko­wej izbie. Ume­blo­wa­nie nie zmie­niło się od stu lat. Dę­bowy stół, ta­bo­rety, ława pod oknem, oszklony kre­dens z mi­lio­nem drzwi­czek i szu­fla­dek na śle­pej ścia­nie, w ką­cie kuch­nia ka­flowa z dużą bla­chą, na któ­rej mie­ściły się na­raz dwa wiel­kie gary z ziem­nia­kami go­to­wa­nymi dla świń. W osob­nym ko­mi­nie pieca można było upiec chleb. Na kuchni grzało się też wodę do my­cia. Mied­nica była jedna dla wszyst­kich, po dzie­ciach myli się do­ro­śli. Brak ła­zienki, to­a­lety oraz bie­żą­cej wody ni­komu nie prze­szka­dzał i do­piero pod nie­obec­ność go­spo­da­rza w cha­łu­pie po­ja­wił się ku­rek w ścia­nie, ale za po­trzebą cho­dziło się na­dal do cuch­ną­cego wy­chodka, aż do dnia wy­bu­rze­nia cha­łupy. O bo­gac­twie Zdrady świad­czyła liczba in­wen­ta­rza i hek­ta­rów, był w tym wzglę­dzie przo­dow­ni­kiem, jed­nak miesz­kał skrom­nie, żeby się za­zdro­snym lu­dziom nie na­ra­żać. Nie za­uwa­żył, że wo­kół niego za­zdro­śnicy dawno już po­bu­do­wali mu­ro­wane domy z bal­ko­nami i ła­zien­kami, nie zwa­ża­jąc na są­siedzką za­wiść.

- Bab­ciu... dla­czego się oże­ni­łaś z dziad­kiem Zdradą? - za­py­ta­łam, kiedy sta­nę­ły­śmy na szczy­cie nie­wiel­kiego wznie­sie­nia, skąd było już wi­dać za­grodę.

- Żal mi go było - od­parła bez na­my­słu. - Córki miał małe, jak mu ban­de­rowcy żonę za­strze­lili, wró­cił do wsi z tym dro­biem, Józka ani osiem lat nie miała, Cze­sia jesz­cze młod­sza.

- Skąd wró­cił?

- Z Ba­li­grodu.

- A gdzie to jest? - do­py­ty­wa­łam.

- Za Kro­snem. - Bab­cia wzięła kilka głęb­szych od­de­chów i ru­szy­ły­śmy drogą w dół.

- Po co on tam po­je­chał?

- Za żoną, ona z la­sów była.

Wie­dzia­łam, że bab­cia wy­cho­wała córki dziadka Zdrady jak swoje, ale nie wie­dzia­łam, dla­czego ta naj­gor­sza, Józka, aku­rat zo­stała na wsi i nie po­je­chała za sio­strą do Ame­ryki. Bab­cia długo za­sta­na­wiała się nad od­po­wie­dzią.

- Józka nie po­je­chała do Ame­ryki, żeby przy­pil­no­wać go­spo­darki, by się two­jej ma­mie czy Bo­gusi nic nie do­stało w spadku po oj­czy­mie. Ona już taka jest... Szkoda jej każ­dego zia­renka, skibki ziemi, jajka... Wszystko by chciała dla sie­bie, taką ma na­turę, nic nie po­ra­dzisz.

Oj­co­wi­znę, któ­rej ob­se­syj­nie pil­no­wała Józka, sta­no­wiły cztery hek­tary pól upraw­nych. Ro­sły tam na zmianę psze­nica, żyto i owies, w stajni kwi­czała świnka, ry­czały dwie krowy i dwie ja­łówki, na po­dwórku bie­gały kury, kaczki i in­dyki. Bab­cia, wy­cho­dząc za Zdradę w czter­dzie­stym siód­mym roku, w po­sagu nie wnio­sła nic poza pie­rzyną, dwiema py­ska­tymi cór­kami i swoją urodą, która wciąż wy­róż­niała ją na tle in­nych wie­śnia­czek, mimo że wy­pa­dła jej więk­szość zę­bów. Wa­le­ria rzadko za­kła­dała sztuczną szczękę, od dzie­sią­tek lat jej dzią­sła były gołe, więc bez­zęb­ność była dla niej naj­bar­dziej na­tu­ral­nym sta­nem. Ró­żo­wiutka pod­kowa za­koń­czona bia­łymi por­ce­la­no­wymi ząb­kami ca­łymi dniami mo­czyła się w szklance wody sto­ją­cej na na­ka­stliku przy bab­ci­nym łóżku lub w kuchni na lo­dówce. Ko­cha­łam bab­cię Wronkę, ko­bietę, która ni­gdy o ni­kim nie po­wie­działa złego słowa ani umyśl­nie nie zgrze­szyła wo­bec bliź­niego swego, i wszystko, co ją do­ty­czyło, uwa­ża­łam za święte i do­bre.

Mimo że mój krok zwol­nił, cha­łupa za­częła się szybko przy­bli­żać, co­raz wy­raź­niej wi­dzia­łam jej brzy­dotę, czu­łam smród zjeł­cza­łego ma­sła i odór gno­jówki. Pod stud­nią sie­dział Ka­zek, obok niego Lu­cyna, dzieci Józki Pa­jąk.

- Gdzie to wa­sza matka? - Bab­cia za­trzy­mała się obok studni, ale nie po­sta­wiła torby na tra­wie, śpie­szyła się do go­spo­dar­stwa, do pracy.

- Ma­mu­sia gnój wy­wala, dzia­dek w ko­mo­rze... po­rządki robi, my­szy worki z psze­nicą prze­gry­zły - od­parł Ka­zek.

- A wy? Co tak spo­czy­wa­cie jak przy nie­dzieli? - Babci wy­da­wało się dziwne, że sie­dzą pod stud­nią w środku dnia, za­miast pra­co­wać w polu czy przy opo­rzą­dza­niu ga­dów.

Wszyst­kie zwie­rzęta do­mowe na­zy­wano tu "ga­dami".

- Ano cze­kamy - ode­zwała się Lu­cyna. Nie do­dała, na co ani na kogo.

Pa­trząc na po­dra­pane ko­lana Lu­cyny, ob­gry­zione pa­znok­cie i po­tar­gane włosy, w któ­rych za­plą­tały się źdźbła słomy, po­czu­łam w ustach gorzki smak, jakby wspo­mnie­nie ze­szłego lata prze­do­stało się do mo­jej głowy w śli­nie.

Go­spo­dar­stwo Józki Pa­jąk było przy­mu­so­wym obo­zem pracy dla eme­ry­tów i dzieci, nie sto­so­wało się tu żad­nej ta­ryfy ulgo­wej ze względu na wiek czy sta­tus go­ścia. Po­my­śla­łam o ko­le­żan­kach z klasy, które po raz pierw­szy w ży­ciu po­je­chały nad Bał­tyk na let­nią ko­lo­nię, o Te­re­sce, którą ciotka za­pro­siła do Wro­cła­wia na cały li­piec, o Ol­dze sza­le­ją­cej na ba­se­nie WO­SIR-u w ską­pym bi­kini i za­chciało mi się gło­śno za­wyć z żalu i pre­ten­sji do losu. Spoj­rza­łam na Kazka, na jego wiel­kie, od­sta­jące uszy i gar­baty nos. Mu­sia­łam mieć w oczach coś nie­po­ko­ją­cego, po­nie­waż na­gle ze­rwał się na równe nogi, chark­nął i wy­pluł za­cią­gniętą z krtani flegmę pro­sto pod moje nogi. Tak ro­bił dzia­dek Zdrada kilka razy dzien­nie, kiedy mu się coś luź­nego ze­brało się w gar­dle.

- Luśka! Leć po ma­mu­się, ino mi­giem.

Za­nim Lu­cyna wstała, jej brat po­wie­dział nam, na kogo cze­kają, żeby jego matka nie mu­siała się znów po­ni­żać i tłu­ma­czyć, co się wy­da­rzyło kilka dni wcze­śniej.

- Ta­tuś po­szedł w nie­dzielę i nie wró­cił jesz­cze.

Do­piero te­raz bab­cia po­sta­wiła torbę na ziemi, przez chwilę usi­ło­wała oce­nić sy­tu­ację. Ja rów­nież zdję­łam ple­cak z ra­mion i opar­łam maj­dan o stud­nię.

- Gdzie po­szedł? - za­py­tała.

Ka­zek po­cią­gnął no­sem, ale tym ra­zem nic nie wy­pluł.

- Czort go wie, ani się ma­musi nie opo­wie­dział.

Na po­dwórku po­ja­wiła się Józka.

Była to wielka ko­bieta osa­dzona na spuch­nię­tych no­gach. Dwie ko­lumny do­ryc­kie nio­sły ją przez ży­cie po­nad czter­dzie­ści lat, a że było co dźwi­gać, po­wy­gi­nały się w ko­la­nach. Miała na gło­wie chustkę, spod któ­rej wy­cho­dziły skrę­cone loki, i po­pla­mioną świń­skim je­dze­niem su­kienkę w żółte kwiaty, uszytą z ma­te­riału, który bar­dziej nada­wałby się na ob­rus.

- Po­chwa­lony... Je­ste­ście już? - przy­wi­tała się z ma­co­chą, do któ­rej zwra­cała się w licz­bie mno­giej. Na mnie spoj­rzała nie­chęt­nie. - To­ście mieli przy­je­chać ju­tro...

- Ano je­ste­śmy dzi­siaj, Ha­nię przy­wio­złam.

- Wi­dzę...

- Dzień do­bry, cio­ciu... - burk­nę­łam, choć ostatni wy­raz źle mi siadł na ję­zyku i za­brzmiał jak "sio­siu".

Józka po­pra­wiła chustkę opa­da­jącą na czoło, przez chwilę na­my­ślała się, co jest w tej chwili waż­niej­sze: skła­da­nie kon­do­len­cji czy od­po­wiedź na py­ta­nie, gdzie po­dział się jej mąż. Przy­glą­dała mi się cie­kaw­sko, z pew­no­ścią nie znała oso­bi­ście ni­kogo, kto stra­ciłby matkę w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej.

- A coś ty taka blada?

- Na wy­mioty jej się zbiera po au­to­bu­sie - wy­tłu­ma­czyła mnie bab­cia. - Zbyszka nie ma? - Osten­ta­cyj­nie ro­zej­rzała się po obej­ściu.

Józka zmarsz­czyła czoło, jej lewa ręka bez­wied­nie zro­biła wy­mach, prawa scho­wała się za plecy. Ka­zek, wpa­trzony w matkę, prze­stał od­dy­chać, cze­ka­li­śmy, wga­pia­jąc się w Józkę z taką in­ten­syw­no­ścią, jakby była ob­ja­wie­niem Matki Bo­skiej na drze­wie.

- Nie będę za nim po wsi ga­niać - po­wie­działa, ob­ra­ca­jąc się na pię­cie. - Pod kuch­nią trza roz­pa­lić, gady głodne. Za­chodź­cie do cha­łupy.

Nie śpie­szy­łam się z wej­ściem do środka, usia­dłam obok Lu­cyny. Pa­trzy­ły­śmy, jak jej matka się od­dala, ale nie w kie­runku domu, tylko w prze­ciwną stronę. Przez pole ob­sa­dzone krza­kami czar­nej po­rzeczki pro­wa­dziła ścieżka do domu Ku­siów i tam po chwili znik­nęła. Ka­zek przy­piął wia­derko do łań­cu­cha i krę­cąc korbką, za­czął spusz­czać je w głąb studni.

- Luśka, przy­nieś gor­nu­szek - roz­ka­zał, pa­trząc w dół.

Lu­cyna ze­rwała się bez słowa. Bała się swo­jego brata, po­słu­szeń­stwo wy­mu­sił na niej po­sztur­chi­wa­niem, klap­sami i krzy­kiem, a głos miał szpi­cza­sty jak ko­gut. Przy­nio­sła me­ta­lowy gar­nu­szek z cha­łupy. Ka­zek wlał do niego lo­do­wa­tej wody pro­sto ze studni i kiedy wy­cią­gnę­łam rękę prze­ko­nana, że to dla mnie, on za­nu­rzył w nim swój wielki nos. Pił po­woli, woda ście­kała mu po bro­dzie, a kiedy skoń­czył, wy­tarł ją wierz­chem dłoni.

- Chcesz się na­pić?

Wzię­łam gar­nu­szek, wy­tar­łam bluzką miej­sce, gdzie Ka­zek wcze­śniej przy­warł ustami, i na­bra­łam wody z wia­dra.

- Co się stało z wa­szym sta­rym? - za­py­ta­łam mię­dzy ły­kami.

- Gówno ci do tego - wark­nął.

- Do­bra... nic nie mó­wię... Nie szpu­laj się tak.

- Po­szedł i tyle. Jesz­cze wróci i bę­dzie pro­sił - od­parł, wy­plu­wa­jąc ostat­nie zda­nie.

Pi­łam zimną wodę o smaku że­la­znej klamki od ko­ściel­nej za­kry­stii, którą kie­dyś po­li­za­łam w na­dziei, że ma cu­downą moc. Usia­dłam na tra­wie obok studni, roz­pro­sto­wa­łam ko­lana.

- Długo u nas bę­dziesz? - za­py­tała Lu­cyna.

- Oby jak naj­kró­cej, do końca lipca na bank, nie­stety...

- To do­brze! - ucie­szyła się. - Tak było faj­nie w tam­tym roku...

Bar­dzo róż­ni­ły­śmy się z Lu­cyną, co dla niej było fajne, dla mnie okropne.

Na ta­kie dzieci jak Lu­cyna mó­wiło się ka­leka. Wieś, znacz­nie okrut­niej­sza w osą­dach i roz­li­cze­niach niż mia­sto, pod wzglę­dem wy­szy­dza­nia "od­mień­ców" szła z mia­stem łeb w łeb. Nie było li­to­ści dla tych, któ­rzy choćby mań­kuc­twem, nie mó­wiąc już o wi­docz­niej­szych nie­do­cią­gnię­ciach bo­skiego pędzla, róż­nili się od masy.

Lu­cyna była gar­bata. Jej za­okrą­glona lewa ło­patka wy­sta­wała dużo po­nad prawą, ale ro­dzice za­miast ją le­czyć, na­zwali bie­da­czy­skiem i te­mat uznali za za­mknięty. Ka­zek z lu­bo­ścią nad­uży­wał w obec­no­ści sio­stry po­wie­dze­nia "pa­suje jak gar­baty do ściany" lub "nie wiń gar­ba­tego, że ma pro­ste dzieci". Raz czy dwa moja mama zwró­ciła mu uwagę, żeby Lu­cynce nie ro­bił nie­po­trzeb­nych przy­kro­ści, ale on na­po­mnie­nia mo­jej mamy miał gdzieś. W wieku lat szes­na­stu szy­ko­wał się pil­nie do roli ty­rana i żo­no­bijcy.

Lu­cyna szcze­rze ucie­szyła się z mo­jego przy­jazdu.

Ze­szłego lata za­drę­czyła mnie py­ta­niami o ży­cie w wiel­kim mie­ście, wy­py­tu­jąc o szcze­góły na te­mat trasy prze­jazdu au­to­busu "Koło", cen bi­le­tów do kina czy stroje kel­ne­rów w re­stau­ra­cji ho­telu Rze­szów, jed­nak naj­bar­dziej in­te­re­so­wały ją dżemy. Ko­lek­cjo­no­wała ety­kietki i było to jej praw­dziwe hobby, które w pew­nym sen­sie mi na­wet im­po­no­wało. Za naj­więk­szą sztukę ucho­dziło od­kle­je­nie ety­kietki od sło­ika tak de­li­kat­nie, żeby jej nie uszko­dzić, i Lu­cyna miała na to ta­jemny spo­sób. Kilka naj­cen­niej­szych eg­zem­pla­rzy eks­por­to­wych ze swo­jej im­po­nu­ją­cej ko­lek­cji prze­cho­wy­wała w No­wym Te­sta­men­cie, mię­dzy in­nymi ety­kietkę "Straw­berry jam, pro­duct of Po­land, expor­ted by Agros War­szawa". Lu­cyna chciała zgłę­bić te­mat, ko­rzy­sta­jąc z mo­jej miej­skiej mą­dro­ści, i przy­go­to­wała so­bie sporo py­tań z na­dzieją, że jej roz­ja­śnię w gło­wie. Jak pro­du­kuje się dżemy? Czy pa­nie łyżką wkła­dają papkę do sło­ika, czy au­to­mat na­lewa? Kto je po­tem za­kręca? Dla­czego na ety­kietce pi­szą, że jest kon­ser­wo­wany, skoro sprze­dają go w sło­ikach, a nie w kon­ser­wie? Gdzie leży Piń­czów, gdzie Cie­cha­nów? Czy tylko tam pro­du­ko­wane są dżemy, czy jesz­cze gdzieś in­dziej? Swo­bod­nie fan­ta­zjo­wa­łam przy udzie­la­niu od­po­wie­dzi, ale Lu­cyna wy­da­wała się usa­tys­fak­cjo­no­wana, wręcz za­chwy­cona. Przy­wio­złam jej na pre­zent uni­ka­tową ety­kietkę zdartą ze sło­ika po dże­mie po­ma­rań­czo­wym ni­sko­sło­dzo­nym wy­pro­du­ko­wa­nym w Mi­le­jo­wie, pra­wie nie­usz­ko­dzoną.

Ka­zek nie pa­trzył w na­szą stronę, maj­stro­wał przy łań­cu­chu, za­glą­dał raz po raz do studni i uda­wał, że nie in­te­re­suje go na­sza roz­mowa o dże­mach, ale strzygł uszami jak pies, któ­remu po­wie się ma­giczne słowo "spa­ce­rek". Po­now­nie spu­ścił wia­dro, ener­gicz­nie za­krę­cił korbką, po chwili na wierzch wy­je­chała świeża woda. Nie po­czę­sto­wał nas, pił na siłę, na ko­niec wy­lał pół gar­nuszka pod po­krzywy oka­la­jące stud­nię i znów po­słał wia­dro po wodę.

Kiedy roz­mowa ze­szła na plany po­wa­ka­cyjne, za­stygł przy swo­ich czyn­no­ściach i na­słu­chi­wał tymi ogrom­nymi, czer­wo­nymi jak po od­mro­że­niu uszami.

- Wa­ka­cje szybko zlecą, co po­tem pla­nu­jesz? - za­py­tała Lu­cyna. Roz­ma­wia­jąc ze mną, pil­no­wała, żeby wy­ra­żać się po miej­sku.

- Skoń­czę pod­sta­wówkę, pójdę do li­ceum, po­tem na stu­dia, może zo­stanę le­karką, może spi­kerką te­le­wi­zyjną, na pewno nie na­uczy­cielką, to naj­głup­szy za­wód na świe­cie... Tępe dzieci uczyć li­te­rek i cy­fe­rek...

Lu­cyna ro­ze­śmiała się, chciała na­pro­wa­dzić roz­mowę na nie­obec­ność ro­dzi­ców w moim ży­ciu, którą ła­two jej było po­łą­czyć z ta­jem­ni­czym znik­nię­ciem jej ojca, ale nie umiała za­cząć.

- My też nie wiemy, co z nami bę­dzie, po tym, jak ta­tuś... - Urwała zda­nie, zer­ka­jąc na brata.

- Luśka! Stul pysk! - ryk­nął Ka­zek i zro­bił krok w na­szą stronę. Za­ha­czył o wia­derko bu­tem i po­tknął się, ale nie wy­wró­cił.

- Mało bra­ko­wało, a byś wy­ciął orła pod stud­nią. I weź się tak nie drzyj na sio­strę, bę­benki mi po­pę­kają - zru­ga­łam go.

Ka­zek Pa­jąk nade mną nie miał mocy.

- To niech się za­mknie... Ilem razy jej już go­doł, żeby nie kła­pała o ta­tu­siu, a ta da­lej kła­pie, choć gówno wie...

- Swoje wiem. - Głos Lu­cyny był słaby.

Ka­zek nie do­sły­szał jej ko­men­ta­rza, więc po­woli się uspo­ka­jał i kiedy już mia­łam za­py­tać o ja­kieś faj­niej­sze sprawy, na­stą­pił wy­buch. Sta­nął w roz­kroku nad nami, za­ci­snął pię­ści i za­czął mó­wić z taką ma­nierą, jakby był na de­skach te­atru i re­cy­to­wał naj­waż­niej­szy mo­no­log w sztuce.

- Nie chciało mu się ro­bić w polu ani przy ga­dach cho­dzić, tylko by le­żał i cy­gary ćmił! Jak go nie było tyle czasy, ma­mu­sia sama ha­ro­wała przy żni­wach, młócce, przy ziem­nia­kach, po­tem jesz­cze szła ko­nia od­ro­bić do Ku­siów. Przy­je­chał z tej Ame­ryki i roz­siadł się jak pa­ni­sko! W ni­czym ma­musi nie po­mógł, tylko le­żał... jakby mu się po tej Ame­ryce tylko wy­po­czy­wać chciało... To po co ta­kiego dar­mo­zjada trzy­mać?! No po co, jak się py­tam?!

Lu­cyna za­częła po­chli­py­wać, ale jej bratu jesz­cze nie wy­czer­pała się ba­te­ria i cią­gnął swoją pre­ten­sję do ojca, pierw­szy raz wy­po­wie­dzianą na głos.

- Do­brego słowa ma­musi nie po­wie­dział, od­kąd wró­cił! Przy wszyst­kim cho­dziła, kiedy go nie było, nie wy­da­wała na głu­poty, tylko grosz do gro­sza od­kła­dany był. Bu­dowy pil­no­wała, z ludźmi się han­dry­czyła tyle lat, ale jemu się tu nic nie po­doba... Nic! Na­wet nowa sto­doła! Że ciemna... A co? Mamy kro­wom ża­rówki za­wie­sić nad żło­bem?!

Zbi­gniewa Pa­jąka zna­łam tylko z mo­ni­dła. Od­kąd za­czę­łam być wy­sy­łana na wieś, on prze­by­wał w Ame­ryce. Jego dzieci i żona ni­gdy go nie wspo­mi­nały w kon­tek­ście ży­wego czło­wieka, je­śli wy­stę­po­wał w opo­wie­ści, za­wsze jako nadawca do­la­rów przez We­stern Union. Na­wet nie wie­dzia­łam o jego po­wro­cie do Pol­ski, nie za­no­siło się, że się w końcu po­znamy oso­bi­ście.

Ka­zek roz­krę­cił swój żal pod niebo, pluł brzyd­kimi sło­wami na "k" i na "ch", jakby przy­ka­za­nie "czcij ojca swego i matkę swoją" w ogóle go nie do­ty­czyło.

- Długo go nie ma? Może jesz­cze wróci... - pró­bo­wa­łam za­ła­go­dzić sy­tu­ację.

- Ta­tuś chory też był... - ode­zwała się Lu­cyna płacz­li­wym gło­sem.

- Ty go nie broń! - prze­rwał jej. - Nie trop się! Wróci, tylko że ja go wtedy nie wpusz­czę do cha­łupy! Za to, co ma­musi zro­bił, po­wiem "won!".

- Ka­zek... Jezu, nie na­krę­caj się tak, bo ci żyła pęk­nie - ode­zwa­łam się kpiąco.

- Ty też się za­mknij! - Kop­nął wia­derko sto­jące na tra­wie. Gdyby nie było przy­wią­zane łań­cu­chem do studni, po­le­cia­łoby do nieba, ta­kiego miał kopa w zło­ści.

Tego dnia te­mat nie­obec­no­ści męża Józki już się nie po­ja­wił. Po­dej­rza­nie szybko za­padł zmierzch i za­nim się obej­rza­łam, bab­cia Wronka ka­zała klę­kać do pa­cie­rza.

Dzia­dek Zdrada spał na jed­nym drew­nia­nym łóżku, do któ­rego wcho­dziło się jak do trumny, bab­cia Wronka na dru­gim, iden­tycz­nym. Kie­dyś łóżka babci i Zdrady stały obok sie­bie i sta­no­wiły ca­łość, ale to było w cza­sach, kiedy jesz­cze roz­ma­wiali ze sobą jak lu­dzie, któ­rzy oprócz dys­po­zy­cji i uty­ski­wań wy­mie­niają się my­ślami nie­zwią­za­nymi z po­godą, cho­ro­bami ga­dów ani za­razą nisz­czącą psze­nicę.

Po­mię­dzy nimi, pod oknem, na nie­wy­god­nej wer­salce z wi­do­kiem na stud­nię spa­łam ja.

- Wsta­wej, ino mi­giem, krowy ry­czą! - Ka­zek stał nade mną i po­cią­gał za koł­drę.

Unio­słam głowę, w któ­rej po­woli do­ga­sał piękny sen o ma­mie. Przy­je­chała tu po mnie, uśmiech­nięta i ele­gancka, czu­łam za­pach jej pe­wek­sow­skich per­fum firmy Coty, kiedy przy­tu­liła mnie na po­wi­ta­nie. Już mia­ły­śmy iść pod górkę w stronę przy­stanku, gdy w mój sen wtar­gnął Ka­zek. Nie­przy­tomna ro­zej­rza­łam się po izbie. Łóżko babci było pu­ste, dzia­dek Zdrada smacz­nie spał i po­chra­py­wał.

- Która go­dzina?

- Byle która, wsta­waj! Idziemy, ma­musi trza po­móc.

- Za­czyna się... - mruk­nę­łam, od­rzu­ca­jąc pie­rzynę.

W kuchni bab­cia Wronka zdą­żyła już roz­pa­lić w piecu i za­go­to­wać wodę na kawę zbo­żową, którą piło się do śnia­da­nia. Lu­cyna nie mu­siała pra­co­wać w stajni ani w polu ze względu na swoje ka­lec­two, ale nie ozna­czało to, że mo­gła się wy­le­gi­wać do siód­mej. Sma­ro­wała kromki chleba ma­słem i po­sy­py­wała cu­krem.

- Ha­nia... nie za­po­mnia­łaś, jak się krowy doi? - za­py­tała, po­da­jąc mi pajdę. Uśmie­chała się naj­sze­rzej z nas wszyst­kich, miała równe, lekko dra­śnięte próch­nicą żółte zęby.

- Da se radę - od­po­wie­dział za mnie Ka­zek. Pa­trzył znie­cier­pli­wiony, jak wolno prze­żu­wam kęsy i jesz­cze wol­niej po­pi­jam.

Lu­cyna też się nie śpie­szyła, a on wy­cho­dził ze skóry, żeby nas po­gnać do ro­boty, ja­kiej­kol­wiek, aby­śmy tylko nie sie­działy.

Dla Kazka praca na go­spo­dar­stwie była je­dy­nym sen­sem ży­cia, war­to­ścią naj­więk­szą i ce­lem sa­mym w so­bie. Każdą ko­lejną dwóję w ze­szy­cie od­ra­biał na roli, ha­ru­jąc jak pa­ro­bek, jak nie­wol­nik, bez chwili wy­tchnie­nia. Na­wet gdyby umiał od­po­czy­wać, nie bar­dzo by wie­dział, co ze sobą po­cząć w wol­nym cza­sie. Nie miał za­in­te­re­so­wań, ma­rzeń nie­zwią­za­nych z go­spo­darką, nie był cie­kawy ani świata, ani lu­dzi. To, co le­żało ukryte za ho­ry­zon­tem, nie ob­cho­dziło go wcale, jego kró­le­stwo koń­czyło się za po­lem psze­nicy pod la­sem.

- Idę do stajni... - za­ko­mu­ni­ko­wał. - Luśka, ku­rom daj, ty do krów!

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, ale nie był to bunt, tylko nie­chętna zgoda. Nie li­czy­łam, że od ro­boty wy­mówi mnie bab­cia Wronka, jej po­zy­cja w domu Zdrady była nie­pewna i wła­ści­wie od­gry­wała tu rolę słu­żą­cej bez prawa pod­no­sze­nia głowy wy­żej niż blat w kuchni. W ro­dzinę Zdra­dów we­szła przed trzy­dzie­stu laty, jed­nak kiedy wy­bu­chała ko­lejna awan­tura, na­wet taki smar­kacz jak Ka­zek wy­po­mi­nał jej, że z jedną pie­rzyną ją wzięli od Grud­nie­wi­czów. Moja po­zy­cja była jesz­cze słab­sza. Oj­ciec w Ame­ryce, mama w nie­bie, sio­stra w Ka­mionce na bi­waku, nie miał się kto za mną wsta­wić, więc po­słusz­nie po­czła­pa­łam w stronę stajni ścieżką wy­zna­czoną przez kle­pi­sko. Ka­zek szedł przede mną, zde­cy­do­wany i prężny ni­czym przo­dow­nik pracy na de­fi­la­dzie pierw­szo­ma­jo­wej. Kiedy skrę­cił w dół obok stajni, bez­myśl­nie po­szłam za nim i do­piero wtedy zo­ba­czy­łam pół­to­ra­pię­trową bu­dowlę z pu­sta­ków po­krytą dwu­spa­do­wym, czer­wo­nym da­chem.

- A co to? Go­spoda? - Wy­trzesz­czy­łam oczy.

- Jaka tam go­spoda... - burk­nął nie­za­do­wo­lony z efektu, jaki na mnie wy­warła nie­spo­dzianka. - To jest nowa staj­nia i sto­doła! Ze wszyst­kim!

Tym wszyst­kim były prąd oraz woda w kra­nie umiej­sco­wio­nym obok wej­ścia. Ka­zek po­gła­skał że­la­zny ku­rek, kiedy wcho­dzi­li­śmy do środka, z czu­ło­ścią, ja­kiej nie oka­zy­wał zwie­rzę­tom, nie mó­wiąc już o lu­dziach.

Po pra­wej stro­nie stajni przy wspól­nym żło­bie stały krowy, da­lej od­gro­dzone drew­nia­nym płot­kiem świ­nie, po le­wej były klatki z kró­li­kami i nu­triami, które jako in­no­wa­cję do go­spo­darki wpro­wa­dził wła­śnie Ka­zek. Prze­szli­śmy do dru­giej czę­ści, znacz­nie ob­szer­niej­szej, gdzie na środku stała siecz­kar­nia, nad nią pię­trzyła się słoma i siano, które na dół spa­dało sze­roką rynną.

Ka­zek do­szedł na sam ko­niec stajni i otwo­rzył wiel­kie wrota. Lip­cowe, wę­dru­jące w górę słońce wpa­dło do środka mi­lio­nem ja­snych li­nii, oświe­tla­jąc uno­szące się w po­wie­trzu pa­pro­chy, które w pół­mroku były nie­wi­doczne. Kich­nę­łam.

- W na­stępne żniwa bę­dziemy mieć kom­bajn - po­wie­dział uro­czy­stym to­nem. - Na wy­kopki wła­sny trak­tor ku­piony za do­lary. Za rok o tej po­rze lu­dziom będę pola ob­ra­biał i niech mi płacą za ro­botę, nic za darmo! Na to wszystko trza za­ro­bić. - Wska­zał brodą siecz­kar­nię. Prze­su­nął bu­tem ple­cioną opałkę bli­żej rynny.

- Git! - po­chwa­li­łam. - Pew­nie nowy dom bę­dzie­cie wkrótce bu­do­wać.

Spoj­rzał na mnie zdzi­wiony.

- Dom? Po co? Cia­snoty nie ma, jak dzia­dek umrze, przy­bę­dzie jesz­cze jedna wolna izba.

- Mu­ro­wana sto­doła, a dom drew­niany? - draż­ni­łam się z nim i spra­wiało mi to wielką przy­jem­ność. - Chcesz, żeby kro­wom było le­piej niż wam? W ca­łej oko­licy wasz dom naj­bied­niej­szy, chyli się ku ziemi, jakby miał za chwilę się prze­wró­cić. U Ku­siów to do­piero jest cha­wira! Bal­kony, ko­lo­rowe szkiełka nad oknami, ba­lu­strady, ła­zienka z wanną... Nie ma­rzy ci się tak miesz­kać?

Ka­zek spo­chmur­niał, ze­psu­łam mu tymi py­ta­niami całą sa­tys­fak­cję z pre­zen­ta­cji no­wej sto­doły.

- Naj­pierw mu­szę szklar­nię po­sta­wić, Kuś też od tego za­czy­nał - od­parł.

Kiedy wró­ci­li­śmy do stajni, pod­sta­wił zy­de­lek pod krowi brzuch i po­dał mi wia­derko. Bez słowa usiadł pod drugą krową, po chwili usły­sza­łam, jak mocny ciu­rek kro­wiego mleka bije w dno wia­dra. Po­gła­ska­łam krowę po wiel­kim brzu­chu. Skrę­ciła łeb, jakby chciała spoj­rzeć, kto ją do­tknął. Wsty­dzi­łam się przy Kazku mó­wić do krowy, więc zni­ży­łam głos do szeptu.

- Do­bra kra­sula... do­bra... Nie na­dep­nie mi na palce...

Do­je­nie szło mi znacz­nie wol­niej niż Kaz­kowi, ale po kilku ru­chach moje palce wpa­dły w po­prawny rytm i za­czy­na­jąc od góry, ścią­gały jed­nym ru­chem mleko, wy­ci­ska­jąc je przy tym. Dno wia­derka zro­biło się białe, kra­sula stała spo­koj­nie, za­pa­trzona w ścianę przed sobą.

Moje łzy lały się tak samo moc­nym stru­mie­niem jak mleko. Opar­łam głowę o brzuch krowy i pła­ka­łam, nie prze­ry­wa­jąc ści­ska­nia i cią­gnię­cia doj­ków.

Mamo... mamo... Ten smu­tek, który ze mnie wtedy wy­pły­wał, był więk­szy niż ża­łoba i tę­sk­nota za naj­droż­szą mi osobą, któ­rej nie wie­dzia­łam od wielu mie­sięcy. Był to krwa­wiący żal i strach, że już ni­gdy nie bę­dzie do­brze, bez­piecz­nie, we­soło, po­nie­waż to wszystko ode­szło ra­zem z mamą. Na za­wsze. Jej nie­obec­ność pły­nęła przeze mnie jak wzbu­rzona po desz­czu rzeka, szła za mną jak cień i nie było dnia, że­bym choć raz nie po­my­ślała o niej. Bro­ni­łam się przed wspo­mnie­niami, za słaba by­łam, żeby zmie­rzyć się z bó­lem, ża­łość wciąż wy­ska­ki­wała z ukry­cia ni­czym ja­kiś przy­cza­jony zwierz i szar­pała mnie na ka­wałki. Ucie­ka­łam wtedy do ła­zienki, żeby nie bu­czeć przy babci lub, co gor­sza, przy Ol­dze. Le­d­wie mru­ga­łam po­wie­kami, a łzy za­czy­nały pły­nąć, ka­pać na dło­nie, pro­sto do umy­walki, cza­sami znaj­dy­wały so­bie ścieżkę po po­licz­kach i bro­dzie, ście­kały po szyi, oboj­czy­kiem pro­sto pod bluzkę. Za­zdro­ści­łam wszyst­kim ko­le­żan­kom z klasy ich ży­wych ma­tek. Na­wet tych, któ­rych nie zno­si­łam i które omi­ja­łam z da­leka. Każda matka ko­le­żanki, ani tak ładna i ele­gancka jak moja, była skar­bem, za jedno przy­tu­le­nie za­pi­sa­ła­bym wtedy dia­błu du­szę, gdyby za­żą­dał.

Wy­tar­łam czoło o brzuch kra­suli. Był cie­pły i szorstki.

ROZ­DZIAŁ 4

Wio­cha

W stre­fie cza­so­wej babci Wronki nie było wol­nych go­dzin. Wsta­wała skoro świt i brała się do pracy, choć jako je­dyna w ro­dzi­nie nie mu­siała wy­cho­dzić w pole. Go­to­wała, prała i na­po­mi­nała nas, dzieci, że­by­śmy ani na mo­ment nie za­po­mnieli o Bogu. Po­ranną mo­dli­twę każdy od­pra­wiał sam, wie­czo­rem klę­ka­li­śmy wspól­nie przed ob­ra­zem Matki Bo­skiej i pod dyk­tando babci na­stę­po­wała bez­myślna re­cy­ta­cja Oj­cze nasz, Pod twoją obronę oraz Aniele Boży, stróżu mój. Naj­póź­niej o dwu­dzie­stej pierw­szej w obu izbach ga­szono świa­tło i je­żeli ktoś wy­cho­dził, to tylko za po­trzebą. Je­dy­nie dzia­dek Zdrada ko­rzy­stał z przy­wi­leju za­ła­twia­nia się do wia­dra przy­kry­tego drew­nianą po­krywką. Cze­kało na niego w ką­cie, obok pieca. Bab­cia wy­no­siła je każ­dego ranka na pole i wy­le­wała za­war­tość na gnój, wzbo­ga­ca­jąc stertę zwie­rzę­cych eks­kre­men­tów prze­mie­sza­nych ze słomą. Zdrada nie był szcze­gól­nie nie­do­łężny ani bar­dzo stary, mógł jak wszy­scy ko­rzy­stać z wy­chodka na po­dwó­rzu, ale pew­nie mu się nie chciało wy­cho­dzić w nocy na chłód.

Nie tylko ja igno­ro­wa­łam obec­ność dziadka w cha­łu­pie, nikt z nim nie roz­ma­wiał, nie zwra­cał na niego uwagi, on sam, co trzeba uczci­wie przy­znać, rów­nież nie szu­kał kon­taktu z po­zo­sta­łymi człon­kami ro­dziny. Jakby mu się wszy­scy opa­trzyli i znu­dzili za jed­nym za­ma­chem. Py­ta­łam babci, czy jej mąż za­wsze był taki ci­chy i nie­za­in­te­re­so­wany ota­cza­ją­cym go świa­tem. Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć jego mło­dych lat lub choćby tych sprzed wy­jazdu do Ame­ryki. Mał­żon­ko­wie le­d­wie się znali przed ślu­bem, po ślu­bie za­bra­kło czasu na ta­kie fa­na­be­rie jak wza­jemne od­kry­wa­nie cha­rak­te­rów. Bab­cia Wronka twier­dziła, że naj­waż­niej­sze w mał­żeń­skie jest to, żeby jak naj­szyb­ciej zo­rien­to­wać się, czego mał­żo­nek nie lubi, a co lubi. Jak się to wie, można w zgo­dzie prze­żyć sto lat.

- Bab­ciu, dla­czego dzia­dek jest taki po­nury? Ni­gdy nie wi­dzia­łam, żeby się choć pół­gęb­kiem uśmiech­nął, na­wet nie wiem, czy ma zęby...

- Szybko owdo­wiał, to i do śmie­chu mu nie było - od­parła.

- Ale dla­czego on nic nie mówi?

- A co ma mó­wić? Jeść co ma, w pole nie cho­dzi, nikt mu na de­spet nie robi... - Bab­cia wy­mie­niała ra­do­ści ży­cia dziadka, sa­piąc przy każ­dym kroku. - Ja tam wolę, kiedy lu­dzie mniej pa­plą. Mo­dlić się trzeba, wtedy słowa są po­trzebne.

Szły­śmy na nie­dzielną mszę, bab­cia obok mnie, Lu­cyna z Kaz­kiem przo­dem, Józka czła­pała kilka me­trów za nami. Była to je­dyna oka­zja, żeby po­roz­ma­wiać na osob­no­ści. W cha­łu­pie za­wsze ktoś się krę­cił, dzia­dek pod­słu­chi­wał, bab­cia była w cią­głym ru­chu, nie sia­dała, nie od­po­czy­wała, jedna czyn­ność ku­chenna prze­cho­dziła w drugą, mno­żyły się za­da­nia, jakby je ktoś droż­dżami pod­lał. Od­kąd przy­je­cha­ły­śmy na wieś, bab­cia tro­chę o mnie za­po­mniała, po­mię­dzy za­gnia­ta­niem cia­sta a roz­wie­sza­niem pra­nia rzu­cała cie­płe słowo Lu­cy­nie, zda­rzyło się, że po­gła­skała jej szorst­kie, ob­cięte od garnka włosy, wi­dzia­łam, jak ona do babci lgnie, łasi się, i by­łam za­zdro­sna. Józka miała w so­bie tyle czu­ło­ści ma­cie­rzyń­skiej, co kot na­pła­kał, oj­ciec się ulot­nił, więc Lu­cyna że­brała o cie­pło i uwagę babci ni­czym szcze­niak. Wszyst­kim nam w domu Zdrady po­trzeba było odro­binę mi­ło­ści, ale nikt z do­mow­ni­ków nie miał we krwi po­trzeb­nych skład­ni­ków, żeby wy­pro­du­ko­wać mie­szankę ser­decz­no­ści, chłód woj­sko­wych ko­szar obo­wią­zy­wał w dni po­wsze­dnie oraz od święta.

Józka wlo­kła się na końcu na­szej pro­ce­sji ze spusz­czoną głową, wstyd po­rzu­co­nej żony kro­czył wraz z nią. W ko­ściele lu­dzie wciąż się na nią ga­pili i szep­tali o tym, że coś się mu­siało stać z jej mę­żem, skoro na­wet na mszy się nie po­ja­wia, choć wia­domo, że z Ame­ryki już wró­cił. W pierw­szą nie­dzielę po jego ucieczce Józka do ko­ścioła nie po­szła. Za je­dyną opusz­czoną nie­dzielną mszą w ca­łym ży­ciu bę­dzie mu­siała prze­pra­szać Pana Boga wię­cej niż raz. Bar­dzo ją to drę­czyło i w ko­lejną nie­dzielę po znik­nię­ciu męża ubrała się w naj­lep­szą su­kienkę, umyła włosy i po­szła na po­żar­cie ko­ściel­nym wil­kom. Szli­śmy kupą, czuła się z nami pew­niej.

- Bab­ciu... gdzie się po­dział mąż ciotki Józki? - za­py­ta­łam niby od nie­chce­nia. Całą roz­mowę z bab­cią za­czę­łam tylko po to, żeby za­dać to py­ta­nie.

Bab­cia Wronka przy­sta­nęła na mo­ment. Józka zrów­nała się z nami i bez słowa po­szła da­lej. Jej wyj­ściowa su­kienka nie była zwiewna, wy­glą­dała w niej jak w zbroi. Ma­te­riał był sztywny, nie ukła­dał się na jej mię­si­stych udach. Kiedy się od­da­liła na bez­pieczną od­le­głość, bab­cia su­rowo za­ka­zała mi na te­mat Zbyszka Pa­jąka roz­ma­wiać z kim­kol­wiek.

- Plotki hu­lają po wsi jak wście­kłe psy, nic do­brego nie przy­niosą. Zby­szek ma swój ro­zum, to po­rządny chłop, choć nie­tu­tej­szy, opa­mięta się i wróci.

- Skąd wróci?

- Gdzieś prze­cież jest, to wróci... - od­parła bez prze­ko­na­nia.

Do ko­ścioła szli­śmy po­lami, łą­kami, opłot­kami przez cztery ki­lo­me­try, ale kiedy by­łam dziec­kiem, wy­da­wało mi się, że droga li­czy ki­lo­me­trów czter­dzie­ści. Bo­lały mnie łydki, pa­ski od san­da­łów ob­cie­rały pięty, wzno­szące się słońce wy­su­szało gar­dło, wę­drówka na mszę była ko­lejną ka­torgą tego lata. W ko­ściele dla dzieci ni­gdy nie star­czało miej­sca w ław­kach, więc mu­sie­li­śmy stać przez pół­to­rej go­dziny na bacz­ność, pod­czas kiedy po­zo­stali wierni sie­dzieli - ko­biety po pra­wej stro­nie, a męż­czyźni po le­wej - śpie­wali i mo­dlili się o zdro­wie i po­godę. Ja, za­miast się mo­dlić, ma­rzy­łam o lo­dach, lan­dryn­kach i ró­żo­wej oran­ża­dzie, którą sprze­da­wano w re­stau­ra­cji Ka­skada w mia­steczku. Lu­cyna opie­rała się o fi­lar, jej głowa opa­dała co­raz ni­żej, wi­dzia­łam, jak dziel­nie wal­czy, żeby się nie osu­nąć na po­sadzkę. Sama mia­łam ochotę so­bie usiąść na stop­niu kon­fe­sjo­nału, ale ba­łam się gniewu se­tek par oczu, które raz po raz od­ry­wały się od oł­ta­rza, żeby lu­stro­wać za­cho­wa­nie dzieci.

Wró­ci­li­śmy z ko­ścioła w po­łu­dnie, przy nie­dzieli Józka nie go­niła nas do żad­nej ro­boty. Przed wy­mar­szem na mszę sama wy­do­iła krowy, na­kar­miła wszyst­kie gady łącz­nie z fu­ter­ko­wymi i jesz­cze zdą­żyła mo­krym ręcz­ni­kiem prze­trzeć palce u stóp, żeby czy­ściej wy­glą­dały w ame­ry­kań­skich błysz­czą­cych san­da­łach.

Za­raz po przyj­ściu do cha­łupy prze­bra­ły­śmy się z ko­ściel­nych ubrań i Ka­zek za­rzą­dził wolne. Lu­cyna roz­ło­żyła stary koc pod drze­wem cze­re­śni, przy­nio­sła z domu grze­bień, ma­lut­kie lu­sterko i paczkę cia­stek. Na­gle zro­biło się bar­dzo wa­ka­cyj­nie.

- Ucze­szesz mnie? - po­pro­siła.

Cze­sa­nie wło­sów Lu­cyny nie na­le­żało do przy­jem­no­ści, ale wie­dzia­łam, jak bar­dzo lubi, kiedy gła­dzę jej szcze­cinę grze­bie­niem, mimo iż po­pi­ski­wała "ała, ała" za każ­dym ra­zem, gdy po­cią­gnę­łam zbyt mocno. Włosy Lu­cyny w ko­lo­rze błota się­gały ra­mion i były bar­dzo sztywne.

- Pa­mię­tasz, jak cię ma­mu­sia wy­gnała tam­tego roku? - Lu­cyna głowę trzy­mała pro­sto, wzrok skie­ro­wała przed sie­bie. - Przez ten list... Okrop­nie mi wtedy cie­bie było żal, na­prawdę... okrop­nie...

- Coś ty! Ja się cie­szy­łam, że wy­jeż­dżamy!

Lu­cyna nie znała tre­ści li­stu do mamy, w któ­rym w każ­dym zda­niu na­rze­ka­łam na ciotkę Józkę i jej głu­pie dzieci, śmier­dzącą cha­łupę i ciężką ro­botę, do któ­rej mnie za­przę­gli jak ko­nia. Pi­sa­łam, że stopy mam po­ra­nione jak Pan Je­zus po dro­dze krzy­żo­wej, bolą mnie ręce i nogi, że spać nie mogę, ża­li­łam się, że od­bija mi się kwa­śnym mle­kiem, które wle­wają we mnie co­dzien­nie, i że już dwa razy, DWA RAZY, użą­dliła mnie osa i mia­łam spuch­nięte ra­mię jak atleta. Druga osa ćwio­kła mnie w po­li­czek tuż pod okiem, w wy­niku czego stra­ci­łam wzrok na wiele go­dzin. Opi­sy­wa­łam w li­ście przy­mu­sowe pa­sie­nie krów, co rów­nież na­le­żało do mo­ich obo­wiąz­ków, i choć aku­rat krowy lu­bię, ba­łam się, że nie utrzy­mam łań­cu­cha, wy­lą­duję z kra­sulą w ro­wie, gdzie nikt mnie nie znaj­dzie, bo rów jest głę­boki i mo­kry na spo­dzie. Na­rze­ka­łam też na pier­dzą­cego i char­ka­ją­cego dziadka Zdradę. Bła­ga­łam mamę w li­ście peł­nym wy­krzyk­ni­ków i pod­kre­śleń, żeby po mnie przy­je­chała jak naj­szyb­ciej, w prze­ciw­nym ra­zie ucieknę stąd i wrócę do mia­sta au­to­sto­pem.

Naj­bliż­sza skrzynka pocz­towa znaj­do­wała się w mia­steczku od­da­lo­nym o dzie­sięć ki­lo­me­trów od cha­łupy, tak że mu­sia­łam za­czaić się na oka­zję, żeby ko­goś ja­dą­cego do mia­sta po­pro­sić o wrzu­ce­nie li­stu. Pech chciał, że aku­rat Józka je­chała do we­te­ry­na­rza w spra­wie "roz­pło­do­wej" swo­jej krowy, więc bez­myśl­nie po­wie­rzy­łam jej swój dra­ma­tyczny w tre­ści list do mamy. Do mo­jego słow­nika na stałe we­szło okre­śle­nie "ciotkę Józkę coś tchnęło". Za­nim list wrzu­ciła do skrzynki, po­sta­no­wiła za­po­znać się z jego tre­ścią, a po­tem tłu­ma­czyła swoje ka­ry­godne za­cho­wa­nie wła­śnie tym, że ją coś tchnęło, żeby ko­pertę ro­ze­rwać. Po­ka­zała nie­szczę­sny list babci Wronce i ka­zała nam się pa­ko­wać. Józka nie miała w zwy­czaju dużo mó­wić, wtedy też ogra­ni­czyła się do jed­nego słowa: "Wy­no­cha!".

Na­stęp­nego dnia bab­cia Wronka za­brała mnie z domu Zdra­dów, ale nie od­wio­zła do mia­sta, tylko prze­ka­zała swo­jej sio­strze Anieli miesz­ka­ją­cej w są­sied­niej wsi i tam spę­dzi­łam na le­niu­cho­wa­niu dwa ty­go­dnie. U Anieli było spo­koj­nie i we­soło. Miesz­kała z mę­żem i sy­nami w mu­ro­wa­nym domu, który wpraw­dzie nie miał bal­konu, je­dy­nie be­to­nowy ję­zyk wy­sta­jący z po­koju na pierw­szym pię­trze. W za­mie­rze­niu bu­dow­ni­czego miał to być bal­kon, nie­stety na jego wy­koń­cze­nie za­bra­kło pie­nię­dzy, tak jak na inne zbytki w ro­dzaju ła­zienki czy osob­nej to­a­lety. Mimo to, w po­rów­na­niu z cha­łupą dziadka Zdrady, dom Anieli wy­da­wał się luk­su­sowy, a warsz­tat kra­wiecki, który w kuchni pro­wa­dził jej mąż, był in­te­re­su­ją­cym miej­scem spo­tkań to­wa­rzy­skich. Przy­cho­dzili tam różni lu­dzie, wiele się działo każ­dego dnia. Mo­głam so­bie spo­koj­nie sie­dzieć i pod­słu­chi­wać roz­mowy do­ro­słych, co sta­no­wiło nie tylko roz­rywkę, ale i ma­te­riał do póź­niej­szych roz­wa­żań.

Skoń­czy­łam za­pla­ta­nie fran­cu­skiego war­ko­cza i po­da­łam Lu­cy­nie lu­sterko.

- O ma­teńko, jak ślicz­nie! Ha­nia, masz ta­lent... Mo­gła­byś na fry­zjerkę się uczyć! Ja, na ten przy­kład, nie po­sia­dam żad­nych ta­len­tów. Ta­tuś mó­wił, że mo­gła­bym na sprze­daw­czy­nię iść, ale czy ja się na­daję? Poza tym te­raz to nie wiem, ta­tu­sia nie ma...

- Ta­tuś ci nie­po­trzebny, zrób, co ze­chcesz, ze swoją przy­szło­ścią - po­wie­dzia­łam.

Zbli­żyła lu­sterko do twa­rzy, przy­glą­dała się so­bie w sku­pie­niu.

- To­bie ła­two mó­wić, masz wszystko, w mie­ście miesz­kasz...

- Ja mam wszystko?! - Buch­nę­łam ner­wo­wym śmie­chem. - Chyba kpisz...

Lu­cyna się za­czer­wie­niła.

- No prawda... to, co z twoją mamą... Mnie się zdaje... tak tylko... - Na­brała po­wie­trza w płuca. - Mó­wi­łaś tam­tego lata, że gra­suje w Rze­szo­wie czarna Wołga i po­ry­wają lu­dzi w biały dzień z chod­nika, i do Niemca wy­wożą, żeby z nich or­gany wy­ciąć na han­del. Pa­mię­tasz?

Ski­nę­łam głową. Lu­cyna za­cu­kała się, otwie­rała usta, za­my­kała je, aż w końcu wy­pa­liła:

- Tak so­bie po­my­śla­łam, że może to oni?

- Co oni?

- Po­rwali mo­jego ta­tu­sia.

- Na po­waż­nie to mó­wisz?! Czarna Wołga mia­łaby two­jego ta­tu­sia zgar­nąć? Tu? Na wsi? Ale jaja... Cze­goś ta­kiego jesz­cze nie grali...

Opo­wie­ści o czar­nych Woł­gach kie­ro­wa­nych przez Ży­dów, któ­rzy z ulic pol­skich miast po­ry­wali dzieci, by je po­tem w le­sie za­bić i z ich krwi zro­bić macę, znali wszy­scy, a w praw­dzi­wość tej le­gendy wie­rzyła spora część, łącz­nie ze mną i Te­re­ską, ale w kon­tek­ście pana Pa­jąka wy­dała się po pro­stu śmieszna.

- Pan Kuś wi­dział czarne auto tu, nie­da­leko - mó­wiła ze śmier­telną po­wagą i prze­ję­ciem Lu­cyna. - Aku­rat wtedy to było, jak ta­tuś za­gi­nął, i świad­ko­wie są, że auto stało pół dnia przed wej­ściem do Ge­esu i nikt z niego nie wy­siadł.

- Ale bajki opo­wia­dasz, Lu­cyna... Masz fan­ta­zję!

Za­gry­zła wargę, wzdy­chała i pry­chała, po­tem na­gle zła­pała mnie za rękę i mocno ści­snęła.

- Nie ma się co śmiać. Sama wiesz, Ha­niu, ja­kie straszne rze­czy dzieją się na świe­cie. Annę Jan­tar po­rwali pro­sto z ulicy dla ja­kie­goś arab­skiego ma­ha­ra­dży na żonę i dzięki temu prze­żyła, bo prze­cież ten sa­mo­lot, któ­rym miała le­cieć, no wiesz, na strzępy się roz­padł. To samo z twoją ma­mu­sią.

Wy­swo­bo­dzi­łam dłoń.

- Co to zna­czy "z moją ma­mu­sią"?

- Ano... że nie było jej na sa­mo­lo­cie, jak się roz­bił.

- Skąd wiesz o tym?! Kto ci po­wie­dział?! - Na­sko­czy­łam na nią tak gwał­tow­nie, że aż się skur­czyła.

Przy­ci­snęła lu­sterko do brzu­cha i spu­ściła głowę.

- No mów! - po­na­gli­łam ją.

- Kaze... - szep­nęła, zja­da­jąc ostat­nią li­terę w imie­niu.

- A on skąd niby wie, że mama nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem?!

- Cio­cia Cze­sia pi­sała z Ame­ryki.

- Co pi­sała?!

Lu­cyna spoj­rzała w stronę sto­doły, gdzie przed chwilą po­ka­zał się Ka­zek. Na­le­wał do wia­der ucią­gnię­tej ze studni wody i usta­wiał je pod ścianą, żeby się ogrzała. Szkoda mu było wody z kurka dla krów.

- Sły­sza­łam na wła­sne uszy, jak ma­mu­sia Kaz­kowi mó­wiła przed twoim przy­jaz­dem, że pani Ela wcale nie wsia­dła na ten sa­mo­lot, co się roz­bił, bo bi­let miała na ty­dzień wcze­śniej czy ja­koś tak. I jesz­cze, że...

- Że?

Lu­cyna spo­glą­dała w niebo, roz­glą­dała się wo­kół, uni­kała mo­jego wzroku.

- Twoi ro­dzice, Ha­niu, o coś się po­kłó­cili i twoja ma­mu­sia się wy­nio­sła, po­szła miesz­kać do ko­le­żanki.

W li­stach mamy nie było żad­nych ostrze­żeń, opi­sów kłótni z tatą, nie­wy­raź­nie sfor­mu­ło­wa­nych zdań czy nie­do­po­wie­dzeń z trzema krop­kami, nie do­tarły do nas żadne złe wie­ści, tym­cza­sem w cha­łu­pie dziadka Zdrady roz­pra­wiało się na moje ro­dzinne te­maty nad ta­le­rzem kar­to­flanki! Wy­ła­do­wa­łam swoją złość na Lu­cy­nie, wy­krzy­cza­łam jej w twarz swój ból i tę­sk­notę za mamą, dar­łam się na tyle gło­śno, że Ka­zek na mo­ment od­sta­wił wia­derka i pa­trzył w na­szą stronę za­cie­ka­wiony. W końcu Lu­cyna się roz­pła­kała i ucie­kła do stajni. Nie by­łam szcze­gól­nie z sie­bie dumna, ale nie umia­łam prze­pro­sić. Na szczę­ście szybko jej prze­szło, sama do mnie przy­szła, żeby po­cie­szyć, bo prze­cież to naj­pew­niej tylko plotki i wszystko się kie­dyś wy­ja­śni.

Żniwa za­częły się w po­ło­wie lipca, a wraz z nimi jesz­cze cięż­sza ro­bota. Rano krowy, za­raz po­tem wy­prawa w pole, wie­czo­rem my­cie swę­dzą­cego, spo­co­nego ciała w mied­nicy i pa­cierz. Lu­cyna pró­bo­wała mi ulżyć w nie­doli, kiedy tylko mo­gła, po­ma­gała w drob­nych czyn­no­ściach, peł­niąc funk­cję dziew­czynki na po­syłki, co bar­dzo iry­to­wało jej brata. Za­bra­łam mu słu­żącą, przy mnie spo­le­gliwa Lu­cyna sta­wała się harda i zda­rzyło się raz czy dwa, kiedy na krzyki Kazka na­ka­zu­jące na­tych­miast coś zro­bić lub przy­nieść, od­po­wia­dała: "Za­raz...". Obe­rwała za karę po gło­wie, Ka­zek wal­nął ją pię­ścią w garb, po­pchnął tak mocno, że wy­wró­ciła się na zie­mię, mimo to na­dal ze mną trzy­mała. Ubz­du­rała so­bie, że ją we­zmę do mia­sta, kiedy skoń­czy pod­sta­wówkę, i ra­zem bę­dziemy cho­dzić do li­ceum. Pa­trząc na nią, za­sta­na­wia­łam się, czy po­sia­da­nie garba boli. Czy ona może spać na wznak? Czy taka się uro­dziła, czy coś jej się stało póź­niej? Może by się dało roz­ciąć plecy i po pro­stu wy­ciąć to, co wy­staje? Mo­głam so­bie bez trudu wy­obra­zić szy­der­stwa ko­le­ża­nek i ko­le­gów na szkol­nych ko­ry­ta­rzach, nie da­liby jej i jej gar­bowi żyć.

- Co to za przy­sta­nek?! - Ka­zek wy­sko­czył zza mo­ich ple­ców. - Kto wam po­zwo­lił spo­czy­wać?! Luśka! Jo żem ci już roz po­wie­dzioł, głu­chaś jest?

Nie chciało mi się z nim kłó­cić, po­cią­gnę­łam Lu­cynę ze sobą i ru­szy­ły­śmy wolno, schy­la­jąc się co kilka kro­ków. Opo­wia­da­łam o swo­jej szkole, wy­cieczce au­to­ka­ro­wej do Kra­kowa, per­fu­mach Ma­sumi z Pe­weksu i de­se­rach z Hor­teksu.

- Am­bro­zja, Melba, ko­lo­rowe ga­la­retki z kre­mem, bita śmie­tana z ro­dzyn­kami po­sy­pana wiór­kami cze­ko­lady, ja to uwiel­biam... ale drogo tam jest.

- A gdyby tak na te lody jesz­cze dżemu do­dać... - roz­ma­rzyła się. - Zja­dła­bym dwie por­cje, albo trzy...

Prze­mie­rza­ły­śmy w mil­cze­niu pole po sko­szo­nej psze­nicy, wy­pa­tru­jąc końca dnia ro­bo­czego. Wy­po­ży­czony od Ku­siów kom­bajn już zje­chał na bok po skoń­czo­nej ro­bo­cie, Ka­zek roz­li­czał się do­la­rami za usługę, jego matka ob­ser­wo­wała z ner­wem w oku zmie­nia­jące ręce jed­no­do­la­rówki. Gdy tak na nich pa­trzy­łam, przy­szło mi do głowy, że do­lary, które mama wio­zła z Ame­ryki, prze­pa­dły na za­wsze. Je­śli się nie spa­liły na miej­scu ka­ta­strofy, za­pewne ukra­dli je prze­szu­ki­wa­cze miejsc wy­pad­ków. Świeżo mia­łam w pa­mięci przy­pa­dek cioci Bo­gusi z ze­szłego lata, kiedy ich Po­lo­nez zde­rzył się z cię­ża­rówką w dro­dze na wczasy w Ko­ło­brzegu. W wy­niku kraksy z ba­gaż­nika auta wy­pa­dły wa­lizki, które wieźli ze sobą nad mo­rze, wy­sy­pały się ubra­nia, kon­serwy, ma­te­rac, za­wi­nięte w ręcz­niki bu­telki wina. Było tego sporo, asor­ty­ment zróż­ni­co­wany. Ude­rze­nie nie tylko wy­rzu­ciło wa­lizki na drogę, ale też nie­źle po­kie­re­szo­wało pa­sa­że­rów. Cio­cia Bo­gu­sia cała we krwi, jej mąż nie­przy­tomny, kie­rowca cię­ża­rówki w szoku, a z za­trzy­mu­ją­cych się na miej­scu wy­padku sa­mo­cho­dów wy­ska­ki­wali lu­dzie i sza­bro­wali pro­sto z as­faltu, po czym na­tych­miast od­jeż­dżali. Do­piero ja­kiś po­czciwy ksiądz te­le­piący się na re­ko­lek­cje sta­rym Ma­lu­chem za­trzy­mał się na dłu­żej, żeby udzie­lić po­mocy. Na szczę­ście nie było to ostat­nie na­masz­cze­nie.

Je­żeli mama fak­tycz­nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem i miała przy so­bie do­lary, szanse na ich od­zy­ska­nie dawno już spa­dły do zera. Pa­trząc na trans­ak­cję Kazka z kom­baj­ni­stą, uświa­do­mi­łam so­bie ogrom wła­snej straty.

Wró­ci­ły­śmy do cha­łupy zmę­czone i głodne. Bab­cia Wronka przy­rzą­dzała za­le­wajkę dla Zdrady i krup­nik dla po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków koł­chozu. Na dru­gie da­nie prze­wi­dziane były na­le­śniki z se­rem po­lane kwa­śną śmie­taną. W tym go­spo­dar­stwie pew­nych pro­duk­tów było pod do­stat­kiem, co wpraw­dzie nie ozna­czało zu­chwa­łej kon­sump­cji poza wy­dzie­la­nymi por­cjami, jed­nak bab­cia dbała, że­by­śmy mieli pełne, za­do­wo­lone żo­łądki.

- Bab­ciu, ja krup­niku nie chcę, mogę na­le­śniki?

- Ja też! - Lu­cyna pod­łą­czyła się pod moją śmia­łość.

Bab­cia wes­tchnęła, go­to­wa­nie zup było co­dzien­nym ry­tu­ałem, świę­to­ścią, Ka­zek po­wta­rzał, że obiad bez zupy jest do dupy, tylko ja jedna nie lu­bi­łam pierw­szego da­nia pro­sto z gara.

Nie zdą­ży­łam na­wet roz­kroić pierw­szego na­le­śnika, kiedy w progu sta­nęła moja sio­stra Olga. By­łam tak za­sko­czona jej po­ja­wie­niem się, że od­jęło mi mowę i długo nie mo­głam do­mknąć buzi. Olga wy­glą­dała na za­gra­niczną tu­rystkę, która po­my­liła drogę i za­miast na lot­ni­sko tra­fiła do wiej­skiej chaty. Na czubku głowy za­cze­piła wiel­kie prze­ciw­sło­neczne oku­lary, jej ty­łek opi­nały ja­sne, ob­ci­słe dżinsy Levi's, mie­niący się po­ma­rań­czem i sre­brem pod­ko­szu­lek le­d­wie się­gał pępka, a na nad­garstku dzwo­niło mi­lion bran­so­le­tek. Ścią­gnęła z ra­mie­nia skó­rzaną my­śliw­ską torbę i za­wie­siła ją na haku wbi­tym w oścież­nicę drzwi, który słu­żył do wszyst­kiego. Zdrada wie­szał na nim ka­pe­lusz, bab­cia czo­snek, Ka­zek pa­sek od spodni, któ­rym od czasu do czasu lał Lu­cynę.

- Cześć pracy! Trzy dni wo­łami je­dzie się na to wa­sze za­du­pie! - Olga pro­mie­niała na twa­rzy, uśmie­chem roz­świe­tliła całą kuch­nię.

Ze­rwa­łam się z krze­sła i pod­bie­głam do sio­stry. Przy­je­chała po mnie! Za­bie­rze mnie do domu! Mama się od­na­la­zła?! Rzu­ci­łam się na nią ze sko­wy­tem.

- No weź... nie tak ostro, wy­wró­cisz mnie. - Roz­plą­tała moje dło­nie za­ci­śnięte na jej szyi. - Cześć, bab­ciu, jak leci?

- Wszelki duch... Olga! Ale nie­spo­dzianka! Mia­łaś być w Ka­mionce...

- Tak mnie już nie ma, bab­ciu...

Bab­cia Wronka z całą pew­no­ścią ko­chała Olgę bar­dziej niż mnie, choć bar­dzo się sta­rała, żeby to ukryć. Może dla­tego, że Olga po­dobno uro­dziła się wą­tła i słaba, trzeba było jej zdro­wie za­wie­rzać Naj­święt­szej Pa­nience przez pierw­sze mie­siące ży­cia, lub z tej pro­stej przy­czyny, że przy­szła na świat pierw­sza. Pa­trzyła na nią cie­plej i po­zwa­lała jej na wię­cej. Olga po­tra­fiła ją roz­ba­wić, prze­ka­ba­cić, oma­mić, wy­cią­gnąć od niej pie­nią­dze lub wy­mi­gać się od cho­dze­nia na gorz­kie żale czy re­ko­lek­cje wiel­ko­postne, ja nie mia­łam ta­kich wro­dzo­nych zdol­no­ści, mo­głam tylko po­dzi­wiać i uczyć się od mi­strzyni.

- A co to się stało, żeś przy­je­chała? - Bab­cia nad­sta­wiła po­li­czek do po­ca­łunku.

- Nic się nie stało, po pro­stu chcia­łam zo­ba­czyć, jak wam leci... W mie­ście go­rąc, as­falt się topi, przy­je­cha­łam się schło­dzić... - kła­mała gładko.

Moja sio­stra nie lu­biła wiej­skich opłot­ków, brzy­dziła się wie­śnia­kami i zwie­rzę­tami, mu­siały na­stać spe­cjalne oko­licz­no­ści, że się prze­ła­mała i przy­je­chała do Zdra­dów, cze­ka­łam, kiedy po­wie, po co na­prawdę się fa­ty­go­wała. Skłonna by­łam uwie­rzyć, że siód­mego lipca sie­dem­dzie­sią­tego siód­mego UFO lą­do­wało na polu Ku­sia, ale nie w to, że Olga jest cie­kawa, jak mi­jają mi wa­ka­cje.

- Praw­dziwy skan­sen tu ma­cie. - Ro­zej­rzała się po kuchni i klap­nęła na ta­bo­ret przy piecu, który po­dobno oj­ciec dziadka Zdrady wy­stru­gał z jed­nego dę­bo­wego pniaka i na któ­rym sie­dząc, umarł.

- Kli­mat wy­cięty pro­sto z Rey­monta, na­wet dzia­dek Zdrada do Bo­ryny tro­chę po­dobny. O! - Zbli­żyła oczy do ma­katki wi­szą­cej nad mied­nicą w ką­ciku "ła­zien­ko­wym".

- Każda żona tym się chlubi, że go­tuje, co mąż lubi... Chyba so­bie to zda­nie wy­ta­tu­uję na czole - za­śmiała się.

- A nic by ci nie za­szko­dziło na­uczyć się go­to­wać. - Bab­cia po­gro­ziła jej pal­cem.

- Wiem, wiem... przez żo­łą­dek do serca, ale można też inną drogą do serca fa­ceta się do­stać, bab­cia to już sku­tecz­nie prze­ra­biała z trzema mę­żami... - Olga przy­tu­liła się prze­lot­nie do ra­mie­nia babci Wronki.

- Dajże spo­kój z tymi żar­tami...

Wró­ci­łam do stołu, jed­nak nie mo­głam jeść na­le­śnika, mój żo­łą­dek zwi­nął się ni­czym śli­mak w sko­ru­pie. Olga po­de­szła do okna i za­częła wy­glą­dać na ogród. Ob­ser­wo­wa­ły­śmy ją w mil­cze­niu. Lu­cyna wło­żyła do ust od­kro­jony ka­wa­łek zwi­nię­tego w ru­lon na­le­śnika, prze­żu­wała wol­niutko jak krowa, błogi uśmiech wska­zy­wał na to, że jej sma­kuje i cie­szy się wi­zytą go­ścia.

- Co to za Ja­no­sik drzewo rą­bie? Ale klata... kto to jest?

Obie z Lu­cyną unio­sły­śmy się na krze­śle, żeby po­dą­żyć za wzro­kiem Olgi. Bab­cia nie mu­siała od­ry­wać się od swo­ich za­jęć, wie­działa, o kogo jej wnuczka pyta.

- Ry­siek od Bier­na­tów... przy­szedł po­móc z drze­wem, Ka­zek nie dał rady tym wiel­kim pnia­kom. Nie pa­mię­tasz go? Tu, po są­siedzku mieszka. Nie­długo się bę­dzie że­nić z córką Ku­siów, już są po sło­wie. Ona ładna, z bo­ga­tego domu, on chło­pak jak się pa­trzy, też nie­biedny...

- Brzydki nie jest, fakt. Wy­gląda zdrowo... - Olga po­pra­wiła grzywkę, od­rzu­ciła kilka ko­smy­ków za ra­mię i wy­cią­gnęła z kie­szeni błysz­czyk. Wpraw­nym ru­chem na­ło­żyła cienką war­stwę na dolną wargę i za­ci­snęła usta, nie od­ry­wa­jąc wzroku od chło­paka z sie­kierą.

Mnie on też się tro­chę po­do­bał, ale by­łam gów­niarą i mo­głam je­dy­nie po­pa­trzeć na niego z da­leka.

Bab­cia na­lała kom­potu do szkla­nek. Szklanki były tłu­ste, le­d­wie prze­płu­kane w męt­nej wo­dzie z bali. Brzy­dzi­łam się z nich pić. Olga pod­nio­sła swoją pod świa­tło, ale nie sko­men­to­wała.

- Nie wy­pa­truj go, on jest za­jęty. - Bab­cia szturch­nęła ją de­li­kat­nie.

- Za­jęty? Za­jęty to może być ki­be­lek na dworcu. - Olga po­pra­wiła włosy i ode­szła od okna. - Do­bra, niech mu bę­dzie Ry­siek Za­jęty Ja­no­sik, ja w in­nej spra­wie. Głodna nie je­stem, nic mi, bab­ciu, nie szy­kuj... Mu­szę je­dy­nie po­roz­ma­wiać z Ha­nią i spa­dam.

- Dzi­siaj? - Bab­cia Wronka była za­wie­dziona.

- Tak, komu w drogę, temu trampki. Za­raz mam po­wrotny au­to­bus.

- Na­le­śnika choć jed­nego skosz­tuj... - Bab­cia pod­su­nęła ta­lerz bli­żej jej opar­tych o blat łokci. - Kto to wi­dział tak wpa­dać jak po ogień?

- Do­bra, ale tak raz dwa.

Osta­tecz­nie Olga zja­dła dwa na­le­śniki po­lane kwa­śną śmie­taną i po­sy­pane cu­krem pu­drem, a jej re­la­cja na te­mat ży­cia co­dzien­nego na na­szym po­dwórku prze­ry­wana była tylko w mo­men­tach prze­pi­ja­nia wodą. Do­wie­dzia­ły­śmy się, że są­siadka z dołu uro­dziła dzi­dziu­sia z twa­rzy przy­po­mi­na­ją­cego ka­la­fior, pani kio­skarka wy­je­chała do Nie­miec zbie­rać wi­śnie u bau­era, nasz osie­dlowy zbo­cze­niec o pseu­do­ni­mie Dże­nes był wi­dziany pod do­mem kul­tury w mi­niówce i blond pe­ruce a la Ma­ri­lyn Mon­roe, na­to­miast cio­cia Bo­gu­sia nie wpa­dła ani razu zo­ba­czyć, czy u sie­rot wszystko w po­rządku.

- Może mieć do mnie ja­kieś esy za tam­ten in­cy­dent na we­selu, ale żeby tak wcale się nie za­in­te­re­so­wać, co u nas?

Za­rzut brzmiał co­kol­wiek dziw­nie w ustach Olgi, która ni­gdy ni­kim się nie in­te­re­so­wała poza sobą.

- Mało ma Bo­gu­sia na gło­wie? - Bab­cia sta­nęła w obro­nie swo­jej córki. - A ty dziecko nie je­steś, żeby cię do­glą­dać. Le­piej po­wiedz, czy twój oj­ciec się ode­zwał.

- Dzwo­nił wczo­raj. - Olga wy­tarła palce w ścierkę, po­tem ją po­wą­chała i z obrzy­dze­niem od­wie­siła na opar­ciu krze­sła. - Usta­li­li­śmy parę spraw nie­cier­pią­cych zwłoki.

- Po­wie­dział, kiedy zje­dzie z Ame­ryki?

- Kiedy? Po nie­dzieli.

- Po któ­rej nie­dzieli? - za­py­ta­łam z na­dzieją w gło­sie.

- No wła­śnie tego nie po­wie­dział - od­parła, mru­ga­jąc do mnie. Była w wy­śmie­ni­tym hu­mo­rze. - Chodź na krótki spa­cer, nie bę­dziemy przy lu­dziach oma­wiać na­szych ro­dzin­nych te­ma­tów. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia.

Wy­szłam za nią na pole i grzecz­nie po­drep­ta­łam na tyły domu do ogrodu, gdzie Ja­no­sik wciąż rą­bał drzewo przy­wie­zione z lasu na­le­żą­cego do dziadka Zdrady. Olga wska­zała mi miej­sce pod cze­re­śnią, usia­dła bar­dzo bli­sko mnie, na­sze ra­miona się sty­kały. Przez mo­ment chcia­łam się do niej przy­tu­lić, za­pach mamy był tak de­li­katny, że le­d­wie go wcią­gnę­łam do płuc. Mu­siała przy­własz­czyć so­bie jej per­fumy.

- Słu­chaj, Ha­niu... - za­częła, wciąż bez­wstyd­nie ga­piąc się na Ja­no­sika. - Tak so­bie po­my­śla­łam, hmm... Cóż, w su­mie głu­pio wy­szło z tą opieką nad tobą. Wtedy za­re­ago­wa­łam hi­ste­rycz­nie, wiesz, by­łam w szoku po śmierci mamy, jed­nak po głęb­szym na­my­śle do­szłam do wnio­sku, że to ja po­win­nam się tobą za­jąć, nie ktoś obcy z ła­panki albo wy­zuty z mi­ło­sier­dzia jak cio­cia Bo­gu­sia. - Mó­wiąc to, Olga po­gła­skała mnie po ple­cach. - Zajmę się tobą, obie­cuję.

Pod­nio­słam głowę i spoj­rza­łam na sio­strę. By­łam w tym mo­men­cie bar­dzo prze­jęta, za­raz po­tem za­lała mnie fala szczę­ścia, że oto moja star­sza sio­stra ra­tuje mnie przed bi­du­lem i złą ma­co­chą, która prze­cież w każ­dej chwili mo­gła się w na­szym ży­ciu po­ja­wić, a tego ba­łam się naj­bar­dziej - po­ja­wie­nia się no­wej ko­biety taty. Olga za­pew­niła mnie, że roz­ma­wiała z nim na ten te­mat, oczy­wi­ście się zgo­dził, od te­raz wszystko już bę­dzie ukła­dać się cacy. Słu­cha­jąc cu­dow­nych obiet­nic, za­po­mnia­łam od­dy­chać i zro­biło mi się słabo.

- Po­ra­dzimy so­bie we dwie, nikt obcy nie bę­dzie nam się w ży­cie wtrą­cać. Do­brze mó­wię? - cią­gnęła Olga. - Będę ro­bić za­kupy, w nie­dzielę mogę coś ugo­to­wać, bo w ty­go­dniu masz obiady w świe­tlicy tak?

- Tak.

- Git, sprawę ży­wie­nia za­my­kamy. Da­lej... sprzą­ta­nie... Ze sprzą­ta­niem, wiesz... hmm... ja­koś się po­dzie­limy, abym ja nie mu­siała ła­zienki czy kuchni szo­ro­wać na ko­la­nach. Wi­dzia­łaś, ja­kie bab­cia ma roz­kle­pane ko­lana od klę­cze­nia przy my­ciu pod­łóg? Cał­kiem pła­skie się zro­biły, klę­cze­nie na ko­ściel­nej po­sadzce przez sześć­dzie­siąt lat też się do­ło­żyło, w każ­dym ra­zie ge­ne­ral­nie trzeba uwa­żać na ko­lana... Co jesz­cze? Aha, ubrań ci nie po­trzeba, póki co po mnie odzie­dzi­czysz parę cał­kiem faj­nych ciu­chów, do któ­rych raz dwa do­ro­śniesz. Ja so­bie mu­szę nowe ku­pić, bar­dziej pod stu­dio­wa­nie, żeby ob­cia­chu nie było. Na wy­wia­dówki mogę cho­dzić, rzecz ja­sna... Do któ­rej ty te­raz klasy pój­dziesz?

- Do siód­mej.

- A... my­śla­łam, że do szó­stej. No nic, na­wet le­piej, w ra­zie czego mo­żesz sama na noc w miesz­ka­niu zo­stać, tak?

- Na którą noc? - za­py­ta­łam po­de­ner­wo­wana.

- Kurde, nie wiem te­raz, ale nie­wy­klu­czone, że się zda­rzy. Albo ktoś do mnie przyj­dzie...

- Ko­le­żanki z klasy?

- Ja nie mam ko­le­ża­nek, na­to­miast mam kilku ko­le­gów, może któ­ryś wpad­nie, wtedy nie plącz się po miesz­ka­niu, tylko siedź u sie­bie w po­koju.

- Będę mieć wła­sny po­kój?!

Moje zdzi­wie­nie roz­ba­wiło Olgę. Śmiała się sztucz­nie i gło­śno, przy­cią­ga­jąc uwagę Ja­no­sika, który rą­bał pniaki z co­raz więk­szą we­rwą, jakby mu sił przy­by­wało z każ­dym za­ma­chem sie­kiery.

- Ja­sne! Prze­cież nie zro­bimy w po­koju ro­dzi­ców mau­zo­leum. Ich po­kój przejmę ja, ty zo­sta­niesz w na­szym daw­nym. Du­żego po­koju ru­szać nie bę­dziemy, niech zo­sta­nie tak, jak jest, do im­pre­zo­wa­nia i dla go­ści.

- Ja­kich go­ści?

- Ja pi­tolę! Coś ty taka do­cie­kliwa?! Go­ście to go­ście, jak przy­jadą, to będą. W każ­dym ra­zie było po­wie­dziane, że tato daje pięć­dzie­siąt do­la­rów co mie­siąc, tak? - Olga nie cze­kała na moje po­twier­dze­nie, wy­kła­dała drugą część planu pod na­zwą "fi­nanse". - Dwa­dzie­ścia pięć na ży­cie, dwa­dzie­ścia pięć dla osoby, która miała się tobą opie­ko­wać. A więc... - Wzięła głę­boki wdech. - Skoro ja się będę tobą opie­ko­wać, chyba lo­giczne, że na­leżą się mnie. Po­my­śla­łam też, że wy­zna­czę ci kie­szon­kowe.

- Ile do­stanę?

- Jed­nego do­lara na mie­siąc - od­parła, szcze­rząc zęby. - Pa­suje ci?

- Tylko jed­nego?

- Mało?! Cie­kawe, czy Te­re­ska tyle do­staje od ro­dzi­ców!

Wzru­szy­łam ra­mio­nami. Nie wie­dzia­łam, ile Te­re­ska do­sta­wała kie­szon­ko­wego, ale z pięć­dzie­siąt zło­tych mie­sięcz­nie za­wsze udało jej się zwę­dzić ojcu, który nie wy­róż­niał się skru­pu­lat­no­ścią przy prze­glą­da­niu port­fela.

- Dwa do­lary mu­sisz mi dać - po­wie­dzia­łam twardo i wsta­łam z trawy. - Babci Wronce też po­win­naś coś od­pa­lić.

Olga par­sk­nęła śmie­chem.

- Żeby dziad­kowi Zdra­dzie pa­pie­rosy fun­do­wała?! O nie! Wolę dać na bied­nych...

- Aku­rat... - syk­nę­łam.

Obie wie­dzia­ły­śmy do­sko­nale, że Olga ani te­raz, ani ni­gdy nie wrzuci do puszki że­braka na­wet zło­tówki, ale pewne oczy­wi­sto­ści nie po­trze­bują wy­po­wia­da­nia na głos.

- Do­bra, za­ła­twione, niech ci bę­dzie, je­den do­lar od razu, od wrze­śnia po dwa. Nie zbied­nie­jesz. Te­raz idę po rze­czy, że­by­śmy się nie spóź­niły na au­to­bus...

Pod­nio­słam się z trawy i ru­szy­łam wolno w stronę domu. Olga ze­rwała się, wy­rów­nała ze mną krok i chwy­ciła moją dłoń.

- Ale to do­piero po wa­ka­cjach, głup­ta­sie... Póki co zo­sta­jesz tu­taj.

Krew mi spły­nęła do ły­dek i nogi się pode mną ugięły.

- Jesz­cze mie­siąc mam tu zo­stać?! - Szarp­nę­łam jej ra­mię. - Nie zga­dzam się! Za­bierz mnie do domu! Dzi­siaj!

Zza wę­gła wy­szedł Ka­zek i osten­ta­cyj­nie przy­glą­dał się na­szej szar­pa­ni­nie.

- Ha­niu, nie mogę... Ju­tro jadę z chło­pa­kami do Buł­ga­rii na cam­ping.

- Do ja­kiej Buł­ga­rii?

- A są ja­kieś dwie? Do tej nad Mo­rzem Czar­nym. W paź­dzier­niku za­czy­nam stu­dia, po­zna­łam chło­pa­ków z trze­ciego roku po­li­tech­niki, za­bie­ram się z nimi do Zło­tych Pia­sków.

- No to mnie weź do tej Buł­ga­rii! - krzyk­nę­łam.

- Cie­kawe jak? Chyba w ba­gaż­niku... Żeby wy­je­chać za gra­nicę, trzeba mieć pie­czątkę w do­wo­dzie oso­bi­stym. Gdzie ci taką pie­czątkę przy­biją? W le­gi­ty­ma­cji szkol­nej?

Nie chcia­łam się za­sta­na­wiać nad lo­giką wy­wodu sio­stry, wszyst­kie siły zu­ży­łam na po­wstrzy­ma­nie zbie­ra­ją­cych się do wy­la­nia łez. Olga zer­kała na Ja­no­sika, który nie bar­dzo wie­dział, co jej za­lotne spoj­rze­nia ozna­czają. Ukła­dał po­cięte na ćwiartki ka­wałki drewna na równy sto­sik i prę­żył mu­skuły.

Olga wsu­nęła dłoń do kie­szeni spodni i wy­cią­gnęła błysz­czyk.

- Masz. Pra­wie nie­uży­wany.

- Wy­pchaj się - żach­nę­łam się.

Mi­nę­ły­śmy Kazka, nie za­mie­nia­jąc z nim słowa, on też się nie ode­zwał, krę­cił korbką i za­glą­dał w głąb studni. Dziwna była tak jego fa­scy­na­cja stud­nią, wciąż przy niej maj­stro­wał, na­bie­rał wody, wy­le­wał, prze­sta­wiał wia­dro i za­glą­dał w dół, wy­da­jąc przy tym dziwne okrzyki: "Uu, aa, hop, hop...". W każ­dej wol­nej chwili przy­cho­dził dro­czyć się ze stud­nią, jakby to była jego dziew­czyna.

Olga obej­rzała się i po­ma­chała do Ja­no­sika, ten, za­chę­cony jej umi­zgami na od­le­głość, oparł sie­kierę o drzewo i ru­szył w na­szą stronę. Bar­czy­sty blon­dyn uśmie­chał się spro­śnie, wy­sy­ła­jąc mo­jej sio­strze znaki, które oboje do­brze ro­zu­mieli. Nie cze­ka­łam, aż się zbliży, po­bie­głam do cha­łupy po­skar­żyć się babci Wronce. Na progu ganku sie­działa Lu­cyna z ko­tem na ko­la­nach. Gła­skała go pod sierść, każdy ruch koń­cząc skrob­nię­ciem za uchem. Ko­cur miau­czał i wy­gi­nał się ni­czym wąż.

- Je­dziesz? - za­py­tała ze smut­kiem, który był jesz­cze więk­szy od mo­jego.

- Do dupy na raki ła­pać szczu­paki - wark­nę­łam, prze­ska­ku­jąc przez próg.