Pan Seweryn Czaban spieszył
się. Biła właśnie ósma, a punkt o ósmej miał być na obiedzie u
prezesa Bolińskiego. Gotowi mu spóźnienie policzyć na karb
nieznajomości form towarzyskich, albo - co gorsze - lekceważenia.
Tymczasem robił przecie, co mógł, by wydążyć. Ale dzisiaj właśnie
wszystko się nań sprzysięgło. Nidenberg, łajdak! przyniósł zamiast
solidnie obiecanej gotówki całą walizkę różnych papierów. Akcje,
obligacje, weksle gwarancyjne. Obliczenie tego, sprawdzenie kursów
giełdowych, targ o kupony - wszystko to musiało zająć przeszło
godzinę czasu. W dodatku nad karkiem sterczała panna Wenzel, której
musiał podyktować dwa listy w niezmiernie pilnych sprawach Zarządu
Dóbr i Interesów książąt Zasławskich, których był plenipotentem, a
szwagier, niepojętny cymbał, żądał szczegółowych instrukcyj na
jutrzejszą licytację huty szklanej "Bolnix", do czego miał w
imieniu Czabana stanąć.
Jak na złość, żona przyszła tu też z molestacjami o auto.
Chciała jechać na bal do Resursy Obywatelskiej, bo Tunka musi się
tam pokazać przez wzgląd na młodego Szwowskiego. Pana Seweryna
oczywiście nic to nie obchodziło, lecz nie mógł im odesłać
samochodu, bo sam go potrzebował. Umówił się z paru dygnitarzami,
że urządzi im dzisiejszej nocy bibę w "Krzywej Karczmie" pod
Tarczynem, zamówił sobie zawczasu trzy dziewczynki z Dancing-Klubu,
pod Tarczyn wysłał już szampan, homary, ostrygi i kucharza z "Oazy"
i wprost z obiadu u Bolińskich miał jechać po dziewczęta. O zmianie
tych planów nie mogło być mowy. - Pojedziesz na bal taksówką - rzucił żonie zirytowany do
ostateczności jej boleściwą miną - albo nie jedźcie wcale. I nie
przeszkadzaj mi, do stu djabłów!... Na czem tam skończyliśmy, panno
Wenzel?... - ...na gwarancję hipoteczną Zarząd Dóbr zgodzić się nie
może - odpowiedziała sekretarka, nie podnosząc oczu z nad papierów,
by w ten sposób zaznaczyć swoje niezadowolenie z pryncypałowego
stroju. Pomimo siwizny, długiego czerwonego nosa i okularów w
cienkiej żelaznej oprawie uważała za nieprzyzwoitość ze strony
szefa takie nieliczenie się z jej panieńską skromnością. Pan Czaban w spodniach tylko, z majtającemi się ztyłu
szelkami, krążył po gabinecie, dopinając oporne spinki w sztywnym
gorsie koszuli. Szofer Bronisław stał przy drzwiach z frakiem w
ręku, a pan Żołnasiewicz raz po raz przerywał Czabanowi dyktowanie
pytaniami: - Przepraszam cię, Sewerciu, więc ile w ostateczności mogę
dać Kumejkowskim za odstąpienie od licytacji? - Osiem, do cholery! Osiem, mówiłem już. Ani grosza
więcej. Gdybym sam mógł tam być, zgodziliby się na sześć... Niech
pani pisze: Jeżeli w przeciągu miesiąca nie otrzymamy od WPana
rejentalnej zgody między Nim a Spółką Drzewną, będziemy zmuszeni
wystąpić na drogę sądową... Tak. Z poważaniem. Teraz do
Ministerstwa Rolnictwa. Powołując się na decyzję JWPana Ministra z
dnia... nie pamiętam... znajdzie to pani w teczce... Zarząd Dóbr i
t. d. ma zaszczyt... - Przepraszam cię, Sewerciu - pokornym tonem przerwał znów
szwagier - a jeżeli Kumejkowscy nie zechcą bez gotówki? - To każ się im pocałować w ciepłe miejsce! - ryknął pan
Seweryn i jednocześnie odwrócił się do żony: - Czego ty sterczysz
nad moją biedną duszą! Djabli mnie wezmą! Nie zostawię auta, bo nie
mogę. Bronisław! Kamizelka! Zaterkotał telefon na biurku. Panna Wenzel podniosła
słuchawkę, odezwała się i po chwili powiedziała: - Dzwoni jakaś pani do pana dyrektora. Mówi, że w
osobistej sprawie. - Hallo?... Kto?... Aaa, dobry wieczór... Naturalnie,
naturalnie... Tak... tak... tak.,, Wszyscy przyglądali mu się z zaciekawieniem, ale ani z
jego odpowiedzi, ani z wyrazu czerwonej mięsistej twarzy nie mogli
wywnioskować, z kim mówi i o czem. Pani Czabanowa przyzwyczaiła się
oddawna do niewypytywania męża o telefony. Bała się jego gniewu i
przekleństw, których nie skąpił nikomu, ilekroć ktoś ośmielił się
wtrącić do jego spraw czy interesów. Jedna Tunka umiała jako tako
poradzić sobie z ojcem, ale i to nie zawsze. Czaban skończył dyktowanie, instrukcje dla szwagra i
ubieranie się jednocześnie i powiedział: - Panno Wenzel, zabiorę panią i wysadzę w mieście przed
naszem biurem. Tylko prędko. A ty, Józek, i ty - zwrócił się do
szwagra i żony - uważajcie! W kasie są grube hopy. W razie,
jeżelibym nie wrócił przed szóstą rano, weźmiesz Józek z kasy tę
walizeczkę i jedź do Sosnowca. Bezpieczniej będzie zabrać w drogę
Buczkowskiego. Panno Wenzel, pani go wytelefonuje, by stawił się tu
punkt szósta rano. W biurze zastąpi go Markiewicz. Bronisławie,
jedziemy. Wraz z wyjściem pana Seweryna w całej willi zapanował
spokój. Systematyczny pan Żołnasiewicz otworzył kasę, sprawdził
zawartość walizki i zamknął ją spowrotem. Pani Czabanowa kazała
nakrywać do stołu kucharce, bo pokojówka zajęta była przeszywaniem
haftek w balowej sukni Tunki. Tunka leżała w pidżamie na tapczanie
w hallu i czytała książkę. Pani Sewerynowa siadła przy niej i przyglądała się córce z
nabożnym podziwem, aż ta poruszyła się niecierpliwie: - O jej, mamo! Nie wlepiajże się we mnie. Wiesz, że tego
nie znoszę. - Ależ ja wcale nie... Tak tylko, moje drogie dziecko. - No, to idź już! Zostaw mnie, bo to mi przeszkadza. - Dobrze, dobrze, kochanie. Myślałam, że może czego
potrzebujesz. Wiesz, że ojciec nie odeśle nam auta. Taki uparty. - Pewno potrzebne mu. Weźmiemy taksówkę. - Trzeba będzie posyłać Paulinkę, bo przecie na tem
odludziu za żadne pieniądze się nie znajdzie. Już przyznam się, że
obrzydło mi mieszkanie na końcu świata. Tyle kosztowała ta
willa!... Mój Boże! Ale czy to twemu ojcu można przemówić do
rozsądku?... Zakrzyczy, wydrwi, narobi hałasu... - Oj, nudzisz mamo! - rozkapryszonym tonem zamruczała
Tunka. Pani Helena pogłaskała córkę po włosach, westchnęła i
poszła do sypialni sprzątać rozrzuconą mężowską garderobę. Zawsze
tak było. Kiedy jako młode małżeństwo mieszkali w odnajętym
pokoiczku na czwartem piętrze, kiedy w koszarach zajmowali służbowe
mieszkanie oficera intendentury, kiedy mieli oficynę w Cieńczy u
książąt Zasławskich, a później apartament na Wilczej, a teraz kiedy
usadowili się we własnym pałacyku na Skolimowskiej, Seweryn
wszystkie rzeczy doprowadzał zawsze do krańcowego nieładu, a ona
musiała wiecznie sprzątać i tem więcej miała z tem roboty, im było
więcej rzeczy, im byli bogatsi. Narzekała na to już z nałogu, bo
prawdę powiedziawszy, bez tego zajęcia nie wiedziałaby, co z sobą
zrobić. Dawniej musiała gotować, prać, cerować, prasować mężowskie
ubranie, dziś odebrała to jej służba. Dawniej wolne chwile spędzała
z małą córeczką lub na pogawędkach z sąsiadami, dziś córeczka
wyrosła i miała własne życie, a sąsiadek nie było, bo nowa willa
stała zdala od innych na krańcu miasta. Domowa służba i stary
stróż, pełniący również obowiązki ogrodnika - oto wszystko. Brat, w
rodzinie zwany niezdarzonym Józkiem, przygarnięty z łaski przez
Seweryna, nie cieszył się sympatją rodzonej siostry. Pani Helena w
głębi duszy bolała nad każdem ubraniem mężowskiem, wcale jeszcze
dobrem, które wędrowało do szafy Józka, bolała nad każdym kęskiem
jedzenia, czy kieliszkiem drogiego koniaku, który bezpowrotnie
znikał w jego wnętrznościach. Ale cóż mogła na to poradzić! Pan Seweryn nie znosił
oszczędności, rozrzucał pieniądze na prawo i lewo, lubił żyć, lubił
się pokazać, lubił rozkazywać, a rozkazywać mógł tylko tym, których
uzależniał od siebie, zależność zaś polegała na nieustającym
strumieniu pieniędzy, płynących z jego kieszeni do kieszeni innych.
Uważał się za genjalnego businessmana, za finansistę w wielkim
stylu, za mistrza w interesach. I rzeczywiście dotychczasowe jego
powodzenie zdawało się to potwierdzać. - Rozrzucam pieniądze garściami - lubił mawiać - a zbieram
je koszami. Nie wszyscy zachwycali się tym systemem Seweryna Czabana.
Pani Helena nieraz od rozmaitych ludzi słyszała nie obwijane w
bawełnę opinje mocno krytyczne. Byli i tacy, co radzili jej
koniecznie odkładać co się da i kryć to przed mężem, bo bankructwo
nie minie go wcześniej czy później. Kto jak warjat rzuca się na
najszaleńsze ryzyka, kto pakuje bez namysłu setki tysięcy w
najbardziej wątpliwe imprezy, musi źle skończyć. Tak poważna osobistość, jak prezes Boliński mówił przecie
Sewerynowi w oczy: - Pan nie masz pojęcia o interesach, pan masz tylko
szczęście. Tak pocichu myślała i pani Helena. Przecież nieraz
widziała jak Seweryn uzależniał własną decyzję w różnych ważnych
sprawach od tego, czy wyszedł mu pasjans, czy nie, lub czy w
pudełku miał parzystą liczbę zapałek. To też, o ile się dało przed
mężowskiem okiem ukryć, oszczędzała na wszystkiem i składała w
banku. I cóż z tego, skoro po kilka razy do roku zdarzały się takie
sytuacje, że mąż nie miał grosza przy duszy. Nie tylko nie dawał na
utrzymanie domu, lecz pożyczał od służby, od szofera, od stróża
Malcerka wszystko, co mieli. Samochód, meble, wszystko było
"opisane", na hipotece willi rosły krociowe zapisy, biżuterja
wędrowała do lombardu, w sklepach brało się na kredyt, no i
oczywiście Seweryn przychodził i mówił krótko swoim tonem
nieznoszącym sprzeciwu: - Helka, potrzebuję forsy! Ile masz w banku? W dwie minuty później miał już w kieszeni czek na całą tak
pracowicie uzbieraną sumkę, a pani Helena wybierała się już na
żebry pod kościół, nie polegając na wybornym humorze męża,
niepoprawnego optymisty. I nagle interes dochodził do realizacji, forsa spływała
rzeką. Spłacało się długi, po knajpach i w willi na Skolimowskiej
lał się szampan, Tunka wybierała sobie u jubilerów brylanty
wielkości orzecha, pani Helena pociła się w Adrji w pelerynie z
czarnych soboli, a orkiestry po wszystkich lokalach rżnęły całemi
nocami "Ej szaraban mój, amierikanka, a ja diewczonka, a ja
cyganka". A pan Seweryn Czaban wypijał "pod tę melodję" nieskończone
ilości najdroższych trunków, podejmował szeroko po kilkanaście osób
różnego pokroju i autoramentu i sypał, sypał pieniądze garściami. W rezultacie nikt, nie wyłączając pani Heleny, nie
wiedział, co i ile ma pan Czaban. Kupował majątki, kamienice, całe
fabryki, place, udziały w różnych przedsiębiorstwach, kupował sumy
w procesach, przeprowadzał windykacje spadków, pośredniczył w
grubych pożyczkach, sprzedawał, zamieniał, wydzierżawiał, grał na
giełdzie, robił kokosy lub tracił na stajni wyścigowej,
elektryfikował jakieś miasteczka, parcelował jakieś tereny, obracał
miljonowemi kwotami i żył w tem, jak w ukropie, nie chcąc, nie
umiejąc, wprost nie mogąc odpocząć. Zdrowy i silny pomimo
zbliżającej się pięćdziesiątki, potrafił trzy noce z rzędu być w
drodze dla ubicia jakiegoś interesu i drugie trzy hulać,
przesypiając urywkami po dwie, trzy godziny na dobę. Jedyne swoje
stałe stanowisko, stanowisko plenipotenta książąt Zasławskich,
traktował jako rzecz drobną i uboczną, chociaż dawała mu wcale
pokaźny i stały dochód. Ilekroć koło Tunki zaczął się kręcić jakiś odpowiedniejszy
młody człowiek, pani Helena naciskała męża: - Przecie muszę, Sewerynie, wiedzieć, ile dasz posagu
Tunce? Od tego zależy jej przyszłość! - Powiedz, kto i ile chce - odpowiadał pan Seweryn - i na
jaki termin ma być forsa, a będzie. Sam nie lubił wchodzić w te matrymonjalne projekty,
chociaż córkę kochał bardzo. W jej wychowaniu też nie zabierał
głosu. Postawił tylko jedną zasadę: - Niech dziewczyna robi, co się jej podoba. Żadnych
zakazów, żadnego pilnowania. W pilnowaniu można dojść do
"czortików", a dziewczyna, jeżeli zechce, to i tak się puści. Niech
ma własny rozum. Głupiego i tak nie nauczysz, a mądremu nauki nie
trzeba. Pani Helena była wręcz odmiennego zdania, ale jej zdanie w
tym domu nic nie znaczyło. Gdy wychodziła za Seweryna,
młodzieniaszka w wyświechtanym garniturku, pochodzącego niewiadomo
skąd, przystojnego wprawdzie i energicznego, lecz niewykształconego
i o prostackich manjerach, sądziła, że wyświadcza mu łaskę, że z
wdzięczności będzie ją na rękach nosił. Bądź co bądź była córką
dyrektora gimnazjum w Smoleńsku, człowieka ogólnie szanowanego i
szlachcica. Pozatem miała rentę, skromną wprawdzie, ale
wystarczającą na życie. A że nie tylko wykształceniem, wychowaniem
i pochodzeniem przewyższała męża, bo była odeń o sześć lat starsza,
przewidywała, że w małżeństwie z Sewerynem ona będzie zawsze górą.
Tak też i było przez ten krótki czas, póki żył ś. p. pan
Żołnasiewicz i płacił rentę, ale wraz z jego śmiercią i z wyjazdem
ze Smoleńska do Petersburga zmieniło się wszystko radykalnie. Z biegiem czasu przyszła zamożność, a nawet bogactwo, lecz
pani Helena nie umiała niem się cieszyć. Bała się drogich sukien,
które można poplamić, porcelanowych wazonów, które tak łatwo było
stłuc, kosztownych mebli i antyków, kryształów i sreber, których
pełen był dom, ogromnej kasy ogniotrwałej, od której klucze
lekkomyślny Seweryn zostawiał jej bratu. Bała się, że służba wyjada
różne smakołyki ze śpiżarni, że pan Żołnasiewicz wypija resztki z
butelek, bała się też złodziei, to też drzwi w willi były
opancerzone i wzmocnione wielkiemi ryglami, a okna zabezpieczone
mocnemi żelaznemi okiennicami zamykanemi odwewnątrz. Codziennie
wieczorem pani Helena osobiście sprawdzała, czy wszystkie okiennice
są pozamykane i czy działa dzwonek alarmowy do stróżówki Malceraka,
a tego dnia robiła to tem skrupulatniej, że Seweryn przed wyjściem
wspomniał o "grubych hopach", znajdujących się w szafie pancernej. W chwilach takiego strachu, z których mąż kpił zawsze,
nawet na swego brata patrzyła życzliwiej. Bądź co bądź był jedynym
mężczyzną w domu. To też gdy pomimo dwukrotnego dzwonienia do
stróżówki Malcerak się nie zjawiał, pani Helena weszła do gabinetu,
gdzie Żołnasiewicz wpisywał coś do ksiąg buchalteryjnych i
powiedziała: - Mój drogi Józiu! Obawiam się, że dzwonek do Malceraka
zepsuł się. Czybyś nie poszedł sprawdzić? - Dajże, kochanie, spokój - skrzywił się Żołnasiewicz,
podciągając pod krzesło swoje długie nogi i nerwowo gładząc się po
łysinie - jutro raniutko wyjeżdżam a roboty huk. - Kiedy, widzisz, Józiu, ja mam jakieś złe przeczucie... - Co drugi dzień masz złe przeczucia. - Tak, ale patrz, już po dziesiątej, a nie słychać psów w
ogrodzie. - Bo deszcz leje. Psy siedzą gdzieś w kącie. Pani Helena stała jeszcze chwilkę i nagle zawołała z
gniewem: - Żadnego pożytku z ciebie nie mamy. I w tej chwili zgasło światło. Zgasło jednocześnie w całej
willi. - Jezus, Marja! - krzyknęła pani Helena. - Co to jest?! - Mamo! - rozległ się z hallu głos Tunki - Światło się
zepsuło. - Nieszczęście! - jęknęła pani Helena. - Żadne nieszczęście - zirytował się pan Żołnasiewicz -
poprostu woda zalała przewody tak, jak w zeszłym tygodniu. Gdzie są
świece? - W kredensie, ale ja tam nie pójdę za żadne skarby. - Więc daj klucze. Pan Żołnasiewicz zapalił zapałkę i przy jej pomocy dobrnął
do sypialni gospodarza, gdzie na nocnym stoliku znalazł elektryczną
latarkę. - Zadzwoń najpierw do pogotowia elektrycznego -
niecierpliwiła się pani Helena. - Właśnie to chcę zrobić. Gdzieś tu na biurku musiała być
ich kartka. A, jest. Podniósł słuchawkę i trzymał ją przez chwilę przy uchu: - Stacja się nie odzywa! - mruknął. - Jakto się nie odzywa! Pozwól! - wyrwała mu słuchawkę i
spojrzała nań z ironją, bo właśnie rozległ się sygnał stacji.
Nakręciła numer i usłyszała spokojny niski głos: - Hallo, tu Pogotowie Elektryczne. - Proszę pana! Proszę prędzej przysłać kogoś, bo nam się
znowu światło zepsuło. Dobrze? - Ale podajże adres - powiedział pan Żołnasiewicz. - Aha, prawda, ulica Skolimowska dwa, willa dyrektora
Czabana. - Zapisane - odpowiedział głos - Wysyłamy elektromontera
taksówką. Za kilka minut u państwa będzie. - Chwała Bogu! - odetchnęła pani Helena. - Jakbyśmy się
pociemku przebierały na bal. Daj mi tę latarkę. Pójdę po świece. To
rozpacz mieszkać na tem odludziu. Pani Helena wyjęła świece, dała jedną do kuchni, dwie do
jadalni, dwie do hallu Tunce i ostatnią zaniosła bratu do gabinetu. - Kończ prędzej - powiedziała - bo trzeba siadać do
kolacji. Czy ten elektrotechnik prędko przyjedzie?... Bo moglibyśmy
zatrzymać jego taksówkę. To nawet niezła myśl. Poco Paulinkę na
deszcz pędzać po inną, skoro będzie ta. Jak myślisz, czy on naprawi
łatwo?... Bo jeżeli tak, moglibyśmy ewentualnie z kolacją zaczekać? Pan Żołnasiewicz, który już zdążył zabrać się do roboty,
chwycił się za resztki włosów: - Kobieto! Pozwolisz mi pracować? Mnie głowa od tych liczb
pęka, a ty mi z kolacją! - Tylko nie podnoś głosu! Też! - Zobaczysz, co ci Seweryn powie, gdy nie skończę na czas!
- zagroził pan Józef. I to poskutkowało. Pani Helena wyszła. Słyszał zdaleka jej
narzekania w jadalni, gdzie nakrywano do stołu i w hallu. Usiłował
odczytywać pośpieszne i zagryzmolone notatki szwagra, lecz przy
świecy przychodziło mu to z wielką trudnością. Minęło tak może
pięć, czy dziesięć minut, gdy do jego uszu dobiegło kołatanie do
drzwi frontowych. - Mamo, ktoś stuka od frontu - zawołała Tunka. - To pewno ten monter, ale czemuż nie dzwoni? - Idjotka - pomyślał pan Żołnasiewicz - przecież dzwonki
nieczynne. Słyszał, jak pokojówka Walercia, przebiegła do przedpokoju
i swoim kokieteryjnym głosikiem dopytywała się, kto tam? Jak
otwierała zasuwy i rygle. I nagle przeszył powietrze jej ostry krzyk: - Jezu!... Jednocześnie zaszomotało się coś gwałtownie i czyjś męski
ochrypły głos wrzasnął: - Ręce do góry! Stać, bo strzelę! Pan Żołnasiewicz zerwał się, jednym susem dopadł drzwi,
zatrzasnął je i przekręcił klucz w zamku. - Bandyci! - przemknęło mu przez głowę i w jednej
sekundzie zorjentował się, że pozostaje mu jedyna droga ucieczki
przez sypialnię, sionkę i boczne małe drzwi, a potem przez ogród i
na puste tereny przy ulicy Morskiej. Rzucił się też w stronę sypialni, lecz nagle wstrzymał
się. Przypomniał sobie cenną walizeczkę zamkniętą w kasie
pancernej. Właśnie otworzył ją, gdy do drzwi załomotały czyjeś
pięści: - Otwierać! Żołnasiewicz porwał walizeczkę, zatrzasnął kasę, w ciemnej
sypialni zaplątał się w portjerze, przyczem spadły mu okulary. Całą
nadzieję pokładał w tem, że grube dębowe drzwi gabinetu zabiorą
napastnikom dużo czasu. W sionce odsunął rygle, nacisnął klamkę i
tuż przed nosem ujrzał lufę rewolweru. Chciał krzyknąć, lecz ze
strachu nie mógł wydobyć z siebie głosu, tylko automatycznie
podniósł ręce do góry upuszczając walizkę, która koziołkując po
schodach zsunęła się na ziemię. Ciemna postać ociekająca deszczem i w czarnej masce na
twarzy, nie spuszczając rewolweru, warknęła: - Masz szczęście... Uciekaj... Żołnasiewicz zawahał się. Nagle wewnątrz willi rozległy
się przytłumione strzały. - Prędzej - zaryczał człowiek w masce i jakby ze złością
pchnął go lufą w piersi. Żołnasiewicz jęknął z przerażenia i
skoczył w bok, wywrócił się twarzą w mokrą trawę, poderwał się i
mknął przez ogród ku tylnej furtce, gubiąc po drodze nocne pantofle
i kłapiąc zębami ze strachu i z zimna. Biegł zaś coraz szybciej
wytężając resztki sił, gdyż najwyraźniej słyszał, że ktoś pędzi za
nim. - Rozmyślił się - przemknęło mu przez głowę - i chce mnie
zabić! Na szczęście dopadł furtki wychodzącej na ulicę Morską.
Udało mu się namacać i odciągnąć ciężką zasuwę, wypadł, skręcił w
prawo, usłyszał jeszcze za sobą powtórne klapnięcie furtki i
szybkie kroki oddalające się w przeciwnym kierunku. Wówczas
odzyskał przytomność i chociaż nie zwolnił biegu, zaczął krzyczeć
rozdzierającym głosem: - Bandyci! Ratunku! Bandyci!... Ale pusto tu było i tak cicho, że jego wrzask dobiegł
nawet do uszu człowieka uciekającego w przeciwną stronę. Ten
przyśpieszył kroku, zwolnił dopiero przy końcu, a raczej przy
zakręcie ulicy. Tu już były latarnie. Po obu stronach ciągnęły się
wysokie drewniane parkany. Zawrócił w pierwszą poprzeczną uliczkę
na lewo, przebiegł kilkaset metrów, skręcił w prawo i znalazł się w
pustem polu. Nogi grzęzły po kostki w rozmiękłym gruncie
kartofliska, od południa ciągnęła cuchnąca woń: - Zwalne glinianki - skonstatował. Wiedział już teraz gdzie jest. Jeszcze kilkaset kroków i
zatrzymał się na zboczu olbrzymiego zsypiska śmieci. Dopiero teraz
zauważył, że wciąż w prawem ręku zaciska kolbę rewolweru, a w lewem
trzyma walizkę, porzuconą przez tamtego w willi. - Poco ja ją wziąłem? - zdziwił się i już zamachnął się,
by cisnąć walizkę do glinianki, gdy opamiętał się. - jest lekka,
nie utonie i będzie pływała powierzchu. Jawny ślad dla policji, że
tędy uciekałem. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zakopać jej w
śmieciach, gdy olśniła go myśl: - Tam mogą być pieniądze! Przecie tylko poto poszedł na tę wyprawę, tylko dlatego
zdecydował się zostać bandytą. Przecenił swoją odwagę. Nie, nie
odwagę, lecz nerwy. Nie mógł strzelić. Pierwszy raz w życiu widział
tego łysego faceta, pewno właściciela willi. Nic go ten burżuj nie
obchodził. A jednak nie mógł strzelić. Puścił go żywcem, drań
narobi alarmu. Zepsuł cały plan, całą wyprawę. Czy tamci zdołają
uciec?... Piekutowski może, bo pilnował od kuchni, ale Czarny Kazik
i Majster mieli robotę w środku. Teraz pewno już tam jest policja. - Jeżeli ich złapią - pomyślał - to sypną mnie, jak amen w
pacierzu. Popierwsze zechcą się zemścić, że im nawaliłem, a
podrugie, cóż ja ich obchodzę. Taki Czarny Kazik widział mnie
pierwszy raz w życiu, a Piekutowski i Majster tyle o mnie dbają co
o zeszłoroczny śnieg. Nie uważali nawet za potrzebne wtajemniczyć go we
wszystkie szczegóły. Wiedział tyle, że w willi tego Czabana obłowią
się, że druty elektryczne i telefoniczne będą przecięte, że w domu
będzie tylko jeden mężczyzna i cztery kobiety, bo z drugim
mężczyzną, z ogrodnikiem miał się już wcześniej załatwić
Piekutowski. A jemu? Jemu kazali pilnować przy małych drzwiach i
zastrzelić każdego, ktoby tamtędy próbował uciekać. Do odwrotu miał
być gwizdek. - Gwizdka nie słyszałem - skonstatował - ale strzelali!
Musieli tam pozabijać te baby, bo facetowi ja dałem zwiać. Rozejrzał się i postanowił obejść miasto, by polami wyjść
aż do Wisły, a stamtąd do Czerniakowa. W Czerniakowie nikt nie
będzie łapał bandytów ze Skolimowskiej, a pozatem miał tam już od
dawna swoją doskonałą kryjówkę na tyłach posesji, gdzie był skład
drzewa. Tam w fundamentach po spalonym domku znalazł kiedyś
doskonały schowek, w którym postanowił ukryć zdobytą przypadkowo
walizeczkę. Do Wisły jednak był kawał drogi, a że dla ostrożności
należało kluczyć, stracił dobre dwie godziny, nim dotarł na
miejsce. Wypłókał w rzece buty i mankiety spodni, poczem wyłamał
nożem zamki w walizeczce, wsunął się z nią pod stare czółno,
wywrócone na brzegu do góry dnem i zapalił zapałkę. Ucieszył się i zmartwił się jednocześnie: wewnątrz były
różne akcje i obligacje, całe paczki weksli i tylko niewiele ponad
dwa tysiące gotówki w stuzłotowych banknotach. Rozumiał doskonale,
że reszta poza gotówką nie przedstawia dlań żadnej wartości.
Oczywiście ów Czaban ogłosi zastrzeżenie i każdego, kto z tem
przyjdzie do któregokolwiek banku, czy kantoru wymiany, odrazu
przymkną. Może kiedyś, po latach da się to spieniężyć, ale on
przecie chciał wyjechać zaraz zagranicę. - Właściwie dlatego tylko zdecydowałem się pójść na
rabunek - mruknął do siebie i zastanowił się. Czy rzeczywiście dlatego?... Tak wiele złożyło się na to
przyczyn. Więc co?... Czy Arletka, kochanka Czarnego Kazika?... Czy
chęć wyjazdu z nią i beztroskiego życia?... Czy pragnienie odbicia
się za dwuletnią straszliwą nędzę?... Czy chęć zemsty na tych, co
opływają w dostatkach, na burżujach?... W myśl zasady
bolszewickiej: rabuj zrabowane?... Czy chciał tem przypieczętować
utratę już wszelkiej wiary, wszelkich ideałów, wszelkiego szacunku
dla tak zwanych bliźnich, dla burżujów zarówno jak i dla
proletarjuszów?... I dla samego siebie? Tak! Chciał jednym zamachem, jednem targnięciem wydrzeć z
siebie tę jadowitą narośl, to sumienie! Chciał raz na zawsze
zatrzasnąć za sobą drzwi, by nie było odwrotu! Jednem cięciem
odrąbać wszystko, co łączyło go z dawnym światem i rozpocząć nowe
życie. Drugie życie! Jeżeli zdecydował się na rabunek, na morderstwo, to tylko
dlatego, że musiał sam siebie przekonać, że potrafi przejść na
drugi brzeg, że potrafi spalić mosty, że może zostać łotrem; że nie
powlecze się za nim jak kula u nogi ta etyka, która ściągała go w
dół; że skoro tamto życie, życie człowieka uczciwego stało się dlań
niepodobieństwem, bezmyślną wegetacją na ruinach, niegodną jednego
dnia, jednej godziny, zdoła odnaleźć sens i cel drugiego życia! Że
zdoła skoczyć przed siebie równemi nogami i nie zachwiać się! Postawił wszystko na kartę, na ślepo skoczył w przyszłość,
gdyż bał się wejść w nią wolno. Bał się tego, że się cofnie.
Wystawił się tedy na najostrzejszą próbę. - I przegrałem - stwierdził głośno. Nie mógł nacisnąć cyngla, nie mógł zabić. Próba zawiodła. - Bandytą być nie potrafię... I nagle zastanowił się: a czemże jest teraz, w tej chwili?
Nie to ważne, iż jest w posiadaniu cudzych pieniędzy, nie to ważne,
że z punktu widzenia prawa i społeczeństwa stał się zbrodniarzem,
lecz tylko to, że nic sobie nie ma do wyrzucenia, chyba ową słabość
w chwili, gdy należało nacisnąć cyngiel. To ważne, że nie odczuwa
najmniejszych wyrzutów sumienia, że - przyłapał siebie na tej myśli
- nawet spólników, z którymi dokonał napadu, zamierza oszukać i
całą zdobycz zachować dla siebie. Nie przez chciwość, lecz poprostu
dlatego, że uważa ich za taki sam objekt do obłupienia, jak i owego
właściciela willi. Zaśmiał się głośno, a jego śmiech zabrzmiał głucho w
pustem pudle wywróconej łodzi. - Jestem wolny - powiedział jeszcze kilka razy - jestem
wolny. Wsłuchiwał się w swój głos z zaciekawieniem, jakby słuchał
kogoś obcego i nieznanego. Potem wyczołgał się, zamknął walizkę, wsunąwszy najpierw
gotówkę do kieszeni i odszukał w pobliżu fundamenty po spalonym
domu. Na dole w kącie odgarnął gruzy, znalazł drzwiczki pieca,
który kiedyś zapewne ogrzewał suterynę i wsunął do środka walizkę.
W schowku tym już miał jeden skarb, ukryty tu niedawno. Była to
koperta z bardzo cennemi dokumentami szpiegowskiemi. Wysłany przez
egzekutywę Partji Komunistycznej na prowincję, miał te papiery
przywieźć i oddać. Przywłaszczył je, jednak nie dla zysku. Przecie
sam nie wiedział właściwie, co z niemi zrobić. Nie oddał ich
towarzyszowi Bigelsteinowi, ani innym z C. K. W., bo przestał w
nich wierzyć. Był najlojalniejszym komunistą, póki nie przekonał
się, iż góra partji to dranie i pasorzyty nie lepsze od
kapitalistycznych łajdaków. Że szeregowi członkowie partji są
stadem owiec, tumanionych ideałami komunistycznemi, a przywódcy
robią majątki na szpiegostwie i na kradzieży grosza partyjnego.
Dlatego nie oddał tej koperty, chociaż wiedział, że naraża się na
podejrzenia. W duchu gardził dziś tak samo proletarjatem, jak i
burżujami, nienawidził tak samo państwa, jak i komunizmu.
Nienawidził ludzi. Jedni wydarli mu chleb i dach nad głową, inni
pozbawili go wiary w moralny sens życia: zapluli jego ideały,
patrjotyzm, poczucie sprawiedliwości, miłość i ojcostwo, ukochanie
biedaków, chęć poświęcenia się - wszystko. To oni, oni zniszczyli go, wdeptali w błoto, wyzuli z tego
w co wierzył, co czcił i co kochał. Zrobili zeń swego wroga.
Zapędzili w matnię, jak dzikie zwierzę, by tu poznało, że ma kły i
pazury. I zwierzę poznało, że jest drapieżnikiem... Dniało już, gdy doszedł do śródmieścia. Ulice były puste,
deszcz nie przestawał padać. Ubranie przemokło do nitki. O powrocie
do mieszkania na Solcu nie mogło być mowy. Jeżeli tamtych nakryli w
willi Czabana, mieszkanie pani Koziołkowej już jest obstawione
policją. Jeżeli Czarny Kazik, Piekutowski i Majster zdołali zbiec i
zatrzeć ślady, to sami natrafią nań teraz. Dostanie kulą w łeb, lub
nożem w plecy, zanim zdąży słowo na swoje usprawiedliwienie
powiedzieć. Wprawdzie nie mają żadnych dowodów przeciw niemu. Nie
wiedzą nic o walizce, ani o tem, że pozwolił uciec owemu łysemu.
Jednak już samo to, że nie wytrwał przy drzwiach, że przez to
zepsuł im całą robotę, wystarczy takim ludziom, jako uzasadnienie
zemsty. Zresztą pewno o wszystkiem dowiedzą się z gazet. - I ja się dowiem, - zakonkludował, - a wtedy będzie czas
pomyśleć, co robić dalej. Narazie miał tylko jedną i to wcale wygodną kryjówkę:
partję. Władze partyjne wprawdzie nie darzą go obecnie przesadną
życzliwością, ale wśród szeregowych członków nikt nic nie wie i
wiedzieć nie może o tem, że góra ma doń pretensje za
niedostarczenie owej szpiegowskiej paczki planów. Znają go, jako
jednego z wybitniejszych komunistów, towarzysza Garbatego. I każdy
udzieli mu schronienia. Po krótkiem wahaniu, zdecydował się na
towarzysza Kuzyka, który miał swój warsztat stolarski przy
mieszkaniu, a w warsztacie telefon. Sam nieraz posyłał Kuzykowi do
ukrycia różnych ludzi, którzy na kilka dni, czy tygodni, musieli
zniknąć z oczu policji. Wygoda u niego była tem większa, że i stróż
tej kamienicy należał do partji, a bezpieczeństwo tem pewniejsze,
że Kuzyk, z polecenia zwierzchności partyjnej, wstąpił do
"Strzelca", organizacji, mocno popieranej przez państwowe władze
bezpieczeństwa, dzięki czemu nikt go nie podejrzewał. Jeszcze jednym plusem Kuzyka było to, że nie mając żadnego
kontaktu ani z "Propagitem", ani z Komitetem Wola 2, ani z tamtymi
ludźmi, nie mógł znać prawdziwego nazwiska Garbatego. Jeśliby zatem
policja ujęła Czarnego Kazika i Piekutowskiego, a tamci sypnęli
Murka i jego nazwisko ukazałoby się w dziennikach, Kuzykowi przez
myśl nie przeszłoby, iż ukrywany przezeń towarzysz partyjny, jest
owym bandytą Murkiem. Zanim zaś Egzekutywa poda to do wiadomości
członków, starczy czasu, by zwiać. Kuzyk istotnie przyjął Murka, bez cienia podejrzliwości.
Nie pytał o nic, kazał żonie posłać gościowi łóżko w małej komórce
za warsztatem i sam mu przyniósł jedzenie. - Wpadli na mój ślad i depczą mi po piętach, - uważał za
stosowne wyjaśnić Murek. - Nie zrobię wam wielkiego kłopotu,
towarzyszu? - Niema o czem gadać, towarzyszu Garbaty - odpowiedział
stolarz. - O wydatki nie bójcie się, pokryję. - Obejdzie się, towarzyszu Garbaty. I tak, to zaszczyt dla
mnie, żeście do mnie przyszli. Mam dla siebie, starczy i dla was.
Może chcecie ogolić się? Murek dotknął ręką podbródka: - Nie, lepiej zapuścić. - Lepiej, - przyznał Kuzyk, - szpicle wprawdzie mają ostre
oczy, ale zawsze lepiej. Czy może trzeba zawiadomić kogo, że tu
jesteście? - O, nie! Nikogo. Kogo trzeba było, już sam
poinformowałem. A czy wasi czeladnicy tu nie zajrzą, do komórki? - Nie. Nie mają tu żadnego interesu. Zresztą, to pewni
ludzie, sami swoi. - To teraz się prześpię, - ziewnął Murek, - całą noc
kluczyłem. Zasnął natychmiast i chociaż wkrótce w stolarni zaczęła
się praca, świszczały heble, warczały piły, stukały młotki, nie
obudził się, aż grubo po południu. Żona Kuzyka odgrzała mu obiad:
kluski kartoflane na mleku i gryczaną kaszę ze skwarkami. Sama
usiadła i przyglądała się z upodobaniem apetytowi Murka. - Kasza pewno wyschła? - zapytała troskliwie. - Gdzie tam. Od dawna takiej nie jadłem. A która to może
być godzina? - Może być i ósma - zaśmiała się, - ale jest dopiero
czwarta. - A cóż w warsztacie tak cicho? - Sobota, fajerant. - A mąż? Wzruszyła ramionami: - Wiadomo, fajerant. Poszedł chlać. Taka już nasza kobieca
dola. W tygodniu to robota, w niedzielę to już leci na wiec, czy na
zebranie, a fajerant - chla po knajpach. Tylko ja muszę ciągle
siedzieć w domu. - Cóż - perswazyjnie powiedział Murek, - taki porządek.
Mężczyzna musi zarobić na chleb, ma swoje obowiązki polityczne, no,
i rozrywka mu przecież, raz na tydzień, przy sobocie, należy się. - A mnie nic nie należy się?... Pocóż się ze mną żenił,
skoro go nigdy na oczy nie widzę? Murek uśmiechnął się: - No, bo w nocy ciemno. - My już dziesięć lat ze sobą żyjem - machnęła ręką, - to
i ta noc żadna antrakcja. Spojrzał na nią uważniej. Była brzydka, chuda i koścista,
a w dodatku, chociaż blondynka, skórę na łydkach i rękach, aż do
łokcia, miała mocno owłosioną. Na górnej wardze zaznaczały się
wyraźne wąsiki, a pod dolną, rzadziutka, jakby hiszpańska, bródka.
Ruchy miała żywe, zręczne, drażniące, spojrzenie zaczepne, uśmiech
miły. - To pani nudzi się - zagadnął. - A pewno. - Żeby pani należała do partji, tobyście razem, z mężem,
tam pracowali. - Poco mi to? Bo to ja mało mam roboty w domu? A nudno, bo
niema do kogo przemówić. Ot, dziś pan jest, to już tu siedzę i panu
głowę zawracam. - Cała przyjemność po mojej stronie - skłonił się z
kurtuazją, - a czy... czy mąż nie boi się zostawić tak żonę z obcym
człowiekiem? - Albo pan mnie zje? - zaśmiała się z wyraźną kokieterją. - Zjeść, nie zjem, ale jabym na miejscu paninego męża, nie
ryzykował. - On - zaśmiała się - mówił, że pan jest bardzo poważny
człowiek. Zaprosiłbym go, powiada, na jednego "Pod Łabędzia", ale
on nie taki. Solidny, powiada, nietrunkowy. Czy pan naprawdę jest
ważną figurą w partji? - Zależy, co kto uważa za ważność - odpowiedział
wymijająco. - A pan kawaler? - Kawaler. - Najlepszy stan - westchnęła, - a może panu co potrzeba? - Owszem. Jeżeli pani będzie wychodzić na ulicę, to
poproszę kupić mi kilka dzienników. - Dlaczego nie mam wyjść. Tylko, niech pan powie, jakie? Podał jej tytuły, wręczył złotówkę i czekał. Słyszał przez
cienką ścianę, jak podśpiewywała sobie mocnym ostrym głosem,
zabierając się do wyjścia. - Baba oczywiście ma ochotę na wykorzystanie okazji -
myślał. - Pewno z każdym partyjnym, który tu się ukrywa. Cóż,
prawdziwa żona komunisty. Wspólna własność, psiakrew. A ten mąż,
idjota, jest przekonany, że nikt go nie okradnie. Solidny
towarzysz!... On takiemu solidnemu towarzyszowi daje schronienie,
naraża się dla niego, karmi go, a ten używa mu jego żony. Oto
moralność ludzka!... Świństwo.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.