Drugie przykazanie - Marcin Królik

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (16,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Ta książka jest owocem podwójnego powrotu.

Ten pierwszy to powrót do literatury po kilku latach zajmowania się zupełnie innymi sprawami oraz do bliskich mi niegdyś konwencji horroru, thrillera i ogólnie pojętej niesamowitości. To od tych klimatów zaczęła się moja przygoda z pisarstwem i to do nich na nowo, całkowicie naturalnie, ponownie zdryfowałem, kiedy owe "zupełnie inne sprawy" się w moim życiu zakończyły.

Na tej fali napisałem moją poprzednią powieść - a zarazem pierwszą rzecz beletrystyczną po ośmiu latach od debiutu - czyli "Spełnienie". Mogę bez cienia przesady stwierdzić, że praca nad nim przetarła w mojej głowie mentalny i artystyczny szlak do narodzin "Drugiego przykazania".

Ale jest jeszcze ten drugi powrót, który podczas pisania "Spełnienia" był wciąż przede mną. Powrót do chrześcijaństwa. A co za tym idzie - pytanie, jak mogę zintegrować to, w co wierzę, z tym, co mnie kręci w literaturze.

Zacząłem się więc mocno stykiem tych dwóch rzeczywistości interesować. I tak trafiłem na cały rozległy obszar tzw. kultury chrześcijańskiej, tworzonej głównie przez amerykańskich protestantów - przede wszystkim filmów i książek, ale też eksplorowanych w nich motywów. Muszę się przyznać, że dość dogłębnie "przeryłem" ten temat, przy okazji zastanawiając się, czy może przypadkiem nie jest to droga, którą warto byłoby pójść.

Praca nad "Drugim przykazaniem", którego pomysł wpadł mi do głowy latem 2020 roku, upewniła mnie, że... no cóż, i tak i nie. Tak, bo na dłuższą metę nie podobna oddzielić poglądów autora od jego dzieła, a nie, bo każdy schematyzm prędzej czy później zabija sztukę.

Ta książka nie jest więc typową "Christian novel" wedle ścisłej wykładni tego, co taką powieść określa. A wierzcie mi: tych wytycznych istnieje całkiem sporo. Z pewnością na tyle dużo, bym mógł zyskać pewność, że nigdy nie zostanę "pisarzem chrześcijańskim" w takim rozumieniu, w jakim czuję się na przykład autorem horrorów czy thrillerów. Natomiast niewątpliwie stanowi wyraz moich przekonań, a także zapis fascynacji, które mnie do jej stworzenia natchnęły.

I teraz kilka słów właśnie o nich.

Choć sama fabuła jest całkowicie fikcyjna, zszyłem ją z kilku prawdziwych wydarzeń oraz ludzi, którzy byli ich bohaterami. I tak po kolei.

Detektywistyczne nawrócenie Claya to przepisana nieomal jeden do jednego historia Lee Strobela - młodego, ambitnego reportera ateisty, który po przyjęciu Chrystusa przez swoją żonę postanowił ją z tej fantasmagorii "wyleczyć", a żeby tego dokonać, przeprowadził śledztwo mające wykazać, że Chrystus to mit. W efekcie sam się nawrócił i został pastorem oraz niezwykle popularnym apologetą. Swoje doświadczenia opisał w bestsellerowej książce "Sprawa Chrystusa", która w 2017 roku została zekranizowana.

Wypadek i wizyta Claya w Niebie to z kolei przypadek Dona Pipera - pastora, który, tak jak Clay, zderzył się z ciężarówką, wracając do domu z konferencji. Przeżycie to opisał w książce "90 minut w Niebie" - także zekranizowanej. Podobnych pamiętników opisujących analogiczne historie jest zresztą znacznie więcej. Nie oceniam ich jakości ani prawdziwości - po prostu odnotowuję sam fenomen.

W późniejszej "karierze" Claya jako religijnego oszusta niektórzy czytelnicy z pewnością bez trudu dosłyszą echo działalności Jima Bakkera i jego żony Tammy Faye Messner, którzy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych osiągnęli status chrześcijańskich celebrytów, który w proch rozbił szereg afer finansowo-obyczajowych.

Co zresztą ciekawe, nie inspirowałem się bezpośrednio ich historią. Przestępczą odyseję Claya i Josie oparłem na dwójce głównych bohaterów nakręconego w 1989 roku Z-klasowego horroru "Wyznawcy szatana". Dopiero po niewczasie zorientowałem się, że jego twórcy najwyraźniej czerpali pełnymi garściami z afery Jima i Tammy Faye, którą wtedy żyły całe Stany Zjednoczone.

I wreszcie kwestia kluczowa, czyli negująca potępienie i piekło teologia, którą pod wpływem nauk Blaise'a Zellera tworzy Clay. Co prawda samo zjawisko apokatastazy jest niemal tak stare jak Kościół, ale ja opierałem się na naukach wielebnego Carltona Pearsona - ewangelikalnego kaznodziei i telewizyjnego gwiazdora, który w latach dziewięćdziesiątych zaczął głosić bardzo podobne teorie jak Zeller. Nazwał to "ewangelią włączenia".

Postać Pearsona również poznałem dzięki filmowi, konkretnie dramatowi biograficznemu pt. "Come Sunday" z 2018 roku, na który natknąłem się kiedyś na Netfliksie.

Aczkolwiek warto zauważyć, że ludzi głoszących podobne herezje jest więcej. W Polsce w tym kontekście często wymienia się ks. prof. Wacława Hryniewicza. Niedawno zaś o uprawianie apokatastazy był oskarżany o. Adam Szustak - słynny internetowy kaznodzieja o kosmicznych zasięgach.

A ja nie zamierzam ukrywać, że wprowadzenie do powieści tego wątku oraz pokazanie jego katastrofalnych implikacji to z mojej strony rodzaj polemiki - nie tylko z Pearsonem czy Szustakiem, ale z całym zarysowującym się w Kościele modernistycznym nurtem próbującym zastąpić radykalizm Ewangelii ugodowością wobec oczekiwań dzisiejszego świata.

A resztę możecie sobie, Drodzy Czytelnicy, dopowiedzieć już sami. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.

Rozdział 1

Clay Dawson nigdy nie podzielał przekonania, że tragiczne wydarzenia, takie jak wypadki czy śmierć, są poprzedzane przez nadzwyczajne znaki. W swoim życiu był skłonny uwierzyć w naprawdę sporo rzeczy - przez pewien okres, zanim oddał serce Jezusowi, wyrażał nawet przeświadczenie, że Wszechświat wziął się znikąd - ale nie w to. Najpierw po prostu dlatego, że uważał to za głupie, a po nawróceniu zaczął traktować to jako niedopuszczalny dla chrześcijanina przejaw pogaństwa.

- To racjonalizacja po fakcie - oświecił Marci Law, kiedy mniej więcej miesiąc po śmiertelnym w skutkach wylewie męża zwierzyła mu się, iż nawiedzają ją wyrzuty sumienia, że nie odczytała jakichś rzekomych, a dopiero teraz dla niej oczywistych, sygnałów i nie skłoniła Franka do pójścia do lekarza. - W ten sposób próbujemy samych siebie usprawiedliwiać - dodał, widząc na jej twarzy brak przekonania. - Nie musisz się o nic obwiniać, Marci.

Trzymał się tego poglądu konsekwentnie również po styczniowym poranku w dwa tysiące czwartym, który wywrócił całe jego życie do góry nogami.

Owszem, sporadycznie ogarniała go pokusa doszukiwania się jakichś symptomów, uporczywego analizowania wszystkiego od chwili, gdy kwadrans po szóstej zamówiony poprzedniego wieczoru telefon z recepcji wyrwał go ze snu, ale szybko ją odpędzał. Nie irytowało go to. Przyjął założenie, że w jego sytuacji jest to zupełnie naturalny proces, niemniej bardzo się pilnował, by mu nie ulegać. Nie wykluczał, że być może postępuje tak, bo nie chce przed samym sobą wyjść na chwiejnego, podatnego na zmiany stanowiska pod wpływem okoliczności. Cóż, mogło tak rzeczywiście być. Brał to jednak na klatę.

Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z tkwiącej w takim nastawieniu pułapki. Raz już w nią wpadł.

W połowie college'u poznał Wendy i jako zatwardziały, a nawet w pewnym zakresie wojujący, ateista postanowił wyleczyć ją z naiwnej, kompletnie niedzisiejszej wiary w bajeczki o palestyńskim buntowniku, który niczym filmowy zombie po trzech dniach opuścił grób. Ponieważ nie trafiały do niej żadne argumenty, wpadł na pomysł przeprowadzenia czegoś w rodzaju śledztwa, które miałoby wykazać, że cała historia o Jezusie to mieszanina zabobonów, legend, półprawd i propagandowych manipulacji dokonywanych przez jego pierwszych czcicieli w celu uprawdopodobnienia swojej religii.

W obalanie dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa zaangażował się z pasją współmierną do uczucia, jakie żywił wobec Wendy. Niestety im głębiej brnął w temat - a w ramach swojej krucjaty poleciał nawet do Kalifornii, gdzie spotkał się z pewnym anatomopatologiem, który wszem i wobec udowadniał, że teoria, jakoby Jezus mógł przeżyć ukrzyżowanie, jest niedorzeczna z medycznego punktu widzenia - tym bardziej nic mu się nie kleiło.

Przez dobrych kilka tygodni uprawiał przeciąganie liny z samym sobą. W miarę jak kolejne zdobywane porcje wiedzy podkopywały gmach jego niewzruszonych materialistycznych dogmatów, nasilał się w nim coraz bardziej desperacki odruch obronny. I polegał on nie tyle na wzbranianiu się przed zmianą przekonań, co właśnie na obawie przed okazaniem się niekonsekwentnym.

Ale w końcu uległ.

- Wiesz - wyznała mu Wendy, kiedy przyszedł do niej skruszony z zamiarem wyjawienia, że też pragnie przyjąć Jezusa - przez cały ten czas modliłam się, żeby Bóg zabrał ci serce z kamienia i dał serce z ciała. I wysłuchał mnie. Clay, On to sprawił!

Sam już nie pamiętał, ile razy przytaczał tę anegdotkę. W którymś momencie stała się jego numerem popisowym. Poświęcił jej artykuł w The Christian Citizen, a niedługo później właśnie nią zainaugurował swoją posługę w Claremont. Kiedy mówił, ciężarna Wendy stała obok niego przy pulpicie, rumieniąc się i co chwila mocniej ściskając jego dłoń. Parafianie - a wśród nich Marci i Frank Lawowie - nagrodzili opowieść gorącą owacją.

O swoim - jak je żartobliwie nazywał - detektywistycznym nawróceniu opowiedział również na konferencji zorganizowanej przez Stowarzyszenie Baptystycznych Pastorów Nowej Anglii w Bennington, czyniąc ją punktem wyjścia dla swojego referatu o nowych metodach ewangelizacji w obliczu wyzwań stawianych przez dwudziesty pierwszy wiek. Słuchacze oczywiście byli oczarowani.

Wielu z nich dało mu to zresztą odczuć podczas stanowiącego ostatni - półoficjalny - punkt konferencji wieczornego bankietu. Roy Betford namawiał Claya do napisania książki, w której pokazałby krok po kroku, jak przystępnymi dla przeciętnego człowieka narzędziami naukowymi wykazać prawdziwość Ewangelii. Na uwagę, że byłaby to co najwyżej kolejna kropla w istnym oceanie podobnych publikacji - z niektórych Clay przecież sam korzystał - Roy odparł z właściwą sobie kordialnością, że takich kropel nigdy dość.

- To jest wojna, stary, wojna o dusze najmłodszego pokolenia - podsumował. - A my powinniśmy sięgać po strategie opatentowane przez naszego przeciwnika. Dziś, mój przyjacielu, nie wystarczy autorytatywnie orzec, że Bóg istnieje, a jeśli nie będziesz Go słuchał, to czeka cię nieciekawy los. Ty sam najlepiej wiesz, co oni na tych wszystkich uniwersytetach wyprawiają z Biblią. Trzeba grać ich chwytami. I nie brać cholernych jeńców!

Clay obiecał, że zastanowi się nad książką, po czym natychmiast zagrzebał to w najgłębszych pokładach niepamięci.

Bankiet skończył się tuż przed północą i kiedy w nielicznych chwilach ulegania pokusie doszukiwania się znaków Clay odtwarzał w pamięci jego przebieg, naprawdę nie znajdował nic, co mogłoby świadczyć, że Bóg dawał mu jakieś dyskretne przestrogi.

Na nic podobnego nie natrafił też we wspomnieniach z następnego poranka. Słuchawkę podniósł po czwartym sygnale, podziękował za budzenie, a następnie zmusił się do wygrzebania się z ciepłej pościeli i zaciągnięcia swojego półprzytomnego ciała pod prysznic. Stojąc pod strumieniem letniej wody zachodził w głowę, dlaczego właściwie nie mógłby wyjechać później. Bennington i Claremont dzieliło zaledwie nieco ponad pięćdziesiąt pięć mil, które nawet przy kapryśnej nowoangielskiej pogodzie o tej porze roku dałoby się bez większych problemów pokonać maksymalnie w dwie godziny.

Ubrał się i podniósł roletę. Za oknem przywitał go bury półmrok. Ze spiętrzonych nisko chmur sączyła się wstrętna zupa z na wpół zamarzniętego deszczu i brudnego śniegu. To przywiodło go do myśli, że być może jednak dobrze zrobił, decydując się wyjechać wcześniej. Jego pięcioletni Ford Focus nawet z zimowymi oponami nie nadawał się do szarżowania po drodze - nawet jeżeli była nią międzystanowa autostrada numer 91, regularnie odśnieżana i posypywana chlorkiem sodu.

Wrzucił rzeczy do torby i zjechał windą na parter. Przy recepcji kręciło się kilku uczestników konferencji. Wśród nich był również Roy Betford, który od razu go dostrzegł i zamachał do niego przyjacielsko.

- Naprawdę pomyśl o tej książce, stary - powiedział, potrząsając energicznie dłonią Claya.

Clay ponowił obietnicę, po czym znów nakazał sobie o niej zapomnieć. Betford zaproponował wspólne śniadanie w hotelowej restauracji. Clay obawiał się, że będzie mu wiercił dziurę w brzuchu w kwestii książki, lecz Roy go oszczędził.

Dwadzieścia po siódmej Clay ruszył z hotelowego parkingu i udał się w drogę do domu, która miała odmienić całą jego przyszłość. Czego - jak konsekwentnie utrzymywał przez kolejne lata - absolutnie nic nie zapowiadało. Do zrewidowania owej kategorycznej opinii nie zdołał go przekonać nawet Roy, który opuścił hotel pół godziny później i trafił w sam środek piekła z Clayem w roli głównej. Co jak najbardziej uznał za nadprzyrodzoną ingerencję Opatrzności i przy każdej nadarzającej się okazji to podkreślał.

- Bóg chciał, żebym znalazł się dokładnie w tamtym miejscu o dokładnie tej porze - tłumaczył Clayowi cierpliwie, jak niezbyt pojętnemu uczniowi. - Myślę, że z czasem ty też to zrozumiesz i zaczniesz na to patrzeć w ten sposób. Nie widzę innej możliwości.

Ale to było później - znacznie później. Na razie Clay delektował się kojącym ciepłem we wnętrzu forda i wizjami relaksu w domowym zaciszu. Kiedy przyjedzie, dom będzie pusty, bo Wendy i Brian pojadą do szkoły. Zanim wrócą i rzucą mu się na szyję, będzie miał kilka godzin na leniwe przełączanie kanałów, czytanie i ogarnięcie najpilniejszych spraw związanych z parafią, których przez dwa dni nie powinno się zbytnio nagromadzić. Wendy na bieżąco załatwiała wszystko, co była w stanie. Czasem naprawdę go zadziwiała. A owo zadziwienie zawsze było podbite solidną dawką czułości. Nie sądził, że to możliwe, ale z każdym rokiem kochał ją coraz silniej - ją i Briana.

Dlaczego więc do niej nie zadzwonił? Mógł to zrobić zaraz po przebudzeniu lub tuż przed wyjazdem. A jednak jakoś mu to umknęło. Rozmawiali tuż przed bankietem. Powiedział jej, o której zamierza wyjechać, i uznał, że to wystarczy, ale teraz zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia - z każdą chwilą coraz bardziej natarczywe.

Żeby je zagłuszyć, sięgnął do schowka po stronie pasażera i wyjął jedną z tkwiących tam zawsze płyt. Po omacku wyłuskał krążek z plastikowego pudełka i wsunął do odtwarzacza. Z głośników popłynęło How Great Is Our God. Miękki tenor Chrisa Tomlina natychmiast poprawił mu nastrój. Nawet szara mglistość poranka wydała mu się nieco jaśniejsza, a wycieraczki zgarniające z przedniej szyby lodowatą breję nabrały dostojnej posuwistości.

- On przyobleka się w światłość, a ciemność usiłuje się skryć i drży na dźwięk Jego głosu; jak wspaniały jest nasz Bóg - śpiewał tymczasem Chris Tomlin.

O wpół do dziewiątej Clay, ukołysany muzyką i optymistycznie nastawiony do świata, przejechał przez Brattleboro. Śnieg z deszczem przeszedł w drobną, lecz zawzięcie siekącą karoserię krupę. Nadal było szaro i mgliście. Claya mijało niewiele samochodów, a jeśli już, były to przeważnie ciężarówki i furgonetki dostawcze. Powoli zbliżał się do mostu nad West River. Kiedy jego kształt w końcu wynurzył się z lepkiej, zawiesistej mgły i zamajaczył przed maską Forda, Clay zastanawiał się nad rolą popkultury w dziele ewangelizacji. Ciekawą prelekcję na ten temat wygłosił wczoraj Zack French - znawca i popularyzator chrześcijańskiego kina.

Pokazywał wykresy, z których wynikało, że dystrybucja chrześcijańskich filmów na kasetach wideo i płytach DVD prawie dorównuje tym z szeroko rozumianego głównego nurtu. Kreślił wizję ekspansji chrześcijańskich treści w dobie rozwoju Internetu. Przewidywał, że najdalej za dwadzieścia lat chrześcijański przemysł rozrywkowy urośnie do rozmiarów potęgi dorównującej niejednej hollywoodzkiej wytwórni.

Clay był zdania, że Zack daje się ponieść przesadnemu optymizmowi. Niemniej gdy teraz rozważył tę kwestię na spokojnie, doszedł do wniosku, że sugestia Roya wcale nie musi być taka głupia. Czy byłby w stanie napisać książkę, a może nawet scenariusz filmu o swoim nawróceniu? Historia przemądrzałego ateisty, rzucającego na prawo i lewo cytatami z Bertranda Russela, który zakochuje się w wierzącej dziewczynie i zamiast przeciągnąć ją na swoją stronę, sam odnajduje Jezusa, mogłaby być całkiem zabawna, a przy tym pouczająca.

Oczyma wyobraźni ujrzał nagle początkowe sceny tego hipotetycznego filmu oraz czołówkę ze swoim nazwiskiem jako pomysłodawcy.

Chwilę później, zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, ujrzał wyrastającą tuż przed maską czerwoną kabinę pędzącej niczym taran ciężarówki z naczepą. Poczuł, jak jego mózg zalewa eksplozja adrenaliny, i w ostatnim rozbłysku przeraźliwie jasnej świadomości sytuacji, w której się znalazł, zdążył jeszcze pomyśleć, że jeśli jakimś cudem wyjdzie z tego żywy, będzie miał nowy numer popisowy, przy którym ten o śledztwie okaże się dziecinną czytanką na dobranoc.

Jeśli przeżyje. W co miał jeszcze czas zwątpić.

A potem...

Rozdział 4

Śniło mu się, że znowu jedzie międzystanową dziewięćdziesiątką jedynką. Znowu padał ten zdradliwy brudny śnieg, a w głośnikach Chris Tomlin wychwalał wspaniałość Boga. Jedynie mgła wydawała się o wiele gęstsza i bardziej nieprzenikniona niż w rzeczywistości. Przez nią czuł się tak, jakby był ostatnim pozostałym przy życiu człowiekiem na świecie. Wiedział jednak, że to nieprawda, bo przeznaczenie - boskie, a może szatańskie, czego w późniejszych latach nie wykluczał - zbliża się do niego nieuchronnie.

I rzeczywiście, w ułamku sekundy z nicości zmaterializował się czerwony przód kabiny. Później dowie się, że za kierownicą siedział dwudziestotrzyletni Jimmy Walsh, który właśnie tego poranka wyruszył w swój pierwszy po uzyskaniu uprawnień kurs, i żeby dodać sobie nieco odwagi, zapalił skręta. Firma przewozowa, która go zatrudniła, wypłaci Clayowi i Wendy Dawsonom tłuste odszkodowanie, a Walsh pójdzie na pięć lat za kratki.

Clay odwiedzi go w więzieniu, gdy poczuje się na siłach, by to zrobić. Chłopak ze łzami w oczach będzie błagał o przebaczenie i Clay jako gorliwy chrześcijanin, a także pastor i ojciec, który pragnie dać synowi dobry przykład właściwej postawy, udzieli mu go. Tym bardziej że dzięki Walshowi odkrył nowy sens życia oraz - jest tego najzupełniej pewny - jeszcze głębszą wiarę. O ile bowiem wcześniej jego wiara opierała się jedynie na poznaniu rozumowym, o tyle dzięki nadprzyrodzonemu doświadczeniu zyskała wymiar mistyczny.

Ale na razie cały jego horyzont - zarówno przestrzenny, jak i czasowy - ogranicza się do wyszczerzonego pyska kenwortha, który za chwilę zrobi z niego dżem.

- On przyobleka się w światłość, a ciemność usiłuje się skryć i drży na dźwięk Jego głosu - zawodzi Chris Tomlin.

I nagle pstryk! Czyjś niewidzialny kciuk - boski, a może szatański, czego Clay w następnych latach nie będzie wykluczał - zmienia kanał. Całe pole widzenia Claya wypełnia nieprawdopodobny biało złoty blask. Jest równomierny, zupełnie jakby to sama przestrzeń, w której się znalazł, świeciła. Odruchowo próbuje zmrużyć powieki, ale bez szczególnego zdziwienia odkrywa, że nie ma żadnych powiek. Zresztą nie musi, bo szybko orientuje się, że ta jasność, choć swoją intensywnością przewyższa słońce, gdy patrzy się wprost na nie, wcale go nie razi.

Nie ma powiek ani w ogóle ciała. Jest samym, uwolnionym z pęt materii, patrzeniem. Ale również i zrozumieniem. Wie, że z chwilą, gdy jego jaźń odłączyła się od fizycznego mózgu, uzyskał dostęp do wszechwiedzy nazywanej przez niektórych kosmiczną świadomością, a przez innych uniwersalnym umysłem, prajednią, Akashą, lub po prostu Bogiem.

Wie, gdzie się znajduje, oraz dlaczego się tu znalazł.

Tylko że... tylko że to nie jest powtórka z doświadczenia sprzed ośmiu lat, lecz sen, więc błyskawicznie dostrzega istotne różnice w stosunku do tego, co zapamiętał.

Przede wszystkim na spotkanie nie wychodzą mu dusze. Kiedy wreszcie jest w stanie dostrzec cokolwiek poza tą niesamowitą, olśniewającą światłością, zdaje sobie sprawę, że stoi na środku jakiegoś dużego pomieszczenia. Był tu kilka godzin wcześniej. To aula w Elsinore Christian Center, tyle że bez publiczności. Rzędy krzeseł są puste, a światło, które wcześniej wziął za niebiańskie, to nic innego jak popołudniowe słońce wpadające ukośnymi smugami przez wysokie okna.

Stoi przodem do sceny, na której przemawiał. Widzi ogromny drewniany krzyż zawieszony na błękitnym, podświetlonym od góry punktowymi lampkami płótnie. O ile jednak w rzeczywistości krzyż był pusty, o tyle teraz rozciąga się na nim naturalnych rozmiarów figura Chrystusa, przez co wnętrze bardziej przypomina katolicki kościół niż ośrodek propagujący jedność ponad podziałami. Brakuje tylko stołu ofiarnego i kielicha. Na lewo od krzyża stoją oparte o ścianę trzy fendery, a na prawo - wyposażone w te wszystkie bajeranckie efekty elektroniczne pianino marki Casio.

Coś jest rozsypane po podłodze. Clayowi przemyka absurdalna myśl, że to pewnie hostie. Ale to nie hostie - to fotografie. Clay kuca i podnosi jedną z nich. To zdjęcie zrobione podczas jego inauguracji w Claremont. On i Wendy promienieją radością, podczas gdy w jej brzuchu bez żadnych zakłóceń rozwija się Brian.

Na kolejnym podniesionym przez niego połyskliwym kartoniku są już we trójkę. Siedzą na trawie. To chyba piknik, który urządzili sobie z okazji czwartego lipca tuż przed drugimi urodzinami Briana. Byli tacy szczęśliwi, tak optymistycznie patrzyli w przyszłość mimo ogólnie niewesołej sytuacji na świecie, o kraju nie mówiąc.

Bierze jeszcze jedną. Nie jest zaskoczony, kiedy widzi na niej Josie. Jest ubrana w czarny spodnium i fioletową bluzkę bez rękawów, a jej natapirowane włosy wyglądają, jakby uderzył w nie piorun. Na dolnej wardze ma stary, już ledwie widoczny ślad uderzenia. Pamiątka po mężu, od którego w końcu uciekła. Efektu dopełnia kolczyk nad lewą brwią i ostry makijaż. Tak właśnie wyglądała w dniu, w którym ją poznał na stacji benzynowej w Benton.

- Koleś, podrzuć mnie do Wichita! - rzuciła bezpardonowo. - Albo dokądkolwiek, gdzie możesz - dodała, zreflektowawszy się, że mogła go speszyć swoją bezpośredniością.

W samochodzie opowiedziała mu całe swoje życie. Typowe dla dziewczyny o jej wyglądzie - jak uznał później. Ojciec pijak tłukł matkę jak worek treningowy, a ona tylko cudem uniknęła rozdziewiczenia przez niego jeszcze przed pierwszą miesiączką, co i tak nie uchroniło jej od pierwszej ciąży i skrobanki w wieku czternastu lat. A później wyszła za mąż za jeden do jednego kserokopię swojego starego. Właśnie od niego zwiała. Cóż, typowe, czyż nie?

- To co chcesz robić w Wichita albo gdziekolwiek? - zapytał ją półżartem.

- Bo ja wiem? - wzruszyła ramionami. - Pewnie koniec końców zostanę kurwą. - A ty co? - powiodła spojrzeniem po wnętrzu samochodu. - Jesteś jakimś nawiedzonym księżulem czy coś? Nie wyglądasz na gościa, który lubi posuwać ministrantów.

Opowiedział jej.

- Bez jaj! - zachichotała. - Chcesz mi wcisnąć kit, że jesteś jak ten cały... jak mu tam? No ten, co Jezus go z grobu zawołał.

Czy już wtedy chciał ją zerżnąć? Później doszedł do wniosku, że prawdopodobnie tak. Ponieważ jednak wstydził się do tego przyznać nawet przed samym sobą, całą energię przekierował na ewangelizowanie jej. Do samego Wichita prawił jej morały o miłości Chrystusa i tym, jak On nigdy nikogo nie odrzuca. Josie nieudolnie udawała, że słucha. Potem dał jej swoją wizytówkę z numerem telefonu i adresem mailowym. Przyjęła ją. Chętnie.

- Wiesz, kogo potrzebujesz? - usłyszał w słuchawce kilka miesięcy później, gdy już prawie zapomniał o incydencie (o grzesznych myślach nie mówiąc) w Benton. - Dobrego menadżera. Właśnie tak, padre. A ja znam kogoś, kto świetnie by się nadawał na to stanowisko.

- Naprawdę jesteś aż tak głupi, by uwierzyć, że ona już wtedy nie skumała, co ci tak naprawdę chodzi po głowie? - rozległo się za jego plecami. Teksański akcent był nie do podrobienia.

Powoli wypuścił fotografie z rąk i obrócił się niczym prowadzona przez lalkarza marionetka na sznurkach. W przejściu między rzędami pustych krzeseł stał wózek inwalidzki, a na nim siedział rozparty jak król krzepki Teksańczyk, który kilka godzin wcześniej prawdopodobnie położył kres jego karierze religijnego naciągacza. W kąciku jego ust tliło się cygaro, a roześmiane, otoczone siateczką zmarszczek oczy skrzyły przebiegłością. Clay pomyślał, że wcale by się nie zdziwił, gdyby dokładnie te same oczy eony temu oglądały upadek Adama i Ewy w Edenie.

- Rozgryzła cię - powiedział. - One takich świętoszkowatych bigotów jak ty wyczuwają na odległość. A na mnie się nie wściekaj. Dałem ci szansę się od niej uwolnić. Nie skorzystałeś - wolna wola, wielebny. Ale skoro dalej chcesz w to brnąć, to jeszcze się zabawimy. Tak, mój wielebny, jeszcze zatańczysz tak, jak ci zagram. Gwarantuję ci to. - Odrzucił głowę w tył i ryknął tubalnym śmiechem, który prawie powalił Claya na kolana.

W tej samej chwili od strony krzyża dobiegł suchy trzask podobny do odgłosu łamanej szczapki. Albo kości. Clay wiedział, że i ten widok nie zostanie mu oszczędzony. Ponownie więc odwrócił się twarzą do sceny.

Gipsowy Jezus dźwignął się na zmęczonych, omdlałych rękach. Clayowi natychmiast przypomniała się rozmowa z tamtym kalifornijskim anatomopatologiem.

- Czy zdaje pan sobie sprawę - perswadował usiłującemu za wszelką cenę ocalić swój chwiejący się światopogląd ateiście - że po ukrzyżowaniu Jezus, aby złapać oddech, musiał się podciągać? Został dosłownie zmasakrowany - ślady na Całunie Turyńskim wskazują, że zadano Mu w sumie około sześciuset obrażeń - a mimo to, żeby zaczerpnąć powietrza, musiał szorować odartymi ze skóry plecami po sękatej belce i wspomagać się rękami, w których tkwiły ogromne gwoździe. On się na tym krzyżu dosłownie dusił. I trwało to dobrych kilka godzin. Wyobraża pan sobie tę męczarnię?

Gipsowe powieki otworzyły się. Nie zobaczył jednak oczu, bo całe oczodoły wypełniała krew, która oleistymi strużkami zaczęła spływać na policzki, a z nich na brodę. Po chwili rozwarły się też okolone gipsowym zarostem usta. Kłębiły się w nich tłuste białe pędraki, które natychmiast zaczęły się wyślizgiwać, czemu towarzyszył ohydny mlaskający odgłos.

- Przez cały ten czas - powiedziała figura głosem Wendy - przez cały ten czas modliłam się, aby Bóg zabrał ci serce z kamienia i dał serce z ciała. I wiesz co, Clay? Spieprzyłeś to! Spieprzyłeś dokumentnie wszystko!

Clay krzyknął i obudził się. Przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje, ani czy krzyczał tylko we śnie. W pokoju było zupełnie ciemno, jeśli nie liczyć przesączającego się przez szczeliny między żaluzjami czerwonego poblasku neonu na frontonie motelu. Josie leżała zwinięta w kłębek i obrócona do niego plecami. Chrapała jak lokomotywa. W tej chwili nie czuł wobec niej nic prócz skrajnego obrzydzenia i nienawiści. Nie był w stanie uwierzyć, że przed kilkoma godzinami zdołała doprowadzić go do erekcji.

Wstać, ubrać się i po prostu ją tu zostawić. Tę sukę!

Ale oczywiście ani drgnął. Czekał, aż przejdzie fala wstrętu i nieodzownie z nim związanej świadomości tego, w co zmieniło się jego życie. W co sam je zmieniłeś - poprawił się. Gdy to nastąpiło - a następowało zawsze - przywołał sumienie do porządku niezawodnym argumentem, że z pewnych dróg nie da się już zawrócić, choćby nie wiem jak się chciało. A on chyba aż tak bardzo nie chciał.

No bo skoro Josie udało się go zwieść, to widocznie miał w sobie coś, co to umożliwiło. Widocznie nie był aż tak szlachetny, jak niegdyś o sobie sądził. Cóż, zdarza się. A poza tym Josie przecież miała kilka zalet, prawda?

Nim zdążył udzielić sobie kolejnej bałamutnej odpowiedzi, zasnął.

Rozdział 6

Przez blisko godzinę krążył bez celu po ulicach, choć podejrzewał, że najpewniej i tak zakończy przechadzkę w którymś z rozsianych po okolicy barów. Póki co odwlekał ten nieunikniony moment. Rzeczywiście za dużo ostatnio pił. Może nie było to jeszcze coś, czym powinien zacząć się martwić, ale przyjemne drżenie, jakie rozlewało się po jego brzuchu na myśl o dowolnym płynie z procentami, nie wróżyło dobrze. Picie zbyt często jawiło mu się jako jedyne remedium na tkwienie w permanentnej tymczasowości.

Po ewakuacji z Kalifornii zaszyli się w Wichita z myślą, że przeczekają burzę, i bez jakiegokolwiek planu na przyszłość. Burza okazała się mniejsza, niż przypuszczali. Poza wzmiankami w kilku chrześcijańskich mediach, w których Clay i tak od dawna figurował na czarnych listach, a teraz uzyskały jedynie potwierdzenie, że pobłądził, oraz, rzecz jasna, natychmiastowym zerwaniem kontraktu przez SalvaVision, nie wydarzyło się właściwie nic. Nie nastąpił nawet zalew maili od rozczarowanych sympatyków, którego Clay najbardziej się obawiał. Właściwie znaleźli się w próżni. Może przez jakiś czas łudzili się, że jest ona okiem cyklonu, w końcu jednak i ten miraż prysł.

Hałaśliwy, otępiały od nadmiaru szumu informacyjnego i rzygający wypluwanymi z prędkością karabinu maszynowego ideami dwudziesty pierwszy wiek wynalazł nową broń na czarownice, znacznie skuteczniejszą niż stosy, kamienowanie czy stryczek. A było nią przemilczenie. Po prostu - z dnia na dzień nagle przestawałeś kogokolwiek obchodzić. W jednej chwili jesteś wrogiem publicznym, w następnej możesz spokojnie wejść do sklepu czy wsiąść do metra i nie być przez nikogo rozpoznanym. Stajesz się przeźroczysty jak duch.

Jak duch, którym już byłeś - pomyślał gorzko. - Którym już byłeś i którym powinieneś był pozostać. A co do przemilczenia... nie, to nie jest dobre słowo. Przemilczenie zakłada intencjonalność, celowość, a tu jest najwyżej... zimna obojętność. Nikogo nie obchodzisz. Nigdy nie obchodziłeś. Byłeś ważny tylko o tyle, o ile zaspokajałeś ich metafizyczne tęsknoty. Josie miała rację - oni tego potrzebują, choćby za cenę oszustwa. Dostali, co chcieli, a potem przełączyli kanał. A maszynka mieli dalej.

Czyżby odzywała się w nim megalomania? Nie, to nie to. Nie był chyba aż tak próżny. Może więc podświadoma potrzeba bycia ukaranym? Tak, to już prędzej. Przez te wszystkie miesiące po ucieczce z Lake Elsinore oczekiwał, że coś się wydarzy. Bał się tego, ale w gruncie rzeczy też tego pragnął. Tak, pragnął tego. Pragnął tego, bo...

- Bo taki jest, kurwa, naturalny porządek rzeczy - wymamrotał pod nosem. - Bo kiedy zawinisz, musisz ponieść karę. Zwłaszcza jeśli popełniłeś pieprzone bluźnierstwo. Bo jeśli nie spotykają cię żadne konsekwencje, to... to... No, wysil makówkę, wielebny. To... chcesz się ukarać sam. Tak to chyba działa, co nie?

- Idź, rzuć się pod pierwszy lepszy samochód i wracaj do swojego złotego miasta! Idź, bo chyba tylko na tym ci zależy!

Tak... może i z tym Josie miała rację. Czy przez cały czas od odzyskania w szpitalu przytomności nie marzył o powrocie do tego cudownego miejsca, z którego został tak brutalnie wyrwany? Kiedy Roy uzmysłowił mu, że być może to doświadczenie spotkało go, by mógł pomagać innym, rzeczywiście odczuł chwilową ulgę, a potem rzucił się jak wariat w wir głoszenia, ale czy w gruncie rzeczy nie była to racjonalizacja? Czy gdzieś podprogowo przez te wszystkie lata nie drążył go robak tęsknoty? Czy nie czuł się... no jak? Nie stąd? Nie do końca realnie? Jak podróżny, który przyciął komara w autobusie i nagle budzi się spanikowany, nie rozpoznając widoku za szybą?

Rzucić się pod pierwszy lepszy samochód. Kusząca perspektywa. Mógłby to zrobić nawet teraz. Sądził, że byłby w stanie się przełamać. Problem tylko w tym, że niekoniecznie musiałoby się to zakończyć powrotem do Nieba. Przy jego parafii w Claremont działała grupa AA. Prowadził ją wspaniały facet imieniem Don. Wyznał raz Clayowi, że kiedy sięgnął już dna, przed myślą o samobójstwie powstrzymywał go tylko wyniesiony z dzieciństwa strach przed piekłem. Gdyby nie ta kotwica, dawno strzeliłby sobie w czoło albo zawisł na krawacie z paska od spodni.

A czy on bał się wiecznego potępienia? Zastanowił się nad tym. Za to, co robił z Josie, prawdopodobnie i tak zasłużył na otchłań. Być może gdyby był katolikiem, wierzyłby w to silniej, ale i ta wiara, której się nauczył, w zupełności mu wystarczyła. Pewnie więc i tak tam trafi, niemniej gdyby stało się to w wyniku samobójstwa, dodatkowo zbrukałby pamięć o tej najświętszej rzeczy, jaka zdarzyła mu się w życiu.

Nagle się zatrzymał. Co on właściwie bredził! Czy stagnacja, w której obecnie tkwił, aż tak wjechała mu na dekiel? I jeszcze na dodatek wspaniale wpływające na samopoczucie towarzystwo Josie. Nie, nie, to jakiś zaklęty krąg. Oboje dostawali świra. Taka była prawda. Może faktycznie powinni wyjechać, ruszyć się, zrobić cokolwiek. Może nawet na tej cholernej Florydzie.

Kiedy w końcu rzeczywiście zdryfował do wodopoju - a była nim melancholijna bluesowa spelunka sprawiająca wrażenie skrojonej w sam raz pod zblazowanych księgowych i rozwiedzione sekretarki - czuł się nieco lepiej. Trochę bardziej osadzony w tu i teraz. Przy barowej ladzie medytowało dwóch krawaciarzy, a większość stolików świeciła pustkami. Za to za barem nudził się podstarzały rockers z siwymi pasmami w niegdyś kruczo czarnym kucyku i takiej samej koziej bródce. Clay uznał ten widok za tak konwencjonalny, że omal się nie roześmiał. Wdrapał się na okrągły stołek i zamówił butelkową Coronę.

Przez kilka minut kontemplował wylot szyjki, co jakiś czas pociągając lekko słodkawy płyn i nie myśląc o niczym konkretnym. Pod sufitem w rogu sali grał telewizor. Oczywiście z wyciszoną fonią, żeby nie zakłócać gitarowego smęcenia płynącego z głośników nad barem. Ogarnąwszy to wszystko swoimi pięcioma zmysłami, Clay po raz pierwszy od jakiegoś tysiąca lat poczuł coś na kształt zadowolenia z postaci świata, w którym przyszło mu żyć, i nakazał sobie zapamiętać tę miejscówkę. Gdy Josie znów za bardzo zalezie mu za skórę, tu poszuka ukojenia. I, cholera, znajdzie je. A może nawet znajdzie kogoś, komu będzie mógł postawić drinka?

Chciała kupić kościół. Ta głupia pinda zamierzała kupić kościół. Ja też mam marzenia, Clay. Chcę być żoną prawdziwego pastora, Clay. Coś wykombinujemy, Clay. Najpierw roztrwonimy resztki tego, co wyłudziliśmy od debili, którym najwidoczniej bardziej potrzebna była Madame Blavatzky niż duchowny, a potem będziemy się martwić, co dalej. Jesteśmy w tym dobrzy, Clay, słonko, co nie? Tak, jesteśmy w tym kurewsko dobrzy. Tak dobrzy, że w końcu trafimy do ciupy.

Hamuj, Clay, hamuj.

Tylko czy i w tym nie miała trochę racji? Może dlatego tak się na nią wściekł. Bo mówiąc, że dekują się tu, czekając na chuj wie co (błogosławiona niech będzie legendarna subtelność Josie), miała zafajdaną rację. Bo choć unikali tego tematu jak ognia, oboje doskonale wiedzieli, że nie mogą tak trwać w nieskończoność. Zwłaszcza że samo kupno kościoła i próba założenia tam ośrodka kultu nie były z definicji niczym nielegalnym. Takie były też przecież początki Elsinore Christian Center i co najmniej kilkunastu innych podobnych instytucji, z którymi miał do czynienia, gdy jeszcze posługiwał w Claremont, a potem przez krótki okres, gdy uczciwie objeżdżał kraj ze swoją historią o półtoragodzinnej wizycie w niebie.

Stanąć znowu za pulpitem, przemawiać do ludzi... Poczuł przenikający do samego szpiku dreszcz. Czy naprawdę miał już do tego zamknięte drzwi? Czy było przesądzone, że czegokolwiek się tknie, zamieni to w szwindel? A może Josie naprawdę miała dość? A jeśli nawet zaczęłoby ją kusić, mógłby mieć ją na oku i w odpowiednim momencie zareagować. A Floryda? Floryda była daleko. Niewykluczone, że nikt tam o nim nie słyszał.

Mógłby pogadać z Josie. Ale tak poważnie.

- Słuchaj no, mała - powiedziałby jej - to jest ostatnia szansa, jaką sobie dajemy, okej? Nie wolno nam tego spieprzyć. Będę cię pilnował. Siebie zresztą też. Wzajemnie się będziemy pilnować, zgoda? No to jak, umowa stoi? Czy mogę liczyć na twoje wsparcie?

Wlał w gardło kolejny haust Corony i od niechcenia zerknął na niemy telewizor. O mało nie wypluł piwa na blat. Na ekranie była Wendy. Dopiero teraz zwrócił uwagę na logo stacji. Była to Fox News, a Wendy perorowała o czymś, żywo gestykulując. Na pasku u dołu ekranu przewijało się coś o Planned Parenthood i milionach dolarów przekazywanych im przez administrację Obamy. Wendy wyglądała, jakby występowała nie w studiu telewizyjnym, lecz na antyaborcyjnym wiecu. Czy należała do którejś z tych grup, wystających pod klinikami z transparentami albo namawiających przyjeżdżające tam kobiety do odstąpienia od zabiegu? Clay nie potrafił sobie jej takiej wyobrazić.

Kiedy byli małżeństwem, nie przejawiała zadatków na polityczną aktywistkę. A choć z podglądania jej na Facebooku wiedział, co teraz stanowi treść jej życia, próba zwizualizowania jej skandującej slogany o holokauście nienarodzonych jakoś nie chciała mu przejść przez mózg. Miała to w sobie, tylko uśpione, czy sprawiło to ich rozstanie?

- Wszystko w porządku, kolego? - zainteresował się barman z siwiejącym kucykiem. - Nagle pozieleniałeś, jakbyś połknął w tym piwie mysz.

- Tak, wszystko gra - odparł Clay nieobecnie, po czym szybko dopił piwo, rzucił pieniądze na blat i wyszedł, dochodząc do wniosku, że szok wywołany widokiem Wendy musiał być po części spowodowany tym, że po raz pierwszy od ich rozstania zobaczył ją na żywo; niby za pośrednictwem ekranu, ale zawsze.

Zimne powietrze odrobinę go orzeźwiło, przywracając poczucie proporcji tego, co naprawdę ważne, względem spraw drugorzędnych. A Wendy należała mimo wszystko do tej drugiej kategorii. Miał teraz na głowie inne rzeczy.

Nadal krążył po mieście, nie chcąc jeszcze wracać. Złość na Josie już mu minęła i był absolutnie przekonany, że ona też ochłonęła. Pewnie teraz trzęsła się ze strachu, czy Clay faktycznie wróci. Czasem naprawdę zadziwiało go, jak bardzo bała się, że mógłby ją zostawić. Czasami nawet wydawało mu się, że ten jej obsesyjny lęk stanowi główne spoiwo ich relacji. Chociaż... czy tylko jej? Czy jego też w jakiś sposób nie przerażała perspektywa życia bez niej? Tego, że mógłby nie mieć na nie pomysłu, pogubić się w nim? Fakt faktem, odkąd - jak to nazywała - stworzyli drużynę, wszelkie pomysły były jej autorstwa. On tylko się dostosowywał.

A teraz miała pomysł na kupno kościoła i... właściwie na co dalej? Co tak naprawdę mieliby zrobić, a do tego zrobić tak, by koniec końców nie obróciło się w kolejne oszustwo? Czy rzeczywiście kryła się w tym jakaś szansa? I czy możliwe, że pochodziła od... Boga?

Ta myśl zupełnie naturalnie naprowadziła go na inną: o Łazarzu. Przecież po wskrzeszeniu przez Jezusa ten człowiek miał jakieś życie! Jakieś życie, w którym czasem bywało lepiej, a czasem gorzej. Ba, w którym on sam chwilami wznosił się na wyżyny świętości, a kiedy indziej pikował w okolice poziomu świni. Musiało tak być. Cudowne zmartwychwstanie nie pozbawiło go człowieczeństwa, a wraz z nim jego podstawowych atrybutów jak wolna wola i skłonność upadłej natury do błądzenia.

Tylko że Łazarz - przynajmniej według przekazów - spędził pozostałych czterdzieści lat przywróconego mu życia jako gorliwy głosiciel ewangelii; według jednych podań na Cyprze, według innych - na terenach dzisiejszej Francji - ale cała tradycja jest zgodna, że poświęcił się tej misji bez reszty, miał być za to nawet prześladowany. Więc choć teoretycznie cały czas zachowywał wolność, to czy w praktyce mógł dokonać innego wyboru? Czy jest to możliwe, gdy poznało się tajemnicę drugiej strony życia i dostąpiło łaski powrotu? Chyba że to, czego się doświadczyło, nie było...

- Przestań! - warknął sam do siebie. - Chociaż tej jednej rzeczy sobie nie odbieraj. Tej jednej pięknej i prawdziwej rzeczy.

Tak, dokładnie tak! - podjął entuzjastycznie jakiś nowy głos z głębiny jego umysłu. Nic jeszcze nie jest przesądzone. Wciąż jeszcze jesteś w grze. Pamiętaj o Piotrze. O tym, jak wiele razy zawiódł Mistrza, a ten mimo to powierzył mu klucze Królestwa. Właśnie tak. Tego się trzymaj. Czy wszystko w jakiś sposób nie służy zamysłowi Boga? Gdyby Piotr nie zaparł się Jezusa, zostałby najpewniej aresztowany i zabity, więc nie mógłby wypełnić zadania, do którego był przeznaczony. I Jezus doskonale o tym wiedział.

Nieźle, a więc teraz był syntezą Piotra i Łazarza. Robimy postępy, nie ma co. Pozostawała tylko jeszcze jedna drobnostka: czy on w ogóle nadal wierzył? Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo przez te wszystkie lata rozmieniania na drobne swojego nadprzyrodzonego doświadczenia zobojętniał na wiarę. Nie porzucił jej, nie zanegował, ale właśnie zobojętniał, ostygł, ogłuchł. W jakiś sposób odseparował się od niej.

A nawet jeśli, to co z tego? - zareagował natychmiast ten nowy głos. - Czy to cię dyskwalifikuje? Zrób pierwszy krok, a dalej to może się potoczyć już samo. Mógłbyś dosłownie zbudować swoją wiarę na nowo, mówiąc o niej innym. Mógłbyś sam siebie wyciągnąć z tych lotnych piasków. To jest możliwe. Wiesz o tym. Wiesz!

Nie, nie wiedział. Chociaż... nie wykluczał.

Rozdział 7

W szpitalu, gdy był już w stanie sklecić kilka sensownych myśli, nawet sobie nie wyobrażał, że doczeka dziesiątej rocznicy wypadku. Do licha! - nawet perspektywa dociągnięcia do pierwszej wydawała mu się równie abstrakcyjna jak fizyka kwantowa. Natomiast gdyby ktokolwiek powiedział mu wtedy, że jubileuszu nie tylko dożyje, ale że będzie spędzał go w subtropikalnych temperaturach typowych dla stycznia na Florydzie, na dodatek nie u boku Wendy, kazałby temu komuś wziąć rozpęd i rąbnąć głową w najbliższe drzewo.

Dziesięć lat nie wydaje się aż takim szmatem czasu. Nie, wcale nie, prawda? Im jest się starszym, tym szybciej on leci. Naukowcy zresztą mają swoje próbujące to wyjaśniać teorie. Coś z metabolizmem, czy jakoś w ten deseń. W każdym razie kiedy dziesięć lat zaczyna się w twojej świadomości upodabniać do dziesięciu dni, nie spodziewasz się, że może się w tym okresie zbyt wiele wydarzyć. Nie, jeśli masz rodzinę, w miarę stabilne zajęcie i pewność - na tyle, na ile w ogóle można ją mieć w tym zwariowanym świecie - że ten stan utrzyma się do twojej późnej starości.

To wszystko ma jeden mianownik. A na imię mu... tak, tak, przyjaciele i sąsiedzi, dobrze kombinujecie: rutyna. A rutyna to nawyk, zastygnięcie w takim a nie innym kształcie. Jeżdżenie po kraju, opowiadanie o wizycie w Niebie i późniejszym zmartwychwstaniu, a potem pocieszanie strapionych, którzy podchodzili do niego we łzach, też w końcu stało się rutyną. Nie sądził, że coś takiego jest możliwe, a jednak.

Czy to dlatego uległ zwodniczemu urokowi Josie? Bo miał już dość zabijającej kolory i odbierającej życiu smak rutyny? Chyba tak. Takie banalne, prawda? A potem dał się wkręcić w te religijne machlojki, bo... bo żmudne powtarzanie ciągle tego samego niszczyło pierwotne piękno jego doświadczenia, rozmieniało je. Ekscytacja związana z - jak to lubiła określać Josie - dodaniem odrobiny dynamitu - pozwalała, przynajmniej początkowo, znów pobudzać gruczoły produkujące adrenalinę. Co prawda z leciutkim obciążeniem wyrzutami sumienia, ale - jak z kolei powtarzał dziadek Claya - za darmo to boli gardło.

Mógł sobie w nieskończoność tłumaczyć, że w przypadku Josie czynnikiem decydującym była słabość charakteru, która najpierw popchnęła go między jej rozwarte uda, a potem nie pozwoliła mu się z całego tego bajzlu wyplątać, lecz gdzieś za kulisami swoją rolę odegrała także adrenalina. Nie mógł temu zaprzeczyć, jeśli chciał być uczciwy. Nienawidził się za to, ale... po prostu tak przedstawiały się fakty.

I tak samo rzeczy miały się z tym wariactwem na Florydzie, czyż nie? Obracał to w myślach przez niemal cały czas w samolocie, próbując nieudolnie skupić się na lekturze książki niejakiego Blaise'a Zellera o idei bożego miłosierdzia. Nawet nie pamiętał, że ją miał. Zamówił ją kiedyś w pakiecie z co najmniej tuzinem innych książek teologicznych, a potem nieprzeczytana wylądowała w jednym z kartonowych pudeł. Oczywiście znalazła ją Josie.

- Kurcze, niesamowite, co ten facet pisze! - zachwycała się, kartkując książkę rozparta na kanapie, na której spędziła tyle nudnych, pełnych obżarstwa wieczorów. - Dziwię się, że nigdy do tego nie zajrzałeś.

- Daj spokój, kupiłem to chyba przez pomyłkę - odparł jej znużony ze swojego fotela. Butelkę z piwem zastąpiła mrożona herbata. - To kompletny bełkot. Zresztą ten facet, jak go nazywasz, to grubszy numer.

- To ksiądz, no nie? Na fotce z tyłu ma koloratkę.

- Eks-ksiądz - sprecyzował Clay. - Niewiele o nim wiem. Był profesorem w jakimś seminarium czy na uniwersytecie, ale Watykan cofnął mu zgodę na nauczanie. Potem próbowali go pozbawić kapłaństwa. Zagmatwana historia. Został, jak to się ładnie mówi, kościelnym dysydentem. Nosi koloratkę i dalej każe się tytułować księdzem, jednak robi to bezprawnie. Tyle wiem.

Ta rozmowa odbywała się jakieś trzy tygodnie po sławetnym deszczowym wieczorze. Kiedy Clay w końcu wrócił ze swojego samotnego spaceru i oznajmił Josie, że może mogliby spróbować z tą Florydą, rzuciła mu się naszyję jak jakaś zahukana nastolatka. Od tamtej pory jakby ożyła. Skończyły się maratony seriali i wciągane taśmowo chrupki. Zaczęło się natomiast snucie planów i przygotowania do przeprowadzki. Któregoś popołudnia dobrała się do zaklejonych pudeł z książkami, podróżujących z nimi od chwili wyruszenia w trasę i w większości nigdy nierozpakowanych.

Clay mgliście uświadomił sobie, że tego cholernego Zellera, podobnie zresztą jak prawie całą stanowiącą zawartość pudeł makulaturę, kupił jeszcze w Claremont. Na tę myśl poczuł lekkie ukłucie w sercu. Minęło jednak równie szybko, jak się pojawiło. Claremont to przeszłość. Claremont już nie ma. Tak jak jego i Wendy.

Była za to Josie, która po raz pierwszy odkąd się poznali, czytała z entuzjazmem coś innego niż raporty przychodów.

- Ale ten facet twierdzi, że piekło jest puste - nie przestawała się ekscytować. - Według niego wszyscy zostaną zbawieni, bo miłość Boga jest tak wielka, że nie może pozwolić, by jakakolwiek dusza została utracona.

- No i właśnie za to pozbawili go katedry - wyjaśnił sennie Clay. - Fachowo to, co on głosił, nazywa się apokastaza. - Kolejne mądre pojęcie do słownika Josie. - Z punktu widzenia większości dużych wyznań chrześcijańskich jest to niezgodne z Ewangelią. A przynajmniej wynika z opacznego jej rozumienia.

- Mnie tam się takie rozwiązanie podoba - wzruszyła ramionami Josie. - Wszyscy tylko straszą grzechem i piekłem.

- Wszyscy, czyli kto?

- No wy. Wy, kaznodzieje. Niby macie pierdyliard tych denominacji - wymówiła to słowo z intelektualnym namaszczeniem, jak każdy mądry termin, który udało jej się opanować - ale w tej jednej kwestii jesteście zadziwiająco zgodni. Używacie idei grzechu i kary jako narzędzia kontroli. Odbieracie ludziom radość życia, zabraniacie kochać, jak chcą i kogo chcą.

- Ja tego nigdy nie robiłem - zaczął się bronić półżartem. Ostatnio coraz częściej pozwalali sobie na figlarny ton i drobne przekomarzania. Czyżby już przedsmak słońca Florydy?

- Oj, bo ty jesteś wyjątkowy, skarbie. - Posłała mu całusa. - Wiedziałam, z kim się zadać. Ale większość z was, czy to księży, czy pastorów, zachowuje się jak przeklęci inkwizytorzy. Chyba sam to przyznasz. To... takie niedzisiejsze. Jezu, mamy dwudziesty pierwszy wiek! Nikt już nie kamienuje gejów, a kobiety nie muszą rodzić, jeśli nie czują się gotowe. Założę się, że mielibyście więcej wiernych, gdybyście nie tkwili w mentalnym średniowieczu.

Clay zaniósł się serdecznym, szczerym śmiechem, który sprawił mu sporą przyjemność.

- No, już gdzieś to słyszałem - wyksztusił, gdy wprawione w drgania mięśnie brzucha mu na to pozwoliły. - Stara śpiewka, Jos. Naprawdę, uwierz mi.

- Ale ja mówię poważnie - upierała się. - Przecież Jezus dał się ukrzyżować z miłości do nas, co nie? A wcześniej nikogo nie potępił. Zadawał się z dziwkami, jadał u celników. Był naprawdę spoko gościem. Tylko później jego uczniowie to wszystko poprzekręcali, bo chcieli mieć władzę. Ten Zeller tak pisze - postukała znacząco palcem w otwartą książkę.

- No nieźle - odetchnął w końcu - w dwie minuty zdemaskowałaś całą obłudę Kościoła. Tak, dokładnie o to chodzi, conchita, przyłapałaś nas. Chodzi o władzę, o trzymanie ludzi za mordę. Zupełnie jak w Egipcie, gdy kapłani trzymali ciemny lud w szachu, bo jako jedyni wiedzieli, na czym polega zaćmienie słońca.

- No a ten twój Luter... - Josie najwyraźniej odkryła w sobie teologicznego bakcyla - wywołał tę waszą reformację, bo kościelne rygory nie pozwoliły mu być szczęśliwym z kobietą, którą pokochał. Chyba tak było, co nie? A jeszcze dodatkowo wkurzyła go dwulicowość purpuratów i papieży, którzy pieprzyli o piekle za cudzołóstwo, a na boku pukali panienki, aż wióry leciały. I jeszcze czesali grubą kasę za odpusty.

- To nie takie proste, mała - spróbował uciąć. Coraz mniej podobało mu się, dokąd ta dziwaczna dyskusja zmierza.

- No wiem, wiem - mruknęła i ponownie zatopiła się w lekturze.

Clay nagle przypomniał sobie, że jednak podczytywał tę książkę zaraz po zakupie. Oczywiście, że tak - skąd w innych okolicznościach wiedziałby, że to bełkot? Podczytywał i odstawił na półkę z uczuciem, jakby dotykał jadowitego skorpiona... albo ropuchę. Gdyby nie szacunek do książek, który wpoiła mu matka bibliotekarka, być może nawet wyrzuciłby to paskudztwo. Dotąd nigdy w życiu nie wyrzucił nic wydrukowanego na papierze i tym razem też postanowił nie robić wyjątku. Potem zapomniał o dziełku eks-ojca Zellera i nie myślał o nim aż do chwili, gdy Josie wygrzebała je z pudła.

Z tego, co pamiętał, Zeller jako źródło swojej refleksji wskazywał coś w rodzaju mistycznego doświadczenia, które jakoby miało go nawiedzić podczas oglądania programu telewizyjnego o ludobójstwie w Rwandzie. Miał wówczas usłyszeć w sercu głos, który powiedział mu, że nie ma gorszego piekła niż to, które ludzie stworzyli na ziemi, i że w związku z tym finalnie wszyscy z pewnością dostąpią zbawienia. Później zaczął szukać teologicznego umocowania dla tej intuicji.

Oparł je na koncepcji bezdennego miłosierdzia Boga, wyjednanego raz na zawsze przez krew Chrystusa, który umierając na krzyżu i wybaczając swoim oprawcom, bezgranicznie utożsamił się z ludzkością. Miłosierdzie to, według Zellera, przewyższało boską sprawiedliwość, a nie - jak twierdziła większość teologów - stanowiło jej uzupełnienie. Zeller nazwał tę swoją teorię Ewangelią Powszechnego Włączenia, czy jakoś tak.

Piekło, a w zasadzie nawet czyściec, w sensie nadprzyrodzonym uznał za czystą potencjalność, którą człowiek mógłby wybrać po śmierci aktem wolnej woli, choć powątpiewał, czy ktokolwiek, na czele z najbardziej odrażającymi zbrodniarzami w dziejach świata, zdobyłby się na to skonfrontowany z bezmiarem bożej Miłości i Przebaczenia. Tym samym sprzeciwiał się poglądowi, że po śmierci wybór nie jest już możliwy, bo czas na jego dokonanie mamy na Ziemi. Nie napisał, że szatan też zostanie koniec końców uniewinniony, jednak niedwuznacznie dawał to do zrozumienia między wierszami.

Płynące z tego wywodu heretyckie implikacje były aż nadto oczywiste. Zeller de facto zanegował pojęcie grzechu, a wszelkie wzmianki na jego temat włożone przez wczesnochrześcijańskich autorów w usta Jezusa przypisywał późniejszym manipulacjom dokonywanym na tekstach biblijnych w celu zarządzania wiernymi poprzez strach.

Lecz Claya najbardziej odrzuciło - a może przeraziło? - coś innego. I to właśnie to sprawiło, że z ulgą zepchnął tę książkę w najdalszy kąt niepamięci. Rozumowanie Zellera, jakkolwiek szalone, było na swój pokrętny sposób... spójne. Wszystko tam do siebie pasowało. Człowiek, czytając to, doznawał specyficznego rodzaju uniesienia. Nic dziwnego, skoro przekonywano go, że nie jest za nic odpowiedzialny, a każdy jego zły uczynek zostanie wymazany.

Nawet przez sekundę nie rozważał podzielenia się tymi spostrzeżeniami z Josie. Zresztą sądząc po łapczywości, z jaką pochłaniała te brednie, w końcu sama dojdzie do identycznych. Tyle że w przeciwieństwie do Claya nie uzna ich za zbyt niebezpieczne ani wywrotowe.

- Kochanie - zagadnęła go kilka dni później, kiedy, jak sądził, temat Zellera został całkowicie wyparty florydzką gorączką - czy nie uważasz, że nasz kościół powinien mieć jakąś własną doktrynę? No wiesz, coś, czym przyciągnęlibyśmy do siebie wiernych. Zastanawiałeś się nad tym w ogóle?

Podniósł oczy znad sterty dokumentów wymaganych do oficjalnego zarejestrowania organizacji religijnej. Bogu niech będą dzięki za Internet, z którego można pobrać wszystkie wzory. Na dodatek nawiązał już kontakt z pewną kancelarią prawniczą w Orlando, która wyraziła gotowość udzielenia mu wszelkiej niezbędnej pomocy.

- A to nie jest oczywiste? Będę głosił to, co mówiłem zawsze. To, w co wierzę.

Ten błysk w jej oczach. Znał go aż za dobrze.

- Acha, czyli nudne nabożeństwa i jeszcze nudniejsze kazania o tym, jak to trzeba być dobrym, żeby bozia przytuliła nas do serduszka. - Wzdrygnęła się demonstracyjnie.

- Według mnie brzmi całkiem nieźle. - W jego mózgu zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza i mrugała z coraz większą częstotliwością. Za chwilę dołączy do niej syrena.

- Słonko, to przepis na klapę - potwierdziła jego obawy.

- Jos, rozmawialiśmy o tym! - obruszył się.

Uniosła dłonie w teatralnie obronnym geście.

- Przecież nie mówię o żadnych kantach. Z tym koniec. Mówiłam ci, że marzę o zostaniu żoną pastora z prawdziwego zdarzenia, co nie? Ale musimy mieć jakiś wabik. Misja i marketing nie stoją ze sobą w sprzeczności. Takie czasy, złotko. Zaczniemy tam od zera. Zjawimy się jako całkowicie obcy. Musimy czymś przyciągnąć do siebie pierwszych wyznawców. Twój bajer o Niebie to już przeżytek, a Pan nasz i Zbawiciel bez odpowiedniej oprawy dziś nikogo nie rajcuje. Przecież On, kiedy chodził po Ziemi, też dbał o odpowiedni przekaz.

Clay ukrył twarz w dłoniach i ciężko westchnął. Syrena zaczęła wyć.

Rozdział 8

Kay Milford musiała być najwyżej koło pięćdziesiątki. Miała na sobie krzykliwą, kanarkowo żółtą garsonkę, a na przedwcześnie zwiędłej szyi - sznur kremowych i granatowych pereł z niedużym kryształem. Gruba warstwa pudru na policzkach i czole oraz fluid na powiekach tylko w niewielkim stopniu tuszowały zmarszczki i chroniczne zmęczenie. Ich najprawdopodobniejsza przyczyna kiwała się na tylnym siedzeniu jej chevroleta.

- To mój syn, Al - przedstawiła chłopaka Clayowi i Josie, nim jeszcze zdążyli się z nią przywitać. - Nie mają państwo nic przeciwko temu, że go zabrałam? Towarzyszy mi właściwie cały czas. To praktycznie mój wspólnik. - Uśmiechnęła się przepraszająco.

Oboje zgodnie zapewnili, że Al absolutnie im nie przeszkadza.

Siedział tam, w ciemnozielonej bluzie z kapturem i czapeczce z emblematem Orlando Predators, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie. Cały jego świat zdawał się zawierać w splecionych między kolanami dłoniach. Nie zareagował nawet wówczas, gdy matka powiedziała mu, że musi oprowadzić tych państwa po nieruchomości, i zaraz potem do niego wróci. Claya korciło, żeby zapytać, ile ma lat - szacował, że co najmniej dwadzieścia pięć - ale się powstrzymał. Tak naprawdę nigdy nie wiedział, jak się zachować w towarzystwie niepełnosprawnych, a już upośledzonych umysłowo zwłaszcza.

Na spotkaniach zawsze czuł się zakłopotany, a nawet chyba odrobinę przestraszony, kiedy próbowali nawiązywać z nim bliższy kontakt. Po "ruszeniu w trasę" strach zaczął dominować. Szczególnie wtedy, gdy rozszerzyli swój repertuar o cudowne uzdrowienia.

- Ma babsko tupet, specjalnie go wzięła! - wybuchła później Josie.

- Nie sądzę - próbował ją tonować Clay, choć prawdę mówiąc też powziął takie podejrzenie.