Sandra
(osiemnaście miesięcy wcześniej)
"Coś jest nie tak..." - pomyślała Sandra, rozglądając się po pokoju. Opuściła książkę na kolana i nasłuchiwała uważnie.
Już od jakiegoś czasu miała dziwne poczucie, że z otaczającym ją światem coś jest bardzo nie w porządku. To znaczy świat dla niej zawsze był miejscem odpychającym, wrogim, działającym na zasadach przeczących logice, których to zasad nigdy nie poznała i nie zrozumiała. Tym razem jednak coś popsuło się bardziej, choć jeszcze nie wiedziała, w czym rzecz.
Po dwóch minutach bezowocnych rozmyślań powróciła do lektury.
Paradoks czasu Zimbardo nie porwał jej w najmniejszym stopniu. Kilka razy chciała rzucić książką o ścianę, ale powstrzymywała ją świadomość, że był to egzemplarz z miejskiej biblioteki, który należało oddać w nienaruszonym stanie.
Sandra zerknęła na piętrzący się obok na stoliku stosik i uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Potem jej wzrok powędrował w stronę regału, gdzie leżały książki przeczytane, więc jej nastrój nieco się pogorszył. Trzeba było je odnieść do wypożyczalni, a to pociągało za sobą konieczność wyjścia z mieszkania, wyjścia z kamienicy...
Westchnęła cicho, odsuwając od siebie nieprzyjemną myśl, odrzuciła koc i poszła do kuchni, szurając zadeptanymi kapciami.
Jadła ciągle to samo: rozgotowany ryż lub rozgotowaną kaszę, lub rozgotowany makaron. Ziemniaki skończyły bardzo dawno temu - już prawie zapomniała ich smaku. Otworzyła szafkę i z lekkim niepokojem odnotowała kończący się zapas ryżu.
- Niedobrze - mruknęła, drapiąc się po brodzie.
Ryż lubiła najbardziej, mimo że jako zapychacz działał najsłabiej. Po chwili wahania nie zdecydowała się na ugotowanie pełnoziarnistego makaronu z dyskontu, ale sięgnęła po wypełnioną do połowy białą torebkę, którą potrząsnęła z zadowoleniem jak grzechotką.
"Jak pójdę do biblioteki, wstąpię do jakiegoś sklepu" - przyszła jej do głowy pokrzepiająca myśl.
Z kranu tego dnia płynęła woda, ale na wszelki wypadek Sandra trzymała na podłodze w kuchni kilka misek i garnków wypełnionych po brzegi. Przerwy w dostawie wody wynikały prawdopodobnie - tak jak większość kłopotów w ciągu minionych dwóch lat - z epidemii salmonelli, dziesiątkującej populację w całej Europie. Choroba z niezwykłą regularnością przychodziła i odchodziła, jak przypływy i odpływy oceanu, zabijając bądź osłabiając duże grupy ludzi. Sandry to nie obchodziło, tak samo jak nie obchodziło jej wiele innych spraw, związanych z tym, co działo się poza obrębem jej mieszkania i jej umysłu. Sama też chorowała kilka miesięcy temu, ale nie miała do końca pewności, czy to na pewno z powodu salmonelli, bo nie była ani razu u lekarza i nie robiła żadnych badań. To właśnie od tamtego czasu jej dieta ograniczyła się do przysłowiowej miski ryżu, mocnej czarnej herbaty i kilku innych produktów, które traktowała jak towary luksusowe, spożywane od wielkiego święta. Przywykła jednocześnie do tego, że czasem nie było wody albo prądu, pogrzeby sąsiadów odbywały się nieco częściej niż zwykle, a ludzie, kiedy jeszcze z nimi rozmawiała, mówili o wiele dziwniejsze niż zwykle rzeczy.
Ten wieczór nie różnił się od innych niczym szczególnym. Zjadła, ogarnęła lekki nieład w kuchni, umyła się i z największą radością wróciła do czytania. Położyła się spać po dziesiątej i choć nie robiła nic forsującego, zasnęła szybko, znużona, jak po wyczerpującym dniu.
Obudziło ją obezwładniające przeświadczenie, że jest sama. Usiadła na łóżku i zerknęła na tarczę dużego zegara ściennego na baterie. Była pierwsza dwadzieścia. Rozejrzała się wokoło zdziwiona, próbując zrozumieć, dlaczego miałaby przejmować się czymś, co jest oczywiste od dawna. Sandra zawsze była sama, nawet jeśli miała kogoś obok siebie. Jakość jej relacji z rodziną i znajomymi okazała się tak kiepska, że nie miała poczucia funkcjonowania jako pełnoprawny członek społeczeństwa.
"Może teraz zaczęło mi to przeszkadzać?" - pomyślała i wstała z łóżka, czując, że ten wniosek wcale jej się nie podoba.
Wyjrzała przez okno. Na ulicy dostrzegła kilka osób kręcących się bez sensu, jakby były pijane albo naćpane. Nic szczególnego - w końcu to samo centrum Łodzi. Brak oświetlenia także Sandry nie zdziwił. Co innego ją zaniepokoiło i potrzebowała dłuższej chwili, by pojąć, w czym jest problem.
Było bardzo cicho. Za cicho jak na to miejsce, jak na kręcących się pod oknem pijaczków, jak na ulicę Zieloną w Łodzi. Dopiero wtedy Sandra zdała sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu nie słyszała odgłosów przejeżdżającego tramwaju, a od strony Łodzi Fabrycznej nie dobiegały dźwięki przypominające o tym, że jest tam dworzec kolejowy.
Zasępiła się. Ludzie zawsze ją irytowali, męczyli, sprawiali wiele przykrości samym swoim istnieniem, ale nigdy nie zastanawiała się nad tym, co by się stało, gdyby ich upierdliwa obecność zamieniła się w kojącą ciszę.
- Byłoby cudownie - szepnęła po chwili namysłu i wróciła pod kołdrę.
Dopiero rano zrozumiała, że jeszcze jedna rzecz w tym obrazie wygląda inaczej. Po wielu tygodniach po raz pierwszy włączyła swój telefon. Spojrzała na wyświetlacz komórki i stwierdziła, że nie odbiera sygnału żadnej sieci. Wtedy podjęła decyzję, że wyjdzie z mieszkania i sprawdzi, co się dzieje.
* * *
Mieszkanie Sandry znajdowało się na ostatnim piętrze kamienicy i sąsiadowało z dwoma innymi lokalami o podobnym metrażu. Tuż obok mieszkało bezdzietne małżeństwo Łukasików, a naprzeciwko rodzina Słoninów. Ich trzej synowie skutecznie uprzykrzali życie pozostałym sąsiadom i połowie dzielnicy. Kiedy Sandra wyszła na korytarz z plecakiem wypełnionym książkami, spotkała najmłodszego z nich, Denisa, stojącego niemal nieruchomo przy drewnianej balustradzie. Był wychudzony, a oczy miał lekko przymknięte. Dziewczyna pomyślała, że musiał chorować na salmonellę, która wymęczyła jego ciało, bo umysł od dawna pożerały narkotyki albo klej. Nie miała zamiaru się z nim witać ani mówić czegokolwiek miłego bądź przykrego. Chciała zejść szybko na dół, niezauważona, załatwić, co trzeba, wrócić do domu i mieć wyprawę z głowy.
Denis, noszący imię po bohaterze którejś z amerykańskich komedii, popularnych w chwili jego narodzin, zdawał się jej nie dostrzegać, ale gdy przekręciła klucz w zamku, obrócił się powolnym ruchem i spojrzał na nią. Mogła przysiąc, że jego nozdrza rozszerzyły się nagle, jak u psa wietrzącego smaczne jedzenie. Zamarła na kilka sekund, nie wiedząc, co jej sąsiad z kryminalną przeszłością może zrobić, jednak on najwyraźniej nie był zainteresowany zaczepianiem jej, bo powieki znów mu opadły i wydawało się, że zapadł w coś w rodzaju letargu.
"Musiało go nieźle sponiewierać" - przeszło Sandrze przez myśl, kiedy zbiegała po schodach. - "Albo znów się nawąchał butaprenu".
Wyszła na ulicę i od razu zrozumiała, że wnioski dotyczące tramwajów były jak najbardziej słuszne. Torowisko zaczynało zarastać trawą, która po prostu przebijała się przez asfalt, jakby była to najlepszej jakości gleba, zaś szyny całkiem zardzewiały. Sandra nie umiała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziała bądź słyszała przejeżdżający pod jej oknem tramwaj, ale kiedy rozejrzała się wokoło, pojęła, że samochody także nie jeździły tą trasą zbyt często. Trawa, walające się wszędzie śmieci, dwa porzucone rowery, jeden motor i auta noszące ślady włamania - wszystko to powiedziało jej dobitnie, że nie wychodziła z domu naprawdę długo. Doszła do Piotrkowskiej, nie spotykając ani jednego człowieka, ale za to rozbolały ją nogi.
"Nie mam kondycji" - skonstatowała, mijając młodego mężczyznę w kaszkiecie, który wiózł jakieś pakunki na rikszy. Obrzucił ją przelotnym spojrzeniem i mocniej nadepnął na pedały, jakby bał się, że go zaczepi. - "Gdybym była normalna, zaczepiłabym. Ale ja nie jestem normalna..."
Piotrkowska była cicha i wyludniona. Dopiero na Placu Wolności Sandra zauważyła kilka osób, ale nie podchodziła do nich, choć wcale nie z tego powodu, że wyglądały nie lepiej niż Denis Słonina na jej klatce schodowej. Ona po prostu nie rozmawiała z ludźmi, chyba że zachodziła wyższa konieczność.
Kiedy doszła pod drzwi biblioteki publicznej, obejrzała się za siebie. Miasto przypominało obrazy, jakie można było zobaczyć w filmach postapokaliptycznych, przedstawiających świat po zagładzie albo wielkiej epidemii. Cóż, najwyraźniej salmonella zebrała większe żniwo, niż można było się spodziewać. Sandry to specjalnie nie poruszyło. Z minuty na minutę dochodziła do wniosku, że zaczyna jej się to coraz bardziej podobać. Dopóki nie zobaczyła na drzwiach biblioteki kartki z napisem "Nieczynne".
- Och, nie! - jęknęła pełna zawodu i ze złością uderzyła w klamkę. Efekt był zaskakujący, bo drzwi otworzyły się szeroko przed zdezorientowaną czytelniczką, która odważnie weszła do środka, gdzie zapach książek mieszał się ze smrodem psującego się mięsa. Sandra go jednak nie poczuła i poszła na poszukiwanie jakiegoś pracownika.
Obok biurka w czytelni, przy którym zawsze ktoś dyżurował, stała wychudzona kobieta. Sandra potrzebowała dłuższej chwili, żeby w półmroku rozpoznać dobrze znaną bibliotekarkę o nieznanym imieniu.
- Dzień dobry - powiedziała cicho, przyglądając się z uwagą dziwnie zachowującej się osobie pod ścianą.
Bibliotekarka ubrana była w to, co zwykle miała na sobie w czasie pracy, ale poszczególne części garderoby wydawały się zniszczone, jakby od dawna nie widziały pralki i żelazka, a ich właścicielka przedzierała się przez chaszcze i błota. Kobieta stała niemal nieruchomo, a na widok Sandry podniosła powoli powieki i rozszerzyła nozdrza - zupełnie tak samo, jak zrobił to Denis. Przez ułamek sekundy wydawało się, że zacznie iść w stronę niespodziewanego gościa, wyciągnęła nawet ręce przed siebie, ale zaraz potem je opuściła i znów zastygła w tej samej pozie.
- Chciałam oddać książki - powiedziała Sandra, czując, że zachowuje się zupełnie bezsensownie. - I... i wypożyczyć nowe.
Kobieta nie odpowiedziała, więc Sandra otworzyła plecak i wyciągnęła książki, które położyła na biurku, nie wierząc w to, by osoba pod ścianą zrobiła z nimi cokolwiek sensownego. Potem poszła w stronę regałów.
Bez względu na to, jak wielka epidemia czy inny koniec świata miał dopaść ten ludzki padół, miejsca takie jak biblioteki wydawały się być całkiem bezpieczne. No, chyba żeby ktoś chciał używać książek jako opału, co Sandra widziała na jednym filmie katastroficznym. Na szczęście nic nie wskazywało na to, by doszło do takiej sytuacji, bo na dworze była już wiosna i nikogo najwyraźniej nie interesowało ani palenie, ani tym bardziej czytanie książek. Poza Sandrą, która z radością zauważyła, że regały stały nienaruszone i że panował na nich zwykły porządek; było może tylko trochę więcej kurzu. Epidemia epidemią, zagłada zagładą - ona chciała tylko czytać, uciec do świata, gdzie była bezpieczna. Kiedy myszkowała pomiędzy półkami, zastanawiała się, co tak naprawdę mogło się wydarzyć w czasie, gdy siedziała zamknięta w domu. Nie martwiło jej to, że być może ludzkość właśnie przeżywała swoje ostatnie chwile. Może po prostu wszyscy mieli ciężką grypę i nie byli na siłach, by wyjść z mieszkań albo, jak jej sąsiad czy bibliotekarka, stali gdzieś, dogorywając? Może postanowili popełnić zbiorowe samobójstwo, jedząc wbrew zakazom zakażone salmonellą kurczaki? A może po prostu Łódź w końcu się wyludniła, bo ostatni mieszkaniec wyjechał w poszukiwaniu pracy i lepszego losu gdzie indziej?
Miała wielką ochotę zabrać ze sobą więcej książek, ale ograniczała ją wielkość plecaka, słabe nogi i potrzeba zrobienia zakupów. Tak, pozostał jeszcze problem znalezienia jakiegoś otwartego sklepu.
Pieniądze miała w kieszeni spodni, przygotowane na zapłacenie kary za przetrzymanie książek, ale wątpiła, by na wiele jej się zdały. Nabrała takiego przekonania, gdy podeszła do najbliższego dyskontu spożywczego. Sklep był otwarty, jednak w środku nie paliło się światło, bo sądząc po smrodzie, dochodzącym z lodówek, nie było w nim w ogóle prądu. Sandra zawahała się, zanim weszła głębiej, gdzie było też o wiele ciemniej. Ktoś tam był i czegoś energicznie szukał.
Zajrzała ostrożnie zza stoiska z psującymi się owocami. Młody mężczyzna zgarniał nerwowo jakieś opakowania z regału, ale nie wyglądał na groźnego, tylko bardzo zestresowanego. Sandra podeszła do niego, bo pomyślała, że może dowie się czegoś więcej na temat sytuacji w mieście.
- Przepraszam pana...
Człowiek odskoczył gwałtownie, zrzucając na podłogę kartonowe opakowania i puszki. Wtedy Sandra zauważyła, że było to mleko w proszku dla niemowląt, zaś kiedy podniosła wzrok, w dłoni mężczyzny dostrzegła długą maczetę.
- Odejdź! - warknął, machając swoją bronią. - Odejdź, słyszysz?
- Chciałam tylko ryż - powiedziała cicho. - Chociaż paczkę. Skończył mi się...
Dłoń z maczetą opadła nisko. Mężczyzna przyglądał się jej w półmroku z lekkim niedowierzaniem.
- Ryż? - upewnił się, nieco uspokojony. - Jesteś chora?
- Co? Ja... Nie, nic mi nie jest. Ja nie wiem, co się...
- Nie chorujesz? - przerwał jej gwałtownie, podnosząc znów maczetę.
- Nie. Chciałam tylko ryż.
- Dobra. Bierz. Tylko się do mnie nie zbliżaj.
Sandra straciła ochotę na zadawanie pytań. Poszła szukać regału z ryżem, potykając się o leżące wszędzie pudełka i śmieci. Kiedy mijała półkę z papierem toaletowym, nadepnęła na coś miękkiego. Pomyślała, że to może ludzkie zwłoki, bo to było za duże na jakiekolwiek zwierzę, ale nie patrzyła już pod nogi.
Chciało jej się płakać. Nie wiedziała dlaczego, ale było jej strasznie smutno. Jeśli tam naprawdę leżało czyjeś martwe ciało, to sytuacja mogła być naprawdę bardzo, bardzo zła. W jakimś przebłysku logicznego myślenia zrozumiała, że skoro świat zmierza do końca - tego z ludźmi w roli głównej - a ona wciąż żyje, to za jakiś czas skończą się zapasy ryżu, kaszy, makaronów i innych rzeczy. A Sandra nie miała pojęcia, jak to wszystko zdobyć inaczej niż poprzez wyjście do najbliższego dyskontu spożywczego.
"A może to wszystko wcale nie zmierza ku zagładzie? Może to tylko przejściowe i skończy się za kilka tygodni?" - myślała, wycierając dłonią łzy, gdy wracała opustoszałą Piotrkowską do domu. Czuła się rozdarta - nie cierpiała ludzi i świat bez nich nie wydawał się wcale taki przykry, a jednak byli jej czasem do czegoś potrzebni. Gdyby miało ich zabraknąć, musiałaby szybko wymyślić, jak zorganizować swoje życie na nowo, tak by móc czytać książki i mieć zawsze pod dostatkiem ryżu i herbaty.
Zanim doszła pod drzwi swojej kamienicy, miała w głowie zarys planu awaryjnego. Do jego realizacji brakowało jedynie jednego elementu...
- Volvo! - szepnęła na widok dumy sąsiada Łukasika.
Olgierd miał fioła na punkcie swojego samochodu. Było to przyczyną niekończących się konfliktów z jego żoną Ewą i punktem zapalnym dla wojen z sąsiadami, zwłaszcza Słoninowymi synami. Nikt nie wiedział, skąd Łukasik wziął pieniądze na cacko za ponad sto tysięcy złotych, skoro nie stać go było na zakup czy dzierżawę garażu dla niego, a nawet wynajęcie lepszego mieszkania. Domowym sposobem zamontował w aucie instalację gazową, nie wykupił żadnego ubezpieczenia i dniem i nocą przesiadywał w oknie, sprawdzając, czy ktoś nie chce go ukraść, a gdy ktokolwiek zbliżał się do samochodu na odległość mniejszą niż metr, wychylał się i wydzierał na całe podwórko, rzucając obelgami i groźbami.
Teraz wóz Łukasika stał na podwórku, niedaleko trzepaka, całkiem opuszczony i zapomniany. Sandra odruchowo podniosła wzrok w stronę okna Olgierda, ale nikogo w nim nie zobaczyła. Obeszła volvo dwa razy dookoła, zaglądając przez zakurzone szyby i sprawdzając stan opon. Nie zauważyła, żeby w stacyjce były kluczyki, próba otwarcia drzwi też nic nie dała. Podrapała się swoim zwyczajem po brodzie i po chwili namysłu poszła w stronę klatki.
Gdy wchodziła po schodach, zdała sobie sprawę, że w wyglądzie kamienicy sporo się zmieniło. Było nie tylko cicho, ale bardzo brudno. Tę klatkę, podobnie jak wiele innych w okolicy, trudno było nazwać czystą, jednak Sandra nie widziała nigdy wcześniej, by było tu aż tyle kurzu, który świadczył o tym, że nikt dawno tamtędy nie szedł. Nacisnęła na włącznik światła, nie bardzo wierząc, że coś to da, ale żarówka pod pełnym pajęczyn sufitem się zapaliła. Dostrzegła wtedy, że na schodach są tylko ślady pozostawione przez jej buty, te które zrobiła, idąc dwie godziny wcześniej na dół. Wchodziła powoli na górę, oglądając uważnie każde z drzwi i nasłuchując, czy od strony mieszkań nie dochodzą jakieś dźwięki. Nagle zamarła. Usłyszała wyraźnie, że ktoś schodzi po schodach. Chwyciła się kurczowo poręczy i spojrzała w górę. Kroki nie były zbyt pośpieszne, ale miarowe i zdecydowane. Sandrze trudno było złapać oddech z wrażenia.
"Kto to może być? Łukasik zobaczył mnie, jak szarpię się z jego samochodem? A może Marlena wróciła jakimś cudem od chłopaka?"
Napięcie narastało w niej z każdym kolejnym krokiem, ale nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Ciekawość równoważyła lęk.
Na półpiętrze, między drugim a trzecim piętrem, pojawiła się wychudzona postać Denisa, który na widok Sandry zatrzymał się i lekko zachwiał. Kobieta odniosła wrażenie, że spodziewał się ujrzeć kogoś innego - być może czekał na matkę, a może na któregoś z braci - ale jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po prostu stanął i przymknął powieki, tak jak zrobił to wcześniej. Sandra niepewnie zaczęła wchodzić na górę, mijając sąsiada tak dużym łukiem, na jaki pozwalała jej przestrzeń półpiętra. Resztę drogi pokonała niemal biegiem. Kiedy mijała trzecie piętro, mogła przysiąc, że za którymiś drzwiami usłyszała jakieś poruszenie, ale nie zatrzymywała się i nie sprawdzała tego.
W mieszkaniu zrzuciła plecak i od razu poszła pod drzwi Łukasików. Starała się ułożyć sobie w głowie, co może powiedzieć Ewie, pamiętała bowiem, jak jej siostra tuż przed swoim odejściem mówiła, że Olgierd umarł na salmonellozę. Mimo że słabo znała się z sąsiadką, miała trudne do wyjaśnienia przekonanie, że ta pozwoliłaby jej pożyczyć... albo zabrać znienawidzony samochód męża.
Zapukała cicho, czując, jak narasta w niej zdenerwowanie. To była właśnie ta "wyższa konieczność", której tak nienawidziła. Musiała z kimś rozmawiać, wysłowić swoje myśli, prosić o coś...
Za drzwiami nastąpiło jakieś poruszenie. Sandra przyłożyła ucho do drzwi, ale nie była w stanie stwierdzić, co się tam działo. Słyszała stłumiony odgłos, jakby uderzania czegoś miękkiego o ścianę. Kiedy jednak nikt nie zjawiał się, by otworzyć, zdecydowała się nacisnąć na klamkę. I weszła do mieszkania.
* * *
O sąsiadce Ewie, z pewnością można było powiedzieć, że nie żyła. Trudno przeżyć dłużej niż kilka chwil z tak wielkimi ranami brzucha i szyi, w których zalęgły się już robaki.
Odgłos uderzania, który Sandra słyszała wcześniej, pochodził zza drzwi łazienki. Nie otwierała ich, ale mogła przysiąc, że stoi za nimi Olgierd, nawet jeśli Marlena twierdziła kilka miesięcy wcześniej, że był martwy. Ktoś, być może właśnie jakimś cudem ocalały sąsiad, nacierał ciałem na drzwi, próbując wydostać się na zewnątrz. Nie wydawał przy tym żadnych odgłosów.
Cała ta sytuacja - rozkładające się zwłoki w tak dużej bliskości jej mieszkania i dziwny człowiek w łazience - powinna całkowicie rozstroić nerwy Sandry, która w pierwszym odruchu chciała uciekać, krzycząc przy tym głośno. Jednak widok kluczyków z logiem volvo, leżących na stoliku obok łóżka, na którym spoczywała martwa Ewa, całkowicie zmienił jej pogląd na zastaną rzeczywistość.
Nie tylko zabrała kluczyki do samochodu (drżąc przy tym, że martwa sąsiadka w ostatniej chwili chwyci ją za rękę, jak to się działo w niektórych horrorach), ale w niepojętym przebłysku logicznego myślenia zdjęła także z haczyka przy wejściu klucze do mieszkania, które zamknęła z wielką dokładnością, chcąc jak najbardziej oddzielić się od hałasującej w łazience istoty.
Pakowała się bardzo szybko. Zanim jednak wyciągnęła starą wysłużoną walizkę z pawlacza, nastawiła na kuchence ryż i kaszę do gotowania. Kiedy przeszukiwała kuchnię, usiłując sobie przypomnieć, gdzie mogą być pojemniki na żywność, przeżyła chwilę zawahania. Spojrzała na swoje łóżko, na którym od miesięcy koczowała, przykryta kocem i otoczona książkami, i poczuła ściskanie w żołądku.
Po co zostawiać ten bezpieczny kąt? Może wszystko się jakoś ułoży? Może ludzie zaczną zdrowieć, otworzą sklepy, znów będą upierdliwi i męczący...
Zapach przypalanego ryżu wyrwał ją z zamyślenia. Zdjęła garnek z kuchenki i zawinęła go w fartuch kuchenny. Wróciła do pakowania ubrań, odkładając szukanie pojemników na potem.
Do samochodu Olgierda zniosła dwie torby i plecak wypchany szczelnie książkami. Minęła po drodze Denisa, który zachował się dokładnie tak samo, jak poprzednio: obrócił się w jej stronę, otworzył oczy, nabrał powietrza przez rozszerzone nozdrza, po czym opuścił powieki i znów zastygł w bezruchu.
Dopiero na podwórku Sandra zdała sobie sprawę z tego, że nigdzie nie pojedzie, bo prawdopodobnie akumulator jest niesprawny, skoro auto od tak dawna stało. Próba otwarcia drzwi pilotem nic nie dała, na szczęście można je było otworzyć kluczykiem. Wsiadła do środka i spróbowała odpalić silnik. Samochód ani drgnął.
- Chyba ci się to nie uda.
Sandra krzyknęła, słysząc głos nad swoim uchem. Obok auta stał Zenek Gołębiowski z sąsiedniej klatki, nieformalny dozorca, któremu płaciło się drobne sumy za odśnieżanie i utrzymywanie jako takiego porządku. Nie wyglądał groźnie. Jak zwykle nosił starą czapkę z daszkiem, mocno naciśniętą na czoło. Dłonie trzymał w kieszeniach roboczego fartucha. Gdyby nie to, że był bardzo chudy i blady, można by pomyśleć, że jak co dzień zamiata podwórko. Uśmiechał się przyjaźnie, kiwając lekko głową.
- Gdzie chciałaś jechać? - zapytał.
- Ja... yyy...
- Nie musisz mi się tłumaczyć. Ale jeśli chcesz gdzieś tym wyruszyć, musisz mieć naładowany akumulator. Chodź. - Zrobił zachęcający gest dłonią. - Podepniemy mojego grata.
Sandra wysiadła z wozu i poszła za Zenkiem, który otworzył klapę jakiegoś zabytkowego fiata 125p, stojącego przy bramie.
- Nie jest mój - wyjaśnił Zenek. - Znalazłem go przy Zachodniej. Był otwarty i całkiem sprawny, więc go sobie wziąłem, żeby nie biegać po mieście na nogach. Tylko takim umiem jeździć, bo mi na początku lad dziewięćdziesiątych prawo jazdy zabrali za prowadzenie pod wpływem. Mój fart, że go mam.
- A jego właściciel?
Mężczyzna spojrzał na nią przenikliwie.
- A jak myślisz?
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Pewnie umarł.
- Pewnie tak. - Zenek obrócił czapkę daszkiem do tyłu i otworzył tylne drzwi auta. - Wiedziałem, że w takich czasach najważniejszą sprawą jest zabezpieczyć się na każdą okazję. Dlatego zawsze mam przy sobie to. - Podniósł w górę kable do ładowania akumulatorów. - Weź je. Ja podjadę bliżej twojego.
- Nie jest mój - powiedziała Sandra, zanim zdążyła się nad tym zastanowić.
Zenek wyszczerzył się i puścił do niej oko.
- Teraz chyba jest.
Kiedy akumulator już się ładował, sąsiad przyniósł w wiaderku wodę, żeby nieco umyć samochód.
- Ochlap go sobie trochę. Nic przez te szyby nie zobaczysz. Ja ci trochę podpompuję koła.
- Dziękuję - mruknęła, nieco onieśmielona jego życzliwością. - Czemu mi pan pomaga?
- A dlaczego nie? - odparł ze smutkiem w głosie. - Co mi innego zostało?
Sandra nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc zabrała się za mycie samochodu.
- Ty jesteś ta najmłodsza od Cisków, prawda? - zapytał Zenek, oglądając opony samochodu.
- Cisaków - poprawiła go. Zawsze czuła się nieswojo, jeśli rozpoznawali ją ludzie, których sama nie znała za dobrze albo wcale.
- No tak... Pewnie Słoniny nieźle dawali popalić, co?
- Trochę... Ja... nigdy się nie wtrącałam.
- I słusznie. Kto by chciał gadać z takimi obwiesiami? Ja tam też święty nie byłem, ale oni to diabły wcielone. Nie wiesz, co się z nimi stało?
Sandra przerwała mycie auta i popatrzyła na Zenka lekko wystraszonym wzrokiem.
- No co? - wyprostował się i zmrużył oczy.
- Denis jest tam - pokazała ręką na okno klatki schodowej, w którym można było dostrzec zarys postaci sąsiada.
Zenek obrzucił Denisa krótkim spojrzeniem i wrócił do pompowania koła.
- A reszta?
- Nie wiem. On... Denis zachowuje się trochę dziwnie.
Mężczyzna roześmiał się cicho.
- A widziałaś dziś kogoś, kto zachowywałby się normalnie?
- Nie bardzo.
- Atakował cię?
- Kto?
- No, Słonina.
- Nie.
Mina Zenka powiedziała Sandrze, że takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
- Chorujesz?
- Na co?
Gołębiowski wyglądał na zszokowanego.
- Na to, co wszyscy. Co z tobą, dziewczyno? Nie wiesz, co się dzieje na tym świecie?
Pokręciła głową.
- A... no chyba że tak - mruknął i podrapał się po głowie.
- A pan choruje na... to coś, co wszyscy?
- Nie. Chyba nie. Nie wydaje mi się.
- Ale jest pan bardzo chudy... To znaczy... chudszy niż kiedyś.
- Bo miałem salmonellozę. Ja, moja żona, nasz syn.
- I co się z nimi stało?
- Umarli.
- Ale pan nie.
- Każdy kiedyś umrze. Jeden szybciej, inni później... No, chyba że się zachoruje. Wtedy się nie umrze.
Sandra poczuła się zdezorientowana, ale nie zdążyła zadać żadnego pytania, bo Zenek z radością klasnął w dłonie.
- No, sprawdźmy, czy się to srebrne pudełeczko naładowało. Wsiadaj i odpalaj.
Nie sądziła nigdy, że można się tak ucieszyć na widok zapalających się kontrolek na desce rozdzielczej.
- Wygląda, że wszystko działa - powiedziała z uśmiechem.
- Dobry wózek sobie wybrałaś. Masz gaz i benzynę do wyboru, a volviaki nie psują się tak często. Nie wiem, dokąd jedziesz, ale powinnaś dojechać.
- Widziałam wcześniej przy Piotrkowskiej porzucony skuter, ale auto chyba będzie lepsze.
- Skuter?! Daj spokój. W tym to się nawet prześpisz, jak będzie trzeba. Jedź stąd, dziewczyno, szkoda twojego życia na to okropne miejsce. Jedź jak najdalej. Gdzieś są na pewno jacyś ludzie.
Nie odpowiedziała od razu. Nie chciała tłumaczyć, że wolałaby odjechać jak najdalej od ludzi. Zenek na pewno nie należał do osób, które by to zrozumiały.
- Bardzo panu dziękuję. A pan... pan nie chce szukać ludzi?
- Nie - pokręcił głową ze śmiechem. - Wszystko, co miałem, było tutaj. Wiesz, że jestem pijakiem, prawda?
Trudno było odpowiedzieć na takie pytanie, więc Sandra milczała.
- Jestem pijakiem w wymarłym mieście, w którym mam nieograniczony dostęp do alkoholu. Nie widzę powodu, by się gdziekolwiek ruszać z takiego pijackiego raju.
- Dla mnie to też był raj - wyrwało się Sandrze.
- To? - Zenek wskazał na jej kamienicę. - Jakim to cudem?
- Miałam książki, koc, spokój...
- Hmm... A jednak zdecydowałaś się gdzieś pojechać. Więc jedź! Książki można czytać w o wiele lepszych miejscach. Czekaj. Włożę jeszcze twoje torby do bagażnika i przyniosę ci w termosie gorącej herbaty. A potem możesz zrobić ze swoim życiem, co tylko będziesz chciała.
* * *
Sandra nie miała nigdy prawa jazdy i dopiero gdy znalazła się na Zachodniej, dotarło do niej, że wpadła na pomysł, by wyjechać samochodem Olgierda, tylko dlatego, że nie bała się żadnej kontroli w tym wymarłym mieście. Kilka lat wcześniej zaczęła robić kurs nauki jazdy, ale przerwała go przez powodu braku pieniędzy, których tak naprawdę nigdy nie było pod dostatkiem. Czuła żal z tego powodu i nawet próby wyjaśniania sobie, że nie potrzebuje papieru, skoro i tak nie ma samochodu, nie pomagały jej w niczym. Marlena dostała potrzebne fundusze, kiedy przyszedł czas, podobnie ich brat, który miał prawko od siedemnastego roku życia. Ale Sandra nie była dla swoich rodziców kimś pokroju Marleny czy Grześka, nie zasługiwała na więcej uwagi i troski z ich strony, bo nie spełniała ich ciągle zmieniających się oczekiwań.
Początkowo jechało się jej ciężko. Puszczała za szybko sprzęgło, myliła biegi albo zbyt gwałtownie naciskała hamulec. Ale zanim dotarła do strefy ekonomicznej, poczuła się naprawdę zadowolona z tego pomysłu. Była swobodna, nie musiała martwić się ruchem na ulicach, kontrolami policji czy straży miejskiej. W baku było sporo paliwa, ale i tak niepokoiła się nieco, czy zdoła znaleźć jakąś stację, gdzie będzie mogła zatankować, choć Zenek twierdził z przekonaniem, że to nie powinien być problem, bo on swojego fiata tankował bez pytania, gdzie tylko chciał.
Jednego Sandra nie przewidziała: snujących się wszędzie ludzi, wychudzonych, otępiałych, z twarzami pozbawionymi emocji i na wpół przymkniętymi oczami. Zauważyła, że reagują na dźwięk i gdy raz zatrąbiła na jakiegoś marudera stojącego bez ruchu na Zachodniej, on zamiast się odsunąć, ruszył w jej stronę. Podobnie uczyniło kilka innych osób. Z trudem manewrowała autem tak, by żadnego nie potrącić, o mało się przy tym nie rozbijając na latarni. Kiedy potem popatrzyła w lusterko, zobaczyła, że dość spora grupa wychudzonych postaci idzie za nią. Na szczęście jadąc samochodem była o wiele szybsza i mogła zaraz stracić ich z oczu.
Minęła po drodze jednego rowerzystę, znów na rikszy, i dwa samochody, ale nikt się nie zatrzymywał, żeby ją zaczepiać. W samej strefie było cicho i pusto. Zaparkowała niezbyt elegancko przed wejściem i wysiadła z auta. Zwróciła uwagę na to, że nad jej głową lata bardzo dużo gawronów z wielkimi dziobami, kraczących złowrogo.
Usłyszała za plecami jakieś poruszenie i gwałtownie obróciła się w tamtą stronę.
- Latają tak, bo mają łatwy żer - wyjaśnił ochroniarz Wiesiek, wskazując na niebo.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie Sandra.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry - odparł z nutą sarkazmu w głosie. - Chodźmy do środka, bo się zaraz zejdą.
Sandra chciała zapytać, kto się zejdzie i po co, ale nie zdążyła, bo mężczyzna zniknął w budynku. Poszła za nim.
Ochroniarz zajął miejsce za kontuarem i założył ręce na brzuchu. Nie zaproponował Sandrze żadnego krzesła, więc stała przed nim w stosownej odległości.
- Co panią tu sprowadza? Myślałem, że się pani już nie zjawi. Długo pani nie było.
- Byłam... zajęta. - Chciała powiedzieć, że chorowała, ale uznała, że może to nie być wcale taki dobry pomysł. - Przyjechałam zapytać, czy pani Marta Ogrodnik jest może w pracy... tutaj.
Wiesiek roześmiał się i pokręcił głową.
- W pracy? A kto by pracował? Po co?
- Pan tu jest - zauważyła.
- Jestem - przyznał. - Przynajmniej udaję normalność. - Dotknął dłonią naszywki na służbowym mundurku.
- Pan też chorował?
Spojrzał na nią z gniewem.
- Co? Czy ja wyglądam na chorego?
- Chodzi mi o salmonellę - wyjaśniła, domyślając się, że mówią o dwóch różnych przypadłościach, tyle że ona wciąż nie wiedziała, czym jest ta druga.
- A... To. Nie, ja nie chorowałem. Zawsze jadłem tylko wieprzowinę. Mogłem jeść schabowe na śniadanie, obiad i kolację. Cały czas. Kurczaki są dla mięczaków.
- Aha... Czyli że... pani Marty nie ma, tak?
- Nie. Dawno jej nie widziałem. Nie wiem, co z nią... A czego pani od niej chciała?
- Och, pewnie nie będzie pan wiedział, skoro jada pan tylko wieprzowinę.
Wiesiek popatrzył na nią lekko zdezorientowany.
- Co to znaczy?
- Kiedy tu pracowałam, pani Marta zatrudniała mnie też u siebie w domu. Raz w tygodniu sprzątałam u niej w Zgierzu. I ona czasami nie płaciła mi pieniędzmi, tylko kurami i jajkami, które przywoziła ze wsi.
Wiesiek mruknął coś do siebie, najwyraźniej starając się zrozumieć, co usłyszał.
- I co? Zachorowała pani przez ten drób?
- Nie... To znaczy... Nie o to mi chodzi. Ja po prostu chcę się dowiedzieć, skąd przywoziła mi te rzeczy, z jakiej wsi.
- Z Lipiec - powiedział ochroniarz, zanim Sandra dokończyła zdanie.
- Słucham?
- Mówię, że przywoziła je z Lipiec Reymontowskich. Od kobiety, która ma tam dom.
- A skąd pan wie?
- Bo miała adres ode mnie. Ja kupowałem od Jadźki prosiaki, a Ogrodnikowa kury. Pół strefy się u niej zaopatrywało.
- Naprawdę?
- Tak. Ja ją znam, bo razem do szkoły chodziliśmy. Stara znajoma.
- To... to bardzo się cieszę. - Sandra próbowała się uśmiechnąć, ale okazywanie jakichkolwiek pozytywnych emocji zawsze przychodziło jej z trudem. - Da mi pan dokładny adres?
- A ma pani nawigację?
- Nie mam.
Mężczyzna westchnął i podniósł się z fotela.
- Niech pani ze mną pójdzie. Jakiś GPS powinien być w biurze.
Sandra posłusznie podreptała za Wieśkiem w głąb ciemnego korytarza.
- Tam nie jest łatwo trafić, bo dom na uboczu nieco stoi - wyjaśnił, szperając w szafce w pokoju, do którego weszli. - Nie wiem, czy ją pani zastanie, biorąc pod uwagę okoliczności, ale kto wie... Ona zawsze trzymała się z dala od ludzi, więc może jej nie złapało to cholerstwo. A po co w ogóle chce pani tam jechać, co? Po te kury? Wszystko zatrute było.
- Chcę odetchnąć gdzieś na wsi od tego... co się tu dzieje. - Sandra wykonała ruch ręką w powietrzu, który mógł znaczyć wszystko i nic.
- Aha... Może to też jakieś rozwiązanie.
- A pan? Cały czas pan tu siedzi sam?
- Nie. Siedzimy z kolegą na zmianę po dwanaście godzin. Przecież oszaleć w chałupie idzie, sama pani wie. Stara ma paranoję, dzieciaki wpadły w jakąś depresję. Więc tu przyjeżdżamy. Po drodze się coś organizuje, jakiegoś jedzenia poszuka w sklepach, pogada z ludźmi...
- Czyli że ciężko jest?
- To jest już koniec, proszę pani - powiedział ze ściśniętym gardłem. - Koniec wszystkiego.
* * *
Prowadziło jej się ciężko. Nie miała wyrobionych odpowiednich nawyków, nogi bardzo bolały ją od wciskania pedałów, ciągle zerkała na nawigację i musiała uważać na snujących się wszędzie dziwnych ludzi, którzy nie przejmowali się groźbą rozjechania przez samochód. Ale to nie dlatego zrobiła za Łodzią postój na opuszczonej stacji benzynowej.
Od wyjazdu ze strefy okropnie ją mdliło i choć starała się ignorować reakcje skręcającego się żołądka, nie dała rady zwalczyć torsji i zaraz po zaparkowaniu przy dystrybutorze wypadła z auta i zwymiotowała, choć przecież nie miała za wiele treści pokarmowej w sobie. Przed oczami wciąż stał obrazek, który ujrzała na trawniku obok jeziorka w strefie. Wyrzucała sobie, że poszła w tamtą stronę, zwabiona dziwnym zachowaniem gawronów, które zgromadziły się w jednym miejscu w liczbie co najmniej kilkuset sztuk.
Na ziemi leżały dwa ciała, ale nie można było stwierdzić ich płci czy wieku, bo wielkie ptaszyska urządziły sobie na nich solidny posiłek. Pojęła w tej samej chwili, co miał na myśli ochroniarz Wiesiek, mówiąc, że mają tu łatwy żer. Uciekła stamtąd tak szybko, jak pozwoliły jej na to słabe nogi, jakby bała się, że gawrony rzucą się zaraz na nią. Chciała wsiąść do samochodu, zablokować drzwi, odjechać jak najdalej i o wszystkim zapomnieć. I właśnie to ostatnie okazało się najtrudniejsze.
Rozejrzała się uważnie po okolicy. Na pierwszy rzut oka na stacji benzynowej nie było nikogo, ale Sandra już nie ufała własnemu osądowi rzeczywistości. Ściemniało się, a ona robiła się coraz bardziej głodna i zmęczona. Po dłuższym zastanowieniu przy dystrybutorze zatankowała auto benzyną bezołowiową i poszła do sklepu. Chciała znaleźć butelkowaną wodę i przekąski, którymi mogłaby zapełniać żołądek w trakcie jazdy. Mimo że mogła zjeść coś ze swoich zapasów, nie miała ochoty zostawać w tym miejscu dłużej, niż to potrzebne. Wody nie było, ale na półce z ciastkami leżało kilka opakowań krakersów i markizów. Zgarnęła wszystkie pod pachę i już chciała wybiec na dwór, kiedy jej uwagę przykuła półka z prasą. Najwyraźniej w epoce zagłady mało komu chciało się czytać, bo była wypełniona po brzegi. Wolną ręką zebrała tyle, ile zdołała, odwróciła się na pięcie i zamarła z przerażenia.
Tuż przed nią stał wysoki, siwiejący mężczyzna, który na wychudzonych ramionach nosił zniszczoną koszulę pracownika stacji paliw. Sandra nie słyszała, kiedy do niej podszedł, ale musiał zrobić to bardzo szybko i sprawnie, mimo że na szybkiego i sprawnego nie wyglądał. Pozbawiona emocji twarz, półprzymknięte oczy i nieruchoma postura były tak podobne do tego, co widziała wcześniej w Łodzi, że przez chwilę chciała zostać przy nim nieco dłużej, by upewnić się, że się nie myli. Szybko jednak zrezygnowała z tego głupiego pomysłu, ominęła mężczyznę i wybiegła ze sklepu, starając się nie pogubić swoich zdobyczy.
Tym razem postanowiła, że bez względu na wszystko dojedzie do wytyczonego celu bez zatrzymywania się gdziekolwiek.
- Najwyżej będziesz rzygać na fotel obok - powiedziała do siebie, drżącą dłonią wkładając kluczyk do stacyjki.
Widziała po drodze kilka snujących się postaci. Jedna z nich weszła jej przed maskę samochodu w środku lasu, ale Sandra zachowała zimną krew, ominęła ją i pojechała dalej, nie pamiętając nawet, czy widziała kobietę, czy mężczyznę. Im dłużej jechała, tym więcej faktów do niej docierało. Po salmonelli jakaś inna epidemia dopadła ludzi, ale nie na tyle mocno, by wyłączyć prąd i zakręcić wodę w mieszkaniach. Zerknęła na nawigację - najwidoczniej satelity nad Ziemią też nadal spełniały swoje zadanie. Po raz pierwszy od kilku tygodni zaczęła zastanawiać się nad losem matki i rodzeństwa. Może chcieli do niej zadzwonić, ale sieć telefoniczna już nie działała? A może po prostu się nią nie interesowali albo gdzieś umarli? W zasadzie kwestie rodzinne interesowały ją najmniej. Przyjaciół też nie miała, znajomych niewielu... Żal jej było jedynie Marty Ogrodnik, najbardziej sensownej osoby, z którą można było porozmawiać bez poczucia, że się jest debilem. Pani Marta nigdy jej nie oceniała, nie pouczała, nie wymądrzała się. Sandra miała nadzieję, że jakoś udało się jej przetrwać i że siedziała schowana w bezpiecznym miejscu. Żałowała przy tym, że tak bez słowa przestała jeździć do strefy. Była chora, ale gdy jej się poprawiło, mogła chociaż zadzwonić...
Wyświetlacz nawigacji pokazał, że do celu pozostało jej zaledwie półtora kilometra. Jechała w zupełnych ciemnościach dziurawą drogą asfaltową, tak wąską i tak bardzo schowaną w gęstych krzakach, że trudno było uwierzyć, że nawigacja ją w ogóle uwzględniała. Z odległości około dwustu metrów Sandra zauważyła niewysoki domek, w którego oknach paliło się światło. Mimo że nie przepadała za ludźmi, widok ten rozgrzał jej serce niespodziewaną radością.
Gospodarstwo otaczał drewniany płot, a prowadząca do niego brama była zamknięta, ale Sandra mogła ją z łatwością otworzyć i wjechać na wysprzątane podwórko. W drzwiach wejściowych pojawiła się korpulentna kobieca postać, która wyglądała tak, jakby od dawna czekała na gościa. Obok jej nogi przysiadł mały kundelek, merdając wesoło ogonem.
- Dobrze zamknęła pani bramę za sobą? - zapytała właścicielka gospodarstwa.
Sandra obejrzała się za siebie, jakby chciała się upewnić, czy mówi do niej.
- Tak, zamknęłam. - Skinęła głową i stanęła przy aucie, chowając dłonie w kieszeniach.
Gospodyni przyjrzała się jej z zaciekawieniem.
- Nie wejdzie pani?
- Nie znamy się. Nie wie pani, kim jestem.
- Nie szkodzi. Proszę, niech pani wejdzie, bo chłód leci do środka.
Piesek obwąchał spodnie Sandry, kiedy wchodziła do domu, i zaraz stracił nią zainteresowanie; podreptał do dużej kuchni z kaflowym piecem, pod którym położył się i zasnął.
- Przywykł do obcych - wyjaśniła kobieta, wskazując pupila, po czym usiadła przy dużym stole. - Chce pani kury i jajka?
- Nie.
- Nie? - zdziwiła się kobieta. - Proszę sobie usiąść. Wygląda pani na zmęczoną. Choruje pani?
- Dlaczego wszyscy o to pytają?
- Jak to? Przecież to teraz najważniejsze.
Sandra rozejrzała się po pomieszczeniu, jakby jej myśli pobiegły w zupełnie inną stronę.
- Jak ma pani na imię? - kobieta nie wyglądała na zniechęconą zachowaniem gościa.
- Sandra.
- Ładnie. Ja jestem Jadwiga. Skoro nie chce pani kur i jaj, to nic innego nie mam. Świnki się skończyły, bo ludzie bali się jeść drób.
- Nie. Chciałam tu zostać.
Kobieta była zszokowana tym wyznaniem.
- Ale... Nie rozumiem.
- Chcę zostać gdzieś na wsi. Muszę nauczyć się uprawiać ziemię, żeby mieć co jeść.
- Brzmi sensownie - przyznała kobieta. - Ale dlaczego u mnie?
- Jadłam pani kury. Były smaczne. No i... nie znam nikogo innego.
- Mnie też pani nie zna.
- Ale pani Marta panią znała.
- Która Marta?
- Ogrodnik.
- Ach! - ucieszyła się Jadwiga. - Rozumiem. Mówiła kiedyś, że bierze drób dla dziewczyny, która u niej sprząta. To pani, tak?
Sandra skinęła głową. Była znużona. Nic jej tak nie nużyło jak rozmowy z ludźmi.
- No dobrze... - Jadwiga wydawała się nad czymś zastanawiać. - To może przełóżmy tę konwersację na jutro. Dziś mogę zaproponować pani kolację i nocleg. Co pani na to?
- A nie boi się pani, że choruję? Wszyscy się tego boją.
- Nie, jakoś się nie boję - odparła kobieta, odruchowo naciągając rękaw koszuli w kwiatki na lewe przedramię.
* * *
Sandra wiedziała, że Jadwiga uważa ją za dziwną osobę. Nie obchodziło jej to. Miała jakiś plan, który chciała zrealizować, i tylko to się liczyło. Niestety, gospodyni widziała to inaczej.
- Nie możesz tu zostać - powiedziała Jadwiga przy śniadaniu. Zaczęła jej mówić na "ty" automatycznie, wchodząc jednocześnie w rolę nieformalnej opiekunki swojego gościa.
- Dlaczego? - Sandra odmówiła zjedzenia wypiekanych domowym sposobem bułeczek, więc pozostała jej przywieziona z Łodzi kasza, którą w tym momencie mieszała z ciepłym mlekiem.
- Mam swoje powody. Jestem pewna, że gdybyśmy mieszkały tu we dwie, byłoby nam bardzo dobrze. Ty masz swój świat, ja mam swój. Pewnie by się nam ułożyło... Ale uważam, że powinnaś jechać gdzie indziej.
- Dokąd?
- Jesteś bardzo młoda, nie możesz zamknąć się w domu i z niego nie wychodzić.
- Ale ja zawsze tak żyłam.
Gospodyni spojrzała na nią z troską.
- Możliwe. Jednak czas, żebyś ruszyła się dalej.
- Po co? Wszyscy mówią, że świat i tak się skończył.
Jadwiga uśmiechnęła się. Oparła brodę na dłoniach i westchnęła cicho.
- Może skończył się dla innych, ale jak widzę, dla ciebie właśnie się zaczął.
Sandra zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad tym, co usłyszała.
- Ja chcę czytać książki.
- Chciałaś czytać, bo świat ci nie pasował, uciekałaś od niego... Ale zobacz, co się stało, gdy ten stary świat zaczął się kończyć - ruszyłaś w drogę. Powiedz mi: czy jest jakieś miejsce na tej planecie, które chciałabyś zobaczyć?
Sandra pokiwała głową.
- Tak - szepnęła.
- Co to za miejsce?
- Morze. Nigdy nie byłam nad morzem. Kiedyś Caritas wysyłał dzieci z mojej okolicy na kolonie, ale mi rodzice zabronili jechać. Płakałam przez całe wakacje. Dzieci opowiadały, jak było fajnie, a ja płakałam jeszcze bardziej.
- To jedź nad morze. Masz samochód, pełen bak, dam ci jedzenie i możesz w końcu wyruszyć przed siebie.
- Wygania mnie pani?
- Nie, dziecko, nie wyganiam cię. Ale, jak mówiłam, mam swoje powody, by nie pozwolić ci tu zostać.
Sandra nic już nie powiedziała. Czuła, że dalsze dyskusje nie mają sensu.
Przedpołudnie spędziły w ogródku warzywnym Jadwigi, która przekopywała ziemię pod marchewki i buraczki. Sandrze kazała usiąść na starym leżaku i zawinąć się w koc.
- Nabierz sił przed drogą. Ja muszę cały czas coś robić, inaczej wariuję.
- Od dawna jest pani sama?
Jadwiga spojrzała na nią znad ramienia i uśmiechnęła się smutno.
- Od zawsze. Kiedy jeszcze żyli rodzice, czułam się dokładnie tak samo opuszczona jak teraz. Nie nauczyłam się funkcjonować inaczej.
Sandra skinęła głową. Doskonale rozumiała, co kobieta miała na myśli.
- Może mi pani wyjaśnić, o co chodzi z tą chorobą?
- Chyba długo siedziałaś zamknięta w domu, co? - roześmiała się Jadwiga.
- Trochę... Dużo mnie ominęło?
- Z mojego punktu widzenia niewiele, ale pewnie dla innych ludzi skończyła się jakaś epoka.
- Zawsze myślałam, że jak będzie koniec świata, to zabraknie wody i prądu, ale wszystko było w porządku, więc się nie niepokoiłam.
- Prąd jest tylko w dużych miastach i to w paru dzielnicach.
- U pani jest.
- Bo ja mam swoją elektrownię wodną za domem, którą musiałam zawsze ukrywać przed urzędasami. Ale prawda jest taka, że elektryczność ograniczona jest do tych miejsc, gdzie są ludzie, którzy próbują nawiązać łączność.
- Jaką łączność?
- Z innymi ludźmi, miastami... Czasem ktoś mnie odwiedza i opowiada, jak to wygląda.
- Nie boi się pani?
- Czego niby?
- Że ktoś panią zamorduje albo napadnie i skrzywdzi.
- A ty się bałaś w swoim mieszkaniu?
- Ja się boję wszystkiego.
Jadwiga przerwała pracę, wyprostowała się i oparła na szpadlu.
- A kiedy się nie boisz? Są takie chwile w twoim życiu?
- Kiedy czytam. Zazwyczaj... Bo nie zawsze książki mi się podobają.
- A jakie czytasz?
- Wszystkie.
Jadwiga pokiwała głową i znów zaczęła kopać.
- Miała pani salmonellę? - zapytała Sandra po chwili.
- Nie, skądże!
- Ja chyba miałam. Byłam chora jakiś czas temu.
- A jadłaś kury inne niż moje?
Sandra zastanowiła się.
- Nie. Nie było mnie stać. Jeśli pani Marta mi nie dała kur albo jajek, to nie jadłam innych.
- Więc nie miałaś salmonelli. Moje kury nie były chore.
- Jak to?
- Dziecko, ty naprawdę nic nie wiesz. Idź do swojego auta i przynieś gazety, które tam leżą. Widziałam, że na wierzchu miałaś "Politykę" z zeszłego roku, w której jest artykuł szczegółowo opisujący chorobę. Przeczytaj go sobie.
Sandra posłusznie wykonała polecenie Jadwigi.
Na okładce widniała postać jakiegoś mężczyzny ubranego w drogi garnitur. Z treści artykułu Sandra dowiedziała się, że to minister zdrowia. Przerobione w Photoshopie zdjęcie przedstawiało go z zabitą kurą w jednej ręce i zakrwawioną siekierą w drugiej. Kiedy przewertowała numer, zdała sobie sprawę, że wydanie w całości poświęcone było salmonellozie.
- On też chorował - powiedziała Jadwiga, wskazując głową na gazetę. - Nikogo nie oszczędziło.
Sandra zatrzymała się na stronie, na której umieszczono wypowiedź jakiegoś lekarza:
Epidemiolodzy i specjaliści od chorób zakaźnych od dawna zwracali uwagę na fakt, że w ciągu minionej dekady zbiorowe zakażenia pałeczką salmonelli były prawie niespotykane. Choroba ta nie jest oczywiście niczym dobrym, ale jej brak mówił nam o występowaniu swoistej patologii. Co to bowiem może oznaczać? Że bakteria, owszem, poddała się antybiotykom, którymi szprycowane są kurczaki we wszystkich kurzych fermach na świecie, ale nadchodzi dzień, kiedy wyewoluuje i powstanie nowy, antybiotykoodporny szczep. On zabije nas wszystkich.
Przeczytała ten fragment na głos i spojrzała pytająco na Jadwigę.
- To dlatego moje kury są zdrowe.
- Nie dostawały antybiotyków?
- Właśnie. Czytaj resztę.
Najbardziej oburzający był artykuł o zmowie producentów drobiu, którzy zataili fakt istnienia nowej pałeczki salmonelli przed opinią publiczną. Zanim prawda wyszła na jaw, miliony ton zakażonego mięsa trafiły do sklepów i restauracji. Pandemia była nie do zatrzymania.
Dalej Sandra czytała o braku leków, skandalicznych warunkach panujących w przepełnionych szpitalach, gdzie dochodziło do zachorowań na inne choroby, a także o bezczynności władz i służb sanitarnych. W jednym z artykułów pokazano mapkę Europy, na której zaznaczono zielonym kolorem enklawy wolne od choroby. W Polsce zieloną wyspą były tylko Bieszczady.
- To numer sprzed roku - powiedziała, oglądając okładkę. - Ja naprawdę to wszystko przeoczyłam.
- Telewizji też nie oglądałaś?
- Nie. Ojciec kiedyś wyniósł telewizor do lombardu... krótko przed swoją śmiercią. I już go nie odzyskaliśmy.
- Pił?
- Co? Telewizor?
Jadwiga roześmiała się.
- Twój tata.
- A... Nie... nie tak dużo. Mój brat narobił długów i trzeba było spłacić, żeby mu gardła nie poderżnęli, dlatego ojciec odwiedzał lombard.
- To musiał być niezły gagatek z tego twojego brata. A ojciec na co umarł?
- Potrącił go tramwaj na Włókniarzy.
- Hmm... Przykro mi.
- A mnie wcale - mruknęła Sandra znad gazety.
Jadwiga uśmiechnęła się pod nosem.
- A mama? Siostra?
- Matka wyjechała po śmierci ojca do kochanka do Płocka. Potem Marlena mówiła, że przenieśli się do Niemiec, niby do pracy, ale ja nie wiem... Nie odzywała się więcej. Siostra od kilku lat mieszka z konkubentem na Bałutach i też przestała przychodzić jakiś czas temu.
- W ogóle?
- W ogóle.
- To kto się tobą zajmował?
- Nikt. Sama się sobą zajmowałam. Pracowałam w strefie, to płaciłam czynsz. Potem zachorowałam i nie płaciłam, ale upomnienia nie przychodziły.
- Wszystko to brzmi dość smutno - stwierdziła Jadwiga z westchnieniem. - Ale łatwe życie to mit, w który dziś już chyba nikt nie wierzy.
Sandra popadła w zadumę na kilka minut.
- Co tam sobie myślisz? - zapytała Jadwiga.
- Jak ja mogłam to wszystko przeoczyć? - Podniosła gazetę i opuściła ją z rezygnacją.
- A powiedz mi, o ile to nie tajemnica... O co chodzi z tą kaszą i ryżem?
- To znaczy?
- Dlaczego nie jesz niczego innego?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - To było najtańsze, mogłam kupić większą ilość i nie wychodzić z domu przez wiele dni.
- Ale jak wychodziłaś, to chyba widziałaś, że coś jest nie tak, prawda?
- Pewnie widziałam. Ale mnie ludzie i ich sprawy nie interesują. Myślałam, że to histeria i wszystko minie. Jak zawsze... A potem wróci do normy. Tylko że nie wróciło...
Rozejrzała się wokoło, wsłuchując w donośny śpiew ptaków, cieszących się z nadejścia wiosny.
- Pani Jadwigo...
- Tak? - kobieta spojrzała na nią z zainteresowaniem.
- Dużo ludzi umarło?
Jadwiga nabrała powietrza w płuca, po czym wypuściła je powoli, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- Na tyle dużo, że jak będziesz jechać nad morze, drogi będą całkiem puste.