Drugie drzewo - Róża Lewanowicz

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cudny

Cudny miał dar uzdra­wia­nia. Dla­tego wo­łano na niego Cudny. Pro­blem po­le­gał na tym, że mało kto o tym wie­dział albo pa­mię­tał, a on sam bar­dzo chciał, by tak po­zo­stało. Nowi lu­dzie w jego no­wym ży­ciu do­mnie­my­wali, że to prze­zwi­sko wy­ni­kało z faktu, ja­koby był po pro­stu cu­dow­nym czło­wie­kiem, zbawcą, mę­żem opatrz­no­ścio­wym w ich nie­doli.

Ma­rek, bo ta­kie było jego praw­dziwe imię, nie­na­wi­dził swo­jego daru, który uwa­żał za prze­kleń­stwo i źró­dło nie­opi­sa­nych cier­pień. Czuł się przez niego jak dzi­wo­ląg. Od ósmego roku ży­cia wy­ty­kano go pal­cami, wy­śmie­wano albo prze­ciw­nie - ota­czano czcią. Oprócz tego za każde ule­cze­nie pła­cił wy­soką cenę: do­le­gli­wość, która zni­kała u cho­rego, po­ja­wiała się w jego ciele; co prawda na krótko, ale bar­dzo in­ten­syw­nie. Wy­da­wało mu się, że cho­roba czy ból prze­cho­dzą na niego, by w jego ciele do­ko­nać ży­wota.

Kiedy osią­gnął wiek osiem­na­stu lat, po­sta­no­wił skoń­czyć z uzdra­wia­niem, uciec od swo­jego prze­zna­cze­nia i spra­wić, by świat o nim za­po­mniał. W tym celu za­pi­sał się do se­mi­na­rium du­chow­nego. Chciał wto­pić się w jed­no­rodny tłum i upodob­nić do kon­kret­nej grupy spo­łeczno-za­wo­do­wej. Tam jed­nak stało się coś nie­ocze­ki­wa­nego, czego rzecz ja­sna nikt nie mógł prze­wi­dzieć. U Marka ujaw­nił się inny dar, po­zor­nie mniej kło­po­tliwy, lecz, co oczy­wi­ste, ścią­ga­jący uwagę oto­cze­nia: umie­jęt­ność do­wo­dze­nia grupą. Wy­star­czyło, by otwo­rzył usta, a nie było czło­wieka, który by go nie słu­chał. Prze­ło­żeni, na czele z oj­cem du­chow­nym, po­czuli się za­gro­żeni, więc uprzy­krzali mu ży­cie na każ­dym kroku. Tym ra­zem jed­nak Ma­rek nie uciekł. Po­do­bało mu się sta­wia­nie oporu, by­cie bun­tow­ni­kiem, bu­rze­nie raz usta­no­wio­nego po­rządku, nie­ma­ją­cego nic wspól­nego z po­rząd­kiem, a nade wszystko wy­ty­ka­nie błę­dów in­nym, ujaw­nia­nie ota­cza­ją­cej go hi­po­kry­zji, oczysz­cza­nie świata ze zła...

Kiedy na świat spa­dła jedna tra­ge­dia, a po­tem na­stępna, gdy lu­dzie umie­rali na jego oczach, a on nic nie mógł z tym zro­bić, po­jął, że wła­śnie te­raz może wy­ka­zać się na­prawdę i oczy­ścić zie­mię, na ja­kiej przy­szło mu żyć, z tego, co ją ska­ziło. Chciał chro­nić oca­la­łych, na­wet kosz­tem cier­pie­nia in­nych, dla któ­rych nie mo­gło już być na­dziei, bo to oni sta­no­wili źró­dło za­głady. Cena ich ży­cia też nie była za wy­soka.

- Je­śli nic nie zro­bię, bę­dzie tylko go­rzej - po­wta­rzał so­bie. - Nie mogę bier­nie pa­trzeć na to, co się dzieje.

Zrzu­cił su­tannę, bo nie było sensu dłu­żej uda­wać, że w coś wie­rzy. Nie mu­siał ukry­wać się w tłu­mie, w końcu mógł wyjść z niego z pod­nie­sioną głową i po­pro­wa­dzić tych, któ­rzy chcieli, ku ule­cze­niu. Chcą­cych było wielu, lecz on na sa­mym po­czątku mu­siał pod­jąć bar­dzo trudne de­cy­zje i usu­nąć spo­śród nich chore ele­menty, od­dzie­lić ziarna od plew, za­bić sła­bych...

Cudny nie lu­bił wra­cać my­ślą do tych bo­le­snych po­cząt­ków, bo nie chciał przy­znać, że po­peł­nił wiele błę­dów. Za­ło­żył bo­wiem, że dar uzdra­wia­nia po­zwoli mu roz­róż­nić cho­rego od zdro­wego, jak to miało miej­sce pod­czas pierw­szej epi­de­mii. Jed­nak z tą drugą było coś nie tak i gdyby był wie­rzący, uznałby, że to sam dia­beł po­mie­szał szyki. Ciała nie cho­ro­wały. Ow­szem, zmie­niały się w le­dwo za­uwa­żalny spo­sób, ale nie no­siły w so­bie śla­dów cho­roby czy roz­kładu. Jego za­da­nie było więc o wiele trud­niej­sze, a na­uka roz­po­zna­wa­nia plew za­jęła mu sporo czasu.

Gdy mi­nęło dwa i pół roku, uznał, że jest mi­strzem, nie tylko w prze­wo­dze­niu co­raz więk­szej gru­pie wy­znaw­ców, ale i w traf­nym sta­wia­niu dia­gnozy: ten jest za­ra­żony, a ten nie; tego na­leży od razu za­bić, a tego za­pro­sić do nas. Upro­ścił w ten spo­sób swoje ży­cie, przy­czy­nia­jąc się do ule­cze­nia świata. Był spo­kojny, syty, speł­niony. No i na­resz­cie miał po­czu­cie, że kon­tro­luje sy­tu­ację - pierw­szy raz od dnia na­ro­dzin.

Idąc do se­mi­na­rium, oszu­kał wszyst­kich oprócz sie­bie i paru kum­pli, któ­rzy znali go le­piej niż ro­dzice. Nie miał w so­bie wiary, nie znaj­do­wał też po­trzeby jej po­sia­da­nia. Ale po­do­bało mu się tam i do­piero po stwo­rze­niu swo­jej grupy zro­zu­miał, że lu­bił się uczyć. Oceny miał do­sko­nałe, je­śli nie li­czyć paru nie­istot­nych przed­mio­tów, a sie­dze­nie nad książ­kami nie mę­czyło go wcale. Znał ła­cinę i grekę, po­ro­zu­mie­wał się też po wło­sku; ko­chał hi­sto­rię, a na­wet li­tur­gikę; szybko opa­no­wał wszyst­kie moż­liwe ry­tu­ały, ge­sty czy mo­dli­twy, a gdy był na pią­tym roku, po­znał pew­nego księ­dza z War­szawy, który po­ka­zał mu, że wy­brał so­bie naj­lep­szy z moż­li­wych za­wo­dów.

- Je­steś sprytny, to się usta­wisz - szep­tał mu do ucha ksiądz Bog­dan w cza­sie prze­rwy na pa­pie­rosa. - Ja nie mam ta­kiej gadki jak ty, więc bę­dziesz w sta­nie owi­nąć so­bie wo­kół palca każ­dego, nie tylko pa­ra­fian, ale i sa­mego bi­skupa. Masz dziew­czynę?

Ma­rek spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

- Nie. A po­wi­nie­nem?

- Nie­ko­niecz­nie. - Bog­dan skrzy­wił się. - Jak nie masz, to i le­piej. Z ba­bami sam kło­pot. Kupa kasy na nie idzie i ła­two zła­pać punkty ujemne, nie mó­wiąc o ciąży. Po­tem jest pro­blem: skro­bać, nie skro­bać? Wy­sy­łać gdzieś da­lej czy trzy­mać pod no­sem i pil­no­wać? Gdy­byś miał lep­szą kon­dy­cję, można po­my­śleć o woj­sku. Ha! Ży­cie jak w Ma­dry­cie.

Bog­dan skoń­czył na­uki re­ko­lek­cyjne dla łódz­kich se­mi­na­rzy­stów i wró­cił do swo­jego ży­cia w Sto­licy, a Cudny miał o czym my­śleć. Jego świe­tlaną ka­rierę prze­rwał wy­buch pierw­szej epi­de­mii, która za­brała je­dyną osobę, na ja­kiej mu za­le­żało. Nie był w sta­nie po­móc wła­snej babci, nic nie da­wało kła­dze­nie rąk i sku­pia­nie się nad jej co­raz słab­szym cia­łem. Jedna z są­sia­dek, po­ma­ga­jąca mu w opiece nad sta­ruszką, po­wie­działa, że na Je­ho­wych to nie po­działa, bo mu­szą się naj­pierw na­wró­cić.

- Ja tam księ­dza babkę sza­nuję - mó­wiła, na­cią­ga­jąc czy­ste prze­ście­ra­dło na tap­czan. - Ale sekta jest sekta, a Bóg cho­robą daje nam szansę na za­sta­no­wie­nie się. Sam ksiądz naj­le­piej po­wi­nien o tym wie­dzieć.

Oczy­wi­ście Cudny nie prze­jął się tymi sło­wami, bo od dawna był od­porny na nie­to­le­ran­cję wo­bec swo­jej ro­dziny, od po­ko­leń na­le­żą­cej do Świad­ków Je­howy, co także ukrył przed prze­ło­żo­nymi se­mi­na­rium. Po raz pierw­szy jed­nak usły­szał tak zde­cy­do­wany po­gląd: że epi­de­mia jest szansą, a nie karą czy splo­tem przy­pad­ko­wych zda­rzeń. Uznał, że po­wi­nien za­cząć szu­kać mak­si­mum ko­rzy­ści tam, gdzie inni wi­dzą stratę.

Cudny wie­dział, że owieczki w jego pa­ra­fii nie roz­pro­szy­łyby się po wy­bu­chu epi­de­mii, gdyby z nimi zo­stał, lecz uległ po­ku­sie i błęd­nie za­ło­żył, że może zwią­zać się z piękną dziew­czyną i jed­no­cze­śnie prze­wo­dzić gru­pie no­wych wier­nych. Te­raz ża­ło­wał tej de­cy­zji, bo wi­dział, jak była na­iwna. Nie mu­siał wy­jeż­dżać z Ło­dzi, mógł na miej­scu uło­żyć so­bie ży­cie we­dług wła­snego upodo­ba­nia, za­miast tu­łać się po ca­łej Pol­sce, wal­cząc o prze­trwa­nie. Jego lu­dzie byli lo­jalni, ale naj­więk­sza na­wet lo­jal­ność pod­dana zo­staje pró­bie w ob­li­czu śmierci gło­do­wej, o in­nych za­gro­że­niach nie wspo­mi­na­jąc. Miał twardą rękę, która mu­siała mięk­nąć, gdy ro­biło się bar­dzo ciężko. Po­ży­wie­nia wo­koło wcale nie przy­by­wało, co nie było dziwne, bio­rąc pod uwagę fakt, że od po­nad dwóch lat mało kto upra­wiał rolę. Nie po­do­bało mu się, że pod­władni chcieli dzie­lić się na mniej­sze grupy, by było im ła­twiej szu­kać za­pa­sów. Kiedy ktoś się od­da­lał, Cudny za­czy­nał mieć obawy, że wy­mknie mu się spod kon­troli; jed­nakże wie­dział, że musi ustą­pić, by jego upór nie ob­ró­cił się prze­ciwko niemu. Wtedy też po­jął, że po­winni zna­leźć stałą lo­ka­li­za­cję, bez­pieczny ob­szar z wszel­kimi wy­go­dami i do­stę­pem do tego, co było lu­dziom po­trzebne każ­dego dnia.

- War­szawa - szep­nął, ba­wiąc się ko­lej­nym pa­pie­ro­sem, któ­rego chciał za­pa­lić. - Bo jak kraść, to mi­liony...

Po kraju szla­jało się mnó­stwo mniej lub bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­nych grup, wy­ma­chu­ją­cych bro­nią i ko­rzy­sta­ją­cych z cha­osu, jaki za­pa­no­wał. Ale nikt nie śmiał ude­rzyć w strefę, jaką miesz­kańcy Sto­licy zbu­do­wali po dru­giej epi­de­mii. Cudny wiele sły­szał o tym, jak są świet­nie zor­ga­ni­zo­wani, uzbro­jeni, a przede wszyst­kim za­opa­trzeni. Mó­wiono o ma­ga­zy­nach peł­nych je­dze­nia, le­ków, amu­ni­cji, ale i o su­ro­wych rzą­dach, zmu­sza­niu lu­dzi do pracy, wy­rzu­ca­niu cho­rych za mur ota­cza­jący wy­dzie­loną część mia­sta. W le­gendy ob­ro­sły hi­sto­rie o zbroj­nych pa­tro­lach jeż­dżą­cych wo­kół strefy, pil­nu­ją­cych, by ża­den in­truz nie do­stał się do środka i oczy­wi­ście za­bi­ja­ją­cych każ­dego, kto sta­no­wił za­gro­że­nie. Mó­wiono o po­dwój­nej bra­mie, wie­życz­kach straż­ni­czych, a ostat­nio o su­per­broni, uśmier­ca­ją­cej za­ka­żo­nych, choć wszy­scy wie­dzieli, że nie da się ich za­bić, chyba że przez de­ka­pi­ta­cję.

- Nie mamy szans - po­wie­dział Ro­bert, je­den z głów­nych przy­bocz­nych Cud­nego, kiedy usły­szał, że do­wódca pla­nuje szturm na War­szawę. - Nie chcę wyjść na two­jego an­ta­go­ni­stę, ale te wie­ści są nie­po­ko­jące...

Cudny wy­my­ślił więc, by jedna z grup wy­brała się na zwiady w oko­lice Sto­licy. I była to ko­lejna z jego nie­tra­fio­nych de­cy­zji.

Dzie­się­cio­oso­bowa ekipa zo­stała wy­pa­trzona kilka ki­lo­me­trów przed wjaz­dem do strefy. Mimo że zwia­dowcy mieli broń palną, a prze­ciw­nik - zgod­nie z re­la­cją oca­la­łych - tylko kije, po­rażka była sro­motna i pięć osób tra­fiło do nie­woli. Dwóch z tych, co wró­cili, od­nio­sło po­ważne ob­ra­że­nia i zmarło po ty­go­dniu z po­wodu za­ka­że­nia. Cudny nie był mi­strzem tak­tyki, ale wie­dział, że stało się tak tylko z po­wodu prze­wagi li­czeb­nej na­past­ni­ków. Tego, że jego lu­dzie nie po­tra­fią do­brze strze­lać, w ogóle nie wziął pod uwagę.

- Musi być nas wię­cej - oświad­czył pod­czas jed­nego ze swo­ich prze­mó­wień. - Trzeba ich oto­czyć z każ­dej strony i za­ata­ko­wać jed­no­cze­śnie. Niech wszyst­kie grupy, które są w te­re­nie, jadą na War­szawę.

- Ale te­raz? - Ktoś ze słu­cha­czy się za­nie­po­koił.

- Nie, nie te­raz. Prze­cież mu­simy się przy­go­to­wać. Wy­obraź­cie to so­bie: za­pasy je­dze­nia, leki, cie­płe domy i zero za­ka­żo­nych. Zero! Prze­cież wtedy do­piero mo­gli­by­śmy na po­waż­nie za­jąć się oczysz­cza­niem świata z za­razy. To trzeba zro­bić.

Prze­ko­nał ich. Choć nie wszyst­kich. Je­den z jego bli­skich współ­pra­cow­ni­ków, Ro­mek, uwa­żał, że po­mysł Cud­nego jest nie tylko głupi, ale i nie­bez­pieczny. Za­miast tego wo­lał, by za­częli szu­kać wła­snego schro­nie­nia, bez od­bie­ra­nia go siłą in­nym lu­dziom, w do­datku tak do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nym i groź­nym. We­dług niego było to sa­mo­bój­stwo i po­wie­dział o tym Cud­nemu pro­sto w oczy.

- Je­śli choć tro­chę za­leży ci na tych lu­dziach, na ich przy­szło­ści, nie rób tego - mó­wił zde­cy­do­wa­nym to­nem.

- Nas jest wię­cej - ode­zwał się Ro­bert.

- Tego nie wiesz. Za­py­taj zwia­dow­ców, któ­rym udało się wró­cić, co tam się działo.

- Prze­sa­dzają.

- A je­śli nie? Co po­wie­dzieli? Banda wście­kłych męż­czyzn i ko­biet rzu­ciła się na nich z ki­jami, ni­czym ja­ski­niowcy. Adam dość do­kład­nie opi­sał, jak wy­glą­dali, jaki obłęd mieli w oczach; oni chcieli za­bi­jać i spra­wiało im to przy­jem­ność. Nie mamy po­ję­cia, kto tak na­prawdę mieszka za tym mu­rem. A co z na­szymi, któ­rych wzięli do nie­woli? Uwa­żasz, że jesz­cze żyją? I jak my­ślisz - jaką mieli śmierć?

Tego dla Marka było za wiele. Wy­czuł, że je­żeli w tym mo­men­cie nie za­re­aguje, ar­gu­menty Ro­mana mogą ko­goś rze­czy­wi­ście prze­ko­nać. De­cy­zja za­pa­dła szybko: pu­bliczna eg­ze­ku­cja na­stęp­nego dnia w po­łu­dnie. Nikt nie dys­ku­to­wał, choć nie tylko ze stra­chu. Cudny był do­bry z hi­sto­rii, ale i z psy­cho­lo­gii - ro­zu­miał, że gdy jest za mało chleba, na­leży za­pew­nić wię­cej igrzysk.

Jed­nak eg­ze­ku­cja się nie od­była, po­nie­waż Ro­man uciekł w nocy, co nie było wcale dziwne, bo przed epi­de­mią słu­żył jako żoł­nierz jed­no­stek spe­cjal­nych; umiał wyjść cało z wielu opre­sji, a po­tem prze­trwać sa­memu w trud­nych wa­run­kach. Cudny za­rzą­dził po­szu­ki­wa­nia, po­łą­czone z dal­szym oczysz­cza­niem Ziemi z za­ka­żo­nych i zdo­by­wa­niem po­trzeb­nych za­pa­sów. Raz na­wet ja­kaś grupa była bli­sko jego zła­pa­nia, ale skoń­czyło się je­dy­nie spa­le­niem sto­ją­cego na ubo­czu do­mo­stwa z za­ka­żoną wła­ści­cielką w środku.

- Za­miast ją pa­lić żyw­cem, mo­gli wy­czy­ścić spi­żar­nie i szopy - mruk­nął Ro­bert. - Na za­bi­cie za­wsze jest pora.

- Trudno - mruk­nął Cudny. - Znaj­dziemy coś in­nego.

* * *

Sie­dze­nie w nocy przy ogni­sku było jed­nym z ele­men­tów jed­no­czą­cych spo­łecz­ność. Cudny nie lu­bił sen­ty­men­tal­nych zwie­rzeń, a tym bar­dziej uża­la­nia się nad sobą, ale po­zwa­lał na pod­trzy­my­wa­nie tego zwy­czaju ze wzglę­dów prak­tycz­nych - wię­cej zy­ski­wał jako li­der, niż tra­cił. Tej nocy człon­ko­wie jego grupy miała wy­jąt­kowo do­bre hu­mory, głów­nie dla­tego, że z ni­kim nie mu­sieli się bić, ale też z po­wodu swo­body, jaką po­czuli, pły­wa­jąc w je­zio­rze i ba­wiąc się ni­czym dzieci. Na chwilę za­po­mnieli o tra­gicz­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Cudny szybko zo­rien­to­wał się, że Ju­sta, jako jedna z nie­licz­nych, nie ma do­brego na­stroju. Był na­wet prze­ko­nany, że zra­nił ją i przez dłuż­szy czas bę­dzie bar­dzo nie­szczę­śliwa. Nie miał wy­rzu­tów su­mie­nia, ale zło­ścił się na sie­bie, że tak długo cią­gnął tę farsę, a kiedy ktoś za­gaił, że dziew­czyna chyba od nich odej­dzie, prych­nął z po­gardą:

- A kto by ją chciał?

Ju­sta była piękną ko­bietą, któ­rej urody nie znisz­czyły cięż­kie prze­ży­cia ani kiep­ska dieta. Wielu męż­czyzn wzdy­chało do niej po ci­chu, jed­nak ża­den nie od­wa­żyłby się ubie­gać o jej względy, na­wet wie­dząc, że zo­stała od­rzu­cona przez Cud­nego. W mnie­ma­niu ogółu dziew­czyna była wła­sno­ścią ich do­wódcy, więc w każ­dej chwili mógł się roz­my­ślić i znów ze­chcieć ją mieć dla sie­bie.

* * *

Tej nocy Ju­sta trzy­mała się z da­leka od reszty ekipy. Cudny przy­pusz­czał, że za­szyła się w naj­ciem­niej­szym ką­cie, może na Gol­go­cie, i pła­kała rzew­nymi łzami. Nie wie­dział, że pa­ko­wała się w po­śpie­chu, by nad ra­nem uciec da­leko od nich wszyst­kich.

Ju­sta nie chciała, by wi­dziano, jak upy­cha do ple­caka swoje rze­czy, a już tym bar­dziej by ktoś zła­pał ją na pod­kra­da­niu je­dze­nia. Za kra­dzież jed­nej puszki Cudny wy­da­wał nie­kiedy wy­roki śmierci. Kiedy jej torba była przy­go­to­wana i do­brze scho­wana, usia­dła w ciem­no­ści nie­opo­dal swo­jego na­miotu i za­częła ob­ser­wo­wać resztę grupy, roz­pra­wia­jącą o czymś we­soło przy ogni­sku. Bała się, ale wo­lała nie ucie­kać, do­póki więk­szość nie po­łoży się spać. Jeź­dziła z nimi na tyle długo, że wie­działa, kiedy są naj­mniej czujni i nie­chętni do dzia­łań. Mu­siała jed­nak sama bar­dzo uwa­żać na opa­da­jące po­wieki, by nie prze­ga­pić naj­do­god­niej­szego mo­mentu.

Był pra­wie wrze­sień, ale noce koń­czyły się szybko, za­nim jesz­cze słońce wy­szło zza ho­ry­zontu. Ogni­sko pra­wie zga­sło, a mimo to spora część grupy na­dal sie­działa wo­kół niego, jakby za­po­mniała o zmę­cze­niu. Ju­sta za­częła nie­po­koić się nie na żarty, kiedy na­gle Cudny po­de­rwał się z ziemi, po­wie­dział coś do ze­bra­nych i szyb­kim kro­kiem ru­szył ku ba­zy­lice. Po­zo­stali nie­śpiesz­nie pod­nie­śli się i po­szli do swo­ich na­mio­tów albo po­jaz­dów, w któ­rych uło­żyli się do snu. Dziew­czyna wie­działa, że to je­dyna chwila, kiedy może dzia­łać. Wy­grze­bała ple­cak spod sterty gra­tów i na mocno ugię­tych no­gach po­bie­gła w stronę po­mnika, by jak naj­szyb­ciej się za nim scho­wać i roz­po­cząć swój wła­sny exo­dus.

Nie za­uwa­żyli jej. Była tego pewna, ina­czej usły­sza­łaby gło­śny alarm. Nikt nie lu­bił brać wart o tej go­dzi­nie, bo ciału naj­trud­niej przy­cho­dziło za­cho­wa­nie czuj­no­ści. Po­dej­rze­wała, że straż­nicy przy­snęli, wiele ry­zy­ku­jąc, zwłasz­cza że Cudny był wciąż na no­gach. Uśmiech­nęła się pod no­sem na myśl o tym, co ich czeka, kiedy jej były chło­pak zo­rien­tuje się, że znik­nęła. Ode­rwała się od ka­mien­nej sta­tui i na­rzu­ciła ple­cak na ra­miona, od­dy­cha­jąc z ulgą. Przed nią ro­sły gę­ste krzaki, wy­star­czyło się przez nie prze­do­stać, by mieć jesz­cze więk­szą pew­ność, że bę­dzie da­lej szła nie­zau­wa­żona. Prze­dzie­rała się przez chasz­cze i prze­ska­ki­wała par­kany, za­dra­pu­jąc ręce i si­nia­cząc nogi, by w końcu zna­leźć się w ma­łym parku przy­klasz­tor­nym, z któ­rego wio­dła pro­sta droga do szosy. Każda ulica sta­no­wiła za­gro­że­nie, bo ła­twiej by­łoby ją ści­gać w po­jaz­dach, ale chciała prze­biec po niej cho­ciaż ka­wa­łek, by znów scho­wać się w krza­kach albo gę­stym le­sie. Z lasu tra­fi­łaby nad brzeg rzeki i mo­głaby dojść w ja­kieś sen­sowne miej­sce.

Brama na ulicę była otwarta, więc nie mu­siała po­ko­ny­wać muru. Prze­szła przez nią i ro­zej­rzała się na prawo i lewo, spraw­dza­jąc, czy ni­kogo nie ma.

- Nocna wy­cieczka? - ode­zwał się mę­ski głos, któ­rego źró­dła Ju­sta nie była w sta­nie zlo­ka­li­zo­wać. Za­częła krę­cić się w pa­nice wo­koło, do­póki go nie zo­ba­czyła.

Młody, bar­dzo szczu­pły męż­czy­zna sie­dział okra­kiem na mu­rze tuż obok niej i ma­chał we­soło no­gami. Uśmie­chał się, ale był uzbro­jony, więc Ju­sta od­ru­chowo zro­biła krok w tył. Chciała zrzu­cić ple­cak, by mieć więk­sze szanse na ucieczkę, ale prze­cież i tak by ją za­strze­lił, nie mu­siałby jej na­wet go­nić.

- Nie po­do­bało ci się z nimi? - Nie­zna­jomy wska­zał ka­ra­bi­nem w stronę Ba­zy­liki.

Nie od­po­wie­działa. Była zbyt prze­ra­żona.

Prze­ło­żył nogę i ze­sko­czył z muru, sta­jąc twa­rzą w twarz z Ju­stą.

- Jak masz na imię? - za­py­tał, nie­zra­żony jej mil­cze­niem. - Ja je­stem Da­wid.

- Yyy... We­ro­nika - szep­nęła ci­cho, z wra­że­nia za­po­mi­na­jąc, jak nie­na­wi­dzi tego imie­nia.

"We­ro­nika w majtki sika!" - usły­szała w swo­jej gło­wie głosy z dzie­ciń­stwa.

- Bar­dzo ład­nie... We­ro­niko - od­parł Da­wid. - Mu­szę nie­stety po­krzy­żo­wać twoje plany i za­brać cię ze sobą. Z nami. - Wska­zał ręką w prze­ciw­le­gły kra­niec ulicy.

Obej­rzała się i zo­ba­czyła, że znaj­dują się tam dwa opan­ce­rzone wozy, na któ­rych sie­działo wię­cej osób. Po­pa­trzyła w twarz Da­wida i do­piero wtedy zro­zu­miała.

- O, Boże! Ty je­steś za­ka­żony.

Uśmiech­nął się.

- Wszy­scy je­ste­śmy.

* * *

Cudny wi­dział Ju­stę z da­leka, jak sie­działa przed na­mio­tem. Mimo wszystko po­czuł ulgę, bo wo­lał nie or­ga­ni­zo­wać po­szu­ki­wań ko­lej­nej osoby. Uwa­żał, że za parę dni sy­tu­acja usta­bi­li­zuje się i każdy przy­wyk­nie do jego wol­nego stanu, a sama Ju­sta prze­sta­nie się ma­zać jak przed­szko­lak.

O pią­tej ko­lumna pię­ciu po­jaz­dów z dwu­dzie­stoma czte­rema du­szami ru­szyła aleją, kie­ru­jąc się na po­łu­dnie. Cudny już wie­dział, że Ju­sta na­prawdę ucie­kła, ale to była ostat­nia rzecz, jaką był w sta­nie się przej­mo­wać. Wy­czu­wał, że jego lu­dzie nie wie­rzą w za­gro­że­nie, w to, że kto­kol­wiek ich wi­dział albo chciał skrzyw­dzić. Oni my­śleli, że ktoś przed nimi ogra­bił sank­tu­arium i od­je­chał w swoją stronę, tak jak sami pew­nie by zro­bili. Zmie­nili jed­nak zda­nie, kiedy na swo­jej dro­dze uj­rzeli ja­kąś po­stać. Cała ko­lumna za­trzy­mała się.

- Cudny! Zo­bacz to! - Sie­dzący na da­chu po­jazdu Ro­bert o mało nie wci­snął lor­netki w czaszkę.

Ma­rek pod­niósł się i usiadł obok niego. Wziął lor­netkę, spoj­rzał przez nią i po­my­ślał, że zwa­rio­wał.

- To za­kon­nica - po­wie­dział ci­cho.

- My­ślisz, że z tego klasz­toru?

- Tu byli oj­co­wie, a nie sio­stry. Poza tym to kar­me­li­tanka, są­dząc po ha­bi­cie. Nie, to na pewno jest kar­me­li­tanka.

- Co ona tu robi? - Ro­bert nie wie­dział, czy jest to po­wód do obaw.

- Trzyma w ręku ja­kiś kosz, jakby z je­dze­niem - od­parł Cudny, marsz­cząc brwi. - Za­strzel­cie ją.

- Co?!

- Rób, co po­wie­dzia­łem! Niech lu­dzie z pierw­szego wozu ją za­strzelą.

- Ale wy­gląda, jakby miała po­ko­jowe za­miary. - Ro­bert po raz pierw­szy po­czuł żywą nie­chęć do Cud­nego.

- Zmie­niły się za­sady gry - wy­ce­dził Cudny. - Ma­cie ją za­bić.

Sie­dzący za kie­row­nicą męż­czy­zna ski­nął głową i prze­ka­zał przez ra­dio jego po­le­ce­nie. Po chwili padł strzał, ko­bieta zła­pała się za brzuch i upa­dła na trawę. Cudny roz­ka­zał, by je­chać da­lej, a kiedy mi­jali zwłoki, na­wet nie spoj­rzał w ich kie­runku. Nie uje­chali jed­nak da­leko, bo przed ko­lumną po­ja­wiła się inna po­stać - tym ra­zem or­to­dok­syj­nego żyda z pej­sami i w cha­ła­cie.

- To chyba ja­kiś żart - prych­nął Cudny, czu­jąc, że ktoś się z nimi po pro­stu bawi. Już chciał wy­dać ko­lejny roz­kaz za­strze­le­nia ob­cego, kiedy żyd roz­wi­nął duży trans­pa­rent, na któ­rym było na­pi­sane: "Spójrz na ta­ras z pra­wej strony".

- Mamy strze­lać? - za­py­tał przez ra­dio chło­pak z pierw­szego po­jazdu.

- Cze­kaj! - Cudny ści­snął lor­netkę tak mocno, że zbie­lały mu dło­nie. Ob­ró­cił się o sto osiem­dzie­siąt stopni i po­pa­trzył na ta­ras ba­zy­liki. Po­cząt­kowo nie był w sta­nie ni­czego do­strzec, tak był zde­ner­wo­wany, ale po chwili uj­rzał dwie po­sta­cie. Jedna z nich na pewno miała przy po­liczku ka­ra­bin snaj­per­ski. - Kurwa! - za­klął. Jego lu­dzie zro­zu­mieli, że sy­tu­acja jest po­ważna.

"Może ble­fują?" - po­my­ślał, choć wo­lał nie spraw­dzać tego w prak­tyce.

- Przy­go­tuj­cie broń - wy­szep­tał do Ro­berta, da­jąc znać, by prze­ka­zał jego roz­kaz po­zo­sta­łym. - Nie damy się zła­pać żyw­cem tym bła­znom.

Jego grupa wy­zna­wała za­sadę "Cudny albo śmierć", dla­tego wszy­scy na­tych­miast opu­ścili wozy i byli go­towi do walki. Wów­czas żyd w pej­sach, ry­zy­ku­jąc bez­po­śred­nią na­paść, pod­szedł do po­jazdu Cud­nego z za­ło­żo­nymi z tyłu rę­kami i za­darł głowę, przy­my­ka­jąc jedno oko.

- Po­patrz jesz­cze raz - po­wie­dział z ob­cym ak­cen­tem.

- Daj mi lep­szą lor­netkę. - Ma­rek szarp­nął rę­kaw Ro­berta.

Ro­bert po­dał mu lu­netę, która kie­dyś była czę­ścią ka­ra­binu. W tym sa­mym mo­men­cie coś in­nego przy­kuło jego uwagę.

- Cudny... Ta... ta za­kon­nica.

Za­strze­lona ko­bieta na­gle za­częła pod­no­sić się z trawy, wy­wo­łu­jąc wiel­kie po­ru­sze­nie wśród zbroj­nych Cud­nego. Sta­nęła na pro­stych no­gach i obej­rzała wi­szący na brzu­chu za­krwa­wiony szka­plerz, po czym po­zbie­rała roz­sy­pane pro­dukty i wrzu­ciła je do ko­szyka. Żyd pod­szedł do niej i uśmiech­nął się do Marka, wska­zu­jąc pal­cem na ba­zy­likę.

Lu­neta plus co­raz ja­śniej­sze niebo dały Cud­nemu do­sko­nały ob­raz tego, co działo się na ta­ra­sie. Po­stać bez ka­ra­binu oka­zała się być wy­chu­dzo­nym do nie­moż­li­wo­ści stwo­rze­niem, które kie­dyś było czło­wie­kiem. Ru­szało się, ale na pewno nie było za­in­te­re­so­wane uzbro­jo­nym męż­czy­zną obok. Snaj­per de­mon­stra­cyj­nie się­gnął do kie­szeni w kurtce i wy­jął z niej na­bój. Uniósł go w górę, a na­stęp­nie wsu­nął do ust, po­śli­nił i za­ła­do­wał nim ka­ra­bin.

Ma­rek opu­ścił lu­netę, czu­jąc, że za­raz zwy­mio­tuje.

- Mamy prze­srane - oznaj­mił swoim lu­dziom.

* * *

Na­ło­żyli mu na głowę czarny kap­tur, więc nie wi­dział wozu, do któ­rego go wsa­dzili. Zdzi­wiło go, dla­czego nikt nie zo­stał za­bity ani na­wet nie był tor­tu­ro­wany. Wy­da­wało się, że po­ry­wa­cze po pro­stu chcieli ich wszyst­kich za­brać ze sobą, ale nie wia­domo było, w ja­kim celu.

- Cudny, ich jest cał­kiem sporo - usły­szał szept Ro­berta obok swo­jego ucha. - Zła­pali też Ju­stę i za­bie­rają na­sze rze­czy.

- A mó­wili coś? - za­py­tał, także szep­tem.

- Nie­wiele. Nie mam po­ję­cia, do­kąd nas za­bie­rają. Po­wiedz mi... co tam zo­ba­czy­łeś? Na tym ta­ra­sie.

- Ro­bert, to są za­ka­żeni.

Męż­czy­zna za­nie­mó­wił na mo­ment.

- Ale... wszy­scy?

- Tak. Sam wi­dzia­łeś, że ta za­kon­nica jest nie­śmier­telna.

- Ja pier­dolę! - Ro­bert za­czął szyb­ciej od­dy­chać. - Po­rwali nas za­ka­żeni? Po co?

- Pew­nie po to, żeby nas zjeść.

- Ko­niec roz­mów! - za­rzą­dził mę­ski głos. - Ra­dzę wy­ko­rzy­stać czas po­dróży na od­po­czy­nek. Po­tem może być róż­nie.

Drzwi od po­jazdu zo­stały za­trza­śnięte, a sil­nik od­pa­lony. Kiedy ru­szyli, Cudny zro­zu­miał, że znaj­duje się we wnę­trzu woj­sko­wego wozu bo­jo­wego, bo sie­dział bo­kiem do kie­runku jazdy.

- Pier­do­lone mu­tanty - ję­czał Ro­bert, ła­miąc roz­kaz ich po­ry­wa­cza. - Ze­żrą nas, na sto pro­cent. Ze­żrą i będą żyli wiecz­nie.

- Prze­stań! - syk­nął Cudny. - Skup się. Może coś usły­szymy.

Ale po­ry­wa­cze nie roz­ma­wiali ze sobą wcale. Na­gle w tle dało się sły­szeć dźwięki mu­zyki. Cudny na­sta­wił uszu, by po chwili stwier­dzić, że w gło­śni­kach nada­wany jest trzeci kon­cert bran­den­bur­ski Jana Se­ba­stiana Ba­cha, je­den z jego ulu­bio­nych kla­sycz­nych utwo­rów. Cała ta sy­tu­acja wy­dała mu się jesz­cze bar­dziej gro­te­skowa, choć pły­nące z niej wnio­ski były prze­ra­ża­jące. Oto bo­wiem uj­rzał stu­pro­cen­towo zmie­nio­nych za­ka­żo­nych, któ­rzy mieli pełną świa­do­mość, za­cho­wu­jąc się jak lu­dzie przy zdro­wych zmy­słach. Ide­al­nie gładka skóra, lśniące oczy, nie­moż­li­wie chude ciała i ja­sna, ma­li­nowa krew na ha­bi­cie za­bi­tej za­kon­nicy sta­no­wiły żywy do­wód, że po­rwali ich ci, z któ­rymi Cudny po­przy­siągł wal­czyć do końca swo­ich dni. Sęk w tym, że istoty tak bar­dzo zmie­nione nie były już ludźmi i nie prze­ja­wiały ludz­kich cech - na pewno nie mó­wiły, nie pro­wa­dziły sa­mo­chodu i nie po­ry­wały ni­kogo, pla­nu­jąc to z każ­dym de­ta­lem.

Wie­dział, że cała ta ak­cja mu­siała być pla­no­wana od dawna. Po­ry­wa­cze byli zbyt opa­no­wani i pewni sie­bie jak na spon­ta­niczny zryw. A w do­datku mieli wy­ra­fi­no­wane gu­sta, je­śli szło o wy­bór mu­zyki, co prze­ra­żało go jesz­cze bar­dziej. Cudny po­my­ślał, że mają do czy­nie­nia z grupą ka­ni­bali, któ­rzy, ni­czym Han­ni­bal Lec­ter, za­pro­sili ich na ucztę, z nimi sa­mymi w roli głów­nego da­nia. Po­ru­szył skrę­po­wa­nymi dłońmi, ale po­czuł tylko więk­szy ból. Kap­tur na jego gło­wie unie­moż­li­wiał zo­ba­cze­nie cze­go­kol­wiek, lecz po­zwa­lał mu od­dy­chać.

"Wszystko, by­leby się mięso nie ze­psuło. Praw­dziwi ko­ne­se­rzy".

Po­jazdy w końcu za­trzy­mały się. Cudny nie był w sta­nie okre­ślić, jak długo je­chali, bo mimo wszystko udało się mu za­snąć na ja­kiś czas. Usły­szał do­cho­dzące z ze­wnątrz roz­mowy, na­stęp­nie od­głos otwie­ra­nej bramy, a po­tem ko­lej­nej...

- Nie­moż­liwe - wy­szep­tał.

- Co mó­wi­łeś? - za­py­tał Ro­bert przez ści­śnięte gar­dło.

- Przy­wieźli nas do strefy.

- Gdzie?

- Do War­szawy.

Ro­bert nie od­po­wie­dział, bo wozy znów ru­szyły, by za­trzy­mać się po uje­cha­niu kil­ku­set me­trów. Drzwi z tyłu zo­stały otwo­rzone, dzięki czemu Cudny mógł się prze­ko­nać, że jed­nak da się coś zo­ba­czyć przez kap­tur.

- Po co mu ten kap­tur? - za­py­tał mę­ski głos z ame­ry­kań­skim ak­cen­tem.

- Że­by­śmy go od­róż­nili od po­zo­sta­łych - wy­ja­śnił inny, na pewno na­le­żący do Po­laka. - To ich do­wódca.

- Aha. Ro­zu­miem.

- Wy­cho­dzić! - roz­ka­zał Po­lak. - Oprócz Cud­nego.

* * *

Przez kilka do­brych mi­nut nie do­cie­rało do niego, gdzie zo­stał przy­pro­wa­dzony. Wy­siadł z wozu, a po­tem wcho­dził po scho­dach, mi­nął ja­kieś drzwi, które za nim za­mknięto, by prze­pro­wa­dzić pewną od­le­głość po ka­mien­nej po­sadzce i w końcu po­sa­dzić na czymś twar­dym i zim­nym. Kiedy zdjęto mu kap­tur, sze­roko otwo­rzył oczy ze zdu­mie­nia.

Sie­dział w pierw­szej ławce ja­kie­goś wiel­kiego ko­ścioła, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział. Było w nim dość ciemno, ale ten fakt go aku­rat nie zdzi­wił. W tych cza­sach prąd był do­brem luk­su­so­wym i na pewno nikt by go nie uży­wał do oświe­tla­nia świą­tyni. Wo­kół niego krę­ciły się różne po­sta­cie o trud­nej do okre­śle­nia płci. Szep­tano, szu­rano no­gami, ge­sty­ku­lo­wano. Co ja­kiś czas sły­chać było trza­ski, cha­rak­te­ry­styczne dla pra­cu­ją­cych prze­no­śnych ra­dio­sta­cji. Na ra­zie nikt spe­cjal­nie się nim nie przej­mo­wał.

Cudny chciał ogar­nąć umy­słem to, co go spo­tkało; zro­zu­mieć, co się dzieje i dla­czego ci lu­dzi się nim in­te­re­so­wali. Na­ra­stała w nim obawa, że ta wy­ma­rzona strefa, którą chciał na­je­chać i prze­jąć, opa­no­wana była w ca­ło­ści przez świa­do­mych, czyli jak by nie było nowy, straszny ga­tu­nek czło­wieka, więc on i jego lu­dzie byli zwie­rzyną łowną, ide­alną do kon­sump­cji. Tylko nie ro­zu­miał, z ja­kiego po­wodu tamci mie­liby je­chać po nich aż w oko­lice Ko­nina. Czyżby za­pasy zdro­wych lu­dzi wy­czer­py­wały się? Żadna jesz­cze gor­sza myśl nie zdo­łała prze­mknąć mu przez głowę, bo po­de­szły do niego trzy osoby.

- O, Jezu! - jęk­nął je­den z nich. - Czy mo­gli­by­ście na chwilę za­pa­lić świa­tło? Ciemno jak w du­pie...

- Ma­te­usz! - skar­cił go obu­rzony ko­biecy głos.

- Prze­pra­szam, sio­stro. Wy­rwało mi się.

Ko­ściół zo­stał oświe­tlony i Cudny uj­rzał przed sobą twarz star­szego księ­dza, nieco młod­szej za­kon­nicy i cał­kiem mło­dego mun­du­ro­wego z ka­ra­bi­nem w dłoni. Pa­trzyli na niego, jakby był rzad­kim oka­zem w zoo.

- Niech bę­dzie po­chwa­lony Je­zus Chry­stus - za­częła sio­stra z uśmie­chem.

Cudny o mało nie ze­mdlał. Je­den rzut oka po­wie­dział mu, że stoją przed nim trzy zu­peł­nie zdrowe osoby, bez śladu za­ka­że­nia.

"Za­ka­żeni ze zdro­wymi?!" - krzy­czał w środku, na ze­wnątrz za­cho­wu­jąc ka­mienną twarz.

- Jest ksiądz głodny? - za­py­tała sio­stra z mat­czyną tro­ską w gło­sie. - Mamy zupkę.

"Kar­me­li­tanka!" - za­uwa­żył, ro­zu­mie­jąc, że za­kon­nica, którą ka­zał za­strze­lić, nie­ko­niecz­nie była prze­bie­rań­cem.

- Mu­simy go naj­pierw prze­słu­chać - po­wie­dział mun­du­rowy.

- Na głod­nego? - obu­rzył się ksiądz. - Z pu­stym żo­łąd­kiem czło­wiek agre­sywny się robi.

- To ja pójdę po tę zupkę - oświad­czyła sio­stra i ru­szyła w stronę za­kry­stii.

- Dla­czego u was tylko mło­dzi są w gru­pie? - Mun­du­rowy trą­cił nie­uprzej­mie Cud­nego. - Gdzie są starsi albo cho­rzy?

- Pew­nie ich od­strze­lili - po­wie­dział ktoś sto­jący nieco da­lej w cie­niu. - Tak jak na­szą sio­strę. Cho­lerni ban­dyci.

- Synu! - Tym ra­zem ksiądz grał rolę obu­rzo­nego, choć w mało prze­ko­nu­jący spo­sób.

Cudny upar­cie mil­czał, choć chęt­nie opo­wie­działby tym dur­niom o tym, jak to jest za­brać ze sobą star­szych i cho­rych lu­dzi, a po­tem pa­trzeć na ich śmierć. Uwa­żał, że w tych cza­sach prze­trwa­nie na­le­żało za­pew­nić tylko sil­nym jed­nost­kom. To było we­dług niego lo­giczne.

Za­kon­nica wy­pa­dła z za­kry­stii, nio­sąc mi­skę dy­mią­cej zupy, któ­rej za­pach roz­niósł się po ca­łej świą­tyni. Żo­łą­dek Cud­nego wy­ko­nał nie­miłą ewo­lu­cję, wy­da­jąc bar­dzo zna­czący od­głos. Nie­któ­rzy mun­du­rowi ro­ze­śmiali się, choć ksiądz wy­glą­dał na zmar­twio­nego.

- Ojej! Ksiądz pew­nie bar­dzo głodny. Daj, ma­tuś, tę mi­skę. Ja po­kar­mię, bo go na ra­zie nie po­zwa­lają roz­wią­zać.

- No to masz. - Sio­stra wrę­czyła mu mi­skę i wy­po­le­ro­waną łyżkę. - Pójdę zo­ba­czyć, czy ja­kieś placki nie zo­stały w punk­cie.

- Chce­cie mu da­wać placki z ziem­nia­ków Ja­dwigi? - Ma­te­usz, który wy­da­wał się być głów­no­do­wo­dzą­cym, pod­parł się pod boki i po­pa­trzył na nich z wy­rzu­tem. - Oni ją chcieli żyw­cem spa­lić.

Cudny był tak zszo­ko­wany, że z wra­że­nia otwo­rzył usta, w które ksiądz na­tych­miast wsu­nął łyżkę z zupą.

- Ja­dwiga ma złote serce - stwier­dziła sta­now­czo za­kon­nica. - Nie chowa urazy.

- Ale my cho­wamy - za­wo­łał Ma­te­usz, choć sio­stry już nie było w ko­ściele. - Za­gło­dził­bym skur­wiela. Na śmierć.

Stary ka­płan kar­mił Cud­nego, który pró­bo­wał wy­chwy­cić jak naj­wię­cej szcze­gó­łów z tego, co działo się wo­kół niego. Jego usta same się otwie­rały, po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy kosz­tu­jąc nor­mal­nego je­dze­nia, lecz po­zo­stałe zmy­sły sku­pione były na oto­cze­niu. Kiedy mi­ska z zupą była pu­sta, stwier­dził ze zło­ścią, że nie ma po­ję­cia, o co cho­dzi z tymi ludźmi i miej­scem, do któ­rego tra­fił. Mun­du­rowi roz­ma­wiali o dziw­nych spra­wach, cza­sem ktoś mó­wił do nich o czymś przez ra­dio, wspo­mi­na­jąc ja­kie­goś le­ka­rza albo księ­dza. Pa­dały ta­kie słowa jak "sekta", "na­wie­dzeni", "pa­ski do li­za­nia", "ul­tra­fio­let", "kwa­ran­tanna", ale on nie mógł ich do­pa­so­wać do ja­kiej­kol­wiek rze­czy­wi­sto­ści, którą znał. W pew­nym mo­men­cie zo­sta­wili go sa­mego, naj­wy­raź­niej nie bo­jąc się, że uciek­nie. Ksiądz prze­bą­ki­wał coś o swoim pod­opiecz­nym, a mun­du­rowi o na­ra­dzie z do­wódcą. Cudny chciał krzyk­nąć: "Ja tu je­stem je­dy­nym praw­dzi­wym do­wódcą", ale czuł, że nikt by go nie słu­chał. Część świa­teł w ko­ściele zga­sła i wtedy za­uwa­żył, że obok ta­ber­na­ku­lum pali się świeczka, za­stę­pu­jąca elek­tryczną wieczną lampę, co zna­czyło, że był to czynny ko­ściół rzym­sko­ka­to­licki i że praw­do­po­dob­nie od­pra­wiano w nim re­gu­lar­nie na­bo­żeń­stwa.

Ude­rzyła w niego miesz­kanka nie­ocze­ki­wa­nych emo­cji. Wspo­mnie­nia z cza­sów, kiedy było mu do­brze na wi­ka­ria­cie, zmie­szały się z po­czu­ciem osa­mot­nie­nia. Mimo że bał się tro­chę tych lu­dzi, któ­rzy za­cho­wy­wali się i mó­wili jak idioci, chciał, by wró­cili i w końcu po­wie­dzieli, o co im cho­dzi. Czy chcą go od­dać w ręce krwio­żer­czych za­ka­żo­nych, czy może mają inne plany? A może po­trze­bują li­dera? On chęt­nie by usłu­żył w tej roli. Naj­gor­sza wy­da­wała się nie­pew­ność.

W końcu usły­szał, że ktoś zja­wił się w za­kry­stii, zmie­rza­jąc w stronę ko­ścioła, ale osoba, którą uj­rzał, była ostat­nią, ja­kiej mógłby się spo­dzie­wać.

- Bog­dan? - Za­mru­gał po­wie­kami. - To ty?

Wy­soki męż­czy­zna, z da­leka wy­glą­da­jący jak ksiądz Bog­dan, który swego czasu udzie­lał mu bez­cen­nych po­rad, zbli­żał się do Cud­nego, nieco chwie­jąc się na boki. Cudny wy­stra­szył się, że jest za­ka­żony, ale jego dawny zna­jomy pod­szedł, oparł mu dło­nie na ra­mio­nach i po­wie­dział:

- Dru­gie drzewo!

Cudny ode­tchnął. Skoro mó­wił i wy­glą­dał nor­mal­nie, to nie był chory, choć z jego umy­słem nie­ko­niecz­nie wszystko było w po­rządku.

- Bog­dan, to ja, Ma­rek. Pa­mię­tasz mnie?

- Dru­gie drzewo? - za­py­tał.

- Nie ro­zu­miem, co mó­wisz. O co ci cho­dzi?

- Dru-u-gie drzewo - od­parł Bog­dan, kle­piąc go po po­liczku.

- O, tu jest! - za­wo­łał star­szy ksiądz od drzwi za­kry­stii. - Ależ się wy­stra­szy­łem. - Ka­płan pod­biegł do Bog­dana i zła­pał go za ra­miona. - Bo­guś, mu­simy iść. Czas na drzemkę. Ksiądz wy­ba­czy - zwró­cił się do Cud­nego. - Le­dwo się od­wró­ci­łem i go nie było. Nie wiem, co mu się stało.

- Dru­gie drzewo, dru­gie drzewo - stwier­dził Bog­dan, ak­cen­tu­jąc każde słowo w inny spo­sób.

- Tak, tak, wszystko mu wy­ja­śnimy - uspo­koił go ksiądz. - A te­raz chodź.

Ale Bog­dan nie chciał ustą­pić. Się­gnął ręką za plecy, wy­cią­ga­jąc zza pa­ska od spodni eg­zem­plarz Pi­sma Świę­tego, który pod­niósł w górę, jakby miał za­miar wy­gło­sić ka­za­nie, po czym mach­nął nim Cud­nemu przed głową, za­ha­cza­jąc o jego szyję.

- Bo­guś! Co ty wy­pra­wiasz? Ska­le­czy­łeś kartką księ­dza Marka. - Biedny ka­płan nie wie­dział, czy ma biec na ra­tu­nek Cud­nemu, czy po­wstrzy­my­wać Bog­dana, który naj­wy­raź­niej miał coś waż­nego do po­wie­dze­nia.

Cudny nie po­czuł ska­le­cze­nia, ale mina księ­dza pod­po­wie­działa, że przy­głupi Bog­dan na­prawdę coś mu zro­bił.

W świą­tyni po­ja­wił się mun­du­rowy Ma­te­usz i kilku jego lu­dzi, więc ksiądz po­pro­sił, by mu po­mo­gli.

- Bog­dan, chcia­łeś skró­cić o głowę na­szego go­ścia? - za­py­tał ze śmie­chem Ma­te­usz. - Krwawi jak pro­siak.

- Nie śmiej­cie się, tylko zrób­cie coś - po­wie­dział ksiądz.

Ma­te­usz zła­pał Bog­dana za łok­cie, unie­moż­li­wia­jąc mu ma­cha­nie rę­kami.

- Nim ksiądz sam się musi za­jąć - oznaj­mił, wska­zu­jąc głową na Cud­nego. - Ja tego ścierwa nie będę do­ty­kał.

Ksiądz po­krę­cił głową i na­chy­lił się nad Mar­kiem.

- To trzeba opa­trzyć. Może ja­kąś pie­lę­gniarkę po­pro­sić...

- Nie do­ty­kaj mnie, głupi kle­cho! - Cudny od­chy­lił głowę z od­razą. Do­piero wtedy po­czuł pie­cze­nie na szyi.

Ma­te­usz ro­ze­śmiał się szy­der­czo.

- No! I to by było na tyle, je­śli cho­dzi o wa­sze plany.

Cudny po­czuł nie­po­kój.

- Ja­kie plany? Co wy chce­cie zro­bić? - do­py­ty­wał, pa­trząc na każ­dego z osobna.

- Dru­gie drzewo - od­parł Bog­dan.

Stary ksiądz za­śmiał się i ski­nął głową.

- Do­kład­nie! Po­trze­bu­jemy księ­dza.

- Ale ja nie je­stem księ­dzem! - krzyk­nął Cudny. - Ja na­wet nie je­stem ochrzczony. Moja ro­dzina na­le­żała do Świad­ków Je­howy.

Na ni­kim jego słowa nie zro­biły wra­że­nia.

- Je­steś ochrzczony - stwier­dził Ma­te­usz. - Twoja babka ze strony matki po­ta­jem­nie za­nio­sła cię do ko­ścioła, co zo­stało od­no­to­wane w księ­gach pa­ra­fial­nych. Ina­czej nie mógł­byś skła­dać pa­pie­rów do se­mi­na­rium. Wiemy o wszyst­kim.

- To ja­kiś nie­smaczny żart. - Cudny wy­glą­dał na zde­gu­sto­wa­nego. - Nikt mnie do ni­czego nie zmusi. Żą­dam wi­dze­nia z mo­imi ludźmi!

- Dru­gie. Drzewo - brzmiała zde­cy­do­wana od­po­wiedź Bog­dana.

- Nie ma żad­nych two­ich lu­dzi - po­wie­dział Ma­te­usz nieco znu­dzo­nym gło­sem. - Już wszy­scy zo­stali po­wia­do­mieni, że je­steś tu­taj i nie masz za­miaru wra­cać.

Cudny za­po­wie­trzył się. Myśl, że po­zo­stałe grupy, li­czące w su­mie kil­ka­set osób, nie przyjdą mu z od­sie­czą, prze­ra­ziła go bar­dziej niż wi­zja by­cia zje­dzo­nym przez za­ka­żo­nych. To po pro­stu nie mie­ściło mu się w gło­wie. Ja­kim cu­dem mie­liby ich po­wia­da­miać? To ja­kaś wielka ściema...

- Uży­li­śmy ra­dio­sta­cji - wy­ja­śnił Ma­te­usz, naj­wy­raź­niej ro­zu­mie­jący jego wąt­pli­wo­ści. - Bar­dzo uła­twiło nam to, że ich nie ko­do­wa­li­ście, do­wódco od sied­miu bo­le­ści.

- Adam­ski! - Tam­temu dru­giemu księ­dzu się to nie spodo­bało. - Nie znie­chę­caj go. Wszystko jest w po­rządku i lu­dzie księ­dza na pewno tu przy­jadą.

- Nie mów do mnie "ksiądz". - Cudny skrzy­wił się. - Co wy so­bie wy­obra­ża­cie?

- No, do­brze. - Ka­płan sap­nął. - Nic na siłę. Za­pro­wa­dzę Bog­dana na ple­ba­nię, bo czas na jego drzemkę. Prze­ory­sza pro­siła, że­bym im dziś nie­szpory po­pro­wa­dził, więc nie zja­wię się w wie­żowcu.

- Ok. - Ma­te­usz ski­nął głową. - Ja nie­stety mu­szę tam być. No i za­bie­ramy tego oszo­łoma ze sobą - po­in­for­mo­wał, cmo­ka­jąc z dez­apro­batą.

Kap­tur wró­cił na głowę Cud­nego. Po­pra­wiono więzy na jego nad­garst­kach, igno­ru­jąc co­raz bar­dziej pie­kącą ranę na szyi, i wy­pro­wa­dzono z ko­ścioła. Ma­rek wy­czuł, że wy­cho­dzą in­nymi drzwiami, być może przez za­kry­stię, ale nikt nie tłu­ma­czył, do­kąd idą i w ja­kim celu.

Li­ta­nia nie­koń­czą­cych się py­tań zo­stała prze­rwana w chwili, gdy zdjęto mu kap­tur. Znów sie­dział, tym ra­zem na zwy­kłym krze­śle, a wi­dok przed jego oczami sta­no­wił od­po­wiedź na każde py­ta­nie:

"Je­stem w pie­kle".

San­dra

(osiem­na­ście mie­sięcy wcze­śniej)

"Coś jest nie tak..." - po­my­ślała San­dra, roz­glą­da­jąc się po po­koju. Opu­ściła książkę na ko­lana i na­słu­chi­wała uważ­nie.

Już od ja­kie­goś czasu miała dziwne po­czu­cie, że z ota­cza­ją­cym ją świa­tem coś jest bar­dzo nie w po­rządku. To zna­czy świat dla niej za­wsze był miej­scem od­py­cha­ją­cym, wro­gim, dzia­ła­ją­cym na za­sa­dach prze­czą­cych lo­gice, któ­rych to za­sad ni­gdy nie po­znała i nie zro­zu­miała. Tym ra­zem jed­nak coś po­psuło się bar­dziej, choć jesz­cze nie wie­działa, w czym rzecz.

Po dwóch mi­nu­tach bez­owoc­nych roz­my­ślań po­wró­ciła do lek­tury.

Pa­ra­doks czasu Zim­bardo nie po­rwał jej w naj­mniej­szym stop­niu. Kilka razy chciała rzu­cić książką o ścianę, ale po­wstrzy­my­wała ją świa­do­mość, że był to eg­zem­plarz z miej­skiej bi­blio­teki, który na­le­żało od­dać w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

San­dra zer­k­nęła na pię­trzący się obok na sto­liku sto­sik i uśmiech­nęła się do sie­bie z za­do­wo­le­niem. Po­tem jej wzrok po­wę­dro­wał w stronę re­gału, gdzie le­żały książki prze­czy­tane, więc jej na­strój nieco się po­gor­szył. Trzeba było je od­nieść do wy­po­ży­czalni, a to po­cią­gało za sobą ko­niecz­ność wyj­ścia z miesz­ka­nia, wyj­ścia z ka­mie­nicy...

Wes­tchnęła ci­cho, od­su­wa­jąc od sie­bie nie­przy­jemną myśl, od­rzu­ciła koc i po­szła do kuchni, szu­ra­jąc za­dep­ta­nymi kap­ciami.

Ja­dła cią­gle to samo: roz­go­to­wany ryż lub roz­go­to­waną ka­szę, lub roz­go­to­wany ma­ka­ron. Ziem­niaki skoń­czyły bar­dzo dawno temu - już pra­wie za­po­mniała ich smaku. Otwo­rzyła szafkę i z lek­kim nie­po­ko­jem od­no­to­wała koń­czący się za­pas ryżu.

- Nie­do­brze - mruk­nęła, dra­piąc się po bro­dzie.

Ryż lu­biła naj­bar­dziej, mimo że jako za­py­chacz dzia­łał naj­sła­biej. Po chwili wa­ha­nia nie zde­cy­do­wała się na ugo­to­wa­nie peł­no­ziar­ni­stego ma­ka­ronu z dys­kontu, ale się­gnęła po wy­peł­nioną do po­łowy białą to­rebkę, którą po­trzą­snęła z za­do­wo­le­niem jak grze­chotką.

"Jak pójdę do bi­blio­teki, wstą­pię do ja­kie­goś sklepu" - przy­szła jej do głowy po­krze­pia­jąca myśl.

Z kranu tego dnia pły­nęła woda, ale na wszelki wy­pa­dek San­dra trzy­mała na pod­ło­dze w kuchni kilka mi­sek i garn­ków wy­peł­nio­nych po brzegi. Prze­rwy w do­sta­wie wody wy­ni­kały praw­do­po­dob­nie - tak jak więk­szość kło­po­tów w ciągu mi­nio­nych dwóch lat - z epi­de­mii sal­mo­nelli, dzie­siąt­ku­ją­cej po­pu­la­cję w ca­łej Eu­ro­pie. Cho­roba z nie­zwy­kłą re­gu­lar­no­ścią przy­cho­dziła i od­cho­dziła, jak przy­pływy i od­pływy oce­anu, za­bi­ja­jąc bądź osła­bia­jąc duże grupy lu­dzi. San­dry to nie ob­cho­dziło, tak samo jak nie ob­cho­dziło jej wiele in­nych spraw, zwią­za­nych z tym, co działo się poza ob­rę­bem jej miesz­ka­nia i jej umy­słu. Sama też cho­ro­wała kilka mie­sięcy temu, ale nie miała do końca pew­no­ści, czy to na pewno z po­wodu sal­mo­nelli, bo nie była ani razu u le­ka­rza i nie ro­biła żad­nych ba­dań. To wła­śnie od tam­tego czasu jej dieta ogra­ni­czyła się do przy­sło­wio­wej mi­ski ryżu, moc­nej czar­nej her­baty i kilku in­nych pro­duk­tów, które trak­to­wała jak to­wary luk­su­sowe, spo­ży­wane od wiel­kiego święta. Przy­wy­kła jed­no­cze­śnie do tego, że cza­sem nie było wody albo prądu, po­grzeby są­sia­dów od­by­wały się nieco czę­ściej niż zwy­kle, a lu­dzie, kiedy jesz­cze z nimi roz­ma­wiała, mó­wili o wiele dziw­niej­sze niż zwy­kle rze­czy.

Ten wie­czór nie róż­nił się od in­nych ni­czym szcze­gól­nym. Zja­dła, ogar­nęła lekki nie­ład w kuchni, umyła się i z naj­więk­szą ra­do­ścią wró­ciła do czy­ta­nia. Po­ło­żyła się spać po dzie­sią­tej i choć nie ro­biła nic for­su­ją­cego, za­snęła szybko, znu­żona, jak po wy­czer­pu­ją­cym dniu.

Obu­dziło ją obez­wład­nia­jące prze­świad­cze­nie, że jest sama. Usia­dła na łóżku i zer­k­nęła na tar­czę du­żego ze­gara ścien­nego na ba­te­rie. Była pierw­sza dwa­dzie­ścia. Ro­zej­rzała się wo­koło zdzi­wiona, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, dla­czego mia­łaby przej­mo­wać się czymś, co jest oczy­wi­ste od dawna. San­dra za­wsze była sama, na­wet je­śli miała ko­goś obok sie­bie. Ja­kość jej re­la­cji z ro­dziną i zna­jo­mymi oka­zała się tak kiep­ska, że nie miała po­czu­cia funk­cjo­no­wa­nia jako peł­no­prawny czło­nek spo­łe­czeń­stwa.

"Może te­raz za­częło mi to prze­szka­dzać?" - po­my­ślała i wstała z łóżka, czu­jąc, że ten wnio­sek wcale jej się nie po­doba.

Wyj­rzała przez okno. Na ulicy do­strze­gła kilka osób krę­cą­cych się bez sensu, jakby były pi­jane albo na­ćpane. Nic szcze­gól­nego - w końcu to samo cen­trum Ło­dzi. Brak oświe­tle­nia także San­dry nie zdzi­wił. Co in­nego ją za­nie­po­ko­iło i po­trze­bo­wała dłuż­szej chwili, by po­jąć, w czym jest pro­blem.

Było bar­dzo ci­cho. Za ci­cho jak na to miej­sce, jak na krę­cą­cych się pod oknem pi­jacz­ków, jak na ulicę Zie­loną w Ło­dzi. Do­piero wtedy San­dra zdała so­bie sprawę z tego, że od dłuż­szego czasu nie sły­szała od­gło­sów prze­jeż­dża­ją­cego tram­waju, a od strony Ło­dzi Fa­brycz­nej nie do­bie­gały dźwięki przy­po­mi­na­jące o tym, że jest tam dwo­rzec ko­le­jowy.

Za­sę­piła się. Lu­dzie za­wsze ją iry­to­wali, mę­czyli, spra­wiali wiele przy­kro­ści sa­mym swoim ist­nie­niem, ale ni­gdy nie za­sta­na­wiała się nad tym, co by się stało, gdyby ich upier­dliwa obec­ność za­mie­niła się w ko­jącą ci­szę.

- By­łoby cu­dow­nie - szep­nęła po chwili na­my­słu i wró­ciła pod koł­drę.

Do­piero rano zro­zu­miała, że jesz­cze jedna rzecz w tym ob­ra­zie wy­gląda ina­czej. Po wielu ty­go­dniach po raz pierw­szy włą­czyła swój te­le­fon. Spoj­rzała na wy­świe­tlacz ko­mórki i stwier­dziła, że nie od­biera sy­gnału żad­nej sieci. Wtedy pod­jęła de­cy­zję, że wyj­dzie z miesz­ka­nia i spraw­dzi, co się dzieje.

* * *

Miesz­ka­nie San­dry znaj­do­wało się na ostat­nim pię­trze ka­mie­nicy i są­sia­do­wało z dwoma in­nymi lo­ka­lami o po­dob­nym me­trażu. Tuż obok miesz­kało bez­dzietne mał­żeń­stwo Łu­ka­si­ków, a na­prze­ciwko ro­dzina Sło­ni­nów. Ich trzej sy­no­wie sku­tecz­nie uprzy­krzali ży­cie po­zo­sta­łym są­sia­dom i po­ło­wie dziel­nicy. Kiedy San­dra wy­szła na ko­ry­tarz z ple­ca­kiem wy­peł­nio­nym książ­kami, spo­tkała naj­młod­szego z nich, De­nisa, sto­ją­cego nie­mal nie­ru­chomo przy drew­nia­nej ba­lu­stra­dzie. Był wy­chu­dzony, a oczy miał lekko przy­mknięte. Dziew­czyna po­my­ślała, że mu­siał cho­ro­wać na sal­mo­nellę, która wy­mę­czyła jego ciało, bo umysł od dawna po­że­rały nar­ko­tyki albo klej. Nie miała za­miaru się z nim wi­tać ani mó­wić cze­go­kol­wiek mi­łego bądź przy­krego. Chciała zejść szybko na dół, nie­zau­wa­żona, za­ła­twić, co trzeba, wró­cić do domu i mieć wy­prawę z głowy.

De­nis, no­szący imię po bo­ha­te­rze któ­rejś z ame­ry­kań­skich ko­me­dii, po­pu­lar­nych w chwili jego na­ro­dzin, zda­wał się jej nie do­strze­gać, ale gdy prze­krę­ciła klucz w zamku, ob­ró­cił się po­wol­nym ru­chem i spoj­rzał na nią. Mo­gła przy­siąc, że jego noz­drza roz­sze­rzyły się na­gle, jak u psa wie­trzą­cego smaczne je­dze­nie. Za­marła na kilka se­kund, nie wie­dząc, co jej są­siad z kry­mi­nalną prze­szło­ścią może zro­bić, jed­nak on naj­wy­raź­niej nie był za­in­te­re­so­wany za­cze­pia­niem jej, bo po­wieki znów mu opa­dły i wy­da­wało się, że za­padł w coś w ro­dzaju le­targu.

"Mu­siało go nie­źle spo­nie­wie­rać" - prze­szło San­drze przez myśl, kiedy zbie­gała po scho­dach. - "Albo znów się na­wą­chał bu­ta­prenu".

Wy­szła na ulicę i od razu zro­zu­miała, że wnio­ski do­ty­czące tram­wa­jów były jak naj­bar­dziej słuszne. To­ro­wi­sko za­czy­nało za­ra­stać trawą, która po pro­stu prze­bi­jała się przez as­falt, jakby była to naj­lep­szej ja­ko­ści gleba, zaś szyny cał­kiem za­rdze­wiały. San­dra nie umiała so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio wi­działa bądź sły­szała prze­jeż­dża­jący pod jej oknem tram­waj, ale kiedy ro­zej­rzała się wo­koło, po­jęła, że sa­mo­chody także nie jeź­dziły tą trasą zbyt czę­sto. Trawa, wa­la­jące się wszę­dzie śmieci, dwa po­rzu­cone ro­wery, je­den mo­tor i auta no­szące ślady wła­ma­nia - wszystko to po­wie­działo jej do­bit­nie, że nie wy­cho­dziła z domu na­prawdę długo. Do­szła do Piotr­kow­skiej, nie spo­ty­ka­jąc ani jed­nego czło­wieka, ale za to roz­bo­lały ją nogi.

"Nie mam kon­dy­cji" - skon­sta­to­wała, mi­ja­jąc mło­dego męż­czy­znę w kasz­kie­cie, który wiózł ja­kieś pa­kunki na rik­szy. Ob­rzu­cił ją prze­lot­nym spoj­rze­niem i moc­niej na­dep­nął na pe­dały, jakby bał się, że go za­czepi. - "Gdy­bym była nor­malna, za­cze­pi­ła­bym. Ale ja nie je­stem nor­malna..."

Piotr­kow­ska była ci­cha i wy­lud­niona. Do­piero na Placu Wol­no­ści San­dra za­uwa­żyła kilka osób, ale nie pod­cho­dziła do nich, choć wcale nie z tego po­wodu, że wy­glą­dały nie le­piej niż De­nis Sło­nina na jej klatce scho­do­wej. Ona po pro­stu nie roz­ma­wiała z ludźmi, chyba że za­cho­dziła wyż­sza ko­niecz­ność.

Kiedy do­szła pod drzwi bi­blio­teki pu­blicz­nej, obej­rzała się za sie­bie. Mia­sto przy­po­mi­nało ob­razy, ja­kie można było zo­ba­czyć w fil­mach po­sta­po­ka­lip­tycz­nych, przed­sta­wia­ją­cych świat po za­gła­dzie albo wiel­kiej epi­de­mii. Cóż, naj­wy­raź­niej sal­mo­nella ze­brała więk­sze żniwo, niż można było się spo­dzie­wać. San­dry to spe­cjal­nie nie po­ru­szyło. Z mi­nuty na mi­nutę do­cho­dziła do wnio­sku, że za­czyna jej się to co­raz bar­dziej po­do­bać. Do­póki nie zo­ba­czyła na drzwiach bi­blio­teki kartki z na­pi­sem "Nie­czynne".

- Och, nie! - jęk­nęła pełna za­wodu i ze zło­ścią ude­rzyła w klamkę. Efekt był za­ska­ku­jący, bo drzwi otwo­rzyły się sze­roko przed zdez­o­rien­to­waną czy­tel­niczką, która od­waż­nie we­szła do środka, gdzie za­pach ksią­żek mie­szał się ze smro­dem psu­ją­cego się mięsa. San­dra go jed­nak nie po­czuła i po­szła na po­szu­ki­wa­nie ja­kie­goś pra­cow­nika.

Obok biurka w czy­telni, przy któ­rym za­wsze ktoś dy­żu­ro­wał, stała wy­chu­dzona ko­bieta. San­dra po­trze­bo­wała dłuż­szej chwili, żeby w pół­mroku roz­po­znać do­brze znaną bi­blio­te­karkę o nie­zna­nym imie­niu.

- Dzień do­bry - po­wie­działa ci­cho, przy­glą­da­jąc się z uwagą dziw­nie za­cho­wu­ją­cej się oso­bie pod ścianą.

Bi­blio­te­karka ubrana była w to, co zwy­kle miała na so­bie w cza­sie pracy, ale po­szcze­gólne czę­ści gar­de­roby wy­da­wały się znisz­czone, jakby od dawna nie wi­działy pralki i że­lazka, a ich wła­ści­cielka prze­dzie­rała się przez chasz­cze i błota. Ko­bieta stała nie­mal nie­ru­chomo, a na wi­dok San­dry pod­nio­sła po­woli po­wieki i roz­sze­rzyła noz­drza - zu­peł­nie tak samo, jak zro­bił to De­nis. Przez uła­mek se­kundy wy­da­wało się, że za­cznie iść w stronę nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia, wy­cią­gnęła na­wet ręce przed sie­bie, ale za­raz po­tem je opu­ściła i znów za­sty­gła w tej sa­mej po­zie.

- Chcia­łam od­dać książki - po­wie­działa San­dra, czu­jąc, że za­cho­wuje się zu­peł­nie bez­sen­sow­nie. - I... i wy­po­ży­czyć nowe.

Ko­bieta nie od­po­wie­działa, więc San­dra otwo­rzyła ple­cak i wy­cią­gnęła książki, które po­ło­żyła na biurku, nie wie­rząc w to, by osoba pod ścianą zro­biła z nimi co­kol­wiek sen­sow­nego. Po­tem po­szła w stronę re­ga­łów.

Bez względu na to, jak wielka epi­de­mia czy inny ko­niec świata miał do­paść ten ludzki pa­dół, miej­sca ta­kie jak bi­blio­teki wy­da­wały się być cał­kiem bez­pieczne. No, chyba żeby ktoś chciał uży­wać ksią­żek jako opału, co San­dra wi­działa na jed­nym fil­mie ka­ta­stro­ficz­nym. Na szczę­ście nic nie wska­zy­wało na to, by do­szło do ta­kiej sy­tu­acji, bo na dwo­rze była już wio­sna i ni­kogo naj­wy­raź­niej nie in­te­re­so­wało ani pa­le­nie, ani tym bar­dziej czy­ta­nie ksią­żek. Poza San­drą, która z ra­do­ścią za­uwa­żyła, że re­gały stały nie­na­ru­szone i że pa­no­wał na nich zwy­kły po­rzą­dek; było może tylko tro­chę wię­cej ku­rzu. Epi­de­mia epi­de­mią, za­głada za­gładą - ona chciała tylko czy­tać, uciec do świata, gdzie była bez­pieczna. Kiedy mysz­ko­wała po­mię­dzy pół­kami, za­sta­na­wiała się, co tak na­prawdę mo­gło się wy­da­rzyć w cza­sie, gdy sie­działa za­mknięta w domu. Nie mar­twiło jej to, że być może ludz­kość wła­śnie prze­ży­wała swoje ostat­nie chwile. Może po pro­stu wszy­scy mieli ciężką grypę i nie byli na si­łach, by wyjść z miesz­kań albo, jak jej są­siad czy bi­blio­te­karka, stali gdzieś, do­go­ry­wa­jąc? Może po­sta­no­wili po­peł­nić zbio­rowe sa­mo­bój­stwo, je­dząc wbrew za­ka­zom za­ka­żone sal­mo­nellą kur­czaki? A może po pro­stu Łódź w końcu się wy­lud­niła, bo ostatni miesz­ka­niec wy­je­chał w po­szu­ki­wa­niu pracy i lep­szego losu gdzie in­dziej?

Miała wielką ochotę za­brać ze sobą wię­cej ksią­żek, ale ogra­ni­czała ją wiel­kość ple­caka, słabe nogi i po­trzeba zro­bie­nia za­ku­pów. Tak, po­zo­stał jesz­cze pro­blem zna­le­zie­nia ja­kie­goś otwar­tego sklepu.

Pie­nią­dze miała w kie­szeni spodni, przy­go­to­wane na za­pła­ce­nie kary za prze­trzy­ma­nie ksią­żek, ale wąt­piła, by na wiele jej się zdały. Na­brała ta­kiego prze­ko­na­nia, gdy po­de­szła do naj­bliż­szego dys­kontu spo­żyw­czego. Sklep był otwarty, jed­nak w środku nie pa­liło się świa­tło, bo są­dząc po smro­dzie, do­cho­dzą­cym z lo­dó­wek, nie było w nim w ogóle prądu. San­dra za­wa­hała się, za­nim we­szła głę­biej, gdzie było też o wiele ciem­niej. Ktoś tam był i cze­goś ener­gicz­nie szu­kał.

Zaj­rzała ostroż­nie zza sto­iska z psu­ją­cymi się owo­cami. Młody męż­czy­zna zgar­niał ner­wowo ja­kieś opa­ko­wa­nia z re­gału, ale nie wy­glą­dał na groź­nego, tylko bar­dzo ze­stre­so­wa­nego. San­dra po­de­szła do niego, bo po­my­ślała, że może do­wie się cze­goś wię­cej na te­mat sy­tu­acji w mie­ście.

- Prze­pra­szam pana...

Czło­wiek od­sko­czył gwał­tow­nie, zrzu­ca­jąc na pod­łogę kar­to­nowe opa­ko­wa­nia i puszki. Wtedy San­dra za­uwa­żyła, że było to mleko w proszku dla nie­mow­ląt, zaś kiedy pod­nio­sła wzrok, w dłoni męż­czy­zny do­strze­gła długą ma­czetę.

- Odejdź! - wark­nął, ma­cha­jąc swoją bro­nią. - Odejdź, sły­szysz?

- Chcia­łam tylko ryż - po­wie­działa ci­cho. - Cho­ciaż paczkę. Skoń­czył mi się...

Dłoń z ma­czetą opa­dła ni­sko. Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej w pół­mroku z lek­kim nie­do­wie­rza­niem.

- Ryż? - upew­nił się, nieco uspo­ko­jony. - Je­steś chora?

- Co? Ja... Nie, nic mi nie jest. Ja nie wiem, co się...

- Nie cho­ru­jesz? - prze­rwał jej gwał­tow­nie, pod­no­sząc znów ma­czetę.

- Nie. Chcia­łam tylko ryż.

- Do­bra. Bierz. Tylko się do mnie nie zbli­żaj.

San­dra stra­ciła ochotę na za­da­wa­nie py­tań. Po­szła szu­kać re­gału z ry­żem, po­ty­ka­jąc się o le­żące wszę­dzie pu­dełka i śmieci. Kiedy mi­jała półkę z pa­pie­rem to­a­le­to­wym, na­dep­nęła na coś mięk­kiego. Po­my­ślała, że to może ludz­kie zwłoki, bo to było za duże na ja­kie­kol­wiek zwie­rzę, ale nie pa­trzyła już pod nogi.

Chciało jej się pła­kać. Nie wie­działa dla­czego, ale było jej strasz­nie smutno. Je­śli tam na­prawdę le­żało czy­jeś mar­twe ciało, to sy­tu­acja mo­gła być na­prawdę bar­dzo, bar­dzo zła. W ja­kimś prze­bły­sku lo­gicz­nego my­śle­nia zro­zu­miała, że skoro świat zmie­rza do końca - tego z ludźmi w roli głów­nej - a ona wciąż żyje, to za ja­kiś czas skoń­czą się za­pasy ryżu, ka­szy, ma­ka­ro­nów i in­nych rze­czy. A San­dra nie miała po­ję­cia, jak to wszystko zdo­być ina­czej niż po­przez wyj­ście do naj­bliż­szego dys­kontu spo­żyw­czego.

"A może to wszystko wcale nie zmie­rza ku za­gła­dzie? Może to tylko przej­ściowe i skoń­czy się za kilka ty­go­dni?" - my­ślała, wy­cie­ra­jąc dło­nią łzy, gdy wra­cała opu­sto­szałą Piotr­kow­ską do domu. Czuła się roz­darta - nie cier­piała lu­dzi i świat bez nich nie wy­da­wał się wcale taki przy­kry, a jed­nak byli jej cza­sem do cze­goś po­trzebni. Gdyby miało ich za­brak­nąć, mu­sia­łaby szybko wy­my­ślić, jak zor­ga­ni­zo­wać swoje ży­cie na nowo, tak by móc czy­tać książki i mieć za­wsze pod do­stat­kiem ryżu i her­baty.

Za­nim do­szła pod drzwi swo­jej ka­mie­nicy, miała w gło­wie za­rys planu awa­ryj­nego. Do jego re­ali­za­cji bra­ko­wało je­dy­nie jed­nego ele­mentu...

- Vo­lvo! - szep­nęła na wi­dok dumy są­siada Łu­ka­sika.

Ol­gierd miał fioła na punk­cie swo­jego sa­mo­chodu. Było to przy­czyną nie­koń­czą­cych się kon­flik­tów z jego żoną Ewą i punk­tem za­pal­nym dla wo­jen z są­sia­dami, zwłasz­cza Sło­ni­no­wymi sy­nami. Nikt nie wie­dział, skąd Łu­ka­sik wziął pie­nią­dze na cacko za po­nad sto ty­sięcy zło­tych, skoro nie stać go było na za­kup czy dzier­żawę ga­rażu dla niego, a na­wet wy­na­ję­cie lep­szego miesz­ka­nia. Do­mo­wym spo­so­bem za­mon­to­wał w au­cie in­sta­la­cję ga­zową, nie wy­ku­pił żad­nego ubez­pie­cze­nia i dniem i nocą prze­sia­dy­wał w oknie, spraw­dza­jąc, czy ktoś nie chce go ukraść, a gdy kto­kol­wiek zbli­żał się do sa­mo­chodu na od­le­głość mniej­szą niż metr, wy­chy­lał się i wy­dzie­rał na całe po­dwórko, rzu­ca­jąc obe­lgami i groź­bami.

Te­raz wóz Łu­ka­sika stał na po­dwórku, nie­da­leko trze­paka, cał­kiem opusz­czony i za­po­mniany. San­dra od­ru­chowo pod­nio­sła wzrok w stronę okna Ol­gierda, ale ni­kogo w nim nie zo­ba­czyła. Obe­szła vo­lvo dwa razy do­okoła, za­glą­da­jąc przez za­ku­rzone szyby i spraw­dza­jąc stan opon. Nie za­uwa­żyła, żeby w sta­cyjce były klu­czyki, próba otwar­cia drzwi też nic nie dała. Po­dra­pała się swoim zwy­cza­jem po bro­dzie i po chwili na­my­słu po­szła w stronę klatki.

Gdy wcho­dziła po scho­dach, zdała so­bie sprawę, że w wy­glą­dzie ka­mie­nicy sporo się zmie­niło. Było nie tylko ci­cho, ale bar­dzo brudno. Tę klatkę, po­dob­nie jak wiele in­nych w oko­licy, trudno było na­zwać czy­stą, jed­nak San­dra nie wi­działa ni­gdy wcze­śniej, by było tu aż tyle ku­rzu, który świad­czył o tym, że nikt dawno tam­tędy nie szedł. Na­ci­snęła na włącz­nik świa­tła, nie bar­dzo wie­rząc, że coś to da, ale ża­rówka pod peł­nym pa­ję­czyn su­fi­tem się za­pa­liła. Do­strze­gła wtedy, że na scho­dach są tylko ślady po­zo­sta­wione przez jej buty, te które zro­biła, idąc dwie go­dziny wcze­śniej na dół. Wcho­dziła po­woli na górę, oglą­da­jąc uważ­nie każde z drzwi i na­słu­chu­jąc, czy od strony miesz­kań nie do­cho­dzą ja­kieś dźwięki. Na­gle za­marła. Usły­szała wy­raź­nie, że ktoś scho­dzi po scho­dach. Chwy­ciła się kur­czowo po­rę­czy i spoj­rzała w górę. Kroki nie były zbyt po­śpieszne, ale mia­rowe i zde­cy­do­wane. San­drze trudno było zła­pać od­dech z wra­że­nia.

"Kto to może być? Łu­ka­sik zo­ba­czył mnie, jak szar­pię się z jego sa­mo­cho­dem? A może Mar­lena wró­ciła ja­kimś cu­dem od chło­paka?"

Na­pię­cie na­ra­stało w niej z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem, ale nie była w sta­nie wy­ko­nać żad­nego ru­chu. Cie­ka­wość rów­no­wa­żyła lęk.

Na pół­pię­trze, mię­dzy dru­gim a trze­cim pię­trem, po­ja­wiła się wy­chu­dzona po­stać De­nisa, który na wi­dok San­dry za­trzy­mał się i lekko za­chwiał. Ko­bieta od­nio­sła wra­że­nie, że spo­dzie­wał się uj­rzeć ko­goś in­nego - być może cze­kał na matkę, a może na któ­re­goś z braci - ale jego twarz nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji. Po pro­stu sta­nął i przy­mknął po­wieki, tak jak zro­bił to wcze­śniej. San­dra nie­pew­nie za­częła wcho­dzić na górę, mi­ja­jąc są­siada tak du­żym łu­kiem, na jaki po­zwa­lała jej prze­strzeń pół­pię­tra. Resztę drogi po­ko­nała nie­mal bie­giem. Kiedy mi­jała trze­cie pię­tro, mo­gła przy­siąc, że za któ­ry­miś drzwiami usły­szała ja­kieś po­ru­sze­nie, ale nie za­trzy­my­wała się i nie spraw­dzała tego.

W miesz­ka­niu zrzu­ciła ple­cak i od razu po­szła pod drzwi Łu­ka­si­ków. Sta­rała się uło­żyć so­bie w gło­wie, co może po­wie­dzieć Ewie, pa­mię­tała bo­wiem, jak jej sio­stra tuż przed swoim odej­ściem mó­wiła, że Ol­gierd umarł na sal­mo­nel­lozę. Mimo że słabo znała się z są­siadką, miała trudne do wy­ja­śnie­nia prze­ko­na­nie, że ta po­zwo­li­łaby jej po­ży­czyć... albo za­brać znie­na­wi­dzony sa­mo­chód męża.

Za­pu­kała ci­cho, czu­jąc, jak na­ra­sta w niej zde­ner­wo­wa­nie. To była wła­śnie ta "wyż­sza ko­niecz­ność", któ­rej tak nie­na­wi­dziła. Mu­siała z kimś roz­ma­wiać, wy­sło­wić swoje my­śli, pro­sić o coś...

Za drzwiami na­stą­piło ja­kieś po­ru­sze­nie. San­dra przy­ło­żyła ucho do drzwi, ale nie była w sta­nie stwier­dzić, co się tam działo. Sły­szała stłu­miony od­głos, jakby ude­rza­nia cze­goś mięk­kiego o ścianę. Kiedy jed­nak nikt nie zja­wiał się, by otwo­rzyć, zde­cy­do­wała się na­ci­snąć na klamkę. I we­szła do miesz­ka­nia.

* * *

O są­siadce Ewie, z pew­no­ścią można było po­wie­dzieć, że nie żyła. Trudno prze­żyć dłu­żej niż kilka chwil z tak wiel­kimi ra­nami brzu­cha i szyi, w któ­rych za­lę­gły się już ro­baki.

Od­głos ude­rza­nia, który San­dra sły­szała wcze­śniej, po­cho­dził zza drzwi ła­zienki. Nie otwie­rała ich, ale mo­gła przy­siąc, że stoi za nimi Ol­gierd, na­wet je­śli Mar­lena twier­dziła kilka mie­sięcy wcze­śniej, że był mar­twy. Ktoś, być może wła­śnie ja­kimś cu­dem oca­lały są­siad, na­cie­rał cia­łem na drzwi, pró­bu­jąc wy­do­stać się na ze­wnątrz. Nie wy­da­wał przy tym żad­nych od­gło­sów.

Cała ta sy­tu­acja - roz­kła­da­jące się zwłoki w tak du­żej bli­sko­ści jej miesz­ka­nia i dziwny czło­wiek w ła­zience - po­winna cał­ko­wi­cie roz­stroić nerwy San­dry, która w pierw­szym od­ru­chu chciała ucie­kać, krzy­cząc przy tym gło­śno. Jed­nak wi­dok klu­czy­ków z lo­giem vo­lvo, le­żą­cych na sto­liku obok łóżka, na któ­rym spo­czy­wała mar­twa Ewa, cał­ko­wi­cie zmie­nił jej po­gląd na za­staną rze­czy­wi­stość.

Nie tylko za­brała klu­czyki do sa­mo­chodu (drżąc przy tym, że mar­twa są­siadka w ostat­niej chwili chwyci ją za rękę, jak to się działo w nie­któ­rych hor­ro­rach), ale w nie­po­ję­tym prze­bły­sku lo­gicz­nego my­śle­nia zdjęła także z ha­czyka przy wej­ściu klu­cze do miesz­ka­nia, które za­mknęła z wielką do­kład­no­ścią, chcąc jak naj­bar­dziej od­dzie­lić się od ha­ła­su­ją­cej w ła­zience istoty.

Pa­ko­wała się bar­dzo szybko. Za­nim jed­nak wy­cią­gnęła starą wy­słu­żoną wa­lizkę z paw­la­cza, na­sta­wiła na ku­chence ryż i ka­szę do go­to­wa­nia. Kiedy prze­szu­ki­wała kuch­nię, usi­łu­jąc so­bie przy­po­mnieć, gdzie mogą być po­jem­niki na żyw­ność, prze­żyła chwilę za­wa­ha­nia. Spoj­rzała na swoje łóżko, na któ­rym od mie­sięcy ko­czo­wała, przy­kryta ko­cem i oto­czona książ­kami, i po­czuła ści­ska­nie w żo­łądku.

Po co zo­sta­wiać ten bez­pieczny kąt? Może wszystko się ja­koś ułoży? Może lu­dzie za­czną zdro­wieć, otwo­rzą sklepy, znów będą upier­dliwi i mę­czący...

Za­pach przy­pa­la­nego ryżu wy­rwał ją z za­my­śle­nia. Zdjęła gar­nek z ku­chenki i za­wi­nęła go w far­tuch ku­chenny. Wró­ciła do pa­ko­wa­nia ubrań, od­kła­da­jąc szu­ka­nie po­jem­ni­ków na po­tem.

Do sa­mo­chodu Ol­gierda znio­sła dwie torby i ple­cak wy­pchany szczel­nie książ­kami. Mi­nęła po dro­dze De­nisa, który za­cho­wał się do­kład­nie tak samo, jak po­przed­nio: ob­ró­cił się w jej stronę, otwo­rzył oczy, na­brał po­wie­trza przez roz­sze­rzone noz­drza, po czym opu­ścił po­wieki i znów za­stygł w bez­ru­chu.

Do­piero na po­dwórku San­dra zdała so­bie sprawę z tego, że ni­g­dzie nie po­je­dzie, bo praw­do­po­dob­nie aku­mu­la­tor jest nie­sprawny, skoro auto od tak dawna stało. Próba otwar­cia drzwi pi­lo­tem nic nie dała, na szczę­ście można je było otwo­rzyć klu­czy­kiem. Wsia­dła do środka i spró­bo­wała od­pa­lić sil­nik. Sa­mo­chód ani drgnął.

- Chyba ci się to nie uda.

San­dra krzyk­nęła, sły­sząc głos nad swoim uchem. Obok auta stał Ze­nek Go­łę­biow­ski z są­sied­niej klatki, nie­for­malny do­zorca, któ­remu pła­ciło się drobne sumy za od­śnie­ża­nie i utrzy­my­wa­nie jako ta­kiego po­rządku. Nie wy­glą­dał groź­nie. Jak zwy­kle no­sił starą czapkę z dasz­kiem, mocno na­ci­śniętą na czoło. Dło­nie trzy­mał w kie­sze­niach ro­bo­czego far­tu­cha. Gdyby nie to, że był bar­dzo chudy i blady, można by po­my­śleć, że jak co dzień za­miata po­dwórko. Uśmie­chał się przy­jaź­nie, ki­wa­jąc lekko głową.

- Gdzie chcia­łaś je­chać? - za­py­tał.

- Ja... yyy...

- Nie mu­sisz mi się tłu­ma­czyć. Ale je­śli chcesz gdzieś tym wy­ru­szyć, mu­sisz mieć na­ła­do­wany aku­mu­la­tor. Chodź. - Zro­bił za­chę­ca­jący gest dło­nią. - Po­de­pniemy mo­jego grata.

San­dra wy­sia­dła z wozu i po­szła za Zen­kiem, który otwo­rzył klapę ja­kie­goś za­byt­ko­wego fiata 125p, sto­ją­cego przy bra­mie.

- Nie jest mój - wy­ja­śnił Ze­nek. - Zna­la­złem go przy Za­chod­niej. Był otwarty i cał­kiem sprawny, więc go so­bie wzią­łem, żeby nie bie­gać po mie­ście na no­gach. Tylko ta­kim umiem jeź­dzić, bo mi na po­czątku lad dzie­więć­dzie­sią­tych prawo jazdy za­brali za pro­wa­dze­nie pod wpły­wem. Mój fart, że go mam.

- A jego wła­ści­ciel?

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie.

- A jak my­ślisz?

- Nie wiem. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Pew­nie umarł.

- Pew­nie tak. - Ze­nek ob­ró­cił czapkę dasz­kiem do tyłu i otwo­rzył tylne drzwi auta. - Wie­dzia­łem, że w ta­kich cza­sach naj­waż­niej­szą sprawą jest za­bez­pie­czyć się na każdą oka­zję. Dla­tego za­wsze mam przy so­bie to. - Pod­niósł w górę ka­ble do ła­do­wa­nia aku­mu­la­to­rów. - Weź je. Ja pod­jadę bli­żej two­jego.

- Nie jest mój - po­wie­działa San­dra, za­nim zdą­żyła się nad tym za­sta­no­wić.

Ze­nek wy­szcze­rzył się i pu­ścił do niej oko.

- Te­raz chyba jest.

Kiedy aku­mu­la­tor już się ła­do­wał, są­siad przy­niósł w wia­derku wodę, żeby nieco umyć sa­mo­chód.

- Ochlap go so­bie tro­chę. Nic przez te szyby nie zo­ba­czysz. Ja ci tro­chę pod­pom­puję koła.

- Dzię­kuję - mruk­nęła, nieco onie­śmie­lona jego życz­li­wo­ścią. - Czemu mi pan po­maga?

- A dla­czego nie? - od­parł ze smut­kiem w gło­sie. - Co mi in­nego zo­stało?

San­dra nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć, więc za­brała się za my­cie sa­mo­chodu.

- Ty je­steś ta naj­młod­sza od Ci­sków, prawda? - za­py­tał Ze­nek, oglą­da­jąc opony sa­mo­chodu.

- Ci­sa­ków - po­pra­wiła go. Za­wsze czuła się nie­swojo, je­śli roz­po­zna­wali ją lu­dzie, któ­rych sama nie znała za do­brze albo wcale.

- No tak... Pew­nie Sło­niny nie­źle da­wali po­pa­lić, co?

- Tro­chę... Ja... ni­gdy się nie wtrą­ca­łam.

- I słusz­nie. Kto by chciał ga­dać z ta­kimi ob­wie­siami? Ja tam też święty nie by­łem, ale oni to dia­bły wcie­lone. Nie wiesz, co się z nimi stało?

San­dra prze­rwała my­cie auta i po­pa­trzyła na Zenka lekko wy­stra­szo­nym wzro­kiem.

- No co? - wy­pro­sto­wał się i zmru­żył oczy.

- De­nis jest tam - po­ka­zała ręką na okno klatki scho­do­wej, w któ­rym można było do­strzec za­rys po­staci są­siada.

Ze­nek ob­rzu­cił De­nisa krót­kim spoj­rze­niem i wró­cił do pom­po­wa­nia koła.

- A reszta?

- Nie wiem. On... De­nis za­cho­wuje się tro­chę dziw­nie.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się ci­cho.

- A wi­dzia­łaś dziś ko­goś, kto za­cho­wy­wałby się nor­mal­nie?

- Nie bar­dzo.

- Ata­ko­wał cię?

- Kto?

- No, Sło­nina.

- Nie.

Mina Zenka po­wie­działa San­drze, że ta­kiej od­po­wie­dzi się nie spo­dzie­wał.

- Cho­ru­jesz?

- Na co?

Go­łę­biow­ski wy­glą­dał na zszo­ko­wa­nego.

- Na to, co wszy­scy. Co z tobą, dziew­czyno? Nie wiesz, co się dzieje na tym świe­cie?

Po­krę­ciła głową.

- A... no chyba że tak - mruk­nął i po­dra­pał się po gło­wie.

- A pan cho­ruje na... to coś, co wszy­scy?

- Nie. Chyba nie. Nie wy­daje mi się.

- Ale jest pan bar­dzo chudy... To zna­czy... chud­szy niż kie­dyś.

- Bo mia­łem sal­mo­nel­lozę. Ja, moja żona, nasz syn.

- I co się z nimi stało?

- Umarli.

- Ale pan nie.

- Każdy kie­dyś umrze. Je­den szyb­ciej, inni póź­niej... No, chyba że się za­cho­ruje. Wtedy się nie umrze.

San­dra po­czuła się zdez­o­rien­to­wana, ale nie zdą­żyła za­dać żad­nego py­ta­nia, bo Ze­nek z ra­do­ścią kla­snął w dło­nie.

- No, sprawdźmy, czy się to srebrne pu­de­łeczko na­ła­do­wało. Wsia­daj i od­pa­laj.

Nie są­dziła ni­gdy, że można się tak ucie­szyć na wi­dok za­pa­la­ją­cych się kon­tro­lek na de­sce roz­dziel­czej.

- Wy­gląda, że wszystko działa - po­wie­działa z uśmie­chem.

- Do­bry wó­zek so­bie wy­bra­łaś. Masz gaz i ben­zynę do wy­boru, a vo­lviaki nie psują się tak czę­sto. Nie wiem, do­kąd je­dziesz, ale po­win­naś do­je­chać.

- Wi­dzia­łam wcze­śniej przy Piotr­kow­skiej po­rzu­cony sku­ter, ale auto chyba bę­dzie lep­sze.

- Sku­ter?! Daj spo­kój. W tym to się na­wet prze­śpisz, jak bę­dzie trzeba. Jedź stąd, dziew­czyno, szkoda two­jego ży­cia na to okropne miej­sce. Jedź jak naj­da­lej. Gdzieś są na pewno ja­cyś lu­dzie.

Nie od­po­wie­działa od razu. Nie chciała tłu­ma­czyć, że wo­la­łaby od­je­chać jak naj­da­lej od lu­dzi. Ze­nek na pewno nie na­le­żał do osób, które by to zro­zu­miały.

- Bar­dzo panu dzię­kuję. A pan... pan nie chce szu­kać lu­dzi?

- Nie - po­krę­cił głową ze śmie­chem. - Wszystko, co mia­łem, było tu­taj. Wiesz, że je­stem pi­ja­kiem, prawda?

Trudno było od­po­wie­dzieć na ta­kie py­ta­nie, więc San­dra mil­czała.

- Je­stem pi­ja­kiem w wy­mar­łym mie­ście, w któ­rym mam nie­ogra­ni­czony do­stęp do al­ko­holu. Nie wi­dzę po­wodu, by się gdzie­kol­wiek ru­szać z ta­kiego pi­jac­kiego raju.

- Dla mnie to też był raj - wy­rwało się San­drze.

- To? - Ze­nek wska­zał na jej ka­mie­nicę. - Ja­kim to cu­dem?

- Mia­łam książki, koc, spo­kój...

- Hmm... A jed­nak zde­cy­do­wa­łaś się gdzieś po­je­chać. Więc jedź! Książki można czy­tać w o wiele lep­szych miej­scach. Cze­kaj. Włożę jesz­cze twoje torby do ba­gaż­nika i przy­niosę ci w ter­mo­sie go­rą­cej her­baty. A po­tem mo­żesz zro­bić ze swoim ży­ciem, co tylko bę­dziesz chciała.

* * *

San­dra nie miała ni­gdy prawa jazdy i do­piero gdy zna­la­zła się na Za­chod­niej, do­tarło do niej, że wpa­dła na po­mysł, by wy­je­chać sa­mo­cho­dem Ol­gierda, tylko dla­tego, że nie bała się żad­nej kon­troli w tym wy­mar­łym mie­ście. Kilka lat wcze­śniej za­częła ro­bić kurs na­uki jazdy, ale prze­rwała go przez po­wodu braku pie­nię­dzy, któ­rych tak na­prawdę ni­gdy nie było pod do­stat­kiem. Czuła żal z tego po­wodu i na­wet próby wy­ja­śnia­nia so­bie, że nie po­trze­buje pa­pieru, skoro i tak nie ma sa­mo­chodu, nie po­ma­gały jej w ni­czym. Mar­lena do­stała po­trzebne fun­du­sze, kiedy przy­szedł czas, po­dob­nie ich brat, który miał prawko od sie­dem­na­stego roku ży­cia. Ale San­dra nie była dla swo­ich ro­dzi­ców kimś po­kroju Mar­leny czy Grześka, nie za­słu­gi­wała na wię­cej uwagi i tro­ski z ich strony, bo nie speł­niała ich cią­gle zmie­nia­ją­cych się ocze­ki­wań.

Po­cząt­kowo je­chało się jej ciężko. Pusz­czała za szybko sprzę­gło, my­liła biegi albo zbyt gwał­tow­nie na­ci­skała ha­mu­lec. Ale za­nim do­tarła do strefy eko­no­micz­nej, po­czuła się na­prawdę za­do­wo­lona z tego po­my­słu. Była swo­bodna, nie mu­siała mar­twić się ru­chem na uli­cach, kon­tro­lami po­li­cji czy straży miej­skiej. W baku było sporo pa­liwa, ale i tak nie­po­ko­iła się nieco, czy zdoła zna­leźć ja­kąś sta­cję, gdzie bę­dzie mo­gła za­tan­ko­wać, choć Ze­nek twier­dził z prze­ko­na­niem, że to nie po­wi­nien być pro­blem, bo on swo­jego fiata tan­ko­wał bez py­ta­nia, gdzie tylko chciał.

Jed­nego San­dra nie prze­wi­działa: snu­ją­cych się wszę­dzie lu­dzi, wy­chu­dzo­nych, otę­pia­łych, z twa­rzami po­zba­wio­nymi emo­cji i na wpół przy­mknię­tymi oczami. Za­uwa­żyła, że re­agują na dźwięk i gdy raz za­trą­biła na ja­kie­goś ma­ru­dera sto­ją­cego bez ru­chu na Za­chod­niej, on za­miast się od­su­nąć, ru­szył w jej stronę. Po­dob­nie uczy­niło kilka in­nych osób. Z tru­dem ma­new­ro­wała au­tem tak, by żad­nego nie po­trą­cić, o mało się przy tym nie roz­bi­ja­jąc na la­tarni. Kiedy po­tem po­pa­trzyła w lu­sterko, zo­ba­czyła, że dość spora grupa wy­chu­dzo­nych po­staci idzie za nią. Na szczę­ście ja­dąc sa­mo­cho­dem była o wiele szyb­sza i mo­gła za­raz stra­cić ich z oczu.

Mi­nęła po dro­dze jed­nego ro­we­rzy­stę, znów na rik­szy, i dwa sa­mo­chody, ale nikt się nie za­trzy­my­wał, żeby ją za­cze­piać. W sa­mej stre­fie było ci­cho i pu­sto. Za­par­ko­wała nie­zbyt ele­gancko przed wej­ściem i wy­sia­dła z auta. Zwró­ciła uwagę na to, że nad jej głową lata bar­dzo dużo gaw­ro­nów z wiel­kimi dzio­bami, kra­czą­cych zło­wrogo.

Usły­szała za ple­cami ja­kieś po­ru­sze­nie i gwał­tow­nie ob­ró­ciła się w tamtą stronę.

- La­tają tak, bo mają ła­twy żer - wy­ja­śnił ochro­niarz Wie­siek, wska­zu­jąc na niebo.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się grzecz­nie San­dra.

- Dla kogo do­bry, dla tego do­bry - od­parł z nutą sar­ka­zmu w gło­sie. - Chodźmy do środka, bo się za­raz zejdą.

San­dra chciała za­py­tać, kto się zej­dzie i po co, ale nie zdą­żyła, bo męż­czy­zna znik­nął w bu­dynku. Po­szła za nim.

Ochro­niarz za­jął miej­sce za kon­tu­arem i za­ło­żył ręce na brzu­chu. Nie za­pro­po­no­wał San­drze żad­nego krze­sła, więc stała przed nim w sto­sow­nej od­le­gło­ści.

- Co pa­nią tu spro­wa­dza? My­śla­łem, że się pani już nie zjawi. Długo pani nie było.

- By­łam... za­jęta. - Chciała po­wie­dzieć, że cho­ro­wała, ale uznała, że może to nie być wcale taki do­bry po­mysł. - Przy­je­cha­łam za­py­tać, czy pani Marta Ogrod­nik jest może w pracy... tu­taj.

Wie­siek ro­ze­śmiał się i po­krę­cił głową.

- W pracy? A kto by pra­co­wał? Po co?

- Pan tu jest - za­uwa­żyła.

- Je­stem - przy­znał. - Przy­naj­mniej udaję nor­mal­ność. - Do­tknął dło­nią na­szywki na służ­bo­wym mun­durku.

- Pan też cho­ro­wał?

Spoj­rzał na nią z gnie­wem.

- Co? Czy ja wy­glą­dam na cho­rego?

- Cho­dzi mi o sal­mo­nellę - wy­ja­śniła, do­my­śla­jąc się, że mó­wią o dwóch róż­nych przy­pa­dło­ściach, tyle że ona wciąż nie wie­działa, czym jest ta druga.

- A... To. Nie, ja nie cho­ro­wa­łem. Za­wsze ja­dłem tylko wie­przo­winę. Mo­głem jeść scha­bowe na śnia­da­nie, obiad i ko­la­cję. Cały czas. Kur­czaki są dla mię­cza­ków.

- Aha... Czyli że... pani Marty nie ma, tak?

- Nie. Dawno jej nie wi­dzia­łem. Nie wiem, co z nią... A czego pani od niej chciała?

- Och, pew­nie nie bę­dzie pan wie­dział, skoro jada pan tylko wie­przo­winę.

Wie­siek po­pa­trzył na nią lekko zdez­o­rien­to­wany.

- Co to zna­czy?

- Kiedy tu pra­co­wa­łam, pani Marta za­trud­niała mnie też u sie­bie w domu. Raz w ty­go­dniu sprzą­ta­łam u niej w Zgie­rzu. I ona cza­sami nie pła­ciła mi pie­niędzmi, tylko ku­rami i jaj­kami, które przy­wo­ziła ze wsi.

Wie­siek mruk­nął coś do sie­bie, naj­wy­raź­niej sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, co usły­szał.

- I co? Za­cho­ro­wała pani przez ten drób?

- Nie... To zna­czy... Nie o to mi cho­dzi. Ja po pro­stu chcę się do­wie­dzieć, skąd przy­wo­ziła mi te rze­czy, z ja­kiej wsi.

- Z Li­piec - po­wie­dział ochro­niarz, za­nim San­dra do­koń­czyła zda­nie.

- Słu­cham?

- Mó­wię, że przy­wo­ziła je z Li­piec Rey­mon­tow­skich. Od ko­biety, która ma tam dom.

- A skąd pan wie?

- Bo miała ad­res ode mnie. Ja ku­po­wa­łem od Jadźki pro­siaki, a Ogrod­ni­kowa kury. Pół strefy się u niej za­opa­try­wało.

- Na­prawdę?

- Tak. Ja ją znam, bo ra­zem do szkoły cho­dzi­li­śmy. Stara zna­joma.

- To... to bar­dzo się cie­szę. - San­dra pró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale oka­zy­wa­nie ja­kich­kol­wiek po­zy­tyw­nych emo­cji za­wsze przy­cho­dziło jej z tru­dem. - Da mi pan do­kładny ad­res?

- A ma pani na­wi­ga­cję?

- Nie mam.

Męż­czy­zna wes­tchnął i pod­niósł się z fo­tela.

- Niech pani ze mną pój­dzie. Ja­kiś GPS po­wi­nien być w biu­rze.

San­dra po­słusz­nie po­drep­tała za Wieś­kiem w głąb ciem­nego ko­ry­ta­rza.

- Tam nie jest ła­two tra­fić, bo dom na ubo­czu nieco stoi - wy­ja­śnił, szpe­ra­jąc w szafce w po­koju, do któ­rego we­szli. - Nie wiem, czy ją pani za­sta­nie, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, ale kto wie... Ona za­wsze trzy­mała się z dala od lu­dzi, więc może jej nie zła­pało to cho­ler­stwo. A po co w ogóle chce pani tam je­chać, co? Po te kury? Wszystko za­trute było.

- Chcę ode­tchnąć gdzieś na wsi od tego... co się tu dzieje. - San­dra wy­ko­nała ruch ręką w po­wie­trzu, który mógł zna­czyć wszystko i nic.

- Aha... Może to też ja­kieś roz­wią­za­nie.

- A pan? Cały czas pan tu sie­dzi sam?

- Nie. Sie­dzimy z ko­legą na zmianę po dwa­na­ście go­dzin. Prze­cież osza­leć w cha­łu­pie idzie, sama pani wie. Stara ma pa­ra­noję, dzie­ciaki wpa­dły w ja­kąś de­pre­sję. Więc tu przy­jeż­dżamy. Po dro­dze się coś or­ga­ni­zuje, ja­kie­goś je­dze­nia po­szuka w skle­pach, po­gada z ludźmi...

- Czyli że ciężko jest?

- To jest już ko­niec, pro­szę pani - po­wie­dział ze ści­śnię­tym gar­dłem. - Ko­niec wszyst­kiego.

* * *

Pro­wa­dziło jej się ciężko. Nie miała wy­ro­bio­nych od­po­wied­nich na­wy­ków, nogi bar­dzo bo­lały ją od wci­ska­nia pe­da­łów, cią­gle zer­kała na na­wi­ga­cję i mu­siała uwa­żać na snu­ją­cych się wszę­dzie dziw­nych lu­dzi, któ­rzy nie przej­mo­wali się groźbą roz­je­cha­nia przez sa­mo­chód. Ale to nie dla­tego zro­biła za Ło­dzią po­stój na opusz­czo­nej sta­cji ben­zy­no­wej.

Od wy­jazdu ze strefy okrop­nie ją mdliło i choć sta­rała się igno­ro­wać re­ak­cje skrę­ca­ją­cego się żo­łądka, nie dała rady zwal­czyć tor­sji i za­raz po za­par­ko­wa­niu przy dys­try­bu­to­rze wy­pa­dła z auta i zwy­mio­to­wała, choć prze­cież nie miała za wiele tre­ści po­kar­mo­wej w so­bie. Przed oczami wciąż stał ob­ra­zek, który uj­rzała na traw­niku obok je­ziorka w stre­fie. Wy­rzu­cała so­bie, że po­szła w tamtą stronę, zwa­biona dziw­nym za­cho­wa­niem gaw­ro­nów, które zgro­ma­dziły się w jed­nym miej­scu w licz­bie co naj­mniej kil­ku­set sztuk.

Na ziemi le­żały dwa ciała, ale nie można było stwier­dzić ich płci czy wieku, bo wiel­kie pta­szy­ska urzą­dziły so­bie na nich so­lidny po­si­łek. Po­jęła w tej sa­mej chwili, co miał na my­śli ochro­niarz Wie­siek, mó­wiąc, że mają tu ła­twy żer. Ucie­kła stam­tąd tak szybko, jak po­zwo­liły jej na to słabe nogi, jakby bała się, że gaw­rony rzucą się za­raz na nią. Chciała wsiąść do sa­mo­chodu, za­blo­ko­wać drzwi, od­je­chać jak naj­da­lej i o wszyst­kim za­po­mnieć. I wła­śnie to ostat­nie oka­zało się naj­trud­niej­sze.

Ro­zej­rzała się uważ­nie po oko­licy. Na pierw­szy rzut oka na sta­cji ben­zy­no­wej nie było ni­kogo, ale San­dra już nie ufała wła­snemu osą­dowi rze­czy­wi­sto­ści. Ściem­niało się, a ona ro­biła się co­raz bar­dziej głodna i zmę­czona. Po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu przy dys­try­bu­to­rze za­tan­ko­wała auto ben­zyną bez­oło­wiową i po­szła do sklepu. Chciała zna­leźć bu­tel­ko­waną wodę i prze­ką­ski, któ­rymi mo­głaby za­peł­niać żo­łą­dek w trak­cie jazdy. Mimo że mo­gła zjeść coś ze swo­ich za­pa­sów, nie miała ochoty zo­sta­wać w tym miej­scu dłu­żej, niż to po­trzebne. Wody nie było, ale na półce z ciast­kami le­żało kilka opa­ko­wań kra­ker­sów i mar­ki­zów. Zgar­nęła wszyst­kie pod pa­chę i już chciała wy­biec na dwór, kiedy jej uwagę przy­kuła półka z prasą. Naj­wy­raź­niej w epoce za­głady mało komu chciało się czy­tać, bo była wy­peł­niona po brzegi. Wolną ręką ze­brała tyle, ile zdo­łała, od­wró­ciła się na pię­cie i za­marła z prze­ra­że­nia.

Tuż przed nią stał wy­soki, si­wie­jący męż­czy­zna, który na wy­chu­dzo­nych ra­mio­nach no­sił znisz­czoną ko­szulę pra­cow­nika sta­cji pa­liw. San­dra nie sły­szała, kiedy do niej pod­szedł, ale mu­siał zro­bić to bar­dzo szybko i spraw­nie, mimo że na szyb­kiego i spraw­nego nie wy­glą­dał. Po­zba­wiona emo­cji twarz, pół­przy­mknięte oczy i nie­ru­choma po­stura były tak po­dobne do tego, co wi­działa wcze­śniej w Ło­dzi, że przez chwilę chciała zo­stać przy nim nieco dłu­żej, by upew­nić się, że się nie myli. Szybko jed­nak zre­zy­gno­wała z tego głu­piego po­my­słu, omi­nęła męż­czy­znę i wy­bie­gła ze sklepu, sta­ra­jąc się nie po­gu­bić swo­ich zdo­by­czy.

Tym ra­zem po­sta­no­wiła, że bez względu na wszystko do­je­dzie do wy­ty­czo­nego celu bez za­trzy­my­wa­nia się gdzie­kol­wiek.

- Naj­wy­żej bę­dziesz rzy­gać na fo­tel obok - po­wie­działa do sie­bie, drżącą dło­nią wkła­da­jąc klu­czyk do sta­cyjki.

Wi­działa po dro­dze kilka snu­ją­cych się po­staci. Jedna z nich we­szła jej przed ma­skę sa­mo­chodu w środku lasu, ale San­dra za­cho­wała zimną krew, omi­nęła ją i po­je­chała da­lej, nie pa­mię­ta­jąc na­wet, czy wi­działa ko­bietę, czy męż­czy­znę. Im dłu­żej je­chała, tym wię­cej fak­tów do niej do­cie­rało. Po sal­mo­nelli ja­kaś inna epi­de­mia do­pa­dła lu­dzi, ale nie na tyle mocno, by wy­łą­czyć prąd i za­krę­cić wodę w miesz­ka­niach. Zer­k­nęła na na­wi­ga­cję - naj­wi­docz­niej sa­te­lity nad Zie­mią też na­dal speł­niały swoje za­da­nie. Po raz pierw­szy od kilku ty­go­dni za­częła za­sta­na­wiać się nad lo­sem matki i ro­dzeń­stwa. Może chcieli do niej za­dzwo­nić, ale sieć te­le­fo­niczna już nie dzia­łała? A może po pro­stu się nią nie in­te­re­so­wali albo gdzieś umarli? W za­sa­dzie kwe­stie ro­dzinne in­te­re­so­wały ją naj­mniej. Przy­ja­ciół też nie miała, zna­jo­mych nie­wielu... Żal jej było je­dy­nie Marty Ogrod­nik, naj­bar­dziej sen­sow­nej osoby, z którą można było po­roz­ma­wiać bez po­czu­cia, że się jest de­bi­lem. Pani Marta ni­gdy jej nie oce­niała, nie po­uczała, nie wy­mą­drzała się. San­dra miała na­dzieję, że ja­koś udało się jej prze­trwać i że sie­działa scho­wana w bez­piecz­nym miej­scu. Ża­ło­wała przy tym, że tak bez słowa prze­stała jeź­dzić do strefy. Była chora, ale gdy jej się po­pra­wiło, mo­gła cho­ciaż za­dzwo­nić...

Wy­świe­tlacz na­wi­ga­cji po­ka­zał, że do celu po­zo­stało jej za­le­d­wie pół­tora ki­lo­me­tra. Je­chała w zu­peł­nych ciem­no­ściach dziu­rawą drogą as­fal­tową, tak wą­ską i tak bar­dzo scho­waną w gę­stych krza­kach, że trudno było uwie­rzyć, że na­wi­ga­cja ją w ogóle uwzględ­niała. Z od­le­gło­ści około dwu­stu me­trów San­dra za­uwa­żyła nie­wy­soki do­mek, w któ­rego oknach pa­liło się świa­tło. Mimo że nie prze­pa­dała za ludźmi, wi­dok ten roz­grzał jej serce nie­spo­dzie­waną ra­do­ścią.

Go­spo­dar­stwo ota­czał drew­niany płot, a pro­wa­dząca do niego brama była za­mknięta, ale San­dra mo­gła ją z ła­two­ścią otwo­rzyć i wje­chać na wy­sprzą­tane po­dwórko. W drzwiach wej­ścio­wych po­ja­wiła się kor­pu­lentna ko­bieca po­stać, która wy­glą­dała tak, jakby od dawna cze­kała na go­ścia. Obok jej nogi przy­siadł mały kun­de­lek, mer­da­jąc we­soło ogo­nem.

- Do­brze za­mknęła pani bramę za sobą? - za­py­tała wła­ści­cielka go­spo­dar­stwa.

San­dra obej­rzała się za sie­bie, jakby chciała się upew­nić, czy mówi do niej.

- Tak, za­mknę­łam. - Ski­nęła głową i sta­nęła przy au­cie, cho­wa­jąc dło­nie w kie­sze­niach.

Go­spo­dyni przyj­rzała się jej z za­cie­ka­wie­niem.

- Nie wej­dzie pani?

- Nie znamy się. Nie wie pani, kim je­stem.

- Nie szko­dzi. Pro­szę, niech pani wej­dzie, bo chłód leci do środka.

Pie­sek ob­wą­chał spodnie San­dry, kiedy wcho­dziła do domu, i za­raz stra­cił nią za­in­te­re­so­wa­nie; po­drep­tał do du­żej kuchni z ka­flo­wym pie­cem, pod któ­rym po­ło­żył się i za­snął.

- Przy­wykł do ob­cych - wy­ja­śniła ko­bieta, wska­zu­jąc pu­pila, po czym usia­dła przy du­żym stole. - Chce pani kury i jajka?

- Nie.

- Nie? - zdzi­wiła się ko­bieta. - Pro­szę so­bie usiąść. Wy­gląda pani na zmę­czoną. Cho­ruje pani?

- Dla­czego wszy­scy o to py­tają?

- Jak to? Prze­cież to te­raz naj­waż­niej­sze.

San­dra ro­zej­rzała się po po­miesz­cze­niu, jakby jej my­śli po­bie­gły w zu­peł­nie inną stronę.

- Jak ma pani na imię? - ko­bieta nie wy­glą­dała na znie­chę­coną za­cho­wa­niem go­ścia.

- San­dra.

- Ład­nie. Ja je­stem Ja­dwiga. Skoro nie chce pani kur i jaj, to nic in­nego nie mam. Świnki się skoń­czyły, bo lu­dzie bali się jeść drób.

- Nie. Chcia­łam tu zo­stać.

Ko­bieta była zszo­ko­wana tym wy­zna­niem.

- Ale... Nie ro­zu­miem.

- Chcę zo­stać gdzieś na wsi. Mu­szę na­uczyć się upra­wiać zie­mię, żeby mieć co jeść.

- Brzmi sen­sow­nie - przy­znała ko­bieta. - Ale dla­czego u mnie?

- Ja­dłam pani kury. Były smaczne. No i... nie znam ni­kogo in­nego.

- Mnie też pani nie zna.

- Ale pani Marta pa­nią znała.

- Która Marta?

- Ogrod­nik.

- Ach! - ucie­szyła się Ja­dwiga. - Ro­zu­miem. Mó­wiła kie­dyś, że bie­rze drób dla dziew­czyny, która u niej sprząta. To pani, tak?

San­dra ski­nęła głową. Była znu­żona. Nic jej tak nie nu­żyło jak roz­mowy z ludźmi.

- No do­brze... - Ja­dwiga wy­da­wała się nad czymś za­sta­na­wiać. - To może prze­łóżmy tę kon­wer­sa­cję na ju­tro. Dziś mogę za­pro­po­no­wać pani ko­la­cję i noc­leg. Co pani na to?

- A nie boi się pani, że cho­ruję? Wszy­scy się tego boją.

- Nie, ja­koś się nie boję - od­parła ko­bieta, od­ru­chowo na­cią­ga­jąc rę­kaw ko­szuli w kwiatki na lewe przed­ra­mię.

* * *

San­dra wie­działa, że Ja­dwiga uważa ją za dziwną osobę. Nie ob­cho­dziło jej to. Miała ja­kiś plan, który chciała zre­ali­zo­wać, i tylko to się li­czyło. Nie­stety, go­spo­dyni wi­działa to ina­czej.

- Nie mo­żesz tu zo­stać - po­wie­działa Ja­dwiga przy śnia­da­niu. Za­częła jej mó­wić na "ty" au­to­ma­tycz­nie, wcho­dząc jed­no­cze­śnie w rolę nie­for­mal­nej opie­kunki swo­jego go­ścia.

- Dla­czego? - San­dra od­mó­wiła zje­dze­nia wy­pie­ka­nych do­mo­wym spo­so­bem bu­łe­czek, więc po­zo­stała jej przy­wie­ziona z Ło­dzi ka­sza, którą w tym mo­men­cie mie­szała z cie­płym mle­kiem.

- Mam swoje po­wody. Je­stem pewna, że gdy­by­śmy miesz­kały tu we dwie, by­łoby nam bar­dzo do­brze. Ty masz swój świat, ja mam swój. Pew­nie by się nam uło­żyło... Ale uwa­żam, że po­win­naś je­chać gdzie in­dziej.

- Do­kąd?

- Je­steś bar­dzo młoda, nie mo­żesz za­mknąć się w domu i z niego nie wy­cho­dzić.

- Ale ja za­wsze tak ży­łam.

Go­spo­dyni spoj­rzała na nią z tro­ską.

- Moż­liwe. Jed­nak czas, że­byś ru­szyła się da­lej.

- Po co? Wszy­scy mó­wią, że świat i tak się skoń­czył.

Ja­dwiga uśmiech­nęła się. Oparła brodę na dło­niach i wes­tchnęła ci­cho.

- Może skoń­czył się dla in­nych, ale jak wi­dzę, dla cie­bie wła­śnie się za­czął.

San­dra zmarsz­czyła czoło, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co usły­szała.

- Ja chcę czy­tać książki.

- Chcia­łaś czy­tać, bo świat ci nie pa­so­wał, ucie­ka­łaś od niego... Ale zo­bacz, co się stało, gdy ten stary świat za­czął się koń­czyć - ru­szy­łaś w drogę. Po­wiedz mi: czy jest ja­kieś miej­sce na tej pla­ne­cie, które chcia­ła­byś zo­ba­czyć?

San­dra po­ki­wała głową.

- Tak - szep­nęła.

- Co to za miej­sce?

- Mo­rze. Ni­gdy nie by­łam nad mo­rzem. Kie­dyś Ca­ri­tas wy­sy­łał dzieci z mo­jej oko­licy na ko­lo­nie, ale mi ro­dzice za­bro­nili je­chać. Pła­ka­łam przez całe wa­ka­cje. Dzieci opo­wia­dały, jak było faj­nie, a ja pła­ka­łam jesz­cze bar­dziej.

- To jedź nad mo­rze. Masz sa­mo­chód, pe­łen bak, dam ci je­dze­nie i mo­żesz w końcu wy­ru­szyć przed sie­bie.

- Wy­ga­nia mnie pani?

- Nie, dziecko, nie wy­ga­niam cię. Ale, jak mó­wi­łam, mam swoje po­wody, by nie po­zwo­lić ci tu zo­stać.

San­dra nic już nie po­wie­działa. Czuła, że dal­sze dys­ku­sje nie mają sensu.

Przed­po­łu­dnie spę­dziły w ogródku wa­rzyw­nym Ja­dwigi, która prze­ko­py­wała zie­mię pod mar­chewki i bu­raczki. San­drze ka­zała usiąść na sta­rym le­żaku i za­wi­nąć się w koc.

- Na­bierz sił przed drogą. Ja mu­szę cały czas coś ro­bić, ina­czej wa­riuję.

- Od dawna jest pani sama?

Ja­dwiga spoj­rzała na nią znad ra­mie­nia i uśmiech­nęła się smutno.

- Od za­wsze. Kiedy jesz­cze żyli ro­dzice, czu­łam się do­kład­nie tak samo opusz­czona jak te­raz. Nie na­uczy­łam się funk­cjo­no­wać ina­czej.

San­dra ski­nęła głową. Do­sko­nale ro­zu­miała, co ko­bieta miała na my­śli.

- Może mi pani wy­ja­śnić, o co cho­dzi z tą cho­robą?

- Chyba długo sie­dzia­łaś za­mknięta w domu, co? - ro­ze­śmiała się Ja­dwiga.

- Tro­chę... Dużo mnie omi­nęło?

- Z mo­jego punktu wi­dze­nia nie­wiele, ale pew­nie dla in­nych lu­dzi skoń­czyła się ja­kaś epoka.

- Za­wsze my­śla­łam, że jak bę­dzie ko­niec świata, to za­brak­nie wody i prądu, ale wszystko było w po­rządku, więc się nie nie­po­ko­iłam.

- Prąd jest tylko w du­żych mia­stach i to w paru dziel­ni­cach.

- U pani jest.

- Bo ja mam swoją elek­trow­nię wodną za do­mem, którą mu­sia­łam za­wsze ukry­wać przed urzę­da­sami. Ale prawda jest taka, że elek­trycz­ność ogra­ni­czona jest do tych miejsc, gdzie są lu­dzie, któ­rzy pró­bują na­wią­zać łącz­ność.

- Jaką łącz­ność?

- Z in­nymi ludźmi, mia­stami... Cza­sem ktoś mnie od­wie­dza i opo­wiada, jak to wy­gląda.

- Nie boi się pani?

- Czego niby?

- Że ktoś pa­nią za­mor­duje albo na­pad­nie i skrzyw­dzi.

- A ty się ba­łaś w swoim miesz­ka­niu?

- Ja się boję wszyst­kiego.

Ja­dwiga prze­rwała pracę, wy­pro­sto­wała się i oparła na szpa­dlu.

- A kiedy się nie bo­isz? Są ta­kie chwile w twoim ży­ciu?

- Kiedy czy­tam. Za­zwy­czaj... Bo nie za­wsze książki mi się po­do­bają.

- A ja­kie czy­tasz?

- Wszyst­kie.

Ja­dwiga po­ki­wała głową i znów za­częła ko­pać.

- Miała pani sal­mo­nellę? - za­py­tała San­dra po chwili.

- Nie, skądże!

- Ja chyba mia­łam. By­łam chora ja­kiś czas temu.

- A ja­dłaś kury inne niż moje?

San­dra za­sta­no­wiła się.

- Nie. Nie było mnie stać. Je­śli pani Marta mi nie dała kur albo ja­jek, to nie ja­dłam in­nych.

- Więc nie mia­łaś sal­mo­nelli. Moje kury nie były chore.

- Jak to?

- Dziecko, ty na­prawdę nic nie wiesz. Idź do swo­jego auta i przy­nieś ga­zety, które tam leżą. Wi­dzia­łam, że na wierz­chu mia­łaś "Po­li­tykę" z ze­szłego roku, w któ­rej jest ar­ty­kuł szcze­gó­łowo opi­su­jący cho­robę. Prze­czy­taj go so­bie.

San­dra po­słusz­nie wy­ko­nała po­le­ce­nie Ja­dwigi.

Na okładce wid­niała po­stać ja­kie­goś męż­czy­zny ubra­nego w drogi gar­ni­tur. Z tre­ści ar­ty­kułu San­dra do­wie­działa się, że to mi­ni­ster zdro­wia. Prze­ro­bione w Pho­to­sho­pie zdję­cie przed­sta­wiało go z za­bitą kurą w jed­nej ręce i za­krwa­wioną sie­kierą w dru­giej. Kiedy prze­wer­to­wała nu­mer, zdała so­bie sprawę, że wy­da­nie w ca­ło­ści po­świę­cone było sal­mo­nel­lo­zie.

- On też cho­ro­wał - po­wie­działa Ja­dwiga, wska­zu­jąc głową na ga­zetę. - Ni­kogo nie oszczę­dziło.

San­dra za­trzy­mała się na stro­nie, na któ­rej umiesz­czono wy­po­wiedź ja­kie­goś le­ka­rza:

Epi­de­mio­lo­dzy i spe­cja­li­ści od cho­rób za­kaź­nych od dawna zwra­cali uwagę na fakt, że w ciągu mi­nio­nej de­kady zbio­rowe za­ka­że­nia pa­łeczką sal­mo­nelli były pra­wie nie­spo­ty­kane. Cho­roba ta nie jest oczy­wi­ście ni­czym do­brym, ale jej brak mó­wił nam o wy­stę­po­wa­niu swo­istej pa­to­lo­gii. Co to bo­wiem może ozna­czać? Że bak­te­ria, ow­szem, pod­dała się an­ty­bio­ty­kom, któ­rymi szpry­co­wane są kur­czaki we wszyst­kich ku­rzych fer­mach na świe­cie, ale nad­cho­dzi dzień, kiedy wy­ewo­lu­uje i po­wsta­nie nowy, an­ty­bio­ty­ko­od­porny szczep. On za­bije nas wszyst­kich.

Prze­czy­tała ten frag­ment na głos i spoj­rzała py­ta­jąco na Ja­dwigę.

- To dla­tego moje kury są zdrowe.

- Nie do­sta­wały an­ty­bio­ty­ków?

- Wła­śnie. Czy­taj resztę.

Naj­bar­dziej obu­rza­jący był ar­ty­kuł o zmo­wie pro­du­cen­tów dro­biu, któ­rzy za­ta­ili fakt ist­nie­nia no­wej pa­łeczki sal­mo­nelli przed opi­nią pu­bliczną. Za­nim prawda wy­szła na jaw, mi­liony ton za­ka­żo­nego mięsa tra­fiły do skle­pów i re­stau­ra­cji. Pan­de­mia była nie do za­trzy­ma­nia.

Da­lej San­dra czy­tała o braku le­ków, skan­da­licz­nych wa­run­kach pa­nu­ją­cych w prze­peł­nio­nych szpi­ta­lach, gdzie do­cho­dziło do za­cho­ro­wań na inne cho­roby, a także o bez­czyn­no­ści władz i służb sa­ni­tar­nych. W jed­nym z ar­ty­ku­łów po­ka­zano mapkę Eu­ropy, na któ­rej za­zna­czono zie­lo­nym ko­lo­rem en­klawy wolne od cho­roby. W Pol­sce zie­loną wy­spą były tylko Biesz­czady.

- To nu­mer sprzed roku - po­wie­działa, oglą­da­jąc okładkę. - Ja na­prawdę to wszystko prze­oczy­łam.

- Te­le­wi­zji też nie oglą­da­łaś?

- Nie. Oj­ciec kie­dyś wy­niósł te­le­wi­zor do lom­bardu... krótko przed swoją śmier­cią. I już go nie od­zy­ska­li­śmy.

- Pił?

- Co? Te­le­wi­zor?

Ja­dwiga ro­ze­śmiała się.

- Twój tata.

- A... Nie... nie tak dużo. Mój brat na­ro­bił dłu­gów i trzeba było spła­cić, żeby mu gar­dła nie po­de­rżnęli, dla­tego oj­ciec od­wie­dzał lom­bard.

- To mu­siał być nie­zły ga­ga­tek z tego two­jego brata. A oj­ciec na co umarł?

- Po­trą­cił go tram­waj na Włók­nia­rzy.

- Hmm... Przy­kro mi.

- A mnie wcale - mruk­nęła San­dra znad ga­zety.

Ja­dwiga uśmiech­nęła się pod no­sem.

- A mama? Sio­stra?

- Matka wy­je­chała po śmierci ojca do ko­chanka do Płocka. Po­tem Mar­lena mó­wiła, że prze­nie­śli się do Nie­miec, niby do pracy, ale ja nie wiem... Nie od­zy­wała się wię­cej. Sio­stra od kilku lat mieszka z kon­ku­ben­tem na Ba­łu­tach i też prze­stała przy­cho­dzić ja­kiś czas temu.

- W ogóle?

- W ogóle.

- To kto się tobą zaj­mo­wał?

- Nikt. Sama się sobą zaj­mo­wa­łam. Pra­co­wa­łam w stre­fie, to pła­ci­łam czynsz. Po­tem za­cho­ro­wa­łam i nie pła­ci­łam, ale upo­mnie­nia nie przy­cho­dziły.

- Wszystko to brzmi dość smutno - stwier­dziła Ja­dwiga z wes­tchnie­niem. - Ale ła­twe ży­cie to mit, w który dziś już chyba nikt nie wie­rzy.

San­dra po­pa­dła w za­dumę na kilka mi­nut.

- Co tam so­bie my­ślisz? - za­py­tała Ja­dwiga.

- Jak ja mo­głam to wszystko prze­oczyć? - Pod­nio­sła ga­zetę i opu­ściła ją z re­zy­gna­cją.

- A po­wiedz mi, o ile to nie ta­jem­nica... O co cho­dzi z tą ka­szą i ry­żem?

- To zna­czy?

- Dla­czego nie jesz ni­czego in­nego?

- Nie wiem - wzru­szyła ra­mio­nami. - To było naj­tań­sze, mo­głam ku­pić więk­szą ilość i nie wy­cho­dzić z domu przez wiele dni.

- Ale jak wy­cho­dzi­łaś, to chyba wi­dzia­łaś, że coś jest nie tak, prawda?

- Pew­nie wi­dzia­łam. Ale mnie lu­dzie i ich sprawy nie in­te­re­sują. My­śla­łam, że to hi­ste­ria i wszystko mi­nie. Jak za­wsze... A po­tem wróci do normy. Tylko że nie wró­ciło...

Ro­zej­rzała się wo­koło, wsłu­chu­jąc w do­no­śny śpiew pta­ków, cie­szą­cych się z na­dej­ścia wio­sny.

- Pani Ja­dwigo...

- Tak? - ko­bieta spoj­rzała na nią z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Dużo lu­dzi umarło?

Ja­dwiga na­brała po­wie­trza w płuca, po czym wy­pu­ściła je po­woli, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć.

- Na tyle dużo, że jak bę­dziesz je­chać nad mo­rze, drogi będą cał­kiem pu­ste.

Da­rek

Chciało mu się pła­kać już w Ber­li­nie, ale sta­rał się trzy­mać fa­son przez całą drogę do gra­nicy z Pol­ską. Po­sta­no­wił, że po­zwoli so­bie na wię­cej swo­body w wy­ra­ża­niu emo­cji, je­śli tylko uda mu się do­trzeć do miesz­ka­nia sio­stry w Szcze­ci­nie.

Spo­dzie­wał się, że w związku z sy­tu­acją epi­de­mio­lo­giczną (tak sam eu­fe­mi­stycz­nie okre­ślał to, co się działo wo­kół) gra­nice będą szczel­nie za­mknięte, a ich prze­kra­cza­nie skraj­nie utrud­nione. Trzy­mał w po­go­to­wiu wszel­kie do­ku­menty, które w cza­sach, gdy pra­co­wał dla Le­ka­rzy Bez Gra­nic, otwie­rały mu więk­szość za­mknię­tych drzwi. Jed­nak w miej­scu, gdzie spo­dzie­wał się na­tknąć na kor­don sa­ni­tarny, ubez­pie­czany przez umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy, na­po­tkał je­dy­nie uszko­dzony ra­dio­wóz, le­żący na boku w przy­droż­nym ro­wie. Zwol­nił nieco, żeby przyj­rzeć się mu bli­żej. W środku ja­kaś po­stać o nie­okre­ślo­nym wieku i płci ma­chała nie­skład­nie rę­kami, pró­bu­jąc się wy­do­stać na ze­wnątrz.

"Pew­nie usły­szał ha­łas mo­jego sil­nika" - do­my­ślił się Da­rek i po­je­chał da­lej.

Nie umiał po­wie­dzieć, w któ­rym mo­men­cie prze­kro­czył gra­nicę. Zo­rien­to­wał się, że jest w Pol­sce, po nieco in­nych zna­kach dro­go­wych i pierw­szych re­kla­mach umiesz­czo­nych przy dro­dze. Z wy­bla­kłych ba­ne­rów pa­trzyły na niego uśmiech­nięte, pra­wie na­gie ko­biece po­sta­cie, za­chwa­la­jące gła­dzie szpa­chlowe i rury ka­na­li­za­cyjne. Przy­szło mu do głowy, że w Sta­nach, skąd wła­śnie wra­cał, ta­kie uprzed­mio­to­wie­nie ko­biet by­łoby to nie do po­my­śle­nia, przy­naj­mniej wśród jego zna­jo­mych.

Szcze­cin wy­glą­dał do­kład­nie tak samo jak Ber­lin czy inne mia­sta Nie­miec, do któ­rych wjeż­dżał po dro­dze, żeby do­ku­men­to­wać to, co się dzieje. Po uli­cach snuły się wy­chu­dzone po­sta­cie za­ka­żo­nych. Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że do­strzega wśród nich tylko tych w ostat­nim sta­dium cho­roby. Żad­nego w dru­giej fa­zie, ni­kogo w pierw­szej...

Wes­tchnął ci­cho, po­cie­ra­jąc pal­cami zmę­czone oczy. To był ten mo­ment, kiedy po­czuł, że traci resztki sił i god­no­ści. Łzy po­pły­nęły dwoma nie­prze­rwa­nymi stru­mie­niami po jego pu­co­ło­wa­tych po­licz­kach, za­ma­zu­jąc ob­raz tego kosz­mar­nego świata. Nie mógł jed­nak dłu­żej stać na środku skrzy­żo­wa­nia, bo od­głos pracy sil­nika i cie­pło, ja­kie wy­dzie­lało auto, zwa­biały do niego za­ka­żo­nych, któ­rych spora grupa bez­sze­lest­nie prze­miesz­czała się w jego kie­runku. Wrzu­cił bieg i ru­szył w stronę stoczni, wy­cie­ra­jąc co chwilę mo­kry nos.

Nie ubie­rał się w kom­bi­ne­zon ha­zmat, żeby wyjść z auta. Po pierw­sze miał go ser­decz­nie dość, a po dru­gie uznał, że w oko­licy jest na tyle spo­koj­nie, że może uda mu się wejść do klatki i miesz­ka­nia Oli bez więk­szego ry­zyka. To było głu­pie ro­zu­mo­wa­nie - miał tego świa­do­mość - bo mógł spo­tkać za­ka­żo­nego na scho­dach. Ola i jej ro­dzina też mo­gli być cho­rzy... Ode­pchnął od sie­bie nie­przy­jemną myśl i wy­siadł z dżipa. Za­brał z ba­gaż­nika jedną torbę i bar­dzo długi nóż, przy­po­mi­na­jący ma­czetę, któ­rym cza­sami po­słu­gi­wał się pod­czas nie­chcia­nych spo­tkań z za­ka­żo­nymi. Drzwi do klatki były lekko uchy­lone, więc otwo­rzył je sze­rzej jed­nym kop­nia­kiem i wszedł do środka, gdzie ude­rzył go w noz­drza trudny do znie­sie­nia smród roz­kła­da­ją­cych się zwłok. Śmier­działo za­pewne wiele in­nych rze­czy, ale ten odór był dla niego naj­bar­dziej nie­zno­śny. Wbiegł szybko po scho­dach na dru­gie pię­tro, po­sta­wił torbę i za­pu­kał do drzwi.

Oli nie było. Ni­kogo nie było w jej miesz­ka­niu i, jak się zda­wało, w ca­łej ka­mie­nicy. Da­rek miał klu­cze i fakt, że mu­siał ich użyć, wlał mu w serce na­dzieję, że być może sio­stra z mę­żem i dziećmi zdo­łali wy­je­chać wcze­śniej i gdzieś się ukryć. Gdyby stało się coś złego, nie zo­sta­wia­liby uprząt­nię­tego domu, za­mknię­tych na wszyst­kie trzy zamki drzwi i szaf opróż­nio­nych z naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy. Ci­sza, tony ku­rzu na me­blach i zwię­dłe kwiaty w do­nicz­kach - to było wszystko, co Da­rek za­stał po wej­ściu do miesz­ka­nia. Nie­stety nie było prądu ani wody, więc mu­siał wtar­gać na górę ba­niaki pię­cio­li­trowe i bar­dzo cięż­kie aku­mu­la­tory li­towo-po­li­me­rowe, które co prawda nie były zbyt bez­pieczne, ale za to nie­zwy­kle wy­dajne. Prze­niósł do miesz­ka­nia wszystko, co miał w dżi­pie, bo nie wie­dział, jak długo bę­dzie chciał zo­stać w tym mie­ście. Pod ko­niec pracy był bar­dzo zmę­czony i ma­rzył o go­rą­cej ką­pieli, ale je­dyne, na co mógł so­bie po­zwo­lić, to za­pa­rze­nie eks­klu­zyw­nej bia­łej her­baty, zna­le­zio­nej w prze­stron­nej kuchni sio­stry.

Mimo cięż­kiego dnia nie mógł za­snąć. Stał do późna w oknach i pa­trzył na po­grą­żoną w ciem­no­ściach stocz­nię. To był nie­na­tu­ralny wi­dok, po­dob­nie jak ci­sza, prze­ry­wana cza­sem dziw­nymi, trud­nymi do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia od­gło­sami.

Po­wi­nien był włą­czyć lap­top i przez te­le­fon sa­te­li­tarny na­wią­zać łącz­ność z Ka­ren i Gre­giem. Na pewno cze­kali na wie­ści od niego, ale je­dyne, na co miał w tym mo­men­cie siłę, to uża­la­nie się nad sobą i pa­trze­nie w okno. Do tej pory ro­bił wszystko, żeby się nie roz­sy­pać, ale który czło­wiek wy­trzyma tyle bez wy­ra­że­nia swo­ich od­czuć? Jak długo można być sil­nym i nie­znisz­czal­nym?

- Jest pie­przony ko­niec świata! - krzyk­nął do nie­wi­dzial­nego roz­mówcy, ude­rza­jąc pię­ścią w szybę. W tym mo­men­cie po­czuł, jak opusz­cza go wiel­kie na­pię­cie. Smu­tek nie mi­nął, ale Da­rek w końcu uspo­koił się na tyle, że mógł się po­ło­żyć i po kilku se­kun­dach za­snąć twar­dym snem.

* * *

Nie na­wią­zał po­łą­cze­nia z przy­ja­ciółmi. Wy­cią­gnął co prawda lap­top, ale po­słu­żył się nim je­dy­nie do ścią­gnię­cia na niego fil­mów i zdjęć ro­bio­nych w dro­dze do Szcze­cina. Miał obawy, że pod­czas roz­mowy, zwłasz­cza z Ka­ren, może znów się roz­kleić albo po­wie­dzieć coś nie­od­po­wied­niego. Czuł, że mo­gliby pro­sić, żeby wró­cił do nich, skoro w Eu­ro­pie nie było wcale le­piej; mar­twi­liby się, że jest sam, bo prze­cież de­kla­ro­wał, że je­dzie tam, gdzie jest jego ro­dzina, gdzie po­wi­nien być bez­pieczny. Ale choć wy­da­wało się, że tu jest na­wet go­rzej, niż mo­gli przy­pusz­czać, on nie miał za­miaru opusz­czać tego kraju. Jesz­cze nie wie­dział, co zrobi, nie miał żad­nego planu ani po­my­słu - chciał tylko być w Pol­sce.

Wie­dział, że aby zwięk­szyć szanse na prze­trwa­nie, musi się prze­miesz­czać. Piękne i wy­godne miesz­ka­nie sio­stry ku­siło po­zor­nym bez­pie­czeń­stwem wy­so­kich na po­nad trzy me­try ścian, ale po­zo­sta­wa­nie w nim - bez prądu i bie­żą­cej wody - było naj­gor­szym z moż­li­wych roz­wią­zań. Dla­tego więk­szość dnia Da­rek spę­dził nad zna­le­zioną wśród ksią­żek pa­pie­rową mapą Pol­ski, za­sta­na­wia­jąc się, co mógłby da­lej zro­bić. Z przy­ja­ciółmi umó­wił się, że spró­buje do­trzeć do więk­szych sku­pisk ludz­kich, co ozna­czało, że po­wi­nien ru­szyć na wschód, do Po­zna­nia albo War­szawy. Tam miał ze­brać jak naj­wię­cej in­for­ma­cji o tych, któ­rzy prze­żyli i nie za­cho­ro­wali.

- Je­ste­śmy ba­da­czami - mó­wiła Ka­ren, gdy się pa­ko­wał. - Na­szym obo­wiąz­kiem jest do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej o tym, co się dzieje, co się stało i co mo­żemy z tym zro­bić. Nie mamy wyj­ścia - mu­simy po­świę­cić temu za­da­niu swoje ży­cie.

Gdy Da­rek przy­go­to­wy­wał się do dal­szej drogi, za­sta­na­wiał się nad sen­sow­no­ścią prze­ko­nań swo­jej przy­ja­ciółki. To nie był ża­den film ka­ta­stro­ficzny, rze­czy­wi­stość znacz­nie od­bie­gała od tego, co so­bie kie­dyś wy­obra­żał o końcu świata, pan­de­mii, ka­ta­stro­fie... Przede wszyst­kim po­jął swoją sa­mot­ność i bez­sil­ność, nie wie­rzył więc w to, że uda się jemu albo ko­mu­kol­wiek in­nemu roz­wi­kłać za­gadkę tej cho­roby, a już na pewno, że zdoła zna­leźć na nią lek. To się stało i się już nie od­sta­nie, a "po­świę­ca­nie swo­jego ży­cia temu za­da­niu" było ni­czym in­nym jak tylko wy­szu­ki­wa­niem so­bie za­ję­cia od­cią­ga­ją­cego my­śli od tego, co nie­unik­nione.

Zro­zu­miał jesz­cze jedno - ży­cie było se­rią nie­wy­tłu­ma­czal­nych przy­pad­ków. Dla­czego je­den czło­wiek sta­rał się żyć zdrowo i uni­kał nie­bez­pie­czeństw, a mimo to gi­nął na­gle w bez­sen­sow­nej ka­ta­stro­fie albo od ataku mor­dercy, pod­czas gdy inny, który ni­gdy nie przej­mo­wał się hi­gieną i eg­zy­sto­wał z dnia na dzień, do­ży­wał sę­dzi­wego wieku i umie­rał spo­koj­nie? Dla­czego on, Da­rek, prze­żył to wszystko i jako je­den z nie­wielu lu­dzi na tej pla­ne­cie po­sia­dał naj­więk­szą chyba wie­dzę o cho­ro­bie od­po­wia­da­ją­cej za wy­mar­cie dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent po­pu­la­cji, skoro był tylko zwy­kłym le­ka­rzem, w do­datku tchó­rzem i opor­tu­ni­stą, wo­lą­cym re­pe­ro­wać owrzo­dzone tyłki bo­ga­tych Ame­ry­ka­nów niż po­świę­cać ży­cie na walkę z ubó­stwem i cho­ro­bami Trze­ciego Świata? Jak to się stało, że ci, co po­winni żyć, lu­dzie, mo­gący wnieść coś war­to­ścio­wego do no­wej epoki, po­marli od razu, a ci, któ­rzy żyli za­wsze jak pa­so­żyty, trzy­mali się ży­cia i wy­da­wało się, że nic ich nie ru­szy?

Da­rek Jo­nasz nie chciał wra­cać do Sta­nów, nie dla­tego, że miał za­miar coś osią­gnąć w Pol­sce ani na­wet nie z po­wodu per­spek­tywy zno­sze­nia tru­dów po­dróży stat­kiem. Miał na­dzieję, że w mia­stach nie spo­tka już ni­kogo zdro­wego i że nie bę­dzie mu­siał ro­bić cze­go­kol­wiek wy­ma­ga­ją­cego wy­siłku. Ma­rzył o za­szy­ciu się w spo­koj­nym miej­scu, naj­le­piej nad jed­nym z ma­zur­skich je­zior, gdzie nikt ni­czego od niego by się nie do­ma­gał, gdzie nie speł­niałby ni­czy­ich ocze­ki­wań - poza wła­snymi.

Póki co jed­nak ro­bił do­kład­nie to, czego od niego ocze­ki­wano, je­śli nie li­czyć upar­tego nie­łą­cze­nia się z In­sty­tu­tem. Wie­czo­rem był do­kład­nie spa­ko­wany i go­towy na to, by wy­ru­szyć z rana w dal­szą drogę.

Mimo że po­cząt­kowo roz­wa­żał po­je­cha­nie do Po­zna­nia albo War­szawy, osta­tecz­nie zde­cy­do­wał się do­trzeć do Trój­mia­sta, za­ha­cza­jąc po dro­dze o Ko­sza­lin, Ko­ło­brzeg i Słupsk. Znał te te­reny dość do­brze, co zwięk­szało jego szanse na prze­ży­cie. Gdyby skon­tak­to­wał się z Gre­giem, ten mógłby prze­słać mu ak­tu­alne zdję­cia ob­szaru ca­łego wy­brzeża, zro­bione przez sa­te­litę, ale po­sta­no­wił pójść na ży­wioł i wy­pra­wić się bez tej wie­dzy. Naj­waż­niej­szą sprawą było mieć za­wsze na­ła­do­wane ba­te­rie, ba­niaki pełne wody i za­pas żyw­no­ści na naj­bliż­sze trzy dni. Reszta za­le­żała od przy­tom­no­ści jego umy­słu i cał­kiem przy­pad­ko­wych oko­licz­no­ści.

Przed od­jaz­dem spraw­dził gło­wicę ob­ser­wa­cyjną na da­chu dżipa, która ro­biła zdję­cia oto­cze­nia. De­tek­tory ska­żeń i fil­try po­wie­trza przy­go­to­wał dzień wcze­śniej - wy­star­czyło je tylko znów za­mon­to­wać na swo­ich miej­scach. Kom­bi­ne­zon miał czy­sty i go­towy do uży­cia w każ­dej chwili. Ale Da­rek bar­dzo nie chciał znowu go za­kła­dać.

* * *

Spa­nie w sa­mo­cho­dzie ni­gdy nie było przy­jemne, zwłasz­cza wów­czas, gdy za bu­dzik słu­żyła horda wy­głod­nia­łych istot, za­ka­żo­nych nie­ule­czalną cho­robą.

Po­cząt­kowo Da­rek my­ślał, że wciąż jest noc, a ko­ły­sa­nie dżipa jego mózg prze­two­rzył na senny ob­raz dry­fo­wa­nia po fa­lach, co było o tyle zro­zu­miałe, że nie­opo­dal na­prawdę szu­miało mo­rze. Jed­nak gdy otwo­rzył oczy, zo­ba­czył nad sobą wy­chu­dzone twa­rze, przy­kle­jone do szyb sa­mo­chodu, za­sła­nia­jące wi­dok ja­snego nieba. Po­de­rwał się na równe nogi, ude­rza­jąc głową o dach. Wsiadł za kie­row­nicę i prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Sil­nik za­war­czał, kaszl­nął dwa razy i za­milkł.

- Kurwa! - wy­rwało mu się od­ru­chowo prze­kleń­stwo, tak tę­pione przez ojca. - Od­pa­laj!

Auto było do­kład­nie za­mknięte, ale kto wie, czego się te istoty na­uczyły? Może ich za­ra­żone mó­zgi wy­kształ­ciły ja­kąś szcząt­kową in­te­li­gen­cję, która po­zwa­lała na uży­wa­nie na­rzę­dzi? A może, dzia­ła­jąc zgod­nie z za­sadą "w ku­pie siła", ob­my­śliły plan do­sta­nia się do wozu inną me­todą? Da­rek wo­lał tego nie spraw­dzać, choć pew­nie Greg ucie­szyłby się, gdyby po­czy­nił nowe ob­ser­wa­cje. Wal­czył ze sta­cyjką do­tąd, do­póki jego wy­eks­plo­ato­wana to­yota nie od­pa­liła. Ru­szył z im­pe­tem do przodu, zmia­ta­jąc jed­no­cze­śnie na boki tłum za­ka­żo­nych.

Był mocno za­nie­po­ko­jony tym po­ran­nym wy­da­rze­niem. Z ja­kie­goś po­wodu za­ka­żeni od­kryli jego obec­ność w wy­chło­dzo­nym i ci­chym sa­mo­cho­dzie, w do­datku było ich na­prawdę wielu, jakby zor­ga­ni­zo­wali się w ja­kąś więk­szą grupę spe­cjal­nie. Być może Greg miał ra­cję i za­czy­nają dzia­łać ze­spo­łowo, bo nisz­czący ich mó­zgi wi­rus zna­lazł spo­sób, by się ko­mu­ni­ko­wać po­mię­dzy no­si­cie­lami.

- By­łoby bar­dzo nie­do­brze - po­wie­dział do sie­bie, przy­gry­za­jąc wargę ze zde­ner­wo­wa­nia.

Jakby tego było mało, to­yota także za­czy­nała się dziw­nie za­cho­wy­wać. Kon­tro­lka ła­do­wa­nia aku­mu­la­tora za­pa­lała się i ga­sła kilka razy w ciągu go­dziny, a pod pe­da­łem ha­mulca wy­czu­wał lekki stu­kot. Bar­dzo chciał do­je­chać do Słup­ska na tyle wcze­śnie, żeby przed zmierz­chem od­na­leźć ja­kąś sta­cję kon­troli po­jaz­dów i miej­sce na noc­leg, ale z każ­dym ko­lej­nym ki­lo­me­trem za­czy­nał co­raz moc­niej wąt­pić w moż­li­wość re­ali­za­cji tego planu. Po­ża­ło­wał tego, że zde­cy­do­wał się je­chać jak naj­bli­żej li­nii brze­go­wej, klu­cząc lo­kal­nymi dro­gami w la­sach i wśród pól, bo to spo­wal­niało tempo jazdy i na­ra­żało auto na kon­takt z dziu­ra­wym pod­ło­żem. Nie spo­ty­kał zbyt wielu za­ka­żo­nych, ale ry­zy­ko­wał utknię­cie na nie­za­bu­do­wa­nym te­re­nie na ko­lejną noc.

Kiedy zbli­żał się do w oko­lice je­ziora Mo­dła, wie­dział, że musi pod­jąć ja­kąś de­cy­zję. Do­je­chał do roz­staja dróg i się za­trzy­mał. Nie po­trze­bo­wał po­sił­ko­wać się mapą, żeby wie­dzieć, do­kąd za­pro­wa­dzi go każda z nich. Gdyby skrę­cił w lewo, do­je­chałby do Lę­dowa, a da­lej do Ustki, i za­ję­łoby mu to naj­wy­żej kwa­drans. Gdyby wy­brał drogę na prawo, kie­ro­wałby się na Słupsk, ale by tam do­trzeć, po­trze­bo­wałby na­wet go­dziny, bio­rąc pod uwagę, jak wolno po­ru­szał się z po­wodu szwan­ku­ją­cych ha­mul­ców.

"A je­śli coś uszko­dzi się na do­bre?"

Wrzu­cił bieg i od­ru­chowo włą­czył lewy kie­run­kow­skaz.

* * *

Sa­mo­chód od­mó­wił po­słu­szeń­stwa w Lę­do­wie, w sa­mym środku lasu, na nie­rów­nej dro­dze.

Da­rek na­wet się nie roz­zło­ścił. Wy­siadł z dżipa i ro­zej­rzał się wo­koło. Był cu­downy, cie­pły dzień; ptaki śpie­wały gło­śno, drzewa szu­miały nad gło­wami, nie przej­mu­jąc się za­gładą ludz­ko­ści. Może były na­wet z tego po­wodu za­do­wo­lone - na ta­kie wła­śnie wy­glą­dały.

Osie­dle znaj­do­wało się na tyle da­leko, że na­wet nie roz­wa­żał opcji, by do niego iść pie­chotą, a już tym bar­dziej by ubie­rać się w kom­bi­ne­zon. Po­wi­nien był zro­bić coś z tymi ha­mul­cami, przy­naj­mniej zdjąć koło i spraw­dzić tar­cze. Przed nim, w od­le­gło­ści ja­kichś dwu­stu me­trów, le­żały ni­skie za­bu­do­wa­nia, praw­do­po­dob­nie ośrodka wy­po­czyn­ko­wego, gdzie mógłby pójść i ro­zej­rzeć się za czy­stą wodą albo cho­ciaż wy­god­nym łóż­kiem. Mógł albo po­wi­nien zro­bić na­prawdę wiele rze­czy, ale nie miał na to siły, a na­wet gdyby je miał, to nie znaj­do­wał w so­bie po temu mo­ty­wa­cji. Żad­nej.

Po le­wej stro­nie, mię­dzy drze­wami, znaj­do­wała się droga, wio­dąca wprost na plażę. Ni­gdy nie był w tym le­sie, ale z dość dużą pew­no­ścią mógł stwier­dzić, że nie szedłby tam długo, może parę mi­nut. Kie­dyś były to te­reny woj­skowe, dość pil­nie strze­żone, ale obec­nie można było swo­bod­nie się tam­tędy prze­miesz­czać.

Da­rek za­sta­na­wiał się przez chwilę, co zro­bić. Po­czu­cie osa­mot­nie­nia i bez­sil­no­ści przy­tło­czyło go, od­bie­ra­jąc chęci do zro­bie­nia cze­goś sen­sow­nego. W końcu otwo­rzył tylne drzwi i z do­brze ukry­tego schowka wy­cią­gnął bu­telkę ab­so­lutu. Spoj­rzał na wi­szący za fo­te­lem pa­sa­żera kom­bi­ne­zon w prze­źro­czy­stym po­krowcu. Przez uła­mek se­kundy chciał po niego się­gnąć, żeby nie iść na plażę bez żad­nego za­bez­pie­cze­nia, ale gdy wy­obra­ził so­bie sie­bie, ubra­nego w ten ab­sur­dalny strój, idą­cego piasz­czy­stą drogę w stronę mo­rza, przy­po­mniała mu się scena z Sek­smi­sji, w któ­rej główni bo­ha­te­ro­wie wy­cho­dzą na po­wierzch­nię. Za­czął chi­cho­tać. Naj­pierw ci­cho, a po chwili cał­kiem gło­śno, za­ta­cza­jąc się z bu­telką w dłoni.

- Na wschód! - krzyk­nął w stronę drzew. - Kie­rujmy się na wschód. Tam na pewno jest ja­kaś cy­wi­li­za­cja.

Już miał otwo­rzyć bu­telkę z wódką, kiedy jego uwagę przy­kuło coś, czego nie spo­dzie­wał się zo­ba­czyć. Nie­opo­dal, za­raz obok ży­wo­płotu oka­la­ją­cego ośro­dek wy­po­czyn­kowy, stało ja­kieś srebrne kombi. Scho­wał bu­telkę do kie­szeni kurtki, za­trza­snął tylne drzwi i po­szedł w tamtą stronę.

Vo­lvo na łódz­kich ta­bli­cach re­je­stra­cyj­nych było cał­kiem nowe i bar­dzo czy­ste. Za nowe i za czy­ste jak na ko­niec świata. Da­rek ob­szedł je do­okoła, za­glą­da­jąc do środka, ale nie do­strzegł tam ni­czego wzbu­dza­ją­cego po­dej­rze­nia. Drzwi były za­mknięte.

Ro­zej­rzał się uważ­nie po oko­licy, jed­nak ni­kogo nie za­uwa­żył. Spoj­rzał pod nogi i wtedy zro­zu­miał, że ten, kto przy­je­chał tym sa­mo­cho­dem, udał się w stronę plaży.

* * *

Da­rek po­my­ślał, że warto było tłuc się po­nad ty­dzień tym za­py­zia­łym kon­te­ne­row­cem z No­wego Jorku do Ham­burga, zno­sząc cho­robę mor­ską, cuch­ną­cych po­tem ma­ry­na­rzy i wci­ska­jącą się wszę­dzie wil­goć tylko dla tego jed­nego wi­doku. Mimo że nie wy­pił ani kro­pelki wódki, był pe­wien, że jest pi­jany albo nie­nor­malny. Jak ina­czej można było wy­tłu­ma­czyć to, że zo­ba­czył na plaży młodą ko­bietę, sie­dzącą na kra­cia­stym kocu, czy­ta­jącą książkę, oto­czoną przed­mio­tami, ja­kie za­biera się na zwy­kły nie­dzielny pik­nik? Może gdyby była na tej plaży sama, mógłby po­my­śleć, że da się to ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić, ale w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści Da­rek za­uwa­żył po­włó­czą­cego no­gami za­ka­żo­nego, na szczę­ście od­da­la­ją­cego się w prze­ciw­nym kie­runku.

"Mu­siał ją wi­dzieć" - po­my­ślał roz­go­rącz­ko­wany. - "Ale jej nie za­cze­pił".

Wtedy przy­szło mu do głowy, że w końcu, po wielu dniach po­szu­ki­wań, zna­lazł ko­goś w pierw­szym albo dru­gim sta­dium cho­roby. I mu­siał przy­znać, że na­wet się z tego po­wodu ucie­szył. Wci­snął ab­so­lut głę­biej w kie­szeń i po­biegł w stronę ko­biety.

Usły­szała go, bo od­wró­ciła głowę i spoj­rzała na niego nie­bie­skimi oczami. Mógł przy­siąc, że jego wi­dok nie zro­bił na niej żad­nego wra­że­nia; za to on był tak prze­jęty, że nie był w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słowa.

- Dzień do­bry - po­wie­działa w końcu, gdy nie­zręczna ci­sza za bar­dzo się prze­dłu­żała.

W od­po­wie­dzi ski­nął głową.

- Dzień do­bry - wy­szep­tał zu­peł­nie su­chymi ustami.

- Jest pan z Ło­dzi?

Py­ta­nie to jesz­cze bar­dziej zbiło go z tropu.

- Z Ło­dzi? - po­wtó­rzył za nią jak ja­kiś idiota.

- Jest pan czar­no­skóry W Ło­dzi mieszka chyba naj­wię­cej Afry­ka­nów, któ­rzy znają pol­ski.

Nie ro­ze­śmiał się, ale nie­wiele bra­ko­wało.

- Nie, nie je­stem z Ło­dzi. Po­cho­dzę ze Szcze­cina. - Pod­szedł do niej z dru­giej strony, żeby nie mu­siała prze­krę­cać głowy. Przy­kuc­nął przed ko­cem i bez­wied­nie wy­cią­gnął z kie­szeni bu­telkę.

- Hmm... Tak po­my­śla­łam, bo moja sio­stra uma­wiała się kie­dyś tylko z Mu­rzy­nami. Przy­pro­wa­dzała ich do domu i oj­ciec ro­bił awan­tury. Oni byli na­wet mili i pra­wie wszy­scy mó­wili po pol­sku. No i pili dużo wódki. - Ko­bieta uśmiech­nęła się ką­ci­kami ust, wska­zu­jąc na ab­so­lut. - Przy­je­chał pan tu na me­lanż?

- Nie. Cho­ciaż... w su­mie. Trudno po­wie­dzieć, co za­mie­rza­łem, przy­cho­dząc tu­taj. - Przyj­rzał się jej uważ­nie. - Nie po­uczał pa­nią nikt ni­gdy, że słowo "Mu­rzyn" jest nie­po­prawne po­li­tycz­nie i może ko­goś ob­ra­zić?

- Kogo?

Par­sk­nął śmie­chem.

- Już chyba ni­kogo. Je­stem Da­rek. - Wy­cią­gnął dłoń w jej stronę.

- San­dra. I je­stem z Ło­dzi.

Tym ra­zem ro­ze­śmiał się na cały głos, ale po chwili spo­waż­niał, jakby coś na­gle do niego do­tarło.

- To auto... Ty przy­je­cha­łaś tym vo­lvo, prawda? Miało łódzką re­je­stra­cję.

- Ale nie jest moje, tylko są­siada.

- A gdzie ten są­siad? - Ro­zej­rzał się wo­koło.

- Nie ma go.

- Umarł? - do­my­ślił się Da­rek.

- Chyba nie. Nie wiem... Był w ła­zience, jak po­szłam po klu­czyki, a jego żona le­żała na łóżku z wielką dziurą w brzu­chu. Z ro­ba­kami. To było okropne.

- Na pewno... - Po­ki­wał głową, ro­biąc przy tym minę, jakby do­sko­nale wie­dział, o czym jest mowa.

- Dla­czego jesz­cze mnie nie za­py­ta­łeś, czy je­stem chora? Wszy­scy mnie o to py­tali, jak wy­szłam z domu.

Da­rek za­mru­gał po­wie­kami ze zdzi­wie­nia.

- A kiedy wy­szłaś z domu?

- Pięć dni temu.

- To co ro­bi­łaś wcze­śniej?

- By­łam w domu.

- No tak, ale... Jak to? Cały czas? To zna­czy... jak długo?

- Czy ja wiem? Długo. Nie chcia­łam wy­cho­dzić, ale nie mia­łam wy­boru.

- Yyy... Po co więc wy­szłaś?

- Żeby od­dać książki do bi­blio­teki.

Da­rek po­czuł, że musi so­bie usiąść. Zdjął buty ze zmę­czo­nych stóp i za­jął miej­sce na kocu obok San­dry. Przez kilka mi­nut za­sta­na­wiał się, co może po­wie­dzieć, bo wy­da­wało się, że jego nowa zna­joma mówi cał­kiem po­waż­nie rze­czy brzmiące jak to­talna bzdura.

- To co? Je­steś chora? - za­py­tał w końcu.

- Nie. - Po­krę­ciła głową.

- Je­steś pewna?

- Gdy­bym była, to pew­nie bym wie­działa. My­śla­łam wcze­śniej, że mia­łam sal­mo­nel­lozę, ale Ja­dwiga po­wie­działa, że na pewno nie.

- A więc o sal­mo­nelli wie­dzia­łaś, tak?

- Tro­chę. A ty wiesz, jak spraw­dzić, czy je­stem chora?

- Wiem. Je­stem le­ka­rzem.

- Spraw­dzisz mnie?

- Nie mu­szę. Wy­star­czy, że ty przy­po­mnisz so­bie, czy ktoś cię ugryzł w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy.

San­dra spoj­rzała na niego, jakby był nie­do­ro­zwi­nięty umy­słowo.

- Co? - wy­du­siła z sie­bie po chwili.

- Nie przy­po­mi­nasz so­bie ta­kiego zda­rze­nia? Py­tam po­waż­nie.

Po­krę­ciła znów głową, ale bar­dzo zde­cy­do­wa­nym ru­chem, mó­wią­cym, że jest ab­so­lut­nie pewna swego zda­nia w tym te­ma­cie.

- To do­brze. By­cie zdro­wym to coś do­brego. - Da­rek się uśmiech­nął. - Ale ten za­ka­żony cię nie za­cze­piał.

- Który?

- Ten, co tam po­szedł. - Wska­zał ręką za­chod­nią część plaży. - Mi­nął cię ja­kieś dzie­sięć mi­nut temu.

- A... - San­dra zer­k­nęła w tam­tym kie­runku. - Nie za­uwa­ży­łam.

W tym mo­men­cie Da­rek po­czuł się nie­swojo.

- Roz­bierz się - po­wie­dział, za­nim zdą­żył po­my­śleć.

- Co? - Ko­bieta od­su­nęła się nieco.

- Prze­pra­szam. Nie o to mi cho­dziło. To zna­czy... Mó­wię to jako le­karz. Chcia­łem zo­ba­czyć, czy nie masz na ciele śla­dów po ugry­zie­niu.

- Nie mam! - San­dra za­sło­niła rę­kami klatkę pier­siową, pa­trząc na niego z nie­chę­cią.

- No do­brze... - wes­tchnął ci­cho. - Je­stem zmę­czony. Prze­pra­szam raz jesz­cze. Słu­chaj... Moje auto pa­dło cał­kiem i mu­szę coś z nim zro­bić. Wi­dzia­łem tam ja­kiś ośro­dek, więc może pójdę się ro­zej­rzeć...

- Tam ni­kogo nie ma.

- By­łaś w środku?

- By­łam. Wi­dzia­łam kilku tych... wy­chu­dzo­nych, ale tylko przez chwilę. Po­tem oni po­szli, a ja za­mknę­łam bramę. Spa­łam w jed­nym po­koju.

- Ro­zu­miem. Czy mia­ła­byś coś prze­ciwko, gdy­bym też się tam za­trzy­mał?

- Nie. Prze­cież to nie mój ośro­dek.

Da­rek do­szedł do wnio­sku, że bar­dzo ją lubi, choć nie wie­dział jesz­cze dla­czego.

- To w ta­kim ra­zie... pójdę tam, a ty tu so­bie siedź - po­wie­dział i za­czął się pod­no­sić.

- Nie masz klu­czy.

- Słu­cham?

- Brama jest za­mknięta na klucz, więc nie wej­dziesz.

- Aha...

- Pójdę z tobą, tylko to po­zbie­ram.

* * *

O tym, jak oso­bliwą po­sta­cią jest San­dra, Da­rek mógł się prze­ko­nać za­raz po do­tar­ciu do ośrodka wy­po­czyn­ko­wego, w któ­rym urzą­dziła so­bie po­stój. Fakt, że nie była zbyt roz­mowna, wcale go nie pe­szył, jed­nak jej pra­wie cał­ko­wity brak po­wo­nie­nia za­dzi­wiał go w znacz­nym stop­niu. Gdy tylko prze­kro­czyli bramę, po­czuł nie­moż­liwy smród, któ­rego tak nie­na­wi­dził. Kiedy za­py­tał, czy nie sta­nowi to dla niej pro­blemu, przy­znała, że "tro­chę coś czuła", ale nie za bar­dzo...

- Dziew­czyno, cały kraj śmier­dzi tym czymś - mó­wił, za­sła­nia­jąc nos kurtką. - Wszę­dzie roz­kła­dają się ludz­kie zwłoki, a tu­taj cuch­nie, jakby obok była otwarta zbio­rowa mo­giła.

- Wszę­dzie? - zdzi­wiła się.

- Wszę­dzie! Mamy za­gładę, he­ka­tombę, cho­lerny Ar­ma­ge­don. Wy­mio­tło dzie­więć­dzie­siąt pro­cent lud­no­ści, któ­rej nie miał kto po­cho­wać.

Wzru­szyła ra­mio­nami i po­szła w stronę jed­nego z bu­dyn­ków.

- Pie­przona szczę­ściara - mruk­nął do sie­bie i po­szedł za nią.

Po­znał też jej ży­wie­niowe zwy­czaje, bo uprzej­mie po­czę­sto­wała go roz­go­to­wa­nym na papkę ry­żem i ka­szą, nie­mal cał­ko­wi­cie po­zba­wioną smaku. Był w ab­so­lut­nym szoku, kiedy przy­znała, że funk­cjo­nuje w ten spo­sób od bar­dzo dawna. Z me­dycz­nego punktu wi­dze­nia wy­da­wało się to po pro­stu skan­da­liczne, ale ona wy­glą­dała jak okaz zdro­wia, któ­remu ni­czego nie bra­kuje, na pewno nie wi­ta­min.

- Cza­sem ja­dłam ziem­niaki - wy­znała. - Tu­taj jest kuch­nia i tro­chę zna­la­złam. My­śla­łam, żeby je so­bie ugo­to­wać, ale nie ma prądu.

- Wi­dzia­łem, że jest gaz w bu­tlach - od­parł ma­chi­nal­nie, roz­glą­da­jąc się po ma­łym po­ko­iku, w któ­rym roz­ło­żyła swoje rze­czy, głów­nie książki i po­jem­niki na żyw­ność. - Ju­tro coś wy­my­ślimy.

- To może te­raz? - za­su­ge­ro­wała nie­śmiało. - Na­pi­ła­bym się her­baty.

Da­rek uśmiech­nął się.

- To chodźmy do mo­jego auta. Tam mam aku­mu­la­tory i ku­chenkę. Mo­żemy się ugo­ścić.

San­dra po­mo­gła mu prze­nieść więk­szość rze­czy i sprzę­tów do ośrodka. Za­nie­po­ko­iła się nieco na wi­dok kom­bi­ne­zonu ha­zmat.

- Wi­dzia­łam ta­kie na fil­mie - po­wie­działa z prze­ję­ciem.

- Ja­kim?

- Wi­rus. Był okropny.

Da­rek po­ki­wał tylko głową i dźwi­gnął z pod­łogi auta torbę z aku­mu­la­to­rami.

Zje­dli skromną ko­la­cję, pod­czas któ­rej San­dra mo­gła do­wie­dzieć się w końcu cze­goś wię­cej o tej ta­jem­ni­czej cho­ro­bie.

- Dla­czego chcia­łeś mnie roz­bie­rać?

- Da­lej chcę. - Da­rek ro­ze­śmiał się. - Mu­szę zo­ba­czyć, czy nie masz śla­dów po ugry­zie­niu. Może nie pa­mię­tasz ja­kie­goś wy­da­rze­nia...

- Wszystko pa­mię­tam! - obu­rzyła się. - Nikt mnie nie gryzł.

- Na pewno? Wi­dzia­łem tak wiele przy­pad­ków, że je­stem skłonny uwie­rzyć we wszel­kie oko­licz­no­ści. Skąd wiesz, czy ktoś nie wszedł do miesz­ka­nia, gdy spa­łaś? Może ktoś z ro­dziny?

San­dra mu­siała się za­sta­no­wić.

- Nie wiem... Chyba bym coś po­czuła.

- Nie­ko­niecz­nie. Na pewno po­czu­ła­byś, gdyby za­czął cię jeść... - prze­rwał, wi­dząc jej minę.

- Co to zna­czy?

- Mó­wi­łaś, że są­siad, ten od vo­lvo był w ła­zience, a jego żona z dziurą w brzu­chu le­żała na łóżku, tak?

Ski­nęła głową.

- Po­dej­rze­wam, że wy­glą­dało to w ten spo­sób: mąż, gdy do­szedł do trze­ciego sta­dium, za­czął się po­ży­wiać na żo­nie, bo na tym eta­pie za­ka­żeni po­trze­bują dużo... je­dze­nia. Ktoś pew­nie wszedł i to zo­ba­czył, ale nie miał na tyle od­wagi, żeby go za­bić, więc za­mknął go w ła­zience.

Wy­da­wało się, że San­dra za­raz zwy­mio­tuje.

- Żar­tu­jesz, prawda?

- Nie­stety nie.

Po­dra­pała się po bro­dzie, za­sta­na­wia­jąc nad czymś.

- Wi­dzia­łam... W stre­fie eko­no­micz­nej były dwa ciała je­dzone przez ptaki... - za­mil­kła, jakby nie była w sta­nie po­wie­dzieć nic wię­cej.

Da­rek wes­tchnął ciężko i od­sta­wił mi­skę po zu­pie z proszku na sto­lik.

- Tak... Mó­wi­łem ci, że za­ka­żeni mu­szą się ży­wić... Ale jak już so­bie pod­je­dzą, zo­sta­wiają resztę, którą naj­czę­ściej do­pa­dają zwie­rzęta i też ko­rzy­stają.

- To okropne - szep­nęła, krę­cąc głową. Na­gle spoj­rzała na niego z ogniem w oczach. - Da­rek! Sprawdź, czy je­stem ugry­ziona. - Pod­nio­sła się i za­częła ścią­gać bluzę w taki spo­sób, jakby za­le­żało od tego jej ży­cie.

Da­rek po­my­ślał, że przy oka­zji zbada ją do­kład­niej, więc się­gnął po torbę le­kar­ską i wy­jął z niej ste­to­skop. San­dra o nic już nie py­tała, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż skoń­czy.

Tak jak przy­pusz­czał, poza osła­bio­nymi od bez­czyn­no­ści mię­śniami nic jej nie było; nie miała na­wet po­więk­szo­nych wę­złów chłon­nych, jakby w ży­ciu na nic nie cho­ro­wała. Śla­dów po ugry­zie­niu też nie było.

- Spraw­dzę jesz­cze pod lampą.

- Jaką lampą?

- Ul­tra­fio­le­tową. Miej­sce za­ka­że­nia świeci bar­dzo ja­snym ko­lo­rem pod wpły­wem pro­mieni UV.

- A nie po­pa­rzy mnie?

Po­krę­cił głową i uśmiech­nął się. Wy­jął z nie­du­żej skrzynki prze­no­śną lampę, która po włą­cze­niu wy­dała od­głos le­dwo sły­szal­nego pisz­cze­nia i za­świe­ciła się na nie­bie­sko.

- Dziwne - mruk­nął, przy­glą­da­jąc się uważ­nie skó­rze na jej przed­ra­mio­nach, gdzie naj­czę­ściej wi­dy­wał cha­rak­te­ry­styczne ślady sie­ka­czy.

- Co?

- Nic nie ma.

- Chcesz, że­bym była chora?

- Nie, nie chcę. Cho­dzi o to, że skoro nie je­steś za­ka­żona, to nie ro­zu­miem, dla­czego ten z plaży cię nie za­cze­piał. W ogóle...... dla­czego ża­den z nich cię nie po­gryzł albo nie zjadł?

- Nie ro­zu­miem. - Się­gnęła po swoje ubra­nia i klap­nęła na łóżko.

- Tylko za­ka­żony jest nie­wi­doczny dla za­ka­żo­nego. Zdrowy czło­wiek jest tak ła­ko­mym ką­skiem, że...... że one zro­bią wszystko, żeby go do­paść, zwłasz­cza te w trze­cim sta­dium. Słu­chaj, sprawa wy­gląda na­stę­pu­jąco: sta­dium pierw­sze to ten czas za­raz po ugry­zie­niu. Za­ka­żony nie ma żad­nych ob­ja­wów, poza nie­go­ją­cym się śla­dem zę­bów. Nic już go nie po­kąsa, ale za to on na­biera chęci, by gryźć. I to było naj­więk­sze źró­dło za­ka­żeń, bo oni nie ata­ko­wali ja­koś bar­dzo agre­syw­nie. Ot, dla za­bawy ktoś ko­muś wbił zęby w rękę......

- Ale dla­czego? - prze­rwała mu. - Jak to działa?

- Wi­rus za­czyna zmie­niać struk­turę mó­zgu w ten spo­sób, że czło­wiek czuje po­trzebę, by ugryźć dru­giego. Gdyby na po­czątku wia­domo było, że to tak działa, można by uświa­da­miać spo­łe­czeń­stwo i skala za­ra­żeń nie by­łaby tak ogromna. Za­nim się zo­rien­to­wa­li­śmy, co się dzieje, było za późno.

- A kto był pierw­szy?

- To jest py­ta­nie, na które nikt nie zna od­po­wie­dzi. By­li­śmy w sta­nie je­dy­nie okre­ślić, gdzie lu­dzie za­częli naj­wcze­śniej prze­cho­dzić sta­dium dru­gie.

- Gdzie?

- Lon­dyn i oko­lice. Dla­tego po­dej­rze­wa­li­śmy, że "pa­cjent zero" po­cho­dzi stam­tąd. Ja­kiś rok temu do lon­dyń­skich szpi­tali za­częli ma­sowo zgła­szać się pa­cjenci z po­dob­nymi ob­ja­wami, które, nie­stety, brane były za po­kło­sie sal­mo­nel­lozy. Tra­cili na wa­dze, nie mieli ape­tytu, od­czu­wali silne bóle brzu­cha, głowy i sta­wów. Po­pa­dali w apa­tię, z któ­rej nie po­tra­fiono ich wy­do­być. Je­dyne, co ich od­róż­niało od cho­rych na sal­mo­nellę, to ob­ni­ża­jąca się tem­pe­ra­tura ciała. Każdy z nich był ugry­ziony, ale to także za­uwa­żono za późno...

Da­rek po­czuł się na­gle bar­dzo znu­żony. Opo­wia­da­nie tej hi­sto­rii ko­muś, kto nic nie wie­dział o za­ka­że­niu, zmu­siło go do od­two­rze­nia wszyst­kich zwią­za­nych z tym emo­cji. Jesz­cze bar­dziej ro­zu­miał, jak bez­sen­sowne było jego za­da­nie.

- I co da­lej? - San­dra była naj­wy­raź­niej bar­dzo za­in­te­re­so­wana.

- Da­lej? Po­tem za­częli umie­rać.

- Jak to?

- Za­ka­żeni, któ­rych wi­dzia­łaś, są mar­twi.

- Ale cho­dzą, je­dzą, żyją......

- Ale nie ich mó­zgi. W trze­cim sta­dium są już tylko no­si­cie­lami wi­rusa, który osią­gnął swój cel.

- Jaki?

- Za­bił czło­wieka.

- I nie można ich le­czyć?

- Nie. Pra­co­wa­łem w in­sty­tu­cie zaj­mu­ją­cym się tą cho­robą i z całą pew­no­ścią mogę ci po­wie­dzieć, że nie ma na to le­kar­stwa.

- Na­wet za­raz po ugry­zie­niu?

Da­rek po­krę­cił głową.

San­dra miała ochotę się roz­pła­kać. Do­tarło do niej, w jak wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie była cały czas i jak bar­dzo nie chcia­łaby za­mie­nić się w to coś, co snuło się po po­lach i la­sach wo­koło nich. Przez dłuż­szą chwilę nie roz­ma­wiali, po­grą­żeni w swo­ich my­ślach.

- Da­rek... - szep­nęła, wal­cząc z na­pły­wa­ją­cymi do oczu łzami.

Męż­czy­zna chrząk­nął ci­cho i po­pa­trzył na nią z po­wagą.

- Słu­cham cię.

- Zo­sta­niesz ze mną? Cho­ciaż na tro­chę. Nie wiem, co mam ro­bić da­lej.

- Zo­stanę - od­parł, uśmie­cha­jąc się. - Za­sta­no­wimy się oboje.

* * *

O po­ranku San­dra nie wy­da­wała się już tak bar­dzo wy­stra­szona ani prze­jęta tym, czego się do­wie­działa wie­czo­rem. Nie zja­dła śnia­da­nia (twier­dziła, że pra­wie ni­gdy go nie ja­dała), ale za­raz wy­brała się na plażę, żeby "czy­tać i pa­trzeć na mo­rze". Da­rek pró­bo­wał pro­te­sto­wać, ale na nie­wiele się to zdało. Li­czył po ci­chu, że po­jadą we dwoje do Słup­ska jej au­tem, żeby po­szu­kać ja­kie­goś ra­tunku dla jego to­yoty. W od­po­wie­dzi zo­ba­czył je­dy­nie klu­czyki z lo­giem vo­lvo i usły­szał ci­chą, choć sta­now­czą su­ge­stię, by wy­brał się na wy­cieczkę do po­ło­żo­nej obok Ustki, co też uczy­nił.

Sta­cję kon­troli po­jaz­dów zna­lazł bar­dzo szybko, po­dob­nie jak kilku za­ka­żo­nych, krę­cą­cych się obok niej. Uzbro­jony w swój nóż, po­szedł na po­szu­ki­wa­nie na­rzę­dzi i aku­mu­la­tora pa­su­ją­cego do dżipa, ale gdy wszedł do du­żego po­miesz­cze­nia, pach­ną­cego ben­zyną i sma­rami, wpadł na nieco inny po­mysł. Mu­siał je­dy­nie prze­ko­nać do niego swoją nową przy­ja­ciółkę.

- Chcesz go nisz­czyć? - San­dra była wy­raź­nie nie­za­do­wo­lona, gdy przed­sta­wił jej swój plan.

- Nie! Chcę tylko za­mon­to­wać na da­chu ste­laż, żeby za­ło­żyć gło­wicę. Nie znisz­czę go.

- Ale on jest cał­kiem nowy.

- O, matko! Jak się znisz­czy, to so­bie znaj­dziemy inny.

- A co z twoim?

- Na­daje się tylko na złom. Pro­szę cię, San­dro.

Wy­dęła usta z dez­apro­batą i zer­k­nęła na vo­lvo pod ży­wo­pło­tem.

- No do­bra - mruk­nęła bez prze­ko­na­nia. - Mon­tuj.

- Świet­nie! Wie­czo­rem się spa­ku­jemy i rano mo­żemy ru­szać.

- Do­kąd?!

Ra­miona Darka opa­dły ni­sko.

- Mó­wi­łem ci, że mu­szę wy­ko­nać pewną pracę...

- Ale po co, skoro i tak wszy­scy są mar­twi? Niech so­bie łażą albo gniją, jak im się tak po­doba. Ja chcę tu zo­stać.

- Nie mo­żemy tu zo­stać.

- Ty nie mo­żesz. Ja mogę.

- Twier­dzisz, że chcesz upra­wiać zie­mię, żeby prze­trwać, tak? Więc po­każ mi w tej oko­licy ja­kąś do­brą zie­mię, ja­kieś sen­sowne go­spo­dar­stwo, któ­rym mo­gła­byś się za­jąć. Mu­simy ci zna­leźć coś lep­szego, coś bez­piecz­niej­szego, a ja po­wi­nie­nem do­trzeć do du­żych aglo­me­ra­cji, żeby ro­bić ba­da­nia.

San­dra na­bur­mu­szyła się, od­wró­ciła na pię­cie i po­szła do po­koju. Dar­kowi nie po­zo­stało nic in­nego, jak tylko za­jąć się przy­go­to­wy­wa­niem jej sa­mo­chodu do drogi.

Pró­bo­wał ją za­ga­dy­wać wie­czo­rem, ale za­mknęła się w so­bie i igno­ro­wała go cał­ko­wi­cie. Kiedy kładł się spać, usły­szał, jak od strony jej łóżka do­cho­dzi ci­chy szept. Uniósł głowę i na­sta­wił uszu.

- Nie­na­wi­dzę lu­dzi - mam­ro­tała do ściany. - Wszy­scy są okropni.

Da­rek opadł na po­duszkę, czu­jąc w głębi du­szy, że jej po­glądy są mu bar­dzo bli­skie, choć sam ni­gdy nie przy­znałby się do tego tak otwar­cie.

Rano nie ko­men­to­wała zmian po­czy­nio­nych w jej sa­mo­cho­dzie. Wło­żyła do ba­gaż­nika swoje torby i tę­sk­nym wzro­kiem omio­tła oko­licę, na­słu­chu­jąc od­gło­sów lasu i szumu mo­rza.

- No, żad­nego au­to­sto­po­wi­cza ra­czej nie za­bie­rzemy - pró­bo­wał żar­to­wać Da­rek, wci­ska­jąc na tylną ka­napę ostat­nie pa­kunki ze swo­jego prze­no­śnego mini-la­bo­ra­to­rium, ale jedno spoj­rze­nie na minę San­dry po­wie­działo mu, że był to próżny trud. Za­mknął drzwi i prze­cią­gnął się. - To może już jedźmy.

Dziew­czyna bez słowa za­jęła miej­sce kie­rowcy i wło­żyła klu­czyk do sta­cyjki. Da­rek chciał coś po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał, uzna­jąc, że szkoda na to czasu i sił. Wsiadł do auta i za­piął pas.

San­dra pro­wa­dziła fa­tal­nie, przy­naj­mniej we­dług stan­dar­dów Darka, ale on miał za­wsze za­strze­że­nia do ko­biet za kół­kiem, na­wet je­śli były za­wo­do­wymi kie­row­cami. Po­my­ślał o tym, ile zmar­no­wał cen­nych chwil ze swoją sio­strą na kłót­niach w au­cie. Po­tra­fił być tak nie­miły i cze­pial­ski, że Ola w końcu za­czy­nała po­peł­niać na­prawdę ka­ry­godne błędy. Kie­dyś roz­pła­kała się, nie mo­gąc wy­trzy­mać jego do­cin­ków, więc za­czął jej do­gry­zać i mó­wić, że jest sku­pioną na so­bie beksą, która nie po­trafi unieść kon­struk­tyw­nej kry­tyki. In­nym ra­zem, gdy prze­je­chała na czer­wo­nym świe­tle przez naj­więk­sze szcze­ciń­skie skrzy­żo­wa­nie, zła­pała ją po­li­cja, co dało jej bratu po­wód do jesz­cze bar­dziej per­fid­nych ata­ków.

"Dla­czego by­łem ta­kim dup­kiem?" - my­ślał, pa­trząc przez szybę na mi­ja­nych po dro­dze za­ka­żo­nych. Na­gle do­tarło do niego, że to, co ro­bił Oli, było wy­ni­kiem jego wła­snych kom­plek­sów i fik­sa­cji. Bar­dzo ża­ło­wał swo­jego po­stę­po­wa­nia, tym bar­dziej że było już pew­nie za późno, by za nie prze­pro­sić. Gdy skoń­czyli stu­dia, a on za­czął wy­jeż­dżać za gra­nicę i rza­dziej się wi­dy­wali, wy­da­wało się, że sio­stra nie ma do niego żalu, ale Da­rek był pe­wien, że mu­siała czuć się nie­pew­nie w jego to­wa­rzy­stwie.

- Mam je­chać do Trój­mia­sta? - Py­ta­nie San­dry wy­rwało go z za­my­śle­nia.

- Co?

- Są ta­blice. - Wska­zała głową na znaki przy dro­dze. Do­piero wtedy zdał so­bie sprawę z tego, że stoją na ja­kimś roz­drożu.

- Yyy... tak... nie wiem... - Mu­siał się chwilę za­sta­no­wić. - Nie. Jedźmy na po­łu­dnie. Do War­szawy.

- Po co?

- To naj­więk­sza aglo­me­ra­cja. Jest szansa, że bę­dzie tam do­brze zor­ga­ni­zo­wana grupa zdro­wych. Po­winni mieć prąd i łącz­ność.

- Aha... - San­dra ski­nęła głową i skrę­ciła w prawo. - Ale sa­mo­chód jest mój. Jak tam do­je­dziemy, zo­sta­wię cię i rób so­bie, co chcesz.

Da­rek spoj­rzał na nią, mru­ga­jąc po­wie­kami. Nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć na to emo­cjo­nalne wy­zna­nie. Zro­zu­miał, że mu­siał ją czymś na­prawdę mocno ura­zić.

"Znów mu­sia­łem być dup­kiem" - prze­szło mu przez myśl.

- Ok. zro­bimy, jak uwa­żasz - po­wie­dział po chwili na­my­słu, choć w pierw­szym od­ru­chu chciał wy­sko­czyć z ja­kąś mniej uprzejmą uwagą. - Po pro­stu tam do­jedźmy.

- Po co ci ten nóż? - za­py­tała, ki­wa­jąc głową w stronę broni, którą trzy­mał przy ko­la­nie.

- Na za­ka­żo­nych.

- Za­bi­jasz ich?

- Za­bi­jam. To zna­czy... Nie­zu­peł­nie. Oni i tak nie żyją... jako lu­dzie. Żeby prze­stali... no...

- Gryźć?

- Wła­śnie. Żeby prze­stali gryźć i zja­dać zdro­wych lu­dzi, trzeba uszko­dzić im pień mó­zgu.

San­dra od­ru­chowo przy­ło­żyła dłoń do karku.

- To chyba nie ta­kie ła­twe - po­wie­działa jakby do sie­bie.

- Nie bar­dzo. Mu­sisz wie­dzieć, gdzie wbić ostrze. Albo też po pro­stu ob­ciąć głowę. Można też prze­ciąć rdzeń krę­gowy, ale to jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wane. Przy­naj­mniej dla mnie... Skąd wiesz, gdzie jest pień mó­zgu?

- Z książki.

- No tak... A co czy­tasz?

- Te­raz?

- Nie, ogól­nie.

- Wszystko.

- Wszystko, co wpad­nie ci w ręce?

- Tak. Ale nie lu­bię sen­sa­cji i kry­mi­na­łów. I tych... thril­le­rów.

- Dla­czego?

- Nie wiem. Prze­czy­ta­łam wszyst­kie książki Clancy'ego, Lu­dluma, Tess Ger­rit­sen, Lars­sona, Gri­shama, Chmie­lew­ską...

- Do­bra, ro­zu­miem. Wszyst­kich - prze­rwał jej, czu­jąc, że ta wy­li­czanka szybko się nie skoń­czy.

- Nie, tylko tych, co byli w bi­blio­tece. Pani bi­blio­te­karka po­le­cała, ale nie miała ra­cji. Były bez­na­dziejne. Nic z nich nie za­pa­mię­ta­łam.

- A po co mia­ła­byś pa­mię­tać? - ro­ze­śmiał się. - To roz­rywka. Nie trzeba za­pa­mię­ty­wać.

- To po co czy­tać? - za­py­tała, prze­wra­ca­jąc oczami.

Da­rek zro­zu­miał, że trak­to­wała tę kwe­stię bar­dzo po­waż­nie.

- To co za­pa­mię­ta­łaś?

- Bio­lo­gię.

- O! - zdzi­wił się. - Na­prawdę? A coś z działu me­dy­cyny?

- Ana­to­mię. Fajna. Psy­cho­lo­gia była też spoko, ale nie wszystko. Zim­bardo to idiota.

Da­rek par­sk­nął śmie­chem. W In­sty­tu­cie kilku jego ko­le­gów znało pro­fe­sora Zim­bardo oso­bi­ście i był pe­wien, że obu­rzy­liby się, sły­sząc tak miaż­dżącą kry­tykę z ust nie­do­uczo­nej dziew­czyny z Pol­ski. On sam był uba­wiony.

Mó­wiąc o książ­kach, San­dra oży­wiała się, więc Da­rek kon­ty­nu­ował ten wą­tek. Uznał, że to do­bra oka­zja, żeby na­wią­zać bliż­szą re­la­cję i cze­goś się o niej do­wie­dzieć. Miał ci­chą na­dzieję, że jed­nak nie wy­rzuci go przy ro­gat­kach War­szawy i tro­chę z nim zo­sta­nie.