4
Jaskinia, w której doszło do wypadku, mieściła się w skałach Dudnika. To nie jedyna grota w tym kamienisku, ale Wielka Studnia Szpatowców stanowiła tę najniebezpieczniejszą. Znajdowała się po południowo-zachodniej stronie drogi z Podlesic do Kotowic, owszem, w lesie, ale w odległości zaledwie kilkuset metrów od ulicy. Ci, którzy zapragnęli się z nią zmierzyć, nie mieli większych problemów z dotarciem. Dodatkowo tuż obok przebiegała trasa pieszego Szlaku Orlich Gniazd, a to z kolei sprawiało, że na grotę natrafiali również przypadkowi turyści.
Pająk zaparkował wóz w zatoczce przy szosie, resztę drogi trzeba było pokonać pieszo. Ratownicy zabrali niezbędny sprzęt i ruszyli do jaskini. Pagórkowaty teren gęsto porastały drzewa, dominowały gatunki liściaste. Słońce, które jeszcze przed chwilą parzyło goprowcom skórę, zostało przysłonięte przez rozrośnięte korony. Po chwili dotarli do celu.
Wejście do Studni Szpatowców obudowano drewnianymi i metalowymi barierami, postarano się także o dużą tablicę, która ostrzegała przed zagrożeniem. Sam wlot do groty wyglądał jednak niepozorne. Prowadził do niego spad, który wydawał się niewielki, wręcz delikatny. W rzeczywistości na śmiałków czekała długa pochylnia.
U jej szczytu podłoże pozostawało okrutnie zdradzieckie. Listowie zalegające w tym miejscu stanowiło zagrożenie nawet w okresie letnim, kiedy niewiele padało. Dodatkowo kamuflowały je świeże liście, które jednocześnie sprzyjały poślizgnięciu się, a to zwykle kończyło się tragicznie.
W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku przekonał się o tym uczestnik grzybobrania, który spadł do dolnej studni i poniósł śmierć na miejscu, z kolei w dwa tysiące pierwszym roku straciła tu życie turystka z Warszawy. Amatorów mocnych wrażeń, których pokonała jaskinia, było znacznie więcej. Sama Marietta w zeszłym roku brała udział w akcji ratowania mężczyzny, który wszedł do jaskini bez sprzętu i bez najmniejszej znajomości topografii groty. Miał niewiarygodne szczęście, że nie spadł na dno, a zatrzymał się na moście. Ludzka lekkomyślność ciągle była niestety najczęstszą przyczyną wypadków w terenie. Osoby niemające bladego pojęcia o warunkach i czekających na nich trudnościach, bez kondycji i właściwego wyposażenia, zapuszczały się w ekstremalne obszary, licząc na przygodę życia. Bywało, że płaciły za nią najwyższą cenę.
- Tutaj! Tutaj jestem! - zawołał młody mężczyzna na widok zbliżających się w jego stronę goprowców.
- Co się tu stało? - zapytała Marietta, rozglądając się, by jak najdokładniej ocenić sytuację. Pająk z Gackiem od razu rozpoczęli rozkładanie sprzętu, który miał umożliwić ratownikom dostanie się na dno jaskini.
- Chcieliśmy zejść do studni. Przygotowaliśmy sznurki...
Wejman faktycznie dostrzegła liny. Leżały swobodnie na podłożu zaścielonym zielonymi liśćmi.
- Szymon poszedł pierwszy. Wszystko było dobrze... - mówił tymczasem chłopak. - Dotarł do progu... Tam się zatrzymał... Nic... nic nie mówił, żeby coś było nie tak... Nawet chwilę g-gadaliśmy. Zaczął schodzić niżej, wtedy szarpnęło i... zaczął spadać! J-ja nie wiem, nie wiem, jak to się stało, lina się odwiązała, poleciła razem z nim!
- Jak masz na imię? - zapytała Marietta, bo chłopak był tak zdenerwowany, że z trudem rozumiała wypowiadane przez niego słowa. Jąkał się, głos mu drżał, do tego nie potrafił ustać w miejscu. Kręcił się niespokojnie niczym zwierzę zagonione w pułapkę. Jego twarz pozostawała zlana potem, wielkie krople ciekły mu po skroniach.
- Damian. Damian Gajewski - wydukał.
- Ty po nas zadzwoniłeś? - upewniła się.
- Tak, ja.
- Macie doświadczenie w chodzeniu po jaskiniach? - spytała, bo chłopak był zwyczajnie ubrany i zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto parał się wspinaczką. Dziewczyna zgadywała, że Gajewski w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie sprawy z tego, jakich umiejętności wymagało zapuszczanie się do jaskiń, zwłaszcza tych pionowych.
- Nie. - Chłopak otarł wilgoć z czoła. - Ale trochę wspinaliśmy się po skałkach. Weszliśmy na przykład na Sadek.
- Przecież tam wejdzie dziecko - skwitował Pająk i się skrzywił.
- Byliśmy też na Wielbłądach.
Hubert prychnął lekceważąco.
- Ale po jaskiniach nie chodziliście wcześniej? - dopytał, nie przerywając rozkładania własnych lin.
- No nie. Dziś był pierwszy raz. Taki czelendż.
Wyzwania były popularne wśród młodzieży, zresztą nie tylko. Starsi też dawali się wciągać w różne, zwykle mało rozsądne pomysły. Kiedy dochodził do tego alkohol, sytuacja stawała się naprawdę niebezpieczna. Mężczyzna aspirujący do miana grotołaza sprawiał jednak wrażenie trzeźwego.
- Próbowałeś schodzić na dół? - zapytała Wejman.
- Nie, nie chciałem tam utknąć. Byliśmy tylko we dwóch. Wołałem go chyba z dziesięć minut, ale się nie odezwał, więc zadzwoniłem po pomoc.
- Chociaż tyle - mruknął pod nosem Pająk.
- To wasza lina? - Ratowniczka otaksowała sprzęt należący do śmiałków i utwierdziła się w przekonaniu, że Gajewscy zdecydowali się na sznurki, które można było kupić w co drugim sklepie z materiałami budowalnymi. W sumie nie było najgorzej, pomyślała, zdarzały się przypadki, kiedy na podobne wyprawy ludzie zabierali ze sobą stary powróz znaleziony w stodole dziadka.
- Tej nie używaliśmy - zapewnił chłopak. - A tu obwiązaliśmy tę, która się zsunęła razem z Szymkiem. - Wskazał na pobliski pień drzewa. - Wszystko było dobrze, a potem nagle szarpnęło i ta lina puściła.
- Musiał się poślizgnąć - stwierdziła Wejman.
- A węzły, które zrobiliście, najwyraźniej były do bani - wtrącił Pająk, właściwie gotowy do zejścia na dno Studni.
- Nie zdążyłeś złapać liny? - zapytała jeszcze ratowniczka.
Chłopak przełknął ślinę, zanim się odezwał. Marietta zauważyła, że jego grdyka unosiła się i opadała. Wyraźnie zwlekał z odpowiedzią.
- Zdążyłem - przyznał w końcu.
- No to co się stało? - dopytała, widząc, że Gajewski toczy ze sobą jakąś wewnętrzną walkę.
- Nie wiem - jęknął, a potem przez dłuższą chwilę poruszał bezgłośnie ustami, jakby nie potrafił wydobyć z siebie głosu. - Nie dałem... - wydukał. - Po prostu nie dałem rady jej utrzymać.
Marietta usłyszała, że Pająk głośno wzdycha. Podczas eksploracji jaskiń przygotowanie fizyczne było nie mniej ważne niż umiejętności i doświadczenie, a dotyczyło to zwłaszcza tych pokroju Studni Szpatowców.
- Schodzimy - zarządził. - Idę pierwszy, za mną Marietta, Gacek zostaje u góry.
Kiedy goprowiec zbliżył się do otworu w skale, Marietta zapatrzyła się na szczelinę, która tak nęciła, żeby do niej zajrzeć. Zastanawiała się, czy gdyby była spacerowiczką, która przypadkowo natknęła się na wlot do groty, również uległaby tej pokusie. Nie, stwierdziła, obracając głowę w kierunku znaków ostrzegawczych. Duża żółta tablica wyraźnie informowała o niebezpieczeństwie, nie można było jej nie zauważyć. Należało jednak przeczytać, co jest na niej napisane, i przede wszystkim chcieć się do tych zaleceń zastosować. Było jeszcze gorzej, kiedy w grę wchodziły brawura, popisy i brak wyobraźni.
Marietta poczekała, aż Pająk zejdzie wystarczająco głęboko, dopiero później sama podeszła do wlotu. Ratownik drogą radiową przekazał koleżance sygnał, że i ona może schodzić. Odgłosy lasu szybko stały się mniej słyszalne, a po pokonaniu kilku kolejnych metrów Wejman poczuła, że temperatura znacznie się obniżyła. Dotarłszy do progu, przestała odczuwać dokuczliwe gorąco. W skalnych grotach niezależnie od warunków panujących na zewnątrz utrzymywało się siedem-osiem stopni Celsjusza.
Wejman nachyliła się, żeby spojrzeć w dół. Przywitała ją ciemna otchłań studni. Czołówka na kasku oświetliła przestrzeń na tyle, by ratowniczka mogła dojrzeć skalną półkę i dość wąski przesmyk między nią a progiem. To właśnie do niego trzeba było się opuścić.
Dziewczyna rozpoczęła schodzenie po kamiennym kanale pogrążonym w ciemności. Pochylnia, po której się poruszała, pokryła się warstwą zdradzieckiej wilgoci. Ratowniczka szybko przekonała się, jak bardzo może być ona podstępna, bo się poślizgnęła, i to pomimo czujności i pełnego skupienia. Serce Marietty zaczęło bić szybciej, bo wiedziała, że w tym miejscu łatwo o błąd, który może kosztować życie.
- Wszystko okej? - usłyszała pytanie Gacka.
- W porządku - oświadczyła. - Tylko się poślizgnęłam, ale sytuacja jest już opanowana - dodała, myśląc o tym, że niedoświadczony grotołaz z łatwością mógł popaść tutaj w tarapaty.
Dziewczyna już bez większych kłopotów dotarła do przesmyku między półką a progiem, przepięła liny i zaczęła się opuszczać klaustrofobicznym tunelem na dno jaskini. Spód groty stanowił jednolitą przestrzeń, bez tuneli prowadzących w głębsze partie czy szczelin, którymi jaskinia rozchodziłaby się na boki. Mimo to Studnia Szpatowców przyciągała ludzi jak magnes.
- Mam go - dobiegł ją głos Pająka. - Jest tutaj.
Wejman podeszła do leżącego nieruchomo człowieka i szybko się przekonała, że o żadnym ratowaniu życia nie było mowy, a młodszy z Gajewskich ich zwyczajnie oszukał.