2.
Emil rozsiadł się na rozkładanym krzesełku tyłem do wejścia i z wprawą rozdzielał kłącza rośliny. Na początek delikatnie wyjął sukulent z doniczki, potem to samo zrobił z kilkoma kolejnymi i specjalnym nożykiem poprzecinał kłącza w odpowiednich miejscach. Pozyskane w ten sposób sadzonki poukładał w rządku, jedna obok drugiej. Przy bardziej energicznych ruchach metalowe rurki krzesła skrzypiały pod jego ciężarem. Był sześćdziesięcioletnim mężczyzną słusznej postury. Nawet ważący ponad osiemdziesiąt kilogramów Maks wydawał się przy nim nienaturalnie drobny i niepozorny.
- Wężownica - powiedział Maks, od dłuższej chwili przyglądając się w ciszy pracy przyjaciela. - Na oko będzie z tego czterdzieści sadzonek, o ile nie uszkodziłeś korzeni i wszystkie się przyjmą.
Na dźwięk jego głosu Emil aż podskoczył. Tak gwałtownie odwrócił się w stronę wejścia do szklarni, że prawie spadł z krzesełka.
- Na litość boską! Chcesz, żebym dostał zawału?!
- Bynajmniej! - odparł Maks ze śmiechem. - Kto by się wtedy tym wszystkim zajął?
- To po jakiego diabła skradasz się tutaj jak złodziej, co? Tylko ty umiesz tu wleźć tak, żebym cię nie usłyszał.
- Bo tylko ja mogę być pewien, że nie zostanę pożarty przez Freję.
Słysząc swoje imię, dziesięcioletnia suczka o czarnym umaszczeniu, w typie doga niemieckiego (choć jej pochodzenia nie znano i nie była czystorasowym psem) wetknęła łeb do szklarni. Nie weszła jednak do środka. Była na to zbyt dobrze wyszkolona i wiedziała, czego jej nie wolno. Miała bronić terytorium i odganiać intruzów, czyli zasadniczo wszystkich z wyjątkiem Maksa, miejscowego listonosza i córki Emila. Jednak wstępu do królestwa swojego pana absolutnie nie miała.
- Pomóc ci z tym? - zagadnął chłopak pojednawczym tonem.
- Nie lubię, kiedy tak się skradasz. - Emil wciąż był oburzony, ale ostatecznie ruchem głowy wskazał róg szklarni.
Stało tam drugie, niemal identyczne składane krzesełko. Tylko Maks z niego korzystał i do dziś pamiętał dzień, w którym Emil dał mu je po raz pierwszy, oficjalnie dopuszczając go do swoich roślin. To było ogromne wyróżnienie i niemal uroczysta chwila.
- Nie ma tego dużo - zastrzegł. - Przy takiej pogodzie nic mi się nie chce i to ostatnia robota na dziś, ale jeśli masz ochotę, to śmiało.
Po chwili Maks usadowił się obok przyjaciela. Wcześniej nałożył parę lateksowych rękawiczek w największym dostępnym rozmiarze, które na niego pasowały jak ulał, ale dłonie Emila mieściły się w nich z trudem. Chwycił małą, kwadratową doniczkę i sięgnął po porcję ziemi. Od pewnego czasu udawało mu się na oko nabierać jej niemal dokładnie tyle, ile potrzeba. Robili to wspólnie już wiele razy. Maksowi z początku pociły się z nerwów ręce i cały czas skupiał się na tym, żeby czegoś nie sknocić. Z czasem nabrał wprawy. Polubił rozsady i inne czynności pielęgnacyjne wykonywane przy kwiatach. Nauczył się też, z jakimi okazami mieli tutaj do czynienia.
- Sansewieria cylindryczna, znana również pod nazwą wężownica cylindryczna - powiedział, uśmiechając się pod nosem. - Sukulent z rodziny szparagowatych. Pochodzi z południowo-zachodniej Afryki, nieco rzadziej spotyka się go w południowo-wschodniej Azji i na Półwyspie Arabskim.
- Zgrywus! - fuknął Emil, jednak jego spojrzenie zdradzało zadowolenie.
To on przekazywał Maksowi całą wiedzę o roślinach. Robił to z konsekwencją i uporem. W końcu do Maksa dotarło, że chcąc usatysfakcjonować przyjaciela, musi tę wiedzę przyswoić.
- Ta roślina bohatersko znosi ekstremalne warunki - kontynuował Maks. - Ale sam mówiłeś, że październik to nie jest najlepszy czas na przesadzanie kwiatów.
- Mówiłem - zgodził się mężczyzna. - Tyle że czasem nie ma się wyboru. W końcu klient nasz pan. Jeśli życzy sobie odmianę Straight akurat teraz, to ją dostanie.
- Racja. Ty tu jesteś szefem.
- Marysia przyjedzie po nie pod koniec przyszłego tygodnia. Do tego czasu powinienem stwierdzić, czy się przyjęły.
Marysia była córką Emila i pomagała mu w prowadzeniu tego, co szumnie oboje nazywali rodzinnym biznesem. Jego sercem była imponująca rozmiarem i rozmachem, wciąż udoskonalana przez Emila szklarnia, wypełniona rozlicznymi gatunkami kwiatów doniczkowych. Wśród nich przeważały kalatee o pomarszczonych liściach, skrzydłokwiaty i wężownice o palczastej strukturze, w kilkunastu odmianach. Wszystkie te rośliny łączyło egzotyczne pochodzenie, stosunkowo duża odporność i łatwość utrzymania. A także to, że szkodziło im ostre światło słoneczne - dokładnie tak samo jak Emilowi.
To on w całości odpowiadał za uprawę i pielęgnację kwiatów oraz za zdobywanie klientów, zamawianie niezbędnych akcesoriów do uprawy roślin i preparatów. Wyszukiwał też i sprowadzał kolejne odmiany, niekiedy tak rzadkie, że szybko stawał się ich jedynym dostawcą w okolicy. Bezpośrednie kontakty z odbiorcami były natomiast domeną jego córki. Emil stronił od ludzi, w dodatku z wzajemnością. Nie tylko wyszkolona na psa obronnego Freja doskonale o tym wiedziała.
Maks lubił pomagać mu przy kwiatach, a od dłuższego czasu rozumieli się bez słów. Bywały jednak dni, że Emil czuł potrzebę rozmowy. Czasem nawet robił się gadatliwy. To wydawało się naturalne, bo miał tylko Maksa, Marysię i swoje psy.
- To kiedy ten wielki dzień? - zagadnął, kiedy Maks napełnił ziemią kolejną doniczkę i umieścił w niej sadzonkę.
- Wielki dzień? - powtórzył.
- Mam na myśli wizytę w domu Magdy i spotkanie z jej rodzicami.
- Ach, to... - Chłopak wyraźnie się skrzywił. - Pojutrze.
- I jak twoje nastawienie?
- Bez zmian. Nadal uważam, że nie będą mną zachwyceni, delikatnie mówiąc.
- Jesteś dla siebie zbyt surowy.
- Jestem realistą - stwierdził Maks.
- Magda jest tobą zachwycona od wielu miesięcy. Widocznie ma powody.
- Nie powiedziała im, że jestem z domu dziecka. Strach pomyśleć, czego jeszcze o mnie nie wiedzą.
- Źle do tego podchodzisz - powiedział Emil filozoficznym tonem.
- Serio?! To powiedz mi, jak podejść lepiej.
- Im mniej o tobie wiedzą, tym lepiej dla ciebie. Będziesz dla nich tabula rasa.
- Możesz po polsku? - sarknął Maks.
- Tabula rasa, czyli czysta karta, którą zapełnią w taki sposób, w jaki ty będziesz chciał.
- I może najlepiej kłamstwami, co? Mam kłamać jak z nut, byle tylko dobrze przed nimi wypaść? Nie wiem, czy tak potrafię. Marny ze mnie aktor.
- Zaraz kłamstwami! - obruszył się mężczyzna. - Po prostu powiesz im tyle, ile uznasz za stosowne, a inne fakty przemilczysz. Nie będziesz przecież na przesłuchaniu.
- W ogóle wołałbym tam nie być.
- Czasem trzeba się trochę poświęcić. Zwłaszcza że jeszcze niedawno cieszyłeś się na wasz wyjazd do Zakopanego.
Rzeczywiście tak było. Dwa tygodnie temu Magda oznajmiła Maksowi, że jej druga najbliższa przyjaciółka, Amelia, postanowiła uczcić osiemnaste urodziny w wielkim stylu, organizując wyjazd w Tatry. Zarezerwowała góralską chatę w Murzasichlu dla kilkunastu osób, w tym dla nich dwojga. Maks w pierwszej chwili był wniebowzięty. Potem jednak zaczął dociekać, czy ojciec Magdę puści, skoro mimo tego że od wakacji była pełnoletnia, wciąż musiała się spowiadać ze wszystkich wyjść i późniejszych powrotów. Zapewniła go wtedy, że zrobi wszystko, by tym razem ojciec się zgodził.
To miał być ich pierwszy wspólny wyjazd, dla Maksa również pierwsza w życiu wyprawa na Podhale. Miał odłożoną pewną kwotę, którą zarobił w lecie podczas pracy na budowie u wujka kumpla. Mógł dołożyć się finansowo, ale Magda uparła się, że nie trzeba. Najważniejsze było to, że w końcu będą mogli spędzić razem cały weekend, w dodatku dłuższy, bo od piątkowegoporanka do niedzielnego wieczoru. Nie będą musieli nieustannie sprawdzać godziny, myśleć o jej ojcu i wykradać sobie chwil pomiędzy kolejnymi niecierpiącymi zwłoki obowiązkami. Do tego będą mieć wspólny pokój... Już sama myśl o tym, że będą tak blisko, elektryzowała Maksa do granic możliwości.
Ojciec Magdy zgodził się na wyjazd, ale podobnie jak w przypadku tamtej imprezy w klubie, na której się poznali, zrobił to tylko dlatego, że dobrze znał jej przyjaciółkę, przyjaźnił się z jej ojcem, a osiemnaste urodziny uważał za wyjątkową okoliczność, której powinny towarzyszyć specjalne ulgi. Maks nie mógł uwierzyć, że wyraził też zgodę na jego obecność, ale Magda od początku postawiła sprawę jasno - wszystkie koleżanki jechały z chłopakami i ona też nie zamierzała jechać sama. Poza tym była dorosła. Ten ostatni argument rzadko kiedy działał, ale tym razem poskutkował. Jej ojciec się ugiął, ale pod warunkiem że wcześniej pozna Maksa. Chłopak musiał iść na kompromis.
- To tylko jedna przeszkoda, którą trzeba pokonać - stwierdził Emil, przyglądając się, jak chłopak palcami ugniata ziemię w doniczce. - Za dwa dni o tej porze będziesz miał to za sobą. A potem możesz zacząć pakować się w góry... I nie zapomnij przywieźć mi ciupagi.
Maksowi nie udzielił się jego dobry humor. Z poważną miną, ostrożnie podniósł kolejną sadzonkę i w zamyśleniu przesunął palcami po cienkim korzeniu, sprawdzając, czy jest cały.
- Na pewno spytają o moich rodziców... I co wtedy?
Emil również spoważniał.
- Wyjawisz im tę część prawdy, która jest neutralna.
- Chciałbym, żeby w mojej historii było cokolwiek neutralnego.
- W każdej coś się znajdzie, Maks. Musisz tylko postarać się o odrobinę optymizmu.
***
Jowita Tęcza, matka Maksa, nie żyła od trzech lat. Nawet za życia była dla niego jak umarła. Wtedy może nawet bardziej, bo teraz przynajmniej mógł od czasu do czasu odwiedzić jej grób. Wiedział, gdzie jej szukać, a gdy w okolicach Wszystkich Świętych zapalał dla niej znicz, nie czuł palącego skrępowania, że nie umie z nią rozmawiać ani jej wybaczyć. O zmarłych nie należało mówić źle, więc stając nad jej skromną nagrobną płytą, starał się przynajmniej przez chwilę pomyśleć o niej dobrze.
Urodziła go w młodym wieku, jednak nie na tyle, żeby wiek usprawiedliwiał to wszystko, co stało się później. Część swojej historii z pierwszych lat życia Maks znał z opowiadań pani Ireny, opiekunki z domu dziecka, która zawsze miała dla niego najwięcej serca i próbowała dać mu namiastkę miłości i domowego ciepła. Kolejne części dopowiadała matka podczas nielicznych wizyt Maksa w jej domu, kiedy był ciągle zbyt mały, by wszystko zrozumieć, a przede wszystkim podczas ich ostatnich trzech rozmów, na które nalegała, wiedząc, że jej czas dramatycznie się kurczył.
Jowita zaszła w ciążę, mając dwadzieścia lat - dokładnie tyle, ile Maks teraz. Zdążyła zaliczyć pierwszy semestr studiów, które miały być dla niej przepustką do lepszego życia. Pragnęła ułożyć sobie codzienność inną niż ta, której zaznała we własnym domu. Odkąd pamiętała, przewijali się przez nią kolejni "wujkowie". Każdy z nich stanowił dla jej matki szansę na wielką miłość. Jowita była zmęczona tym, w jakim tempie zmieniali się mężczyźni w życiu ich obu. Jedni przyjaciele matki ją lubili, inni ledwo tolerowali, ale wszyscy mieli większą zdolność przyciągania uwagi matki niż ona - drobna, piegowata dziewczynka, która urodę odziedziczyła po ojcu, a przynajmniej tak przypuszczała, bo w rzeczywistości bardzo słabo go pamiętała.
Kiedy zaczęła dorastać, obecność obcych dorosłych mężczyzn, których napotykała o poranku w drodze z własnego łóżka do łazienki, albo na których natykała się wieczorem w korytarzu, przemykając w założonym po kąpieli szlafroku, bardzo ją krępowała. W dodatku, jeśli tylko do któregoś z nich zdążyła się przyzwyczaić, albo co gorsza przywiązać - jego związek z matką rozpadał się z mniejszym lub większym hukiem i znów zostawały same. Jednak nie na długo. Matka musiała szybko wypełnić kimś nowym lukę, jaka powstawała na połowie dużego, przez lata mocno eksploatowanego łóżka. Jeszcze bardziej paląca była potrzeba wypełnienia luki w sercu, która po każdym zakończonym związku zdawała się pogłębiać tak bardzo, że w ich niewielkim domu coraz mocniej zionęło pustką.
Kilka miesięcy przed maturą Jowity jej matka zakochała się ponownie. Tym razem, jak twierdziła, na poważnie. Nowy wybranek, Arkadiusz, był od niej o blisko dziesięć lat młodszy, ale matka utrzymywała, że jest bardzo doświadczony życiem i dojrzały, przez co różnica wieku była nieodczuwalna i zupełnie im nie przeszkadzała. Szybko okazało się jednak, że Arkadiusz bardziej interesuje się Jowitą niż jej matką. W obecności rodzicielki traktował ją jak smarkulę albo powietrze, ale kiedy zdarzyło im się zostawać sam na sam, jawnie i bezczelnie ją podrywał.
Któregoś razu z taką żarliwością przyparł ją do ściany w kuchni, wsuwając łapczywe dłonie pod jej bluzkę i przyciskając usta do jej warg, że przez chwilę dziewczyna stała jak sparaliżowana. Na szczęście zdołała wyślizgnąć się spod jego ciężaru, a tuż potem matka weszła do pomieszczenia. Jowita wiedziała, że jest bezpieczna, ale dotyk ust Arkadiusza i posmak wypalonego przez niego chwilę wcześniej papierosa jeszcze przez długi czas ją prześladowały i nigdy w całym swoim dorosłym życiu nie sięgnęła po papierosy. Kiedy później opowiedziała o wszystkim matce, ta nie chciała jej uwierzyć. Zamiast okazać zrozumienie, zrugała ją, że próbuje zniszczyć jej perspektywiczny związek, ale na wszelki wypadek postanowiła przez jakiś czas umawiać się z Arkadiuszem poza domem. Przynajmniej tyle było dobrego, a krótko potem Jowita zdała maturę. Dostała się na wybrany przez siebie, na szczęście niezbyt oblegany kierunek studiów i z małej wioski pod Łukowem przeprowadziła się do położonego blisko dziewięćdziesiąt kilometrów dalej Lublina. Zamieszkała w akademiku i po raz pierwszy w życiu miała wrażenie, że jest panią swojego losu. Oddychała pełną piersią, a jej codzienności nie wyznaczała w końcu desperacka pogoń matki za nieuchwytnym marzeniem o prawdziwej miłości.
Jowita jeździła do domu nie częściej niż raz w miesiącu, a i wtedy zamiast cieszyć się z odwiedzin, zawsze modliła się w duchu, żeby nie znalazła w łazience szczoteczki do zębów i przyborów do golenia Arkadiusza, bo to oznaczałoby, że wprowadził się na stałe. To jednak nigdy się nie wydarzyło. Kolejna wielka miłość matki pękła jak bańka, w dodatku tuż przed Bożym Narodzeniem. Kiedy Jowita przyjechała do domu na święta, od razu zauważyła, że matka jest zła jak osa. W końcu z markotną miną wyznała jej, że i ten związek nie przetrwał. Dziewczyna odetchnęła. Wszystko naprawdę zaczęło się układać. Pierwszy raz w jej życiu mogło być naprawdę dobrze.
- Los daje nam szanse - powiedziała Maksowi podczas ich przedostatniej rozmowy, która miała wypełnić brakujące elementy układanki, jaką składał od lat z często nieklejących się ze sobą opowieści. - Niektóre z nich można bezkarnie zmarnować, nie ponosząc konsekwencji. Inne dostajesz tylko raz. Nie masz możliwości powtórki. Po prostu jest game over... Ty oznaczałeś dla mnie game over, synu. A przynajmniej tak to wtedy widziałam.
Na początku drugiego semestru nauki Jowita wpadła w nieodpowiednie towarzystwo. Nie chciała wyjaśniać Maksowi, co dokładnie kryło się w tym enigmatycznym określeniu. W każdym razie studia i nowy start w życiu zeszły na drugi plan. Stały się tą najbardziej uwierającą częścią rzeczywistości, z czasem praktycznie niepotrzebną, niewartą uwagi. Jowita zaczęła coraz więcej imprezować, pojawiły się używki, coraz bardziej wyrafinowane sposoby zabawy, chęć smakowania życia w taki sposób, który dostarczał mocnych wrażeń.
Trochę przez przypadek trafiła do środowiska artystów, gdzie poznała starszego żonatego mężczyznę z wyrobioną pozycją, i łatką człowieka sukcesu... I trójką dzieci na wychowaniu, w wieku od czterech do czternastu lat. Jowita dowiedziała się o ich istnieniu już wtedy, gdy mężczyzna gorliwie wyznawał jej uczucie. Twierdził, że się zakochał. Przez moment nawet chciał odejść dla niej od rodziny, ale się nie zgodziła. Sama wychowała się bez ojca, który zostawił matkę dla innej. Aż za dobrze wiedziała, jak to smakuje i jakie mogą być konsekwencje. Odezwało się poczucie przyzwoitości, które wciąż głęboko w niej tkwiło, tyle że przez długi czas ukryte pod grubą warstwą przebojowości, chęci czerpania z życia garściami bez oglądania się na innych i tego wszystkiego, na co wcześniej nie mogła sobie pozwolić. W głowie Jowity zaświeciła się czerwona lampka.Dziewczyna uświadomiła sobie, że przesadziła. Postanowiła zniknąć na chwilę z życia towarzyskiego i przede wszystkim odciąć się od żonatego kochanka.
Krótko po tym, jak zerwała z nim kontakt, okazało się, że jest w ciąży.
O swoim ojcu Maks wiedział tylko tyle, że był uznanym artystą. Jowita nie chciała zdradzić na ten temat nic więcej nawet na łożu śmierci, kiedy opowiedziała mu całą historię o swoim patologicznym domu, złym towarzystwie i poczuciu przyzwoitości, które pojawiło się spóźnione i wystarczyło go zaledwie na to, by nie rozbić cudzej rodziny. Na dobrą sprawę chłopak nie wiedział, ile w tej opowieści było prawdy i czy matka nie snuła jej wyłącznie po to, żeby przed śmiercią odrobinę się wybielić. Być może potrzebowała rozgrzeszenia, ale mimo tej smutnej historii nie był w stanie jej go udzielić.
Najgorsza w tym wszystkim była jednak świadomość tego, że przez cały ten czas gdzieś tam żyła trójka jego rodzeństwa - dzieci biologicznego ojca, z których najmłodsze było od niego zaledwie o pięć lat starsze. Być może mieszkali w innych miastach, a może mijali się na ulicach Lublina, nie wiedząc o swoim istnieniu. Po tym, jak Jowita zmarła po krótkiej, ale wyczerpującej walce z chorobą, pozostawiając Maksa z wieloma znakami zapytania, nie mieli się już raczej o sobie dowiedzieć.