Drugi oddech - Philippe Pozzo di Borgo

Reflow text when sidebars are open.
Czy to właśnie dzisiaj jest ten smutny dzień nostalgicznego powrotu do przeszłości i żalu nad przyszłością pozbawioną nadziei? Nie potrafię ani docenić tego, co było, ani spojrzeć w przód. Wszystko jest chwilą obecną.
Za moment połamania moich kości i rytmu moich oddechów można uznać dzień wypadku. Dwudziestego trzeciego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku zostałem sparaliżowany.
Trzeciego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego, w dniu świętego Filipa, umarła Béatrice.
Nie mam już przeszłości, nie mam przyszłości, jestem bólem całkowicie teraźniejszym. Béatrice nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, jest teraźniejszym smutkiem. A jednak istnieje przyszłość naszych dwojga dzieci, Laetitii i Roberta-Jeana.
Do wypadku byłem człowiekiem należącym do tego świata, starającym się zostawić po sobie ślad w biegu jego spraw, próbującym tworzyć.
Od czasu wypadku oblegają mnie myśli. Od śmierci Béatrice dręczy cierpienie.
Z tych gruzów powróciły do mojej pamięci mętne i mroczne wspomnienia. W moich nocach wypełnionych kawą ból kalectwa i żałoby zamącił wszystkie obrazy.
W głębi siebie odnalazłem odbicie tych, którzy odeszli. Okresy milczenia sprawiły, że na powierzchnię wydostały się zapomniane chwile szczęścia. Moje życie toczy się samoistnie, jako ciąg następujących po sobie obrazów.
W pierwszych miesiącach tracheotomia sprawiła, że przestałem mówić. Jeden z przyjaciół zainstalował mi monitor komputera i podłączył go do przycisku umieszczonego pod moją głową. Alfabet defilował po ekranie; gdy zatrzymywałem kursor, pojawiała się litera. Stopniowo litery układały się w słowo, zdanie, akapit. Dobieranie słów i ten wyczerpujący wysiłek były przeżyciem cudownym; nie miałem prawa do błędu. Ciężar każdej litery głębiej zakotwiczał zdanie; delektowałem się jego precyzją.
Miałem towarzysza broni, dla którego piórem były mrugnięcia powiekami. Zmarł5.
Słowa zamierają mi w gardle, gdy myślę o tych wszystkich, którzy odeszli bez słowa, nie dając świadectwa, bez nadziei, w samotności.
Nocami w łóżku prawie nie śpię. Jestem sparaliżowany. Po jakimś czasie położono mi na brzuchu magnetofon. Zatrzymuje się, kiedy nic nie słyszy - lub kiedy mu na to przyjdzie ochota - i ponownie rusza po moim pierwszym słowie. Nigdy nie wiem, czy mój głos został zarejestrowany. Często nic z tego nie wychodzi.
Ciężko mi pisać bez czystej kartki, bez ołówka, gdy nie siedzę przy stole z głową opartą na lewej ręce, nie mogę puścić wodzy fantazji na pokreślonej, pogniecionej kartce papieru. Tylko ten niemal niesłyszalny głos zapisujący się na taśmie magnetofonowej, bezpowrotnie, bez możliwości dokonywania skreśleń. Mgnienia niepewnej pamięci.
Straciłem poczucie czasu, jest ciemno i wszystko mnie boli. Głowa chowa się w ramionach. Prawy bark wbija się we mnie jak sztylet. Muszę przerwać. Kot Fa Bemol kręci się po moim ciele, które wibruje i wygina się w łuk, jakby zanosiło błagania do niebios. Zapadam się, drżąc od skurczów. Kot drwi sobie z ciała, na którym spędza całą noc; moje drgawki dają mu poczucie życia.
Od barków po czubki palców rąk i nóg czuję nieustanny ogień, który często staje się jeszcze bardziej nieznośny. Po nasileniu palącego bólu w moim ciele mogę przewidzieć, czy następnego dnia będzie ładna pogoda, czy przeciwnie, spadnie deszcz. Odczuwam intensywne kłucie w dłoniach, pośladkach, wzdłuż ud, wokół kolan, u dołu łydek.
Lekarze dręczą mnie w nadziei, że przyniosą ulgę. Lecz bóle trwają. Nazywają je "bólami fantomowymi". Ładne mi fantomy! Płaczę; nie ze smutku, ale z bólu. Czekam, aż łzy mnie ukoją. Czekam, aż przyjdzie otępienie.
Wieczorami, przy świetle świec, kochaliśmy się wśród szeptów. Później zasypiała wtulona w moją szyję. Nadal do niej mówię, choć nawet echo mi nie odpowiada.
Czasami, chory z samotności, proszę o pomoc Flavię, studentkę szkoły filmowej. Ma szeroki uśmiech, piękne usta, lewą brew uniesioną w znak zapytania.
Siedząc pod światło w długiej, niebieskiej, cieniuteńkiej sukience, nawet nie wie, że jest prawie naga, że kształty jej dwudziestosiedmioletniego ciała mogą jeszcze poruszyć ducha. Dyktuję jej wszystko, co mi przyjdzie do głowy, bez skrępowania: jest przezroczysta.
Kot ponownie układa się na moim brzuchu. Przy każdym jego poruszeniu moje ciało sztywnieje, jakby buntując się przeciw obecności tego zwierzęcia, przeciw nieobecności Béatrice, przeciw nieustannemu cierpieniu.
Muszę jednak przywołać dobre momenty, muszę zapomnieć o bólu.
Chciałbym zacząć od chwil ostatnich, od przewidywalnego i niekiedy upragnionego końca, który pozwoli mi połączyć się z Béatrice. Porzucam tych, których kocham, aby odnaleźć tę, którą tak bardzo kochałem. Nawet jeśli jej raj nie istnieje, wiem, że ona w nim jest, gdyż w niego wierzyła, a ja tego chcę. Leżymy obok siebie, uwolnieni od cierpień, ciasno objęci w wyciszonym uniesieniu, z oczami na wieczność zamkniętymi; jasne włosy Béatrice falują, szeleszcząc jak jedwabiste skrzydła.
Béatrice, któraś jest w niebie, ocal mnie.
Byłem kimś. Teraz jestem człowiekiem sparaliżowanym; zmysły częściowo mnie opuściły. A przecież potwornym bólom towarzyszą słodkie wspomnienia dawnych doznań.
Rozpamiętywanie spostrzeżeń zatomizowanego ciała, centymetr po centymetrze, wspomnienie po wspomnieniu - już to pomaga przeżyć.
Gdy teraz w bezruchu odtwarzam chronologię w chaosie zmarłych wrażeń, odzyskuję panowanie nad przeszłością, ponownie spajam dotychczas rozłączne światy.
Całe ciało gorzeje dziwną czerwienią. Samo jego wspomnienie pogrąża mnie w otępieniu. Nie ma już umysłu; nawiedzają mnie tylko odległe wrażenia. W olśniewającym słońcu Casablanki mam siedem, może osiem lat. Moi bracia i ja chodzimy do katolickiej szkoły Charles-de-Foucauld. Na przerwach niektóre dzieci grają w piłkę na środku dziedzińca, wzbijając kłęby kurzu, które kleją się do ich nóg i ramion, mlecznym odcieniem zabarwiając granatowe spodenki i koszule. Inne ustawiają się wzdłuż ścian w grupkach "kupców" lub "graczy"6. Ja jestem kupcem; Alain, mój brat bliźniak, który doskonale trafia do celu, jest graczem. Zadaniem gracza jest rzucić pestką moreli w pestkę leżącą między nogami kupca. Zajmuję miejsce pod murem, na wprost porannego słońca. Uwielbiam smażyć się na słońcu. Czekam na strzał, zmrużonymi oczami wpatrując się w pestkę. Liczę do trzech. Dreszcz przyjemności. Otumaniony ciepłem i kurzem dziedzińca, zamykam oczy. Kiedy się budzę, moich kolegów już nie ma; na dziedzińcu bawią się inni uczniowie. Zrywam się w panice, zawijając pestki w chusteczkę. Biegnę coraz szybciej, całe moje ciało płonie. Po raz pierwszy w życiu czuję dziwne ciepło między nogami. Czy to od tarcia, czy z obawy przed surową nauczycielką? W każdym razie coś się dzieje tam na dole. Pukam do drzwi, nauczycielka zaczyna krzyczeć, a ja stoję ogłupiały w wejściu.
Jeszcze dzisiaj, leżąc sam w łóżku, okrywam się rumieńcem na wspomnienie tych pierwszych emocji.
Jakiś czas później jesteśmy w Holandii. Mój ojciec pracuje dla brytyjsko-holenderskiego koncernu naftowego. Ja, moi bracia, nasza mała siostrzyczka Valérie i guwernantka Christina mieszkamy na pierwszym piętrze. Christina o rudych włosach, zielonych oczach i z piegami, które odkrywam na jej odsłoniętym ciele, jest bardzo piękna. To epoka minispódniczek. Stojąc na podeście piętra, Christina prasuje bieliznę. Długo się jej przyglądam; znowu mam to dziwne uczucie poniżej pasa, czerwienię się i nie mam śmiałości opuścić wzroku na ohydne angielskie szorty z szarej flaneli. Czy Christina zmrużyła oczy? Jestem zagubiony. Perfidna dziewczyna robi rzecz niezwykłą: obchodzi deskę do prasowania, staje przy mnie, obraca się plecami i nisko pochyla. Czy naprawdę chce coś podnieść z podłogi? Gdybym tylko wiedział, gdybym potrafił, na miejscu bym ją posiadł. Ale stoję z przyśpieszonym oddechem i zwisającymi ramionami, a pewna część mojego ciała wcale nie chce zwisać! Widok tej wypiętej pupy trwa całą wieczność.
Wiele lat później oglądałem jej zdjęcia. Nie wydała mi się już tak piękna, z krzywymi zębami, sflaczałym ciałem i kościstymi kolanami. Wszystko zależy od perspektywy.
W nocy głęboko oddycham, żeby pozbyć się przenikliwego bólu. Powracają piękne i proste obrazy. Cierpienie pozostaje.
Mam piętnaście lat. Chcę zrobić wrażenie na kolegach. Wchodzę do zatłoczonej apteki. Kiedy nadchodzi moja kolej, mówię: "Poproszę (zniżam głos do szeptu) prezerwatywy". Farmaceutka prosi o powtórzenie. Skrępowany i czerwony jak burak spełniam jej prośbę. "Małe, średnie czy duże?" - pyta filuternie. Uciekam.
Chodziło jej oczywiście o wielkość opakowania.
W gardle narasta mi śmiech; w odpowiedzi czuję skurcz; magnetofon zsuwa mi się z klatki piersiowej. Nastaje pełna zniechęcenia cisza. Muszę się pozbierać, poskładać.
Wołam Abdela, mojego asystenta. Ustawia magnetofon na miejscu. Mój głuchy głos, nowy i obcy, kontynuuje nagrywanie. Nawet moja tożsamość rozpada się w tym niepewnym głosie. Mięśnie klatki piersiowej przestały działać. Brak mi intonacji, interpunkcji. Na taśmie zapisują się tylko te słowa, przy których udaje mi się nabrać wystarczająco dużo oddechu.
Mam siedemnaście lat. Jesteśmy w górach na nartach. Alain, mój brat bliźniak, ma już panienkę. Towarzystwo jest mieszane, nigdy wcześniej tak się nie czerwieniłem w obecności dziewczyn. Po kolacji rozkładamy się przy kominku z kieliszkiem wina, gramy na gitarze i śpiewamy. Koło mnie przysiada dziewczyna, przytula się i opiera mi głowę na ramieniu. To przyjaciółka panienki brata; jest od nas starsza, urodziła się w Wietnamie, w rodzinie francuskich osadników. Ma skośne oczy i matową skórę. Śmieje się i coraz mocniej do mnie tuli. Czuję jej pieprzny zapach. Próbuję zniknąć w płomieniach kominka, ale nie daję rady. Ogarnia mnie gorąca fala pożądania. Pragnę jej. Kiedy wychodząc, wciąga mnie do jedynego oddzielnego pokoju, gdzie pod ścianą stoi nieduże łóżko, idę za nią bez zastanowienia. O tej chwili marzyłem od wielu lat. Rozbiera się nieporadnie i kładzie na mnie. Muszę być bardzo niezgrabny, bo ona się uśmiecha, a po chwili wybucha śmiechem i mówi: "Nie zdjąłeś kalesonów!". Pomaga mi. Spotykamy się przez kilka miesięcy.
Mimo paraliżu moje nieobecne zmysły potrafią jeszcze wycinać mi numery.
Po raz pierwszy wychodzę z ośrodka rehabilitacji w Kerpape na wybrzeżu bretońskim. Béatrice popycha mój wózek inwalidzki aż do kafejki przy plaży. Siada naprzeciw mnie. Za nią na falach podskakują żagle desek windsurfingowych. Niebo jest szare. Zimny pot zalewa mi kark, ale nie chcę oddalić się od ciepła twarzy Béatrice tuż obok mojej. W jaki sposób potrafi nadal patrzeć jak zakochana dziewczyna na cień mężczyzny, którego kiedyś kochała?
Kaszlę, charczę. Zaniepokojona, odwozi mnie do ośrodka. Pielęgniarka diagnozuje infekcję płucną. Po raz drugi ląduję na oddziale reanimacji szpitala w Loriencie, z gardłem przeciętym tracheotomią. Z baterii butli najrozmaitsze trucizny wlewają mi się do żył lewego ramienia, które nie wytrzymują ciśnienia. Lekarz zawija mi ramię aż po łokieć watą nasączoną alkoholem. Czuję się od niego pijany. Leżę w sali bez okien. Chyba zapadła noc. W sali nie ma żadnej pielęgniarki. Błyskają czerwone, zielone i białe światełka aparatury. Zanikam. W pewnej chwili pojawia się niezwykle przyjemne doznanie. Od prawie roku nie czułem słodkiego pragnienia niekończącego się uścisku ramion Béatrice. Zalewają mnie obrazy naszych splecionych ciał. Nagle oślepia mnie światło neonówki: Béatrice pochyla się nade mną. W parę chwil zrozumiała ogarniające mnie emocje, rozpoznała je w mruganiu moich oczu; proszę, aby powiadomiła lekarza. Śmiejąc się, wybiega na korytarz. Wraca ze zdenerwowanym lekarzem, który bada przedmiot naszego szalonego śmiechu. Nic z tego. To emocje fantomowe. Śpij, mój aniele.
Mam osiem lat, kiedy wraz z braćmi zostaję wezwany do paryskiego salonu Granny. Jest znakomitą skrzypaczką, ale po ślubie nie może dalej rozwijać talentu, gdyż szlachetnie urodzony Joe nie gustuje w "hałasie". Ma skrzypce i fortepian Steinwaya, który króluje w sali balowej. Wszyscy trzej stajemy przed jej obliczem: Reynier, Alain i ja. Olbrzymi czarny fortepian budzi mój podziw i natychmiast chcę go posiąść. Alain zachwyca się malutkimi skrzypcami i ich złożoną konstrukcją. Natomiast Reynier, nie widząc innych instrumentów, traci zainteresowanie muzyką. Pozwalało mu to przy lada okazji bezlitośnie szydzić z Alaina i ze mnie, kiedy próbowaliśmy grać w duecie. Zdaję sobie sprawę, że nasze koncerty bywały uciążliwe. Pamiętam palące upokorzenie podczas koncertu dla kolegów z internatu mojego brata bliźniaka. Graliśmy sonatinę Beethovena. Alain zaczął grać na jednym końcu estrady, a skończył na drugim przy akompaniamencie gwizdów słuchaczy. Od tego czasu nigdy więcej nie zagrałem publicznie. Dzisiaj nie gram już wcale.
Granny często organizuje koncerty w sali balowej; w tych muzycznych chwilach najwyższej próby siedzę zawsze w pierwszym rzędzie. Później, w naszym pałacu Punta, dominującym nad Ajaccio, Granny organizuje festiwal muzyki. Béatrice odpowiada za reklamę, ja za rozklejanie plakatów na całej Korsyce.
W pałacu tym mieści się obecnie muzeum poświęcone życiu Carla-Andrei Pozzo di Borgo. Pamiętam przewodnika, który odwiedzających oprowadzał po wspaniałych salonach, bibliotece i pokojach. W bibliotece wisiały naprzeciw siebie dwa olbrzymie obrazy: jeden, pędzla Gérarda, przedstawiał Carla-Andreę Pozzo di Borgo w triumfalnej pozie; drugi, pędzla Davida - Napoleona tuż przed zesłaniem na Elbę, z twarzą, na której malowało się rozczarowanie i gorycz. Na koniec wizyty przewodnik nieodmiennie oświadczał ze straszliwym korsykańskim akcentem: "Toalety również są z epoki. Pamiętajcie państwo o przewodniku!".
Żaden Pozzo nigdy nie mieszkał w tym pałacu, zbudowanym przez jednego z moich przodków tylko po to, żeby ściągnąć żonę na Korsykę. W tym celu wykupił kamienie z pawilonu Marii Medycejskiej, który do czasu wielkiego pożaru za Komuny Paryskiej w tysiąc osiemset siedemdziesiątym pierwszym roku stał w ogrodach Tuileries.
Po krótkim pobycie w Ajaccio i jednej nocy spędzonej w pałacu małżonka kategorycznie odmówiła powrotu na wyspę.
Dziadek Joe woli odrestaurować starą genueńską wieżę, stojącą jakieś dwieście metrów wyżej od pałacu, w samym sercu miasteczka Pozzo di Borgo. Z przyjemnością w towarzystwie Granny chadza na spacery do wieży, skąd spogląda na mijający i przesuwający się przed jego oczami czas. Z wieży daje się dostrzec kapliczkę na zboczu góry. Tam są pogrzebani wszyscy członkowie naszej rodziny; również tam została pochowana Granny, księżna Pozzo di Borgo, wierna małżonka dziadka Joe. Ja i Béatrice też tam spoczniemy.
Ojciec bardzo wcześnie wyrabia sobie zdanie na temat każdego ze swoich dzieci. Mimo wrodzonej dobroci wyraża je z pełną brutalnością. Jego sądy ograniczają się do kilku słów: "Reynier nie jest zdolny do nauki". Mój starszy brat ląduje zatem w szkole z internatem w Roches. To jedyna szkoła we Francji zorganizowana na modłę anglosaską: starsi chłopcy uczą młodszych kolegów, jak o siebie zadbać, główne miejsce zajmuje sport i działalność nieintelektualna. Reynier jest średnim uczniem, nie pasjonuje się sportem, ale bardzo kocha rysunek, co odziedziczył po matce. Alain zjawia się w Roches śladem Reyniera, "żeby osiągnąć, co mu się uda". Ojciec długo zastanawiał się nad zdolnościami intelektualnymi mojego brata bliźniaka, który całe dzieciństwo spędził w niemal całkowitym milczeniu. Co do mnie, posyła mnie do tych samych szkół, do których chodził on sam i jego ojciec, bo jestem "najmniej durny z całej trójki". Mam osiem lat, kiedy mnie wiezie do Paryża, gdzie zdaję egzamin wstępny do liceum Montaigne. W dniu ogłoszenia wyników ojciec trzyma mnie za rękę, szukając na liście naszego nazwiska. Zasłużyłem na jedno słowo, "nieźle"; przyjęli mnie. Opuszczam więc dom rodzinny. Z bliskimi miałem się widywać tylko podczas wakacji szkolnych.
Eliane de Compi?gne, siostra mojego ojca, jej mąż Philippe i ich troje dzieci mieszkają w rodzinnym pałacyku w Paryżu. Ciotka zaprasza mnie na wszystkie weekendy i czwartkowe popołudnia. Wsiadam wówczas w autobus przy Ogrodzie Luksemburskim. Zawsze zajmuję miejsce na tylnej platformie. Najlepsza przerwa między lekcjami: ulice przesuwające się w upale i smrodzie spalin, konduktor nonszalancko oparty o barierkę, z zsuniętą do tyłu czapką z daszkiem, z ręką na przycisku dzwonka. Państwo Compi?gne stają się moją drugą rodziną. Dostaję miejsce w pralni na poddaszu. I składane łóżko, chowane do szafy. Odkrywam inną Francję.
Philippe de Compi?gne mógłby należeć do otoczenia Du Guesclina11; początki jego rodziny sięgają tamtych czasów. Jest wojownikiem i znakomitym myśliwym. Od ślubu jego życie upływa między Paryżem, gdzie kieruje fabryczką luksusowych wyrobów tekturowych, a skromną posiadłością w La Chaise, rozpadającej się wioseczce przycupniętej u stóp zrujnowanego zamku. Wyszykował tam kilka pokoi, w sumie przypominających nory. Zamek stoi w środku dwóch tysięcy hektarów lasu, w którym wuj spędza większość życia na samotnych polowaniach.
Umiera wśród swoich zwierząt, uporczywie odmawiając jakiejkolwiek dbałości o własne ciało.
Uczy mnie strzelać i zaszczepia zamiłowanie do długiego, samotnego czatowania między drzewami. Od niego uczę się też łowienia ryb na muchę, kolejnego zajęcia dla samotników, wymagającego ostrego wzroku i elegancji gestu. Wuj Philippe nie jest zbyt gadatliwy. Czasem do wyrażenia swego zdania używa pięści. Gajowego w Normandii położył na ziemię jednym ciosem w szczękę. Odniósł wrażenie, że ten dzielny człowiek nie okazał dość szacunku jego teściowej, księżnie. Jakiś pretensjonalny fircyk też spotkał się z siłą jego charakteru i lewego sierpowego. Arystokratyczna brutalność wuja z trudem znosi głupotę szlachetnie urodzonych.
Poza polowaniami zadaje się z zaledwie kilkunastoma osobami, zawsze tymi samymi. Spotykają się przynajmniej raz w tygodniu w pałacu Pozzo, żeby "połupać w karcięta". Żyją w przykładnym braterstwie. Jeśli któremukolwiek z nich zdarzy się flirt lub romans pozamałżeński, cała historia przebiega w atmosferze niezwykle miłej i pełnej zrozumienia. Szaleńcze partyjki remika gin, rozgrywane przez grupy siedzące po obu stronach długiego wąskiego stołu, złożone z pięciu lub sześciu graczy, zaczynają się koło piątej po południu i ciągną do późna w nocy. O ósmej następuje przerwa. Kolacja toczy się wokół ciotki Eliane, opowiadającej najbardziej pieprzne historyjki w taki sposób, jakby ich nie rozumiała. Nigdy tyle się nie śmiałem, co w tej rodzinie, z tymi ludźmi! Im jestem starszy, tym więcej radości daje mi ta nieustanna zabawa. Ciotka Eliane wcześnie uczy mnie zasad remika i włącza do grona graczy. Stałem się dobrym partnerem i do dzisiaj zachowałem zamiłowanie do gry. W rodzinie Compi?gne odkryłem smak życia pozbawionego trosk, opartego na silnych przyjaźniach i elegancji ducha, w atmosferze zarazem surowej i subtelnej.
Najstarszy syn, François, o dwa lata ode mnie młodszy, jest moim towarzyszem zabaw przez wszystkie lata dorastania. Potężnie zbudowany i brutalny, jak wszyscy członkowie rodziny Compi?gne, wykazuje się wręcz niesłychaną niezgrabnością. Do dzisiaj zgromadził chyba setkę szwów na wszystkich częściach ciała! Pamiętam naszą rowerową eskapadę przez lasy w Dangu. Jadę jako pierwszy, śmigam w dół po zboczach między drzewami, co i rusz zawracając, by pozbierać ze ścieżki poturbowanego François! Do dzisiaj pozostał tak samo łamliwą siłą przyrody.
Któregoś dnia wypadłem z trasy. Nauczyłem się samotności. Później zacząłem jej poszukiwać. Zawsze chciałem iść jeszcze szybciej, jeszcze dalej, jeszcze wyżej. Czułem się nieśmiertelny! Nawet lawina, która zagarnia mnie w Les Arcs, nie pozostawia po sobie żadnych śladów; po wielu wywrotkach bez lęku ruszam w dalszą drogę. A przecież już raz się poślizgnąłem. Nie odnajduję jednak w pamięci tego momentu, w którym mnie dopadł mój ziemski los.
Na dwunaste urodziny François dostaje od wuja Philippe'a pomarańczowego citroena 2CV kupionego na aukcji publicznej, wcześniej należącego do Poczty. Przez wiele lat dzielna cytrynka wiernie nam służy w naszych eskapadach. Mając czternaście lat, trenuję poślizgi na krętych, błotnistych drogach naszego lasu. Jakiś czas temu odnalazłem zdjęcia, na których widać dwóch nastolatków pozujących przy naszym "czołgu", z triumfalnym wyrazem twarzy, rękoma w kieszeniach i papierosem przyklejonym do ust. Świat do nas należy. Jesteśmy dziećmi szczęścia.
Rano następuje rytuał ręcznego czyszczenia odbytu7. Potem prysznic.
Ciemność. Prawie nie istnieję. Nie ma ani ciała, ani dźwięków, ani zmysłów, niczego, poza być może odczuciem ciepłego powietrza wpływającego do nozdrzy. Nagle wszystko się zmienia. Znowu to samo. Głowa mi opada. Słyszę szum prysznica, czuję wodę spływającą po twarzy. Otwieram oczy. Powoli pojawia się obraz Marcelle, wielkiej czarnoskórej kobiety z Martyniki o łagodnym głosie, która siedzi, założywszy sobie moje nogi na barki. Uśmiecha się. "No jak tam, panie Pozzo, odzyskujemy przytomność, tym razem nie musiałam bić pana po twarzy!". Moje prawe ramię straciło oparcie, osuwam się na bok siedziska pod prysznicem. W siedzisku jest dziura.
Jestem prawie nagi. Tylko worek z moczem wisi na końcu długiej rurki przyczepionej do mojego penisa za pomocą czegoś w rodzaju kondoma. Jest to dość uciążliwe i na pewno nie ma nic wspólnego z seksem.
Nie mogę siedzieć. Aby utrzymać mnie przy życiu, owijają mi ciasno brzuch szerokim pasem i zakładają pończochy uciskowe, które okrywają moje nogi od czubków palców po pośladki; chodzi o to, żeby choć trochę krwi docierało do mózgu. Kiedy popadam w omdlenie, staję się aniołem ciemności; anioły niczego nie czują. Kiedy powracam do światła, z zadartymi do góry nogami, czasem po paru klapsach, czasem bez, ogarnia mnie straszliwe cierpienie; wybuch piekła jest tak silny, że płaczę.
Po włosku moje nazwisko brzmi Poc-co. Rzeczywiście, sam sobie zadaję pytanie: po co to wszystko?
Marcelle, która zajmuje się moją codzienną higieną, woła Abdela, żeby mnie położył do łóżka. Abdel zdejmuje mi stopy z podnóżków, pochyla się, dotykając głową mojej klatki piersiowej, opiera moje kolana o swoje i potężnymi ramionami obejmuje dół moich pleców. Hop! Odchyla się do tyłu i oto stoję naprzeciw jeszcze zamkniętych okiennic, patrząc na własne odbicie w szybie. Kiedyś byłem przystojny; wiele z tego nie zostało. Krew zaczyna mi krążyć w palcach stóp; znowu staję się aniołem. Abdel kładzie mnie na materacu przeciwodleżynowym. Marcelle zabiera się do tego, co z uśmiechem nazywa "drobną toaletą". Zdejmuje prezerwatywę, żeby umyć zwierzątko. Béatrice nazywała je czule "kusiaczkiem". Słyszę śmiech Marcelle. Kusiaczek stanął dęba. Nie może z powrotem założyć prezerwatywy.
W ośrodku rehabilitacji w Kerpape tetraplegicy uchodzą za arystokrację: stoimy wysoko w hierarchii, blisko Boga. Na pozostałych spoglądamy z pobłażliwością. Jesteśmy tetra. Ale sami o sobie mówimy "kijanki": bez rąk, bez nóg, tylko ogonek czasami nam zadrga.
Olivier Nakache i Eric Toledano, twórcy filmu Nietykalni (Intouchables)1, skontaktowali się ze mną w styczniu dwa tysiące dziesiątego roku. Kilka lat wcześniej mieli okazję zobaczyć godzinny dokument nakręcony przez Jeana-Pierre'a Devillersa dla Mireille Dumas. Film A la vie, a la mort (2002) opisywał nieprawdopodobne spotkanie bogatego, uprzywilejowanego tetraplegika2, czyli mnie, z Abdelem, młodym Algierczykiem z paryskich przedmieść. Wbrew wszelkim oczekiwaniom ci dwaj przez wiele lat mieli nawzajem sobie pomagać. Ta właśnie historia zainteresowała naszych dwóch filmowców.
Wraz z żoną Khadiją przyjęliśmy ich w naszej rezydencji w Essaouira. Towarzyszyli im aktorzy wybrani do zagrania głównych ról: Omar Sy i François Cluzet.
Spotykaliśmy się wielokrotnie, a ja z zachwytem śledziłem pracę nad scenariuszem.
Pierwsze wydanie Second souffle, czyli Drugiego oddechu (2001), którego nakład jest dzisiaj wyczerpany, odniosło pewien sukces. Frédéric Boyer, dyrektor redakcji w wydawnictwie Bayard, zaproponował mi, aby z okazji wejścia na ekrany filmu Nietykalni, opublikować książkę ponownie oraz abym dopisał nową przedmowę i dalszy ciąg.
"Diabeł stróż" jest więc kontynuacją historii opisanej dekadę wcześniej (kończącej się na roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym) aż do mojego spotkania z Khadiją w dwa tysiące czwartym w Maroku. O tym właśnie okresie opowiada scenariusz Nietykalnych. Wymogi filmu pełnometrażowego oraz wyobraźnia jego twórców sprawiły, że wiele scen trzeba było uprościć, przerobić, wyciąć lub dopisać.
Abdel i ja, obaj jesteśmy nietykalni czy raczej niedotykalni - każdy z innej przyczyny. Pochodzący z Maghrebu Abdel czuł się we Francji zepchnięty na margines, podobnie jak hinduscy pariasi; nikt nie miał prawa go tknąć bez narażenia się na pobicie, a uciekał tak szybko, że - jak powiada - w jego długiej karierze chuligana gliniarzom tylko raz udało się go dopaść.
Ja zaś, za wysokimi murami paryskiej posiadłości - mojej złotej klatki, jak mówi Abdel - chroniony fortuną od wszelkich potrzeb materialnych, należę do "istot pozaziemskich" i nic nie jest w stanie mnie poruszyć. Całkowity paraliż kończyn i brak odczuć zmysłowych nie pozwalają mi niczego dotykać; ludzie boją się mnie choćby musnąć, tak bardzo mój stan ich przeraża; najlżejsze dotknięcie ramienia powoduje u mnie straszliwy ból.
A więc nietykalni.
Stoi przede mną ogromne wyzwanie: powrót do tamtej przeszłości.
Jedno jest oczywiste: ja jej nie pamiętam! Początkowo kładłem to na karb nieobecności Abdela, człowieka pomagającego mi w życiu. Po namyśle stwierdziłem, że przyczyna jest poważniejsza. Z wyjątkiem kilku epizodów, które moja pamięć z trudem sytuuje w czasie, nie mogę na nią liczyć. Wspomnienia to luksus ludzi żyjących w dostatku i dobrym zdrowiu. Pamięć biednych i chorych koncentruje się na teraźniejszości, na trosce o jedzenie lub utrzymanie się przy życiu. Magdalenka Prousta może być najwyżej kaprysem dandysa z dobrego towarzystwa.
Między tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym a dwa tysiące pierwszym, podczas redagowania książki, rozdarty między smutkiem po śmierci Béatrice a bólami neurologicznymi3, mam kłopot z posklejaniem fragmentów przeszłości. Cierpienie zabija pamięć. Ludzie zdrowi, starzejąc się, gromadzą najróżniejsze historie, czasem przyjemne, czasem przykre; ja nie mam żadnych wspomnień.
Każda autobiografia jest skazana na zapomnienia i kłamstwa, mimowolne lub umyślne; opowiadanie historii drugiego człowieka - konkretnie Abdela - może dać zaledwie "wyobrażenie o drugim człowieku", ciąg wielokropków rozdzielonych pustymi miejscami.
Jakim cudem dobrze wychowany, przestrzegający zasad arystokrata - którym powinienem być - może się wypowiadać w imieniu Abdela, buntownika, wroga wszelkich norm? Mogę tylko opisać pewne wydarzenia, spróbować je przeanalizować. Część jego prawdy mi umyka; Omar Sy, który odtwarza go w filmie, przybliża się do niej z większą łatwością.
Chciałem napisać książkę, która będzie czymś więcej niż rozrywką.
Nie chciałem rysować realistycznego portretu nieszczęścia, budzącego w ludziach jednocześnie niechęć i życzliwość, na granicy pobłażliwości. Chciałem też uniknąć żałosnych kłamstw wynikających z przesadnego optymizmu.
Dwadzieścia lat życia blisko świata wykluczonych wyostrzyło moje spojrzenie na społeczeństwo i jego zło. Chcę tu opowiedzieć o kilku środkach zaradczych, które dla mnie stały się czymś oczywistym.
Dzięki mojemu diabłu stróżowi o imieniu Abdel odnalazłem dawne poczucie humoru. Film Nietykalni toczy się lekko, w rytmie ciągłych wybuchów śmiechu. Pozostaje jednak we mnie pewna doza powagi, której nie potrafię przełamać, a którą François Cluzet potrafi pokazać swoim kunsztem aktorskim.
Reżyserzy Eric i Olivier, producent filmu Nicolas Duval Adassovsky oraz wydawca książki Frédéric Boyer wpłacili hojną sumę tytułem praw autorskich na rzecz stowarzyszenia Simon de Cyr?ne (Szymon Cyrenejczyk)4, któremu przewodniczyłem przez wiele lat. Celem tej instytucji jest tworzenie miejsc, gdzie niepełnosprawni mogą zamieszkać z przyjaciółmi. Składam im za to szczere wyrazy wdzięczności.
Pragnę również podziękować Emeline Gabaut, Manelowi Halibowi i naszej córce Sabah, którzy pomogli mi ponownie sięgnąć po pióro, bez czego ta książka nigdy by nie powstała. Na serdeczne podziękowania zasłużyli także Soube Wade, Michel Orcel, Michel-Henri Bocara, Yves i Chantal Ballu, Max i Marie-Odile Lechevalier oraz Thierry Verley za wnikliwą lekturę i uwagi.
Jako potomek książąt Pozzo di Borgo i markizów Vogüé, jestem w czepku urodzony.
Za czasów Wielkiego Terroru Carl-Andrea Pozzo di Borgo odsuwa się od swojego przyjaciela Napoleona. W bardzo młodym wieku zostaje premierem Korsyki pod protektoratem Anglików. Zmuszony do emigracji, wyjeżdża do Rosji, gdzie dzięki znajomości z "Potworem" przyczynia się do zwycięstwa monarchistów. Carl-Andrea Pozzo di Borgo zbija fortunę, drogo sprzedając swoje wpływy na dworze cara. Wszyscy książęta zmieceni przez rewolucję francuską, podobnie jak reszta Europejczyków, szczodrze mu dziękują za interwencję przy restytucji dóbr i odzyskiwaniu stanowisk. Ludwik XVIII powie nawet, że Pozzo "kosztował go więcej niż ktokolwiek inny". Zawierając sprytne przymierza, rodzina Pozzo potrafiła z pokolenia na pokolenie zachować tę fortunę, aż do naszych czasów. W górach Korsyki do dzisiaj funkcjonuje wyrażenie "bogaty jak Pozzo".
Mój dziadek, Joseph "Joe", książę Pozzo di Borgo, ożenił się z opływającą w bogactwa Amerykanką, którą wnuki nazywały Granny. Dziadek Joe z lubością opowiadał o okolicznościach swojego ślubu, który odbył się w tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim roku. Granny ma wówczas dwadzieścia lat. Wraz z matką wyrusza w podróż, aby poznać najlepsze partie w Europie. Pewnego dnia przyjeżdżają do korsykańskiego arystokraty, od którego Granny jest wyższa o głowę. W zamku Dangu w Normandii matka po amerykańsku zwraca się do córki nad olbrzymim stołem jadalnym (wszyscy oczywiście rozumieją jej słowa): "Nie sądzisz, moja droga, że książę, którego poznałyśmy wczoraj, ma dużo ładniejszy zamek?". Granny woli jednak tego małego Korsykanina.
Kiedy lewica dochodzi do władzy w trzydziestym szóstym, Joe Pozzo di Borgo zostaje aresztowany pod zarzutem "udziału w spisku La Cagoule"8, skrajnie prawicowej organizacji gotowej na wszystko, aby obalić Republikę. W żadnym razie do niej nie należy. W więzieniu La Santé przyjmuje odwiedziny małżonki i nielicznych przyjaciół. "Niedogodność sytuacji polega na tym - żartuje - że kiedy siedzisz w więzieniu, a ktoś chce się z tobą zobaczyć, nie możesz udawać, że nie ma cię w domu".
Korsykański klan Perfettinich, pilnujący interesów rodziny Pozzo na wyspie od czasu naszego wyjazdu do Rosji, wzrusza się położeniem dziadka Joe. Uzbrojona po zęby delegacja udaje się do Paryża i dokonuje zajazdu na La Santé. Patriarcha klanu, Philippe, prosi księcia o listę osób do usunięcia. Ale dziadek radzi przybyłym, aby wracali do domu. Wychodząc, stary Philippe, zaskoczony i rozczarowany, z niepokojem pyta księżnę: "Czy książę jest zmęczony?".
Dziadek zaprzestaje wszelkiej działalności politycznej i chroni się w swoich włościach: pałacyku w Paryżu, zamku w Normandii, korsykańskich górach i weneckim pałacu Dario. Utrzymuje błyskotliwy dwór oponentów wobec wszelkiej władzy. Umiera, gdy mam piętnaście lat. Chyba nigdy nie dałem się uwieść żadnemu z jego szlachetnych uniesień. W moich oczach były z innej epoki. Znakomicie natomiast pamiętam pewien wieczór w Paryżu, w lśniącej od diamentów sali balowej.
Jestem jeszcze dzieckiem. Moja głowa zaledwie sięga dołu pleców tych wszystkich jaśnie państwa. W osłupieniu dostrzegam dłoń dziadka wędrującą po obfitych pośladkach, które z pewnością nie należą do jego prawowitej małżonki.
Jeśli chodzi o historię rodziny Vogüé, sięga ona zarania dziejów. Jak powiedział kiedyś dziadek Pozzo do dziadka Vogüé (ci dwaj starsi panowie serdecznie się nie znosili): "Nasz tytuł jest przynajmniej na tyle młody, że możemy udowodnić jego prawdziwość!". Robert-Jean de Vogüé nie daje się sprowokować.
Dziadek Vogüé, zawodowy oficer, brał udział w dwóch wojnach światowych: w pierwszej jako siedemnastolatek, w drugiej jako więzień polityczny w Ziegehein o statusie N.N.9. Jest człowiekiem odważnym, o bardzo silnych przekonaniach. Jako wierny potomek rycerstwa odziedziczone przywileje uważa za nagrodę za zasługi dla społeczeństwa: w średniowieczu chodziło o obronę terytorium, w dwudziestego wieku o rozwój gospodarczy. Żeni się z najpiękniejszą panną w swoim pokoleniu, spadkobierczynią wytwórni szampana Moët et Chandon. W latach dwudziestych rezygnuje z kariery w wojsku na rzecz stanowiska dyrektora tego przedsiębiorstwa, którym kieruje aż do przejścia na emeryturę w siedemdziesiątym trzecim, znacznie przyczyniając się do jego rozwoju. Małą firmę rodzinną przekształca w prawdziwe imperium.
Tak wspaniałe wyniki osiąga tylko dzięki sile charakteru i przekonań. Pod koniec życia zbiera je w tomiku zatytułowanym Alerte aux patrons10. Do dzisiaj jest to moja ulubiona lektura przed snem.
Jak można się było spodziewać, Robert-Jean de Vogüé jest ostro krytykowany przez kolegów arystokratów. Nazywają go wręcz czerwonym markizem, na co on ma zwyczaj odpowiadać: "Nie jestem markizem, lecz hrabią". Barwy politycznej się nie wypiera. Finansiści, którzy przejęli po nim przedsiębiorstwo, zniszczyli jego dzieło. Do dzisiaj pozostał moim mentorem. Nasz syn będzie się nazywać Robert-Jean.
Mój ojciec, Charles-André, przyszedł na świat jako najstarsze z dzieci Joego Pozzo di Borgo. Postanowił wykazać się w życiu aktywnym. Można powiedzieć, że jako pierwszy z rodziny Pozzo skalał się pracą. To jego sposób na przeciwstawienie się ojcu. Zaczyna jako robotnik na polach naftowych w Afryce Północnej; dalszą karierę robi dzięki pracowitości, dynamizmowi i skuteczności. Praca każe mu często przenosić się z kraju do kraju, a ja od wczesnego dzieciństwa towarzyszę mu w tych przeprowadzkach. Kilka lat po śmierci swojego ojca, gdy jest już prezesem koncernu naftowego, rezygnuje z dalszej kariery i poświęca się porządkowaniu spraw rodzinnych.
Moja kochana matka w jednym roku powiła trójkę dzieci: najpierw zjawił się Reynier, jedenaście miesięcy później Alain i ja. Ze względu na ojca matka musi się przeprowadzać piętnaście razy, za każdym razem zostawiając za sobą co bardziej kłopotliwe meble i przyjaciół, z którymi udało jej się nawiązać bliższą znajomość. Ponieważ nasz ojciec jest wiecznie w podróży, opiekuje się nami nanny, która chroni matkę przed naszymi wybrykami. Od czasu gdy jako niemowlęta jeździliśmy z Alainem wspólnym wózkiem, nabrałem zwyczaju siadania mu na głowie. Po wielu latach, osiągnąwszy kilka centymetrów więcej wzrostu, spuścił mi w końcu lanie, co tylko częściowo wyleczyło go z frustracji.
Dzisiaj popycha mnie, zgarbionego, w wózku inwalidzkim.
Wszyscy nade mną dominują. Nie mam ochoty podnosić głowy.
W Trynidadzie spędzamy czas na plaży, ubrani jak tubylcy, z którymi całymi dniami chlapiemy się w wodzie. Zanim nauczyliśmy się francuskiego, zaczynamy mówić w pidgin English. Wieczorami tłuczemy się w naszym pokoju. Doskonale pamiętam zabawę polegającą na skakaniu po własnym łóżku i równoczesnym sikaniu na łóżko sąsiada.
Potem wyjeżdżamy do Afryki Północnej, czyli Algierii i Maroka. Odkrywamy szkołę, francuskiego uczy nas nieśmiała mademoiselle, stara panna w nieokreślonym wieku. Pewnego wietrznego dnia, gdy siedzę uczepiony słupa, widzę, jak mój cherlawy braciszek unosi się w powietrze. Mademoiselle kurczowo próbuje go przytrzymać, ale bezskutecznie. Zatrzymuje ich dopiero siatka ogrodzenia. Po raz pierwszy czuję wówczas ukłucie zazdrości wobec brata bliźniaka, który przykuwa uwagę wszystkich pań.
Jestem bezwładną masą ważącą pięćdziesiąt kilo i mierzącą metr osiemdziesiąt wzrostu. Nie do użytku!
Reynier zaczyna się od nas oddalać. Wkrótce następuje podział: bliźniaki kontra Big Fat, podły brutal. Świadomy, że spoczywa na nim odpowiedzialność spadkobiercy, starszy brat nie waha się wykorzystywać przewagi fizycznej i rozdaje nam potężne klapsy za każdym razem, kiedy uważa, że idzie o nasze wychowanie.
Teraz potrafię tylko żałośnie krzyczeć i nie mogę uderzyć nikogo, kto wykorzystuje mój stan.
Po Maroku - Londyn. Nasza nanny nazywa się Nancy. Widzę, jak Reynier kręci się wokół tej pięknej brunetki. W tajemnicy przed rodzicami wkrada się do jej łóżka, słyszę jego postękiwania. Robię, co mogę, żeby też znaleźć się w łóżku Nancy, nie bardzo wiedząc, po co. Pewnego dnia próbuję nawet nabawić się gorączki, siadając na rozgrzanym kaloryferze, żeby zyskać prawo do jej opieki, a może nawet wylądować w jej łóżku... Moja próba nie trwa długo. Zdradzają mnie własne pośladki. Z płonącą pupą i rozognionymi policzkami muszę zrezygnować z oblężenia.
Żal mi tych wszystkich doznań, które jasno pokazywały moje ograniczenia. Teraz to ciało bez wyraźnych granic już do mnie nie należy.
Ręka, która mnie gładzi, już mnie nie dotyka. Ale takie obrazy potrafią mnie jeszcze poruszyć we wszechogarniającym cierpieniu.