Rozdział 3. Malachitowa Dolina
Centralnym punktem każdego tygodnia w Kobiernikach była niedzielna msza święta. Wspólny spacer do kościoła niemal wszystkich mieszkańców sprawiał wrażenie niekończącego się pochodu. Strumień osób w wizytowych strojach przecinał pola jęczmienia. Każdemu udzieliła się radość poranka. Upalny dzień skłaniał do delektowania się przyrodą w leniwym rozmarzeniu. Świergotanie ptaków zagłuszały rozmowy sąsiadów i chichot dzieci. Lekki wietrzyk rozwiewał im włosy, a panie zmuszał do kurczowego trzymania białych sukienek. Panowie wdychali łapczywie letnie powietrze, trzymając w ręku granatowe marynarki. Wszyscy wyglądali podobnie. Dorośli poza bielą i granatem pozostawili wszystkie kolory naturze oraz dzieciom zbierającym naręcza kwiatów. Zerwane maki rozpadały się w dłoniach, a główki stokrotek podskakiwały w rytm kroków najmłodszych spacerowiczów.
Trzymając się za ręce, płynęliśmy wraz z tym wesołym prądem. Tomek wskazywał co chwilę jakiegoś hultaja przepłaszającego wróble, które ukrywały się w żywopłotach. Półgodzinna wędrówka przez niziny Mazowsza wprowadzała każdego w dobry nastrój. Dziewczyny dzieliły się sekretami, niszcząc je po drodze jak zebrane kwiaty. Płatki tańczyły na żwirowej drodze. Szepty przerywał śmiech młodzików. Ich popisy polegały głównie na wkładaniu żab za kołnierzyki rówieśniczek. Przewracałam oczami na widok tych psikusów, zasłaniając uśmiech ręką. Uwielbiałam te cotygodniowe wycieczki. Ludzie patrzyli sobie w oczy bez wahania. Mieli swój mały świat, na którym mogli polegać jak na niezawodnym narzędziu. Skromne domki wznosiła ta sama grupa majstrów. Wszędzie obowiązywał schemat - brązowy dach, kremowe ściany i para okien przyciągająca słońce, które nigdzie indziej nie wydawało się świecić równie mocno.
Po paru minutach ukazały się nam ule pełne pszczół, a następnie kopce, w których jaskółki zakładały gniazda. Minęliśmy pastwisko, na którym siłę swoich kończyn wypróbowywały źrebaki. Drżenie ziemi pod kopytami, szum jabłoni, szmer traw. Chłonęłam wszystkie te wrażenia z szeroko otwartymi oczami. Jakaś pieśń przenikała pola i lasy. Wszyscy mieszkańcy Kobierników ją znali. Jej słów nie można się było nauczyć ani zapamiętać. Piosenka rodziła się pod ciężarem naszych stóp. Przemykała między jednym a drugim uśmiechem. Zespolona z tą wsią równie mocno, jak ziemia i niebo, których rytm wypełniał każdy ruch. Rozśpiewała się w nas nadzieja.
Ostatnim przystankiem tuż obok kościoła był cmentarz otoczony dębami. Ogarnęło mnie przeczucie, że tak właśnie w skrócie mogą wyglądać etapy ludzkiego życia. Początkowo wiotki człowiek stopniowo się umacnia, aż zastyga niczym kamień. Wspólnie pokonywaliśmy poszczególne stadia, zaczynając od maleńkich pszczół, a kończąc na wielkich, skalnych pomnikach.
Wkrótce naszym oczom ukazał się kościół. Cały zbudowany z drewna wzbudzał podziw strzelistą budową. Dwie wysokie wieżyczki niemal zmuszały do zamarcia tuż przed świętym miejscem. Nastała cisza kontemplacji, aż ludzie świadomi swojej maleńkości zaczęli zajmować miejsca. Msza się rozpoczęła, rozbrzmiały organy. Niecierpliwie wyczekiwałam momentu, kiedy głos Wiktorii przyćmi instrumenty. Jej silny sopran wywoływał zachwyt wszystkich wiernych.
Jeszcze podczas kazania obracałam się dyskretnie, próbując wypatrzeć 16-latkę w tłumie. Jako najwyższa chórzystka prężyła się dumnie w nadziei, że ktoś na nią spogląda. Pozowała na muzę, którą w każdej chwili można uwiecznić na obrazie. Z wysoko podniesioną głową marzyła, by być adorowana. Wyglądała ciekawie w poszukiwaniu twarzy Tomka. Tylko oni tak sprawnie porozumiewali się na migi. Jednym spojrzeniem potrafili sobie przekazać najdrobniejszą emocję. Głos Wiktorii idealnie pasował do pieśni pochwalnych. Z łatwością wznosiła się na najwyższe tony, a każda nuta czystością nie ustępowała kryształowi. Przeczuwałam, że 16-latka w takich momentach prosi Boga, by jej czas naprawdę miał znaczenie. Aby ważny moment nadszedł już teraz i okazał się równie radosny jak śpiewane psalmy.
Raptem powróciło do mnie wspomnienie sprzed wielu lat. Jako mała dziewczynka pierwszy raz poszłam sama do kościoła. To śmieszne, jak takie małe wydarzenia potrafią prowadzić nas przez życie, może nawet decydować o nim od kulis. Przemknęłam przez rzekę nieznajomych twarzy, by schronić się za kolumną. Ze zwieszoną głową cicho powtarzałam słowa psalmisty. Zniknęłam w tłumie skupiona na parze swoich butów. Wtedy ksiądz ogłosił:
- Przekażcie sobie znak pokoju.
Słuchałam, jak wokół przekazywano sobie pozdrowienia. Nie miałam odwagi sprawdzić, czy także o mnie ktoś pamięta. Niespodziewanie ktoś wyciągnął rękę w moją stronę. Ciepła, przyjazna dłoń. Nie potrzebowałam niczego więcej. Spojrzałam na młodego mężczyznę z ciężarną żoną. Tylko ten jeden raz widziałam ich łagodne twarze. Wystarczyła chwila, by pozostały w mojej pamięci. Dlaczego ten moment ukazał mi się właśnie teraz, wyraźniejszy od rzeczywistości?
Poczułam uderzenie gorąca, nerwowo zerkając na Tomka. Uśmiechnął się, ściskając mocniej moją dłoń. Odkąd wyszliśmy z domu, trzymał ją tak naturalnie, jakby była częścią jego ciała. Odetchnęłam z ulgą, spojrzeniem przeskakując po kolejnych rzędach. Kogo szukałam? Jak wyglądał człowiek, którego tu brakowało? Włosy podobne do złotych pierścieni spływały mu na czoło, sięgając szerokich brwi. Wciąż przeszywały mnie te zagadkowe oczy. Jakie przeżycia zmusiły go kochać tak zazdrośnie? Czy jest równie zaplątany w rozmyślaniach jak ja? Piotr Szczepański skutecznie odciągał mnie od modlitwy. Milczenie tego człowieka znaczyło więcej niż potok słów Zielińskiego. Czerwone policzki zmuszały do opuszczenia głowy w zawstydzeniu. Zakryłam włosami uśmiech, który natrętnie przyczepiał się do mojej twarzy.
Po mszy tłum wiernych powoli zaczął tłoczyć się ku wyjściu. Małe drzwi zmuszały do przepuszczania najstarszych dam, które przystawały w ukłonie. Wyszłam z Tomaszem jako ostatnia, przyzwyczajając wzrok do jaskrawego południa. Spacerowaliśmy, wymieniając się uwagami na temat kazania księdza Nowaka. Ten mężczyzna wydawał się być duchowym bratem Zielińskiego. Tak jak Tomek uwielbiał sypać żartami i wpadał na śmieszne pomysły. Dzięki temu potrafił zainteresować Biblią nawet najbardziej niesforne maluchy. Jako młody katecheta nie zdążył jeszcze wygłosić płomiennej mowy ani dodać świętości temu kościołowi. Mógł równie dobrze zasiąść między nami, o co miałam do niego lekki żal.
Piotr zbył moje uwagi:
- Nie bądź marudą, on naprawdę się stara.
Wzruszyłam ramionami. Jak wiele innych par pielęgnowaliśmy przyzwoite szczęście. Stanowiliśmy kolejny ładny kafelek w mozaice, kiedy w głowie coś szeptało mi - To wszystko? Ach, nie wypada przecież chcieć więcej. Można poprosić, ale dlaczego od razu tak się wyrywać?