Druga szansa - Sylwia Bachleda

-
Proszę czekać

Iga

Zamrugałam kilka razy powiekami, chcąc pozbyć się sennego odurzenia. Balansując jeszcze na krawędzi jawy i snu, zaczęłam rozpamiętywać to, co mi się przyśniło. Sen był dziwny, tak inny od pozostałych... Unosiłam się w powietrzu, ale nie siedziałam zamknięta w samolocie, chyba miałam skrzydła, choć te były pozbawione miękkich śnieżnobiałych piór. Krążyłam nad Warszawą, której nie poznałam na pierwszy rzut oka. Miasto, które mogłam oglądać w tym przedziwnym śnie, było pozbawione pięknego Pałacu Saskiego, przepięknych starych kamienic i barwnych synagog. Drapacze chmur, które dziś ciasno wyrastają w samym środku stolicy, w moim śnie zastąpiły mniejsze wieżowce rozsiane po całym mieście. Były niewysokie, by ocierać się czubami o przemykające nisko chmury. Ludzie też różnili się od tych, których znałam; nie byli tak zróżnicowani, raczej tacy sami. Warszawa, która mi się przyśniła, bez dwóch zdań była nowoczesna, ale było w niej też coś przygnębiającego, coś, co właśnie sprawiło, że na jej widok poczułam zimny dreszcz. Choć była tak niepodobna do mojej Warszawy, wewnętrzny głos podpowiadał mi, że to wciąż jest to samo miejsce, tylko jakby przed laty zostało okrutnie skrzywdzone. Jakby zostało zdmuchnięte z powierzchni ziemi i zrodziło się na nowo, ale już tym samym nie było. Znów poczułam ten sam niepokój, który nawiedził mnie we śnie, dlatego szybko potrząsnęłam głową, przecież to tylko sen, coś, czego nie warto rozpamiętywać. Otworzyłam ostatecznie oczy i omiotłam zaspanym wzrokiem sypialnię, aż zatrzymałam go na budziku. Dochodziła godzina szósta rano, czerwone cyfry układające datę sprawiały wrażenie znajomych.

- O nie... - jęknęłam na głos, a żołądek skurczył się jak dziecięca dłoń zaciśnięta w piąstkę, kiedy uświadomiłam sobie, jaki jest dziś dzień. Zamknęłam powieki i wzięłam kilka głębszych oddechów, pocieszając się w duchu, że dam radę, bo to w końcu tylko jeden dzień, a jutro wszyscy znów wrócą do normalnego trybu życia. Otarłam wierzchem dłoni łzę, która niekontrolowana uciekła spod powieki i zmusiłam się, by wyjść z łóżka. Opuściłam stopy, a kiedy dotknęły zimnych paneli, podwinęłam je z powrotem pod siebie. Zmarzluch, tak mówił o mnie Adam. Szybko wyrzuciłam z głowy tę myśl, by niepotrzebnie się nie zadręczać. Zeskoczyłam z wysokiego łóżka i dwoma dużymi krokami pokonałam odległość dzielącą mnie od grubych, puchowych pantofli. Zdjęłam z krzesła stojącego przy biurku miękki szlafrok i szczelnie się nim okryłam, a gdy warstwa ubrań chroniła mnie już przed chłodem, wyszłam z sypialni, marząc już tylko o słodkiej kawie, która przywróci mnie do życia.

Siedziałam na parapecie z czołem opartym o zimną szybę okna. Lubiłam swoje mieszkanie. Było oddalone od głośnego centrum, wokół rozciągały się zielone tereny, a niedaleko mieściły się urokliwe stawy, nad którymi lubiłam się opalać w upalne dni. Okolica była czysta i spokojna, a ludzie wobec siebie życzliwi. Czułam wdzięczność rodzicom za to, że zapewnili mi to lokum, na które mnie jako stażystki wciąż nie byłoby stać. Zaczerpnęłam głęboko powietrze i oparłam głowę o ścianę, oglądając kolejny w swoim życiu wschód słońca, którego Adam już nie mógł podziwiać. Zamknęłam powieki i znów przywołałam jedno ze swoich cennych wspomnień.

Siedzieliśmy z Adamem przy panoramicznym oknie na miękkim dywanie. On pod ścianą, a ja odprężona pomiędzy jego zgiętymi w kolanach nogami opierałam się plecami o twardy, nagi tors. Byliśmy naprawdę kopniętą parą, często zrywaliśmy się z łóżka wcześniej, niż trzeba, tylko po to, by móc wspólnie oglądać, jak wstaje nowy dzień. Oboje podzielaliśmy zdanie, że we wschodach i zachodach słońca jest coś niezwykłego, wręcz magicznego, dlatego chcieliśmy oglądać je razem, a kiedy to robiliśmy, nie padały żadne słowa, podziwialiśmy spektakl przygotowany przez naturę. Schowana w objęciach muskularnych ramion, czułam się najszczęśliwszą kobietą na ziemi.

Uchyliłam z powrotem powieki. Teraz nie czułam na ramionach ciężaru jego rąk ani ciepła bijącego od ciała, czy gorącego oddechu łaskoczącego kark. Byłam sama, z zimnym, wręcz zamrożonym na uczucia sercem, którego nosić nie chciałam.

Po tym, jak dopiłam kawę, a słońce wspięło się ponad horyzont, zsunęłam nogi z parapetu i umyłam po sobie filiżankę. Odstawiłam ją na suszarkę. Lubiłam porządek, choć może lubiłam to przesadne słowo, nieporządek mi przeszkadzał, spowalniał pracę, dlatego dbałam o czystość. Przeszłam do łazienki, by przygotować się do kolejnego dnia, tam odkręciłam wrzącą wodę, która po chwili skąpała pomieszczenie w mlecznej parze. Zrzuciłam z siebie szlafrok i piżamę i już po chwili stałam w strumieniu gorącej wody. Uniosłam twarz i przez chwilę pozwalałam się obmyć wodzie z jakąś głupią wręcz nadzieją, że może ona zabierze ode mnie ból, którego nie było widać na zewnątrz, ale który skutecznie niszczył mnie i ranił od środka już od trzech lat.

Wyszłam spod prysznica, skórę miałam przyjemnie obolałą i zaczerwienioną. Wytarłam się ręcznikiem i nago pobiegłam do sypialni po ubrania, szczękając zębami z zimna, ale tak to już jest, kiedy myśli się nie o tym, co trzeba. Na wysokiej szafie, w której kryła się cała moja garderoba, wisiało wysokie lustro, dokładnie na wprost łóżka. Zatrzymałam się na chwilę i zapominając o chłodzie, podeszłam bliżej, by dokładnie obejrzeć swoje znamiona. Starałam się ich nie dotykać, jakby ze strachu, że te cienkie białe blizny sprawią mi ból, choć prawda była taka, że fizycznie ich nie czułam. One przede wszystkim dotykały serca, dlatego tak bardzo przeszkadzały mi pójść naprzód. To one sprawiały, że zamiast dać się porwać biegnącemu nurtowi życia, zaciekle trzymałam się brzegu, wolałam płynąć pod prąd, pozostać w miejscu, które już znałam, bo to, co czekało za rogiem, zbyt mocno mnie przerażało. Życie z Adamem... było znacznie prostsze - nawet problemy, które na nas spadały, były jak kurz, który wystarczy uprzątnąć - lecz bez niego stało się udręką i codzienną walką. Czas, który - jak mi powtarzano - zagoi moje rany, nie zrobił tego, one pozostały takie same, nie zasklepiły się, jedynie co czas uczynił, to przyzwyczaił mnie do bólu, nauczył, jak z nim funkcjonować. Czas nie jest cudotwórcą, lecz nauczycielem. Nie koi bólu, nie sprawia, że o nim zapominamy; uczy jak dalej z nim żyć.

Skóra całkowicie się wyziębiła po rozgrzewającej kąpieli. Potrząsnęłam mocno głową, by przegonić myśli i odwróciłam wzrok od lustra, nie chcąc dłużej się zadręczać. Włożyłam szybko bieliznę, przygotowałam ołówkową spódnicę w szarym kolorze i do tego białą koszulę, a ponieważ był koniec marca i poranki wciąż bywały chłodnawe, wzięłam żakiet. Zanim włożyłam strój, pobiegłam jeszcze wysuszyć włosy i umyć zęby. Gotowa do wyjścia spojrzałam na zegarek. Pracę rozpoczynałam za godzinę, dlatego postanowiłam pójść na cmentarz. Obawiałam się, że później grób Adama odwiedzi zbyt wiele osób, a o tej porze mogłam liczyć na prywatność. Zarzuciłam torebkę na ramię i wyszłam z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.

***

Kwadrans po wyjściu, zmieniając dwukrotnie komunikację, dotarłam na cmentarz. Tak jak się spodziewałam, o tej porze, gdy Warszawa dopiero budziła się do życia, cmentarz był pusty. Zapach palących się zniczy i wilgotnej ziemi uderzył w moje nozdrza w chwili, gdy tylko przekroczyłam wykutą z żelaza bramę. Mgła snuła się leniwie pomiędzy drzewami, przysłaniała rozległe tereny, ale ja znałam tę drogę na pamięć, choć tak naprawdę oddałabym wszystko, by nigdy jej nie przemierzać. Panowała zupełna cisza, nie licząc świergotu ptaków i dźwięku obijających się o siebie w torebce dwóch szklanych zniczy, które towarzyszyły moim krokom.

Będąc na miejscu, kucnęłam obok grobu i przywitałam się z przyjacielem, a moje usta uniosły się w smutnym uśmiechu. Zgarnęłam ręką z zimnej płyty suche liście i wymieniłam wypalone znicze.

- Dziś będzie ciężki dzień - westchnęłam, a do oczu napłynęły łzy.

Pociągnęłam głośno nosem, a grzbietem ręki otarłam łzę, której nie utrzymałam i wymknęła się z kącika oka. Spoglądałam bez słów na epitafium, które głosiło, że zmarły miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, a potem zerknęłam na zdjęcie Adama, umieszczone na nagrobku. Miał na nim szeroki uśmiech, odsłaniający szereg równych zębów, roześmiane miodowe oczy i bujne orzechowe włosy, które zdawały się żyć własnym życiem, ale ja wiedziałam, że to była jego zasługa. Zawsze mnie bawiło i lubiłam się z nim droczyć za to, że spędzał w łazience więcej czasu ode mnie, pracując nad swoim artystycznym nieładem. Uśmiechnęłam się do własnych wspomnień.

- Teraz wyjścia z domu zajmują mi znacznie mniej czasu - powiedziałam z żalem. - Brakuje mi tych sprzeczek, tego dobijania się do łazienki i wykłócania się z tobą o pierwszeństwo.

Znów położyłam dłoń na chłodnej płycie i czule ją pogłaskałam, zupełnie tak, jakbym mogła dotknąć jego silnej dłoni. Mój wzrok przesunął się na ramkę ze zdjęciem ustawionym między zniczami, byłam na nim z Adamem i Markiem. Nasza nieświęta trójca, trzej muszkieterowie, jak o sobie mówiliśmy. Kiedyś nierozłączni, dzisiaj każde osobno... Wzięłam głęboki oddech, a moje nozdrza znów wypełniły się zapachem spalanego wosku. Dzisiaj wszystko wyglądało inaczej niż przed trzema laty. Dzisiaj wszystko było dużo gorsze... Zsunęłam dłoń na cieniutką srebrną bransoletkę zawieszoną na nadgarstku, jedyną biżuterię, jaką nosiłam, najcenniejszą, jaką miałam. Dostałam ją od Adama w naszą pierwszą rocznicę i od tamtej pory, nigdy się z nią nie rozstawałam.

Przez chwilę modliłam się o spokój jego duszy, choć wiedziałam, że Adam jest w niebie. Był bardzo dobrym człowiekiem, najlepszym przyjacielem i wiernym partnerem. Zasługiwał na niebo, jak nikt inny. Usłyszałam, że ktoś idzie w moją stronę, ale nawet nie musiałam się odwracać, by sprawdzić, kim jest przybysz. Zbliżającego się mężczyznę poznałam po ciężkich i szybkich uderzeniach butów o kostkę brukową.

- Miałem nadzieję, że będę tu sam. - Usłyszałam za plecami oziębły głos Marka.

Odwróciłam głowę i natrafiłam na jego lodowaty wzrok. Miał na sobie czarne dżinsowe spodnie i grubą bluzę w zgniłozielonym kolorze, która pasowała mu do oczu w nieco bledszym odcieniu zieleni. Właściwie nasze oczy miały niemal identyczną barwę. Dawniej, kiedy spędzaliśmy czas razem, często zdarzało się, że nowo poznane osoby, brały nas za rodzeństwo. Wyglądacie jak bliźniacy, komentowali. Oboje mieliśmy włosy w kolorze ciepły blond, podobny kształt twarzy, łagodne rysy, choć jego zdawały się nieustannie wyostrzone. Nie pamiętałam już, jak wyglądał uśmiech Marka. Teraz znałam tylko jego gniew. W tej chwili nie było inaczej, nawet rocznica śmierci naszego przyjaciela niczego nie zmieniła. Stał nade mną z pochmurną miną, jasno dając do zrozumienia, że mam już pójść. Powróciłam wzrokiem do grobu i znów przesunęłam ręką po gładkiej powierzchni, nie chciałam się jeszcze z nim rozstawać, ale nie miałam zamiaru też kłócić się z Markiem, dlatego wstałam.

- Już was zostawiam. - Mój głos był cichszy od wiatru, który wplątał się pomiędzy gałązki drzew, pokryte pierwszymi pączkami liści.

Życie płynęło dalej, rodziło się na nowo, z nami czy bez nas, a ja wciąż miałam o to pretensje. Bez słowa wyminęłam Marka, odeszłam kilka kroków, a gdy przystanęłam i obejrzałam się przez ramię, zobaczyłam jak mój dawny przyjaciel, klęka na jedno kolano, a rękę kładzie tak samo jak ja wcześniej na płycie grobu. Dostrzegłam, że jego knykcie pobielały, gdy z całej siły zacisnął na niej palce. Nie musiałam znać jego myśli ani wchodzić mu do głowy, by wiedzieć, że w ten sposób, chciał przekazać Adamowi swój żal za to, że miał czelność zostawić nas samych w tym okrutnym świecie. Łzy wypełniły oczy, zlepiły ze sobą rzęsy, a ciało owinął chłodny dreszcz na widok tak bolesnego spotkania dwójki najbliższych sobie ludzi, bliskich jak rodzeni bracia. Marek podniósł zbolały wzrok, a widząc, że mu się przyglądam, mocno zmarszczył czoło. Tyle wystarczyło, bym odeszła, nie odwracając się za siebie.

***

Chwilę później dotarłam pod wieżowiec, gdzie mieściła się filia gazety "Moja Warszawa". Aktualnie odbywałam tu roczny staż. Gosia jak zwykle czekała przed wejściem; między palcami trzymała tlącego się papierosa. Bawiła się telefonem, więc nie od razu zauważyła, gdy do niej podeszłam.

- Cześć - rzuciłam i z trudem uniosłam usta, by nie zdradzić przed znajomą bólu, ale ona dobrze mnie znała i nie dała się zwieść.

Rozłożyła szeroko ramiona i porwała mnie w objęcia.

- Och, Iguś! - Przytuliła mnie mocno, a potem złapała ponad łokciami i odsunęła od siebie na długość ramion. Spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi, olbrzymimi oczami w kolorze ciemnego błękitu. - Razem przetrwamy ten dzień, hm?

Skinęłam sztywno głową na potwierdzenie. Byłam wdzięczna za to, że nie padło pytanie, jak się trzymasz, które zapewne usłyszę dziś niejednokrotnie. Wkurzałam się za każdym razem, gdy je słyszałam, no bo jak mogłam się trzymać w trzecią rocznicę śmierci człowieka, który od najmłodszych lat był moim przyjacielem, a który później stał się kimś więcej? Kimś z kim wiązałam przyszłość... Czy gdybym odpowiedziała, że czuję się do dupy, a zarazem nie czuję nic, czy wtedy moja odpowiedź, by ich usatysfakcjonowała? Z pewnością nie! Czuliby się zobligowani, żeby mi pomóc, zastanawialiby się, co powiedzieć, aby mnie pocieszyć, czego nie mówić, żeby mnie nie urazić, więc zazwyczaj odpowiadałam krótko: dobrze. Tyle im wystarczało, by odpuścić temat i przejść do bieżących spraw.

- Jeżeli chcesz, pójdę z tobą na cmentarz po pracy - zaproponowała, przedzierając się przez moje myśli.

- Już byłam. Idziemy? - Podbródkiem wskazałam drzwi prowadzące do budynku.

Kiwnęła głową i włożyła telefon do kieszeni spodni. Zaciągnęła się ostatni raz fajką, a potem zgasiła tlący się papieros w popielniczce obok i wypuściła z pomalowanych na czerwony kolor ust chmurę dymu.

- Dzisiaj jest ten bal charytatywny - przypomniała mi, zerkając na mnie kątem oka, gdy byłyśmy już w budynku.

- Pamiętam... - Wypuściłam głośno powietrze przez nos. - Gdybyś wiedziała, jak bardzo nie chce mi się tam iść. Rozumiem, że to ważna sprawa, szczytny cel, ale na cholerę jestem potrzebna rodzicom? Nie mam na koncie milionów, które mogłabym wydać... - sarknęłam, wylewając na Gosię swój żal.

- A moim zdaniem powinnaś pójść. - Podniosłam na nią pochmurny wzrok. - Nie patrz tak na mnie. To wyjście z domu dobrze ci zrobi, zdecydowanie za rzadko go opuszczasz i nie mówię teraz o pracy... Odstrzelimy cię w jakąś niezłą kieckę, uczeszę cię i umaluję. Zobaczysz, że wtedy na pewno poczujesz się lepiej.

- Myślisz, że kawałek szmatki i makijaż mi pomogą? - zapytałam ironicznie, uśmiechając się przy tym do przyjaciółki.

Cmoknęła niezadowolona z mojego parszywego nastawienia.

- Owszem, kobiety już tak mają. - Szturchnęła mnie ramieniem. - Zobaczysz, będziesz dobrze się bawić, może potańczysz... - Zakołysała biodrami i ramionami, uśmiechając się przy tym szeroko.

- Że też to tak zbiegło się w czasie. Dziś nie powinnam się bawić.

- Twoja żałoba już się skończyła, Iga. Najwyższy czas wyjść z tej czerni, Adam właśnie tego by dla ciebie chciał - dodała na koniec poważnym tonem.

Tylko ona odważyłaby się powiedzieć coś takiego. Ciężko westchnęłam, ale zgodziłam się z przyjaciółką, poza tym z nią i tak nie można było się spierać, zawsze musiała postawić na swoim.

Ona wysiadła na trzecim piętrze, gdzie mieścił się dział grafiki, a ja wyjechałam piętro wyżej, do działu redakcji. Przemykając pomiędzy boksami, witałam się ze współpracownikami. Jedni byli w porządku, inni dawali mi popalić, co wedle nich miało być szkołą życia, a jeszcze inni nigdy nie zamienili ze mną słowa. Na końcu korytarza, za przeszklonymi drzwiami, mieścił się gabinet mojego szefa, gbura jakich mało! Facet jest prawdziwą szują. Przekręcanie wiadomości, poprzez wyciąganie z kontekstu pojedynczych słów, było jego chlebem powszednim, a celebryci, biznesmeni i politycy na jego widok zawsze sztywnieją, zwłaszcza wyznawcy judaizm. Daniel Walicki nie krył tego, że jest antysemitą, dlatego też prywatnie nie miał w Warszawie dobrej opinii. Inaczej było w sferze zawodowej; ludzie z branży chcieli się u niego szkolić. Nie uśmiechał mi się ten staż, ale tylko on tak dobrze płacił i jego rekomendacje mogły otworzyć mi niejedne drzwi, a to dla mnie w tej chwili było najważniejsze. Po roku zamierzałam znaleźć inną pracę, a najlepiej zagrzać miejsce w jakimś dobrym, renomowanym wydawnictwie.

Zajęłam miejsce za biurkiem, włączyłam komputer i wyciągnęłam z torebki tekst, nad którym wczoraj pracowałam. Obok mnie pojawiła się Ada.

- Dzień dobry! - Przywitała się pogodnie, układając przedramiona na ściance boksu, a jej długie włosy w kolorze ciemnego bakłażana zsunęły się po niej. Utkwiła we mnie piwne oczy. - Jak się trzymasz? Jak cię zobaczyłam, przypomniałam sobie, że dziś jest...

Nie dałam jej dokończyć.

- Tak, to dziś, ale jest w porządku. Dziękuję, że pytasz. - Zmusiłam się do uśmiechu, który na szczęście łyknęła i odetchnęła z ulgą. - Jakie masz plany na weekend? - Szybko zmieniłam temat.

- Jedziemy z Samuelem do Krakowa.

- Kraków? Świetnie, od lat tam nie byłam - odparłam ze szczerym rozmarzeniem.

- Może chcesz się z nami zabrać?

Pokręciłam głową.

- Dzięki, kochana, ale już mam plany.

Kolejny raz musiałam skłamać, ale nie uśmiechało mi się jechać z parą zakochanych jako piąte koło u wozu; wyglądałabym jak przyzwoitka... Ada wzruszyła ramionami, po czym przypomniała mi, że dziś jemy wszyscy lunch. Wróciła na swoje stanowisko, a ja odetchnęłam z ulgą. Mogłam się zająć pracą, to było najlepsze lekarstwo.

***

Na zjedzenie lunchu mieliśmy godzinę, dlatego wyszliśmy do naszej ulubionej knajpki Pikantny Indyk w pobliżu biura. Serwowali tu jedne z lepszych panini z indykiem w całej Warszawie. Naszą paczkę stanowiły osoby ze studiów i ich połówki albo przyjaciele, którzy dołączyli do naszej zgrai. Często razem gdzieś wyjeżdżaliśmy i imprezowaliśmy, a w tygodniu jadaliśmy razem lunch. Tylko ja, Ada i Gosia pracowałyśmy w gazecie, reszta znajomych pracowała w pobliżu, dzięki czemu łatwo było spotykać się nam w przerwie od pracy. Czekając na posiłek, Ada jak zwykle zajęła miejsce obok Samuela, jednego z przystojniejszych chłopaków z naszej byłej uczelni. Poznali się na pierwszym roku, ale on po kilku miesiącach rzucił studia i poszedł do pracy w rodzinnej firmie budowlanej, na czym wcale tak źle nie wyszedł. Żywiołowo opowiadali Julce i Tomkowi o wypadzie do Krakowa, próbując ich zwerbować, ale tych dwoje dopiero co się zeszło, więc wolny czas woleli spędzać w samotności. Marek - tak on też należał do naszej paczki, choć ciężko było mu wytrzymać w moim towarzystwie - siedział obok Patryka, chłopaka Gosi. Oni znali się dłużej niż ja z Gosią, właściwie to dzięki Markowi ją poznałam. Rozmawiali o jakiejś nowej grze, w którą ostatnio grali. Chwilę wcześniej Gosia, która zajmowała miejsce obok mnie, pokazywała mi swoje najnowsze zdjęcia plenerowe. Była utalentowaną fotografką i marzyła, że kiedyś zdobędzie pieniądze i wyruszy w podróż dookoła świata. Czując na sobie wzrok przyjaciółki, spojrzałam w jej stronę. Jak dla mnie miała zbyt podejrzany wyraz twarzy. Szybko zorientowałam się, że coś knuje.

- No co? - zapytałam wreszcie.

- Zastanawiam się, jak cię uczesać. - Postukała palcem w pełne usta i zmrużyła powieki w małe szparki, a wreszcie cmoknęła głośno z wyczuwalnym niezadowoleniem. - Nie, ja się tego nie podejmę.

- A nie mogę zostawić rozpuszczonych? - Uniosłam brew, a ona spojrzała na mnie wymownie. Tak, Gosia zdecydowanie była perfekcjonistką.

- Żartujesz? Nie ma opcji. To zbyt ważna uroczystość. A jak mam być szczera, to już w zeszłym tygodniu umówiłam ci fryzjera i makijażystkę. Sorka. - Puściła do mnie oczko i cmoknęła powietrze swoimi krwistymi ustami, licząc, że jej się upiecze. Nie zdążyłam na nią nawrzeszczeć, bo do rozmowy wtrąciła się Ada.

- Dokąd idziesz, Iga?

- Idzie na TEN bal.

Znów nie zdążyłam nic powiedzieć, bo to Gosia postanowiła za mnie odpowiedzieć. Jej głos był podekscytowany, mocno podkreśliła słowo bal, o którym ostatnio wszyscy rozprawiali, zwłaszcza u nas w pracy. Ada i Julka od razu podłapały temat i zainteresowane ułożyły łokcie na stoliku, patrząc na mnie szerokimi ze zdumienia oczami. Zgromiłam Gosię wzrokiem. Nie chciałam, by ktoś o tym wiedział, a co gorsza, by dowiedział się o tym Daniel, który kazałby mi szpiegować zaproszonych gości. W końcu media nie miały wstępu na imprezę, a gdyby on mógł mieć tam swojego szpiega... aż zadrżałam.

- Nie gadaj! Na ten, na który jest zaproszona cała śmietanka towarzyska?! - W odpowiedzi tylko skinęłam głową, nie podzielałam ich entuzjazmu. Nie tylko przez wzgląd na dziś, po prostu nie lubiłam wielkich przyjęć. - Zazdroszczę, też bym poszła się pobawić w takim towarzystwie. - Ada szturchnęła ramieniem chłopaka. - Ale to za wysokie progi. Jak się tam dostałaś?

- Klinika rodziców jest jednym z głównych sponsorów, dostałam od nich zaproszenie, ale jeśli mogę mieć prośbę, nie mówcie o tym Danielowi, wiecie, jaki on jest...

Dziewczyny zgodnie pokiwały głowami, nie tylko ja miałam złe zdanie o naszym szefie.

- I co? Zamierzasz się bawić? - wtrącił Marek, przygniatając mnie swoim ciężkim spojrzeniem. W jednej chwili poczułam, jak żołądek zaczął podchodzić mi do gardła. Wszyscy przy stoliku zamarli. - Zamierzasz DZIŚ się bawić? - Wytknął wrogo.

- Marek, odchrzań się... Iga ma do tego pełne prawo - wtrąciła Gosia, stając w mojej obronie, gdy bez słowa wpatrywałam się w Marka, a on we mnie.

Pokręcił wymownie głową.

- Masz tupet, dziewczyno - sarknął z rozczarowaniem, odsunął nerwowo krzesło i wstał od stolika.

Gosia chciała złapać mnie za rękę i zapewne pocieszyć, jak zawsze wtedy, kiedy padałam ofiarą gniewu Marka, ale tym razem nie zamierzałam odpuszczać, tylko zerwałam się z miejsca i wybiegłam za nim. Przedzierając się przez tłum, próbował odpalić papierosa.

- Marek, zaczekaj! - zawołałam za nim.

Przystanął i odwrócił się niespiesznie w moją stronę, z tym samym wyrazem rozczarowania na twarzy; spomiędzy warg wypuścił obłok szarego dymu. Wzięłam głęboki wdech. Dziwne, nigdy nie paliłam, a jednak lubiłam ten zapach, głównie przez to, że kojarzył mi się właśnie z moim przyjacielem.

- Czego chcesz? - rzucił jadowitym tonem.

- Dlaczego? - zapytałam bezsilnie. - Dlaczego nadal nam to robisz?

Marek zbliżył się i stanął przede mną, na tyle blisko, że poczułam na skórze jego gorący, nierówny oddech zmieszany z zapachem tytoniu. Nim się odezwał, poruszył szczęką, jakby zgrzytał zębami.

- Ja? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Uważasz, że to ja wszystko spierdoliłem? - wysyczał złowrogo, patrząc mi prosto w oczy; jego miotały błyskawicami, ale było w nich coś jeszcze prócz gniewu, coś, czego nie potrafiłam rozszyfrować.

Pokręciłam głową.

- Nie, to ja zawiniłam, ale przepraszałam cię tyle razy. Co mam jeszcze zrobić? Nie mam już siły, pragnę odzyskać przyjaciela, potrzebuję cię, do cholery! Dlaczego tego nie widzisz? - Moje ostatnie słowa zabrzmiały wręcz rozpaczliwie, miałam ochotę nim potrząsnąć, by wreszcie się opamiętał.

- Pytasz co robić? - Podniósł nieco podbródek, jakby chciał sprawić wrażenie silniejszego, choć oboje byliśmy słabi i zniszczeni. Znów zaciągnął się głęboko papierosem, a potem wypuścił szary obłok w powietrze i spojrzał mi prosto w oczy. - Odpierdol się wreszcie ode mnie - warknął. - Nie widzisz, że chcę się od ciebie uwolnić, że chcę zapomnieć o przeszłości? Patrzę na ciebie i mdli mnie, bo przypominasz mi o tym, co było i już nie wróci, więc proszę... daj mi, kurwa, wreszcie spokój... O nic więcej cię nie proszę - wycedził przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ulicą w stronę budynku, gdzie pracował.

Przez chwilę stałam niczym słup soli i wpatrywałam się w oddalającą się ode mnie postać Marka. Przez cały ten czas jego słowa raniły, a mimo to nie potrafiłam, nie chciałam przestać o niego walczyć. Zbyt wiele lat spędziliśmy razem, by się poddać, ale to, co teraz usłyszałam... Od dwóch lat był dla mnie zimny, lecz nigdy do tego stopnia. Może wreszcie przyszedł czas, by pogodzić się z myślą, że straciłam ich obu.

***

Po rozmowie z Markiem byłam tak przybita, że nie w głowie były mi bale. Skończyłam pracę i zamierzałam zadzwonić do rodziców i ich przeprosić. Wiedziałam, że jeżeli podam im prawdziwy powód, dla którego nie chcę iść, oni nie będą naciskać. Już miałam wykręcić numer, gdy niespodziewanie obok mnie zmaterializowała się Gosia i wyrwała mi telefon z ręki.

- Nawet mnie nie denerwuj! Idziesz na ten bal!

- Gośka, nie rozumiesz, ja naprawdę nie chcę - jęknęłam, próbując zabrać telefon przyjaciółce.

- Wiem, ale uwierz mi, słońce... - Schowała moje policzki w swoich dłoniach. - ...będziesz się świetnie bawić, poza tym zawsze możesz wyjść wcześniej i wrócić do domu. No iii... - uśmiechnęła się konspiracyjnie - ...ktoś musi mi zdać relację na żywo. Wiesz, jak kocham takie eventy. - Poruszyła sugestywnie brwiami.

Wzięłam bardzo długi i głęboki wdech, dając tym gestem wyraz tego, jak bardzo nie chce mi się tam iść i udawać, że świetnie się bawię. Przymrużyła powieki; wiedziałam, że mi nie odpuści, nawet jeżeli miałaby mnie tam zanieść na rękach i przywiązać do krzesła. Zmarszczyłam mocno nos.

- Niech ci będzie - fuknęłam.

- Świetnie! - Zaklaskała triumfalnie w dłonie. - No to lecimy najpierw po kieckę.

Wywróciłam ostentacyjnie oczami.

- Mam coś w domu.

- Taaa... sorry - zlustrowała mnie krytycznym wzrokiem - ale wolę ubrać cię w coś weselszego. - Podniosła do góry palec, by mnie uciszyć w momencie, gdy otwierałam usta, żeby zaprzeczyć. - Bez dyskusji.

Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do niej, i tak ją kochałam.

- Chodźmy! - Porwała mnie za rękę.

***

Gosia miała zamiar ciągnąć mnie po kilku butikach, na szczęście znalazłyśmy odpowiednią sukienkę już w pierwszym salonie. Szpilki pasujące do kreacji miałam w domu, więc ten zakup mi darowała. Przyjaciółka zamówiła na szesnastą fryzjerkę, a godzinę później makijażystkę. Upierałam się, że same jakoś to ogarniemy, ale Gośka nalegała na kogoś, kto się na tym zna i jak to ujęła - nie schrzani mojej metamorfozy.

Wykąpałam się i umyłam włosy. Gosia siedziała rozparta na kanapie w salonie i piła swoje ulubione wino, które zawsze dla niej trzymałam w lodówce. Owinięta jedynie w ręcznik i z turbanem na głowie wyszłam z łazienki, a widząc alkohol w jej ręce, wzięłam od niej kieliszek i pociągnęłam spory łyk bordowego wina, choć praktycznie w ogóle nie piłam. Spojrzała na mnie okrągłymi ze zdziwienia oczami, kiedy oddałam jej puste naczynie.

- Na odwagę. - Puściłam do niej oczko.

- Igo Podgórna! Nie poznaję cię - powiedziała udawanym poważnym tonem, po czym parsknęła śmiechem. W tym momencie rozdzwonił się domofon. - Załóż szlafrok, ja otworzę.

Po dwóch godzinach byłam gotowa do wyjścia. Gosia - zamiast coś powiedzieć, kiedy stanęłam przed nią w sukni - rzuciła się do torebki i wyjęła z niej aparat, by cyknąć mi zdjęcie. Blask flesza na krótko mnie oślepił. Spojrzała na podgląd zdjęcia i uśmiechnęła się szeroko.

- Wyglądasz pięknie, ale staraj się zachować uśmiech, jak będą strzelać ci zdjęcia.

- Nikt nie będzie mnie fotografować - burknęłam. Zabrałam jej aparat i rzuciłam okiem na fotografię, roześmiałam się, widząc swoją powykrzywianą twarz. - Gdyby jednak było inaczej, postaram się nie wyjść tak, jak na tym zdjęciu, weź to skasuj. - Oddałam jej lustrzankę. - A co myślisz o całości? - Obróciłam się wokół własnej osi, by moja przyjaciółka miała pełen obraz.

- Z przodu wyglądasz na grzecznego aniołka, ale z tyłu istna z ciebie diablica. Ten dekolt na plecach z łańcuszkiem wygląda obłędnie.

Stanęłam tyłem do lustra i obejrzałam się przez ramię, faktycznie tył sukienki wyglądał całkiem nieźle. Uśmiechnęłam się pod nosem. Gosia stanęła obok, a nasze oczy spotkały się w odbiciu lustra.

- Ładnie ci w tych włosach - stwierdziła, a moja ręka od razu pobiegła do upięcia. Musiałam przyznać jej rację, mnie również się podobało. Fryzjerka luźno je upięła, wpięła w nie perełki, a niektóre pasma lekko skręciła i te swobodnie zwisały po obu stronach policzków. Gosia puściła do mnie oczko. - Uśmiechnij się wreszcie! - zganiła mnie.

Wygięłam usta w bladym uśmiechu. Byłyśmy jak ogień i woda. Ona, rzecz jasna, była ogniem, seksowna brunetka o pięknych kształtach, z kuszącymi pełnymi ustami i oczami jak złotówki. Ja nieco niższa blondynka, z włosami do ramion i z lekko postrzępioną grzywką kryjącą ciut za wysokie czoło i na pewno bez kuszących kształtów, a gdy nie miałam tak jak dziś biustonosza, moje piersi były naprawdę niewielkie.

- Obiecaj mi, że chociaż spróbujesz dobrze się bawić - powiedziała zatroskanym głosem do mojego odbicia w lustrze.

- Obiecuję, że spróbuję.

***

Na ulicę Emilii Plater, którą potocznie nazywano aleją drapaczy chmur - gdyż te ciasno wyrastały obok siebie - podjechaliśmy na pół godziny przed rozpoczęciem balu. Gdy wysiadłam z samochodu rodziców, odruchowo rozejrzałam się wokół siebie, a zimny dreszcz znów się pojawił, kiedy tylko przypomniałam sobie to miejsce ze swojego snu. Brakowało w nim tak wielu pięknych wieżowców... Miejsce, w którym stałam, znałam na pamięć, ale zawsze zapierało mi dech w piersiach. Szklane oświetlone wieżowce otaczające mnie z każdej strony i ciągnące się jeszcze daleko w przód i w tył, wieczorową porą wyglądały jeszcze piękniej, jak za dnia. Nocą były ozdobą stolicy. My zatrzymaliśmy się pod najwyższym z budynków, który nosił dumną nazwę Mieszko, na pamięć potężnego i pierwszego przywódcy Polaków. Ta budowla robiła niemałe wrażenie, gdy zadzierało się głowę do góry. Miało się wtedy wrażenie, że jego czub sięga gwiazd, że ta mała mrugająca na iglicy czerwona kropka jest już częścią nieba, nie ziemi. Od szklanego budynku zbudowanego na planie ośmiokąta biła prawdziwa potęga.

- Iga? - Głos mamy sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Zakręciło mi się w głowie po zbyt szybkim spojrzeniu w dół, dlatego przytrzymałam się drzwi samochodu, a kiedy odzyskałam rezon, odnalazłam wzrokiem mamę. - Idziemy? - Przytaknęłam i ruszyłam za nimi.

Starałam się jak inni kroczyć z gracją po czerwonym dywanie. Do wejścia utworzyła się kolejka. Największe gwiazdy fotografowano na ściance z logami sponsorów, w tym z logiem kliniki moich rodziców. Gdy znaleźliśmy się pod ostrzałem fleszy, ojciec stanął pomiędzy nami, objął mamę w pasie prawą ręką, a mnie lewą. Starałam się szeroko uśmiechać i zbytnio nie mrugać, gdy oślepiające światła, uderzały prosto w oczy. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Obsługa w eleganckich strojach kierowała nas na przestronną salę bankietową, która mieściła się w podziemiach wieżowca. Nim jednak zajęłam miejsce przy stoliku, przeszłam się po sali, gdzie wystawione były rzeczy na aukcję. Od biżuterii, po drogie samochody i usługi. Wśród nich znalazła się nawet willa. Przeglądałam katalogi, w których umieszczono zdjęcia wszystkich tych przedmiotów. Podniosłam głowę, chcąc sprawdzić, czy rodzice zajęli już miejsce przy stoliku. Kiedy wreszcie znalazłam ich wśród tłumu, spostrzegłam, że towarzyszy im Joel. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc jego rozpromienioną twarz. Nie widziałam go od jakichś czterech lat i albo wtedy tego nie zauważyłam, albo coś zmienił w swoim wyglądzie, bo teraz był naprawdę przystojnym mężczyzną. Chciałam podejść i również się z nim przywitać, ale kiedy zwróciłam się w ich stronę, on ponownie podał im dłoń i się oddalił, by przywitać kolejnych gości. Mimo to porzuciłam dalsze oglądanie przedmiotów wystawionych na aukcję i wróciłam do stolika. Zajęłam miejsce obok rodziców, którzy przedstawili mnie swoim znajomym, z którymi dzieliliśmy dziś miejsce. Małżeństwo Kanawa było założycielem słynnej na całą Europę luksusowej marki samochodów, a jeden z ich najnowszych modeli widziałam w katalogu aukcji. Obrzydliwie bogaci, ale na szczęście normalni i sympatyczni ludzie, jak na kogoś, kto posiadał tak potężny majątek. Przyszedł z nimi ich syn, starszy ode mnie o rok i córka młodsza o dwa lata. Prowadziliśmy luźną rozmowę; najpierw o przebytych studiach i o planach na przyszłość, aż zeszli na rozmowę o swoich firmach. Wreszcie światła na sali przygasły, rozmowy ucichły, a chwilę później na scenie w blasku reflektora pojawiła się słynna prezenterka telewizyjna, która krótko przywitała gości i zapowiedziała najważniejszą osobę dzisiejszego wieczoru, inicjatora całego wydarzenia. Na sali rozbrzmiały gromkie brawa, gdy po schodkach prowadzących na scenę wyszedł mężczyzna w smokingu, Joel Goldberg. Człowiek, który wiedział, jak obracać pieniądzem, by się wzbogacić, ale co najważniejsze, nie zachowywał tych pieniędzy dla siebie, dużą część majątku przeznaczał na swoją fundację i szpital specjalistyczny pomagający między innymi najbiedniejszy dzieciom w Polsce. Stąd dzisiejszy bal. Miał być ukoronowaniem aukcji, na której zebrały się nie tylko rekiny biznesu, lecz także słynni artyści, aktorzy i sportowcy z całego kraju. Mieli oni sięgnąć do książeczek czekowych i wylicytować drogie zabawki i usługi, na które składali się sponsorzy. Moi rodzice dołożyli swoją cegiełkę do dzisiejszej uroczystości i ufundowali kilka ekskluzywnych zabiegów kosmetycznych, na które nie było stać przeciętnego człowieka, oprócz tego pomogli w organizacji dzisiejszego balu. Goldberg z pasją opowiadał o swojej działalności charytatywnej, a na wielkim ekranie za jego plecami mogliśmy podziwiać zdjęcia, na których był w towarzystwie dzieci podlegających opiece jego fundacji. Nie musiał mówić, jak ważna jest ta aukcja i jak potrzebne są pieniądze. Po pięknej przemowie rozbrzmiały brawa, a inicjator z powrotem zajął miejsce przy stoliku pośród gości. Salę znów wypełniło światło w różowo-fioletowym odcieniu, tak by stworzyć klimatyczny nastrój. Nim podano kolację, postanowiłam skorzystać z toalety, przeprosiłam siedzących przy stoliku gości i oddaliłam się w stronę łazienki, przy okazji uważając, by szpilka nie wplątała się w szorstki materiał wykładziny.

Wracając na salę, zwolniłam kroku. Przy wejściu wciąż stał stolik z kieliszkami wypełnionymi musującym szampanem. Zatrzymałam się i spojrzałam na kuszący napój. Jeden nie zaszkodzi. Chwyciłam w palce smukłą nóżkę kieliszka i ruszyłam przed siebie, niestety nie zdążyłam go skosztować. W jednej chwili mój świat zawirował, poczułam przeszywający ból w kostce i usłyszałam trzask tłuczonego szkła. W ostatnim momencie udało mi się chwycić najbliższego krzesła, dzięki czemu utrzymałam równowagę, ale ktoś podniósł głos:

- Co jest?!

Dopiero wtedy się zorientowałam, że mój szampan wylądował nie tylko na podłodze, lecz również na osobie siedzącej przy stoliku.

- Najmocniej pana przepraszam - mruknęłam do pleców mężczyzny, który zerwał się na równe nogi.

Odwrócił się w moją stronę, a ja nie patrząc - na wkurzoną jak się domyślałam twarz - sięgnęłam po chustkę leżącą na stole i zaczęłam wycierać nią krople szampana spływające po ramieniu mężczyzny. Milczał, musiał być naprawdę wściekły. Ale czy mogłam się dziwić? Bal się dopiero rozpoczął, a ja już zalałam mu smoking. Podniosłam wzrok i niemal zaklęłam na głos, gdy zobaczyłam, na kogo wylałam alkohol.

- Ale wstyd... - mruknęłam, szybko przenosząc z powrotem wzrok na ramię.

Joel zabrał ode mnie chustkę i sam zaczął się wycierać. Nie pamiętał mnie, może to i lepiej. Z trudem przecisnęłam przez gardło ślinę, byłam niemal pewna, że spłonęłam purpurą, czułam gorąc wypieków na policzkach, a w klatce potworny ucisk. Podniosłam niepewny wzrok na Goldberga.

- Najmocniej przepraszam.

Rozchylił usta, chciał się odezwać, ale wtedy u naszego boku zjawiła się kelnerka.

- Ja się tym zajmę - powiedziała do mnie z ciepłym uśmiechem i skinęła głową swojemu pracodawcy.

- Może pomogę?

Chciałam kucnąć i pomóc jej zbierać szkło, byleby tylko móc czymkolwiek zająć ręce, ale dziewczyna nie pozwoliła na to. Niechętnie ustąpiłam jej miejsca i stanęłam plecami do biznesmena. Przestałam oddychać, gdy poczułam na odkrytych plecach, jego zimny nierówny oddech. Owinął mnie przyjemny zapach mocnych męskich perfum pomieszanych ze słodkim zapachem szampana. Kelnerka w mig uwinęła się z bałaganem, po czym zniknęła, a ja ponownie stanęłam przodem do Joela i uniosłam zawstydzony wzrok.

- Okropnie mi głupio, jeszcze raz przepraszam.

- Co się stało?

- Chyba szpilka wplątała się w wykładzinę. - Obejrzałam się za siebie, na podłodze nie leżało nic, o co mogłabym się potknąć, a potem znów spojrzałam na Joela. - To nie są najwygodniejsze buty. - Uśmiechnęłam się krzywo. - I jeszcze raz przepraszam.

- To nic, proszę mnie więcej nie przepraszać. To tylko ubranie. Dobrze, że pani nic się nie stało.

Miał zimnym i stonowanym tembr głosu. Od naszego ostatniego spotkania bardzo się zmienił, wydoroślał, spoważniał i nabrał pożądanych męskich kształtów. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, widać było, że uprawiał sport. Czarny dopasowany smoking rozpierały mięśnie, a nie wisiał luźno jak na wieszaku. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że jego włosy w kolorze gorzkiej czekolady muszą w dotyku być niezwykle miękkie, a ja z przyjemnością bym je przeczesała palcami, by się o tym przekonać. Były średniej długości, z przodu lekko podniesione i zaczesane do tyłu, a po bokach krócej przystrzyżone. Miał mocne rysy twarzy i niespotykane oczy o arktycznej barwie, które teraz spoglądały na mnie zza prostokątnych okularów w czarnych oprawkach. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam jego oczy, byłam pewna, że nosi szkła kontaktowe, miały tak niezwykły i intensywny odcień błękitu. Nawet go o to zapytałam, ale zaprzeczył temu, mówiąc, że ten niecodzienny kolor oczu odziedziczył po ojcu. Kiedy lekko wygiął usta, zdałam sobie sprawę, że zbyt długo mu się przyglądam, szybko uciekłam spojrzeniem w bok, gdzie siedzieli rodzice. Nie patrzyli w naszą stronę, więc zapewne nie widzieli mojej wpadki. W chwili kiedy moje oczy ponownie spotkały się z oczami Joela, odezwał się:

- Chyba nie miałem przyjemności przywitać się z panią, pani...

Zrobił pauzę, czekając, aż podam mu swoje imię.

- Iga i żadna ze mnie pani. - Uśmiechnęłam się ciepło i znalazłam w sobie odwagę, by wyciągnąć przed siebie rękę.

Podał mi dłoń i pewnie uścisnął. Poczułam coś takiego, jakby prąd przeskoczył pomiędzy nami. Myślałam, że takie uczucie nie istnieje, że to wymysł Hollywood, ale ja naprawdę to poczułam i na krótką chwilę wstrzymałam oddech.

- Iga? - zapytał nagle ożywiony. Chciałam zabrać rękę, ale on wzmocnił uścisk. - Iga Podgórna?

- Ta sama. - Podniosłam na niego wzrok. - Myślałam, że mnie nie pamiętasz.

- Pamiętam doskonale. Przepraszam, że od razu cię nie rozpoznałem. Co prawda twoje oczy wydawały się znajome, ale niezwykle się zmieniłaś. - Zrobił krótką pauzę i wypuścił moją dłoń, zdając sobie chyba sprawę, że zbyt długo ją trzyma. - Miło znów cię spotkać - odparł już zupełnie innym tonem, dużo przyjaźniejszym, jakby spotkanie mnie, rzeczywiście go ucieszyło.

Otrząsnęłam się z tego dziwnego oszołomienia, jakie poczułam, kiedy nasze dłonie się spotkały i obdarzyłam go szczerym uśmiechem.

- Ciebie również. Jeszcze raz przepraszam za ten smoking.

- Daj spokój, to naprawdę nic takiego. - Rozejrzał się po sali, jakby czegoś szukał, po czym znów przeniósł na mnie wzrok i spytał: - Przyszłaś z rodzicami? Nie widziałem cię wcześniej.

- Oglądałam katalogi, miałam podejść, ale nie zdążyłam.

Pomiędzy nami zapadła cisza, ale wcale nie była ona krępująca. Mimo to poczułam coś takiego, co sprawiło, że zapragnęłam stąd zwiać. Nie wiem, co bardziej mnie przerażało: czy to, że wciąż czułam uścisk jego silnej dłoni i uczucie krążącego prądu w moich żyłach po jej dotknięciu; a może to intensywne spojrzenie krystalicznych oczu, wpatrujących się we mnie, sprawiło, że drżałam na całym ciele? W każdym razie przestraszyło mnie na tyle, że nim zdążył coś powiedzieć, odezwałam się pierwsza.

- Nie będę więcej zawracać ci głowy. Było mi naprawdę miło znów cię spotkać. - Ujęłam w palce lejący materiał sukni. - Miłego wieczoru - dodałam szybko, nie dając mu możliwości odpowiedzieć i zwiałam, jak zawsze wtedy, gdy miałam możliwość popłynąć z prądem i odkryć nowe i nieznane.

Byłam zwykłym tchórzem. Na miękkich nogach wróciłam do rodziców i opadłam ciężko na krzesło. Trzęsłam się jak galareta.

- Wszystko w porządku? - zapytał tata, obok którego zajęłam miejsce.

Skinęłam mu tylko głową. Skoro nie widzieli tego, jak się ośmieszyłam, nie zamierzałam im o tym mówić. Przede mną na talerzu leżała porcja przystawki na zimno. Nie potrafiłam zidentyfikować, czym był ten mały biały bobek na czarnej porcelanie, w każdym razie pachniało morzem... Nie zamierzałam nawet tego próbować. Miałam wrażenie, że jedzenie zacznie rosnąć mi w buzi i nie przełknę nawet kęsa przez ściśnięte gardło. Nie wytrzymałam długo i mimowolnie spojrzałam ukradkiem w stronę, gdzie siedział Joel. Nie sądziłam, że będzie mnie pamiętać. Spotkaliśmy się tylko raz, spędziliśmy ze sobą pół dnia. To było bodajże cztery lat temu, na weselu jego siostry z moim kuzynem. Wpadliśmy na siebie w tańcu, on tańczył ze swoją mamą, ja z panem młodym, nagle zawirowanie sprawiło, że wymieniliśmy się partnerami i tak przez kilka utworów tańczyłam z Joelem i już w tańcu buzie nam się nie zamykały. Potem usiedliśmy przy jednym stole, okazało się, że naprawdę dobrze nam się razem rozmawia. Późnym wieczorem dotarł Adam, który wcześniej nie mógł przyjść i to z nim spędziłam resztę wesela, a Joel już nawet nie spoglądał w moim kierunku. Przestałam oddychać w chwili, kiedy i on spojrzał w moją stronę, a nasze oczy się spotkały i zastygły, wpatrując w siebie bez mrugnięcia, jakby z nadzieją.

***

Po kolacji rozpoczęła się aukcja, a kiedy już wszystkie przedmioty zostały wylicytowane, przyszedł czas na zabawę. Nawet ja dałam się namówić na taniec z Aleksandrem, który siedział przy naszym stoliku. Kiedy zmęczeni wróciliśmy na miejsce i rzuciłam okiem na zegarek, serce na chwilę zamarło, gdy dostrzegłam, że wybiła tak dobrze znana mi godzina. Oblał mnie zimny pot, musiałam wyjść się przewietrzyć i przez chwilę pobyć w samotności. Przed budynek nie zamierzałam wychodzić, wiedziałam, że tam będzie wciąż czaił się tłum fotoreporterów, dlatego wyszłam na taras restauracji znajdującej się na pierwszym piętrze, który otwarty był dla palaczy. Na zewnątrz stały dwie grupki osób, tak zwanych celebrytów. Podeszłam do miejsca, w którym mogłam liczyć na prywatność. Oparłam przedramiona na barierce i zsunęłam wzrok na ulicę biegnącą pomiędzy wieżowcami. Emilii Plater zawsze, nawet o tej porze, była najruchliwszym miejscem w stolicy. Biegła przez środek metropolii. W dzień przewijały się tu tłumy osób zmierzających do pracy w korporacji, a w nocy młodzi bawili się w najlepszych podniebnych klubach. Zamknęłam powieki, a odgłosy miasta umilkły, kiedy moje myśli pobiegły do wydarzeń sprzed trzech lat. Marek z twarzą umazaną krwią klęczący u mojego boku, proszący bym walczyła o życie. Skasowany samochód, który nie przypominał już auta, a w jego środku zakleszczone ciało Adama. Szybko otarłam samotną łzę, która uciekła spod zamkniętej powieki. Nie powinno mnie dziś tu być. Nie powinnam była się bawić. Marek miał rację. Odwróciłam się gwałtownie z zamiarem ucieczki i niemal wpadłam na Joela, który stał zaraz za moimi plecami, złapał mnie poniżej łokcia, żebym nie upadła. Podniosłam na niego wilgotne od łez oczy.

- Co się stało? - zapytał wyraźnie zaniepokojony i przeniósł swoją dłoń na moją, ale tym razem nie poczułam przyjemnego prądu, bo ból przeszłości jak zwykle zdominował wszelkie przyjemne odczucia. Nie potrafiłam mu odpowiedzieć, wspomnienia tamtego dnia skutecznie odebrały mi mowę. Pokręciłam głową. - Proszę, powiedz, co się stało. Ktoś cię uraził? - Tembr niskiego, lekko zachrypniętego głosu wskazywał, że jest zaniepokojony. Przewiercał mnie na wylot swoimi lodowymi oczami, jakby uparcie próbował zajrzeć w głąb mojej duszy; jakby próbował zburzyć postawiony przeze mnie mur.

- Nie, to nie to - odparłam cicho.

- Więc co tak bardzo cię przeraziło?

- Nie powinno mnie dziś tu być, przepraszam. To piękny bal i naprawdę było mi miło cię spotkać, ale nie mogę tu dłużej zostać.

Zsunęłam wzrok na jego dłonie, które wciąż zaciskały swe palce wokół mojej ręki. Poluźnił uścisk, a ja przemknęłam obok niego i ruszyłam do wyjścia.

- Iga! Może... - krzyknął za mną, ale więcej słów nie usłyszałam, nie chciałam się zatrzymywać.

Czym prędzej pognałam do wyjścia, nie odwracając się za siebie. Zwiewałam jak ten pieprzony kopciuszek, na szczęście nie gubiąc po drodze butów. Wyszłam na zewnątrz, tłum fotoreporterów przygotował aparaty, jakby to była ich broń, a wychodzący z budynku byli ich podstawioną zwierzyną, ale nie rozpoznając we mnie nikogo ważnego, opuścili je i wrócili do rozmowy. Podeszłam do postoju i złapałam taksówkę. Nim jednak wsiadłam, podniosłam wzrok na taras. Joel stał i przyglądał mi się, niestety był zbyt daleko, bym mogła wyczytać cokolwiek z rysów jego twarzy. Odwróciłam głowę i wsiadłam do taksówki, dopiero będąc w domu, uwolniłam kłębiący się we mnie natłok emocji i wciskając twarz w poduszkę, zaniosłam się płaczem. Minęły trzy lata, a ja wciąż nie radziłam sobie ze stratą przyjaciela.

Joel

Po przyjęciu Ksawery odwiózł mnie do domu ulokowanego na obrzeżach miasta, z dala od mediów i ich ciekawskich oczu. Było już po trzeciej w nocy, lecz mimo to zajrzałem do pokoju Helenki. Lampka w kształcie gwiazdki ciepłym światłem wypełniała różowy pokój córki. Dziewczynka leżała na boku, zwrócona w moją stronę, rączki trzymała pod policzkiem, a puchata kołdra, zakrywała ją aż po samą szyję. Już miałem wyjść, lecz wtedy uchyliła powieki, odsłaniając piwne oczy.

- Tatuś? - zapytała cichym, ospałym głosem.

Podszedłem do jej łóżka, usiadłem na jego skraju i przeczesałem ręką bujne włoski.

- Śpij, maleńka. - Ucałowałem ją w czoło.

- Czekałam na ciebie, ale byłam już śpiąca i zasnęłam z ciocią w salonie.

- Niepotrzebnie się męczyłaś, mówiłem, że dzisiaj wrócę późno.

- Czy bal był tak piękny, jak mówiłeś? - zapytała, ziewając przeciągle.

Uśmiechnąłem się do niej ciepło.

- Nawet piękniejszy.

- I były prawdziwe księżniczki? - Mrugała powiekami coraz wolniej.

- Idź spać, Helenko, jutro zostaję w domu, będziesz mogła wypytać mnie o wszystko.

Ponownie ją pocałowałem, a gdy się odsunąłem, dostrzegłem, że zdążyła z powrotem zasnąć. W swojej sypialni zdjąłem smoking, okulary odłożyłem na nocną szafkę i poszedłem wziąć gorący prysznic. Przyjemnie rozgrzany położyłem się do wielkiego pustego łóżka, które w momencie wystudziło ciało. W chwili gdy tylko zamknąłem oczy, znów ujrzałem Igę, która kilka lat temu tak bardzo mnie oczarowała, a która, jak się później okazało, była już szczęśliwie zakochana. Długo nie mogłem o niej zapomnieć, choć spędziliśmy wtedy ze sobą tak niewiele czasu, za to chwile te był jednymi z najcenniejszych wspomnień. A kiedy dziś znów ją zobaczyłem... Tamte uczucia odżyły z podwójną mocą; poczułem przyjemne wewnętrzne ciepło. Wyrosła z niej przepiękna kobieta. Gdy pierwszy raz ją spotkałem, była jeszcze młodą dziewczyną o farbowanych czekoladowych włosach, trochę roztargniona i zakręcona, ale już wtedy wiedziałem, że jest wyjątkowa. Było w niej coś takiego, co sprawiało, że człowiek od razu się uśmiechał. Swoim entuzjazmem zarażała innych. Być może dlatego jej nie poznałem, bo w jej oczach nie było już tej iskry. Wziąłem głęboki wdech... Wydarzenia sprzed lat sprawiły, że unikałem związków jak ognia. Później pojawiła się Helenka, która wywróciła mój poukładany świat do góry nogami. Przez trzy lata skupiony byłem na córce i na tym, by media się o niej nie dowiedziały. Żyło się nam dobrze i do dzisiejszego wieczoru byłem pewien, że niczego mi nie brakuje. Ale teraz nie potrafiłem przestać myśleć o Idze, zastanawiałem się, czy wciąż jest z kimś związana i skąd wzięły się te łzy? Gdzie podziała się iskra, która tak mnie w niej zafascynowała? I czy wypada mi, zaprosić ją choćby na kawę? Potarłem mocno dłońmi twarz, jakbym liczył, że to w jakikolwiek sposób mi pomoże, ale nie pomogło. Chciałem znać odpowiedzi na te wszystkie pytania. Teraz, zaraz.

***

Rankiem, kiedy Helenka wbiegła do mojej sypialni i wskoczyła na łóżko, już nie spałem, ale jeszcze nie miałem siły się podnieść. Wpatrywałem się w sufit, rozmyślając o wczorajszym wieczorze. Córka usiadła obok mnie, obdarowując najszczerszym uśmiechem, na jaki stać było wyłącznie dziecko.

- Dzień dobry, tatusiu.

- Dzień dobry, małpeczko, już wyspana? - Ziewnąłem i rozczochrałem jej brązowe włosy.

Wyrwała mi się i wcisnęła zmarznięte stopy pod kołdrę, a kiedy zetknęły się z moją rozgrzaną skórą, miałem wrażenie, że do brzucha przyłożyła bryłki lodu.

Syknąłem z zimna.

- Gdzie masz skarpetki?

- W szufladzie.

Spojrzałem na nią spod rzęs i uniosłem wyżej lewą brew.

- A powinny być na...

- ...stopach... wiem. - Wywróciła oczami w typowy dla siebie sposób, a potem skupiła na mnie uwagę. - Jestem głodna.

- Jakiś pomysł na śniadanie?

Przystawiła palec do wąskich ust i zamyśliła się głęboko.

- Coś na słodko - mówiąc to, znów spojrzała na mnie swoimi wielkimi kocimi oczami, a ja rozciągnąłem usta w uśmiechu.

- Byłbym zaskoczony, gdyby to nie było nic na słodko. To może omlet z owocami?

- I syropem klonowym? - Poruszyła sugestywnie brwiami. Udałem, że się zastanawiam. - Tato... tylko trochę - grymasiła.

- Odrobinę, a teraz zmykaj na dół i wyciągnij owoce z lodówki, zaraz zejdę.

Pokiwała energicznie głową, szybko zeskoczyła z łóżka i już chwilę później nie było jej w sypialni.

- Skarpetki! - krzyknąłem jeszcze za nią, ale podejrzewałem, że i tak nie usłyszała.

Przeciągnąłem się, by rozruszać zastałe mięśnie, a potem z trudem wygramoliłem z łóżka. Zazdrościłem mojej siedmioletniej córce tak wielkich pokładów energii z samego rana. Przebrałem podkoszulek i włożyłem szary dres. Na grzbiet nosa wsunąłem okulary, a potem poszedłem za córką do kuchni. Z dezaprobatą pokręciłem głową, widząc jej wciąż bose stopy. Helenka układała na blacie truskawki i banany. Oczywiście syrop klonowy też zdążyła wyciągnąć z szafki. Stał na honorowym miejscu, na samym środku grafitowego blatu, bym przypadkiem o nim nie zapomniał. Nastawiłem wodę na herbatę i wziąłem się za przygotowywanie omletu. Moja córka wdrapała się na wysokie krzesło barowe po drugiej stronie wyspy i podpierając brodę na rękach, przyglądała się moim poczynaniom.

- Co robiłaś wczoraj z Rebeką?

Rozpromieniła się i już po chwili słuchałem opowieści o tym, jak spędziły wczorajszy dzień z moją siostrą. Mówiła o jeździe na rowerach i wycieczce do lasu i o tym, że widziały w nim sarny.

- A jak bal? - zapytała na koniec opowieści, przewiercając mnie swymi piwnymi oczami. Podsunąłem jej pod nos talerz ze słodko pachnącym omletem, skropionym złotym syropem klonowym.

- Dobrze, promyczku, a teraz wcinaj.

Uniosła wysoko brew, przyglądając mi się podejrzliwie.

- A ty?

Wziąłem kubek z kawą i przystawiłem do ust, wciągając jej mocny aromat.

- Na razie nie jestem głodny, ale ty jedz. Później pójdziemy na spacer.

- Nie musisz dziś pracować?

- Dopiero wieczorem.

***

Tego popołudnia Helenka klęczała przy niskim szklanym stoliku w salonie i kolorowała, a ja siedziałem na kanapie z laptopem na kolanach i przeglądałem galerię zdjęć. Przekopałem albumy, by znaleźć te dawno zapomniane. Wiedziałem, że jest tam jedna fotografia, która mnie interesuje. Gdy ją odnalazłem, powiększyłem na cały ekran i mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko. Ja i Iga w szalonym tańcu zostaliśmy poproszeni o zapozowanie, objęliśmy się więc w pasie jak starzy dobrzy znajomi i wyszczerzyliśmy zęby do fotografa. Wtedy miała inny kolor włosów. Były w odcieniu gorzkiej czekolady, przez czubek głowy biegł przedziałek, a ciężkie pasma rozchodziły się na boki. Teraz blond włosy sięgały jej zaledwie do ramion, a postrzępiona grzywka rozsypana na czole, zdecydowanie dodawała jej lekkości. Zamknąłem laptop i odłożyłem go na stolik, ziewając przy tym przeciągłe. Nieprzespana noc dawała mi się we znaki. Zdecydowanie za dużo myślałem o rzeczach, o których myśleć nie powinienem...

***

W niedzielne przedpołudnie zamiast na spacer poszedłem pobiegać, a Helenka zabrała rower, by móc mi dotrzymać tempa. Zrobiliśmy koło wokół pobliskiego jeziora, a potem wróciliśmy do domu. Wykąpałem się i zabrałem córkę do rodziców, by wspólnie z nimi zjeść obiad. Było ciepłe marcowe popołudnie, Helenka bawiła się ze swym kuzynostwem w ogrodzie, grali w badmintona, a ja siedziałem z rodzeństwem i rodzicami pod namiotem, gdzie rozstawiono ogrodowy komplet i niski stolik, na którym znajdowało się jogurtowe ciasto z jagodami, specjał mamy, którym zawsze pachniał nasz dom. W dłoni trzymałem niewielką filiżankę z aromatycznym espresso i przysłuchiwałem się rozmowie rodzeństwa. Starsze ode mnie bliźniaczki rozmawiały o szkole dwóch synów Elizy. Rebeka do tej pory z nikim się nie związała na dłużej, dlatego chętnie pomagała mi przy Helence. Kiedy przeniosłem wzrok na Kacpra, kuzyna Igi, który siedział obok Elizy i przysłuchiwał się rozmowie swojej żony z siostrą, od razu pomyślałem o Idze. Skarciłem się w myślach, gdy do głowy wpadł mi pomysł, by podejść do niego i wypytać o jego kuzynkę. Wypytać, to znaczy dowiedzieć się, czy wciąż jest związana z tamtym chłopakiem, który wtedy przerwał nam tak miły wieczór. Litości! Skarciłem się w myślach, mocno marszcząc przy tym czoło. Zachowywałem się jak napalony nastolatek. By przestać o tym myśleć, przeniosłem wzrok na pozostałą część rodziny. Mój młodszy brat rozmawiał z najmłodszą Aniką o jakiejś nowej aplikacji w telefonie, która była teraz popularna wśród młodzieży. Rodzice przysłuchiwali się nam z ciepłymi uśmiechami na twarzach. Ponad czterdzieści lat małżeństwa, a oni wciąż żyli ze sobą tak, jakby dopiero się poznali. Siedzieli obok siebie, a ojciec trzymał naznaczoną czasem rękę na dłoni ukochanej żony. Zapatrzyłem się chwilę na ten drobny gest, świadczący o uczuciach, które nigdy się nie wypaliły. Podniosłem wzrok i natrafiłem na zatroskane oczy matki, uśmiechnęła się do mnie ciepło, jakby czytała moje myśli i chciała mi przekazać, że i ja kiedyś spotkam kogoś odpowiedniego.

- Wszystko w porządku? - zapytał Izaak, najstarszy z rodzeństwa, który do tej pory siedział obok mnie w milczeniu.

Przekrzywiłem głowę w jego stronę. Był niezwykle podobny do ojca; miał szerokie ramiona i pociągłą twarz, a brązowe włosy oprószyła już siwizna. Miał również tak samo mądre spojrzenie jak nasz ojciec, ale brązowy kolor źrenic, podobnie jak reszta rodzeństwa, odziedziczył po mamie. Tylko ja miałem błękitne oczy taty.

- Jasne, dlaczego pytasz?

- Wyglądasz na zadumanego.

- Myślę o aukcji, a raczej o jutrzejszej konferencji. - Nagiąłem trochę prawdę, bo jutrzejsza konferencja, faktycznie mnie dręczyła, kiedy nie myślałem o Idze.

- Denerwujesz się?

- Raczej irytuję, nie znoszę spotkań z dziennikarzami - wyznałem szczerzę; mdliło mnie na myśl o jutrze.

- Wcale ci się nie dziwię, ale powiesz, co masz powiedzieć i po sprawie. Nie daj się wyprowadzić z równowagi tym hienom. Wiesz, że to ich praca i będą drążyć bez względu na twoje dobre chęci. Najważniejsze jest to, że udało się zebrać dużo pieniędzy.

Przytaknąłem mu głową i upiłem łyk espresso. Miał rację, to było najważniejsze na tę chwilę i na tym postanowiłem skupić swoje myśli.

***

Jak co rano w poniedziałek, Ksawery zawiózł mnie pod wieżowiec Mieszka. Poprawiłem granatową marynarkę od garnituru i sięgnąłem po aktówkę leżącą obok mnie na skórzanej kanapie.

- Czekam na pański telefon - odezwał się mój szofer, kiedy chwyciłem za klamkę.

Podniosłem głowę i odnalazłem jego oczy w lusterku na przedniej szybie, skinąłem na potwierdzenie i bez słowa wyszedłem z SUV-a. Ludzie przemykali pomiędzy wieżowcami, ale nie brakowało im czasu, by skinąć sobie głową na powitanie. Pracownicy korporacji mieli na sobie eleganckie biurowe stroje, mężczyźni tak jak ja nosili garnitury, a panie garsonki bądź sukienki. Mijając ich, odpowiadałem na powitanie, starając się zachować przyjazny wyraz twarzy, aż wreszcie wszedłem do ciepłego budynku, gdzie po przejściu przez bramki od razu udałem się do windy, która miała zawieźć mnie na najwyższe piętro. Gdy drzwi się zamknęły, westchnąłem ciężko i podniosłem wzrok na zegar wskazujący piętra. Nie oderwałem od niego oczu do momentu, aż wskazówka zatrzymała się na ostatnim sześćdziesiątym czwartym piętrze. Praca zawsze sprawiała mi radość, ale mdliło mnie na myśl o dzisiejszej konferencji i to ona od samego rana przyprawiła mnie o podły nastrój. Wyszedłem z windy, w holu krzątali się moi pracownicy. Byli jak mrówki w mrowisku, choć wyglądało to jak chaos, każdy znał swoją drogę i zadanie. Przystawali tylko na chwilę, by się ze mną przywitać, odpowiadałem każdemu: od pani sprzątającej, po dyrektorów różnych sekcji. Za ladą długiego biurka z białego matowego szkła siedziała Kasia, moja asystenta, która pracowała dla mnie od wielu lat.

- Dzień dobry. - Przywitała mnie z tym samym pogodnym uśmiechem jak każdego ranka i od razu wręczyła dzisiejszą pocztę.

- Witaj, przypomnij mi, proszę, co mam dzisiaj w planie.

Skrzyżowałem nogi w kostkach i oparłem łokieć na szklanym blacie, przeglądałem listy, by sprawdzić ich nadawców.

- Dzisiejszy dzień jest raczej luźny. Zaraz przyjdzie do pana Robert, a o jedenastej, w sali B ma pan spotkanie z Teresą z Wilna w sprawie nowych podopiecznych. O trzynastej konferencja prasowa, ogłoszenie przetargu jest o piętnastej, ale Robert mówił, że sam może pójść, ponieważ w tym samym czasie odbędzie się spotkanie dotyczące projektu wieżowca HighPol. Pańscy inżynierowie mają kilka nowych pomysłów, które chcieliby przedyskutować. Zarezerwowali na to spotkanie dwie godziny. Po spotkaniu z projektantami i inżynierami ma pan spotkanie z dyrektorem finansowym - wyrecytowała na jednym wdechu, a potem podniosła na mnie wzrok znad monitora. - Gorąca kawa już czeka w gabinecie, a przed konferencją, przyślę panu lunch - uśmiechnęła się do mnie życzliwie.

- Dziękuję za kawę. - Podszedłem do ściany, na której wisiał czytnik, i przystawiłem kartę, by odblokować drzwi. - A za lunch podziękuję, zjem już w domu.

Podwójne drzwi, które były wykonane z matowego niebieskiego szkła z granatowymi zawijasami, powoli się otworzyły i zamknęły zaraz za mną. Położyłem aktówkę na biurku, a szary płaszcz i marynarkę zdjąłem z ramion i odwiesiłem na wieszak, który stał zaraz obok potężnej, lśniącej, dębowej szafy, w której trzymałem wszystkie dokumenty i sejf. Do pierwszego spotkania miałam jeszcze trochę czasu, by się przygotować. Usiadłem za biurkiem, poluźniłem krawat i włączyłem laptop. Czekając, aż się włączy, upiłem łyk espresso, które przyjemnie rozgrzało przełyk i pobudziło kubki smakowe. Odchyliłem plecy na oparcie skórzanego fotela i rozejrzałem się po swoim biurze. Było niezwykle przestronne; dwie przeciwległe ściany stanowiły panoramiczne okna z najpiękniejszymi widokami na wschodnią i południową część Warszawy, dzięki nim przez większość dnia do środka wpadało słońce. Pod jedną z takich ścian, po zejściu trzech stopni, ustawiona była zamszowa kremowa kanapa w kształcie litery C, a przed nią niski szklany stolik, na którym zawsze stały świeże i pachnące kompozycje kwiatowe. Tu również zapraszałem partnerów biznesowych, by móc z nimi omówić pierwsze szczegóły współpracy. Ludzie czuli się tam komfortowo i łatwiej negocjowało się z nimi warunki. Wróciłem wzrokiem do laptopa i wpisałem hasło, w tym momencie zadzwonił telefon, podniosłem słuchawkę.

- Tak?

- Przyszedł Robert.

- Dobrze. - Odłożyłem słuchawkę i wcisnąłem guzik, który zainstalowany był pod biurkiem.

Matowe drzwi się rozchyliły, wpuszczając do środka mojego przyjaciela. Przywitałem go i wstałem z krzesła, by uścisnąć mu dłoń. Usiadł naprzeciw mnie.

- Wyglądasz nieswojo, wszystko w porządku? - zapytał, przyglądając mi się uważnie.

Pokręciłem głową, by nie pytał.

- Konferencja, źle przez nią spałem... - Zaczerpnąłem głęboko powietrza, gdy dostrzegłem w jego oczach, że mi nie uwierzył i nie zamierza odpuszczać.

- Ile się znamy? - zapytał, zakładając nogę na nogę i oparł plecy o fotel.

- Za długo - zażartowałem. Robert cierpliwe czekał, aż powiem mu coś więcej. - Tamto spotkanie... nie mogę o nim zapomnieć, a przez to nawet spać.

- Czyżby wreszcie trafiła cię strzała amora? - zapytał rozbawiony.

Spojrzałem na niego z politowaniem.

- Ty jak już coś powiesz...

- Dzwoniłeś do niej?

- Co miałbym jej powiedzieć?

- Ile ty masz lat? Trzynaście czy trzydzieści jeden? Zadzwoń i zaproponuj kawę, to prostsze niż myślisz.

- To nie jest dobry pomysł, a teraz koniec plotek, mamy ważniejsze sprawy na głowie. - Potarłem o siebie dłonie i przysunąłem bliżej biurka. - Zacznijmy od konferencji...

Robert wywrócił oczami, lecz w końcu tak samo jak ja przyjął bardziej oficjalną postawę i już po chwili byliśmy pochłonięci przygotowywaniem strategii rozmowy z tymi pijawkami.

***

Konferencja prasowa miała dotyczyć piątkowego balu. Kiedy wszedłem na salę, rozmowy przycichły, a w ruch poszły aparaty fotograficzne. Zająłem miejsce pośrodku długiego stołu, po prawej stronie siedziała moja asystentka, a po lewej Robert. Ułożono przed nami mikrofony różnych stacji telewizyjnych i radiowych. Przywitałem dziennikarzy szerokim uśmiechem, choć tak naprawdę, robiło mi się gorąco na widok aparatów i blasków fleszy. To jedyna rzecz, jakiej nienawidziłem w swojej pracy, ale bez dziennikarzy nie mógłbym działać na szerszą skalę.

Skinąłem głową kobiecie, która odpowiadała za przebieg konferencji, na znak, że możemy zaczynać.

- Pierwsze pytanie. - Wskazała ręką dziennikarza, który wybił się przed szereg.

- Daniel Walicki, gazeta "Moja Warszawa". Ile udało się zebrać pieniędzy?

- Całościowa kwota to pięć milinów osiemset tysięcy i trzysta trzydzieści pięć złotych.

- Jaką ma pan z tego gażę?

Przymrużyłem mocno powieki, miałem ochotę go rozszarpać za tak kretyńskie pytanie.

- Moim wynagrodzeniem jest uśmiech dzieci, to znacznie cenniejsze od pieniędzy. - Uśmiechnąłem się na siłę do natrętnego dziennikarza, którego szczerze nienawidziłem.

- Chce pan powiedzieć, że żaden grosz nie wpadnie do pańskiej kieszeni? - dopytywał.

- Chcę i mówię. Nie zbierałem tych pieniędzy dla siebie.

- A jednak... Dotarliśmy do informacji, że w uprzednim roku, po podobnej aukcji, zainkasował pan dla siebie trzydzieści procent z całej kwoty, czy to prawda?

Wszyscy zebrani na sali zaczęli szeptać. Czułem, jak żyła na szyi zaczyna pulsować z nerwów. Walicki uśmiechał się do mnie kpiąco. Udało mi się jednak zachować zimną krew i tym razem to ja zapytałem:

- Mogę teraz zadać panu pytanie? - Nie czekając na odpowiedź, przeszedłem do kontrataku. - Czy widział pan kiedyś, jak śmierć próbuje odebrać rodzicom dziecko, bo tych nie stać na drogie leczenie za granicą? - Mężczyzna niezadowolony odwrotem sytuacji, ściągnął brwi. - Czy widział pan kiedyś, jak osierocone dziecko umiera z zimna i głodu? A może widział pan kiedyś jak ojciec lub matka, krzywdzi swoje dziecko wyłącznie dla własnej rozrywki? - Już nie miał na twarzy tego durnego ciekawskiego uśmiechu; był raczej wściekły za to, że miałem czelność tak się do niego odezwać. - No widzi pan... gdyby pan widział choć jedną z tych rzeczy, a do tego miał w sobie choć odrobinę człowieczeństwa, zrobiłby pan wszystko, by pomóc tym dzieciom, tak jak ja. Mam pieniądze, ale nie tyle, by samemu nieść pomoc, stąd aukcja. Raz do roku, tylko raz... - Podkreśliłem twardo, równocześnie unosząc palec wskazujący ku górze. - ...proszę o wsparcie, przez pozostały czas, wykładam swoje ciężko zarobione pieniądze, by im pomóc, więc proszę mi nie wmawiać, że zabieram je dla siebie, bo choć cierpliwy ze mnie człowiek, aż mnie krew zalewa, gdy słyszę takie oskarżenia - zakończyłem ostro.

Na sali zapadła głucha cisza. Mężczyzna opadł na krzesło bez słowa. Żyły na rękach miałem mocno uwydatnione, sięgnąłem po wodę i napiłem się, by choć trochę ostudzić nerwy. Odstawiłem szklankę z głośnym stukiem i skinąłem głową, by kontynuować konferencję.

- Następne pytanie.

- Kiedy te pieniądze trafią do potrzebujących? - zapytał ktoś inny.

- Jak najszybciej to możliwe.

- Do których oddziałów?

- Po połowie do Wilna i Krakowa - odpowiedział Robert.

- Kim jest blondynka, z którą widziano pana podczas balu?

Słysząc to pytanie, ponownie się zagotowałem z nerwów. Zacisnąłem mocno zęby.

- To nie jest tematem konferencji - odparłem szorstko.

- Według naszego informatora, to pańska długo ukrywana narzeczona, czy może pan to potwierdzić?

- Potwierdzam, że możecie zmienić informatora. - Sala parsknęła śmiechem. - Dla was każda kobieta, która się do mnie uśmiechnie lub, co gorsza, zamieni ze mną słowo, jest moją narzeczoną. Idąc waszym tokiem myślenia, już dawno powinienem mieć swój harem, a mimo to za każdym razem jak trafiam na okładki waszych gazet, nazywacie mnie kawalerem. Czy mają państwo jeszcze jakieś pytania odnośnie do balu i aukcji?

- Co pan jako organizator przeznaczył na aukcję?

- Swój letni dom w Zakopanem.

- Kto go wykupił?

- Nie mogę zdradzić tej informacji. Jak państwo wiedzą, dla komfortu moich gości, bal odbywał się bez udziału dziennikarzy. Jeżeli nowy właściciel będzie chciał się tym faktem pochwalić, myślę, że wasze tropicielskie oko i ucho to wywęszy. - Uśmiechnąłem się do nich cynicznie.

- Czy to była najcenniejsza rzecz, jaką wystawiono na aukcji?

- Czy najcenniejsza, tego nie wiem. Z pewnością najdroższa, ale każdy człowiek ceni sobie inne rzeczy.

- Na co zostaną przeznaczone tym razem pieniądze?

- Jeżeli chodzi o Kraków, jak zwykle te pieniądze będą finansować drogie operacje i ściągnięcie do kraju lekarzy, by dzieci nie musiały pokonywać drogi do Stanów Zjednoczonych. W fundacji zostaną one przekazane na wycieczki dla moich podopiecznych i odłożone na ich kapitał, gdy już opuszczą fundację i zaczną życie na własny koszt.

Na sali zapadła cisza. Moja asystentka zabrała głos:

- Skoro to wszystkie pytania, serdecznie dziękujemy.

Bez słowa wstałem od stołu równo z Kasią i Robertem i gęsiego opuściliśmy duszne pomieszczenie.

- Co za kut... - syknął pod nosem mój przyjaciel.

Tylko westchnąłem w odpowiedzi. Powoli przyzwyczajałem się już do ataku dziennikarzy, którzy nie wierzyli w to, że będąc Żydem, a nie chrześcijaninem, potrafię pomóc bezinteresownie drugiemu człowiekowi w potrzebie. Ale tego całego Daniela wyjątkowo nie lubiłem. Jego gazeta wiecznie przekręcała fakty i próbowała mnie zmieszać z błotem, tylko dlatego, że byłem innowiercą.

- Robercie, wracaj do siebie, widzimy się później. Sporządź raport z przetargu i przynieś mi go przed wyjściem.

Rozeszliśmy się w swoje strony. Moja sekretarka ruszyła razem ze mną do windy. Gdy drzwi się zamknęły, wsunąłem dłonie w kieszenie spodni i głośno westchnąłem.

- Jak mogą panu zarzucać takie rzeczy?

- To była prowokacja. Może mieli nadzieję, że pod takimi zarzutami się zająknę, a oni wezmą to za przyznanie się do winy i zrobią z tego niezłą aferę.

- Myślę, że ten dziennikarz jest już spalony w swojej branży.

Spojrzałem pobłażliwie na stojącą obok młodą dziewczynę.

- Właśnie tacy zarabiają najwięcej; tacy, którzy nie boją się zadawać niewygodne pytania.

- Przynajmniej udało się panu, zetrzeć mu z twarzy ten irytujący uśmiech.

Parsknąłem śmiechem.

- To prawda.

***

Po spotkaniu z inżynierami wróciłem do biura i usiadłem przed laptopem. Przeglądałem wiadomości z kraju, gdy wyświetliła mi się reklama artykułu dotyczącego balu. Kliknąłem link, choć nigdy nie odwiedzałem portali plotkarskich. Przeglądałem zdjęcia ludzi, którzy pozowali na ściance, aż znalazłem to, na którym najbardziej mi zależało. Przez moje ciało przemknął elektryzujący dreszcz, a serce zareagowało przyspieszonym rytmem na widok Igi, uśmiechającej się promiennie do fotoreporterów. Patrząc w te zielone oczy, do których z pewnością dobrano szmaragdową sukienkę z mieniącej się satyny, miałem wrażenie, że telefon, który trzymałem w kieszeni, zaczyna mnie palić, jakby coś próbowało mnie zmusić, bym go wyjął i zadzwonił do niej. Na kolejnym zdjęciu było widać skrawek odkrytych pleców, a następny dreszcz przetoczył się z podwójną siłą przez ciało. Wtedy gdy niefortunnie wylała na mnie szampana i stanęła do mnie tyłem, tak że mogłem dostrzec to kuszące wycięcie w kształcie V na smukłych plecach, po których biegł wzdłuż kręgosłupa mieniący się kamykami łańcuszek, moje serce przyspieszyło, a razem z nim oddech. Nigdy się tak nie zachowywałem, ale wtedy musiałem walczyć z rękoma, które same wyrywały się, by przesunąć opuszkami po skórze pachnącej słodkimi kwiatowymi perfumami, bo tak bardzo chciałem poczuć jej miękkość. Iga Podgórna po raz kolejny wywróciła mój poukładany świat do góry nogami.

Zamknąłem stronę internetową, by dłużej się nie dręczyć, wstałem z fotela, zrzuciłem z ramion marynarkę i poluźniłem krawat. Zszedłem po schodkach i podszedłem do przeszklonej ściany. Dłonie wcisnąłem w kieszenie spodni, a kiedy palce natrafiły na gładki ekran telefonu, miałem wrażenie, że ten jeszcze bardziej pali. Wyjąłem go i odnalazłem numer Igi. Wziąłem głęboki wdech, a potem wcisnąłem telefon z powrotem do kieszeni, a wzrok uwiesiłem na rozpościerającej się wokół stolicy. Ona z pewnością wciąż z nim jest, już wtedy widziałem, że ich związek to nie tylko młodzieńcze zauroczenie, zbyt intensywnie na siebie patrzyli. Takie związki nie rozpadają się z byle powodu. Czas, bym przełknął gorycz i pogodził się z faktem, że Iga nie jest w moim zasięgu.

Telefon na biurku znów zaczął dzwonić. Podszedłem szybko i pochylając się nad szklanym blatem, sięgnąłem po słuchawkę.

- Tak?

- Dyrektor Jarek Kostecki jest już na miejscu.

- Daj mi minutę.

Odłożyłem słuchawkę, poprawiłem krawat i białą koszulę, a potem włożyłem z powrotem marynarkę i wyszedłem na spotkanie, które do najmilszych nie miało należeć.