Druga szansa - Kylie Scott

Kup ebooka

31.90 zł
25.84 zł (25,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Salon tatuażu znajduje się przy ruchliwej ulicy w najlepszej części śródmieścia Portland w stanie Maine. Na szybie widnieje elegancki napis: "Larsen and Sons Tattoo Parlor". W środku gra muzyka, dwóch facetów siedzi na zielonym aksamitnym szezlongu i przegląda książki. Wszystko jest bardzo czyste, schludne, wspaniale wygląda. Słychać również warkot maszynki do tatuażu.

Na mój widok dziewczyna za ladą zamiera i otwiera szeroko usta. Jest ładna i drobna, ma ogoloną głowę.

- Cześć. - Próbuję się uśmiechnąć. - Czy mogę rozmawiać z...

- To chyba jakieś jaja! - rozlega się znienacka głęboki głos.

Patrzę w oczy wysokiemu mężczyźnie o ciele pokrytym tatuażami. Ma krótkie jasnobrązowe włosy i szczupłą, ale umięśnioną sylwetkę. Jest ubrany w dżinsy, dizajnerskie trampki i koszulkę z logo jakiejś kapeli. Gdyby nie patrzył na mnie spode łba, z pewnością wyglądałby na bardzo przystojnego. Chociaż nie - jest przystojny, niezależnie od wściekłego spojrzenia. Na kwadratowej szczęce ma zarost okalający idealne usta. Prosty nos, wysokie kości policzkowe.

W przeciwieństwie do mnie ten człowiek jest dziełem sztuki.

- Nie, nie ma szans - mówi i podchodzi bliżej. Wielką dłonią mocno łapie mnie za przedramię, ale nie jest brutalny. - Nie możesz wrócić.

- Nie dotykaj mnie.

Ignoruje moje słowa, prowadzi mnie z powrotem w kierunku drzwi. Czuję narastającą panikę i mocno walę go w pierś.

- Ej, kolego! Nie. Dotykaj. Mnie.

Mruga zaskoczony.

- Kolego?

Nie wiem, czego się spodziewał, ale mnie puszcza.

Dopiero po minucie udaje mi się uspokoić oddech. Szlag. Teraz gapią się na mnie już wszyscy: dziewczyna za ladą i dwóch facetów na szezlongu. A także kobieta o brązowej skórze i pięknych włosach, trzymająca maszynkę do tatuażu, i jej starszawa klientka. Zebrała się nam tutaj niezła publiczność. Dochodzący z głośników męski krzyk stanowi wyłącznie tło.

- Idź stąd - rozkazuje rozmówca, tym razem ciszej, ale wciąż ostrym tonem.

- Najpierw muszę zadać ci kilka pytań.

- Nie.

- To twoje dzieło? - pytam i podciągam rękaw koszulki, by pokazać ramię.

Przepiękny tatuaż. Kilka fiołków o oliwkowozielonych łodygach i liściach. Obrazek wygląda niemal jak rysunek z zielnika. Brakuje mu tylko korzenia.

Facet mruży oczy.

- Oczywiście, że tak.

- Czyli byłam twoją klientką. Dobrze. - No to mam konkret. Świetnie. Konkrety nadają mojemu światu strukturę i sprawiają, że rzeczy nabierają sensu. Niewiadome mnie wkurzają. - Nie zapłaciłam ci za to czy jak?

- O czym ty, u diabła, gadasz?

- Jesteś na mnie wściekły.

Nagle zwraca uwagę na moją brew. Wrogość i zakłopotanie w jego oczach zamieniają się w zdziwienie.

Natychmiast przygładzam grzywkę, próbuję ukryć część twarzy. Głupio, że się krępuję, ale nic na to nie poradzę.

On delikatnie odsuwa moją dłoń i rozdziela włosy, żeby zobaczyć.

Ten intymny gest wprawia mnie w zakłopotanie. Ponieważ robił mi tatuaż, z pewnością mnie dotykał, ale teraz wtargnął w moją przestrzeń i mam wrażenie, że kryje się za tym coś więcej. Chcę się cofnąć, ale nie mam dokąd. Poza tym on przecież nie robi mi krzywdy, tylko podkręca moje zdenerwowanie. Ale mimo że nie lubię czuć się osaczona, jakaś część mnie nie ma nic przeciwko temu, by mnie dotykał.

Dziwne. Może potrzebuję seksu albo coś? Może ten facet jest w moim typie? Nie wiem.

Gdy mi się przygląda, na jego czole pojawiają się głębokie zmarszczki. To właśnie dlatego zrobiłam sobie grzywkę. Blizna zaczyna się centymetr od linii włosów, a kończy poniżej prawej brwi. Jest szeroka i poszarpana, ciemnoróżowa.

Dość tego.

Opieram dłoń o jego pierś i go odpycham. Na szczęście sam się ode mnie odsuwa. Robi mały krok, ale zawsze.

- Czyli mnie znasz? - próbuję wyjaśnić tę kwestię. - Lepiej niż innych klientów?

Ale on tylko się na mnie gapi. Nie wiem, co oznacza wyraz jego twarzy. Może to mieszanina niezadowolenia i zakłopotania? Naprawdę jest całkiem przystojny.

Zaczyna się nowa piosenka. Tym razem śpiewa kobieta.

- No i?

Wreszcie się odzywa.

- Kurwa, co się z tobą stało?

Tydzień wcześniej

- Gotowa?

Przestaję wierzgać i zeskakuję ze szpitalnego łóżka.

- Tak.

- To dobrze. Samochód już czeka, pojedziemy prosto do domu. Wszystko ogarnięte - mówi moja siostra z pewnym siebie uśmiechem. - Nie ma się czym przejmować.

- Niczym się nie przejmuję - kłamię.

- Chcesz jeszcze raz zobaczyć zdjęcia mojego domu?

- Nie, w porządku.

Moja siostra ma na imię Frances (nie Fran czy Frannie), jest policjantką i mieszka w North Deering. Obwinia się za to, co się stało. To pewnie przez tę pracę.

Ma trzydzieści lat, jest pięć lat starsza ode mnie. Mamy takie same włosy w odcieniu truskawkowego blondu i niebieskie oczy, małe piersi i biodra stworzone do rodzenia dzieci. To jej słowa, nie moje. Powiedziałam jej już, że to bardzo kiepski opis. Jednak w moim obecnym stanie muszę polegać na opisach innych osób.

Zresztą ja i moja siostra jesteśmy do siebie podobne. Widziałam to na różnych zdjęciach i w lustrze, więc to konkret.

- Ej, Clem. - Pielęgniarz Mike zagląda do środka. - Wszystko załatwione, możecie jechać. Masz jeszcze jakieś pytania albo życzenia?

Kręcę głową.

- Jeśli będziesz miała jakieś problemy, dzwoń do gabinetu doktora Patela, dobrze?

- Tak.

- Melduj się, dzieciaku. Dawaj znać, jak się sprawy mają.

- Dobrze.

Mike wychodzi.

- Chcesz zabrać kwiaty? - pyta moja siostra.

Znów kręcę głową. Nadszedł czas. Na mnie już pora.

Frances po prostu stoi przy drzwiach i czeka.

Moim pierwszym wspomnieniem jest obudzenie się w tym szpitalu, choć tak naprawdę ocknęłam się późno w nocy na ulicy w centrum miasta. Jakaś para znalazła mnie nieprzytomną i zakrwawioną na chodniku. Bez dokumentów. Bez torebki i portfela. A nieopodal leżało narzędzie zbrodni, czyli pusta, zakrwawiona butelka po szkockiej. Walter, połowa pary, która mnie znalazła, zalewa się łzami za każdym razem, gdy opisuje tamtą noc. Ale Jack, jego partner, który był dwa razy w Wietnamie, widział o wiele gorsze rzeczy. To oni jako pierwsi przynieśli mi kwiaty. Nie żebym dostała ich jakoś dużo. Mam niewielu przyjaciół.

Najwyraźniej poprzednia ja samotnie udała się na kolację. Jej ostatni posiłek składał się z ravioli z serem i szpinakiem w sosie dyniowym i butelki Peroni. (Detektyw Chen powiedział, że to włoskie piwo o drożdżowym posmaku, które idealnie pasuje do makaronu. Brzmi nieźle. Może kiedyś go spróbuję). Kamery zarejestrowały ją, jak pobierała z bankomatu sto pięćdziesiąt dolarów, po czym odeszła w ciemną noc. Na cichej bocznej uliczce, gdzie zaparkowała samochód, nie było, niestety, żadnych kamer. Znajdował się tam tylko napastnik.

I właśnie w ten sposób zginęła Clementine Johns.

Na korytarzu, jak zwykle w godzinach porannych, mieszają się pacjenci, goście i personel medyczny. Wycieram spocone dłonie o spodnie. Miło jest mieć na sobie prawdziwe ubranie - czarne sandały, niebieskie dżinsy i białą koszulkę. Nic rzucającego się w oczy, co w jakikolwiek sposób by mnie wyróżniało. Pragnę wmieszać się w tłum, obserwować i się uczyć. Bo jeśli jesteśmy sumą naszych doświadczeń, to ja jestem nikim i niczym.

Frances obserwuje mnie kątem oka, ale się nie odzywa. Często tak się zachowuje. Powiedziałabym, że jej milczenie przyprawia mnie o paranoję, ale w sumie to już jestem paranoiczką.

- Na pewno wszystko w porządku? - pyta, gdy czekamy na windę.

- Tak.

Wsiadamy. Kiedy ruszamy z miejsca, mój znerwicowany żołądek unosi się i opada. Przechodzimy przez zatłoczone lobby, potem wychodzimy na słońce. Widzę błękitne letnie niebo, kilka zielonych drzew i mnóstwo szarego betonu. Obok jest ruchliwa jezdnia, wokół kręci się mnóstwo ludzi. Lekki wietrzyk targa mi włosy.

Światła stojącego opodal białego sedana migają i Frances otwiera bagażnik, żebym mogła włożyć tam moją małą walizkę. Niepokój zamienia się w ekscytację; nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Widziałam samochody w telewizji, a zaraz po raz pierwszy w życiu przejadę się jednym z nich...

Teraz

- Amnezja - mamrocze po raz setny.

Zazwyczaj po tym słowie następuje "kurwa", "cholera" lub jakieś inne przekleństwo. Jednak nie tym razem. Może wreszcie zaczyna się przyzwyczajać?

Siedzę w boksie naprzeciwko niego, przeglądam menu z drinkami. Jest tak samo obrzydliwe i lepkie jak stół.

- Czy mogę podać coś jeszcze? - pyta kelner z wyćwiczonym uśmiechem.

- Poproszę pi?a coladę.

- Nienawidzisz kokosów - informuje mnie Ed Larsen i odchyla się na swoim krześle.

- Aha.

- Może margarita?

- Wezmę to, co zaproponował - mówię do kelnera, który pewnie sobie myśli, że łączy nas dziwny układ pana i poddanej.

Ed zamawia kolejne jasne piwo. Nie przestaje mnie obserwować.

Nie wiem, czy to jego jawne gapienie się na mnie jest lepsze czy gorsze od ukradkowych spojrzeń mojej siostry. Zaproponował, żebyśmy poszli do niego i porozmawiali. Nie zgodziłam się. Nie znam tego faceta, nie czułabym się bezpiecznie. Więc przyszliśmy tutaj.

W barze panuje półmrok i prawie nie ma gości, bo jest jeszcze bardzo wcześnie. Ale przynajmniej to miejsce publiczne.

- Ile masz lat? - pytam.

W odpowiedzi wyciąga z tylnej kieszeni portfel i podaje mi swoje prawo jazdy.

- Dziękuję. - Każda informacja jest dobra. Potrzebuję jak najwięcej konkretów. - Jesteś siedem lat starszy ode mnie.

- Tak.

- Jak poważny był nasz związek? Długo się ze sobą spotykaliśmy?

Oblizuje usta, odwraca wzrok.

- Nie możesz pogadać o tym z kimś innym? Na przykład ze swoją siostrą?

Nie odpowiadam, tylko na niego patrzę.

Marszczy czoło, a potem wzdycha.

- Zanim ze sobą zamieszkaliśmy, widywaliśmy się przez jakieś pół roku. A mieszkaliśmy razem osiem miesięcy.

- To brzmi dość poważnie.

- Skoro tak twierdzisz...

Nie wygląda na zbyt zadowolonego. Ale przecież muszę wiedzieć wszystko.

- Czy ja cię zdradziłam?

Teraz już nie tylko marszczy czoło, ale i rzuca mi wściekłe spojrzenie.

Wygląda bardzo groźnie, ja jednak z trudem powstrzymuję uśmiech. Ten facet musi mieć niesamowite DNA. Jest taki piękny. I do tego męski. Nie przywykłam jeszcze, że ludzie mi się podobają, ale pod wpływem jego spojrzenia moje serce zaczyna bić szybciej. I czuję mrowienie między udami, co jest dla mnie nowym i dość przytłaczającym uczuciem. Mam ochotę chichotać i bawić się swoimi włosami, jak jakaś tępa kretynka.

Ale tego nie robię.

- Po prostu mam wrażenie, że to ja jestem tą złą.

- Nie, nie zdradziłaś mnie - mruczy. - A ja nie zdradziłem ciebie, niezależnie od tego, co sobie myślałaś.

Natychmiast unoszę brwi.

- Aha. Więc dlatego zerwaliśmy?

- To jest jakieś popieprzone. Właściwie to było popieprzone już od samego początku. - Odwraca się i dopija piwo. - Jezu.

Nie odzywam się. Po prostu czekam.

- Nie masz żadnych wspomnień? Żadnych uczuć do mnie? Czegokolwiek?

- Nie. Nic.

W jego szczęce drga mięsień. Zwija dłonie w pięści.

- To się nazywa amnezja wsteczna - próbuję wyjaśnić. - Zniknęło to, co lekarze nazywają "pamięcią epizodyczną", wszystkie moje wspomnienia dotyczące wydarzeń, ludzi i historii. Informacje osobiste. Nadal jednak umiem zaparzyć filiżankę kawy, przeczytać książkę czy prowadzić samochód. Ogarniam większość czynności. Takich, które wcześniej często się powtarzały, wiesz? Ale oczywiście w tej chwili nie wolno mi prowadzić. Mój samochód stoi przed domem siostry i się kurzy. Lekarze powiedzieli, żebym dała sobie trochę czasu, zanim ponownie wsiądę za kierownicę. Muszę mieć pewność, że dam radę. Poza tym ponoć część mojego mózgu, ta odpowiedzialna za zahamowania i zachowania społeczne i tak dalej, jest nieco uszkodzona, więc nie zawsze reaguję właściwie, a przynajmniej niekoniecznie tak, jak można by się spodziewać po mnie na podstawie moich wcześniejszych zachowań. Nie jestem już jak poprzednia ja.

- Poprzednia ty?

Wzruszam ramionami.

- To dla niej równie dobra etykietka jak każda inna.

- Ona jest tobą. Ty jesteś nią.

- Być może. Ale wciąż jest mi zupełnie obca.

- Chryste! - mruczy.

To dziwne.

- Denerwuję cię. Przepraszam. Ale brakuje mi wielu informacji i mam nadzieję, że mi pomożesz.

Kelner przynosi nasze drinki. Szklanka z margaritą ma brzeg obsypany solą i pachnie cytryną. Biorę łyk i uśmiecham się.

- Smaczna.

On sięga po piwo z ponurą miną. Tatuaż na przedramieniu przesuwa się wraz z mięśniami pod skórą. Jego tatuaże opowiadają różne historie. Butelka z napisem "Trucizna", z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, wśród róż. Anatomiczny rysunek serca. Maszynka do tatuażu. Latarnia morska z rozbijającymi się pod nią falami. Zastanawiam się, czy to Portland Headlight, czy ta słynna Cape Elizabeth. Niedawno mówili coś o niej w telewizji. Jego tatuaże są w pewien sposób hipnotyzujące. Tak jak gdyby wszystkie razem opowiadały jakąś historię temu, kto potrafi ją zrozumieć.

Ed odsuwa piwo na bok.

- No więc, skoro nie pamiętasz, to powinienem zapomnieć o tym wszystkim, co nawywijałaś, i ci pomóc? Bo to była "poprzednia ty", a nie dziewczyna, która właśnie przede mną siedzi?

- Oczywiście decyzja należy do ciebie...

- Dzięki, Clem - mówi zgorzkniałym głosem. Słyszę, jak próbuje zapanować nad wściekłością. - To naprawdę cholernie wspaniałomyślne z twojej strony.

Wzdrygam się, bo nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś kieruje do mnie przekleństwa. Oczywiście Ed przeklina od samego początku, ale z jakiegoś powodu teraz to na mnie zadziałało. Siłą rzeczy zastanawiam się, do jakiego stopnia on potrafi się wściec. Jest ode mnie wyższy i ma szersze ramiona. No i miałam już przedsmak siły, z jaką może kogoś złapać.

- Cholera. - Wzdycha na widok mojej reakcji. - Clem, nie... Nie rób takiej miny. Nigdy bym cię nie skrzywdził.

Nie wiem, co odpowiedzieć, więc biorę łyk swojego drinka.

- Rozumiem. Jestem dla ciebie obcą osobą - mówi, tym razem łagodniej. - Clementine, spójrz na mnie.

Widzę w jego oczach skruchę i smutek. Nie wściekłość.

- Przysięgam, nigdy bym cię nie skrzywdził. Ze mną jesteś bezpieczna.

- Dobrze. - Powoli kiwam głową. - To głupie imię, nie sądzisz?

- Twoje? Nie wiem. Zawsze mi się podobało.

Mam ochotę się uśmiechnąć.

- Mieszkasz u siostry?

- Tak.

- I jak się dogadujecie?

- Jest okej.

Kącik jego ust nieznacznie się unosi.

- Ty i Frances zawsze się o coś kłóciłyście.

- Właściwie to wcale mnie to nie dziwi - śmieję się. - Akceptowała cię?

- Musisz ją o to zapytać.

- Och, mam do niej mnóstwo pytań.

Tym razem patrzy na mnie w zamyśleniu. Jak gdyby przetwarzał jakieś informacje. Wiele mu już powiedziałam i wiem, że potrzebuje trochę czasu, żeby poukładać sobie to wszystko w głowie. Piję więc moją margaritę i obserwuję kobietę za barem i dwóch mężczyzn, którzy siedzą na stołkach i rozmawiają. Ta knajpa bardzo mi się podoba, chociaż nie spełnia podstawowych standardów sanitarnych. Można się tu odprężyć.

Być może jest to miejsce w moim typie.

- Chyba nie mam zbyt wielu przyjaciół - mówię i do głowy przychodzi mi pewne pytanie. - Zawsze byłam taką trochę samotniczką?

Ed kręci głową.

- Miałaś przyjaciół. Jednak najwyraźniej odcięłaś się od nich, gdy mnie zostawiłaś.

- Dlaczego?

- Nie wiem - odpowiada i lekko zwiesza ramiona. - Może chciałaś zacząć wszystko od nowa? Może nie miałaś zamiaru opowiadać wszystkim o naszym rozstaniu i tak dalej. Może po prostu pragnęłaś samotności.

Hm.

- Daj mi swój telefon, to wstukam mój numer. - Wyciąga rękę. - Na pewno usunęłaś mnie z kontaktów.

- Nie mam telefonu. Gdy mnie napadnięto, zabrano mi torebkę i wszystko, co w niej było.

Unosi brwi.

- Czyli chodzisz po mieście bez telefonu? Clem, to niebezpieczne.

- Ostatnim razem posiadanie telefonu nie bardzo mi pomogło.

- Dokończ drinka. - Wskazuje brodą szklankę. - Podrzucę cię do Frances. Po drodze zatrzymamy się w sklepie i kupimy ci kilka rzeczy.

Ciekawy pomysł. No i Ed wydaje się miłym facetem. Takim, któremu kiedyś na mnie zależało. Ale z tego, co powiedział na temat rozstania, wynika, że przeszliśmy przez piekło. Mimo jego zapewnień równie dobrze to on mógł mnie zdradzić. Złamać mi serce. Zniszczyć mi życie. I takie tam.

No bo co powiedziałby ten, który zdradził?

- Skoro jeszcze nie złapano drania, który ci to zrobił, powinnaś nosić przy sobie gaz łzawiący. Taki przypinany do kluczy. - Wyjmuje z portfela pieniądze i kładzie je na stole. Potem zamiera. - No co?

- Tylko myślę.

- Tak? - Przekrzywia głowę. Pasemko brązowych włosów opada mu na oko. - O czym?

- O wielu rzeczach - odpowiadam. - Nagle stałeś się bardzo pomocny. Zaczynam nabierać podejrzeń. No bo skoro mamy za sobą taką trudną przeszłość, to dlaczego w ogóle miałbyś chcieć się ze mną przyjaźnić?

- Nie mam żadnego interesu w byciu twoim przyjacielem.

- Ach tak?

- Zaufaj mi, nie ma szans na przyjaźń. - Ed się uspokaja. Na jego ustach pojawia się uśmieszek.

Jasna cholera, ten uśmiech... Słabiutki, ale i tak na mnie działa.

Zaczynam się wiercić.

- Rozumiem.

- Nie, nie rozumiesz. Clem, rozjebałaś mnie. Spieprzyłaś nasz związek. I nie wybaczę ci tego, nieważne, czy pamiętasz, że to zrobiłaś, czy nie. Ale nikt nie zasługuje na to, by go napadano i bito do nieprzytomności. Odpowiem więc na twoje pytania i dopilnuję, żebyś miała przy sobie komórkę i coś, czym w razie czego mogłabyś się bronić. A potem będziesz zdana wyłącznie na siebie.

- Czyli pomagasz mi tylko dzisiaj?

- Nie. Dlatego daję ci mój numer. Jak już mówiłem, jeśli przyjdzie ci do głowy jakieś pytanie, możesz wysłać mi esemesa, a ja na niego odpowiem. O ile będę umiał.

- Czyli mogę zadawać ci pytania w wiadomościach. - Skoro chce określić nasze przyszłe kontakty, nie mam nic przeciwko. - Ale to wszystko.

- Właśnie.

- Dobrze. Ma to sens. - Kiwam głową. - Ach, i dzięki. Dziękuję.

- Wystarczy jedno lub drugie. Nie musisz mówić obu słów.

Uśmiecham się. Z jakiegoś powodu znów czuję zdenerwowanie.

- Tak, ja tylko... Nieważne.

- Jedziemy, gdy tylko będziesz gotowa - mówi i wychodzi z boksu.

Co oznacza, że chce już stąd wyjść. Nie wiem, dlaczego ludzie po prostu nie mówią tego, co myślą.

Dopijam drinka i ocieram sól z warg. Kiedy przyłapuję Eda na tym, że mnie obserwuje, gwałtownie się odwraca. Dziwne. Do tej pory jego ruchy były dość płynne, niemal pełne gracji jak na tak dużego mężczyznę. Chyba naprawdę chce się mnie pozbyć. I wcale mu się nie dziwię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki