Druga połowa serca - Ewelina Turczak

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog

Podziękowania

Rozdział 1

Nieznajomy

Wczoraj wieczorem myślałam, że zanudzę się na śmierć. Ileż można czekać na własną robotę? Ciągle dostawałam zlecenia, ale to było wyjątkowo nudne. Laska ewidentnie nie zamierzała się wychylić ze swojego ciepłego, ekstrawaganckiego domku, a ja marzłam na tym zimnie, czekając, aż wystawi swój zoperowany nos przed lufę mojego kochanego CZ 75.

Gdzie ta wiosna, ja się pytam! - pomyślałam.

Wiecie, co najbardziej wkurzało mnie w tej robocie? Czekanie. Planowanie. Uważanie, by nie popełnić błędu, który może kosztować mnie życie, ewentualnie mogłam trafić za kratki. Za to kasa za wykonanie zlecenia była satysfakcjonująca. Do tego adrenalina, która we mnie wtedy buzowała, emocje - wszystko to było dla mnie jak pożywienie. Żywiłam się śmiercią.

Tak, byłam płatną zabójczynią. I z tego, co wiedziałam, zajebiście dobrą w tym, co robiłam. Nie zostawiałam śladów, nikt nie był w stanie mnie namierzyć, ciągle zmieniałam tożsamość, dzięki czemu byłam jak widmo - byłam duchem, który prześladował swoje ofiary.

Mam na imię Octavia, mam dwadzieścia siedem lat i byłam płatnym mordercą. Czy to moja praca? Tak, myślę, że mogłam nazwać to pracą.

Czy to lubiłam? Cholernie! A to chyba trochę chore. Z tym że ja nie byłam normalna. Nigdy.

Nie wnikałam w to, kogo miałam zabić. Wyznawałam zasadę: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Zdawałam sobie sprawę, że to popieprzone, ale nie obchodziło mnie to, co myśleli inni. Nie obchodził mnie nikt.

Za coś jednak trzeba było żyć. Od małego szkolono mnie na zabójcę, szkolono mnie, jak zabić. Liczyła się dla mnie niezależność.

Mój ojciec zadbał, bym zapamiętała każdy cholerny szczegół z jego lekcji. Moje dzieciństwo nie wyglądało jak dzieciństwo przeciętnej dziewczynki. Nie było w nim różowych sukienek, zaplatania warkoczy czy zabaw lalkami z rówieśniczkami. Moje zabawki to była broń - od najróżniejszego rodzaju noży zaczynając, a kończąc na wielkich spluwach, których nazw nie bylibyście w stanie zapamiętać.

Dziś moim zleceniem była sztuczna blondyna, która zdradzała swojego męża, jakiegoś pożal się Boże polityka. Nota bene mogłaby być jego córką. Nie zagłębiałam się w szczegóły ich życia, bo tego nie lubiłam, to z reguły wiele komplikowało, ale wiedziałam, że laska była zdrowo pieprznięta. Wcale nie było mi jej żal, sama zapracowała na swój los. W sumie to mi nigdy nie było żal. Czasem zastanawiałam się, czy miałam jakieś uczucia, czy podczas katorżniczych treningów moja dusza - łącznie z uczuciami, które ma większość populacji - zwyczajnie nie wyparowała. Smutne, ale prawdziwe. Byłam bryłą lodu, która przemierzała pustynię i nie topniała.

Po dwóch długich godzinach stania na mrozie w ten marcowy, piątkowy wieczór w końcu doczekałam się wyjścia mojej dzisiejszej ofiary przed dom. Mimo że wiosna zbliżała się wielkimi krokami, o tej godzinie można było jeszcze porządnie zmarznąć. Okolica była piękna, zadbana i widać było, że biedni ludzie tu nie mieszkali. Ja nie lubiłam zakradać się do środka. Wiadomo - gdy musiałam, to oczywiście to robiłam, lecz na zewnątrz łatwiej tuszować ślady. Dziś jednak szczęście mi sprzyjało.

Najciszej można było wykonać zadanie na otwartej przestrzeni, za starymi magazynami, czy upozorować napad na jakimś zadupiu. Klienci wymagali dyskrecji, a ja przy okazji miałam mniej roboty przy sprzątaniu. Czasem wpadały mi również jakieś łupy. Takie małe plusy bycia zabójcą. Nikt nie wnikał w szczegóły, zlecenie miało być po prostu wykonane. Nieważne jak, nieważne gdzie.

Dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, wsiadła do swojego porsche i skierowała się na przedmieścia Nowego Orleanu. Jechałam za nią swoim czarnym jak noc mercedesem G65 AMG z dwa tysiące osiemnastego roku. Kochałam szybkie auta, które do śledzenia były niezawodne, nie rzucały się tak w oczy jak te nowoczesne, a do tego cieszyły moje oko. I takie właśnie było to cacko. Uwielbiałam to. Niestety, często szybko musiałam się z nimi rozstać, by zmienić je na coś innego. Taka praca, nie można przywiązywać się do rzeczy. Do ludzi też nie. Ten jednak był jednym z tych, których nie oddam bez walki. Wystarczyło zmieniać lakier bądź mieć parę tablic rejestracyjnych na zmianę. Zaletą mojej roboty były znajomości w różnych urzędach i u szemranych typów.

Skręciłam za jakieś stare magazyny, których nie kojarzyłam, a były dobre trzydzieści pięć kilometrów za miastem. Dziewczyna zatrzymała się i wysiadła. Ja zdążyłam zaparkować około dwustu metrów przed nią, niezauważona.

Wysiadałam i cała ubrana na czarno przemierzałam zarośla.

Szłam, ciekawa, po co laska wybrała się w mroźny wieczór na totalne zadupie. Zmysły miałam nastawione na tryb czuwania, w razie gdyby okazało się, że jakimś cudem dziewczyna domyśliła się, że jest śledzona. A była od trzech dni, zanim udało mi się do niej dobrać. To chyba mój rekord. Długo czekałam na ten moment i musiałam uważać, czy nie będzie próbowała mnie wykiwać. Nie ukrywałam, że to zadupie było mi bardzo na rękę. Z dala od miasta, bez świadków. Zanim ją znajdą, ja będę już daleko stąd, mając alibi. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Za łatwo mi szło.

Po co taka lalunia miałaby zapuszczać się tu w nocy? Zło czaiło się wszędzie. Nie taką osobę spodziewałabym się spotkać na krańcu miasta. Poczekamy, zobaczymy.

Wyciągnęłam broń i zbliżyłam się na odległość, z której będę słyszała, o czym rozmawia przez telefon.

W zasięgu mojego wzroku pojawił się jednak zakapturzony, dobrze zbudowany, ale nie za wysoki facet. Cofnęłam się szybko i obserwowałam. Dziewczyna wsunęła komórkę do torebki i skupiła uwagę na mężczyźnie. Był wysoki, wyższy ode mnie o ponad głowę, miał ciemne, brązowe włosy, ścięte bardzo krótko, i twarz naznaczoną blizną w okolicy ust. Dzięki światłu z latarni, pod którą stali, miałam na nich świetny widok. Mogłabym właśnie pociągnąć za spust i zdążyć zwiać, ale ciekawość wzięła górę.

- Masz towar? - zapytał ją.

- Oczywiście, że mam. Za kogo ty mnie uważasz?! - obruszyła się dziewczyna, czerwieniejąc na twarzy.

No cóż, oburzenie tej blondynki nieźle mnie rozbawiło. Będzie ciekawie.

- Za głupią dupodaję. Mam nadzieję, że jesteś sama - rzucił lekko podenerwowany i zaczął rozglądać się na boki.

Przez to musiałam wejść bardziej w głąb krzaków.

- Jestem i mam wszystko. Ja pokażę towar, a ty pokaż moją kasę.

Blondyna wyciągnęła małą torbę i otworzyła, by facet mógł zobaczyć zawartość. Przypuszczałam, że to była koka.

Tutaj jeśli nie handlowano koką, to kradzionymi rzeczami, lub, co najgorsze - żywym towarem. Kokaina zawsze była w cenie, o ile była dobrej jakości. Zastanawiałam się, skąd dziewczyna to wzięła, chyba jej nie doceniałam.

Zasada numer jeden: nigdy nie lekceważ swojego celu.

- Słuchaj, nie mam czasu się pierdolić. Możesz zrobić mi loda i jesteśmy kwita - zarechotał obleśnie, na co dziewczyna cała się spięła.

- Chyba cię pokurwiło, Marcus, jeśli myślisz, że ci obciągnę, prędzej zjem własne majtki! Chcę moją kasę albo się pierdol. Na ten towar zawsze znajdzie się jakiś kupiec, a wiesz, że mój jest najlepszej jakości.

- Dobra, dobra, już się tak nie piekl, bo ci sylikon w cyckach strzeli.

Typ ewidentnie miał coś z głową, ale bawiło mnie to przedstawienie, na które swoją drogą nie miałam już czasu. Ja też czasem spałam.

Ciągle towarzyszyło mi wrażenie, że skądś go kojarzę, a raczej jego głos. Miał dziwny akcent, i ta blizna... Nie dawało mi to spokoju, jednak wciąż czekałam na rozwój sytuacji. Cierpliwość w tym zawodzie to podstawa. Ja jej nie miałam za dużo.

- Słuchaj, Erica, masz tu swoje czterdzieści kafli, bierz i spierdalaj. Ale jeśli towar okaże się trefny, możesz być pewna, że twoje nowe buty nie będą od Prady, a z betonu - warknął nieznajomy.

- Wiem, czym handluję - odparła Erica - o moje buty możesz być spokojny.

Kobieta wzięła kasę i rzuciła torbę pod nogi faceta. Chłopak podniósł ją i odszedł. Dziewczyna została sama, to byłaby idealna okazja, żeby ją zabić. Cicho i czysto. Byłaby, gdyby, kurwa, ktoś nie zaczął strzelać przede mną! Idiotka wrzeszczała, a ja rozglądałam się, skąd padają strzały.

To była zasadzka, w którą się przypadkiem wpakowałam.

Kurwa, a miał być taki spokojny wieczór.

Zanim zdążyłam przeanalizować sytuację, oddałam strzał w kierunku dziewczyny. W końcu to było moje zlecenie i nie mogłam pozwolić, by ktoś mi w nim przeszkodził.

Strzał był bezbłędny, więc Erica padła w kilka sekund. Zadanie wykonane. Pora się zbierać. Niech reszta się zastanawia, co się właśnie wydarzyło. Strzały przestały padać. Pewnie ta osoba myślała, że to ona zabiła ofiarę i zgarnie całą kasę. Ale ten strzał był mój. Na kasie mi nie zależało, za to zadanie dostanę więcej, niż ona dostałaby za ten towar. Postanowiłam się więc zmyć, póki nie zostanę zauważona. Ostatni raz sprawdziłam, czy dziewczyna na pewno się nie rusza, choć przy strzale prosto między oczy byłoby to prawdziwym cudem. Już zamierzałam się odwrócić, gdy nagle zamarłam.

Za plecami poczułam ciężki, miętowy oddech. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę, na oko trzydziestoletniego, bardzo przystojnego. Ciemne włosy lekko opadały mu na czoło, na którym zbierały się drobne kropelki potu. Kości policzkowe i szczękę miał pięknie zarysowane. Oczy najbardziej niebieskie, jakie w życiu widziałam. Ostatnie, co pamiętałam, to jego słowa: "Miało cię tu nie być". Później pochłonęła mnie ciemność.